Forum serialowe :)
O serialach, muzyce i wszystkim co nas interesuje :) :) :)

Nasza twórczość - Nasza Twórczość

Agatejszyn - 2009-06-18, 21:30
Temat postu: Nasza Twórczość
proszę. :)
Daisy - 2009-06-18, 21:32

Jeszcze raz :lol:

Wymęczone i pewnie z błędami :576: Więc przepraszam z góry!


Cz. 5

Przez następne dwa tygodnie oboje byli nadzwyczaj zapracowani, więc ich spotkania ograniczały się do minimum. Magda pracowała dalej nad „Aleją samobójców”, pomimo, że zdjęcia przed komendą dobiegły końca. Ponadto rozpoczęła się promocja nowego filmu z jej udziałem, „Tylko ty”, co wiązało się z ciągłymi wywiadami i występami w telewizji. Dlatego nie miała czasu porządnie się wyspać, a co dopiero „randkować” z przystojnym policjantem. Natomiast na Marka i jego współpracowników spadła sprawa seryjnego gwałciciela, który od przeszło tygodnia napadał na młode kobiety na terenie województwa Mazowieckiego. Z tego względu oboje nie mogli mieć do siebie pretensji. Mogli jedynie czekać, aż etap ich zapracowania zmaleje i znowu pochłonie ich wspólne towarzystwo. Towarzystwo, które jak uważali na początku, to wyłącznie zwykła znajomość bądź przyjaźń. A tymczasem oboje często łapali się na tym, że myślą o sobie i tęsknią za spotkaniami, uśmiechami czy chociażby dokuczliwymi docinkami. Zaś podkomisarz nie potrafił nawet stłumić rosnącej zazdrości, kiedy w jednej z kolorowych gazet ujrzał jej odważną sesję dotyczącą reklamy filmu. I może nie przeszkadzałoby mu to, gdyby nie chłopaki z drogówki, którzy nie kryli podniecenia jej roznegliżowanym widokiem.
- Nudzi wam się? – krzyknął, wyrywając czasopismo jednemu z umundurowanych policjantów. – Może wypadałoby wziąć się do pracy i powypisywać kilka mandacików! Niektórzy kierowcy aż sami się o to proszą!
- Na przykład ten… - odpowiedział najniższy wskazując srebrną toyotę Brodeckiego. Myślał, że rozbawi tym zgryźliwego kolegę z wydziału kryminalnego. Tymczasem Marek posłał mu nienawistne spojrzenie i lekceważąc poszedł w kierunku wejścia do budynku. Tam czekał już na niego rozbawiony całą sytuacją Zawada.
- Coś pan podkomisarz dzisiaj nie w sosie. Ciężka noc?
- Bardzo śmieszne! – prychnął, mijając go w drzwiach. – Do czwartej stałem na stójce.
- I co?
- I nic. Niepotrzebnie w ogóle go pilnowałem. Dobrze chociaż, że Szczepan mnie później zmienił. Spałem tylko dwie godziny.
- Intensywne dwie godziny?
- Wiesz co? – zatrzymał się przy automacie z kawą. - Odczep się wreszcie! Zamiast na szukaniu mojej nieistniejącej panny, skup się na śledztwie.
- Chyba żartujesz. Chciałbym wiedzieć kim jest kolejna dziewczyna mojego najlepszego kumpla. Martwię się o Ciebie.
- Po pierwsze nie jest moją dziewczyną, a po drugie przestań zachowywać się jak mój ojciec.
- Ale ty nie masz ojca!
- I go nie potrzebuję!
W tym momencie wymianę zdań panów oficerów przerwał głośny dźwięk telefonu Marka. Kiedy zobaczył kto dzwoni, natychmiast zapomniał o swoim zdenerwowaniu, spowodowanym zachowaniem policjantów z drogówki i kolejnym przesłuchaniem Adama.
- To ona? Tylko nie gruchajcie za długo, Grodzki czeka.
- Idź już! – Marek popchnął przyjaciela w kierunku pokoju sekcji. – I powiedz, że zaraz przyjdę!
Odebrał.
- Cześć komisarzu! – przywitała się cicho chichocząc i od razu przeszła do sedna. – Zaraz zaczynam i nie mogę długo rozmawiać. Chciałam tylko powiedzieć, że dzisiejszy wieczór mam wolny, tylko dla siebie! … Obowiązkowy relaks przed jutrzejszą premierą.
- Mhm… - przytaknął, udając że nie wie do czego zmierza. – I co w związku z tym?
- Także mam nadzieję, że postarasz się wyrwać…
- To raczej nie będzie łatwe, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy!
- Bardzo mnie to cieszy!
W tej kwestii Adam nie mógł się nie zgodzić. Jak uważał, nie należy pozwolić kobiecie czekać. Co więcej ekipa dawała sobie świetnie radę, kiedy był na urlopie, dlatego jeden dzień bez podkomisarza Brodeckiego w akcji ich nie zbawi. Także umówiony zmierzał właśnie w kierunku Łomianek, gdzie kręcili sceny plenerowe. Magda poprosiła aby po nią przyjechał.
- Hej. Wreszcie znalazłaś dla mnie chwilę! – udał oburzonego, kiedy wsiadła do samochodu. – Zmęczona? Gdzie jedziemy?
- Nie wiem, wszystko mi jedno. Padam na twarz, nie czuję nóg, ani rąk. – zamknęła oczy i odchyliła głowę do tyłu. – Teraz tylko muszę odbębnić premierę i skończyć pracę nad filmem. A potem… wakacje! Potrzebuję wakacji. Miesiąc… albo nie, dwa!
- Naprawdę musi być źle. Mów mi gdzie mam jechać. I to szybko, bo tutaj jest chyba zakaz zatrzymywania!
- Policjant może… - mrugnęła. – Jedźmy do mnie!
- Gdzie?! – niemal krzyknął, kompletnie zaskoczony. Bowiem jeszcze nigdy mu tego nie proponowała, a teraz mówi o tym jak o zwykłej filiżance kawy. Poza tym on nigdy nawet nie pomyślał, aby zaprosić ją do swojego małego m3. Odpowiadały mu ich spotkania w plenerze, kiedy lepiej się poznawali, rozmawiając i żartując. Zupełnie im to wystarczało, więc nie spieszyli się z rozwijaniem swojej znajomości. Na razie.
- Przecież odwoziłeś mnie już, wiesz gdzie mieszkam. Poza tym nie musisz się martwić, parzę równie świetną kawę.
- W to nie wątpię…
Jak na gwiazdę kina przystało, spodziewał się luksusowego, bogato zdobionego apartamentu. Z minimum czterema sypialniami, ogromną kuchnią i jadalnią. Dlatego, kiedy tylko przekroczył próg jej mieszkania na strzeżonym osiedlu, na Targówku, uśmiech mimowolnie pojawił się na jego twarzy. Była jednak zwykłą, zapracowaną kobietą, która nie ma nawet czasu posprzątać po śniadaniu. Mieszkanie było przeciętne, choć nowocześnie urządzone. Miało tylko dwa pokoje, małą kuchnię, w której mieściła się jedna osoba, i nie dużo większą łazienkę. W salonie stała czerwona, skórzana kanapa, okrągły, szklany stoliczek i długa aż do sufitu abażurowa lampa. W sypialni natomiast stało dość duże łóżko i szafa.
- Witam w moich skromnych progach… i przepraszam za bałagan! – szybko sięgnęła po pranie leżące na sofie. – Tu możesz usiąść. Czego się napijesz?
- Wow, jestem pod wrażeniem…
- Raczej nie ma czego. – odwzajemniła uśmiech i natychmiast poszła do kuchni. – Pewnie spodziewałeś się ekskluzywnego apartamentu, niczym z MTV. Przykro mi, że Cię zawiodłam.
- Żartujesz? Fajnie tu masz… I fartuszek też masz fajny!
Kiedy się odwróciła, stał oparty o framugę drzwi, z wymownym uśmieszkiem przyglądając się jej poczynaniom. Jednocześnie parzyła kawę, i przygotowywała kolację.
- Co? … Mam nadzieję, że zjesz ze mną. Ostatni posiłek jadłam przed południem i umieram. Masz ochotę na omlet?
- Mogę zaryzykować… - roześmiał się, kiedy posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. – Słuchaj, a tak właściwie, to kogo grasz w tym nowym filmie? – To pytanie korciło go już w drodze, ale dopiero teraz zaryzykował i nie owijając w bawełnę, zapytał.
- Marek, proszę Cię. Policjantkę przecież.
- Ale ja nie o tym. Teraz, w tym filmie, co wchodzi do kin…
- A właśnie, dobrze że mi przypomniałeś. Mam coś dla Ciebie… - wyszła na chwilę, żeby po chwili przynieść białą, zalakowaną kopertę. – To dla Ciebie. Podwójne zaproszenie na jutrzejszą premierę. Będziesz mógł pojawić się też na bankiecie.
- Dziękuję… ale… Naprawdę nie musiałaś. Poszedłbym i tak.
- Ale będę się czuła lepiej, wiedząc, że jesteś w pobliżu! – uśmiechnęła się. – I jak chcesz możesz zabrać ze sobą jakąś koleżankę. Byleby była brzydka! – zażartowała, choć w gruncie rzeczy próbowała wybadać, czy ktoś się obok niego nie kręci. Często przecież słyszała o Zuzi, ani razu jednak nie mając przyjemności jej poznać.
- Dziękuję! … A kogo tam grasz? – ciągnął dalej.
- A nie wolisz obejrzeć go bez wcześniejszych recenzji? … Podasz mi solniczkę? – zrobił to, o co go poprosiła. – Ja zawsze lubię oglądać filmy bez jakichkolwiek informacji. Jedynie typ filmu i obsada wchodzi w grę.
- No tak… - zamyślił się, nie wiedząc jak przejść do rzeczy. Widok chłopaków z drogówki śliniących się do jej odważnych zdjęć, przyprawiał go o ciarki. Najchętniej wykupiłby wszystkie czasopisma w Polsce, byleby nikt nie mógł jej oglądać… takiej.
- Marek mówię do Ciebie, no! – delikatnie potrząsnęła jego ramieniem. – Ej, co się dzieje?
- Nic…
- Przecież widzę! … Mnie nie oszukasz! – pogroziła mu na żarty palcem. – Znamy się już ponad dwa tygodnie i pierwszy raz widzę Cię takiego zamyślonego.
- No dobra, jak chcesz. Widziałem dzisiaj twoją sesję w gazecie… - odpowiedział bez ogródek, wracając z powrotem do pokoju. Magda poszła za nim nie kryjąc rozbawienia jego dość dziwnym zachowaniem. Milczała, czekając aż dokończy swoją wypowiedź. - I tylko mogę się domyślić kogo tam grasz. Miałaś na sobie… coś wyzywającego… - śmiesznie zagestykulował.
- Wiem w co byłam ubrana! – sięgnęła pod stolik po gazetę, w której zamieszczony był artykuł o jej nowym filmie i wspomniana przez Brodeckiego sesja. – Gram prostytutkę, więc to było nieuniknione.
- I jak było? – zapytał po dłuższej ciszy.
- Miło i przyjemnie! – specjalnie podsycała jego podenerwowanie. – Cztery albo pięć scen łóżkowych do zagrania. Dużo francuskich pocałunków i pieszczot. Raj dla kobiety.
- Miło. – powtórzył z przekąsem.
- Marek przecież żartuję! – dodała dla rozchmurzenia, ale jego usta nie wygięły się nawet w najmniejszym uśmiechu. Dlatego podeszła i nie chcąc spojrzeć jej w oczy, sama nakierowała jego wzrok na swój. – Nie podobam Ci się w tej sesji? Myślałam, że wyszłam całkiem nieźle. No i nie jestem goła, a to jest bardzo ważny argument.
- Właśnie chodzi o to, że za bardzo mi się podobasz… - wyszeptał, przytrzymując mocniej jej rękę przy swoim podbródku. W pierwszej chwili chciała się roześmiać, ale powstrzymała się, czując jak delikatnie całuje wnętrze jej dłoni. Zadrżała i odważniej przesunęła nią po jego zaroście.
- Myślisz, że mogłabym coś z tym zrobić? - Nie odpowiedział. Był tak blisko, że czuła jego oddech na swoim policzku. Pochylił się, ale nie pocałował jej. Nie spieszył się. Muskając na razie jej twarz, omijał okolice ust. – Marek?
- Magda! – usłyszała w odpowiedzi. Jej imię nie padło jednak z ust równie zaskoczonego tym faktem Brodeckiego. Wołanie dochodziło zza drzwi, gdzie stał uradowany czymś Mateusz. Nie mogła nie zareagować, a choćby z tego względu, że wściekłość na niego ogarnęła całe jej ciało. Więc, kiedy tylko Marek ustąpił od pieszczot, natychmiast poszła otworzyć. – Magda, nareszcie! Nie uwierzysz, jak Ci zaraz coś powiem… Nie uwie… - uciął, zauważając w końcu, że Storosz nie jest sama. – O…!
- Poznajcie się, Marek to jest Mateusz, mój narwany agent. A to Marek… mój przyjaciel.
- Mateusz Koprowski - panowie uścisnęli sobie dłonie. – I wcale nie jestem narwany.
- Wierzę! Marek Brodecki… - roześmiał się. - Chyba to coś ważnego, więc będzie lepiej, jeśli już pójdę. Nie będę przeszkadzał.
- Przecież nie przeszkadzasz! – wtrąciła natychmiast Storosz. – Proszę Cię, Mateusz na pewno wpadł tylko na chwilę! – posłała przyjacielowi znaczące spojrzenie.
- No tak, tak, ja tylko na chwilę! … Muszę tylko porozmawiać z moją aktoreczką!
- Nie, nie… Poza tym jesteś zmęczona, więc to nawet dobrze. – stał już przy drzwiach. – Miło było poznać. – tym razem zwrócił się do obserwującego ich Koprowskiego.
- Wzajemnie!
- Ale przyjdziesz jutro ma premierę? To dla mnie naprawdę ważne. Chcę, żebyś był.
- Obiecuję! – na pożegnanie pocałował ją w czoło. A gdy tylko wyszedł, Magda natychmiast wróciła do pokoju, nie szczędząc słów pod adresem swojego agenta. – Zwariowałeś? Nienawidzę Cię, rozumiesz! Jesteś wstrętnym… Jesteś… Wiesz kim ty jesteś?
- Przestań już. Jak nie dzisiaj, to jutro! – opadł na kanapę, zaśmiewając się z poruszenia przyjaciółki.
- Co?
- Łóżko wam nie ucieknie. Za szybko się angażujesz… Zwolnij, poczekaj.
- Jakie łóżko? Co ty pieprzysz?
- Magdusiu skarbie, oczka Ci się świecą…

Nacia - 2009-06-18, 22:08

Coś mi się wydaje, że Basia w tej lodóweczce wcale nie trzyma mineralnej, te batoniki, tachykardia, recepty, lodówka ( w której domyslam się, że trzyma insulinę) wygladają mi na cukrzycę ;-) dobrze myślę Bliźniaczki?

Daisy cały czas zastanawiam się gdzie w tym wszystkim znajdzie się Basia ;-)

Kasieńka - 2009-06-18, 22:31

Bliźniaczki jesteście Niesamowite :*
To powiadanie jest świetne, genialne, super, itd :D
Bardzo mi się podoba! Ma taki fajny klimat :)
Mam nadzieje, że jutro cedek kochane :*

Daisy, denerwuje mnie ten Mateusz :lol:
I pomiędzy Magdą, a Markiem wyczuwam chemię :D Coś czuję, że po tej premierze wylądują w łóżku :576:
Super! :) I daaalej!

Twins - 2009-06-18, 22:38

Cytat:
Marek kupił niedawno taki ekstra wóz, a przecież kasy nie ma...


Przed kłótnią! :mrgreen: Wtedy to on był bogaty synek nadzianego tatusia, w dodatku jedynak, to sobie możecie wyobrazić, jakie miał klawe życie! :mrgreen:

Nacia, okaże się wszystko w swoim czasie... :mrgreen:

DZIĘKI WIELKIE :**


A teraz najważniejsze:
Dejz!!! Jesteś naszym GENIUSZEM!!
Bardzo nam się podoba to opowiadanie!
Kochamy twoje poczucie humoru!! :lol: :lol:
Dialogi są MISTRZOWSKIE!
Dalej, jak najszybciej dalej! :-D
MUAH :**

3M - 2009-06-19, 00:12

hahahaa dejz jesteś boska :lol:
Mimo że część powstawala w trudach to wyszła świetnie :D

chce ciąg dalszyyy!!! :D

Zuz - 2009-06-19, 00:42

A ja już myślałam, że jednak ten pocałunek będzie w 5 cześci :lol:
Coraz ciekawiej ;>
Mateuszek też miał wyczucie, niech go :lol:

Daisy - 2009-06-19, 10:38

Dziękuję:* :oops:
Twins - 2009-06-19, 11:06

Kiedy cedek, Dejz? :mrgreen:
Daisy - 2009-06-19, 11:08

Twins napisał/a:
Kiedy cedek, Dejz? :mrgreen:


A kiedy wasz cedek, Twins? :lol:

Nie wiem, jak się napisze :576: Muszę pomyśleć nad premierą.

Ktoś jeszcze pisze? Kasia? Ola?

Twins - 2009-06-19, 11:13

My już się zabrałyśmy :-P , ale od jakiegoś czasu udaje nam się wklejać codziennie.
Z twojej strony liczymy na to samo! :lol: :-D :-D

Daisy - 2009-06-19, 11:21

No i bardzo mnie to cieszy :lol:
A ja póki co się obijam hehe. Muszę jeszcze na chwilę na uczelnie jechać. Więc jak wrócę, to może się zabiorę. Bo znowu nie wiem jak zacząć :P

Twins - 2009-06-19, 11:22

To zacznij od środka :lol: :*
olka - 2009-06-19, 11:27

Bliźniaczki wiecie, że to opo bardzo mi sie podoba!
Przedstawiłyście Baśke jako taką, wydaje się, jeszcze dziewczynkę, trochę zakompleksioną, rozemocjonowaną, którą wszystko ciekawi, wszystko chce wiedzieć, wszystkim sie ekscytuje :lol: Chodzi jak na speedzie. Pragnie przeżyć przygodę życia i strasznie jest tym podjarana :576:
Domyślam się, że Baśka ma jakiś problem zdrowotny 8-) I też obstawiam cukrzyce. Jej rodzice są nadopiekuńczy, pewnie wiecznie żyła pod kloszem, więc teraz chce się wyrwać i troche poszaleć. Nie wiem tylko jak cała ta przygoda się skończy.
Pewnie gdyby Marek wiedział, że Storosz coś dolega, to w zyciu nie zgodziłby się zabrać jej ze sobą. W sumie ma z nim jechać tylko do granicy, ciekawe co zrobi z nią potem. Zostawi? :lol:
Trzeba przyznać, że chłopak ma luzackie podejście do życia. Na pewno troche zdolał zobaczyć przez ten czas, tułajac się z miejsca w miejsce. Jednak takie "podróżowanie" na dłuższą mete zapewne jest męczące, a on mimo to daje sobie rade i zdaje się być w ogóle nie przejęty swoją, jakby nie patrzeć, bezdomnością :lol:
Opowiadanie jest genialne i na pewno zaserwujecie im jakieś ciekawe przygody w trakcie tej wycieczki, dlatego czekam na ciąg dalszy. Bardzo mnie ciekawi zakończenie tej historii. :-D
MISTRZYNIE!;*;*;* ;-)

Dejz, jak miło, że pojawiła się część kolejna! Już sie bałam, że sobie o tym zapomniałaś :lol:
Marecki robi się zazdrosny, a to chyba oznacza, że coraz bardziej zaczyna mu zależeć na pięknej aktoreczce. Zresztą wygląda na to, że z wzajemnością.
Gdyby im Mati nie przeszkodził, to kto wie, jak zakańczyłby się ten wieczór :lol: Swoją drogą ma chłopak doskonałe wyczucie czasu!
Zbliża sie wielka premiera, na której pewnie będzie roiło się od dziennikarzy, fotoreporterów itp. itd. W związku z tym zastanawiam się, czy pojawią się jakieś kolejne ploty na temat związku Magdaleny Sz. z tajemniczym mężczyzną. :576:
I obstawiam, że Marecki okaże swe miłosierdzie i zabierze na premierę Zuzke. Już widze minę Ostrowskiej.
Fantastycznie! Czekam na cdk, bo zapowiada się ciekawie! 8-)
MISTRZ!;*;*;* ;-)

Daisy - 2009-06-19, 11:32

olka napisał/a:
Dejz, jak miło, że pojawiła się część kolejna! Już sie bałam, że sobie o tym zapomniałaś :lol:


Bardzo śmieszne :lol: <foch>

Twins, tym razem wolałabym od początku :P

Twins - 2009-06-19, 11:35

Olka, my myślałyśmy, ze ty opo dałaś, a ty taki post kilometrowy :lol:
olka - 2009-06-19, 11:43

Twins napisał/a:
Olka, my myślałyśmy, ze ty opo dałaś, a ty taki post kilometrowy :lol:


Od czasu do czasu można sobie poszaleć :lol:

Kasieńka - 2009-06-19, 11:47

Ty lepiej Ola szalej z pisaniem swojego opa :lol:
olka - 2009-06-19, 11:52

Aż taką ryzykantką nie jestem :lol:
olaj93 - 2009-06-19, 12:50

Mam pytanie dlaczego nie ma juz poprzednich stron jak bylam jesczce wczoraj bylo 30 a teraz sa tylko 2 ??
Daisy - 2009-06-19, 12:55

olaj93 napisał/a:
Mam pytanie dlaczego nie ma juz poprzednich stron jak bylam jesczce wczoraj bylo 30 a teraz sa tylko 2 ??


Gdybyś przeczytała regulamin, wiedziałabyś, że tematy czyszczone są po 30 stronach ;)
Zapraszam do archiwum. Tam znajdziesz poprzedni temat, przed czyszczeniem.

Stokrotka07 - 2009-06-19, 13:43

Dejz mistrzu! ;-)
Ten Mateusz to ma wyczucie czasu, kto wie, co by się tam dalej stało, gdyby im nie przerwał :lol: romans wisi w powietrzu ;-) Czekam na cd!

Ninuś - 2009-06-19, 13:44

Dejz!
Ten Mateusz, to rzeczywiście wyczucie czasu ma świetne :roll:
Nawet nie pozwolił im się dobrze pocałować...
A co to się będzie dopiero na premierze działoooo łoohohoooo!
Znając Ciebie, wymyślisz coś ekstra!
Jeszcze! :-) Mistrz ;**

Będzie coś nowego dzisiaj?

olaj93 - 2009-06-19, 13:52

Dziękuję bardzo za odpowiedz jestem tutaj zalogowaana od wczoraj i regulaminu faktycznie nie czytalalalm :)
Kasieńka - 2009-06-19, 18:16

Pisze ktoś?
Twins - 2009-06-19, 18:42

EDIT: Chyba dzisiaj jednak nie damy. :)
Ninuś - 2009-06-20, 12:15

Da ktoś coś dzisiaj?

Ludzie nie spać, wakacje są! :mrgreen:

Twins - 2009-06-20, 12:46

My dzisiaj też niestety odpadamy.
Wyjeżdżamy do Poznania, wrócimy późno i do tego padnięte jak zawsze po zakupach.
Liczymy na inne dziewczyny! :D
dalej, jazda do wordów. Chcemy mieć co czytać :lol:

EDIT: Ninus, odpisałyśmy Ci na pw, na post niżej.

Ninuś - 2009-06-20, 12:51

Bliźniaczki!
Wy mieszkacie w TEJ Wrześni niedaleko Poznania?????

Przepraszam za offa!

Daisy - 2009-06-20, 17:03

Buuu Twins, szkoda. A ktoś inny? :D Kto pisze?

Bo ja mam lenia :576:

Ninuś - 2009-06-20, 17:10

Daisy no!
A myślałam, że Ty coś skubłaś :-|

A Kasia? Olka?

Daisy - 2009-06-21, 14:56

Dzisiaj może coś dam ;) ale nie obiecuję, bo dopiero otworzyłam worda.
I czekam na was. Gdzie się wszyscy podziali?

Twins - 2009-06-21, 15:17

My sie zbieramy od kilku godzin.
Ale lepiej namówcie Olkę! Zmotywujcie ja, żeby jej wena wróciła :mrgreen:

Daisy - 2009-06-21, 15:24

Wena nie ma co wracać. Bo jestem pewna, że nawet sobie nie poszła. Ola ma chyba skłonności do przesady :* :D
Twins, to czekam na wasze dzieło! Zabierać się teraz!

Ninuś - 2009-06-21, 15:27

Twins napisał/a:
Ale lepiej namówcie Olkę! Zmotywujcie ja, żeby jej wena wróciła :mrgreen:

właśnie!
dawno jej tu nie było :mrgreen:

Olka wracaj z opkiem!!!

Poczytam sobie coś dzisiaj czy se nie poczytam?

Daisy - 2009-06-21, 15:42

Ninuś zrobimy wymianę. Ja coś napiszę, jeśli ty coś napiszesz :P
I obie będziemy uszczęśliwione, bo obie będziemy miały co czytać.

Ninuś - 2009-06-21, 16:23

:576:
wczoraj dodałam coś na głównym NT, ale dzisiaj weny nie mam...
także ja odpadam :D

isis - 2009-06-21, 16:26

Kurcze,ale Wy się licytujecie no;P
Już tak czytam te posty i czekam kiedy coś się nowego pojawi a Wy tylko "Ty pisz","Nie,Ty!";P
Dziewczynki napiszcie coś:)

Twins - 2009-06-21, 21:30

My mamy zaczęte, ale chyba raczej nie skończymy dzisiaj, przepraszamy ;-*
Ninuś - 2009-06-22, 11:03

A czy dzisiaj coś będzie?

:-?

Twins - 2009-06-22, 11:16

My piszemy, będzie baaardzo długie :lol:
Chyba, że zaraz damy <myśli>

isis - 2009-06-22, 11:21

Twins napisał/a:
My piszemy, będzie baaardzo długie :lol:
Chyba, że zaraz damy <myśli>


Nareszcie! xD
To czekamy!^^;]

Twins - 2009-06-22, 12:02

"Lek na całe zło"

Cz. 5

„Mogłam się tego spodziewać.” - pomyślała bezradnie.
Mogła się spodziewać, że po drodze złapią gumę.
Albo tego, że Marek będzie chciał się popisać przed nią swoją super szybką bryką, z której się nabijała i rozpędzi tą wycieczkowa krowę, mimo jej olbrzymich rozmiarów, przytrzymując coraz odważniej padał gazu. Przekroczą dozwoloną prędkość powyżej tej, która jest na znaku, trochę naginając w ten sposób przepisy. Ale na szczęście zostaną złapani na gorącym uczynku przez radiowóz policji drogowej, który patrolował ulice akurat w tym miejscu i dostaną olbrzymi mandat za to bezmyślne wykroczenie.
To by było raczej do przewidzenia.
Prędzej mogłaby się spodziewać, że rodzice rozpoczną poszukiwania ich nierozsądnej córeczki, co nawet jej się podobało. Czułaby się wtedy jak w tym filmie: „Ścigany” z Harrisonem Fordem. Znając rodziców postawiliby na nogi całą policję w Wielkopolsce i okolicach, by ją odnaleźć, a Marka wsadziliby do więzienia za porwanie. Pomijając fakt, że ona jest już dawno pełnoletnia, wcale nie została porwana, a uciekła z domu swojej koleżanki z własnej, nieprzymuszonej woli, z chłopakiem, którego zna zaledwie kilka dni, a Marek nie jest byle jakim kidnaperem. A nawet jeśli byłaby to prawda to ona nie stawiałaby najmniejszego oporu porywaczowi i z chęcią dałaby się wywieść tam, gdzie by chciał.
Właściwie to ona, dwudziestotrzyletnia Basia S. ma więcej na sumieniu. Przymusiła biednego chłopaka, by ją zabrał ze sobą w siną dal, stosując ewidentny szantaż emocjonalny, co grozi uszczerbkiem na jej zdrowiu fizycznym, jak i psychicznym poszkodowanego. Bo tego, że podczas podróży będzie czasami irytująca, drażniąca dla Marka była pewna. Przecież nikt by z nią nie wytrzymał więcej niż pięć dni, a wokół nikogo innego. Tylko ona. No, może z wyjątkiem Małgosi. Jeszcze nie do końca wiedziała czym go zdenerwuje i jak bardzo jest uodporniony na wszelkiego rodzaju męczące potoki słów i uciążliwe towarzystwo rozentuzjazmowanej tym wyjazdem dziewczyny, czego Marek kompletnie nie rozumiał, ale była pewna, że nie raz będzie miał jej dosyć. Zwłaszcza, że on jak dotąd prowadził życie samotnika, niczym Robinson na bezludnej wyspie, a teraz będzie musiał ją znosić przez 24/h. Nie była przekonana, czy do końca odpowiadał mu ten układ, a rola upierdliwego Piętaszka wcale jej się nie podobała.
Tak, to też byłoby do przewidzenia.
W zasadzie mogła się spodziewać wszystkiego… tylko nie tego, że po raptem 30 km od miejsca, z którego wyruszyli zabraknie im benzyny.
– Co się stało? Dlaczego nie jedziemy? – zapytała, kiedy samochód nagle stanął, a z miny Marka nie mogła nic wyczytać.
Siedział z rękoma na kierownicy i spoglądał martwym wzrokiem przed siebie.
Miała wrażenie, jakby próbował znaleźć w sobie opanowanie i z miną zimnego kamerdynera wreszcie oświadczył.
– Zabrakło benzyny. – nie spojrzał na Basię, tylko kilka razy uderzył obiema rękoma w kierownicę, aż samochodem nieźle zatrzęsło.
„Zabrakło benzyny” – doszło do niej z opóźnieniem.
By nie wpaść w panikę uznała to za normalna postać rzeczy. Kiedyś wszystko się kończy, nawet benzyna. Zwłaszcza benzyna w tak wielkim silniku. Wolała nie interpretować tego jako znak od niebios, dający jej do zrozumienia, że daleko nie zajedzie.
– Uważaj, bo zrobisz mu krzywdę! – odezwała się wreszcie, spanikowana.
Dla niej ten samochód to jedyna nadzieja, by mogli jechać dalej. Nie, żeby wątpiła w zdolności Marka, ale wolała jednak podróżować w wygodnym fotelu, niż pieszo.
Poza tym już lubiła ten samochód.
Marek za to spojrzał na dziewczynę z niezrozumieniem. Martwiła się bardziej o samochód, niż o niego?
– Nie martw się, nie uszkodzę już bardziej tego grata! – mruknął niezadowolony i odpiął pasy.
Wysiadł z samochodu, zatrzaskując drzwi i otworzył przednią maskę, pod którą zajrzał.
Nie wiedziała po co to robi, bo samochód wcale nie jest zepsuty, tylko spragniony, ale nie skomentowała tego, znając skłonności niektórych mężczyzn do zaglądania pod maskę. Dobrze, że marek nie wykazywał tej do rozbierania na części.
Nie spodobało jej się też to, jak o nim powiedział. Dla niej jest cudny!
– Myślałam, że lubisz ten samochód… – rzuciła z przekąsem, zostając w środku.
– Bo lubię. – odpowiedział szczerze. – Ale nie lubię, jak mi się wykręca taki numer! – odparł, unosząc palec w górę i zatrzasnął klapę.
– Jak mogłeś mi to zrobić? – rzucił szeptem do auta, opierając o nią dłonie. – A ja ci niedawno wymieniłem olej, a ty mi się tak odwdzięczasz? Niewdzięcznik!
Zamilkł nagle. Czyżby właśnie rozmawiał z nieżywym przedmiotem? Pokręcił głową. To pewnie przez tą temperaturę. Zrobiło się cieplej.
– Nic się nie da zrobić? – zapytała, kiedy i ona wysiadła z samochodu.
Pokręcił głową.
– Nie. Zdechlak stanął na amen. – kopnął butem w masywną oponę, czego szybko pożałował, bo syknął z bólu.
Należało mu się, przeszło jej przez głowę.
– Jak możesz tak mówiąc! – oburzyła się ostatnim określeniem. – Jemu po prostu chce się pić! – spojrzała na nim z tańczącymi ognikami w oczach, jakby powiedział coś obraźliwego, a on tylko wyzwał samochód od „zdechlaka”.
Marek przez chwilę spoglądał jej w oczy z głupim uśmiechem, aż wreszcie wybuchł.
– Pić? – zapytał, dalej się nabijając. – Szkoda, że mu się zachciało na tym pustkowiu! – zakpił.
Jeszcze chwila a się na niego obrazi. Być może wybrał sobie nieodpowiednie miejsce, ale ona potrafiła go zrozumieć.
Za to dla Marka zachowanie Basi było dziwne. Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji. Utknęli na środku pustej ulicy, przez którą od 5 minut nie przejechał ani jeden samochód i na nic takiego się na razie nie zanosiło.
– A ty sprawdziłeś ile masz benzyny, zanim wyjechaliśmy? – zapytała podchwytliwie, na co Marek wymienił z nią tylko szybkie spojrzenie i szybko odwrócił wzrok, by się nie domyśliła, jaka jest odpowiedz.
– No właśnie! – nie udało się.
I tak się domyśliła.
– Chodź! Musimy znaleźć stację benzynową. – zawołała ochoczo.
Nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się w kącikach ust.
– Chcesz go tu tak zostawić? – zapytał ze śmiechem.
– Nie, nie zostawić… – zaprzeczyła kręcąc głową z uśmiechem, ale kiedy nagle uświadomiła sobie, jakie to niebezpieczne zostawiać go bezbronnego na pastwę złodziei, szybko zmieniła zdanie. – Albo nie! – zrobiła gest dłonią, jakby chciała go zatrzymać. – Ty tu zostań, a ja pójdę! Takich stacji jest tu na pewno co kawałek… – pocieszała się, że wcale nie będzie musiała daleko iść.
Nie wytrzymał. Gdy się odwróciła, zawołał donośnie.
– Baśka! Najbliższa stacja benzynowa jest za 10 km! – odwróciła się z miną pełną przerażenia, a Marek roześmiał się, ukazując szereg białych ząbków.
Lubiła najbardziej ten rodzaj jego uśmiechu, ale w tym momencie odstawiła na bok swoje fascynacje.
– Skąd wiesz? – spytała, chcąc nabrać pewności, że znów się z niej nie nabija.
– Mam w samochodzie nawigację GPS. Namierza nawet niektóre radary. – rozszerzyła szeroko usta, nagle przypominając sobie o tym małym urządzeniu na szybie, ale wcześniej nie przyszło jej to do głowy.
– Ale nie można do końca ufać urządzeniom. Ktoś się już na tym przejechał. – przypomniała sobie śmieszny filmik, jaki oglądała w sieci.
– Tej można. Jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. – zapewnił, a Basia tylko westchnęła i wróciła do Marka.
– To co robimy?
– Nie wiem. Daj mi się zastanowić. – no tak.
Marek z pewnością nie raz wychodził z takich opresji. Na pewno zaraz coś wymyśli.

*****

– I co? Wymyśliłeś już? – spytała po 15 minutach, kiedy oboje siedzieli na masce samochodu w kompletnej ciszy.
Nie chciała przeszkadzać Markowi w procesie tworzenia genialnego pomysłu. Chłopaka oczywiście to nie drażniło, ale nic nie powiedział, tylko skrycie się śmiał.
– Jeszcze nie. – spojrzała na niego agresywnie. – Myślę. – odparł, z pięściami przystawionymi do ust
Nie wytrzymała.
– Tak siedząc to na pewno nic nie wymyślimy! – zaczęła narzekać, wsuwając się z maski, co zamiast denerwować Marka jeszcze bardziej śmieszyło.
– A masz jakiś lepszy pomysł? – zapytał, ledwo powstrzymując śmiech.
Widząc jego lekceważący wzrok, uniosła bojowo głowę.
– A właśnie, że mam! – rzuciła z błyskiem w oku i stanęła na poboczu, z wyciągniętym kciukiem.
Marek parsknął śmiechem.
Ruch co prawda trochę się ożywił, ale i tak złapanie stopa graniczyło z cudem.
– Myślisz, że to się uda? – krzyknął, gdy się oddaliła.
– Jedzie! – krzyknęła, ignorując jego ostatnie słowa.
Pomachała jak rasowy autostopowicz, ale się nie udało. Samochód się nie zatrzymał.
– Mówiłem, że to się nie uda! – krzyknął, ale ponownie nie odpowiedziała.
Przy piątym samochodzie miała dosyć. Wróciła do Marka z miną: „Co robie nie tak?”.
Wzruszył tylko ramionami ze śmieszną miną.
– Może jestem za mało widoczna?
– To może przyczep sobie odblask? Będziesz świecić z 50 m. – zaproponował na żarty, ale wcale się jej nie spodobał.
– Bardzo śmieszne. – skarciła go. – A może bym się tak położyła na jezdni?
Widziałam kiedyś taki film i… – przerwał jej gwałtownie.
– Baasiu, nawet jakbyś stanęła nago na środku jezdni nikt by się nie zatrzymał! – wyjaśnił śmiejąc się z jej naiwności.
– A wiesz? Nawet to nie głupi pomysł! – uśmiechnęła się przebiegle.
– Co? Chcesz się rozebrać? – zapytał, śmiejąc się.
Nie wierzył, że byłaby do tego zdolna. Ba, był pewien.
– Mam lepszy pomysł. – odeszła od Marka, biorąc do ręki karnister.
W Marku zaczęły już narastać wątpliwości. Czuł się za nią w pewnym sensie odpowiedzialny i nie pozwoli, by paradowała nago po ulicy. Nie może jej zobaczyć nago. Po prostu nie może!
– Baśka, wracaj tu! – zawołał.
– Cicho! – odkrzyknęła i pochyliła się, by położyć kanister na ziemi, po czym, zaczęła oglądać swoją sukienkę.
Było jej strasznie szkoda. Naprawdę jej się podobała. I była chyba jedyną, w której nie wyglądała jak szkielet. Tym bardziej było jej żal.
Ale nie miała wyjścia. Musiała ją poświecić.
– Przepraszam, ale muszę. – powiedziała cicho.
Chwyciła rąbek w szewku i pociągnęła, rozrywając ją do linii przed kolana.
Z drugiej strony zrobiła to samo. Spróbowała jeszcze naokoło skrócić ją tak, by była równo, tak samo z przodu, jak i z tyłu według zagięcia.
Sukienka Basi mierzyła teraz do ¾ jej ud.

Chcę oglądać twoje nogi
Nogi, nogi, nogi…


Natomiast Marek gdy tylko zobaczył co zrobiła, wybuchł śmiechem, prawie zwijając się w kłębek. Nie mógł przestać się śmiać. Ta dziewczyna coraz bardziej go zaskakiwała.
Basia była nawet zadowolona ze swoich zdolności krawieckich. Efekt przeszedł jej najśmielsze oczekiwania i mogła pokusić się o stwierdzenie, że sukienka wygląda teraz o wiele lepiej niż przez skróceniem.
Uśmiechnęła się z zadowoleniem i odwróciła na chwilę głowę w kierunku Marka.
Pokiwał głową i wystawił kciuk w górę.

Chcę oglądać twoje nogi
Nogi, nogi, nogi…
Chcę byś założyła mini
Mini, mini, mini


Ponownie się roześmiała, zakrywając usta.

Ślimak dziś wystawił rogi
Rogi
A ty pokaż swoje nogi


Dziewczyna miała nadzieję, że jej poświęcenie nie pójdzie na marne. Odetchnęła aż jej niesforna grzywka uniosła się w górę i zaczęła się powoli przechadzać wzdłuż pobocza z kanistrem w dłoni.
Po chwili dostrzegła nadjeżdżający…czerwony kabriolet, z czteroma przystojniakami.
Marek zmarszczył brwi ze zdziwienia.
Dziewczyna uniosła kciuk w górę. Chłopaki spojrzeli szybko najpierw na jeepa i jego właściciela, potem przyjrzeli się dziewczynie przelotnie z uśmiechami na twarzach, ale podobnie, jak każdy inny samochód, przejechali dalej.
Dziewczyna skrzywiła się smutno i miała już rezygnować, kiedy zauważyła, jak samochód zatrzymuje się kawałek dalej. Chłopaki zawołali zdezorientowaną Basię gestem dłoni. Natychmiast na jej ustach zagościł szeroki uśmiech. Pobiegła w ich stronę.
– Cześć chłopaki! Podwieziecie mnie na stację? – zapytała bez jakiekolwiek strachu czy zawstydzenia i zatrzepotała rzęsami.
Ta czwórka wydała jej się całkiem w porządku.
Uśmiechnęli się i odpowiedzieli chórkiem.
– Jasne, wskakuj!
Marek natomiast z wrażenia aż wstał, robiąc kilka kroków do przodu. Zauważył jak dwóch z chłopaków wysiadło i uniosło dziewczynę za ręce, by pomóc jej wsiąść na tylnie siedzenie. Ruszyli po chwili, zostawiając za sobą tylko kłęby spalin.
Marek ze złości, ze jednak jej się udało, kopnął w przypadkowy kamień.

*****

Minęła godzina, a ona wciąż nie wracała. Jak długo może trwać podwiezienie na stację oddaloną tylko o 10 kilometrów, nalanie benzyny, zapłacenie i wrócenie z powrotem?
Z pewnością nie zajęłoby to tyle czasu!
Zaczynał mieć wyrzuty sumienia, że pozwolił jej jechać z tymi typami. Przecież ich nie znała, a teraz mogli z nią zrobić wszystko: wywieść, zgwałcić, okraść, zostawić na jakimś zadupiu bez niczego lub zabić i zakopać, że nigdy by jej nie znaleźli.
„Co za idiota!” – pomyślał przerażony. – „Co ja zrobiłem!”
Zaczynał się coraz bardziej o nią bać. Denerwował się, a nie wybaczy sobie, jeśli coś się jej stanie. To by była wyłącznie jego wina!
Chodził z miejsca na miejsce. To kucał na poboczu, to znów opierał się o maskę, to siedział za kierownicą samochodu lub przechadzał się poboczem.
Nie mógł sobie znaleźć miejsca. Martwił się. Coraz bardziej.
Na domiar złego nie miał z Basią żadnego kontaktu. Jeśli zaraz nie wrócą, pojedzie jej szukać. Nawet jeśli musiałby kogoś okraść z samochodu!
Musi coś zrobić, bo zaraz zwariuje.
Kiedy miał się już uciekać do brutalności, zauważył jak „coś” czerwonego zbliża się w ich kierunku. To „coś” przypominało z daleka kabriolet. Tak, to był znajomy kabriolet.
Odetchnął z ulgą.
Samochód zatrzymał się w tym samym miejscu, a dwójka tych samych chłopaków pomogło dziewczynie tym razem wysiąść z auta.
– Dzięki chłopaki! – powiedziała Basia, posyłając im uroczy uśmiech.
– Spoko. – odpowiedzieli znowu chórkiem.
Podali jej jeszcze kanister napełniony benzyną, który Basia schowała za plecy i ponownie ruszyli, po chwili znikając za drzewami.
Dziewczyna z szerokim uśmiechem na twarzy powoli podchodziła do Marka, kryjąc przed nim, co trzyma za plecami.
Mina Marka nie zdradzała żadnych emocji, gdy do niego podeszła. Stał ze spuszczonym wzrokiem, jakby był obrażony.
Dziewczyna zmrużyła oczy i jej uśmiech lekko zbladł.
Młody Brodecki wreszcie zapytał władczym tonem:
– Masz? – nie odpowiedziała od razu tylko pokazała na pełen pojemnik na benzynę.
– Mam. – odparła pewna siebie, równo z gestem głowy i postawiła go obok na ziemi.
Kiedy dalej nic nie mówił, utraciła pewność siebie i spoglądała mu w oczy przez dłuższą chwilę z niezrozumieniem.
Nie wytrzymał.
Uśmiechnął się delikatnie i pełen euforii, uniósł dziewczynę w górę, zaczynając okręcać wokół własnej osi.
– Jesteś genialna! Łuuhuuu!!! – krzyknął, kiedy ją okręcał, aż zaczynało jej się robić niedobrze. – Jean!!
Z szoku nawet nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Dotarło do niej dopiero, gdy poczuła grunt pod nogami. Mimo, że postawił ją na ziemi, dalej czuła, jakby wirowała w chmurach. Trochę kręciło jej się w głowie i to nie dlatego, że ją okręcał.
– Przepraszam. – powiedział, gdy zauważył, że dziewczyna próbuje utrzymać równowagę.
– Nie szkodzi. – odpowiedziała, łapiąc się za głowę, kiedy Marek podnosił kanister i po omacku, chwytając się czego bądź, weszła do samochodu.

Stokrotka07 - 2009-06-22, 12:08

Haha :lol: Bliźniaczki kocham Wasze opowiadania! ;-)
Super! ;-) I widzę, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, oby tak dalej ;-)

Twins - 2009-06-22, 12:28

Dzięki, ale miało być jeszcze to :lol:

– Tylko szkoda twojej sukienki. Była naprawdę ładna – rzucił, gdy nalewał benzynę.
Chyba dopiero teraz zauważył jak ładnie na niej leżała, gdy już nadaje się do śmieci.
– No co ty! Teraz wygląda o wiele lepiej! – rzuciła, by nie miał o to wyrzutów sumienia, a Marek tylko posłał jej przesłodki uśmiech.
Widocznie nie zdawała sobie sprawy jaka gafę popełniła, ale nie roześmiał się na głos.
Po chwili Marek wrócił na miejsce pasażera. Siedzieli tak w milczeniu przez kilka sekund, kiedy Marek kontem oka spojrzał na jej odkryte nogi i kolana, których już nie zakrywała sukienka.
Były naprawdę zgrabne.
– Rzeczywiście o wiele lepiej. – mruknął, Ne odrywając wzroku od jej nóg.
Spojrzała na niego z przerażeniem w oczach, czując, jak się czerwieni ze wstydu.
– Marek! – skarciła go, odwracając głowę do szyby, by nie zauważył jej rumieńca i bezskutecznie próbowała naciągnąć przykrótki materiał na kolana.
Chłopak tylko spojrzał na nią ze śmiechem.

:lol:

Kasieńka - 2009-06-22, 12:28

łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!
Bliźniaczki genialnie! Jestem oczarowana tym opem :D
Ma niesamowity klimat i styl, jakbym czytała jakąś dobrą książkę :)
Ciekawe, jakie jeszcze przygody czekają B&M :lol:
Dalej Mistrze ;*

[ Dodano: 2009-06-22, 13:32 ]
A z dopisanego fragmentu widać, że Marek się napalił :576:

Daisy - 2009-06-22, 12:42

Lubię napalonego Mareczka :576: :576: :576:
Łaaaaaaaaa! Wspaniale! Lubię ich takich.
A Mareczek mógł się dłużej pomartwić :P hihihi

Ninuś - 2009-06-22, 12:49

aaaaa Bliźniaczki rzeczywiście bosko!
No tak Mareczkowy się napalił, Barbara się speszyła i co?
I jest bosko! :576: Kocham to opo!
Geniusze, dalej! ;** ;**

olka - 2009-06-22, 13:39

Bliźniaczki świetnie! :-D Genialne jest to opowiadanie!
Baśka robi się coraz bardziej rezolutna!
Czuje, że to nie ostatnia taka przygoda. Ciekawe co jeszcze ich czeka :lol:
Piszecie szybko kolejną część! MISTRZOSTWO!;*;*;* ;-)

Kasieńka - 2009-06-22, 14:26

Bliźniaczki&Kasieńka przedstawiają:



Część 11.

Był w szpitalu codziennie przesiadując na oddziale noworodków po kilka godzin. Basia próbowała go wyrzucać, ale bezskutecznie. Nie rezygnował. Następnego dnia wracał. Musiał dogadać się z pielęgniarkami, bo nie miały nic przeciwko jego codziennym wizytom. Był tak uparty, że i Storosz po kilku dniach przeszło. Uznała, że skoro Marek tak bardzo chce się widywać z synem, nie może mu tego zabronić. To by była walka z wiatrakami.
Mama małego Bartka (bo takie imię wybrała pod koniec ciąży, odsuwając na bok Franciszka, Andrzeja czy jeszcze kilka bardziej oryginalnych) z każdym dniem czuła się coraz lepiej. Powoli dochodziła do siebie po wypadku i po dwóch tygodniach spędzonych w szpitalu, zaczęła się nudzić. Chwile umilały jej pory karmienia, gdzie mogła nacieszyć się swoją kruszynką. Mały rósł jak na drożdżach a Basia już nie wyobrażała sobie życia bez tej słodkiej istotki. Chciała go zabrać jak najszybciej do domu, ale chłopiec, jak i jego mama musieli zostać kilka dni dłużej na obserwacji, czy nie dzieje się nic niepokojącego.
Nadszedł jednak dzień wypisu Basi i Bartka ze szpitala. Już od rana spakowała wszystkie swoje rzeczy. Była gotowa na ten ważny dla niej dzień. Dziś po raz pierwszy jej synek będzie razem z nią. Niestety, Adam nie mógł jej odebrać ze szpitala. Zadzwonił chwilę wcześniej, że mają kocioł na komendzie. To samo tyczyło się Zuzi, jej przyjaciółki. Basia czuła się trochę zawiedziona, ale zrozumiała ich sytuację. Gdzieś w głębi serca zaczynała tęsknić za pracą, ale przez najbliższe tygodnia chciała całkowicie poświęcić się synowi.
Tuż po godzinie dziewiątej rano, zaraz po rannym obchodzie, otrzymała wypis ze szpitala. Przerzuciła przez ramię podręczną torbę i szczelnie przykrytego noworodka „zapakowała” w nosidełko, jakie przyniósł jej wczoraj Adam. Przytrzymując torbę, uniosła delikatnie nosidełko, ale musiała przyznać, że czuła się jeszcze trochę obolała po porodzie i nie do końca mogła się ze wszystkim zabrać. Przydałby się ktoś do pomocy…
Na nikogo liczyć nie mogła, więc musiała radzić sobie sama. Mimo, że Marek kręcił się w pobliżu nie brała na poważnie jego deklaracji. Uważała je za chwilowe. Brodecki pobawi się ich synem, a kiedy się mu znudzi, znowu gdzieś zniknie i wróci za parę lat, kiedy to Bartuś będzie już Bartkiem – dojrzałym mężczyzną. Nie wierzyła, że stanie się odpowiedzialnym ojcem. Dlatego już planowała, że zrobi wszystko, co w jej mocy by dobrze wychować synka.
Wyszła przed gmach szpitala, ale kiedy miała już wyciągać telefon z kieszeni, by zamówić taksówkę, zauważyła Adama z wielkim, białym misiem pod pachą, Zuzię i jeszcze kilka osób znanych jej z komendy stołecznej. Stal przed nią cały komitet powitalny z prezentami. Zaskoczona co i szczęśliwa poczuła, że do oczu napływają łzy, gdy wspólnie krzyknęli: „Niespodzianka!”.
- Ojejku… - tylko tyle udało jej się wydusić. – Bardzo wam dziękuję. Jesteście kochani! – dodała, a po chwili Adam podszedł do Basi przytulił po ojcowsku i zabrał od niej nosidełko, by jej trochę ulżyć w dźwiganiu.
- Myślałaś, że cię tak zostawimy samą? – wyrwała się Ostrowska i podchodząc do Basi również mocno uścisnęła. – Nie ma mowy! Teraz jesteś oczkiem w głowie całej komendy. Nawet szef cię pozdrawia i przesyła mały prezent dla małego Bartka, z dopiskiem, że już szykuje dla niego miejsce w kryminalnej. – obie w tym momencie się zaśmiały.
- Wolę, żeby nie powielał moich błędów.
- A co? Tak ci u nas źle? – odezwał się Arek, jeden z policjantów.
- Nie. – znów się uśmiechnęła, robiąc śmieszną minę.
- Już się nie mogę doczekać kiedy do nas wrócisz. – odezwała się ponownie Zuzia. – Zaczynam za Tobą tęsknić. – szepnęła, gdy reszta prowadziła swoją rozmowę i pogłaskała Storosz po ramieniu.
- Ja za Tobą też, ale teraz najważniejszy jest Bartek.
- Mogę ci ze wszystkim pomóc, jeśli tylko będziesz chciała.
- Oczywiście, że będę! – uśmiechnęła się.
- W takim razie, ciotka Zuzia zgłasza gotowość do akcji! – obie się rozśmiały.
Uścisków i gratulacji nie było końca. Każdy z zebranych po kolei podchodził do Storosz i życzył jej i jej synkowi wszystkiego najlepszego. Prezenty, ciepłe uśmiechy – to wszystko sprawiło, że Basia nie czuła, że jest sama.
Tymczasem nikt nie miał pojęcia, że są obserwowani. Tuż za nimi, po drugiej stronie ulicy stał nie kto inny jak Marek. Gdy po kilku minutach reszta wróciła na komendę, a Adam i Zuzia zostali z Basią sami i pakowali wszystkie prezenty do bagażnika, Storosz przypadkiem dostrzegła przyglądającego się im Brodeckiego. Nie umknęło to uwadze Ostrowskiej.
- Komu się tak przyglądasz? – spojrzała w tym samym kierunku co Baśka i tak samo jak ona zobaczyła młodego mężczyznę. – To Marek? – zapytała zaciekawiona.
- Tak, Marek. Jedzmy już. – ponagliła nie mając ochoty z nim rozmawiać. Od czasu jego wizyty w jej Sali zaraz po operacji, nie zamienili ze sobą słowa.
- Widziałam go kilka razy, jak był u Bartka. Jest strasznie w niego wpatrzony.
- Możemy już jechać? – zapytała ponownie, chcąc zakończyć ten temat. – To, że nagle przypomniał sobie o dziecku niczego nie zmienia. – dodała, nie chcąc wysłuchiwać kazań. - Nie chcę go znać. Za bardzo mnie skrzywdził.
- Uważam, że jednak powinnaś z nim porozmawiać. Macie syna.
W tym momencie dostrzegł go również Adam. Po minie dało się poznać, że nie był zadowolony, gdyż nie dążył Marka sympatią, ale przez ostatnie dni zauważył w nim pewną zmianę, zatem również uważał, że Basia powinna z nim porozmawiać.
- Zuzia ma racje. – wtrącił.
- Oooo…chyba tu idzie. – zauważyła Ostrowska, kiedy Brodecki zrobił krok do przodu, by przejść przez ulicę. Storosz nie miała jeszcze tyle sił, by stanowczo zaprotestować, zatem uległa sugestii przyjaciół. Spokojnie poczekała aż do nich podejdzie.
- Cześć. – rzucił na przywitanie.
Zuzia uważnie przyjrzała się nieznajomemu. W razie czego miała się na baczności.
- Skąd wiedziałeś, że dzisiaj wychodzę? – zapytała nieprzyjemnie, nie siląc się na uprzejmości.
- Pielęgniarka mi powiedziała. – odparł niepewnie, spoglądając to na Storosz, to na Zuzię. Czuł się trochę skrępowany obecnością jej przyjaciółki. Wolał, żeby porozmawiali w cztery oczy. Adam był podobnego zdania, ale Ostrowska była głucha na wszelkie sygnały. Chciała za wszelką cenę posłuchać tej rozmowy, by ocenić jak układają się ich relacje.
- Zuzia, do samochodu! – rzucił Zawada, poirytowany zachowaniem podopiecznej.
- Ale… - spotkała się z wrogim spojrzeniem komisarza. – No dobrze, już idę. Jakby to, to krzycz. – dodała jeszcze do Basi, by zrobić trochę na złość Markowi.
- Jak mały? – zapytał, kiedy zostali sami.
- Dobrze. – odparła nawet na niego nie patrząc.
- A ty? Jak się czujesz? – w jego głosie dało się wyczuć troskę.
- Interesuje cię to? A może zżerają cię wyrzuty sumienia, że to przez siebie wpadłam pod samochód?
- Nie mów tak. – odparł smutnym głosem. – Dobrze wiesz, że to było trochę inaczej…
- Tak, tak. – mruknęła. – Coś jeszcze? Śpieszę się. Bartek jest śpiący.
- Bartek? – zapytał zdziwiony, a Baśka ugryzła się w niesforny język.
Po chwili szoku Marek zaśmiał się cynicznie.
- Fajnie, że dopiero teraz dowiaduję się, jak ma na imię mój syn. – rzucił z pogardą.
- Od kiedy jest twój? – odgryzła się za tą uwagę.
- Od zawsze! – odpowiedział z lekko łamiącym się głosem, spoglądając jej w oczy.
Spuściła wzrok pod wpływem tego spojrzenia.
- Bartek to połączenie imienia Barbara i Marek. Albo Bartosz, od Barbary Storosz. – wyjaśniła, zmieniając temat.
- Ładnie. – pochwalił. – Chcę go zobaczyć. Przyjdę, dzisiaj.
- Tak. – odpowiedziała z uśmiechem.
- Na pewno! – potwierdził, zauważając, że kompletnie nie wierzy w jego słowa. – Przysięgam. – dodał, mając nadzieję, że teraz mu uwierzy.
- Tylko nie przysięgaj, proszę. – spojrzała mu w oczy z litością. – Musze już iść.
- Będę na pewno. Na 100 procent.
- Cześć. – rzuciła ignorując jego ostatnie słowa.
Odwróciła się i poprawiając jeszcze kocyk synkowi wsiadła do samochodu. Marek tylko przez moment mógł spojrzeć na synka. Nie spał. Od razu na jego ustach pojawił się uśmiech.
- Cześć. – rzucił. - Tatuś za niedługo przyjdzie. Pojedziesz teraz z mamą, dobrze? – Basia poczuła, że do oczu napływają jej łzy.
- A-dam je-dzmy już.. – z trudem wyjąkała i zatrzaskując drzwi, ruszyli, zostawiając Marka samego na parkingu.

Kiedy ostatni goście wyszli, odetchnęła z ulgą. Nie żeby miała dość przyjaciół, ale chciała mieć trochę czasu tylko dla siebie i swojej kruszynki. Bartuś był taki cudowny, nie mogła wprost się na niego napatrzeć! Jej fascynacja nim ani trochę się nie zmniejszyła od czasu jego narodzin. Chciała go przytulać, dotykać. Teraz nakarmiony leżał w łóżeczku, a Basia nie mogła się powstrzymać, by chociaż nie dotknąć jego malutkiej rączki. Patrzył na nią swoimi błękitnymi oczkami, tak podobnymi do tych jego ojca. Istną sielankę przerwało pukanie do drzwi. Czyżby, któryś z gości o czymś zapomniał?
- Chodź kochanie, zobaczymy kto to – wzięła Bartka na ręce i podeszła do drzwi. Niestety było zbyt ciemno, by mogła zobaczyć przez „judasza” kto to.
- Kto tam? – zapytała przez drzwi.
- To ja, Marek!
Otworzyła, choć z wahaniem. Jakoś nie miała ochoty znowu go spotykać. Nie wiedzieć, czemu zawsze po jego wizytach czuła się taka… rozbita wewnętrznie. Jakby były w niej dwie Baśki. Jedna rozważna, a druga… no cóż, zakochana.
- Cześć Wam – przywitał się, gdy otworzyła – Proszę synu, to dla Ciebie - w rękach ściskał wielkiego, pluszowego… królika z kokardką na uchu. Miś był naprawdę ogromny, kilkakrotnie większy od Bartka.
- No, zanim się nim pobawi to będzie trzeba jeszcze „troszkę” poczekać – Storosz, choć próbowała, nie potrafiła powstrzymać się od uśmiechu.
- Ale obiecaj mi, że zajmie honorowe miejsce. W końcu to prezent od tatusia – wypiął się dumnie, patrząc na synka.
- Masz moje słowo – obiecała – A ty po co właściwie tu przyszedłeś?
- Jak to po co? Chciałem zobaczyć się z Bartkiem. To mój syn.
- Właściwie to zaraz miałam go kąpać.
- To świetnie się składa! Pomogę Ci!
- Ty? – parsknęła śmiechem.
- No, a czemu nie? – zrobił obrażoną minę. Bartek, gdy coś mu nie pasowało miał bardzo podobny wyraz twarzy.
- Wiesz co? To ja przygotuję kąpiel, a ty go potrzymaj – odparła. Dziś nie była nastawiona do Brodeckiego tak wrogo jak zazwyczaj, zachowywali się wobec siebie tak normalnie i miło. Podziałał tak na nich chyba ten malutki szkrab. Ich szkrab.
- Jak to potrzymaj? – spojrzał na nią z przerażeniem. Nigdy nie miał na rękach Bartka.
- Sam przecież powiedziałeś, że to Twój syn – zaśmiała się – Poczekaj, pomogę Ci. Tylko ostrożnie. Nie zapomnij przytrzymać mu główki – udzielała mu instrukcji. Gdy Bartek znalazł się w jego ramionach czuł jak potęguje się w nim szczęście. To było dla Marka naprawdę niesamowite i jedyne w swoim rodzaju przeżycie.
- Widzisz, nawet nie płacze. Wie, że to tata. Mądry chłopiec – pochwalił go.
- To ja pójdę przygotować tą kąpiel – jeszcze chwila oglądania tego pięknego obrazka ojca z synem, sprawiłaby, że całkiem by się „rozpłynęła”. Wolała więc się ewakuować.
- Tylko uważaj na niego – zastrzegła jeszcze z lekkim niepokojem.
Pół godziny później Bartek leżał w swoim łóżeczku czysty i pachnący. Basia i Marek stali nad nim, czekając aż uśnie, a to miało nastąpić już niedługo, gdyż jego oczka robiły się coraz bardziej „klejące”.
- Cieszę się, że go mamy, wiesz? – powiedział Brodecki, szepcząc.
- Tak? A to od kiedy? – zakpiła.
- Nie wiem, to jakoś tak samo przyszło – zdobył się na szczerość, ignorując jej nieprzyjemny ton.
- Chyba usnął…
- To ja już pójdę. I tak pewnie Ci tu przeszkadzałem.
- Nie, nawet mi trochę pomogłeś – uśmiechnęła się lekko.
- Niedługo znowu tu do Was wpadnę. Może nawet jutro, jeśli nie masz nic przeciwko?
- Nie, nie mam. Nie będę ograniczać ci kontaktów z synem – odparła, odprowadzając go do drzwi.
- No to do zobaczenia – nachylił się, by pocałować ją w policzek na pożegnanie, ale odchyliła twarz w drugim kierunku. Nic więcej nie mówiąc, po prostu wyszedł.

Kiedy pogoda się polepszyła, a i maluch był gotowy, cała trojka wybrała się razem na pierwszy wspólny spacer. Marek upierał się, że musi przy tym być. Zaangażował się, co z jednej strony cieszyło Basię, ale z drugiej budziło pewne obawy. Bała się bowiem, że to wszystko jest tylko chwilowe, jakby zaraz znowu miał zniknąć. Ona może jeszcze by sobie jakoś poradziła, ale dziecko to nie zabawka, którą można odkładać na półkę po skończonej zabawie w tatusia. Mimo wszystko zgodziła się. Pomoc Marka nawet okazała się niezbędna. To on pomógł jej znieść ten ciężki wózek. Sama nie dałaby sobie rady.
Wybrali się po pobliskiego parku. Basia czuła się taka dumna. Pchała wózek ze swoim synkiem, którym chciałaby się pochwalić przed całym światem. Był taki śliczny i grzeczny. Zupełnie jak aniołek. Teraz już wiedziała jak to jest być bezkrytycznie zapatrzonym w swoje dziecko. Dobrze, że jeszcze nie łapała się na tym, że ciągle o nim mówi. Za to Marek wręcz przeciwnie. Nie widziała jeszcze co o tym wszystkim ma myśleć, ale naprawdę chciała wierzyć, że pokochał Bartka.
Zamyśloną Basię, wreszcie sprowadził na ziemie Marek, przerywając dłuższą między nimi ciszę.
- Widzisz jak się rozgląda? Nie tak jak inne noworodki, które tylko by spały! Jest ciekawy świata! – po tych słowach Basia spojrzała jeszcze raz na synka. Rzeczywiście był bardzo ruchliwy i żywiołowy. Chciało jej się śmiać z tych skłonności Brodeckiego do przesady.
- Zaraz i tak pewnie uśnie. – odpowiedziała kończąc tym samym temat rozmowy.
Marek mimo wszystko próbował dalej ją ciągnąc. Nie chciał poprzestawać na paru urywanych zdaniach. Skoro mają razem dziecko muszą nauczyć się ze sobą rozmawiać.
- Myślałaś już może nad chrzcinami? – Basia dziwnie zmierzyła go wzrokiem.
Jakoś nigdy nie wydawał jej się wierzący. Pojął szybko przyczynę jej nagłego milczenia.
- Wiesz…moja matka. Kazała mi się ciebie o to zapytać. Jest na tym punkcie trochę przewrażliwiona. Chciałaby w czymś pomóc i takie tam. – wyjaśnił.
- Jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. Jeszcze jest czas. – odpowiedziała wymijająco. – Jakby co to powiadomię twoją mamę. – wydawała jej się naprawdę mądrą i porządną kobietą. Wspaniały materiał na babcię. Polubiła ją.
Marek na to tylko skinął lekko głową.
- Ooo! Widzisz! Uśmiecha się. Polubił świeże powietrze. – dodał znowu zaabsorbowany obserwacją synka. – Jak podrośnie będziemy często tutaj przychodzić i nauczę go grać w piłkę. – Baska jedynie cicho prychnęła.
Zauważył to i gdyby sobie nie przysiągł, że już nigdy więcej jej tak nie zdenerwuje, szykowałby już cięta ripostę.
- No co?! – mimo wszystko nie spodobało mu się jej zachowanie.
- Ciszej, bo właśnie zasnął. A tak poza tym, nie obiecuj czegoś, czego nie dotrzymasz.
- Skąd wiesz, że nie? Już ci powiedziałem, że z niego nie zrezygnuje. Nigdy. To mój syn!
- Dobrze, dobrze tatusiu. W takim razie ty z nim zostaniesz, a ja wskoczę po pieluchy. Za chwilę wracam. – kompletnie bagatelizowała jego zapewnienia, wcale ich nie słuchając.
Miała jednak opory, czy to zrobić. Wolała jednak iść do sklepu sama, niż powierzyć Markowi swoją kartę bankomatowa, a nie miała przy sobie gotówki. Jednak teraz bała się o Bartka, czy Marek sobie z nim poradzi. Czy nie wpadnie mu do głowy tak głupi pomysł, by go wziąć do siebie, inaczej mówiąc porwać. Niekontrolowana już nawet swoich myśli. Niemalże biegiem szła do sklepu, by jak najszybciej się uwinąć.
- No to zostaliśmy sami… - dodał cicho do siebie.
Basia miała rację. Bartek spał jak suseł. Czyli Brodecki nawet nie miał z kim porozmawiać jak facet z facetem. Zastanawiał się za to, czy jest w ogóle sens udowadniać to, iż narodziny dziecka wiele zmieniają w życiu każdego mężczyzny.
Nawet nie zauważył, że podchodzą do wózka trzy bardzo ładne dziewczyny w krótkich spódniczkach. Spacerowały uliczkami parku, a widom śpiącego Bartusia musiał je zainteresować. Także widok jego przystojnego taty.
- Przepraszam, mogę? – spytała brunetka, chcąc zajrzeć do wózka.
Marek wydał się początkowo zmieszany, jednak szybko posłał dziewczynie jeden ze swoich zniewalających uśmiechów.
- Bardzo proszę.
- Jaki śliczny chłopiec! – zawsze podziwiał kobiety, że nie mają problemów z rozróżnianiem płci tak małych dzieci.
Pozostałe dwie dziewczyny także mu się przyglądały z maślanymi oczami.
- Ile już ma, jest taki słodki! – nawet nie zauważył, jak dziewczyna przysiadła się obok Marka na ławce.
- Yyy…parę tygodni. To nasz pierwszy wspólny spacer. – pochwalił się, a dziewczyny zdaje się były jeszcze bardziej rozanielone.
Marek mógł się czuć jak młody bóg, otoczony wianuszkiem kobiet. Nie ma co. Wózek to odpowiednie narzędzie na podryw.
- Patrzcie jak śpi. Jaki aniołek… A tak w ogóle to jestem Magda. – brunetka podała mu rękę na przywitanie.
- Marek. – odwzajemnił uścisk.
- Sylwia. – podała mu rękę teraz blondynka.
- Karolina. Miło cię poznać.
- Mnie również. – uśmiechnął się zawadiacko, a szatynka „przypadkowo” oblizała dolną wargę.
- Jak ma na imię ta kruszynka? – dodała Magda ciągle oczarowana chłopcem, jak i jego tatusiem.
- Martek, znaczy Bartek. – Brodecki nie ukrywał, że w towarzystw tylu tak pięknych kobiet zrobiło mu się gorąco.
- Piękne imię. – odparła tym razem Sylwia.
- Tak? Dzięki! – ponownie się uśmiechnął, co dziewczyny odwzajemniły.
Jeszcze nigdy nie spotkały tak seksownego taty. Łamał wszelkie stereotypy „pantoflarzy”.
- A tak dla pewności? Jesteś sam? – dodała Karolina.
- Taaaa. Tak. Można tak powiedzieć.
- Tak mi przykro. Ale jeszcze masz Bartka. – odparła smutno Magda.
- Jakbyś chciał kiedyś pogadać, zapisze ci swój numer. Możesz dzwonić o każdej porze. Rozumiem jak to jest przezywać stratę. – dodała Karolina.
Sylwia szybko wyciągnęła z torebki kawałek kartki i długopis i podała dziewczynie. Już wypisywała cyfry, kiedy wszyscy usłyszeli głośne brząknięcie.
- Ychym!!! – była to oczywiście Basia z reklamówka pieluch.
- Basia? Szybko się uwinęłaś. – momentalnie zapomniał o nowych „koleżankach”.
Wstał, by odebrać od niej reklamówki. Dziewczyny za to stały zmieszane, domyślając się, że to zwykły podrywacz, a do tego tak naprawdę ma jeszcze żonę i dziecko. A już myślały, że jest sam…
- Yyy…W takim razie my już nie będziemy panu przeszkadzać… - i cała trójka ulotniła się jak szybko to było możliwe.
- No, no, no…Brawo! Zapomniałam, że podryw na wózek jest ciągle w modzie. Zdążyły ci już powiedzieć ile mają na koncie?
- Przestań, ok.! To one się do mnie doczepiły! Nikogo nie podrywałem. – wytłumaczył się. – A może ty jesteś zazdrosna, co? – zaśmiała się.
- Tak, jestem zazdrosna. Zazdroszczę im, że ich znajomość z tobą skończyła się tak szybko jak się zaczęła. – w środku umierała z zazdrości i miała ochotę wydrapać tym jędzom oczy. One nie miały rozstępów!

Podczas dalszej części spaceru, nie odzywali się do siebie nawet słówkiem. W końcu Basia oznajmiła, że jak na pierwszy spacer Bartusiowi już wystarczy i powinni wracać do domu. Marek od razu zaoferował, że ich odprowadzi i pomoże wnieść ciężki wózek na górę.
- Wejdziesz na herbatę? – zaproponowała, co zaskoczyło Brodeckiego. Spodziewał się, że zechce się go „pozbyć”, gdy już nie będzie je potrzebny.
- Jeśli, nie będzie to dla Ciebie problem – odpowiedział z należytą uprzejmością.
- Nie, właściwie to chciałabym z tobą porozmawiać – powiedziała to, jakby chciała się usprawiedliwić - Rozgość się, a ja położę Bartka do łóżeczka – zniknęła w pokoju obok.
Marek zajął grzecznie miejsce na kanapie, by na nią poczekać. Nie próbował się nawet domyślać, czego będzie dotyczyła ta rozmowa. Znając jednak Baśkę, to nie będzie zbyt miłe.
- Jestem, to czego się napijesz? – z letargu wyrwał go, jej głos.
- Dzięki, ale nic. Wolałbym już wiedzieć, co chcesz mi powiedzieć.
Przytaknęła. Zajęła miejsca na kanapie, ale celowo usiadła jak najdalej niego. Jego bliskość mogłaby ją krepować i zaczęłaby się plątać, a tego nie chciała. Miała być twarda i zdecydowana.
- Marek, właściwie to mam do Ciebie pytanie. Czego ty tak naprawdę od nas chcesz? Jakoś nie chce mi się Wierzyc w Twoją nagłą odmianę…
- Znowu zaczynasz? – zacisnął pięści, by zachować spokój. Nie miał ochoty na kłótnie, a ostatnio coraz częściej tak kończyły się ich rozmowy,
- Po prostu nie chce mi się wierzyć w Twój nagły przypływ miłości do Bartka! W czasie ciąży było „trochę” inaczej…
- Wiem. To była dla mnie całkiem nowa sytuacja, nie potrafiłem się w tym odnaleźć. Wtedy bardziej zależało mi na tym, żeby Cię odzyskać – wyjaśnił, a ona poczuła się nadzwyczaj dotknięta. „Wtedy…” – to najbardziej zostało w jej pamięci.
- A teraz zależy Ci na Bartku, a nie zależy na mnie? – w końcu odważyła się zadać to nurtujące ją pytanie. Nie musiała być specjalnie spostrzegawcza, by zauważyć, że Marek nie stara się o nią tak jak kiedyś. Właściwie to wcale.
- I tu Cię boli… Sama dałaś mi do zrozumienia, że nie mam już u Ciebie szans, a teraz nagle za tym tęsknisz? No tak! Lubiłaś, gdy latałem za Tobą jak głupi, a ty mogłaś mnie upokarzać i odrzucać – zakpił
- Dobrze wiesz, że to nie było tak. Podobały mi się te Twoje „zaloty”, ale.. Próbowałam bronić się przed tym, by znowu ci nie zaufać i się sparzyć. A to wcale nie było proste z uwagi, że…
- Że co? – zapytał, gdy nagle urwała. Już sam nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć.
- Że nadal do Ciebie coś czułam. Z tego się tak łatwo nie daje wyleczyć – sama nie wiedziała, co ją podkusiło do takiej szczerości.
- A teraz? Jak jest teraz?

Daisy - 2009-06-22, 14:59

Normalnie was ukatrupię :576:
To grzech kończyć w takim momencie! Wrrr!
Nie pozwólcie nam długo czekać na kolejną część, no!
Trio wspaniałe :* To i wspaniałe opowiadanie musi wyjść.

isis - 2009-06-22, 15:34

Uuuuu dziewczyny!Dałyście czadu z opowiadaniami! xD

Twins-nie mogłam się powstrzymać ze śmiechu nad całą sytuacją Basi i Marka :576: Ich próby(a w szczególności próby Basi;P) zdobycia benzyny były boskie! xD Dialogi-rewelacja!!! xD
Ach uwielbiam to opowiadanie! :lol: Jest niesamowicie pozytywne!:)

Kasia-mmmm cudnie!:)Widać,że Marek bardzo się stara,ale nie dziwię się Basi,że ma obawy co do jego zachowania;)Ciekawe czy Marek sprosta tak odpowiedzialnemu zadaniu jakim jest bycie ojcem..bo jak na razie nie jest źle-co będzie jak przyjdzie więcej obowiązków?Dziecko zachoruje?
To opowiadanie również jest jednym z moich ulubionych!:)

Kasieńka - 2009-06-22, 16:04

isis, dziękuję, ale przypominam, że to nie tylko moje opo, ale i Twins :)
Ninuś - 2009-06-22, 16:05

Bliźniaczki&Kasia
O matko jak ja uwielbiam to opo, no!
Z życia wzięte normalnie! ;-)
Widać, że Marek stara się i przede wszystkim chce...
i myślę, że Basia nadal go kocha. Mimo wszystko. Mimo, że tak bardzo ją skrzywdził.
Mistrzynie więcej! ;** ;** ;**

PS może do się wyda głupie, ale brakuje mi tu umci! Kiedy będzie jakaś umcia? :576:

Krymcia - 2009-06-22, 16:21

jezu! dziewczyny genialne!!!

piszcie szybko dalsze części czekam na nie z utęsknieniem!

isis - 2009-06-22, 17:01

Kasieńka napisał/a:
isis, dziękuję, ale przypominam, że to nie tylko moje opo, ale i Twins :)


Aaaa przepraszam!
Wybaczcie mi tą gafę :oops:

Twins - 2009-06-22, 18:48

"Lek na całe zło"

cz. 6

*****

Tymczasem w domu państwa Kamińskich toczyła się zawzięta dyskusja. Przekrzykiwano jeden, drugiego, że liczne głosy zlewały się w jeden, nieprzyjemny jazgot. Przeważnie dało się słyszeć grube, męskie głosy, zgłaszające gotowość do działania.
W tym wszechogarniającym harmidrze próbowano ustalić, gdzie aktualnie może przebywać Basia. Wygłaszano propozycje, a Pan Kamiński z uwagą słuchał opinii sąsiadów. Sam dyrygował kto ma penetrować jaki obszar, dzielił na kilkuosobowe grupy.
Basia zniknęła dwie godziny temu, a nikt tego nie zauważył, co już było niedopuszczalne. Nie wróciła do domu, wyszła, uprzednio nikogo nie powiadamiając dokąd się wybiera i już się nie pojawiła. Ostatnią osobą, która ją widziała była Małgosia, kiedy razem poszły na spacer. Od tamtej pory już nikt jej nie widział, zatem za godzinę zaginięcia zgodnie ustalono około godzinę 4 popołudniu. Nakreślono też, że musiało to się stać w ich wiosce lub okolicznych oddalonych co najwyżej o 5 km, bo Basia nie jeździła dalej.
Pan Kamiński wspólnie z rodziną zaczął jej szukać w okolicy, myśląc, że się zgubiła gdzieś w pobliskim lesie, ale pobieżne przebadanie terenu nie odniosły rezultatu. Jedyne, co znaleźli to „jej” rower, porzucony przy kościele. Zdenerwowany Kamiński zwołał więc kilku sąsiadów do siebie, by rozpocząć regularne poszukiwania, zanim zawiadomią policję.
Sąsiedzi zebrali się w salonie państwa Kamińskich, uzbrojeni w latarki i mapy. Wzięto też coś do ewentualnej obrony, gdyby Basi zagrażał jakiś niebezpieczny napastnik. Jeden z sąsiadów przyszedł też z psem policyjnym, który aktualnie był na emeryturze, by pomógł odnaleźć jakiś trop. Wszyscy ochoczo nieśli chęć pomocy. Wszystkim zależało by odnaleźć Basię całą i zdrową. Ogółem do poszukiwań zgłosiło się około 20 ludzi, tak więc salon pękał w szwach i z trudem można było już złapać powietrze. Było strasznie duszno.
Domownicy, a zwłaszcza Gosia, zaczynali się o nią martwic. Owszem, Basia często udawała się na samotne wycieczki, ale przeważnie podejrzewali, gdzie może być. Pan i pani Kamińska czuli się odpowiedzialni za tą dziewczynę. Jej rodzice powierzyli im opiekę nad nią, zaufali, kiedy ci obiecali się nią odpowiednio zając. A teraz ich córka nagle zniknęła.
Mieli mało czasu. Zwarzywszy jakie konsekwencje może mieć niewiedza na temat jej stanu zdrowia. Gdyby Basia została porwana, (a taką opcję też musieli zakładać) a nie otrzyma odpowiednich leków, może to doprowadzić nawet do jej śmierci. Tym bardziej wszczęcie poszukiwań musiało się odbyć jak najprędzej, zanim upłynie dzień.
Państwo Kamińscy bali się powiadomić o jej zniknięciu rodziców Basi. Bali się spojrzeć im w oczy. Gdyby coś stało się tej dziewczynie nigdy nie wybaczą sobie takiego zaniedbania. I z pewnością czuliby się winni całej tej sytuacji do końca życia. Najbardziej denerwowała się pani Kamińska.
– Gośka, idź na górę, weź jakieś ubranie Basi, by pies złapał trop! – zalecił ojciec dziewczyny, a Małgosia, chcąc się do czegoś przydać, natychmiast pobiegła na górę.
Weszła do pokoju dziewczyny i już po przekroczeniu progu czuła, że coś jest nie tak.
Rozglądała się po pomieszczeniu jeszcze bardziej przerażona. Wzrokiem próbowała ogarnąć widok jaki zastała, ale miała złe przeczucia.
Szafa była przymknięta, ale przez sporą szparkę zobaczyła, że nie było w niej połowy ubrań. Brakowało też lodówki turystycznej, jej torby podróżnej i plecaka. Otworzyła szufladę i zobaczyła, że wzięła ze sobą nawet oszczędności. Jej podejrzenia potwierdził jeszcze liścik.
Zobaczyła żółtą, samoprzylepną karteczkę, przeczepioną do tablicy korkowej. Wzięła ją do ręki i zaczęła czytać. Od razu poznała pismo Basi. Miała bardzo staranne, ładne.
Pierwsze zdania przeczytała na głos.

„Droga Małgosiu,
Nie chciałam tak znikać bez pożegnania. Nie umiałabym, dobrze wiedząc, jak bardzo byś się o mnie martwiła. Nie po tym co zrobiłaś dla mnie Ty i Twoi rodzice.” (…)

Zamilkła nagle, rozumiejąc co się dzieje.
Przeleciała szybko wzrokiem do końca listu i zamarła. Teraz przypominała bardziej skałę niż człowieka. Oczy miała pełne przerażenia, poruszała nimi z jednej na drugą stronę.
Ten list i ten tajemniczy Marek jeszcze bardziej potęgował jej strach.
Nie mogła postąpić tak jak ją prosiła. Musiała o nim powiedzieć. Nie mogła trzymać tego listu w tajemnicy, mimo, że czuła się, jakby zdradzała jej największy sekret. Dla jej dobra musiała go oddać. Zbyt mocno się o nią bała.
Nie potrafiła zrozumieć w tej chwili, jak Basia może ją prosić o coś takiego! Jakby ją namawiała do zatajenia prawdy o morderstwie, przez co staje się jej wspólniczką. Nie zamierzała jej kryć. Była zła. Co ją właściwie opętało, że uciekła z pierwszym, lepszym facetem?! – zastanawiała się w duchu. Była na nią wściekła. Bardzo wściekła za jej lekkomyślność. Obiecała sobie, że powie jej ostro do słuchu, gdy tylko ją odnajdzie.
– Tato!!! Tato!!! – krzyczała, zbiegając ze schodów.
Mężczyźni zbierali się już do akcji sąsiedzkiej. Część z nich już wyszła za zewnątrz. Część dogadywała szczegóły z panem Kamińskim w hollu, by wszystko przebiegło sprawnie.
Słysząc krzyki córki, Pan Kamiński natychmiast skierował na nią wzrok.
– Co się stało? – zapytał pośpiesznie. – Wiesz, gdzie jest Basia?! – dziewczyna nic nie mówiąc, podała liścik ojcu.
Ten wymienił z nią szybkie spojrzenie i przeczytał.
Małgosia zauważyła, że jej ojciec zmrużył oczy, ale nic nie odpowiedział. Nie zdradził nawet treść listu stojącym obok sąsiadom, mimo ich licznych pytań.
– Pokaż go mamie. Niech dzwoni po Storoszów. – zalecił córce dyskretnie po chwili dłuższego milczenia i spojrzał Małgosi w oczy, pytając ją czy cokolwiek wie o tym chłopaku.
Małgosia odniosła wrażenie, że ojciec podejrzewa, że maczała w tym palce. Mimo, że nic nie mówił jego wzrok przeszywał ją na wskroś tak, że już czuła wyrzuty sumienia. A przecież jest niewinna! Na dodatek ta jego mina zimnego pokerzysty, która jeszcze bardziej ją onieśmielała przed kłamstwem, jeśli tylko przyszłoby jej to do głowy.
Zaprzeczyła kiwnięciem głowy. Była na tyle przerażona tym przesłuchaniem, że mężczyzna uwierzył córce. Inaczej nie pokazałaby mu też tego listu.
Pan Kamiński westchnął ciężko, układając w myślach, jak podziękować sąsiadom za pomoc, mówiąc, że już nie są potrzebni, a przy tym niczego nie zdradzać, bo sprawa jest nadzwyczaj delikatna.

Z pełnym bakiem i… trochę mniejszą ilością gotówki mogli się zatrzymać gdzie im się żywnie podobało. Jako, że znajdowali się nadal na pojezierzu miejsc noclegowych było dość sporo. Sezon letni dopiero się rozpoczynał. A dzisiaj w noc świętojańską nie będą musieli spać pod gołym niebem.
Licząc się jednak z każdym groszem, Marek znalazł tanie pole namiotowe. Zatrzymali tam na kolejny przystanek w podróży.
Pole namiotowe jak pole namiotowe – bez luksusów, ale przynajmniej w łazienkach były prąd i prysznic z ciepłą wodą, gdzie można było się wykąpać, co było już z n a c z n y m udogodnieniem. Początkowo planował przecież rozbić się na jakiejś dzikiej plaży za frico. Tylko ze względu na to, że Basia jest dziewczyną, zmienił zdanie.
Marek miał tylko nadzieje, że Basia zdawała sobie z tego sprawę, kiedy świadomie się na to naraziła i nie będzie jej to przeszkadzać.
Przeszkadzać? Jej?
Wręcz przeciwnie.
Dziewczyna nawet nie pisnęła słowem! Wydawała się być zadowolona, tak cholernie zadowolona, że ciągle z uśmiechem na ustach, zgadzała się wszystko, co tylko zaproponował jej Marek, będąc mu dozgonnie wdzięczna za takie atrakcje.
Brodecki zaczął się więc obawiać, że dziewczyna kompletnie sfiksowała owładnięta manią podróżowania i to nie ważne w jakich warunkach.
„Ona jest chyba nienormalna! Za dużo się naczytała o motywie wędrówki na języku polskim, czy co?” – pomyślał, że aż chciało mu się śmiać.
Nie potrafił sobie tego logicznie wytłumaczyć. Zwyczajna dziewczyna, jego zdaniem, potrafiłaby tylko ciągle narzekać, tak jak baletnica, która po słabym występie może uskarżać się na zbyt ciasne baletki. Baśka była dla Marka pod tym względem bardzo niezwykła. Nie wiedział tylko, czy ma się z tego śmiać czy płakać.
– Maa-r-eek? Może tu, co? – zapytała, kiedy przechodząc się po polu namiotowym szukali odpowiedniego miejsca do rozbicia swojego.
Byli na szczęście dla nich nielicznymi jeszcze gośćmi. Cisza i spokój, zero biegających dzieci. I jeszcze parę wysokich drzew.
– Jest tu i trochę cienia i słońca… – nie chciała się mu narzucać swoim zdaniem, dlatego wszystko co mówiła, a co było subiektywne, wypowiadała ostrożnie.
Nie miała być przecież dla niego ciężarem jak przecież obiecała.
– Ok. Tez mi się tu podoba. Dobre miejsce. – uśmiechnęła się do niego delikatnie, gdy się z nią zgodził. – Rozbijemy się tu. – Basia skinęła tylko głową z zadowoleniem.
Marek wyminął Storosz i poszedł po samochód, który zaparkował kawałek dalej. Podjechał nim bliżej. Wyszedł z auta, a z bagażnika wyciągnął torbę ze zwiniętym namiotem. Miał zamiar czym prędzej go rozbić, by nie tracić czasu.
Basia natomiast postanowiła odsunąć się w kąt. Nigdy nie spała pod namiotem, zatem nie miała zielonego pojęcia jak go rozbić. To działka kogoś doświadczonego. No chyba, że poprosi ją o pomoc. Zawsze może cos potrzymać, czy podać…
Ten namiot wyraźnie ją interesował, nie mogła się doczekać, kiedy już stanie.
Musiała przecież sprawdzić, czy jest dostatecznie duży, a co najważniejsze, czy ma dwie sypialnie. Jakby nie, któreś z nich musiałoby spać w samochodzie. Była gotowa się poświecić, byle tylko następnego dnia ruszyć z nim w dalszą drogę.
Kiedy Marek starał się jak najszybciej uporać się z namiotem, Basia tylko od czasu do czasu podawała mu „śledzie”. Nim się obejrzała namiot już stał.
Ale co to był za namiot?!
W porównaniu z tym, co sobie wyobrażała, ten mógłby być zamkiem!
Czteroosobowy, z dwiema dwuosobowymi sypialniami po dwóch stronach i malutkim jak to nazwała „holem”. Przed miał zadaszenie, gdzie śmiało można było wystawić stolik i krzesła nawet w deszcz.
„Jeśli oczywiście by nie zacinało” – pomyślała.
Dla Basi brakowało tu jedynie kobiecej ręki, jakiś dodatków i już śmiało mogłaby tu zamieszkać na zawsze. Od pewnego czasu jej minimalizm ograniczył się tylko do Marka.
Kiedy Marek zauważył, że ta od dłuższego czasu się nie odzywa, a tylko z uporem maniaka gapi się w namiot, zapytał zdezorientowany, co ją tak pochłonęło.
– Yyy…Coś nie tak? – zmrużył przy tym zabawnie powieki.
– Nie tylko…namiot... Jest świetny! Idealny! – zachwalała.
Marek kompletnie nie rozumiał dlaczego. Namiot jak namiot – bez rewelacji. Co prawda niedawno go kupił. Jakiś rok temu na wypady z paczką z prawa, ale często go używał.
Nie zastanawiając się dłużej nad sensem tej wypowiedzi, wyciągnął z samochody coś jeszcze. I nie były to śpiwory, bowiem wszystko było już wypakowane.
Wrócił trzymając w jednej ręce ultracienkiego laptopa firmy APPLE. Domyśliła się po jabłuszku na białej obudowie. Najnowszy model z 2008 roku. Najnowszego na rynku! Wiedziała trochę interesując się komputerami z przeszłości, a o tym modelu wyczytała z Internetu. Musiał b a r d z o dużo kosztować. Nawet nie umiałaby tego przeliczyć z dolarów amerykańskich na polskie złote. Pogubiłaby się z pewnością.
Podłączył do to gniazdka i włączył. Usiadł na przednim siedzeniu samochodu, trzymając go na kolanach.
– Laptopa też masz świetnego… – dodała, nieco przytłoczona.
Kiedy spotykali się pod sklepem, gdyby nie to auto nigdy nie powiedziałaby, że ma tyle pieniędzy. Był wówczas normalnym chłopakiem z sąsiedztwa…
Marek jednak nic nie odpowiedział. Zamyślony włączył program pocztowy. Na szczęście ktoś wymyślił bezprzewodowy Internet. Tutaj zasięg był nawet dobry, trzy z pięciu kresek.
Zauważył, że ma kilka nie przeczytanych wiadomości od tego samego nadawcy.

No i gdzie ty jesteś??? Dlaczego się nie odzywasz tak długo! Czekam.

Marek, to już przestaje być śmieszne… Szczepan też się zaczął martwic, nie tylko ja! Jak cię tylko spotkam to skopie ci tyłek!!!

Jak do końca tygodnia się nie odezwiesz to idę to twojego ojca!!!

Wystukał szybko nową wiadomość.

Cześć,
wiem, że długo się nie odzywam, ale to jedyne miejsce od przeszło stu kilometrów gdzie mam dostęp do prądu. Surwiwal na maxa, ale mam co jeść i gdzie spać. Nie narzekam. Wszystko jest dobrze. Nie musisz się o mnie martwic. Radzę sobie jak zawsze, jestem już dużym chłopcem. Powoli zmierzam do celu. Mam nawet nową koleżankę. Basia jest całkiem w porządku. Tylko cholernie nieśmiała i nieco zakompleksiona, ale byście się polubiły. Przy Tobie może by się rozkręciła. Teraz tylko krajową 2-ką do granicy w Świecku. Jutro już będziemy w lubuskim. Obiecuje, że jeszcze się odezwę, nie musisz się stosować tak drastycznych metod jak powiadamianie starego.
Całuje i do napisania.
Marek.
P.S. Pozdrów ode mnie Szczepana.


Gdy skończył z wysłał na adres poczty o ciekawym loginie crazyzuz. Uśmiechnął się przy tym do siebie.
Basia tylko przyglądała się badawczo temu nagłemu przypływowo wesołości. Nie śmiała jednak zapytać o co biega.
– Przepraszam, mówiłaś coś? – odparł, kiedy zdał sobie sprawę, że na chwilę się odciął od świata. – Wysyłałem maila do zaniepokojonej przyjaciółki. – wyjaśnił.
„Jaki on kochany” – pomyślała.
Biedaczek nawet nie zdawał sobie sprawy jak zaspokoił jej ciekawość.
„Zaraz, zaraz…” – przeszło jej przez myśl.
Zdała sobie bowiem sprawę, że Marek nigdy wcześniej nie wspominał o żadnej przyjaciółce...
Poczuła się dziwnie. Jakby zazdrosna.
„Powiedział <<przyjaciółce>>?” – powtórzyła w myślach. – „Przyjaciółka to nie dziewczyna, to co się tym przejmujesz?! Tym, że ma przyjaciółkę? Każdy ma jakiś przyjaciół!!!” – próbowała sobie przetłumaczyć. – „Ty też jesteś jego przyjaciółką…Też! Sam tak powiedziała, pamiętasz???” – przypomniała sobie i w mig się rozchmurzyła.
Odetchnęła z ulgą i mimochodem się uśmiechnęła. Marek w tym samym czasie nadal spoglądał na ekranik notebooka, kiedy Basia dziwnie zamilkła. Był już przyzwyczajony, że „ona już tak ma”.
Dziewczyna chciała ciągnąc rozmowę, jednak szybko pochłonęła ją kolejna myśl.
„Że też wcześniej na to nie wpadłam! Jak mogłam być taka naiwna …” – aż serce znowu zaczęło jej szybciej uderzać z żalu.
A co jeśli Marek wcale nie jest spłukany? Ten laptop…, ten namiot…, całe wycieczkowe wyposażenie… Zbyt dużo wziął ze sobą jak na faceta, którego ojciec wyrzucił z domu. Nie zdążyłby tego wszystkiego ze sobą spakować w trakcie awantury.
Czuła się jak idiotka wierząc w to wszystko, ale jeszcze miała nadzieję, że da się to jakoś logicznie wytłumaczyć.
Kiedy Marek zamknął wreszcie laptopa, czekał na jakąś reakcję ze strony Storosz. Widział po jej minie, że nastrój dziewczyny uległ zmianie. Jakby odkryła coś niebywale zaskakującego lub też była czymś zniecierpliwiona.
– Yyyy…Coś się stało? Tak nagle się nie odzywasz…Zrobiłem coś nie tak? – mając doświadczenie z dziewczynami, musiał wiedzieć, że z babskim „fochem” jest jak z granatem – nigdy nie wiesz, kiedy wybuchnie.
Czy zrobił coś nie tak? Dla Basi było to oczywiste, jak on może nie zdawać sobie z tego sprawy!
– Nie, nic…tylko…zastanawiam się jakim cudem to wszystko… – skinęła na samochód, namiot i notebooka. –….znalazło się w twoim samochodzie…Jakbyś już wcześniej był spakowany i… wcale nikt, by cię z nikąd nie wyrzucał…Bo niby kiedy byś miał na to czas? …Tak mi przed chwilą przyszło do głowy, że ta twoja podróż wcale nie musi być wymuszona okolicznościami, a...
– Kaprysem? – podniósł znacząc jedną brew.
– Właśnie… – potwierdziła nieśmiało.
I dla Marka to cale stwierdzenie wydało się dziwne. Wcześniej nie interesowała się tą sprawą z jego ojcem. Musiał jej przyznać. Choć może wydawała się niepozorna, była bardzo spostrzegawcza. Za bardzo.
Marek więc w odpowiedzi wstał i przykucnął przed Basią w dość bliskiej odległości od jej twarzy. W tak bliskiej, że Basia doskonale widziała kolor jego oczu. Cała zesztywniała pod ich magnetycznym działaniem.
Chwilę trwało nim odpowiedział.
¬– A co jeśli… – kontynuował bardzo powoli, hipnotyzująco. – wszystko o czym teraz mówisz to prawda i choć raz w życiu chciałem poczuć się jak przeciętniak, zamieniając wypasiony pokój z łazienką w hotelu na Malcie, Florydzie, czy gdziekolwiek indziej na świecie, na śpiwór na polu namiotowym i zarastający grzybem natrysk w najbardziej nieatrakcyjnych turystycznie miejscach tego kraju? Co byś na to powiedziała?
Tak, była idiotką. Uwierzyła temu facetowi, który teraz wpatrywał się w nią z wyższością arystokraty, wyraźnie pokazując, że jest o niej lepszy i sprytniejszy.
Wielka gula stanęła jej w gardle i zaczęły ją piec oczy. Miała ochotę się rozpłakać, ale na pewno nie przy Marku. Skoro okłamał ją teraz, jego przyjaźń też była zakłamana, a może nawet wcale jej nie było.
Czyżby chciał tylko ją w sobie rozkochać myśląc początkowo, że jest naiwną dziewuchą ze wsi?
– Powiedziałabym, że mnie okłamałeś… Udawałeś kogoś innego. Już wcześniej to zrobiłeś a ja…brzy-dzę się kłam-stwem… – mówiła przez zaciśnięte zęby ze świecącymi od łez oczyma. – Jesteś notorycznym kłamcą! – popchnęła go tak, że stracił równowagę.
Wstała z zamiarem ucieczki z tego miejsca jak najdalej.
Tak, ten sprawdzian z pewnością nie był dla niej sympatyczny. Przesadził i to grubo. Czym prędzej wstał i pobiegł jak dziewczyną.
– Basia, Basia! Przepraszam! Żartowałem! – dobiegł do niej, zachodząc drogę.
– Zostaw mnie! Teraz znowu chcesz mnie okłamać?! – krzyknęła.
I to nawet całkiem dobrze. Była stanowcza jak jeszcze nigdy wcześniej.
– Tak, okłamałem cię, ale dopiero przed chwila, kiedy to musiałem się upewnić czy chodzi ci o mnie, czy o pieniądze mojego ojca, które nigdy nie będą moje! …Naprawdę przepraszam. – powtórzył spoglądając na nią z tą samą jak wcześniej przyciągającą ją głębią.
Jego oczy znów stały się dla niej piękne. Udało jej się uspokoić walące jak młot serce.
– Jak chcesz mogę pokazać ci kieszenie. – uśmiechnął się, wiedząc, że są puste.
– Nie trzeba bankrucie. – również się uśmiechnęła.
Kojąca ulga spłynęła na jej serce. Nadal był tym samym Markiem Brodeckim.
– Chodź napijemy się kawy.
– Herbaty!
– Czekolady i koniec kropka!
– Zgoda, może być i czekolada! – uśmiechnęła się znowu.
Gorąca czekolada będzie idealna na zbliżające się chłodny wieczór i noc.

*****

Tak, ten wieczór był wyjątkowo zimny. Już od popołudnia zbierało się na deszcz. Na szczęście skończyło się tylko na przelotnych opadach.
Basia czuła się jak w Pustyni i w Puszczy. Dygotała z zimna jakby dostała ataku malarii. Czuła się z resztą jakby przebywała na pustyni, gdzie w dzień jest za gorąco, a w nocy za zimno. I wcale jej się to nie podobało. Była strasznym zmarzluchem.
Gdyby chociaż miała się do kogo przytulić…
Dobra, może i było to kogo i to nawet nie byle kogo, ale ona w życiu by na to nie poszła. Jest na to albo zbyt nieśmiała, albo zbyt wytrzymała na niedogodności.
Oboje schowani więc w namiocie siedzieli z plastikowymi kupkami z gorącą czekoladą w ręku w swoich już wybranych miejscach do spania, otuleni w polary.
I znów Marek był tak miły, że pożyczył jej swój. Wyglądał na niej jak worek na ziemniaki, ale przynajmniej było jej teraz ciepło. dodatku tak ładnie pachniała i wcale to nie był proszek do prania, czy płyn do płukania tkanin.
Cisze panującą wokół przerywał dźwięk kropel deszczu uderzających o zadaszenie namiotu. W środku jednak było bardziej sympatycznie i Basia i Marek zapominali o szarudze za oknem. Pogoda, nie ma co tu ukrywać, nie była letnia.
Dziewczyna już od kilku minut zastanawiała się jak zapytać Marka o sytuację w domu rodzinnym. Nie mówił zbyt wiele, a ona sama nie może pozwolić na to, by włóczył się po obcych krajach, aż wreszcie postanowiła zapytać wprost.
– Marek…Nie chcę się wtrącać w nie swoje sprawy, ale…jak to było z tobą i twoim ojcem? Obiecałeś, że kiedyś mi to wyjaśnisz. Wcześniej nie pytałam, bo tak jakoś…Było mi głupio. Więc…dlaczego ojciec wyrzucił cię z domu, bo na pewno nie chodziło tylko o rzucenie studiów, prawda? – ten wieczór z pewnością nadawał się do zwierzeń.
Próbowała go do tego przekonać.
Marek natomiast spuścił wzrok. Zastanawiał się chwilę, czy to odpowiednia chwila.
– Właściwie to…to wszystko nawarstwiało się od pewnego czasu i końcu…
– Rozumiem, tylko nic nie dzieje się bez przyczyny. Jak chcesz możesz mi to wszystko opowiedzieć, bo widzę, że trzymanie tego z sekrecie cię męczy…
– Nikomu jeszcze o tym nie mówiłem, ale myślę, że mogę spróbować. I to strasznie długa historia.
– Słucham. – uśmiechnęła się pokrzepiająco.
– Kiedy, kiedy, jakieś trzy lata temu zmarła mama, ojciec bardzo to przeżył. – nie mówił o sobie, ale widać było, ze i dla Marka był to cios. – czuł się samotny, ja szybciej się pozbierałem. W dwa lata po wszystko wróciło do względnej normy. Niecały rok temu jednak koło ojca zaczęła kręcić się jego nowa sekretarka, Karinka. – z mina z jaką o niej mówił świadczyła o tym, ze nie był jej życzliwy. – Była młoda…ładna. Sprytna. Owinęła sobie starego wokół palca, a ten nawet tego nie zauważył. Zachowywał się jak nastolatek!
– I to cię tak denerwuje? Po prostu twój ojciec chce być szczęśliwy…A może rzeczywiście go kocha? Nie pomyślałeś o tym?
– No proszę cię… – wyśmiał jej idealistyczne i nieco dziedzinie podejście do miłości.
– Wiesz cos więcej, tylko nie chcesz mi tego powiedzieć... – wyczuła go.
Spojrzał na nią gwałtownie.
Może bał się, że przestanie być dla niej ideałem?
Tak, Basia już wiedziała, że musiało być coś jeszcze, coś czego teraz się wstydzi.
– Najgorsze jest to… – ciągnął. – ,że wcale mu się nie dziwie, że się w niej zakochał. Była naprawdę… Miała w sobie coś…pociągającego. – nie wierzył, że to mówił, do tego przy dziewczynie.
Basia bała się o pikantniejsze szczegóły tej historii.
Nie mniej jednak nie przerywała mu nawet słowem. Potrafiła słuchać. Sam Marek nie wiedział dlaczego tak łatwo jest mu się przed nią zwierzać ze wszystkiego.
Tak po prostu już było.
– Od początku, kiedy wprowadziła się do naszego domu jako jego żona zrodził się między nami flirt. Było nawet zabawnie. Ojciec oczywiście myślał, że jej nie cierpię. Rzeczywiście tak się stało, ale dopiero później. …W pewnym momencie ta nasza zabawa, przerodziła się w coś poważniejszego i nie sam nie wiem kiedy, ale zaczęliśmy się całować. Gdybym się nie powstrzymał…ojciec by nas nakrył. – Basia była zdumiona.
Nie mieściło jej się to w głowie!
No bo jak? Syn i ojciec z ta samą kobietą?
To już nawet nie chodziło o stosunki kazirodcze, ale o godność i szacunek.
– Niezła historia…Jak z jakiegoś serialu…Nie musiałbyś się martwic o oglądalność. – skomentowała z ironią.
Tak, to była ironia.
Pierwszy raz u niej cos takiego widział. Zaskoczyła go jakby na to nie patrzeć.
– Ale to jeszcze nie wszystko. – zrobiła oczy jak złotówki. – Po tym wydarzeniu zrozumiałem, że jest zimna i zależy jej tylko na jego pieniądzach. W dodatku namawiała mnie na romans. Kiedy powiedziałem jej, że nic z tego zaczęła mnie szantażować, że powie ojcu, ze wtedy próbowałem ją…zgwałcić. Od tego czasu jak najmniej czasu spędzałem w domu. Często wyjeżdżałem gdziekolwiek się dało. Myślałem, ze odpuści, ale było jeszcze gorzej. Zaczęła żądać jakiś deklaracji, zapewnień… Chciała byśmy razem uciekli bez słowa. To wariatka!
„Zakochana wariatka” – przeszło Basi przez myśl.
Po części była w stanie ją zrozumieć.
– Aż tego dnia nie wytrzymałem…Wracałem właśnie z Mazur. Stąd to wszystko. Ten laptop, ten kajak…

*****

Zaparkowałem przed garażem, bo było mi wygodniej. Z resztą myślałem, że jestem sam. Karina zawsze z rana chodziła na jogę. Myślałem, że mam święty spokój. Zająłem się więc rozpakowywaniem, by zrobić to jak najszybciej. Trochę mnie nie było i o niczym innym nie marzyłem jak o wygodnym łóżku.
Wysiadłem z auta. Całą drogę skupiałem się na drodze, ale teraz byłem trochę rozkojarzony. Odwróciłem się i wtedy poczułem jak ktoś wiesza mi się na szyi.
To musiała być Karina. Nikt inny.
– Cześć kochanie! Nawet nie wiesz jak się za sobą stęskniłam. – pocałowała mnie, nawet nie zdążyłem zareagować.
Próbowałem ją odepchnąć, ale musiałbym wtedy użyć siły, by poskutkowało.
– Przestań! Między nami nic nie ma i nie będzie! Niech to do siebie wreszcie dotrze! – miałem już dość tej stresującej sytuacji.
Cholernie mi ciążyła.
– Tak? Więc teraz taki jesteś! A już zapomniałeś jak między nami było?! Jakaś znowu ci zawróciła w głowie! Która?! – nie potrafiła zrozumieć, że nic nas nigdy nie łączyło.
Zachowywała się co najmniej tak jakbyśmy byli ze sobą. Nic do niej nie docierało, że jest inaczej. Nie odpuszczała.
Powoli traciłem cierpliwość. Nawet święty nie zniósłby jej nachalności.
Po czy to normalne, by dziewczyna próbowała upić i wykorzystać faceta?
A bywało tak parę razy…
– A co było! No co?! N i c! Na szczęście nic. Nigdy nie byłbym z taką… – urwałem.
Może i lepiej.
W końcu nadal była kobietą.
Była kobieta pomimo tego, ze zachowywała się jak suka.
„Teraz albo nigdy” – pomyślałem.
Musiałem to skończyć. Sam. Nie ważne jak. To wszystko zaczęło się wymykać spod kontroli…
Przestałem się bac. Bo balem się. Bałem się jej pogróżek. Wiedziałem, że to moje słowo przeciwko jej. Wiedziałem też komu uwierzy ojciec.
– Uważaj na słowa! – zagroziła mi palcem. – Pamiętaj kto tu ma na ciebie haka! Lepiej dla ciebie byś był dla mnie miły. – uśmiechnęła się władczo.
– Wiesz co? Mam tego dość! I wiesz co teraz zrobię? – nie miała pojęcia.
Przestraszyła się mnie. Doskonale wiedziała, że miałem po uszy tej sytuacji.
– Co? – zapytała.
– Idę do ojca powiedzieć mu jaką ma wspaniałą żonkę! I mam gdzieś twoje groźby!
– Nie zrobisz tego! – zagroziła ponownie myśląc, że mnie przestraszy.
Nic nie odpowiedziałem, tylko poszedłem w kierunku tylniego wejścia obok basenu.
I tym razem próbowała mnie powstrzymać widząc moje zdecydowanie.
– Będziesz skończony, zobaczysz! Stary ci nie popuści!
– Taka jesteś pewna? Zobaczymy! – zaczęła mnie okładać, popychać, byle tylko zatrzymać.
Musiałem ją chwycić za łokieć i mocno szarpnąć. Wiedziałem, że ją to boli, ale nie miałem z tego powodu wyrzutów sumienia. Należało jej się to i wiele więcej.
Wtedy miałem ochotę ją rozszarpać!
Niestety zauważył to ojciec. Nim się obejrzałem, leżałem jak długi na zimnych kafelkach basenu. O to akurat nie miałem do niego żalu. Naprawdę wyglądało jakbym to ja zaczął.
Stanął w obronie swojej kobiety…
– Jeszcze raz ją tkniesz… - przerwałem ojcu, przecierając podbródek.
– A co?! Sama się prosiła! Dowiesz się wreszcie kogo wpuściłeś pod swój dach! Ale nie tutaj, nie chcę, żeby to słyszała.
– Nie słuchaj go! Nigdy mnie nie lubił. – myślała, że wzbudzi w ojcu litość.
Był tak samo zdenerwowany jak i tak samo chciał skończyć tą sytuację raz na zawsze. Dlatego się zgodził na rozmowę.
Przeszliśmy do salonu…


– No i pogadaliśmy… Powiedziałem mu, że poślubił dziwkę łasą tylko na jego kasę, że o mało co nie wylądowaliśmy razem w łóżku. Bardzo się wkurzył. Widziałem, że sam nie wiedział komu ma wierzyc, bił się z myślami. Ale powiedział: Zejdź mi z oczu, wynoś się! Nic więcej. No to spełniłem jego prośbę. Nie wziąłem nic więcej od tego z czym przyjechałem. Z pierwszego bankomatu wypłaciłem ile się dało i ruszyłem w drogę…

Daisy - 2009-06-22, 19:51

Jakie dziś tłumy w NT :lol: Strasznie mnie to cieszy!
Twins, kolejna wspaniała część. Nareszcie się przed nią otworzył.
Teraz już tylko z górki. :D Bo na przyjaźni to oni chyba nie poprzestaną hehe.


* * *

*Nazwiska fikcyjne


Cz. 6

Dziś uroczysta premiera „Tylko Ty”
Już dziś wieczorem w warszawskim Multikinie w Złotych Tarasach odbędzie się uroczysta premiera polskiej komedii romantycznej „Tylko Ty”. Jak zapowiadają organizatorzy wieczór będzie pełen emocji. Na premierę specjalnie z Florencji przyjechał Albert Baranowski, polski reżyser na stałe mieszkający we Włoszech, a z Londynu legendarny gitarzysta jazzowy Ben Robins. Swój udział potwierdzili także wszyscy aktorzy występujący w filmie: Magdalena Storosz, Paweł Adamczyk, Agnieszka Walczewska, Maja Marczak, Daniel Coen, Anna Chotecka. Nie zabraknie wokalistek ani wokalistów, którzy uświetnili film swoim kunsztem muzycznym. Zobaczyć więc będziemy mogli ulubieńców polskiej estrady.

- Czeka, więc nas wydarzenie w stylu najlepszych hollywoodzkich premier. Czerwony dywan, zagraniczni goście, ważne osobistości, wykwintne menu, najlepsze stroje wieczorowe w stylu glamour… - Zuzia głośno westchnęła i zamknęła gazetę. - Szkoda, że mnie tam nie będzie.
- Zuziu skarbie, nikt Ci nie kazał wstępować do policji. Po maturze szkoła aktorska stała przed tobą otworem. I kto wie, może właśnie ty przeżywałabyś dzisiaj swoją premierę! - Zawada nie mógł powstrzymać się od kpin pod adresem koleżanki. - Ale póki co pracujesz dla mnie, i swoją premierę możesz mieć na dywaniku u Wiśniewskiej, jeśli zaraz nie zabierzesz się za raport.
- Bardzo śmieszne... - Ostrowska zmrużyła oczy, wzrokiem odprowadzając komisarza do jego gabinetu. - A gdzie właściwi podziewa się Brodecki? Powinien mi pomóc.
- Nie mam pojęcia. Od wczoraj, kiedy dałem mu wolny wieczór nie pokazał się na komendzie. Chyba zabalował z tą swoją panną... - uśmiechnął się na wspomnienie szczęśliwego przyjaciela. - Zaparzysz mi kawy?
- Pięknie! - zdenerwowała się. - Markowi zawsze się upiecze. Nie ważne czy spóźni się godzinę czy w ogóle nie pojawi się w pracy. To się nazywa równouprawnienie. Albo solidarność jąder. Wybierz sobie!
- Zuzia...
- Nie Zuziuj mi tu teraz! - odparła. - I nie napisze tego raportu. Choćbyś mnie prosił na kolana. Wiśniewska jest twoją szefową, więc to tobie oberwie się za niezdyscyplinowanie zespołu.
- Zuzia... - Adam głośno się roześmiał, choć doskonale wiedział, że ma rację. Próbował jedynie jej zdenerwowanie obrócić w żart. Bowiem każda kolejna scysja z prokurator Wiśniewską podnosiła mu ciśnienie krwi, którego wolał uniknąć. - Marek na pewno zaraz się pojawi i Ci pomorze.
- Chyba sam w to nie wierzysz. Dochodzi dziesiąta. - zerknęła na zegarek wiszący na ścianie za jej plecami. - Obaj jesteście siebie warci. Wałkonie!
- No wiesz, ranisz moje uczucia! - odpowiedział, ale nie sam. Dokładnie te słowa padły także z ust podkomisarza Brodeckiego, który pojawił się właśnie w pokoju sekcji
- Wreszcie. Gdzie żeś się szlajał? ... Raport czeka! - Zuzia stanęła przed nim z pewnym uśmieszkiem, krzyżując na piersi ręce. - Bo ja nawet myślę kiwnąć palcem.
Marek podobnie do starszego kolegi, tylko ją wyśmiał. Odkąd pamiętał, zawsze im ustępowała i prędzej czy później wypełniała za nich obowiązki. Dlatego pewny był, że i tym razem tak będzie. Zwłaszcza, że miał dla niej prezent, którego się na pewno nie spodziewała.
- Grzeczniej... – rozkazał, wciąż się uśmiechając. Wyciągnął z kieszeni białą kopertę i zamachał nią przed nosem przyjaciółki. - Zgadnij co to jest.
- Nie interesuje mnie to. Na twoim biurku leżą akta. Bierz się za raport. A ja idę po kawę. - Chciała go wyminąć, ale zatrzymał ją silnym uściskiem na przedramieniu. - Nie złamiecie mnie! Pasożyty!
- Tylko Ty! - niemal wyśpiewał. - Tylko ty i tylko ja, na premierze! Dzisiaj.
- Phi. Nie rozśmieszaj mnie! - prychnęła z dezaprobatą. - Dzisiejsza premiera jest tylko dla celebrytów. A ty Brodecki, jesteś tylko biednym stróżem prawa. Poza tym skąd miałbyś wziąć bilety. Na dzisiejszy seans trzeba mieć specjalne zaproszenie.
- A jeśli udało mi się je zdobyć? … I powiem szczerze, że nie musiałem się specjalnie wysilać.
- I tak po prostu mi je oddasz? – parsknęła. – Za dobrze Cię znam. Nigdy nie byłeś bezinteresowny… Poza tym autograf Magdy już mam. A do kina pójdę sobie sama innego dnia. Z jakimś przystojniakiem.
- Ej, przecież też jestem przystojny… - oburzył się. – Ale okej, niech Ci będzie. Moje podwójne zaproszenie na pewno się nie zmarnuje. Zaproszę kogoś innego. Małgosię z centrali… albo Anię z dochodzeniówki… albo…
- Ty naprawdę masz to zaproszenie? – Zuzia aż krzyknęła, widzą jak Brodecki się nakręca. Tak jak na początku w to nie wierzyła, tak teraz ogarnęło ją przeczucie, że Markowi naprawdę mogło udać się je zdobyć. Bez wahania podał jej kopertę. Kiedy zaczęła czytać, jej uśmiech z każdym kolejnym wyrazem coraz bardziej się powiększał.
- Marek? – Zawada szturchnął przyjaciela, nie spuszczając jednak wzroku z Ostrowskiej. – Ty mówiłeś poważnie? Skąd masz to zaproszenie?
- Tajne łamane przez poufne! - mrugnął – I nie ciesz się tak. Wisisz mi przysługę…
- Ja? – zdziwił się, nie wiedząc co ma na myśli. – Za co niby?
- Zaraz zobaczysz!
W tym momencie obaj usłyszeli pisk radości pani aspirant.
- Marek! Jesteś genialny! Zrobię dla Ciebie wszystko, tylko zabierz mnie ze sobą!
- Wszystko, mówisz? – Brodecki posłał komisarzowi znaczące spojrzenie, które mogło oznaczać tylko jedno – raport.

Premiera filmu była dla niej zawsze czymś ekscytującym. Spotkania z fotoreporterami, kolegami aktorami, oklaski na stojąco po zakończonej projekcji, gratulacje. Czuła wtedy, że jest naprawdę ważna, a jej męcząca bądź co bądź praca została doceniona. Już od rana pokładała energię w przygotowaniach do wieczora, dlatego aby wyglądać pięknie Mateusz umawiał ją ze znajomym stylistą. Tym razem było podobnie, ale zamiast cieszyć się zakupami i wizytą u kosmetyczki, jej myśli zajmował bezustannie przystojny policjant. Toteż mało interesowały ją cekiny, guziki i klamerki. Zgadzała się na wszystko, byleby Marek pojawił się na premierze i mógł potrzymać ją za rękę. I choć wiedziała, że to nie możliwe, chciała aby stał obok. I nie ważne czy jako on sam, kelner, natrętny dziennikarz, czy zdesperowany fan. Jego obecność w zupełności wystarczy, aby czuła się bezpiecznie.
- Magda, słyszysz mnie? – Z odrętwienia wybudził ją podniesiony głos przyjaciela. – Olek zaraz straci cierpliwość. Podoba Ci się ta sukienka czy nie?
- Obojętnie mi …
- Przecież ty nienawidzisz pasków! – zdenerwowany odciągnął ją na bok. – Magda, co się z tobą dzieje? Ubrałby Cię w najgorsze łachy, a ty nawet byś tego nie zauważyła. Za godzinę jesteśmy umówieni do fryzjera, więc może weź się w garść i coś wybierz.
- Ale mi to jest obojętne… - odparła tak samo nieuprzejmym tonem, co i on. – Będę miała to na sobie pewnie tylko raz. Więc mogą być i paski.
- Baśka, przestań!
- Nie mów do mnie Baśka! – pogroziła mu palcem. – Wiesz, że tego nienawidzę…
- Magda spójrz na mnie! – poprosił już łagodniej. – To przez niego jesteś taka zamyślona? – nie odpowiedziała. – Oczy Ci się świecą, od jakiegoś czasu częściej się uśmiechasz, a wczoraj… Nie chcę negować twoich decyzji, ale Marek nie jest z twojego świata. Nie znam go, ale wydaje się fajnym gościem, dlatego nie chcę aby stał się twoją kolejną zabawką. Albo ty jego. Nie uważasz, że Marek być może leci na twoje pieniądze?
- Co? – roześmiała się. – Ja zawsze wiedziałam, że masz wybujałą wyobraźnię, ale nie aż tak.
- A Sebastian? Mówiłaś tak samo, a tymczasem pozwoliłaś, żeby był na twoim utrzymaniu.
- Marek to nie Sebastian. Jest inny… Naprawdę! - zapewniła. - Może znam go krótko, ale jestem go pewna. Dlatego mam nadzieję, że może nam wyjdzie.
- To jest jakaś masakra… Teksańska masakra piłą mechaniczną! - skomentował po dłuższej ciszy, uśmiechając się. – Znowu to zrobiłaś.
- Co?
- Znowu się zakochałaś! – pokręcił głową. – Jeśli będzie tak, jak z poprzednimi, to daję wam miesiąc. Góra dwa!
- Czy możemy wrócić do mojej dzisiejszej garderoby?!
Ubrała zwiewną, kremową sukienkę na ramiączkach. Dobrała ciemne buty na wysokim obcasie, które dodawały jej seksapilu i jednakową kolorystycznie torebkę. Włosy spięła w luźny kok z wplątanymi w nie kwiatami. A oczy i usta podkreśliła mocniejszym makijażem. Wyglądała olśniewająco, także kiedy tylko przekroczyła próg Multikina nie zdolna była do uniknięcia ostrych fleszy co chwilę padających w jej stronę. Z uśmiechem pozowała do zdjęć, nie wypuszczając z ręki dłoni Mateusza. Zawsze jej towarzyszył, więc nie budził już takiego zainteresowania, jak za pierwszy razem, kiedy publicznie się z nim pokazała. Teraz wszyscy wiedzieli, że są sobie bliscy, ale wyłącznie jako przyjaciele.
- Nie rozglądaj się, tylko patrz na nich i uśmiechaj się… - Matii wycedził przez zęby, przytulając ją delikatnie. – Magda, uśmiechaj się!
- Usta mnie już bolą! … - odpowiedziała szeptem, wywołując tym samym szczery śmiech Koprowskiego. – Widzisz go gdzieś? … Pozwoliłam mu przyprowadzić jakąś koleżankę. Myślisz, że przyjdzie z koleżanką?
- Możemy teraz o tym nie rozmawiać?
- Pewnie z Zuzią. Zawsze wspomina o Zuzi. Myślisz, że jest ładna? Skoro Zuzia, to pewnie wygląda jak lalka… - trajkotała, próbując jednocześnie skupić się na fotoreporterach. – Byle nie Barbie.
- Zamknij się! – wyszeptał i pociągnął ją w stronę sali, w której znajdowali się inni zaproszeni goście.
W tym samym czasie w drzwiach kina pojawił się Marek i rozemocjonowana pobytem tutaj Zuzia. Już od popołudnia stroiła się jak na imieniny cioci, dlatego nikt nie krył zdumienia jej eleganckim strojem. Wszyscy reporterzy natychmiast zwrócili na nią uwagę, ale nie znając twarzy, szybko zrezygnowali, opuszczając trzymające w dłoniach aparaty. Ostrowska miała na sobie małą czarną i gdyby nie Magda, nawet Brodecki zauważyłby, że wygląda inaczej aniżeli w codziennym stroju, w którym ściga przestępców. Jemu natomiast wystarczyły wytarte sztruksy i biała koszula z rozpiętymi guzikami od rękawów.
- Marek patrz, to ten laluś z „Ostatniej miłości”. Nigdy go nie lubiłam.
- Mhm! – przytaknął, choć w rzeczywistości nie miał pojęcia o kim mówi. Nie zauważyłby nawet Miss Świata stojącej obok, a co dopiero jakiegoś gogusia z serialu. Jego aktualnie interesowała tylko jedna gwiazda, której jak na złość nie mógł dostrzec.
- Łiiiiii… Marek, to on! … Jaki on jest piękny. Zawsze wieszałam jego plakaty nad łóżkiem, kiedy byłam nastolatką. Teraz ma pewnie z czterdzieści lat, ale mi to nie przeszkadza. Jak to mówią: stary, ale jary! – roześmiała się.
- Może chodźmy już na salę. – zaproponował i tak zrobili.
Marek nigdy nie przepadał na komediami romantycznymi, toteż swoją uwagę skupił jedynie na Magdzie siedzącej kilka rzędów dalej. Widział ją już podczas prezentacji aktorów i wręczania kwiatów, ale nie był wstanie się z nią przywitać. Ona zresztą nawet go nie widziała, jak sobie tłumaczył, była zbyt przejęta uroczystością. Dopiero podczas bankietu, kiedy siedział przy barze zdołała go zauważyć. Udzielała akurat wywiadu…
- Zagrałaś Oliwię, młodą prostytutkę, której życie z dnia na dzień uległo drastycznej zmianie. Czy jest coś takiego, co odmieniłoby i twoje życie o 180 stopni? – usłyszała, choć nie była w stanie odpowiedzieć. Zbyt skupiona była na jego szerokim uśmiechu i oczach. Wodził nimi, a ona czuła jak się rumieni. Cieszyła się, że nie złamał obietnicy. Jest tutaj razem z nią i być może za chwilę potrzyma ją za rękę. – Magda, mam powtórzyć pytanie?
- Nie, nie… Myślę, że jest, ale jeszcze tego nie odkryłam. Przepraszam Cię, czy możemy dokończyć później? – nie poczekała na odpowiedź. Od razu ruszyła w jego kierunku, nie zważając na potrącanych przez nią ludzi, czy wołającego ją wciąż Mateusza. Marek Brodecki był w tej chwili najważniejszy. – Mar… - nagle urwała.
- Marek, tu jest wspaniale! Jesteś kochany, dziękuję, że mnie zabrałeś!
Niska brunetka. Lalka. Zuzia. Basia od razu się zatrzymała, widząc jak do niego podbiega. Całuje w policzek, dziękuje. Mimo to podeszła do baru, udając że ich nie zna.
- Przepraszam, mogę prosić o kieliszek Martini?
- Marek, czy ty widzisz to, co ja? To Magdalena Storosz! – wyszeptała. – Siedzi obok Ciebie. I zamawia Martini.

Nacia - 2009-06-22, 20:25

Twins, cały czas intryguje mnie ta choroba Basi ;-)
A tak na marginesie skoro wracacie do swoich opowiadań to czy można liczyc, że pojawi się wkrótce Lojalista? ;-)

Daisy, czyżby Magda i Basia to ta sama osoba? ;-)

Magdalena - 2009-06-22, 20:28

Bliźniaczki "Lek na całe zło" super!! :-D :-D piszcie kolejną część :-P jeszcze dłuższą :-P
Syl. - 2009-06-22, 20:43

Bliźniaczki super, wakacyjnie, oh i ah.
Akcja z tą sukienką zajebiaszcza.
Mareczek mógł trochę bardziej się pomartwić i iść jej szukać, a nie siedział na tyłku.


Daisy kocham, kocham twoje opo.
Czemu Mateusz nazywa Magdę, Basią ?
To jej drugie imię ?
Co do Zuzi to mnie z deka wkurzyła na końcu, bo Magda przez nią nie podeszłą do Mareczka ale mam nadzieje, że on do niej podejdzie.

Twins - 2009-06-22, 20:53

Dejjzz!! Aaaaa KOCHAMY KOCHAMY! :-***
To opo strasznie nas wciągnęło! JESZCZE JESZCZE! :mrgreen: :mrgreen:
Ta premiera super! Coś nam się wydaje, że Basia i Magda to ta sama osoba. hihihii :lol:
I chyba na tej premierze przyłapią ich razem, może jakiś paparazzi zrobi im zdjęcia?
Nie wiemy już kurde, ale chcemy dalej!! :D koniecznie.
Do łóżka ich! :576:

[ Dodano: 2009-06-22, 22:10 ]
Cytat:
A tak na marginesie skoro wracacie do swoich opowiadań to czy można liczyc, że pojawi się wkrótce Lojalista?


No na razie chcemy skończyć wakacyjne, przez wakacje CSa, no a z Lojalem i CNem nie wiemy kiedy... Kurde, za dużo mamy pozaczynanych. Pewnie CN po wakacyjnym, a w trakcie kończenia CSa no a Lojal ... zobaczymy, jak to wyjdzie. Na razie zrobiłyśmy przerwę ;-) Ale skończymy, skończymy!

Ninuś - 2009-06-23, 00:10

oooł jeee ale fajowska dzisiaj noooc :-P

Twins'y, no nie powiem, niezła historia z tą Karinką :-D
Kurczę, że jego ojciec akurat w TAKIM momencie musiał ich zobaczyć...
No i Mareczek nam się otwiera! hehe i dobrze, bo takie duszenie w sobie tego co się chce komuś powiedzieć, na dłuższą mete nie jest fajne!
Mistrze dalej! ;** ;**

Daisy, Ty wiesz, że my Cię kochamy za to fantastyczne opo, nie?
Rany, takie to wszystko wesołe i fajne!
Mistrzyni dialogów ;**
No tak, ja też podejrzewam, że Basia i Magda to ta sama osoba, jednak ciekawi mnie dlaczego Magda tak bardzo nie lubi jak się woła na nią "Basia"?
Mistrzu, więceeeej! ;**


Ej ja chcem umcię wreszcie jakąś!

Stokrotka07 - 2009-06-23, 00:23

Daisy mistrzu, ja zwykle świetnie ;-) Coś czuję, że będzie się działo na tej premierze :-D
Czekam na cd ;-)

Kasieńka - 2009-06-23, 07:28

Moje ulubione pisarki znowu zaszczyciły nas swoimi opami :D
Daisy, Twins oba opa tak różne, a tak CUDOWNE :D
I w obu czekam na umcię :lol:
Daaalej :*

isis - 2009-06-23, 08:31

Łaaaa dziewczyny super!!!!
Przeczytałam Wasze opowiadania przed samiuśkim snem i wiecie jak mi się dobrze spało! xDMmmmm cudowne są!:)
Każde jest inne...wprowadza w odmienny klimat:)
Mistrzynie!!!!:)

Czekam na kolejne części!:)

Kasiu a co z panią prokurator?:)
Będzie coś?:)

Kasieńka - 2009-06-23, 10:10

Wczoraj zaczęłam, ale nie wiem, czy dziś skończę, bo mnie ząb strasznie boli po wizycie u dentysty :(

Liczę na resztę :*

Daisy - 2009-06-23, 11:39

Nacia napisał/a:
Daisy, czyżby Magda i Basia to ta sama osoba? ;-)


Syl. napisał/a:
Czemu Mateusz nazywa Magdę, Basią ?


Twins napisał/a:
Coś nam się wydaje, że Basia i Magda to ta sama osoba. hihihii


Niedługo się wszystko wyjaśni ;) Chyba nawet w następnej części.
Dziękuję bardzo za komentarze! :*:*:* Cieszę się, że się podoba.


Kto pisze?

Ninuś - 2009-06-23, 12:03

Daisy napisał/a:
Kto pisze?

Ty! ;*

Stokrotka07 - 2009-06-23, 19:49

Bliźniaczki, Dejz, Kasia, Ola i reszta czekamy ;-)
Daisy - 2009-06-23, 20:08

Ja dzisiaj zrobiłam sobie wolne od worda :lol: więc nic mojego się nie pojawi.
Ale mam nadzieję, że ktoś inny...

Kasieńka - 2009-06-24, 13:14

Przegięłam? :lol:

Prokurator z piekła rodem

Część 14.

Szła przed siebie, nawet nie zastanawiając się nad tym, jaki jest cel jej wędrówki. Nie zważała na to, że zaczyna wiać porywisty wiatr. Otuliła się tylko mocniej bluzą, ale na niewiele się to zdało. Było coraz zimniej. Kiedy do tego zaczęła padać drobna mżawka, skapitulowała. Musiała się gdzieś schronić, by się nie narażać. Przeziębienie w jej stanie było zdecydowanie niewskazane. Schowała się pod daszkiem jednego ze sklepów i sięgnęła po telefon komórkowy. Wybrała numer Adama. Po kilku sygnałach włączyła się automatyczna sekretarka. Nie nagrała wiadomości, rozłączyła się. Teraz wybór padł na Zuzię. Niestety ona również nie odbierała. „Pewnie mają jakąś akcję” – pomyślała. Inaczej któreś z nich, odebrałoby i nie zostawiliby jej w potrzebie. Storosz nie bardzo wiedziała, co powinna teraz zrobić. Przecież zaraz zacznie się ściemniać, a ona nie może chodzić ulicami o tak później porze. Jedno jest pewne! Do domu nie wróci. Nie będzie wysłuchiwać kolejnych pretensji Marka Brodeckiego. Wtedy to „odezwała” się jej komórka. Odebrała, nie patrząc na wyświetlacz. Pewnie to Adam albo Zuzia oddzwonili.
- Tak? – głos jej zadrżał. Czuła, że zaczyna się trząść z zimna.
- Cześć – to był Jacek – Co tam porabiasz? Znajdziesz może chwilkę dla starego przyjaciela?
- Właściwie… właściwie dlaczego nie! – odparła, ignorując tym samym pierwsze pytanie. Przecież nie powie mu, że stoi właśnie na środku ulicy!
- Świetnie! – ucieszył się - Może wybralibyśmy się do teatru? Tak się składa, że akurat mam dwa bilety…
- Wiesz co? Nie mam dziś ochoty nigdzie wychodzić – momentalnie spochmurniał - Może po prostu zaraz wpadnę do Ciebie na herbatkę?
Zaskoczyła go. Rzecz jasna pozytywnie. O mało co nie wykonał z radości gestu Marcinkiewicza. Poczuł jakiś niespodziewany przypływa nadziei… Może jeszcze nie jest za późno, by zawalczyć o jej uczucia?
- Jacek, jesteś tam? Jeśli to jakiś problem to…
- Skąd! – przerwał jej, prawie krzycząc – Bardzo się cieszę, że przyjdziesz! – skwitował radośnie.
- To do zobaczenia – rozłączyła się. Jakoś nie podzielała jego entuzjazmu. Wolałaby teraz leżeć na kanapie wtulona w swojego mężczyznę. Jak kiedyś. Niestety zaczyna wątpić, że takie chwile jeszcze powrócą.

- Jezu Baśka, ty się cała trzęsiesz! – wykrzyknął na jej widok. Faktycznie nie wyglądała najlepiej. Zmoknięte, przemarznięta i z nietęgą miną – Siadaj, zaraz wstawię wodę na herbatę. Mam chyba nawet miód.
- Dzięki – uśmiechnęła się blado – Po prostu wysiadłam o przystanek za szybko i musiałam podejść kawałek – wyjaśniła.
Salon był połączony z kuchnią, więc podczas, gdy Jacek parzył herbatę, mogli spokojnie rozmawiać.
- Jesteś zupełnie nieodpowiedzialna, wiesz? Mogłaś wziąć taksówkę przecież!
- Nie zrzędź, co? To moja rola! – zażartowała, wywołując u niego śmiech.
- A jak ty się właściwie czujesz przyszła mamo?
- Nic się nie zmieniło od czasu, kiedy mnie ostatnio widziałeś, czyli parę godzin temu – wytknęła język.
- Marek nie miał nic przeciwko temu Twojemu przyjściu tutaj?
- A czy ja muszę pytać go o zgodę? Jestem dużą dziewczynką, teraz to nawet bardzo dużą – znowu wolała obrócić wszystko w żart.
- Nie powiedziałaś mu, że jesteś u mnie – bardziej stwierdził niż zapytał – Pokłóciliście się?
- Nie… - skłamała – Ok, pokłóciliśmy się – przyznała w końcu, czując na sobie jego podejrzliwy wzrok.
- Przeze mnie?
- Nie, my się ostatnio ciągle kłócimy – przyznała ze smutkiem – Nie wiem jak to dalej z nami będzie…
- Zobaczysz, wszystko będzie dobrze – pocieszył ją i lekko do siebie przytulił. Nie protestowała. Męskie, silne ramiona to było coś, czego teraz potrzebowała.
- Woda! – wykrzyknęła nagle.
- Co? – zapytał wyrwany z amoku.
- No zagotowała się! – roześmiała się, widząc jego zdezorientowaną minę.
Po wypiciu herbaty, Jacek zaproponował, że włączy jakiś film na dvd. Zadała się na niego, było jej zupełnie obojętne, co będą oglądać. Śledząc przygody wyimaginowanych postaci na szklanym ekranie, niewiele mówiła. To Jacek nadawał jak najęty. Nie było nawet do końca pewna o czym, chyba coś na temat oglądanego filmu. Nagle poczuła mocne kopnięcie w brzuch. I kolejne. Złapała się za brzuch.
- Wszystko w porządku? – zapytał Dumicz, patrząc na nią z niepokojem – Proszę Cię, tylko mi tu nie rodź! Ja się na tym zupełnie nie znam. Dobrze wiesz, że jestem jedynakiem i się na tym…
- Jacek, ja nie rodzę! – przerwała jego paplaninę, wybuchając głośnym śmiechem – Po prostu moja córcia troszkę dziś przesadza z kopaniem.
- Aaa! A to boli? Jakie to uczucie?
- Wiesz co? Daj mi rękę – poprosiła. Po chwili ułożyła ją na centralnej części swojego brzucha.
- Kurcze, niesamowite! – skomentował szczerze wzruszony, nadal nie odrywając dłoni. Uśmiechnęła się leciutko.

Domyślił się, że skoro nie ma jej u Zuzi ani Adama, to znajdzie ją właśnie tu. Wszedł, nawet nie pukając. To, co zobaczył przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Basia i Jacek siedzieli razem na kanapie, a on dotykał jej brzucha. Wyglądali razem jak szczęśliwa rodzina. Czuł jak wzbiera się w nim fala wściekłości.
- Zabieraj te łapy! – krzyknął w kierunku prokuratora. Dopiero teraz został zauważony. Basia zakryła przestraszona usta. Wiedziała, do czego zdolny jest Brodecki, gdy jest zdenerwowany - Odwal się od niej, zrozumiano? Zostaw ją i nasze dziecko w spokoju!
- Bo co? – prokurator wstał.
- Marek! – jedynie ten piskliwy głosik Basi, powstrzymał go przed uderzeniem Dumicza – Chodź, wracamy do domu.
- Ja z nim jeszcze nie skończyłem!
- Starczy ci już kłopotów, wychodzimy! – pociągnęła go w kierunku drzwi. Choć niechętnie, uległ jej. Nie będzie przecież szarpał się z kobietą w ciąży.

- Może jednak wolisz do niego wrócić? Tak ładnie razem wyglądaliście – zaironizował, gdy tylko wsiedli do samochodu.
- Przestań, ok.? Gdybyś nie zachowywał się jak ostatni idiota, nie poszłabym do niego!
- Martwiłem się o ciebie… o was – przyznał po chwili - Nie rób mi już więcej takich numerów, co?
- Postaram się – odparła – Marek?
- Tak? – uśmiechnął się. Wydawało mu się, że doszli do porozumienia i teraz będzie już tylko lepiej.
- Musimy zastanowić się, co będzie z nami dalej. Ja nie potrafię tak żyć…

Ninuś - 2009-06-24, 13:54

Oooo Kasia! Cudo!
To opowiadanie jest mega cudowne!
Dobrze, że Marek się w pore opanował przed zmasakrowaniem Dumicza...
Basia by się bardziej na niego gniewała!
Mam nadzieję, że teraz szczerze porozmawiają i będzie lepiej.
Mistrzu, częściej i więcej! ;** świetnie!

olka - 2009-06-24, 15:15

Buuuuu... :-( Kasia, smutno.
Niby jest ok, a nie jest.
Co prawda Baska ma prawo być zmęczona całą sytuacją, bo Marek ostatnio zawodzi i to na całej lini.
Jednak z drugiej strony, jemu też zapewne nie jest lekko.
Nie ma pracy, ciążą na nim poważne zarzuty, a jego dziewczyna znajduje wsparcie i "pocieszenie" u faceta, o którego zawsze był zazdrosny.
W dodatku Brodecki chyba wciąż ma wrażenie, że Jacek może mu odebrać Baśke. Widzi w Dumiczu poważnego rywala.
Pewnie dlatego tak ostro reaguje na każdą wzmiankę o prokuratorze. Uruchamia mu się czerwona lampka i nad sobą nie panuje :576:
I prawde mówiąc, jeśli nie zmieni swojego zachowania, to wcale bym się nie zdziwiła, gdyby faktycznie Baśka zmieniła front :lol:
Mam jednak nadzieje, że to sie nie stanie i oboje z Markiem przetrzymają ten trudny okres.
MISTRZOSTWO!;*;*;* Czekam na kolejnye cedek! Cudnie! ;-)

Stokrotka07 - 2009-06-24, 16:08

O kurczę, ja już myślałam, że Marek zabije Jacka :shock: Kasia super opko ;-)
Myślę, że Marecki powinien się trochę opanować i szczerze pogadać z Basią. W końcu nie od dziś wiadomo, że Dumicz to dobry kumpel panny Storosz, i Marecki mógłby opanować zazdrość, jeśli ma zaufanie do ukochanej.
Bosko! ;-)

isis - 2009-06-24, 16:17

Jest!! :lol:

Kurcze Basia z Markiem muszą ze sobą naprawdę poważnie porozmawiać...nie może tak być,że jedno robi na złość drugiemu:(
Heh też myślałam,że Jacek nie wyjdzie żywy z potyczki z Brodeckim;P
Rewelacyjne opowiadanie!!!Uwielbiam je!:)
Czekam na cd:)

Kto pisze?
Może Daisy,Bliźniaczki albo Ola? xD

Nacia - 2009-06-24, 17:35

Mam nadzieję Kasiu, że ta ich rozmowa przebiegnie korzystnie, że wszystko sobie wytłumaczą i będzie ok w ich związku ;-)
Ninuś - 2009-06-24, 18:57

Kto pisze?
Twins - 2009-06-24, 21:37

hehehe no to Mareczek się wpienił :lol: :D
Nie miał aż takiego powodu naszym zdaniem.
Gdyby to nie jego zachowanie, Basia nie musiałaby szukać niepocieszenia...
Jesteśmy ciekawe jak dalej potoczą sie ich losy, tylko nie se sobą nie zrywają czasem! <nono>
MISTRZ nasz! ;-* Genialnie!!! CDeka :D

[ Dodano: 2009-06-24, 22:38 ]
My damy jak tylko uporamy się ze zwiastunem.
A jutro skończymy. :)

Kasieńka - 2009-06-24, 22:24

Dziękuję :*:*:*
Już się bałam, że Wam się nie spodoba :lol:

Czekam na resztę ;*

Ninuś - 2009-06-25, 17:52

Będzie cuś dzisiaj??? <maślane oczka> :mrgreen:
Daisy - 2009-06-25, 20:00

Nie miałam ostatnio czasu. A teraz już mi się nie chce :D
Jutro postaram się napisać.
I czekam na was, kochane ;)


Kasieńka - aaaaaaaaa! Niech Basia nawet nie myśli o rozstaniu z Markiem :(
Przecież jest w ciąży, a on przechodzi trudne chwile.
Na pewno dojdą do porozumienia!
Super:*

Twins - 2009-06-26, 12:05

My tez się dzisiaj zabieramy! :)
Kasia, Olka, reszta pisarek?
Czekamy! :D

Daisy - 2009-06-26, 14:52

Twins napisał/a:
My tez się dzisiaj zabieramy! :)


Wreszcie wreszcie wreszcie :D
Ktoś jeszcze?

isis - 2009-06-26, 15:03

Daisy,a Ty kiedy dasz swoje?:)
Daisy - 2009-06-26, 15:14

Właśnie zaczęłam pisać, więc postaram się wieczorem.
Twins - 2009-06-26, 15:19

Znaczy my się zabierzemy jak przejdą nam bóle głowy :lol:
Daisy - 2009-06-26, 20:05

Za mało napisałam, aby tu wkleić. A czuję, że mi nie idzie :/
Więc postaram się kolejną część jutro skończyć już na pewno.
Przepraszam.

Ninuś - 2009-06-26, 23:42

uuuuu... a ja się napaliłam już :-|

No nic, ale czekam! Cierpliwie czekam :-)

Twins - 2009-06-27, 10:31

Dzisiaj się zabieramy już na pewno :D
Czekamy tez na inne dziewczyny! :)

3M - 2009-06-27, 10:36

Fajno, nawet bardzo :D
Wam niepisanie chwilowe jest wybaczone bo bardzo zajęte byłyście dzięki mnie ostatnimi dniami :lol:

Daisy - 2009-06-27, 20:46

Miało być inaczej, jest inaczej... :/


Cz. 7

W pierwszej chwili tylko głośno się roześmiał – z nic nie świadomej Zuzi i grymasu Magdy. Dopiero potem uświadomił sobie, jak to mogło wyglądać z perspektywy aktorki. Zwłaszcza, że w ogóle się nie uśmiechała, jak to miała w zwyczaju na jego widok. Ignorowanie ich wychodziło jej znakomicie. Tyle tylko, że zdołał już poznać większość jej humorków, i wiedział, kiedy jest zła. A zła była właśnie teraz. Na niego, na Zuzię, i przede wszystkim na siebie za to, że nie jest w stanie nic zdziałać. Dlatego to Marek postanowił zrobić „pierwszy krok”, nie zważając na obecność Ostrowskiej.
- Przepraszam… - zaczepił Magdę, przyjmując w ten sposób dość nietypową taktykę. – Moja koleżanka jest nieśmiała i wstydzi się zapytać… Czy mogłaby zrobić sobie z panią zdjęcie?
- Marek, zwariowałeś?! – aspirant natychmiast skarciła przyjaciela, potem zwracając się do dziewczyny. – To wcale nie prawda… Nie jestem nieśmiała. Po prostu… Pierwszy raz panią widzę… Znaczy drugi… - zacięła się. – Ale pani pewnie mnie nie pamięta. Jestem policjantką. Niedawno skończyła pani zdjęcia do nowego filmu… Znaczy zdjęcia przed moją komendą! I dlatego panią widziałam. A pani mnie pewnie nie. Bo dużo osób brało wtedy autograf, i…
- Zuzia wystarczy! - Brodecki nie mógł nie zareagować. Po raz pierwszy widział Zuzię aż tak zmieszaną, kompletnie nie wiedziała jak się zachować i co powiedzieć. Konsekwencją była więc jej niedorzeczna paplanina, a także gromki śmiech jego i Magdy. – Przepraszam za nią… nigdy się tak nie zachowuje!
- To ja przepraszam – wtrąciła natychmiast aspirant. - Za niego! Nigdy nie zaczepia obcych ludzi. I pewnie sam liczy na zdjęcie i autograf. – dodała ściszonym głosem.
- Nie szkodzi… - rozbawiona pokręciła głową. – To co będzie z tym zdjęciem? Póki jestem wolna, bo zaraz pewnie dorwie mnie jakiś sęp… znaczy dziennikarz! – poprawiła się szybko!
- Naprawdę? Mogłaby pani? – Zuzia aż klasnęła z radości. Podała Markowi aparat i objęła Storosz w pasie. Następnie do zdjęcia ustawił się Marek.
- To nasze pierwsze zdjęcie! – wyszeptał jej do ucha, kiedy Zuzia odwróciła się akurat za przechodzącym obok nich znanym aktorem. – Uśmiechnij się ładnie!
- I tak Cię teraz nienawidzę! – warknęła. – Zuzia? … - prychnęła
- Zamknij się. Kiedy będziesz wolna?
- Cheeeeese! – usłyszeli nagle.
- Jak spławisz swoją przyjaciółeczkę! – odparowała przez zęby. – Pozwoliłam Ci przyjść z kimś z czystej grzeczności. Nie myślałam, że jesteś takim tępakiem.
- Daję Ci jeszcze godzinę!
Umówili się w dość nietypowym miejscu, zwłaszcza dla Magdy. Planowała bowiem zostać do końca imprezy, a tymczasem wystarczyło jedno jego „proszę”, aby teraz niepostrzeżenie wymykała się tylnym wyjściem – przez zaplecze do drzwi, za którymi mieścił się ciemny zaułek i ogromny kosz na śmieci. Do tego musiała zdjąć buty, aby nikt nie usłyszał stukotu obcasów i uważać na czających się wciąż paparazzich. Zwłaszcza, że na bankiecie była ich masa. Marek już na nią czekał, więc kiedy tylko zatrzasnęła za sobą drzwi, porwał ją w ramiona i mocno przytulił…
- Bo mnie udusisz… wariat! – Witając się, Magda dopiero zdołała zauważyć, że nie jest sam. O maskę jego samochodu opierała się znajoma brunetka. Nie mniej zaskoczona niż ona. – Co ona tutaj robi?
- Chyba sobie ze mnie kpisz?! – Zuzia rozdziawiła buzię podchodząc w ich stronę. – Magdalena Storosz jest twoją tajemniczą panną? Jak?
- Przyjaciółką! – wtrąciła nieprzyjemnie Storosz.
- No tak jakoś wyszło! – wzruszył ramionami podkomisarz, uśmiechając się do obu pań. – Poznałem Mateusza, więc chciałem żebyś ty poznała Zuzię. Jest moją przyjaciółką i pracujemy razem! – tym razem zwrócił się do Magdy. – Ale zaraz ją odwieziemy!
- Chyba żartujesz… - prychnęła Ostrowska. – Spotykasz się z gwiazdą, w dodatku z moją ulubioną aktorką, i miałabym przegapić dzisiejszy wieczór? Nie ma mowy! To gdzie jedziemy? … Chciałabym ją lepiej poznać, sam rozumiesz! – dodała.
- Świetny pomysł… - przytaknęła milcząca jak dotąd Magda.
- Teraz to chyba wy sobie ze mnie żartujecie? … Poza tym … - nieznacznie pochylił się w stronę aspirat, tak żeby to, co zaraz powie, usłyszała tylko ona. – Jedziemy do mnie!
- Okej… oooooooo! – po dłuższej chwili dopiero zrozumiała. – Marek ma rację, odwieźcie mnie. Chyba dostałam migreny od tych fleszy! I tłumu! Za dużo ludzi było, a ja mam klaustrofobie. Więc zostawię was samych!
- Wsiadaj! – Brodecki popchnął przyjaciółkę w stronę samochodu. – Przepraszam za nią! Zawsze dużo gada!
- Zauważyłam! Co jej powiedziałeś?
- Nieistotne. Ważne, że się jej pozbyłem… - mrugnął i pomógł jej wsiąść od strony pasażera.
Nie zabrał jej oczywiście do siebie. „Jeszcze nie czas na to, i pora” – jak tłumaczył. Wybrał miejsce, w którym kiedyś już razem byli. I choć nie wspominają tego spotkania miło, głównie przez krążące następnego dnia plotki, to chciał aby je powtórzyli. Głównie na rozmowę, o której myślał już od wczorajszego zdarzenia.
- To nie jest chyba dobre miejsce! – skomentowała, kiedy zatrzymał samochód przed Mostem Świętokrzyskim. – Nie pamiętasz, jak skończyła się nasza ostatnia wizyta tutaj?
- Prawdą! Towarzyszył Ci wysoki, przystojny brunet…
- Nie pochlebiaj sobie…
- Chodź! Wszyscy paparazzi są jeszcze na premierze! – zagadnął i zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, poszedł w stronę środka mostu.
- Poczekaj… no! – Roześmiana szybko do niego podbiegła, obejmując za szyję. Pocałowała go w policzek i zawstydzona tym krokiem oparła głowę o jego ramię. – Dziękuję!
- Za co?
- Za nic! … Albo za to, że mnie tutaj przywiozłeś! I za to, że przy tobie jestem tą samą, młodą dziewczyną z miasteczka na południu Polski. Przy tobie mogę się denerwować! I uśmiechać, kiedy chcę.
- To jednak masz swoje drugie „ja” …
- Przy tobie mam tylko jedno. – odwzajemniła uśmiech. – Wszystkie moje fochy do tej pory były prawdziwe. Każda kobieta stroi fochy, nie tylko gwiazdy filmowe.
- Wiem… - przytaknął.
- O czym myślisz? – zapytała, kiedy nagle zamilkł. – Już wiem… Jeszcze mi nie powiedziałeś, jak świetnie wypadłam. Mówiłam prawdę, miałam tylko dwie sceny łóżkowe… Nie podobałam Ci się? – dopytywała, kiedy dalej milczał.
- Byłaś świetna… - potwierdził. – Ale to nie o tym…
- Co się dzieje?
- Myślę o wczorajszym dniu. – niepewnie zerknął w jej stronę. – O omlecie
- O omlecie? – roześmiała się, kiedy owijał w bawełnę, zamiast przejść do konkretów. Specjalnie przecież nie poruszała tego tematu. Chciała, żeby to on wrócił do ich wczorajszych, niedokończonych pieszczot. Żeby on zrobił krok do przodu. – Nie rozumiem?
- Rozumiesz! – delikatnie objął dłonią jej policzek. – Doskonale rozumiesz.
- Chciałam wczoraj zabić Mateusza, wiesz? Za to, że nam przeszkodził. Zresztą on zawsze miał tendencję do pojawiania się w nieodpowiednim miejscu, o nieodpowiednim czasie… Dlaczego wyszedłeś?
- Przestraszyłem się! … Myślałem o nas całą noc!
- I co wymyśliłeś?
Nie odpowiedział. Poczuła za to, jak przyciska usta do jej warg, w silnym i jednocześnie czułym pocałunku…

Kasieńka - 2009-06-27, 21:40

Buhahaha i wyszło jednak na moje :576:
Kasia chce umci :lol:
Ty wiesz, że GENIALNIE :*:*
Jedno z moich ulubionych opowiadań!
Daaalej :)

Twins - 2009-06-27, 22:53

Hihihihihi :lol: :mrgreen:
Zaczyna się robić gorąco między M&M :mrgreen:
I dobrze, bo już nie mogą bez siebie wytrzymać!
Zwłaszcza Marek, ale jak sam powiedział, jest jeszcze czas na to i owo.
GENIALNA cześć! :**
BARDZO nam się podoba! Jak zawsze z resztą!
Dalej mistrzu nasz kochany! Muah :*

EDIT:

Mała poprawka! :lol: W poprzedniej części napisałyśmy, ze matka Marka zginęła 2 lata temu. No...wniknęło małe nieporozumienie i ... no i... tam jest kolosalny błąd, bo co się stało z matką Marka jest dopiero w tej części.
I ojciec marka owszem, pozbierał się, ale nie po upływie roku, a marek praktycznie nic z tego nie pamietał <hahaha>
Nie obgadałyśmy do końca no i wyszło, co wyszło.
Wolałyśmy poprawić no i to ma byc tak:

Cytat:
– Kiedy, …kiedy zmarła mama, ojciec bardzo to przeżył. – nie mówił o sobie, ale widać było, ze i dla Marka był to cios. – czuł się samotny, ja się szybciej pozbierałem, bo... –urwał. - W dwa lata po tym…wszystko wróciło do względnej normy. Ojciec wychowywał mnie sam… Ale niecały rok temu jednak koło ojca zaczęła kręcić się jego nowa sekretarka, Karinka. – z mina z jaką o niej mówił świadczyła o tym, ze nie był jej życzliwy. – Była młoda…ładna. Sprytna. Owinęła sobie starego wokół palca, a ten nawet tego nie zauważył. Zachowywał się jak nastolatek!


Tak to miało być :lol:

Bardzo przepraszamy za to kręcenie, ale tak to jest jak sie nie obgada do końca, a kończy pisać późno.

"Lek na całe zło" - mini
cz 7.

Ta historia niesłychanie poruszyła Basią.
Ona nie znała takich problemów. Jej życie było tak poukładane, tak spokojne, że aż nudne. Z jej biografii nikt nie ułożyłby dobrego scenariusza, kompletnie nikt.
Rozterki Marka Brodeckiego natomiast byłyby dobrym materiałem na film, czy książkę, nawet sensację.
Zdrada, namiętność flirt, pieniądze… Czego chcieć więcej, by przyciągnąć do siebie widza, czy czytelnika?
Ona sama czuła się jak w filmie. Nie wiedziała tylko, czy w banalnej komedii romantycznej z super przystojnym księciem z bajki w roli głównej i jej samej w roli brzydkiego kaczątka, czy w melodramacie bez happy end’u z elementami horroru, który kończy się jedną wielką masakrą.
Tak rozmawiając sami nawet nie zauważyli, kiedy zaszło słońce.
Basia była już potwornie zmęczona. Ledwo trzymała się na nogach pomimo tego, ze Marek nigdy nie kładłby się tak wcześnie. Była dopiero jedenasta.
Widząc jednak, że oboje mieli dzisiaj ciężki dzień, tym bardziej ciężki dla Basi, też miał zamiar położyć się wcześniej.
Po wieczornej toalecie, dziewczyna już w swojej podwójnej sypialni mogła się wygodnie rozłożyć na materacu. Nie wzięła ze sobą piżamy. Założyła tylko jakieś krótkie spodenki w kolorze morskim i biały top. Już przez skórę czuła, że umarznie tej nocy.
Robiło się coraz chłodniej. Rozpięła śpiwór, robiąc sobie z niego kołdrę. Było jej wygodniej, gdyby czasem w nocy nie naszła ją potrzeba, a nie chciała budzić Marka przez swój nadpobudliwy pęcherz.
Kiedy układała pod głowa „jaśka” usłyszała charakterystyczny zgrzyt zamka.
To Marek wchodził właśnie do ich namiotu.
Basia nie mogła zobaczyć, że jego włosy są jeszcze mokre, a koszulka przylega nieco obciślej niż zwykle do wilgotnego jeszcze ciała chłopaka.
Zachowywał się cicho, bojąc się, że ja obudzi.
Też mi coś! Gdyby zasnęła nie obudziła by się nawet, gdyby nad jej uchem spuszczano naloty bombowe. Miała strasznie twardy sen i trudno było jej się z niego obudzić. Zwłaszcza, kiedy jej senna i zmęczona.
Może była senna, ale nie znowu na tyle, by nie zamienić ze sobą przed snem jeszcze parę zdań. Chciałaby jeszcze usłyszał jego miękki, aksamitny głos. Od razu lepiej by się jej spało.
Sama odpięła swój zamek od sypialni. Sam pewnie by tego nie zrobił.
Podniósł głowę gwałtownie.
– Myślałem, że już śpisz. Nie chciałem cię budzić. – wyjaśnił powód swojego milczenia.
Ją to nawet nie obeszło.
Bardziej skupiła się na samym Marku, niż nad tym co mówi.
– Nic się nie stało. Jeszcze się trzymam. – odpowiedziała z półuśmiechem.
– I tak już przechorowałaś. Już dawno po dobranocce. – zażartował z równym półuśmiechem, grożąc jej przy tym zabawnie palcem.
Spoglądając na dziewczynę, rozwiązywał sznurówki od trampek siedząc na materacu.
Lubiła gdy spoglądał jej w oczy.
B a r d z o l u b i ł a. Mogła wtedy to odwzajemniać i zatracać się w jego akwamarynowym spojrzeniu.
Jednocześnie jednak nurtowało ją jedno pytanie, którego nie miała śmiałości zadąć od czasu, kiedy nagle przerwał opowiadać o sobie zmieniając temat.
„Było na tyle wścibskie, niestosowne i kompletnie nie w jej stylu, że tylko byś się zbłaźniła Baśka! Przestań o tym myśleć! Nie można pytać o takie przykre rzeczy…” – próbowała je od siebie odpędzić, tłumacząc sobie na tysiąc różnych sposobów, że nie powinno jej to interesować, bo to osobiste sprawy Marka, ale bezskutecznie.
Aż w końcu zdobyła się na tą odwagę, nie myśląc nad konsekwencjami.
– Maareek??? – przeciągnęła ostrożnie. – Ty nie mówiłeś…ja bałam się zapytać… – „do teraz”, dodała w myślach. – Ale… jak umarła twoja mama? – myślała, że spali się teraz ze wstydu.
Marek z zaskoczenia tym pytaniem aż zaniemówił. Nikt nigdy wcześniej go o to nie pytał.
Raz, że wszyscy ich znajomi o tym wiedzieli, a dwa, że ci, co nie wiedzieli przeczytali z gazet. A trzy, że mógł się domyślić, że dziewczyna z Przemyśla może o tym nie wiedzieć. Bo pewnie nie mają tam filharmonii.
– Yyyy…Przepraszam, nie powinnam była pytać. To nie moja sprawa. Przepraszam. – powtórzyła zmieszana.
– Pamiętasz tą katastrofę samolotu Ił-62M w 1989? – wypalił z nagła.
Zmrużyła oczy.
„A co ma piernik do wiatraka?” – pomyślała.
Kiedy już chciała powiedzieć, że nie ma pojęcia o co ją teraz pyta, kiedy ją wyprzedził.
– Nie możesz pamiętać! Miałaś wtedy… dwa, trzy lata. Ojciec opowiadał, że nie powinna wsiadać do tak pechowego modelu. Wcześniejsze dwie poważne katastrofy z 80 i 87 powinny były ją mocno odstraszyć od rosyjskich samolotów. Miała przecież lot następnego dnia samolot państw zachodnich...ale nie. Mama się uparła, że chce być wcześniej w domu. Leciała z Nowego Jorku z koncertu dla polonii. Była znaną skrzypaczką Filharmonii Warszawskiej. Na oceanem…padł jeden silnik, potem drugi…Tyle wiem. Nigdy nie odnaleziono czarnych skrzynek, nie wiadomo co tak naprawdę się stało i dlaczego. Na chwile przed tym jak…samolot runął do wody, mama zadzwoniła. Nie mogłem wtedy wiedzieć, że żegnała się z ojcem. Pamiętam, że miał łzy w oczach. Dał mi ją do słuchawki. Powiedziała wtedy, ze bardzo mnie kocha, a wiesz co jej na to? Byłem na tyle rozpieszczonym czterolatkiem, że zapytałem ją tylko czy przywiezie mi jakiś prezent. Nic więcej… – odchrząknął, nie chcąc by załamał mu się głos.
Powstrzymywał się, by się nie rozkleić.
Naprawdę miała ochotę go teraz przytulić. Sama miała wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Trzymał się lepiej od niej. Jej oczy się zaszkliły.
– Tylko tyle pamiętam z tego dnia…
– Przecież byleś dzieckiem. Nie możesz się za to obwiniać. Twoja mama na pewno o tym wiedziała.
– Wiem. – uśmiechnął się i tez Basi zrobiło się lżej na sercu. ¬– Ale to stare dzieje. Nie ma sensu o nich dłużej opowiadać. Tym bardziej, że to już zupełnie nie jest bajka na dobranoc. Nie chcę, żebyś potem miała koszmary.
– Jasne. To dobranoc.
– Śpij dobrze.
– Ty tez. I nie chciałam zepsuć ci humoru.
– Zepsujesz jak będziesz tyle nadawać. Śpij.
– To jeszcze raz dobranoc.
– Dobranoc, Basiu.– odpowiedział, a Basia zasunęła zamek od swojej sypialni.
Marek zrobił po chwili to samo.

Stokrotka07 - 2009-06-27, 22:57

łaaał Daisy i Twins genialne opowiadania ;-)
Wiecie, że czytałam je na głos mojej przyjaciółce? :-D Dałam jej linki, to sobie czyta poprzednie części ;-)

olka - 2009-06-27, 23:03

Wreszcie, wreszcie, wreszcie! :-D
Dejz, Bliźniaczki świetne jesteście!
Uwielbiam te opka i mogłabym je czytać cały dzień! :lol:
Czekam na cedeki!
MISTRZE!;*;*;* ;-)

isis - 2009-06-28, 09:43

Daisy-buahaha genialna część! :lol:
Zuzia mnie miażdży :576:
Hehe sytuacja między Markiem,a Magdą rozkręciła się na całego!:)
Super!!!!! xD

Bliźniaczki zabieram się teraz za Wasze opowiadanie! :-> :lol:

Kto pisze? xD

Ninuś - 2009-06-28, 12:19

Bliźniaczki
Kurcze takie historie są strasznie smutne... No ale dobrze, że Marek umie o tym opowiadać. Świetne część, tylko szkoda, że krótka. Będzie dzisiaj c.d.???? :-) Ekstra mistrze ;** ;**


Daisy
Noooooooooo wreszcie jakiś kiss! Teraz to chyba już nikt im nie przeszkodzi, co... Mogą się całować ile chcą :lol: Tego własnie mi brakowało w tych wszystkich opowiadaniach! To może teraz ich wyumciasz? Tego też dawno nie było :-P Zuzia po prostu pokonuje wszystkich. :576: Boskie mistrzu dawaj dalej ;**


A ktoś pisze?

Twins - 2009-06-28, 13:31

Krótka, bo się nie wyrobiłyśmy :lol:
Dzięki wszystkim! ;***
Czekamy na coś nowego! :D

Daisy - 2009-06-28, 13:41

Bliźniaczki, a już myślałam, że coś się wydarzy w tym namiocie :576: Moja wyobraźnia działała na pełnych obrotach! Buhaha!
Ale może rzeczywiście to jeszcze za wcześnie :P
A czy pan Zawada nie jest jednocześnie przyjacielem ojca Basi i ojca Marka? Albo zna Marka? <MYŚLI>
W każdym bądź razie SUPER :*:*:* I zgadzam się z dziewczynami. Za krótko!

A ja dziękuję bardzo, choć wiem, że mi ta część nie wyszła :P muah

Twins - 2009-06-28, 13:43

Dejz, Ciiiiiii Zawady jeszcze tam nie było :lol:
To wszystko przez tą pomyłkę :576:
Będzie ciąg dalszy nocy pod namiotem :lol:

isis - 2009-06-28, 14:01

Bliźniaczki super!!!:)
Historia Marka jest naprawdę bardzo wzruszająca...
Heh ja podobnie jak Daisy myślałam,że oni w tym namiocie to będą co innego robili;P
Dajcie szybko cedka!!! xD

Twins - 2009-06-28, 20:15

Dok. Cz. 7 ;)

*****

Naprawdę próbowała wyczyścić umysł z wszelkich myśli i odczuć, i tak po prostu się zrelaksować, ale nie potrafiła zasnąć. Przeszkadzały jej nie tylko kapiące krople deszczu nad głową, ale także poczucie zimna, jakie przeszywało jej ciało od palców po sam czubek głowy. Mimo to, iż położyła się spać w skarpetkach czuła się tak, jakby wkładała bose stopy w miskę pełną lodu, a dłoni w żaden sposób nie potrafiła rozgrzać.
Pierwszy raz zasypiała w tak ekstremalnych dla niej warunkach.
„Przyzwyczaisz się do tego Basia.” – powtarzała sobie, dodając otuchy.
Jednakże nie mogła ukrywać, że nie wytrzymałaby w tym prawie zamku, jak wcześniej nazwała ten średniej wielkości namiot, tyle czasu, co Marek. Podziwiała go za taką wytrwałość i determinację.
Ona w takie dni, jak ten potrzebowała centralnego ogrzewania. Nawet latem!
Tutaj ciepła woda z kurków leciała tylko teoretycznie. Była raczej chłodna, aniżeli ciepła, ale nie znowu lodowata. Przynajmniej w damskiej łazience. Wstydziła się przyznać przed Markiem, że o niczym tak nie marzy jak o wygodnym łóżku i błogiej kąpieli z pianą.
Z pewnością nie jest aż tak wytrzymała na niedogodności jak on.
Postanowiła zatem delikatnie go podpytać, czy też doskwiera mu chłód nocy z nadzieją, że może czasem zaoferuje jej nawet najmniejszy, gruby, wełniany kocyk, którym mogłaby się otulić. Przecież miał w tym aucie wszystko! Musiał mieć coś do okrycia…
– Maareek? Śpisz już? – wolała się upewnić.
– Już nie. A co? – odpowiedział sennym, nieco pochrypniętym głosem.
Ta jego chrypka nawet jej się spodobała. Jego głos nabrał rockowego brzmienia.
– Nie uważasz, że ta noc jest chłodniejsza od poprzedniej?
– Czy ja tam wiem…Od przeszło kilku tygodni nie oglądam prognozy pogody. – jemu było bez różnicy.
Każdej nocy śpi mu się tak samo. Już zdążył się przyzwyczaić do wahań temperatur.
– A tobie tez jest tak zimno? – wreszcie się odważyła mu to wyznać.
– Trochę, a tobie? – obawiał się odpowiedzi tego zmarzlucha.
– Strasznie! – odparła szczerze. ¬
„No tak, oczywiście” – odpowiedział sam sobie z sarkazmem.
– Nawet gorzej! Jest mi cholernie zimno! – podkoloryzowała, by wywołać lepszy skutek.
Marek przewrócił oczami.
Spodziewał się takiej odpowiedzi. Głowę zaprzątały mu teraz szowinistyczne myśli o słabej płci pięknej, ale nie wypowiedział ich na głos.
– Poczekaj. – odpowiedział jednak z wyrozumiałością.
Zadowolona Basia niemal nie pisnęła z radości.
„Przyniesie mi koc, przyniesie mi koc!!!” – podśpiewywała w duchu.
I jak tu ten facet nie może być ideałem? Opiekuńczy, troskliwy, wyrozumiały, itd.
Słyszała szelest materiału, kiedy wygrzebywał się ze śpiwora, a po chwili już ten sam dźwięk rozpinanego zamka błyskawicznego w jej sypialni.
Zobaczyła przykucającego Marka. W dłoniach trzymał swój śpiwór.
Zaskoczył ja tym gestem. Czyżby chciał jej oddać swój?
Wcześniej nie znała nikogo tak wspaniałomyślnego. I też nigdy nie oceniała ludzi tylko po wielkich czynach, ale także, a może nawet bardziej po tych mniejszych jak na przykład oddanie swojego, ciepłego śpiwora.
Otulił ją nim jak małą dziewczynkę.
Ach ta nienatrętna opieka! Była bardzo zadowolona. Marek mógłby się niż zajmować już zawsze i nie miałaby do niego o to pretensji.
Po chwili euforii jednak miała wyrzuty sumienia, że się tak poświęca. Czy teraz zaśnie, wiedząc, że ten biedak marznie tam sam? Miał na sobie tylko ciepły polar! Ona potrzebowałaby takich pięć. Ale grzechem byłoby nie skorzystać z t a k i e j okazji.
„Ale zaraz…Co on robi?” – pomyślała.
Coś jej nie pasowało. Bo niby dlaczego Marek się cofnął i zapiął swoją sypialnie tak, jakby nie miał zamiaru do niej wracać?
– Posuń się trochę. – i wydało się, że ze szlachetnych pobudek nici.
„COOOOO??? C HYBA Ż A R T U J E???” – przestraszyła się nie na żarty.
Nie może pozwolić, by Marek tu wszedł. N i g d y!
– Marek, zaraz, ale co ty robisz! – zmrużył zaciekawiony oczy.
Przecież to było dla niego oczywiste. To sypialnia dwuosobowa.
– Jak to „co robię”? Nie myślisz chyba, że mam zamiar zmienić się przez ciebie w bryle lodu!
– Mógłbyś się raz poświecić, wiesz! – mruknęła nieco zła.
– Wybacz, że nie jesteś aż taki szlachetny.
„Fakt, nie jesteś.” – przyznała mu rację.
Pierwszy raz ja tak zirytował!
– Twoja strata, bo nie wiesz jak krioterapia odmładza! – musiała jakoś go odwieść od tego pomysłu.
Kompletnie zignorował tą uwagę, uznając za śmieszną. Chwycił kołdrę za jeden róg, prowokując tym samym Basię, by odruchowo zrobiła to samo z drugim.
– Albo czekaj! Zabierz to! Jest mi już za gorąco! Możesz już wracać do siebie. – zmusiła się na uśmiech.
– Naprawdę? Lata ci szczęka z zimna. Zaraz tu cała posiniejesz! – próbował ją przekonać, by nie zachowywała się jak dziecko. – Nie zjem cię przecież. Nie wygłupiaj się.
– Wolę jednak byś wrócił do siebie. Będzie nam ciasno. – uprzedziła. – Rozpycham się przez sen. I kopie!
– Trudno. Jakoś to przeżyję. – odpowiedział od niechcenia.
– Ale! – dodała nieco piskliwie.
Za późno. Leżał już tuz koło niej. Odsunęła się zatem jak najdalej mogła, ale i tak czuła, że stykają się barkami.
– Baśka! Śpij. Jutro trzeba wcześnie wstać. – wyjaśnił bez jakichkolwiek emocji.
Kompletna obojętność na tą sytuację nieco ją uspokoiła. Nie potrafiła jednocześnie pojąc, że Marek nie zrozumiał jej zachowania.
Nigdy wcześniej nie spała z facetem! Nawet w jednym łóżku. O seksie z kimkolwiek to już nawet w ogóle nie mogło być mowy do zaręczyn. Odpada!
Tak to sobie zaplanowała, a tymczasem ona i Marek nigdy nie będą zaręczeni. Ba, nawet nie jest jej chłopakiem! Tylko przyjacielem, chociaż sama już nie wiedziała kim dla niej jest, kim ona jest dla niego.
Leżała sztywno, naprężając mięśnie, czując się bardzo spięta tym, że Marek jest obok. Ukradkiem spoglądała na jego twarz. Miał zamknięte oczy i naprawdę starał się zasnąć. Jednocześnie jednak po chwili zastanowienia musiała się wreszcie przyznać przed samą sobą, że sprawie jej to przyjemność.
Tym razem to nie uczucie głodu czuła w brzuchu, ale ekscytujące mrowienie. Całe stado fruwających motyli. A kiedy zdała sobie sprawę, że chciałaby, aby Marek był jeszcze bliżej, zaczęła się niemiłosiernie wiercić, chcąc o tym zapomnieć.
Musiała zapomnieć, że dostała przy Marku kosmatych myśli. Winiła go za to. Ciągle zmieniała swoje ułożenie, co wreszcie go zirytowało.
– Możesz przestać i leżeć spokojnie?! – podniósł ton.
Nigdy wcześniej tego nie robił.
– To przez ciebie! – przyznała się i zaraz miała ochotę odgryźć sobie język. – Jest mi niewygodnie. – dodała dla niepoznaki.
– Mam wyjść? – spojrzał na nią jak najbardziej serio.
W jego spojrzeniu widziała małe ogniki złości.
Tak, był zły. Był zły, nie tyle na „współlokatorkę”, co na samego siebie. Nie radził sobie z tym, że Basia nie jest jego kolegą Arkiem, którego sobie wyobraził i ciągle przypomina mu, że jest dziewczyną. Ładna dziewczyną. Ewidentnie Storosz mu przeszkadzała w koncentracji.
Zwykle takie nocki pod tym namiotem kończyły się zupełnie inaczej. Teraz nie mógł sobie na to pozwolić. Po prostu nie mógł.
– Tylko uprzedzam, że jutro rano mogę być nieprzyjemny. – dodał takim samym tonem.
– Nie. – odpowiedziała także zaciskając powieki ze złości. – Nie wiem, czy wytrzymałabym twoje fochy! – odgryzła się.
– Ja stroję fochy, ja??? A kto od przeszło dziesięciu minut robi wszystko, by mnie stąd wykopać? – zapytał, ale już nieco przyjemniej.
– A może nie mam powodu?! Lubię mieć dużo miejsca, a ty się rozpychasz! – kaprysiła dalej, a jej zarzuty były tak absurdalne, że aż Marek nie mógł w to uwierzyć.
Tracił już swoją cierpliwość. Musiał wziąć głębszy wdech.
– Co?! Przecież nawet cię nie dotykam! – był już tak poirytowany jej marudzeniem o byle co, że miał ochotę albo spuścić jej lanie, albo obrócić to wszystko w żart i się zaśmiać.
Mina z jaką mu odpowiedziała, skłoniła go bardziej do tego drugiego.
– Właśnie! I tak ma być! – pogroziła mu palcem i to całkiem poważnie.
– Aaaaa… Więc to o to chodzi!
„Brawo Einsteinie!” – pomyślała nie wierząc, że może być taka złośliwa.
Przy Marku nabierała u siebie takich cech, jakich wcześniej nie znała. Można nawet powiedzieć, że uczyła się walczyć o swoje.
Brodecki po chwili odwrócił się na bok, spoglądając teraz wyraźniej na jej twarz.
– Wstydzisz się mnie? - rozszerzyła oczy.
Dziękowała Bogu, że było ciemno i nie widział jak się zaczerwieniła. Domyślił się po tym jak nagle zamilkła. Speszyła się.
– Nie! – nie uwierzył – Powtarzam ci, że lubię przestrzeń. Mam klaustrofobię!
– Baska, przestań, proszę cię! Naprawdę nie mam trzeciego śpiwora. Nie zrobiłem tego specjalnie. Obiecuje, że nie będę zabierał ci twojej przestrzeni… - przerwała mu.
– I?
– „I” co? Aaaa… I nie dotknę cię nawet palcem. Teraz ok.? Pozwolisz mi się wyspać? – uśmiechnął się.
Odwzajemniła ten miły gest.
– Ok.
Nie wiedziała, czy ta jego obietnica nie jest czasem spowodowana tym, że nie jest dla niego atrakcyjna. Nie mogła nic wyczytać z jego twarzy, aż wreszcie doszła do pewnego wniosku.
„Baśka, nie podobasz mu się. Nie jesteś w jego typie. O ile jesteś w typie kogokolwiek.” – teraz żałowała, że dał jej się o tym przekonać.
Wolałaby żyć dalej w niepewności. Zrobiło jej się smutno, że tylko chciała zasnąć. Co z reszta nie było trudne. Musiałaby podpierać powieki zapałkami.
Inne dziewczyny w towarzystwie tak przystojnego faceta, nie zmrużyłby oka, a ona? Nawet się nie obejrzała jak odpłynęła w głąb krainy Morfeusza.
„Co za dziewczyna” – przeszło mu przez myśl.
Co z tego, że on jej obiecał, ze jej nie dotknie, skoro ona nie dotrzymuje tej obietnicy? Bardzo żałował, że nie poprosił jej o to samo.
Basia nie mogła bowiem wiedzieć, że przez sen przysunęła się do niego bliżej, opierając swoją głowę o jego bark. Wyglądała naprawdę pięknie i niewinnie taka uśpiona.
Podobała mu się. Cholernie mu się podobała. Nigdy jednak jej tego nie powie, by nie zepsuć ich przyjaźni.
Włosy z grzywki dziewczyny nachodziły na jej oczy. Marek kilka razy nawet zapuszczał się, by je odgarnąć, ale za każdym razem rezygnował.
„Przecież obiecałeś” – powtarzał sobie tak długo aż sam nie odpłynął.


*****

Dochodziła 7:55. Państwo Storoszowie mieli się zjawić u Kamińskich dokładnie o ósmej. Z Przemyśla musieli co prawda przebyć kawał drogi do Wielkopolski, ale po telefonie od pani Kamińskiej natychmiast wsiedli w pociąg i jechali całą noc z kilkoma przesiadkami po drodze, by jak najszybciej znaleźć się na miejscu.
Przez telefon pani Kamińska nie powiedziała zbyt wiele. Tylko tyle, że Basia zabrała wszystkie swoje rzeczy i uciekła. By nie przyprawiać Storoszów o większe zmartwienia nie dodała pikantnego szczegółu, że dziewczyna uciekła z chłopakiem lub została uprowadzona siłą, a ten list napisała pod przymusem, by zmylić miejscową policję.
Kamieńscy nie brali na poważnie tej pierwszej możliwości. Zgodnie obstawiali drugą. List Basi był taki pozytywny, tak przepełniony optymizmem, nadzieją, tak niesamowicie emocjonalny, że nie było mowy, by mogła go napisać osoba, którą ktokolwiek szantażuje, czy do czegoś zmusza. Inaczej ten list niósłby ze sobą zupełnie inne, negatywne emocje, które wzbudziłyby niepokój, a kiedy ten był pełen radości życia. Czytając go człowiek ma ochotę się uśmiechnąć.
Matka Małgosi uznała jednak, że nie wypada o nim mówić przez telefon. Będzie lepiej jak porozmawiają osobiście po przyjeździe Storoszów i dopiero wtedy podzieli się z nimi swoimi domysłami.
Mimo wszystko rozumiała ich zdenerwowanie, gdy telefonicznie przekazywała im tą niemiłą wiadomość. Wiedziała jak teraz muszą się czuć Storoszowie, nie wiedząc gdzie przebywa ich dziecko, gdzie spędziło noc. Sama umierałaby ze strachu, gdyby Małgosia wpadła na podobny pomysł i któregoś dnia zniknęła.
Rodzice Basi zawsze strasznie się o nią bali. Jej wychowanie nie należało do najłatwiejszych. Musieli w nie włożyć mnóstwo wysiłku, by mała Basia mogła się rozwijać, jak inne dzieci. Jednak nigdy nie narzekali. Córka była ich oczkiem w głowie, ich szczęściem. A teraz ten podtrzymywany płomyczek nagle znika…
Punktualnie o ósmej pod dom Małgosi i jej rodziców podjechała taksówka. Pan Kamiński, który dotychczas nerwowo spoglądał w okno, wstał i poszedł otworzyć.
Gdy na progu stanęli przerażeni Storoszowie biedny pan Kamiński został obrzucony mnóstwem pytań, na które nie potrafił udzielić odpowiedzi.
– Gdzie jest Basia? Jak to się stało? – spytała Storoszowa bez silenia się na uprzejmości. – Boże, co tu się dzieje...?
Nie była w stanie się uspokoić i choć na chwile przestać martwic o córkę.
Nietakt żony załagodził pan Storosz. On, w przeciwieństwie do przewrażliwionej Storoszowej, zachowywał spokój.
– Dzień dobry. – przywitał się, podając rękę Kamińskiemu. – Przepraszam. Żona jest zdenerwowana. – wyjaśnił, prosząc tym samym o wyrozumiałość.
– Nic nie szkodzi. Rozumiemy. Sami martwimy się o Basię. – odparła Kamińska, która chwilę wcześniej pojawiła się w przedpokoju.
– Przyjechaliśmy jak najszybciej się dało. – dodał Storosz. – Jak to możliwe, że tak zniknęła? Przecież Basia nigdy dotąd się tak nie zachowywała. To bardzo ułożona i posłuszna dziewczyna. – mówił donośniejszym głosem, niż zwykł na co dzień, ale powodował to ogromny strach o jego jedyne dziecko.
– Nie musielibyśmy państwa martwić, gdyby nie chodziło o poważną sprawę. Z początku myśleliśmy, że się zgubiła w lesie, ale… – urwał, nie chcąc od razu mówiąc o swoich podejrzeniach. – Nam samym jest trudno w to uwierzyć. – Kamiński pokręcił głową. – Zapewniam, że jesteśmy głęboko przejęci tym co się stało. Możecie państwo liczyć na nasze wsparcie i pomoc.
– Może przejedzmy do salonu? Tam możemy spokojnie porozmawiać. – wtrąciła Kamińska i gestem reki wskazała drogę, po czym przepuszczając gości przodem, sama po chwili znalazła się w pokoju gościnnym.
Tam czekała już na nich Małgosia.
– Dzień dobry. – przywitała się nieśmiało, ale w odpowiedzi usłyszała tylko cichy pomruk Storosza.
– Wspominała pani przez telefon, że Basia uciekła. Jak to Basia uciekła? – spytał poirytowany Storosz, kiedy usiedli.
Próbował panować nad emocjami, ale narastające zdenerwowanie coraz bardziej dawało mu się we znaki. Wolał jednak, żeby to on zadawał pytania, by o wszystko wypytać, niż miałaby to robić jego wybuchowa żona. Nie chciał też obwiniać Kamińskich za tą sytuację, nie usłyszawszy ich wersji zdarzenia.
Zanim Kamińska odpowiedziała na pytanie Storosza spojrzała porozumiewawczo na męża, który dodał jej otuchy. Czuła się już wystarczająco niezręcznie, że pod jej dachem doszło do czegoś takiego. Nie było jej łatwo się w tym odnaleźć, zwłaszcza, że obwiniała się za swoje zaniedbanie. Miała przecież pilnować Basi…
– Po prostu. – odparła nieśmiało Kamińska. – Wczoraj spakowała swoje rzeczy i wyjechała.
– Jak to „tak po prostu”?! ... A może coś tu się wydarzyło? – zaczął spekulować Storosz. – Basia nigdy by tak nie postąpiła! – bronił córki, nie wierząc, że mogła tak uciec.
– Widocznie Basia nie chciała tu więcej przebywać. Musiała mieć jakiś powód… – zainsynuowała Storoszowa, spoglądając z pogardą na Kamińskich.
Ona już obwiniała tą rodzinę za ucieczkę jej córki.
– Sugerują państwo, że źle ją traktowaliśmy? – zapytał zniesmaczony tą uwagą Kamiński. – Zapewniam, że Basia miała tu dobra opiekę. Oboje z żoną staraliśmy się, by czuła się u nas jak w domu. I wydaje nam się, że tak właśnie było.
– Basia to skryta dziewczyna. Nie przyznałaby się. – dorzuciła Storoszowa, na co zareagował jej mąż.
– Krysiu… – skarcił kobietę.
– No…Musiało się stać coś niedobrego, skoro od państwa uciekła…Niekoniecznie w tym domu, ale może w okolicy? Tu jest tyle lasów… – zreflektowała się, zanim Kamińscy zdążyli odpowiedzieć na tą zaczepkę.
– Nie sądzę. Tu jest naprawdę spokojnie. A Basia jeszcze tego samego dnia wybrała się z Małgosią na spacer. Była uśmiechnięta, zadowolona. – odpowiedział, by uspokoić Storoszową. – …Myślę, że tu chodzi o coś zupełnie innego. A to coś może naprowadzić nas na pewien trop. – mężczyzna pochylił się nieco do przodu i sięgnął ze stolika na kawę liścik.
Podał go nastopnie Storoszowi i dodał dla wyjaśnienia:
– Proszę spojrzeć. … Zostawiła go Małgosi, zanim wyjechała. Tu jest wszystko napisane.
Storosz wymienił z Kamińskiem szybkie spojrzenie i przeczytał liścik.
– Przynajmniej wiemy, gdzie się wybiera… – dorzucił dla pocieszenia ojciec Małgosi.
– C… coo?! – krzyknął Storosz po przeczytaniu liściku córki. – Kto to jest ten Marek?! – spytał, podając karteczkę żonie. – Uciekła z nim?! – z wrażenia aż wstał. Nie mógł już usiedzieć spokojnie w jednej pozycji.
– Pytałem Małgosi, ale ona nic nie wie, prawda? – zapytał Kamiński, spoglądając na swoją córkę.
– Tak, proszę pana. – rzuciła niepewnie, ale tylko z powodu przeszywającego spojrzenia ojca Baśki, bo tego, co mówiła była pewna na 100 %. – Nie wspominała mi, że kogoś poznała. Nigdy go nie widziałam, tylko… – urwała na moment przypominając sobie ostatnie zachowanie Basi. – …tylko od kilkunastu dni zauważyłam, że Basia często się gdzieś wymykała. Myślę, że wtedy musiała się spotykać z tym chłopakiem.
– Boże! To on ją uprowadził! – rzuciła Storoszowa ze łzami w oczach, z trudem łapiąc oddech ze zdenerwowania. – Pewnie chce ją …wywieźć do francuskiego burdelu! Boże, że ona uwierzyła w to wszystko. Jest taka naiwna… Musimy coś zrobić, Andrzej! Zawiadomić policję! – krzyknęła kobieta, już nie panując nad emocjami.
Wybuchła płaczem, silnie gestykulowała.
– Uspokój się. – odparł mężczyzna, chwytając żonę za dłoń. – Nie możesz się denerwować. Znajdziemy tego bydlaka… – szepnął z obrzydzeniem wymawiając obraźliwy epitet na tajemniczego „porywacza”.
– Nie wysuwajmy pochopnych wniosków. – rzucił Kamiński, nie rozumiejąc dlaczego od razu zakładają najgorsze. – Nam to wygląda, że Basia po prostu się zakochała…
– Zakochała?! Pan nie wie co mówi. Pewnie ten chłopak ją omamił, uwiódł, oszukał, a teraz może z nią zrobić wszystko! Nie ogląda pan telewizji?
– To co pan proponuję? – zapytał Kamiński po chwili zastanowienia.
Z logicznego punktu widzenia przypuszczenia Storosza miały sens. A co jeśli to prawda i Basia naprawdę padła ofiarą alfonsa i zwykłego oszusta?
Musieli dmuchać na zimne.
– To, co pan powinien już dawno, proszę pana!– skomentował opryskliwie zdenerwowany Storosz, wymachując palcem. – Zadzwonić na policję!
– Nie! – krzyknęła nagle Storoszowa, co zwróciło uwagę wszystkich obecnych. – Andrzej, zadzwoń do Zawady. – szepnęła kobieta, nie mając już sił wytężać głosu.
Była kompletnie załamana.
– Ale, kochanie… To nie jego rejon… On jest …
– Jest twoim przyjacielem czy nie?! – zirytowała się kobieta. – Dzwoń po Zawadę! –powtórzyła, nie chcąc już słyszeć słowa sprzeciwu.

Magdalena - 2009-06-28, 20:50

Uwielbiam to opowiadanie :mrgreen:
Niech Marecki się tak nie focha, a Basia nie będzie taka święta i niech się pocałują w końcu :-D
ale z tym śpiworem wymyślił-cwana gapa :mrgreen: :mrgreen:
czekam na cd :-P

Ninuś - 2009-06-28, 21:25

Łaaa Bliźniaczki!
To opowiadania jest po prostu ge-nial-ne!!!
Kurcze, ja myślałam, że coś tam ich poniesie, że chociaż jakiś mały kiss będzie... a tu Marek nawet nie odgarnął jej grzywki z czoła :576:
Aaaaa to teraz Zawada do akcji wkroczy :mrgreen:
Mistrze daaalej!!! ;** ;** Geniusze!

olka - 2009-06-29, 00:07

Bliźniaczki genialnie!
Z Baśki taka cnotka niewydymka :576: że sie tak brzydko wyraże.
Marecki sie powstrzymuje, zobaczymy na jak długo hihi :lol:
A rodzice Storoszówny strasznie przejęci, wręcz powiedziałabym irytująco przejęci :-P
No i komisarz Zawada wchodzi na arene 8-) poczekamy i zobaczymy, co z tego wyniknie.
Świetnie, czekam na cedek!;*;*;* ;-)

Stokrotka07 - 2009-06-29, 17:49

Haha ciekawe ile wytrzymają :lol: Jestem bardzo, bardzo ciekawa :lol:
Bliźniaczki jak zawsze świetnie, kocham to opko ;-)

isis - 2009-06-29, 19:03

Bliźniaczki genialnie!!! :lol:
Basia przy Marku to na pewno nauczy się życia :lol:
Mama Basi też jest świetna:)Też bym chyba umarła ze strachu gdybym się dowiedziała,że moje dziecko pojechało sobie z jakimś Markiem;P
Ach czekam na kolejną część;*

Kasieńka - 2009-06-29, 22:40

Bliźniaczki kiedy cedek? :)
Bo że jest MISTRZOWSKIE i je kocham to chyba nie muszę powtarzać, prawda? :*:*

Twins - 2009-06-30, 09:39

Dziękujemy! Jesteście kochane! :** :**

Cedek chyba dziś, o ile nie będziemy załamane wynikami i nie będziemy musiały szukać po drodze ze szkoły jakiegoś mostu :576:

[ Dodano: 2009-06-30, 22:12 ]
No obiecałyśmy Dejz, że z naszej radości się coś pojawi, no ale świętowanie sie przedłużyło :576:

Ninuś - 2009-07-01, 19:03

:-( :-( :-(

Bliźniaczki, Kasia, Dejz, będzie coooooś???

Twins - 2009-07-01, 19:08

No piszemy, ale ile z tego wyjdzie to nie wiemy :lol:
Daisy - 2009-07-01, 19:59

To ja czekam Twins :D

Ninuś ja już nie dam rady dzisiaj.
Jutro wyjeżdżam i wracam w niedzielę.
A od poniedziałku zaczynam naukę do obrony licencjatu :/
Ale postaram się coś napisać w przyszłym tygodniu.

Twins - 2009-07-02, 15:02

Przepraszamy za błędy bo na pewno są, jak to u nas, ale nie chciało nam sie sprawdzac :**

"Lek na całe zło"

DŁUUUGIE :lol:

Cz. 8

Nikt by się nie spodziewał, że o tej porze komisarz Adam Zawada i inspektor Ryszard Grodzki będą popijać sobie kawę w pomieszczaniu oddzielonym jedynie od korytarza niską ścianką i w najlepsze sobie żartować.
W wydziale zabójstw Komendy Stołecznej Policji w Warszawie w jakiej oboje pracują nie może być tak spokojnie. Ten dzień był tego świetnym przykładem, potwierdzającym tą regułę.
– Albo dwóch policjantów stoi na ulicy… – zaczął policjant z uśmiechem na ustach. – z przepięknym, olbrzymim owczarkiem niemieckim… – opowiadanie kolejnego kawału przerwał jednak dźwięk uporczywej komórki komisarza. – Jasna cholera, ni chwili spokoju…Zawada, słucham? – odebrał po chwili. – … Basia? Gdzie? … Posłuchaj. Postaram się być jak najszybciej. Cześć. – pokręcił głowa z niedowierzaniem.
Mógłby się spodziewać wszystkiego.
Nawet telefonu od samego Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji, czy Ministra Sprawiedliwości, ale nie tego, że córka jego przyjaciela zniknie nagle jak kamfora w spodziewać by się mogło najbardziej spokojnym miejscu w Polsce!
Nic jednak tak bardzo nie rajcowało Zawadę jak kolejna sprawa, ale po Basi spodziewał się trochę więcej odpowiedzialności.
– Co się stało, Adasiu? – dopytywał się Grodzki, zmartwiony nagłym zamyśleniem przyjaciela.
Ten streścił mu wszystko, co opowiadał Storosz i poprosił o natychmiastową zgodę na wyjazd poza granice stolicy.

*****

Cudownie jej się spało tej nocy i to głownie dlatego, że obok był jeden z najwspanialszych facetów pod słońcem.
Jej osobisty number one.
Sny znowu stały się kolorowe i optymistyczne, a ona sama zrelaksowana jak nigdy.
Nie potrzebna była już długa kąpiel, świetny film, pogaduchy do poduszki, czy wszystkie inne umilacie czasu, by poczuć się błogo. Wystarczył On. Bała się pomyśleć, że to może za niedługo się skończyć. Szybciej niż myśli.
Chciała żyć w swojej bajce tak długo jak tylko się da.
Jak najdłużej. Już zawsze.
Te i inne podświadome myśli właśnie, przyczyniły się to tego, że piękny sen, zmienił się nad ranem w koszmar. Zaczęła się miotać, aż niechcący uderzyła Marka. Spał tak mocno, że tego nie poczuł. A przynajmniej dał Basi tak myśleć. Zacisnął tylko zęby.
Nie ma co. Ostrzegała go wcześniej, że kopie w nocy. Mógł się z tym poważniej liczyć. Przekręcił się na drugi bok i usnął.
Basia od tego czasu nie zmrużyła oka, pomimo tego, że czuła się zmęczona i senna. Nie chciała spać i do tego samego zmuszała swój organizm. Musiała przecież odwdzięczyć się markowi i zrobić śniadanie, choć najchętniej przeleżałaby tu cały dzień.
Fizycznie nie czuła się najlepiej. Psychicznie za to wyśmienicie, ale tylko do czasu, kiedy nie przypomniała sobie swojego przerażającego snu. A najbardziej przerażającą wizją była ta życia dalej bez Marka.
Musiała jednak poradzić sobie ze stresem i pomyśleć o swoim stanie fizycznym.
P r a g n i e n i e. Czuła straszne pragnienie.
Zmęczona z trudem wyszła z namiotu i poszukała wody mineralnej. Niestety została tylko ta napoczęta Marka. Duszkiem dopiła resztę. Pękała jej głowa, jakby wczoraj wypiła za dużo procentów, a przecież jej jedynym napojem była zwykła woda.
Wyciągnęła coś szybko z lodówki turystycznej, zabrała swój plecak i pokierowała się w stronę damskiej łazienki. Cieszyła się w duchu, że Marek jeszcze śpi i nie widzi, że jest w nienajlepszym nastroju.
Tymczasem sen Marka okazał się płytki. Zorientował się, że Basia musiała już wstać i postanowił na nią zaczekać. Nie dziwiło go, że długo nie wraca.
„Typowe.” – pomyślał.
Kiedy Basia wróciła nie spodziewała się, że Marek będzie opierać się o samochód. Stanęła jak wryta.
Przecież ona na sobie nic nie miała!
Nic, prócz przewiązanego ręcznika na ciele i we włosach. Odruchowo przytrzymywała ręcznik jedną ręką by czasem się nie zsunął. W drugiej trzymała ramiączko od plecaka i kosmetyczkę.
– Maareek? …Myślałam, że śpisz… jeszcze. – odchrząknęła nerwowo.
– A myślisz, że mógłbym po tym jak nabiłaś mi siniaka? – nawet nie zauważyła jak do niej podszedł.
– Cześć. – odparł i ni z tego niż owego pocałował ją w policzek na przywitanie.
Ugięły się pod nią nogi.
Nigdy nie był w stosunku do niej taki wylewny. Doszedł więc do wniosku, że skoro są przyjaciółmi czas to zmienić.
Gdy się nad nią nachylił poczuł jak pachniała lawendą i szamponem o zapachu truskawek. Z ramion ociekały jej jeszcze kropelki wody. Ona natomiast zrozumiała, że jak jeszcze raz tak się na nią pochyli spoci się jak mysz i z kąpieli wyjdą nici.
Nadal była cała znieruchomiała. Marek nie rozumiał dlaczego.
– Co? – spojrzał na nią podejrzliwie.
– Ni-c tylko…Trochę mnie zaskoczyłeś. – wyjaśniła szczerze.
– Aaaa o to ci chodziło. Jak chcesz mogę tego nie robić. Zawsze tak witam się z przyjaciółką, więc pomyślałem... Ale jak chcesz. – uśmiechnął się.
– Nie! – krzyknęła protestacyjnie. – Nie, nie przeszkadza mi to. – dodała już spokojnie.
– Dobra, to teraz ja idę do łazienki, a potem postaramy się skołować coś na śniadanie z tego, co zostało. – poszedł po swoje rzeczy, a Basia od razu się uśmiechnęła, przypominając sobie ten słodki buziak.
Kiedy wrócił, zdążył tylko rzucić:
– Fajny ręcznik! – uśmiechnął się łobuzersko.
„No tak.” – pomyślała.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że to ręcznik w Kubusiem Puchatkiem! Jedyny czysty i suchy jaki szybko wpakowała do torby.
„Skołować śniadanie.” – powtórzyła w myślach. – „Dla chcącego nic trudnego.” – uśmiechnęła się do siebie.

*****

Teraz to Basia zastanawiała się co faceci mogą tak długo robić w łazience. Zdążyła w tym czasie nie tylko kupić świeży chleb, ale także zrobić kanapki. Skromne, bo skromne, bo z żółtym serem, ostatnim pomidorem i pasztetem drobiowym ze słoika jaki także dokupiła w sklepie na plastikowym talerzyku, ale zawsze. Od sąsiadów pożyczyła natomiast elektryczny czajnik i zaparzyła do wyboru po herbatce lub kawie.
Kiedy wrócił Marek był mile zaskoczony. Usiadł obok Basi.
– Powiedziałem, że razem wymyślimy, co ze śniadaniem, ale widać, że byłaś już t a k głodna, że nie mogłaś na mnie poczekać. – w rzeczywistości był wdzięczny Basi za ten gest.
– Siedziałeś tam tak długo, że nie miałam zamiaru na nikogo czekać. Jeszcze chwila, a zaczęłabym bez ciebie!
– Naprawdę potrafię radzić sobie z robieniem śniadań. Nie wierzysz mi? – spojrzał na nią, by mu uwierzyła.
– Specjalnie się wymigałeś, bo myślisz, że zaciągniesz mnie do garów. Ty kłamczuchu!
– No dobra. Ale tylko dlatego, że jesteś w tym lepsza ode mnie, może być? Idzie ci to sprawniej, szybciej i zazdroszczę twojemu przyszłemu chłopakowi! Teraz zgodzisz się zrobić śniadanie też jutro? I pojutrze? – uśmiechnął się tak jak lubiła.
– Zastanowię się. – odpowiedziała wymijająco z półuśmiechem.
Wiedział, że już z nią to utargował.
– To co tam masz dobrego?! – dopiero teraz zajrzał do talerza.
Zabrał pajdę z pasztetem. Trzymał chwilę i powąchał, a potem się skrzywił.
– Co to jest? Nie lubię pasztetu. Dziwnie pachnie… – marudził jak dziecko.
– Jak nie chcesz to głoduj. Myślałam, że masz większe zapasy i nie wzięłam ze sobą więcej pieniędzy. Nie wszyscy na śniadanie jadają omlety, czy muesli z jogurtem. – zironizowała. – A to przynajmniej od razu się nie popsuje – tłumaczyła się, choć sama nie wiedziała po co przez takim francuskim pieskiem.
– Żartowałem! – uśmiechnął się i ugryzł chleb. – Śniadanie pierwsza klasa. – dodał z pełnymi ustami.
– W takim razie to był kiepski żart. – jej nie rozbawił ani trochę.
– Za to nie cierpię muesli, chyba, że jabłkami i orzechami, ale wolę omlety z rukolą i serem, ale zwykle na śniadanie jadłem rogaliki francuskie z dżemem i miodem lub jajecznicę na bekonie lub szynce, z dodatkiem kawioru, misę świeżych owoców, a zamiast kawy popijałem sok ze świeżo wyciśniętej pomarańczy!
– Żartujesz znowu tak? – spojrzała na niego spod byka.
– Nie. Mówię serio. – odpowiedział poważnie.
– Ah-a. – poczuła się jak jakaś uboga wieśniaczka, która nieudolnie próbuje zadowolić wielkiego panicza.
– Żartowałem! – tym razem nie powstrzymując się, wybuchł śmiechem.
–W takim razie zmień poczucie humoru! – odpowiedziała i zabierając jedną kanapkę z pomidorem zniknęła w namiocie.
„Obraziła się.” – pomyślał i znowu się zaśmiał.
– A tobie co tak do śmiechu, co? – stanęła za jego plecami ze skrzyżowanymi dłońmi.
– Nic. Naprawdę dobre. – pochwalił.
Tym razem się uśmiechnęła.
Kiedy oboje skończyli, Marek wstał i znowu wyciągnął swojego laptopa. Położył go na kolanach. Basia w tym czasie sprzątała po śniadaniu.
– Co? Znowu piszesz maila do przyjaciółki? – dopytywała.
Mała nadzieję, że jej odpowie. Przyjaciele nie maja przecież przed sobą tajemnic.
Nic jednak nie odpowiedział. Dala spokój i odeszła na bok.
Marek natomiast dwa razy czytał przysłanego maila od tajemniczej crazyzuz.

No, no Mareczku, nie spodziewałabym się tego po Tobie. A tak na poważnie to ta Basia wie, co z Ciebie za ziółko, że jeszcze cię nie zostawiła? Jak Cię znam już zdążyłeś ją przelecieć, że je Ci ręki i chce jechać z Tobą na koniec świata. Nie wiem jak Ty to robisz, ale ja bym Ci nie uwierzyła, Romeo za dychę. Odezwij się jeszcze palancie zanim przekroczysz granicę (albo kup kartę do automatu), bo nie mam aktywowanego roaming’u. Pozdrów Basię.
P.S. Szczepan też cię pozdrawia.


Odpisał coś na szybko, poczynając od: Zuzia przesadzasz…, a kończąc na: Dowiedz się, czy Karinka zdążyła się już odejść od starego, i zamknął urządzenie.
Basia natomiast czekała aż Marek odłoży swoją zabawkę, by zacząć rozmowę.
– Nie chcę się wtrącać, ale myślałam, że ty jak każdy rasowy Robinson nie korzystasz z Internetu. Nie masz pieniędzy na podstawowe artykułu, ale surfujesz po stronach. To trochę dziwne, nie uważasz?
– Nie? Dlaczego? Jest dwudziesty pierwszy wiek, a poza tym był opłacony za trzy miesiące z góry zanim wyjechałem. Nie mam telefonu, ani telewizji, ale to nie znaczy, że mam się odcinać od cywilizacji. – puścił jej oczko.
– Ha ha ha. Pomyśl lepiej co będziesz robił za te trzy miesiące…
– Jak to co? Chodził ulicami Paryża, zwiedzał muzea, zabytki… – dziewczyna przerwała jego brednie.
– Tak i to wszystko będzie ci stawiać ciotka, której nawet nie znasz…Może czas się pogodzić…z tatą? – zaproponowała, spoglądając mu w oczy.
– Nie. I nie wracaj to tego, jasne?! – podniósł ton. – To nie ja powinienem go przepraszać. Z reszta tu nie o to chodzi. Nie zrozumiesz tego.
– Rozumiem! – zapewniła. – Masz do niego żal o to, że on może sterować twoim życiem, w czasie kiedy ty jego nie! Ale to ty jesteś jego synem. I to on jak to się mówi posiada tą życiową modrość, jakiej ty nie masz.
– Tak ładnie mówisz, ale ze swoimi starymi też nie potrafisz się dogadać.– trafił w samo sedno. – Więc przestań prawic mi kazania! – spuściła głowę.
Zrobiło jej się przykro, że tak na nią naskoczył.
– Nie chciałem być niemiły, ale to wszystko nie jest takie proste jak się mówi. Nie dogadamy się dopóki on sam nie zrozumie, że on tutaj zachowuje się jak gówniarz. A by nie wyjść na wyrodnego syna, kazałem Zuzi sprawdzić co u niego słychać. – wyjaśnił.
„Zuzia, jego przyjaciółka” – zakodowała sobie.
Ale czy w takim razie teraz ona jest wyrodną córką, skoro nawet Marek odzywa się do ojca po tak ostrej kłótni?
Jej rodzice nigdy nie zrobili jej nic złego. Byli może nadopiekuńczy, ale kochani. To ona odstawiła im numer z ucieczką.
Poczuła się strasznie. Musiała do nich zadzwonić i powiedzieć, by się o nią nie martwili.
Wyciągnęła z kieszeni komórkę. Była wyłączona od czasu wyjazdu.
– Marek….Ja…Przepraszam cię na moment! – i pobiegła gdzieś w bardziej ustronne miejsce.
Włączyła komórkę, ale bateria i tak była kiepska. Może jednak uda jej się dodzwonić do rodziców. Początkowo wybrała numer do Przemyśla, ale zrozumiała, ze teraz najprawdopodobniej są u rodziców Małgosi. Nacisnęła odpowiedni klawisz na klawiaturze telefonu i przystawiła urządzenie do ucha.
Czuła jak pod powiekami zbierają jej się łzy. Miała straszne wyrzuty sumienia.
¬¬– Ma-mo? – odparła dziewczyna po usłyszeniu wyczekiwanego: słucham.
Słysząc głos matki, coś ścisnęło ją za gardło.
– Basia! Basia, gdzie jesteś, Basia! Ten chłopak, nic ci nie zrobił?! – kobieta, gdy tylko usłyszał głos córki, kompletnie się rozkleiła.
– Wszystko…Wszy-stko jest dobrze! Nie denerwujcie się… – tylko który jej uwierzył, skoro ona teraz też płacze?
Cicha jaka słyszała po drugiej stronie zamieniła się w krzyk Andrzeja.
– Baśka, wracaj do domu, słyszysz?! Ten drań cię omamił! – miała dość tych krzyków. – ...Dziecko gdzie jesteś na litość boską, odezwij się!!! – ale Basia nie mogła powiedzieć ani słowa więcej.
Zamknęła ręką usta, by się gorzej nie rozpłakać. Po jej policzkach spływały pojedyncze łzy.
– Kocham was! – wydukała i rozłączyła się, wypuszczając telefon komórkowy z dłoni.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę jak bardzo się o nią boją. A ona nawet nie była w stanie ich uspokoić. Nie potrafiła wytłumaczyć dlaczego.
„Przecież oni niczego nie zrozumieją” – pomyślała i załkała ponownie.
Miała ochotę zasnąć i nigdy więcej się nie obudzić.
Była rozdarta między tym, co pragnie, a tym co powinna i wyraźni nie potrafiła sobie z tym poradzić. Nie dawała sobie rady.
„Z niczym nie daję sobie rady! Jesteś beznadziejna! I d i o t k a!!!” – zarzuciła sobie.
Oparta się o korę najbliższego drzewa, musiała się wypłakać.
Kiedy udało jej się zebrać w sobie wróciła do Marka. Miała czerwone oczy i twarz. Podchodziła do niego jak anemik.
Była osowiała i zamyślona. Ze śladów zadowolenia nie pozostało nic.
– Ooo dobrze, ze już jesteś. Sprawdzałem pogodę na dzisiaj. Jest idealna by ruszyć dalej. – Marek początkowo nie zauważył w jakim jest stanie.
Zdawała się go kompletnie nie słuchać.
Jednak kiedy powiedział, ze maja już stąd wyjeżdżać znowu miała ochotę się rozbeczeć. Nie chciała się stąd ruszać, jeszcze nie teraz!
– C-o? – odpowiedziała po chwili głosem słabym, który jednak silił się na krzyk.
– No mówię, że składamy namiot i jedziemy dalej. – powtórzył.
– Słyszałem, ale…Nie! Nie zgadzam się! Jeszcze nie, proszę… – protestowała, aż w końcu tylko niewyraźnie wydukała słowa.
Brodecki dopiero teraz spostrzegł jak wygląda.
– Płakałaś? – zapytał nieco przestraszony.
– Nie. To zapalenie spojówek…
– I kto tu kłamie? Przecież widzę. …Co się stało? – zapytał z zatroskaną miną.
– A nic…Takie tam. – odpowiedziała wymijająco.
Nie mogła się przecież przed nim przyznać, że popłakała się tylko dlatego, że usłyszała jak rodzice się o nią martwią. Przecież nie powinni, jest już dorosła.
– Jasne. Powiesz mi, czy mam to od ciebie wyciągać? – musiała się chwile zastanowić nim mu odpowiedziała.
– Zdzwoniłam do rodziców…Tak się martwią a nie mają powodu! Jestem przecież z tobą!
– Obawiam się, że właśnie o to może im chodzić. …Że jesteś ze mną. Nie masz przecież pewności, czy nie jestem seryjnym gwałcicielem. Albo sutenerem, który chce wywieść cię do jakiegoś burdelu. – uśmiechnął się.
– Nie jesteś, no proszę cię! Na pewno tak nie pomyśleli. – skłamała.
Ojciec nazwał go przecież draniem, a matka dopytywała, czy nic jej nie zrobił.
– Oni po prostu… – ciągnęła. – Uważają, że jestem za bardzo naiwna, ale ja nie zaufałabym jakiemuś podejrzanemu typowi. Przecież mnie znają, powinni o tym wiedzieć.
– Trochę się z nimi zgodzę. Tez byłbym przerażony jakby moja córka wyjechała z facetem, którego znała od paru dni. – trochę?
Przyznał im świętą rację! Zdziwił się, że staruszkowie nie wezwali jeszcze policji. Na ich miejscu sam spuściłby sobie łomot za to, że zgodził się na to wariactwo.
– Nie masz córki. A jak kiedykolwiek będziesz miał to musisz mi obiecać, że nie będziesz wobec niej taki nadopiekuńczy. – spojrzała na niego łagodnie.
– Zastanowię się. – wtrącił na żarty, rozładowując atmosferę.
¬– Najgorsze w rodzinie to praw zaufania. Myślałam, że mi ufają, ale nie... – westchnęła ciężko.
– Na pewno ci ufają, ale się o ciebie boją. Nie znają mnie przecież.
– Ale dobrze ci z oczu patrzy! – pożałowała tej szczerości.
Uśmiechnął się delikatnie na te słowa.
– Twój ojciec z resztą tez się pewnie niepokoi.
– Tak, tylko, że wie, że daję sobie radę, bo to nie pierwszy raz, kiedy wyjeżdżam na długo. Twoi nie mają takiej pewności. Pierwszy raz jesteś na gigancie! – nabijał się. – ...Może…może chcesz żebym cię odstawił z powrotem? – zapytał po chwili całkowicie na poważnie.
– Nie! Nie chce! …Chyba, że ty chcesz…– spuściła wzrok.
Była pewna, ze ma już jej dość.
– Nie! Obiecałaś mi te śniadania! – pierwszy raz się zaśmiała od czasu tego telefonu.
Gest Marka jeszcze bardziej podniósł ją na duchu.
Objął ją przyjacielsko jednym ramieniem, pocierając chwile o jej nagi bark, po czym wstał i odszedł na bok, zostawiając ją samą.
Właśnie tego jej było trzeba! Silnego męskiego ramienia, by wiedzieć dlaczego tutaj jest.

*****

Tak bardzo się cieszyła, że zgodził się tu zostać jeszcze jeden dzień. A już traciła nadzieję, że da się go przekonać. Czasem bywał naprawdę uparty. Bardziej niż ona.
Gdy Marek kilka minut temu oświadczył dziewczynie, z pełnym przekonaniem, że już dziś wyruszą w dalszą drogę poczuła napływ przerażenia.
Jak to? Już? Tak szybko?
To nie było w stylu Marka.
Przecież dopiero co tu przyjechali. Dlaczego mieliby już jechać? Basia nawet nie zdążyła zobaczyć jeziorka, a to już pewnie ostatnie, zanim przekroczą granicę województwa.
Nie chciała się żegnać z pojezierzem tak szybko. Właściwie to nie chciała by ich tempo podróżowania było takie szybkie. Miała zamiar je jak najbardziej opóźnić. Im dłużej będą razem w podróży tym miała większe szanse, że przekroczy z nim tą cholerną granicę.
Lęk, że jednak zostawi ją na granicy albo niespodziewanie gdzieś po drodze towarzyszył jej od samego początku. Żyła w ciągłym strachu, niepewności. Nie powiedziała jednak o swoich obawach Markowi i jak sobie obiecała nigdy nie powie. Tym bardziej, kiedy okaże się, że jednak pojedzie z nim trochę dalej niż on planował. Nie chciała wyjść na idiotkę.
Zastanawiało ją jedno.
Dlaczego Marek się tak śpieszył? Czyżby przeczuwał, jakie ma plany? Czyżby potrafił czytać jej w myślach i wie, że ona chce go spowolnić a po cichu liczy na to, że nawet uda jej się go zatrzymać? Czy on wie, że Basia chce by wrócił z nią do Warszawy?
Taka ucieczka od problemów nic nie da. I tak prędzej czy później musi porozmawiać z ojcem, a ona tez nie może całe życie zaszyć się gdzieś przed rodzicami. Przecież się mątwią, a ona ma zaczęte studia, ma plany zawodowe…
A może Marek chce uciec od niej?
Nie, to wszystko przez ten telefon od matki. Zaczynał jej mieszać w głowie. Przecież sama życzyła sobie takiej tułaczki. Dla Marka jest zdecydowana poświecić wszystko. Studia, plany, marzenia, nawet kontakty z rodzicami.
Próbowała się nie zamartwiać niepotrzebnie, ale wciąż niepokoił ją pośpiech Marka.
Z tego co opowiadał Marek, w miejscach, gdzie się zatrzymywał, zwykle spędzał kilka do kilkunastu dni. Rozglądał się po okolicy, zapoznawał z mieszkańcami.
Czasem zostawał nawet dłużej, gdy musiał zarobić na benzynie czy jedzenie.
Chciało jej się śmiać. Marek miał tak dobrą orientację przestrzenną, że gdyby nie widziała tego kajaka na samochodzie pomyślałaby, że jest tubylcem, a nie przejezdnym. Nie wyglądał na chłopaka, który zamieszkuje dany teren od niedawna. Basia była wręcz zafascynowała jego znajomością terenu. Co prawda, jak się potem okazało, miał swoje sposoby by się nie zgubić, ale i tak była pod wrażeniem. Ona zagubiłaby się nawet gdyby zaznaczyła każde drzewo na szlaku, bo zapomniałaby, jakie oznaczyła.
Pamiętała też, jak wspominał, że niekiedy w tych małych wioskach, wsiach zabitych deskami i terenach niezabudowanych było coś innego, niepowtarzalnego. Miał wrażenia, jakby odkrywał głęboko skrywane tajemnice przeszłości, których nikt wcześniej nie odkrył, które liczą sobie kilka tysięcy lat. Co więcej te miejsca wydają się być dziewicze, na których nie postała stopa człowieka…Tu jakiś malowniczy widoczek z błękitem nieba, stawek okryty zielenią, …tam znowu polana, malutka rzeczka z dala od drogi. To nie były ani piramidy w Egipcie ani cuda włoskiej czy greckiej architektury starożytnej, ale Marek czuł się jakby zwiedzał najpiękniejsze zakątki świata. Poznawał ten kraj na nowo i był coraz bardziej nim zafascynowany. Jeszcze niedawno polskie lasy, łąki i jeziora przy przepięknych wodospadach w Ameryce Południowej i Wielkim Kanionie, dzikiej sawannie w Afryce czy lazurowym wybrzeżu Morza Śródziemnego we francuskiej Prowansji były nijakie. Teraz rodzimy krajobraz był dla Marka o wiele bliższy, droższy.
Przez te 24 lata życia widział już wiele, był w kilkunastu krajach, ale nic nie wywarło na nim takiego wrażenia, jak oświetlone słońcem pola pszenicy na tle małego stawka w cieniu zgniłozielonych drzew. Zapomniał o piramidach, o Koloseum, o baobabach. To one były teraz dla niego nijakie. Nijakie, bo nie miały duszy. Były tylko zwyczajnym eksponatem do oglądania, ale żaden obcokrajowiec jakoś nie potrafił się z nimi utożsamić. Gdy chwilowa fala ekscytacji minęła, zapragnęło się zobaczenia innego, ciekawszego miejsca. I tak kolekcjonowało się te zakątki świata, którymi można się było chwalić.
Marek dopiero tutaj, na polskiej ziemi w tych zwykłych kłosach na tle zwykłego stawku w cieniu zgniłozielonych drzew zobaczył duszę tego miejsca, zobaczył, że ono żyje. Zrozumiał ile wiążę się z tym miejscem. W ogóle zauważył ile jest miejsc w Polsce, które się z czymś wiążą. Chyba dopiero teraz zrozumiał fascynację Mickiewicza do pola ze zbożem, której w szkole średniej nie potrafił zrozumieć. Ba, uważał to za niemęskie i melodramatyczne. Teraz sam chciałby wracać „do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”. Poczuł się Polakiem.
Tym bardzo ujął Basię.
Jeszcze bardziej ją ujął tym, że się zgodził nie jechać już dzisiaj. Znalazła na niego swój sposób. Po prostu powiedziała mu, że chce popłynąć kajakiem. Wiedziała, że nie oprze się takiej propozycji. On kochał kajaki!
Zatem wybrali się nad jeziorko niedaleko ich pola namiotowego. Zabrali jakiś prowiant, na wypadek gdyby zgłodnieli od wiosłowania.
Basia trochę się bała. Jeszcze nigdy nie płynęła kajakiem. A co jeśli się wywrócą? Będzie cała mokra. Marek będzie cały mokry. Jego koszulka będzie cała mokra, co oznacza, że się będzie kleić do ciała.
No co? Wszystko co mokre to się klei.
A wtedy nie musiałaby sobie za dużo wyobrażać.
Wolała jednak by się nic nie kleiło. Zwłaszcza do Marka.
– Marek? Ty jesteś pewien, że ten kajak wytrzyma taki ciężar? – spytała nieśmiało, kiedy od dłuższego czasu oglądała „cacko” Marka z przerażeniem.
Spojrzał na nią dziwnie.
– Przecież to kajak na dwie osoby… – wytłumaczył, jakby była niedorozwinięta.
Przynajmniej ona tak to odebrała.
– Nie wywróci się? – wolała dopytać.
Nie chciała się po prostu zmoczyć.
– Jeśli się będziesz tak wiercić, jak wczoraj w nocy, to na pewno. – rzucił pewny siebie, sprawdzając stan bezpieczeństwa sprzętu.
Tak jak chciał, wcale jej nie uspokoił. Widząc dyskretnie jej zmieszaną minę, tylko się uśmiechnął.
– Wsiadaj. – odparł dla zachęty.
Dziewczyna wymieniła z Brodeckim szybkie spojrzenie, spojrzała jeszcze bojowo na kajak, jakby dając mu do zrozumienia, że jeśli go wywróci, ma przechlapane, po czym wsiadła w drugie „stanowisko”.
Nie jest tak źle. Było całkiem wygodnie. Coraz bardziej zaczynało jej się podobać. Na tyle, że aż się uśmiechnęła. Nie mogąc się doczekać, wzięła do ręki wiosło i zaczęła wiosłować „na sucho” w powietrzu ze śmieszną miną. Spojrzała na Marka z zadowoleniem, ale ten się tylko delikatnie skrzywił.
Przypominała dziecko, które dostało nową zabawkę.
Marek tylko westchnął, wywracając oczami.
– Załóż to! – rzucił i podał jej kamizelkę ratunkową.
Spojrzała na niego gwałtownie.
– Nie potrzebuję tego! Umiem pływać! – postawiła się.
Nie cierpiała, jak traktowali ją jak małą dziewczynkę.
– W takim razie nigdzie nie popłyniesz…
– Zgoda! – krzyknęła nagle, zanim zdążył dokończyć.
Za bardzo zależało jej na tym, by popłynąć.


*****

Płynęli spokojnie, z wiatrem w głąb jeziora niesieni przez delikatne fale tafli jeziora i siłę własnych rąk. Marek koniecznie chciał przepłynąć całą szerokość, by obejrzeć tamtejsze plaże po drugiej stronie. Albo po prostu chciał zapuścić się na głęboką wodę już na jej pierwszym spływie, by ja dostatecznie zniechęcić.
O nie! Co to, to nie!
Basia już kocha kajaki.
Z początku może nie była zadowolona z tego pomysłu, by płynąc tak daleko, ale teraz już jej wszystko jedno. Nie opuszczał jej dobry humor.
– Dobrze wiosłuje? – zapytała setny raz.
Chciała robić wszystko perfekcyjnie. A przy tym zamęczała Marka pytaniami, by usłyszeć kolejna pochwałę. Nawet jeśli nie była szczera i tak była budująca.
– Tak, tak… – mruknął. – Stop! – rzucił po chwili ciszy.
Basia natychmiast zaprzestała wiosłowania.
– Coś się stało? – spytała przerażona, choć za wszelka cenę starała się, by jej głos brzmiał normalnie.
No tak. Dalej bała się kajaków. Teraz był tego pewien.
Miał ochotę się roześmiać. Udawanie twardzielkę wcale tak dobrze jej nie wychodziło. Nie potrafiła kłamać.
Bo co jeśli utknęliby na środku jeziora?
Umarłaby ze strachu!
– …Chyba mamy problem. Kajak przecieka. – rzucił poważnym tonem.
Może nie widziała jego twarzy, ale zdołała dobrze poznać ten ton.
– Jak to przecieka?! – ona nie czuła by pod stopami miała za dużo wody.
Zaczęła poruszać nogami.
O nie! Chyba jest jej więcej!
– … Musimy jakoś wypompować wodę! – otrząsnęła się szybko.
W kryzysowych sytuacjach potrafiła zachować zimną krew… teoretycznie.
– Rób to co ja. – zalecił, po czym zaczął lekko bujać kajakiem.
– Marek! Uważaj! Zaraz nas wywrócisz!
– Chyba nie chcesz zaraz pójść na dno jak Titanic? – zapytał retorycznie, zirytowany jej zachowaniem.
To on tu wydaje polecenia!
– Nigdy nie wierzyłam w potęgę stalowego żelastwa. – mruknęła w odwecie.
– A ja w panowanie człowieka nad siłami natury. Rób co mówię! – powtórzył z naciskiem.
Basi nie wydawało się, że to, co kazał jej robić Marek może w czymkolwiek pomóc. I tak pójdą na dno. Najwyraźniej chciał oszukać samego siebie. Albo wymyślił tą metodę, by tylko nie siać paniki na pokładzie. Był kochany, że chciał jej tego oszczędzić, ale ona znała prawdę. Za kilka minut wrak tego kajaka znajdzie się kilka metrów pod wodą, a oni będą dryfować na powierzchni i w końcu zamarzną z zimna. Bo w nagłe ocalenie nie wierzyła.
Mimo wszystko robiła to, co rozkazał Marek.
Kajak bujał się krótką chwile, po czym nagle poczuła, że świat stanął do góry nogami.
Chyba krzyknęła, ale nie była pewna, bo najpierw zalała ją fala zimna od pasa w dół, a potem poczuła, że się lepi. Gorzej, jest cała mokra! Jeszcze gorzej, ona wciąż jest w wodzie!
Już rozumiała. Marek po prostu chciał przyśpieszyć ten nieunikniony moment zatopienia, by był szybki i bezbolesny. Po prostu sam ich zatopił, wywracając kajak.
Co za akt bohaterstwa…
Po chwili pierwszego szoku, zauważyła znajomą postać. Zobaczyła Marka. Śmiał się. Śmiał się z niej?
Już wszystko pojęła.
Nadymała buzię ze złości, a w Marka wystrzeliła serię ogników z oczu.
– Ty ogrze! Zrobiłeś to specjalnie! – krzyknęła.
Była wściekła. A przy tym chciało jej się śmiać.
Czy to ma sens?
Krzycząc miała nawet gdzieś, że machała nogami, a nie czuła żadnego oparcia.
– Basiu, przecież chciałaś wypompować wodę! – nabijał się.
– A ty chciałeś mnie zabić! Ty morderco! – chlapnęła Marka wodą.
– Tylko nastraszyć! – odkrzyknął, również chlapiąc ją woda w odwecie. – Bo co, gdybyś teraz nie miała kamizelki? Jako przyszły strażnik prawa muszę dbać o bezpieczeństwo swoich obywateli. – rzucił z udawana powagą, ledwo dławiąc kolejny napad śmiechu.
– Zamknij się i myśl, jak my na niego wsiądziemy z powrotem! – dalej krzyczała, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu na ustach.
Dziwna mieszanka emocji…
– Nie będziemy wsiadać. Podholujemy ten pojazd do brzegu! – wyjaśnił.
– Nie będę niczego ciągnąć! – rzuciła już spokojnej, odwracając wzrok od Marka i skrzyżowała ręce na piersi.
– Wystarczy jak będziesz pchać od tyłu. No dalej! – podpłynął bliżej kajaka i chwycił za dziób, by go ciągnąć.
Basia chwile się ociągała, po czym z niechęcią, ale pomogła Markowi.
Położyli sprzęt na piasku.
– Uuuu… Chyba będzie padać. – ocenił, spoglądając w przejrzyste, błękitne niebo, gdy już znaleźli się na brzegu.
– No co ty! Przecież świeci piękne słońce! Nie ma żadnej chmurki! …Nie dam się drugi raz nabrać na twoje kłamstwa! – założyła ręce na piersi.
Była pewna siebie i uśmiechała się z wyższością.

*****

W takich chwilach żałowała, że są odcięci od masowych środków przekazu.
„Skubaniec miał rację!” – pomyślała gniewnie, gdy oboje siedzieli naprzeciwko siebie w kajaku przycumowanym do brzegu.
Nie miałaby nic przeciwko, gdyby z nieba nie leciał ulewny deszcz.
– Mówiłem. – odparł z dumą, co jeszcze bardziej wyprowadziło ją z równowagi.
Nie dość, że jest była cała mokra po wyjściu na brzeg to jeszcze nie ma możliwości się wysuszyć, bo los podarował jej darmowy prysznic.
Marek widział jej nietęgą minę. Zrobiło mu się trochę głupio, że skazuję dziewczynę na takie niedogodności. Nikt nie byłby zadowolony z siedzenia w deszczu, mimo, że był to ciepły, letni deszczyk. Pewnie zaczynała żałować, że zdecydowała się na tą podróż.
– Przykro mi, że tym razem miałem rację. – rzucił poważnie, domyślając się, że Basia nie jest w nastroju do żartów. – Chcesz wracać?
Nie było tak źle! Przecież nic nie mówiła. A deszcz wcale jej tak bardzo nie przeszkadzał. Właściwie to w ogóle nie czuła, że coś na nią leci.
Złościła się na siebie, że znowu nie miała racji, a się wymądrzała.
Marek odebrał to jako złość na niego.
– Nie. Dlaczego? – spytała zdziwiona, kiedy wreszcie ocknęła się z zamyślenia. – Jest dobrze. – dodała, chcąc upewnić Marka, że tak właśnie jest.
Nie przekonała go. Po pierwsze jej mina wskazywała zupełnie coś innego, a po drugie znał trochę dziewcząt i wiedział, kiedy one kłamią.
Kłamią, bo są za skromne. Boją się powiedzieć o swoich prawdziwych odczuciach, bo nie chcą Ci robić przykrości, a tak naprawdę po cichu liczą, że sam się domyślisz, czego one od ciebie oczekują.
– I tak ci nie wierzę. – rzucił, spoglądając dziewczynie w oczy. – Wolisz iść na piechotę, czy tą samą drogą? – miał już wstawać, kiedy chwyciła go za rękę.
Zareagował natychmiast. Spojrzał na nią.
– Naprawdę jest dobrze. – rzuciła z uśmiechem.
Rozweselił ją, choć sam nie wiedział co takiego zrobił.
A Basi po prostu spodobała się jego troska. Przypominał wtedy tego Marka, który odciągał od niej gałęzie, pytał, czy jest jej zimno, podawał cieplejsze ubranie.
Dziwne, że dopiero teraz zauważyła, jak Ten i Tamten Marek się od siebie różnią.
Tamten Marek był spokojniejszy, bardziej ułożony, nieco tajemniczy, a przy tym dla każdej dziewczyny mógłby się wydawać niezwykłym księciem z bajki, który ma wszystko, co tylko sobie wymarzy, który zawsze wie, czego jej potrzeba.
Temu trochę brakowało do bycia ideałem. Mogła to stwierdzić, bo wydawało jej się, że zna go kilka lat, a nie kilka dni. Ba, wydawało jej się, że zna go przez całe życie, od zawsze. Może poznała go lepiej, ale to niczego nie zmienia. Dalej był niezwykły.
Dla Basi Marek Brodecki wcale nie musiał być idealny.
Tak oto znów pogrążając się w krainę marzeń i snów nie zdawała sobie sprawy, że trzymała go za rękę odrobinę za długo.
Cały czas nieruchomo spoglądała na Marka z delikatnym półuśmiechem na ustach, jakby była w jakimś zawieszeniu.
– Basia? Już dobrze. Wierzę ci. Możesz mnie puścić. – rzucił z uśmiechem w kącikach, zauważając, że dziewczyna duchem jest kompletnie nieobecna.
Była jak zahipnotyzowana, tracąc kontakt z rzeczywistością.
Na ziemię sprowadził ją dopiero roześmiany głos chłopaka. Zdając sobie sprawę co robi, spłoszona natychmiast zabrała rękę.
– Przepraszam. – rzuciła speszona swoim zachowaniem.
Nic nie odpowiedział, ale był ciekawy co ją skłoniło do refleksji. Przyzwyczaił się, że dziewczyna czasem gdzieś odpływa, ale jak dotąd nie pytał o czym tak myśli.
Musiał zapytać. Nie wytrzymał.
– O czym tak myślałaś? – zapytał po chwili krępującego milczenia.
– A tak. – machnęła ręką, unikając jego spojrzenia.
– Nigdy nie pytałem, ale… to twoje zamyślenie bierze się z jakiegoś konkretnego powodu? – zmrużyła oczy z niezrozumieniem, zatem sprecyzował pytanie. – Czy ono ma związek z czymś, co działo się przed twoim przyjazdem do Małgosi?
Nie miała pojęcia dlaczego go to zainteresowało. Zwykle, gdy wyłączała się ze świata zewnętrznego grzecznie czekał aż zacznie reagować na bodźce.
Ponownie się w ten sposób zamyśliła, próbując po raz setny rozszyfrować tego chłopaka, ale Marek tym razem był wyjątkowo niecierpliwy i nie pozwolił, by zbyt długo tkwiła przed nim jak martwy posąg.
Spojrzała na niego, próbując wyczytać z jego oczu o co tak naprawdę pyta. Nauczyła się już, że niekiedy faceci pytają nie wprost, licząc, że dziewczyna sama się domyśli.
– Pytasz mnie, dlaczego tu przyjechałam?
– Wiem, że wcześniej nie miałaś okazji, ale… ty już znasz moją historię. Ja chętnie posłucham twojej. …Jest coś, co chciałabyś mi powiedzieć? – spytał powoli, ostrożnie stawiając każde słowo, a przy tym spoglądał Basi w oczy.
Z jego oczu bił spokój, cierpliwość, szczerość.
Widziała, jak szykuje się, by móc jej wysłuchać. Chyba wręcz domagał się, by obdarzyła go większym zaufaniem.
„Tak. Jest.” – powiedziała do siebie. – „Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym ci to powiedzieć.” – dodała, po czym nagle posmutniała.
Przez chwilę, gdy spoglądała w jego oczy z ufnością myślała, że się przełamie. Chciała mu to powiedzieć, ale gdy pomyślała, co może się stać, gdy się dowie, stchórzyła.
„Idiota! – pomyślał. – „Nie mogłeś delikatniej?!”
Teraz wiedział, że przyjechała tu, by się z czegoś wyleczyć.
– Basiu, przepraszam. Nie powinienem naciskać. Nie wracajmy do tego.
– Nie, nic się nie stało. – chciała go uspokoić, by niesłusznie nie brał na siebie winy za jej pogarszający się nastrój.
To ona miała problem.
– Miałeś prawo zapytać. W końcu ja już dawno wszystko od ciebie wyciągnęłam. – zażartowała, przez co Marek trochę się rozluźnił.
Nie czuł się już tak winny, że to przez niego była smutna.
Basia westchnęła.
– Po prostu ciężko mi o tym mówić. Rodzice o niczym nie wiedzą. Ja jakoś nie miałam odwagi się przyznać. … Z tego powodu jeszcze niedawno miałam lekkiego doła, ale już go zakopałam. Czuje się lepiej, znowu się uśmiecham. – znów się uśmiechnęła.
Zaczynała się przed nim zwierzać, a to już duży krok, by powiedziała mu o swoim problemie, bo gdzieś podświadomie czuł, że sobie z czymś nie radzi.
– Facet? – rzucił jako pierwsze skojarzenie.
Zamilkła na moment.
– Poniekąd. – uśmiechnęła się ku swojemu zdziwieniu. – Ale to nie jego wina.
– Jeszcze go bronisz? Jesteś za dobra.
– Bo naprawdę nie jest niczemu winny. To ze mną jest problem.
Podobało jej się, że ta ich rozmowa odbywała się nie wprost. Było jej łatwiej.
– Facet nie był ciebie wart i tyle. – dla niego koleś był już skreślony, jeżeli jakakolwiek jego przyjaciółka przez niego płakała.
– Ale to ja mu nie powiedziałam. – dalej próbowała bronić swojego byłego, czego marek kompletnie nie rozumiał, a co mu imponowało.
Jednak branie całej winy na siebie za rozpad związku było niedorzeczne. Wina, większa, lub mniejsza, ale zawsze leży po obu stronach.
– Czego mu nie powiedziałaś? – dopytał, choć za chwilę ugryzł się w język, widząc jak na niego dziwnie spojrzała.
– Nieważne. – rzuciła nie patrząc na niego. – Po prostu się przestraszył.
– Nie…nie rozumiem. Chciał z tobą być, a zrezygnował, bo się czegoś tam wystraszył? – prychnął. – To głupie! On był głupi… Bo jeśli Ci na kimś zależy, to nie rezygnujesz tak łatwo. – mówił takim tonem, że powoli się rozpływała. –…No tak, czy nie? – dopytał dla pewności.
– Marek, ale to nie jest tak, jak ci się wydaje. – spojrzała mu w oczy z uśmiechem.
Nie miał pojęcia, czy ten uśmiech specjalnie przykleja, by go zmylić, czy to jest jej sposób na zapomnienie.
– A jak jest? – już nic z tego nie rozumiał, a coraz bardziej był ciekaw.
– Ja i Robert nie byliśmy typową… parą – zawahała się, czy może użyć takiego słowa. –… taką, jaką ty sobie wyobrażasz. Spotykaliśmy się w weekendy.
– W Weekendy? Dziewczyno, jak ty to wytrzymywałaś? – zaczynał ją podziwiać za tą wytrwałość. – Gdybym ja miał się spotykać z moją dziewczyną tylko w weekendy…
Wolał się nad tym nie zastanawiać. Umarłby z zazdrości albo zwariował z tęsknoty.
– Dasz mi skończyć? – dopytała zła, że jej przerywa.
– A już rozumiem. Rodzice. Ukrywaliście się. – znów jej przerwał.
Ale gdy spojrzała na niego spod byka, uniósł tylko dłoń w geście przeprosin.
– Ja i Robert… Było nam razem dobrze, ale to wszystko. Właściwie to były dopiero początki. Nawet Małgosia o nim nie wiedziała, do czasu…
– Do czasu, kiedy cię nie zostawił.
– Właśnie. Ale nie ma o czym mówić. Nawet nie zdążyłam go poznać. Szybko się ulotnił, a ja zapomniałam. – było jej trudno go oszukiwać, bo nie do końca z tego powodu miała lekką depresję, ale i tak powiedziała większą część prawdy.
Tak rozmawiając nawet nie zauważyli, ze deszcz przestał padać.
– Przejaśniło się. Wracamy? – zaproponowała, a Marek jedynie kiwnął głową.
Jak dobrze, że w drodze powrotnej nie drążył już tego tematu.

Magdalena - 2009-07-02, 18:19

Bliźniaczki super!! ciekawe co też ta Baśka ukrywa....mam nadzieje,że w następnej części się już dowiemy ;-) no i mam nadzieje,że piszecie już następną cześć :-P
Stokrotka07 - 2009-07-02, 20:20

łaaał Twins pochłonęłam tę część nadzwyczaj szybko -świetnie! ;-)
Ciekawe, czemu Barbara jest taka tajemnicza czekam na cd. ;-)

Ninuś - 2009-07-03, 12:44

Bliźniaczki
To jest boskie!
Kurcze, tylko co ta Basia ukrywa, co nawet jej rodzice nie wiedzą?
Mam nadzieje, że wyjaśni się w następnej części...
No i kim tak naprawdę jest Marek?
zagadkowe to wszystko, ale genialne!
Czekam na więcej mistrze ;** ;**

olka - 2009-07-03, 13:17

Bliźniaczkie wiecie co myśle!;*;*;* :-D Mistrzostwo! Czekam na cdk! ;-)
Sfora - 2009-07-05, 20:51

Uff wreszcie nadrobiłam!!!

Dziewczyny wszystkie opkagenialne...

Kto pisze??

sysia16223 - 2009-07-05, 22:19

Hey dziewczynki :-) Sporo czasu, mnie tu nie było! :-D Ale wróciła tęsknota :-)
Co to Tajnych Agentów to kończę ich, ale jeszcze mi czegoś brakuje :-)
Ale nie w tej sprawie :-D
Ostatnio czytałam bardzo fajną książkę, wiem że to forum przeżyło już aferę przepisywania książek dlatego zaznaczam, że ja nic nie przepisałam. Owszem wzoruje się na tym pomyśle, ale od końca do początku wszystko należy do mnie, wprowadziłam też swoje zmiany. Ale musicie ocenić same, bo nie wiem, czy zechcecie to czytać.
Aha no i oczywiście jeśli nie godzicie się, na wzorowaniu się to zrozumiem.


Cz.1

Zrobiła sobie właśnie malutką przerwę. Do następnego pacjenta ma 2 minuty, a organizm domagał się bezwarunkowo małej czarnej. Od kiedy jej partner zawodowy doktor Janusz Zagrodnik, wyjechał wraz z żoną do córki do USA, miała istne urwanie głowy. Została jedynym lekarzem rodzinnym w te małej mieścinie, w której mieszkała. Nie narzekała, bo przecież kocha ten zawód ponad wszystko, zawsze chciała zostać lekarzem i jej marzenie się spełniło. Musiała jednak przyznać, że zaczyna nie radzić sobie z natłokiem pracy. Od rana do 14 przyjmowała pacjentów w przychodni, później jeździła na wizyty domowe, a noc, czas kiedy może odpocząć za zwyczaj spędzała na wezwaniach.
-Dzień dobry pani doktor!- do pomieszczenia weszła starsza kobieta. Basia dobrze ją znała i za razem bardzo lubiła.
-Dzień dobry pani Jadziu, proszę.- przyjaźnie zaprosiła kobietę.- Proszę usiąść. Co się dzieje pani Jadziu?
-Właściwie to nic pani Basiu...- zaczęła niepewnie.
-Wiec, co panią do mnie sprowadza?- zapytała lekko zdziwiona dziewczyna. Pacjęci, raczej nie przychodzą bez przyczyny.
-Chciałam zobaczyć jak się pani miewa.- Odparła spokojnie kobieta.
-Dziękuję, całkiem dobrze. Pani Jadziu, czy wszystko na pewno jest w porządku?
-Tak, jak najbardziej! Po prostu my martwimy się o panią!
-Kto?- zapytała zaskoczona.
-Jak to kto? Wszyscy! Przecież wiemy, jak pani ciężko pracuje!- odparła z ożywieniem kobieta.-Tak nie wolno! Pani Górnik mówiła, że jeździ pani na każde wezwanie. Pani Wolska znów szepnęła mi w tajemnicy, że gdy pani przyjechała do jej Pawełka, gdy miał gorączkę, była pani wręcz wyczerpana..
-Dosyć pani Jadziu!- Przerażenie na twarzy Basi, dokładnie odzwierciedlało jej uczucia. Czy wszyscy tutaj wiedzą, co i gdzie robi?- Na prawdę, nie ma się pani czym martwić.
-Pani Basiu, niech nie unosi się pani dumą! Przecież widzę jak pani wygląda! Bez urazy, ale te cienie pod oczami, mówią same za siebie!
-Dla pani uspokojenia, powiem, że już dziś przyjeżdża pomoc!
-Ohhh Nareszcie! Już miałam dzwonić do Janusza! Jak mógł panią zostawić tak samą?
-Pani Jadziu, dobrze pani wie, że pan doktor miał swoje powody!- skarciła ją Basia. W głębi ducha musiała jednak, jej przyznać trochę racji. Była wycieńczona! Ona Basia Storosz, która nigdy nie narzekała na trudy, padała z nóg! Na szczęście, po ostatniej rozmowie Janusz obiecał jej, że przyśle jej kogoś do pomocy. Jakiś przyjaciel rodziny. Nie ważne! Byle kto, aby pomógł.
-I widzisz kochanie?- powiedziała smutno starsza kobieta.- Ledwo tu siedzisz!
-Nie jest tak źle...- wreszcie się złamała, ileż można kłamać, prawda i tak gryzie.-.. ale cieszę się, że dziś dostanę kogoś do pomocy.
-W takim razie ja już będę uciekać, Basieńko!- Uśmiechnięta kobieta, ruszyła ku drzwiom.- Powiem wszystkim, że oczekuje pani kogoś. Wie pani, jakim szacunkiem panią darzymy!
-Dziękuje!- zawstydzona Basia, aż poczerwieniała i gdy kobieta rozłożyła ramiona, chętnie się przytuliła.- Do zobaczenia pani Jadziu!
Praca dziś dłużyła się niemiłosiernie. Od wyjścia ulubionej sąsiadki, Basia spędziła czas na badaniach, wypisywaniu recept i słuchaniu historii pacjetów. Jedyne o czym marzyła, to gorąca kąpiel i łóżko. Gdy wreszcie znalazła minutkę, dosłownie padła na krzesło. Nie długo było jej dane odpoczywać, bo do pokoju jak strzała wbiegła jej koleżanka, recepcjonistka Zuzia.
-Basiu spójrz przez okno!- krzyknęła podekscytowana- I to już!
-Co tam jest?- zapytała od niechcenia, przymykając ze zmęczenia oczy.- Niemcy, Rosjanie? A może UFO?
-Ah, głupia! Lepiej! Wstań i zobacz!
-Jeśli to nic związanego z pracą, to nie ma mowy!
-Ale ty nudzisz!- Podekscytowana pielęgniarka, złapała Storosz za ręke i pociągnęła ku górze- Patrz!
Na parkingu pod przychodnią stało nowiutkie Ferrari 599GTB. Baśka uśmiechnęła się w myśli. Boże jaka kobieta zna wszystkie modele samochodów!? Ona zna. Wystarczy tydzień, w otoczeniu jej brata Kuby, a z całkowitego nowicjusza stajesz się znawcą samochodowym. Od niechcenia spojrzała po raz kolejny na parking. Z samochodu wysiadł mężczyzna w ciemnych okularach. Pfff... Kolejny amant. Nie potrzeba jej takich. W ogóle faceci, dla niej nie istnieją! Żaden nie jest szczery i Basia dawno przestała wierzyć w to, że odnajdzie upragnioną miłość.
-Baśka, o czym ty do cholery myślisz! Mówię do Ciebie! Spójrz jakie ciastko!
-Nie widzę, chyba potrzebuje wizyty u okulisty.- skłamała od niechcenia.
-Ciekawa jestem, co ten bóg robi w naszej dziurze?
-Może się zgubił.- kolejne puste stwierdzenie. Na prawdę średnio ją to interesowało.- Zuziu mam pomysł! Idź do recepcji, on na pewno przyjdzie tam zapytać o drogę.
Oczy dziewczyny zrobiły się ogromne, jakby właśnie odkryła skarb. Basia po raz kolejny zaśmiała się w duchu, ale nie dała po sobie tego poznać. Lubiła Zuzie, ale jej zachowanie odbierała za naiwne. Przynajmniej zniknie z jej gabinetu, a ona spokojnie odpocznie.
-Jak pojedzie, przyjdę Ci opowiedzieć!
-Tak, właśnie o tym marze!- dziewczyna była tak podniecona, że nie usłyszała, nawet ironii w głosie koleżanki- Idź!
Gdy recepcjonistka zniknęła za drzwiami, odetchnęła z ulgą. Wreszcie! Ponownie opadła na krzesło i zamknęła oczy. Wrrr.... Zuzia leci z opowieścią.
-Pani doktor, pan doktor Brodecki do pani.

Ninuś - 2009-07-05, 23:45

Sysia!
Zaczyna się nieźle!
hihi :D już czuję romansik, ale ciii.... :-)
Doktor Basia dostała pomoc, żeby się nie przemęczać!
Czekam na cedek ;**

Stokrotka07 - 2009-07-06, 11:02

Sysia jak miło Cię widzieć ;-) Super opowiadanko, czekam na kolejną część ;-)
Kasieńka - 2009-07-06, 11:27

Bliźniaczki, wszyscy w tym opie mają jakieś tajemnice :lol: No, ale to jest właśnie bardzo intrygujące :D
Już się nie mogę doczekać, aż dojdzie do czegoś pomiędzy B&M :D Widać przecież, że jest pomiędzy nimi chemia :)
Aaahh MISTRZOSTWO :*:*
Mam nadzieję, że dziś będzie cedek!

sysia ciekawy początek ;)
Fajnie, że znowu piszesz.
Tylko B&M jako lekarze jakoś nie bardzo mi pasują, przyzwyczaiłam się do nich jako policjantów ;)

sysia16223 - 2009-07-07, 00:22

Deczko dłuuuugie :-)


Cz. II

Nie, tylko nie on! Marek Brodecki, największy przystojniak na roku. Pfff... Każda leciała do niego, dosłownie jak ćmy do światła. No nic dziwnego: przystojny, zabójczo bogaty. Co dziewczyna może chcieć więcej? Basia chciała. Nie ważne, jej rozterki sercowe dawno się skończyły. Zerwała się z krzesła i właśnie wtedy ujrzała go w drzwiach. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętała. Wysoki, dobrze zbudowany, brunet, niebieskie oczy i ten uśmiech, którym właśnie obdarzył Zuzie. Zero zmian! W zachowaniu oczywiście też! Piepszony kokieciarz. Aż w niej zawrzało, co ten nadęty koleś od niej chce.
-Dzień dobry, Basiu.- zaczął pierwszy, rzucając jej jedynie przelotne spojrzenie.
-Nie przypominam sobie, żebyśmy przeszli na "Ty"- odparła sucho, zła na koleżankę, która stała jak urzeczona. Jeszcze chwila i otworzy usta.- Co pana tu sprowadza, panie Brodecki?
-Obowiązki Basiu.- odparł, kręcąc się po gabinecie.- Wychodzi na to, że od teraz jesteśmy partnerami.
-Nigdy nie byliśmy i nie będziemy partnerami, panie doktorze!
-Chyba nic się nie zmieniłaś, wciąż ta sama służbistka.- odparł oglądając zdjęcia jej rodziny.- To twój brat? Jesteście bardzo podobni.
-Zuzia, czy mogłabyś nas zostawić samych?- Storosz mocno zaakcentowała, swoją prośbę.
-Tak.... Już.. Tak..- Pielęgniarka jąkając się zniknęła za drzwiami.
-A teraz panie Brodecki, słucham. Czego chcesz?- rzekła, siadając. Siliła się, by uspokoić swoje nerwy.
-Już powiedziałem. Przyjechałam tu na prośbę Janusza, podobno sobie nie radzisz.
-Phiiii... Też coś!- warknęła złowieszczo, zła za tą uwagę. Ona sobie nie radzi? Co za nietakt z jego strony.- Jak widzisz, radzę sobie świetnie, dlatego nie musisz sobie, więcej zawracać głowy. Wracaj do stolicy.
-Nie zachowuj się jak mała, rozkapryszona dziewczynka. Wiemy oboje, że jeden lekarz rodzinny to za mało.
-Jakoś dawałam sobie radę!- wręcz krzyknęła i ucichła, zawstydzona swoim wybuchem.
-Masz w domu lustro?- zapytał, odwracając się ku niej- Niewidomy, by zauważył, że jesteś na skraju wyczerpania.
-Jak śmiesz! -warknęła.- Nie życzę sobie, byś mnie oceniał.
Taaaaa... Nic się nie zmienił. Tak samo nadęty i cwany, jak na studiach. Już wtedy ich kontakty nie należały do dobrych. Ona zawsze była przykładną uczennicą, zero oblanych egzaminów, zero opuszczonych zajęć... Zero przyjaciół... A on! Dusza towarzysta, facet, który z jedną dziewczyną, nie pokazuje się dwa razy. Dla niego była jedynie molem książkowym i kujonem. Ale co ją to obchodzi!
-Nie oceniam Cie Basiu.- powiedział rzeczowym tonem.-Stwierdzam, że widać iż jesteś zmęczona.
-Nie potrzebuje Twojej pomocy!- powiedziała głucha, na jego argumenty.
-Ty dalej swoje?- zrobił zniecierpliwioną minę.- Obiecałam Januszowi, więc nie wyjadę, póki on nie wróci.
-Ja do niego zadzwonię! Wyjaśnię. Nie martw się, nie będzie Ci miał tego za złe.- wycedziła przez zęby. Dlaczego ten człowiek, ją tak denerwuje?
-Skończyłaś? Nie ruszę się stąd! Powiedź mi teraz jakie są moje obowiązki.
-Przestań! Sprawia Ci to przyjemność?
-Co takiego?- zapytał bezwstydnie patrząc jej prosto w oczy. Spojrzenie się przedłużyło, a ona jakby zapomniała języka w gębie. Boże, co on sobie pomyśli? A zresztą co ją to obchodzi? Już miała mu dociąć, gdy drzwi do gabinetu stanęły otworem. Zuzia!
-Pani doktor! Szybko, pani Dunaj przywiozła Mateuszka, spadł z konia. Ma pogruchotaną nogę.
Zerwała się tak szybko, że przez ułamek sekundy zobaczyła ciemność. Nie tylko,nie teraz! Nim zdążyła upaść poczuła silne ramiona, które sadzają ją ponownie na krzesło.
-Baśka, w porządku?- zapytał chłopak.- Jak się czujesz?
-Mateusz...- powiedziała zachrypniętym głosem.
-Ja się nim zajmę.
-Nie! To mój pacjent!
-Ok. Przyjdziesz, jak Ci przejdzie.
-Czyli już!
-Na pewno?
-Przestań, czeka na nas dziecko!
Chłopcem zajęli się oboje. To dziwne współpracowało im się dobrze. A przecież, tak się nie cierpią! Unieruchomili nogę, podali środki przeciwbólowe i wezwali pogotowie. Gdy ambulans odjechał, ponownie powrócili na ścieżkę wojenną.
-Dasz się zaprosić na lunch?- zapytał.- Umieram z głodu!
-Jestem w pracy.- odparła zostawiając go w tyle. Ruszyła do swojego gabinetu.
-Czy znasz inne słowo, oprócz "praca"?- zapytał ozięble, wchodząc za nią do gabinetu.
-Mam jeszcze dużo pra... Obowiązków! Czekają na mnie pacjenci w domach.
-W porządku, więc pojedziemy razem.
-Nie ma takiej potrzeby! Idź zjeść.
-Gdzie zaparkowałaś samochód?
Wychodzili właśnie z domu państwa Barczyńskich. Ostatnich na liście odwiedzin. Brodecki stał na schodach, przyglądając się swojej nowej partnerce. Czy to na pewno była ona? Zawsze pamiętał ją jako zimną, pozbawioną humoru i opryskliwą. Teraz zobaczył jej inną twarz. Ludzie tu, wręcz ją uwielbiali! Każdy z pacjentów witał ją ciepło proponując kawę i ciastka. Każdego pytała o członków rodziny, a oni chętnie opowiadali. Uśmiech nie znikał z jej ust. Teraz właśnie żegnała się z 4-letnim chłopcem, który za nic w świecie nie chciał wypuścić pani Basi z domu.
-Kochanie, obiecuję, że Cię odwiedzę za niedługo.- dziewczyna kucnęła koło malca, głaskając jego nadąsaną buzię.
Na prawdę miała podejście za równo dla najmłodszych, jak i dojrzałych pacjentów. Spokojnie wysłuchiwała relacji i udzielała, jego zdaniem, trafnych porad. Coś co jeszcze rzuciło mu się w oczy, to troska ludzi o tą drobną kobietę. Wręcz bombardowali go pytaniami, czy jest w stanie jej pomóc. Każdy właściwie powtarzał to samo: Pani Basi należy się odpoczynek!
-Dziękuje pani doktor- powiedziała matka malca, próbując odkleić go od Storosz.- Kubuś chodź, pani musi iść do domku wypocząć. Bo tak właśnie pani zrobi, prawda?
Basia roześmiała się szczerze, a Brodecki poczuł skurcz żołądka. Jak melodyjny był ten śmiech. Wyglądała przy tym jak anioł.
-Prosto do łóżka!- odparła wesoło.- Do widzenia kochanie.
Już za moment mknęli jej samochodem w stronę przychodni. Bo tóż obok stał jej służbowy dom, na tyle duży by pomieścić pięciu lekarzy, a przecież mieszkała w nim sama.
-Na prawdę Cię tu szanują.- powiedział, spoglądając jak płynnie prowadzi samochód.- Kto Cie tak nauczył jeździć?
-Brat.- odparła krótko.
-Nieźle! Może kiedyś się pościgamy?
-Po pierwsze nie jestem ryzykantką. Po drugie z twoim samochodem nie mam szans. Po trzecie...
-Jezu, trochę więcej ryzyka dziewczyno!
-Dla mnie ryzykanci to kompletni idioci!
-Jeśli nie zaryzykujesz, nie zasmakujesz życia.- odparł broniąc swoich racji.
-To twoje motto? W sumie można było się tego spodziewać. Zero stałości!
-A twoim mottem jest: memento mori?- rzucił złośliwie.- Wiesz w ogóle, co to przyjemność?
-Codziennie czerpie przyjemności...
-Na przykład?
-Yyyy... Na przykład praca...
Jego prychnięcie było tak głośne, że wręcz nie grzeczne. Co go obchodzi, co ona uznaje za przyjemność! Dla niej praca była relaksem. Ucieczką od myśli.
-Czy ty żyjesz tylko pracą?- jego pytanie zastygło w próżni, więc kontynuował- Od kąd tu przyjechałem, nie słyszę nic innego!
-To nie twój interes!
-Wydaje Ci się! Teraz z Tobą zamieszkam i...
-Chyba żartujesz! Nie ma takiej opcji! Znajdź sobie mieszkanie!
-Janusz zapewnił, że dom jest na tyle duży, że zmieszczę się wraz z całą rodziną.
-Rodziną?- zapytała naglę, zaintrygowana.
-Taka przenośnia.- odparł oschle.
-Ah...- zrobiło jej się głupio. Jak może być tak wścipska!?
-Skoro więc będziemy mieszkać razem, nie chce słyszeć jedynie o zawodzie, który wykonujemy.
-I tak nie zamierzam z Tobą o niczym rozmawiać!
-Będziemy się mijać w domu bez słowa?- zapytał, patrząc na nią z politowaniem.
Była zabawna. Zachowywała się tak nerwowo, jakby wspólne mieszkanie, było czymś w rodzaju getta.
-Właśnie tak!
-Zobaczymy...

Sfora - 2009-07-07, 09:36

Wow ale się porobiło sysia goenialne!!!
Rodzina Marka to pewnie będzie Krzyś...

olka - 2009-07-07, 10:20

Sysia, z każdym kolejnym cedekiem podoba mi sie jeszcze bardziej!
Co prawda przywykłam do B&M jako strożów prawa, ale obsadzenie ich w rolach lekarzy jest niczego sobie :lol:
Baśka jest strasznie nastroszona, już wyobrażam sobie ich wspólne mieszkanie.
Czuje, że będzie sie działo!
Świetnie!;*;* :-D

Daisy - 2009-07-07, 11:04

Twins - jaaaakie długie :-D I to lubię!
Przygoda kajakowa śmiechowa! Marka żarty się trzymają, nie ma co.
I super, że Basia też się przed nim otworzyła.
Widać, że coś zaczyna się dziać... :lol: Są ze sobą coraz bliżej. Genialnie :*

Sysia - Ja również przyzwyczaiłam się do B&M jako policjantów, albo chociaż jednego z nich.
Ale serwowana nam tutaj "Leśna góra" też jest niczego sobie ;)
Coś mi się wydaje, że na studiach mogło coś ich łączyć. Jakiś krótki romans...
W każdym bądź razie czekam na rozwój wydarzeń. Super!

Ninuś - 2009-07-07, 12:47

Sysia! W sumie ja też wolę ich jako policjantów itd... ale lekarze nie są źli.
Super Ci to wychodzi :D
Tylko ciekawe, dlaczego Basia tak nie przepada za doktorem Brodeckim?
Bo chyba nie dlatego, że jest taki mega przystojny, bogaty itd, nie? :lol:
Więcej! ;**

Będzie jeszcze coś dzisiaj?

vestito - 2009-07-07, 15:36

Coś mnie wzięło na napisanie czegoś, tak więc... Proszę bardzo.
[wasze opowiadanie skomentuje później ;D]

Truskawka w doniczce. [tytuł roboczy]
Cz. 1 - Przepraszam, ja się wcale nie spóźniam, tylko...

Umówiłam się z nim na dwudziestą pod kinem. Chciał oczywiście, jak na kulturalnego mężczyznę przystało, przyjść po mnie pod dom, ale stwierdziłam, że mam blisko i nic mi się nie stanie jak trochę zaczerpnę powietrza przed tym, z pewnością, bardzo burzliwym wieczorem. Uśmiechnął się do mnie, a raczej jego słoneczko z internetowego komunikatora, a ja wysłałam mu uśmiechniętą buzię i poszłam się szykować. „Szykować” u mnie oznacza pójść do kuchni, która całkowicie nie przypomina kuchnię, raczej miejsce gdzie leżą wszystkie rzeczy, które nie mieszczą się w innych moich pokojach, których jest ich aż jeden. Otworzyłam szafkę, w której normalni ludzie trzymają raczej sól, pieprz, kawę, herbatę, ciastka, a człowiek taki jak ja, trzyma także skarpetki, bluzki, które nie chce mi się prasować. Wszystko wyleciało na moją kanapkę składającą się z masła, sera topionego i ketchupu (ciekawe jak to smakuje? W każdym razie, tylko to znalazłam w „lodówce”), a ja mogłam ze złością krzyknąć na moją bluzkę, którą miałam ubrać na ten wieczór. Miałam, bo cała została upaćkana czerwoną mazią, która w każdym bądź razie jest bardzo dobra. Wkurzona pozostawiłam kanapkę, bluzkę, poszłam do szafy w moim pokoju i wyjęłam sukienkę. Tę, którą ubieram na wieczory bardzo, bardzo gorące, upojne, ciekawe, interesujące, odjazdowe, jak dla mnie oczywiście. Wszystkie inne dziewczyn tę sukienkę nie ubrałyby nawet na… stype? Tak, bo nawet tam obowiązuje moda „plastik jednoczy się”. Jemu się spodoba, w końcu jest ułożony, inteligentny, uczciwy, bardzo miły i nie leci na takie dziewczyny, o jakich wcześniej napisałam. Oczywiście nie leci, nie podobają im się, on po prostu płaci im pieniążki za perwersyjne usługi. Boże, co ja mówię!? Przecież on nie jest z tych. Zawsze kiedy idę na randkę z jakimś przystojniakiem, a zdarza się to naprawdę często, właściwie to mój pierwszy raz, denerwuje się. Bardzo się denerwuje. Mogę zjeść coś czego nigdy nie lubiłam i stwierdzić „jakie to jest pyszne!”.
Umówieni jesteśmy na godzinę dwudziestą. Ponieważ do kina mam blisko, czyli jakieś czternaście przystanków jednym autobusem, a drugim siedem. Ale jak mogłabym jechać z nim jego cudownym samochodem, na pewno ma cudowny! skoro sam jest cudowny, sama? To się jak na razie nie mieści w mojej głowie. Do jego samochodu wsiądę na naszej dziesiątej randce. O matko, co ja mówię! Przecież my spotkamy się raz, a na drugą randkę kot jego babci, babcia musi mieć kota. On jest ułożony, bardzo miły i przystojny i ma to z pewnością po babci, a taka babcia na pewno musi mieć białego perskiego kota. Tak więc na druga randkę kot babci wejdzie na drzewo i on będzie musiał pomóc mu zejść. Na trzeciej, jego dziadek wrzuci do dzbanku na kawę sztuczną szczękę, babcia wleje tam kawę i potem nie chcący, oczywiście, połknie ją wcześniej zachwycając się, jaka dobra jest ta kawa! Z orzechami, bo coś większego pływało! Dobrze, zatem nie mogłam z nim jechać samochodem to zrozumiałe.
Wyszłam o osiemnastej trzydzieści. Niech wie, że nie spóźniam się. Jeśli przyjdę wcześniej schowam się gdzieś a potem minutę po dwudziestej przylecę i krzyknę „Przepraszam, ja się wcale nie spóźniam, tylko…”. Nie udało się. Przyleciałam o dwudziestej trzydzieści, bo były dwa wypadki oraz jakiś taksówkarz odbierał poród od ciężarnej (czy kiedyś tak nie było? Że taksówkarz odbierał poród na jakieś autostradzie?), a może ten taksówkarz zajmował się tą kobietą, bo to jego kobieta? Zastanawiałam się nad tym cały czas, nawet wtedy kiedy tłumaczyłam się jemu, dlaczego się spóźniłam. Uśmiechnął się do mnie tylko, żadnych krzyków, i kazał mi iść przodem i weszliśmy do kina w trakcie seansu. Usiadłam na podwójnym fotelu (!) – przepraszam, aż tak źle wyglądam w tej sukience? Nie, on usiadł koło mnie, położył na swoich kolanach popcorn, pepsi, popcorn, pepsi i jeszcze coś co i tak nie zjedliśmy. Film się skończył, tak samo jak jego sen. Obudziłam go lekko trącając a temu akurat śniło się coś bardzo ciekawego, bo od chwili otwarcia oczu zaczął śpiewać pod nosem – kto mu w ogóle pozwolił śpiewać?
- Baśka, może hm… - zaczął, ale ja mu od razu przerwałam! Nie, ja nie jestem z tych!
- Nie pójdę z tobą na dyskotekę!
- Ale? Mi bardziej chodziło o jakąś restaurację, czy coś w tym stylu – uśmiechnął się, a mi napięcie przestało chodzić po ciele. Do restauracji? O mój Boże! Zawsze o tym marzyłam… Z takim przystojniakiem.
- Oczywiście, że możemy iść, z miłą chęcią – z radością uśmiechnęłam się do niego. Nie jest szybki. Jest powolny, szanuje kobiety i mogę nawet jechać z nim samochodem… Miałam rację! Miał cudowny samochód! Terenowy! Tak się zapatrzyłam na jego samochód, nie, nie żebym leciała na auto, ale interesujący był, bynajmniej mogę sobie pomyśleć ile lat muszę czekać na kupno takie autka. Wracając, tak się zapatrzyłam na jego samochód, że chyba pomyślał, że to na niego, bo przybliżył się, nachylił, jego oddech łaskotał moją twarz, jeszcze bardziej się nachylił… I a niech mnie! Jacku Dumiczu do cholery jasnej, ja nie będę się z tobą całowała! Wychodzę, tupnę jeszcze nogą na pożegnanie i nigdy więcej nie chcę ciebie widzieć na moich oczach! Nigdy!

Stokrotka07 - 2009-07-07, 18:44

Dziewczyny jak zawsze świetnie ;-)
Ada miło Cię wiedzieć z powrotem! ;-)

Oszek - 2009-07-07, 19:30

Ada! kompletnie mnie zaskoczyłaś! Jacek? w sumie, dobrze. nie wiem, za kim ty byłaś (B&m czy B&J), i na chwilę obecną nie chcę tego wiedzieć. wolę śledzić opowiadanie na bieżąco i nie nastawiać się na zakończenie. z niecierpliwością czekam na kontynuację, o której poinformujesz mnie na gg od razu, jak ją napiszesz. pozdrawiam :)
vestito - 2009-07-07, 19:42

To za kim byłam/jestem nie ma znaczenia w zasadzie, bo to co jest w I części może nie mieć nic wspólnego z II, III czy IV itd.
Bo ja sama nie wiem do czego zmierzam, powiem tylko, że będzie sporo się działo w jej zyciu.

Stokrotka, może nie jest to powrót ale miałam ochotę na napisanie czegoś. ;p


Sysia!
Ja mam nadzieję, że dziś będzie cedek!
I daisy... Kiedy dasz swojego kontynuacje? ;]

Sfora - 2009-07-08, 09:50

Nom muszę powiedzieć że mnie zaciekawiłaś tym opkiem vestito...
Naprawdę ciekawa jestem jakie to sprawisz perypetie biednej Basieńce :lol:

Daisy - 2009-07-08, 12:14

Daisy ma urlop, uczy się do obrony :D
Kasieńka - 2009-07-08, 13:51

Dejz :*

Cień motyla

Część 1.

Odszedł. Na zawsze. Najważniejszy mężczyzna w jej życiu. Siedziała na parapecie okna, raz po raz przecierając mokre od łez policzki. Jej nienaturalnie blada twarz kontrastowała się z czarnym, nieco skosmaconym swetrem, który narzuciła sobie na plecy. Wyglądała okropnie, ale mało ją to w tej chwili obchodziło. Cierpiała. Jej serce było rozdarte na pół. Nie potrafiła sobie wyobrazić jak teraz będzie wyglądało życie bez Niego. Kogo teraz będzie pytać o radę? Z kim rozmawiać po kilka godzin przez telefon? Kto ją przytuli, gdy będzie jej smutno i źle? Może nie poświęcała Mu ostatnio tyle czasu, ile powinna, ale zawsze Go kochała. Z całego serca. Najgorsze jest to, że nawet nie zdążyła się z Nim pożegnać. Odszedł tak nagle, niespodziewanie. Tak bardzo chciała Mu powiedzieć jaki jest dla niej ważny… Niestety, było już na to za późno. Po raz kolejny z jej gardła dobiegł głośny, zawodzący szloch.
Wtedy dał ponownie o sobie znać jej telefon. Początkowo nawet nie drgnęła, ale gdy melodyjka nie ustępowała, w końcu sięgnęła po komórkę. Spojrzała na wyświetlacz. To Adam dzwonił. Właściwie był jedyną osobą, której udawało się do niej dotrzeć. Zamknęła się na cały świat.
- Cześć Adam – przywitała się po zaakceptowaniu połączenia. Starała się, by jej głos brzmiał naturalnie.
- Cześć, co u Ciebie? Jak się czujesz?
- W porządku… raczej – jakoś nie bardzo wychodziło jej udawanie. Zwłaszcza jeśli chodziło o Zawadę. Za dobrze ją znał.
- Raczej? Basia, powiedz mi prawdę. Martwimy się o Ciebie. Wszyscy. Ja, Marek, Jacek, Zuzia, Szczepan…
- Prawda jest taka, że sobie zupełnie nie radzę… Minął już tydzień od pogrzebu, a ja cholernie za nim tęsknię…
- Rozumiem, że jest Ci ciężko. Kiedy odeszła Krystyna, a później Marta przeżywałem to samo. I wiesz co powiedział mi wtedy Marek?
- Marek? – zdziwiła się – Więc to nie mogło być nic inteligentnego.
- Powiedział mi, że nie powinienem całymi dnami siedzieć w domu, tylko zacząć żyć dalej – kontynuował niezrażony jej uwagą - Mama, rodzeństwo oni Cię potrzebują, nie możesz zamykać się w sobie. Twój tata na pewno by tego nie chciał.
- Najgorsze w tym jest to, że nie zdążyłam się z nim pożegnać. Ukrywał swoją chorobę przede mną, żebym się nie martwiła. Cały on!
- Byłaś z nim bardzo związana, prawda?
- Tak, dogadywaliśmy się właściwie bez słów. Miałam z nim świetny kontakt, chyba nawet lepszy niż z mamą. Zawsze byłam jego malutką, ukochaną córeczką…
- Wszystko się jakoś ułoży, zobaczysz. Może lepiej będzie jeśli wrócisz do Warszawy? Zaczniesz pracować, przestaniesz o tym myśleć.
- Nie, chyba lepiej będzie, jeśli zostanę jeszcze trochę w Przemyślu. Nie mogę zostawić mamy z tym samej. Prowadzenie domu, opieka nad młodszym rodzeństwem… wszystko byłoby na jej głowie – stwierdziła. Właściwie była to tylko połowiczna prawda. Obawiała się, że w Warszawie, z dala od bliskich, jej tęsknota i smutek po śmierci ojca będą jeszcze większe i zwyczajnie sobie z tym nie poradzi.
- No dobrze, ale pamiętaj, że tu na Ciebie czekamy – zapewnił ją szczerze – A i zadzwoń do Marka. Nie odbierasz od niego telefonów, martwi się.
- Dziękuję za tą rozmowę, naprawdę wiele dla mnie znaczyła – rzeczywiście było jej jakoś lżej na sercu. Do Brodeckiego nie miała zamiaru dzwonić. Przed śmiercią jej ojca, ciągle się ze sobą kłócili, a teraz miałaby słuchać jak jest mu przykro i jak bardzo jej współczuje? Niczego innego poza tymi banałami się od niego nie spodziewała. Marek może i był jej przyjacielem, ale nigdy mu się nie zwierzała, a doradca z niego też pewnie byłby marny.
- Od tego jestem, Basiu – przyznał Zawada. Gdyby nie to, że rozmawiali przez telefon, mocno by ją do siebie przytulił - Trzymaj się! – pożegnał się z troską.
Odłożyła komórkę na miejsce i szczelniej otuliła się swetrem.

Adam zrobił to samo i spojrzał spod byka na stojących obok niego kolegów. Marek i Jacek przez cały czas bezczelnie podsłuchiwali jego rozmowę ze Storosz.
- Ładnie to tak? – starał się, aby jego ton brzmiał surowo. Tak naprawdę doskonale ich rozumiał. Martwili się o Basię, podobnie jak on.
- Tak się składa, że odbiera telefony tylko od ciebie, a my chcielibyśmy wiedzieć, co się z nią dzieje – odparł Marek, usprawiedliwiając tym samym ich zachowanie.
- I co o tym wszystkim myślicie? – zapytał Zawada. Miał nadzieję, że może uda się im wspólnie ustalić, w jaki sposób pomóc Basi.
- Dajmy jej po prostu trochę czasu. Basia to silna dziewczyna, upora się z tym wszystkim i wróci do nas szybciej niż nam się wydaje – stwierdził prokurator.
- Skąd ty możesz wiedzieć jaka jest Baśka? – uniósł się Brodecki – Ile ją ty właściwie znasz? Rok?
- Dwa.
- Najwyraźniej to zbyt krótko, żebyś mógł ją dobrze poznać! Ona udaje twardą, ale w środku jest krucha i delikatna. Nie chce nas martwić, więc próbuje nas zwieść, że wszystko jest w porządku. Zawsze wolała swoje problemy dusić w sobie… Nie oznacza to jednak, że mamy ją zostawić z tym wszystkim samą! – popatrzył wymownie na Dumicza.
- Zgadzam się z Markiem, Basia sama sobie z tym nie poradzi – skwitował Adam – Trzeba jej jakoś pomóc.
- Mam chyba nawet pewien pomysł – oznajmił Brodecki z nieco tajemniczą miną – Jacek, możesz zostawić nas samych? – poprosił.
Dumicz choć z niechęcią opuścił gabinet Zawady, rzucając tym samym Markowi groźne spojrzenie.
- Co proponujesz? – spytał inspektor, gdy zostali sami.
- Chciałbym wziąć parę dni urlopu…

Dwie godziny później z małą torbą podróżną w bagażniku, przekroczył tablicę z napisem „Warszawa” i ruszył w kierunku rodzinnego miasteczka swojej przyjaciółki. Nie liczył z jej strony na zbyt entuzjastyczne powitanie. Mimo to chciał pomóc. Nie potrafił przejść obojętnie wobec tragedii, jaka ją spotkała. Wiedział, że teraz potrzebuje kogoś, kto przy niej będzie, chociaż z pewnością nigdy się do tego nie przyzna. Zależało mu na tym, by na twarzy Basi choć na chwilę zagościł uśmiech. Poza tym zwyczajnie tęsknił. Nawet za ich docinkami i kłótniami. Komenda bez Storosz wydawała mu się taka pusta i szara.
Do Przemyśla dotarł coś koło północy. Miał trochę kłopotów z odnalezieniem domu Storoszów, ale po prawie godzinie błądzenia, w końcu mu się udało. Podwórko oświetlała duża ilość lamp, więc mimo mroku mógł przyjrzeć się posiadłości dokładnie. Domek jednorodzinny może nie był zbyt wielki, ale pomalowany w pastelowe, ciepłe kolory sprawiał przyjemne wrażenie. Do tego otaczał go ogródek pełen rabatek kwiatowych i drzew owocowych. Znajdowała się tam też mała altanka z dwuosobową huśtawką. „Prawdziwy dom” – pomyślał. Dom, którego on nigdy nie miał.
Już miał nacisnąć na domofon przy furtce, ale w ostatniej chwili zawahał się. W żadnym z okien nie paliło się światło, więc zapewne wszyscy domownicy już spali. Nie chciał ich obudzić. Postanowił, że prześpi się do rana w samochodzie. Wrócił do ciemnego forda i rozłożył siedzenie. Zmęczony podróżą, nie miał kłopotów z zaśnięciem. Jego błogi sen został jednak szybko przerwany, gdy jakiś mężczyzna zapukał w szybę jego auta. Momentalnie się ocknął.
- Kim pan jest? – zapytał, dłonią przyjeżdżając po kaburze swojej broni, aby sprawdzić, czy znajduje się na miejscu.
- To raczej ja powinienem zadać panu to pytanie! Zaparkował pan samochód pod moim domem! –chłopak wyraźnie się zdenerwował.
- Pan tu mieszka? Więc pewnie należy pan do tej szalonej rodzinki Baśki?
- Mówisz o Baśce Storosz? To moja siostra – odparł.
- A więc jesteś którymś z jej braci? – nieświadomie zaczęli mówić sobie na „ty”.
- Tak, nazywam się Kacper.
- Aaa! Ten od łosia? – Marek uśmiechnął się głupio i wysiadł z forda.
- Słucham?
- Nieważne – machnął ręką – Zastałem Baśkę?
- Nadal mi się pan nie przestawił – Kacper zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem.
- Podkomisarz Marek Brodecki, przyjaciel Basi – wyciągnął ku niemu dłoń. Chłopak po chwili zastanowienia, odwzajemnił uścisk.
- Pracujesz z Baśką? – próbował zagaić rozmowę, prowadząc go do środka.
- Tak, w tym samym wydziale. Nigdy nic o mnie nie wspominała? – nie potrafił powstrzymać się od tego pytania.
- Może i coś tam wspominała, nie interesowałem się tym zbytnio. Co innego, gdybyś nie był tylko jej przyjacielem… - zawiesił głos.
- Wtedy co?
- Wtedy miałbyś chłopie przekichane! Zostałbyś przeegzaminowany przez naszą „szaloną rodzinkę”! Zwłaszcza przez tatę - zaciął się, widząc jaką „gafę” popełnił.
Zapadła nerwowa cisza.
- Posłuchaj – Marek wziął głęboki oddech – Naprawdę jest mi bardzo przykro z powodu tego, co się stało. Może nie znałem pana Storosz osobiście, ale z tego, co opowiadała Basia był naprawdę wyjątkowym człowiekiem.
- Tak, rzeczywiście był wyjątkowy – odpowiedział, ściszając głos – Chciał dla nas wszystkich szczęścia, a Basia była jego oczkiem w głowie. Ona chyba najbardziej przeżywa śmierć ojca. Całe dnie spędza w swoim pokoju, nie chce jeść. Nie wiem już, jak mam z nią rozmawiać!
- Dlatego tu jestem. Przemówię jej do rozsądku! – panowie wymienili lekkie uśmiechy i wreszcie przekroczyli próg domu.
- Zapraszam do kuchni, pewnie jesteś głodny po podróży – Brodecki posłusznie szedł za nim, rozglądając się na boki.
Gdy weszli do pomieszczenia, ich uwagę przykuła niska blondyneczka z potarganymi włosami i śmieszną, przydużą piżamką. Siedziała przy kuchennym stole, w dłoni trzymając szklankę z wodą.
- Basia?
- Marek?! Co ty tu robisz do cholery?!

Twins - 2009-07-08, 14:53

Wow! Kasia! Co za intrygujący tytuł! :mrgreen:
W ogóle to opowiadanie zaczyna się wspaniale!
Już jesteśmy ciekawe co dalej u Basi.
Biedna.
Swoją drogą, to pięknie przywitała przyjaciela, który chce jej pomóc się otrząsnąć :576:
SUPER!
Mistrz nasz! :* :*

EDIT:
Sysia, dawno cię tu nie było! Fajnie że wróciłaś :)
Może nie bardzo wyobrażamy sobie B&M jako lekarzy, ale opo czyta się przyjemnie!
Jesteśmy ciekawe co wydarzy się dalej. :D
Zwłaszcza, że doktor Brodecki brzmi zachęcająco :576:

Daisy - 2009-07-08, 15:14

Biedna Basia :(
A na początku napisałaś tak, jakby do Adam umarł :576:
Mam nadzieję, że Marecki coś wskóra!
Kasiu genialnie :* Już uwielbiam to opowiadanie.
I nie pozwól nam czekać długo na drugą część.

isis - 2009-07-08, 16:03

Mmmm dziewczyny rewelacja!!:)
Kasia,Twins,Sysia-opowiadania są genialne!Z niecierpliwością czekam na kolejne części:)

vestito - 2009-07-08, 18:23

Kasia, tytuł kojarzy mi się z Efektem motyla xd
Ale to tak trochę. ;D
Szkoda mi Baśki. Bardzo mi szkoda. ;| Kurczę...Ale dobrze, że Marek do niej pojechał. Tylko ona chyba nie jest zadowolona z tej wizyty ;|



____
Dzięki dziewczyny ;*

Truskawka w doniczce
cz. 2 - Rekin

Postanowiłam pójść na basen. Co prawda nie mam z kim, ale to nie robi dla mnie problemów. Wchodzi się do szatni, rozbiera z ubrań, idzie pod prysznic, odkłada się klapki przed wyjściem i wchodzi się na zamoczone kafelki. Podchodzi się do wieży numer sześć (bo najdalej), wchodzi na nią, prawą nogę daje się do przodu i zahacza o koniec wieży, druga z tyłu. Ugina się, następnie łączy się ręce, dłonie kładzie się jedną na drugą, głowę chowa się miedzy ramionami, chwilę się po bujać, dosłownie dwa-trzy razy i wskakuje się.
PLUSK!
Wpadłam do wody, nic nie widzę, zapomniałam okularów, a chlor bardzo drażni oczy, kiedy są otwarte. Dam radę, dam radę. Czuję ten zapach (?). W nosie mnie piecze, że aż chce mi się płakać, ale muszę dać radę, muszę wypłynąć na górę a potem płynąć. Żabką czy kraulem? A może motylkiem? Nie… Motylkiem jeszcze nie umiem. Żabką zaczynają mnie boleć kolana. Kraul! Wypływam i zaczynam płynąć. O mamo, jak ja daleko płynęłam pod wodą!
Wychodzę, nie… Za długa przerwa, abym mogła się wrócić i dopłynąć do wieży. Cała ociekam wodą… A może trzeba było najpierw wejść do brodzika? Nie, to przecież dla maluchów, a ja jestem studentką już. O matko, jaka ja stara jestem, nie. Nie, nie. Młoda jestem. Bardzo młoda. Taka podstarzała młodzież! Wychodzę jednak. Nie mam co robić, naprawdę nie mam co robić. Mogłam wziąć kogoś ze sobą, tylko nie mam kogo. Od dwóch lat mieszkam sama, nie znam nikogo. Nie, znam jednego okropnego faceta, który wydzwania do mnie od tej pamiętnej próby pocałunku. A może podejść do tej grupki co chlapie siebie? Oni są fajni, ta dziewczyna wygląda na bardzo zakochaną w tym szatynie. Te jego niebieskie oczy, te ramiona, te mokre plecy, ten… O, tak. Wyszedł z wody, ten tyłek jego. Genialny jest. O mamo! Czy ja marudziłam, że nie mam co robić? Na ile ja wykupiłam karnet? Na trzy godziny? Ciekawe na ile on wykupił. Na długo pewnie.
Przepraszam, czy ta dziewczyna od szatyna naprawdę z nim chodzi? A może te oczy to nie były oczy zakochania tylko oczy pełne nienawiści za to, że ją chlapie? Na pewno. Jakże inaczej, jak on mógłby zakochać się w takiej dziewczynie… Ma odrosty, ma czarne zęby, ma tipsy, a w zasadzie ma 8 tipsów, ma włosy pod pachami. O matko… Chciałabym, żeby tak wyglądała. Ale ona ma piękne rude włosy, idealnie proste zęby i te piersi. A ja? A ja nie mam. Ja mam dwa winogrona. Nie idę do nich. Tylko chyba za dużo się na nich patrzyłam, bo już coś ruda powiedziała blondi, która zaraz powiedziała szatynce, a ta powiedziała swojemu chłopakowi, a on ratownikowi?! Nie… To nie ratownik, ten koleś ma kamizelkę na sobie! Ale on śmiesznie wygląda! Naprawdę śmiesznie. Jeszcze brakuje mu kółeczka w delfinki i będzie wyglądał bardzo poważnie. Zaczęłam się śmiać na głos i wszyscy zaczęli się na mnie patrzeć. Natychmiast przerwałam udając, że się krztuszę…
PLUSK!
Ej, to ja wpadłam do wody? I kto mnie trzyma, a raczej obejmuje!? Ej, ja ci dam, co ty sobie robisz? Co ty sobie myślisz, że kim ja jestem? Że ja jestem piłką, którą się wrzuca do wody? Puść mnie, puść mnie natychmiast! Nie ściskaj mnie tak, ja się duszę. Ruda! Ruda! Pomóż mi, pomóżcie mi, ja nie chciałam, to nie z was się śmiałam! Pomocy! Pomocy! Help me! Help me! Duszę się, nie mogę złapać oddechu. Matko, a jak można złapać oddech pod wodą. A ja jeszcze nie spisałam testamentu! Ja nie chcę jeszcze umierać! Nie!
- I jak podobało się? – Czy to naprawdę jest głos tego, tego, tego… Szatyna?
- Troszkę mnie zaskoczyłeś – odpowiedziałam uśmiechając się do niego uśmiechem numer siedem.
- Myślałem, że cię przestraszyłem i padłaś mi na zawał, bo w ogóle się nie wyrywałaś – uśmiechnął się do mnie, puścił oczko, a ja osłupiała patrzyłam na niego. Że jak to? Ja się nie wyrywałam? Ja się wyrywałam właśnie! Ja krzyczałam pod wodą, wiłam się, chciałam uciec… - zatem. Trzeba jeszcze się pobawić.
I znowu wylądowałam pod wodą, tym razem leżałam na samym dnie, a on usiadł na mnie i się uśmiechał. Przepraszam, co on mi chce zrobić? Wyrywałam mu się, spojrzał zdziwiony. Wyrywałam się po raz kolejny i udało się! Podskoczył nagle do góry, a ja odpłynęłam od niego, przepłynęłam przez boje i płynęłam jeszcze, jeszcze, jeszcze, jeszcze. Odwróciłam się. Płynął za mną. Płynę jeszcze, szybciej, mocniej i nagle uderzyłam w coś. Zatrzymałam się, wypłynęłam patrzę a przede mną ruda! Jeszcze tego brakowało, dlaczego? Dlaczego mi to robicie. Czuję się jak jakaś łamaga.
- Cześć - szczerzyła się do mnie, a ja zaczęłam oddychać. Dopiero teraz.
- Cze… cze… ść – odpowiedziałam i zaraz potem zaczęłam kaszleć.
- Chyba nie masz nam za złe, że nasłaliśmy na ciebie naszego rekina? – Że nasłaliście na mnie tego przepięknego, cudownego szatyna? Oczywiście, że nie. Już sobie go wyobrażam… Za kilka dni będziemy jeść kolację u niego w domu, na podłodze, przy świecach, obok tego lampka wina i ja ubrana w piękną sukienkę od jakiegoś znanego projektanta. On weźmie ode mnie mój kieliszek, położy na podłodze, przybliży się do mnie, zacznie całować po szyi, szeptać coś do ucha, a potem znowu po szyi. A ja? A ja będę czuła się jak królewna! I zaraz zadzwonię do swojej najlepszej przyjaciółki, rudej, i powiem jej jaki ten seks był genialny. Jaki on jest cudowny, a ona odpowie mi „tak, wiem kochanie” ja uśmiechnięta wrócę do niego, nie słysząc słów „często razem się kochaliśmy”.
- Oczywiście, że nic nie mam.
Uśmiechnęła się do mnie. Rekin podpłynął do mnie i uśmiechał się również. Uśmiechał się do mnie, tym pięknym uśmiechem i patrzył. Byłam w siódmym niebie, boże, jaki on jest cudowny. A jego głos? Nikt nie ma tak cudownego głosu, jak on.
- Tak, tak, masz rację Rafał.
Ze przepraszam, co? Jak to? Odwróciłam się i zobaczyłam piękną dziewczynę, która podchodzi do Rekina, całuje go namiętnie w usta i oplata długimi, pięknym nogami w pasie. A on ją maca po zgrabnym tyłku. Czy ja się ośmieszyłam oddając mu uśmiech? Nie, tylko nie to. Odpływam zawiedziona, zmartwiona i aż chce mi się płakać. Jak dobrze, że chlor daje takim sam efekt jak złamane serce – łzy. Wychodzę po schodkach, patrzę smutnym wzrokiem za nimi i wchodzę do szatni. Zakrywam się ręcznikiem, siadam na ławeczce i płaczę. A powinnam powiedzieć „to przecież nie ten, będzie inny”. Inny mi zrobi herbatkę, inny nałoży mi wełniane skarpetki jak będę stara, inny będzie ze mną siedział na bujanym fotelu, inny będzie się śmiał z mojego marudzenia. Inny… Ale ja chcę tego! A może wrócić? Tak wrócę. Wrzuciłam z impetem ręcznik do szafki. A co? Ja mam wychodzić z wody? O nie, ja będę tutaj tak długo aż on nie wyjdzie, a nawet i jeszcze dłużej.
Idę tymi samymi kafelkami. Dlaczego wszyscy się na mnie tak patrzą? Czy coś jest nie tak? Przecież jestem sucha, tylko mam mokre włosy, więc o co wami chodzi? Idę, idę, idę, zapatrzona, zdenerwowana, że inni się na mnie patrzą. O jaki piękny brunet. O matko, jaki on cudowny. A jak się na mnie patrzy, jak się uśmiecha. Jak mi macha rękami. Życie się do mnie uśmiechnęło! Dlaczego ja się tak ślizgam? Co jest…
Co ja robię pod wodą? Dlaczego ja jestem pod wodą? Matko… Muszę wypłynąć… Koniecznie, aua. Aua, aua. Uderzyłam nogą o coś i nie mogę się ruszyć… A ja muszę wypłynąć. Baśka, nie histeryzuj, nie histeryzuj, nie histeryzuj! Czy ja mam przeciwbólowe w domu? A jak tak czy są tam gdzie być powinny, czyli w lodówce?
- Nic ci nie jest?
Oczywiście, że mi jest, jest mi, jest. Boli mnie noga, krztuszę się ciągle okropną wodą i moje oczy… Pieką mnie. Czy ja muszę mieć takiego pecha i wpaść do wody w takim momencie? Wtedy kiedy cudowny brunet, uśmiechał się do mnie, machał do mnie… Przepraszam! Czy ten głos, to głos Rekina?! Otwieram oczy i widzę nad sobą głowę szatyna. Jejku. Ja chyba nie uderzyłam się w nogę a w głowę i mam jakieś omamy!
- Nie chcę żebyś pomyślała, że patrzę na ciebie, bo jesteś bez biustonosza, ale hm… Zauważyłem jak pływa twój strój, a ty jesteś pod wodą i pomyślałem, że to jakaś zachęta – czy naprawdę nie ma prawdziwych mężczyzn? Nie ma? Gdyby nie pływająca góra od mojego stroju, nie zostawiłby swojej długonogiej, nie… Co?! Ja jestem bez góry biustonosza? To dlatego ten cudny brunet się na mnie patrzył i wszyscy inni? Nie, ja nie wyjdę z wody. Schowam się, będę tylko wypływać aby złapać powietrze. Co za masakra, co za okropność. Co za wstyd! Nie odezwę się do niego. Wyrwałam się od niego i nieporadnie chciałam zawiązać strój. Nie udawało się, już dawno ze swojej twarzy mogłabym zrobić barszcz ukraiński albo ćwikłę. Poczułam jego ręce na swoich ramionach, kilka sprawnych ruchów i zawiązał mój strój. A raczej górę. Naprawdę jestem do niczego. I po co on to robi? Chce żeby ta długonoga wydrapała mi oczy swoim pięknymi paznokciami?
Odpływam od niego i wychodzę. Nie będę się chować, zakryje tylko włosami moja twarz i wejdę do szatni. Szybko się przebiorę i ucieknę do domu. Schowam się w jedynym pokoju i nigdy więcej nie pójdę na basen.
- Myślałem, że podziękujesz mi za zawiązanie. Rafał jestem.
Czy to naprawdę nigdy się nie skończy? Czy mężczyźni rzeczywiście czują się cudownie, jak mają dwie kobiety? Dziewczynę i kochankę? A ja chciałam uciec. Chciałam się schować i nie spotkać go już nigdy. Tak samo jak Jacka Dumicza. Nie odezwę się do niego, zignoruję i będzie tak jakbyśmy się nigdy nie spotkali. Przejdę obok. Przejdę.
- A ja Baśka, miło mi.

olka - 2009-07-08, 18:33

Ves, Kasia świetnie! Czekam na cedeki! ;-)
Twins - 2009-07-08, 19:03

Olka&Bliźniaczki:

Droga do miłości
Cz. 9


Czekała na Marka tak długo, aż sama nie usnęła. Była na siebie zła, że zamartwiała się, w czasie kiedy ten nic sobie z tego nie robił. Wrócił o nieludzkiej porze, kiedy już smacznie spała, a przy tym tak niefortunnie zatrzasnął drzwi, że ją obudził. Przestraszona hukiem niemal nie usiadła. Domyśliła się, że to nie był przeciąg. Musiał to zrobić specjalnie ze złości. Ze złości na nią, dziecko i całą sytuacje w jakiej się teraz znalazł i też doskonale zdawała sobie sprawę, że robie z nią nie radzi. Nie spodziewała się także, że Marek położy się w sypialni. Całą noc spędził na kanapie w salonie. Widziała go śpiącego pod kocem, wchodząc wcześnie rano do kuchni, zrobić sobie, …im śniadanie. Nie spodziewała się, że teraz zacznie myśleć o Nim jeszcze częściej. Nawet jeśli chodzi o zrobienie głupich kanapek, czy tostów. Nawet jeśli na takie zainteresowanie sobie nie zasłużył.
Stojąc na pierwszym stopniu schodów cicho westchnęła. Następnie zajęła się smażeniem jajecznicy na bekonie. Wszystko było już gotowe, włącznie ze świeżo zaparzoną kawą, kiedy pojawił się w drzwiach zaspy Marek. Nie był gotowy na to, że i Baśka tam będzie. Pierwsza rzeczą jaką zrobił było wyjęcie z lodówki czegoś zimnego. Wyjął zatem puszkę pepsi. Strasznie go suszyło. Picie samotnie nigdy nie wyszło nikomu na dobre. Gdy opróżniał puszkę niemal w całości, Basia przyglądała mu się badawczo.
Potargane włosy, większy niż zazwyczaj zarost i to tego to pragnienie. Już wiedziała, jak spędził kilka najbliższych godzin nim się pojawił w domu. Ona za to ubrana w błękitną piżamę i biały szlafrok.
- Dzień dobry – odparła jako pierwsza. – Tez strasznie się cieszę, że cię widzę…całego. – dodała, poirytowana tym, że dopiero teraz zwrócił na nią swoją uwagę. Dopiero teraz zdała sobie sprawę jaka jest na niego wściekła. Martwiła się jak o człowieka. Człowieka, któremu mogła się stać krzywda jak komukolwiek innemu. Gdyby Marek wiedział, że ona też nim jest, a nieczułą skamieliną za jaką musi ją w takim razie uważać, wiedziałby, że wypadałoby chociaż zadzwonić.
Marek natomiast zareagował śmiechem. Odłożył puszkę na blat z wlepionym w nią wzrokiem. Dość niestarannie, bo o mało co nie wylałby pozostałości na nowe meble i kafle. Podszedł bliżej dziewczyny, siadając na krześle naprzeciwko niej i pochylając się lekko w kierunku Brodeckiej, odpowiedział:
- A co? Martwiłaś się o mnie? – ton z jakim to powiedział, świadczyłby, ze wyśmiałby ją, gdyby się do tego przyznała. Nie miała zamiaru dać mu tej satysfakcji. Postanowiła zagrać w tą samą grę, ale jego talią kart.
- Widzę, że dobry humor cię od rana nie opuszcza. – przyznała.
Marek miał już coś odpowiedzieć, kiedy jego ból głowy dał o sobie znak ponownie.
- A-jjj… - syknął, łapiąc się za głowę. Podniosła gwałtownie oczy.
- Chcesz jakiś proszek? – zapytała już z większą troską.
- Od ciebie nie. – odpowiedział, aż zabolało. Wstał i przeszukiwał szuflady, w poszukiwaniu jakiś tabletek.
- Skoro nic ode mnie nie chcesz…Będziesz musiał poradzić sobie sam. Przypominam ci, że ten dom jest zamieszkały dopiero od wczoraj i jeszcze nikomu nie przyszło do głowy, by zaopatrzyć się w apteczkę! – spojrzał na nią ostro, ale wiedział, że miała rację.
Usiadł z powrotem na krześle, zastanawiając się co dalej. Nie wysłał się, boli go kark i jeszcze ten ból głowy?
- Albo nie. Zrób cos dla mnie. – zmrużyła zaskoczona powieki. Przez moment miała nadzieję, że ten poranek da się jakoś jeszcze uratować. – Zrób coś dla mnie.. – powtórzył. – …i trzymaj buzię na kłódkę, dopóki stąd nie wyjdę.– brak tabletki, równało się z tym, że nadal ten jej i każdy inny głos będzie go denerwował. Każdy jest jak dźwięk młota pneumatycznego. – …Tym bardziej, że wczoraj to ja zrobiłem ci przysługę śpiąc na kanapie. Oczywiście pomyślał, że postara się go zrozumieć, prosząc o zrozumienie w niezbyt elegancki sposób, nie wiedząc jednocześnie, że ona potraktuje to jeszcze gorzej.
- Staram się tylko podtrzymywać funkcje fatyczną… - mruknęła do siebie. – Ok. – odpowiedziała już głośniej. Zapanowała cisza. Cisza, która była jeszcze gorsza od tych huków w głowie. Bardziej uświadamiała mu to, że ten poranek jest jednym z tych o których wolałby szybko zapomnieć. Ból głowy był jeszcze gorszy, bo nic go od niego nie odciągało. Do tego ten kark…Złapał się za niego jedną ręką, próbując rozmasować. Basia uśmiechnęła się cicho ze zadowoleniem. Przynajmniej dopadła go jakaś kara.
- Co? – zauważył ten uśmieszek. Wzdrygnęła tylko ramionami. Wstał i poszedł zrobić sobie kawę. Jakoś udało mu się obsłużyć ekspres. Gorzej, jeśli miał poszukać czegoś, czym mógłby ja posłodzić.
- Dlaczego nie ma cukru?! – już i tak miał dość tego dnia. Nie chciał go sobie jeszcze pogarszać nie wypiciem kawy tak jak lubi. A lubi bardzo słodką.
Basia nic nie odpowiedziała. Domyślił, że to przez ten jego „zakaz”.
- Dobra. Umówmy się tak, ze o sprawach, które dotyczą prowadzenia tego domu będziemy gadać zawsze, bo chyba chcemy sobie jakoś umilać pobyt tutaj, prawda? – nadal milczała. – Tak się składa, że ja nie pijam kawy bez cukru. Możesz mi zatem łaskawie powiedzieć, dlaczego go nie kupiłaś?
- To przede mnie boli cię głowa, choć to nie ja wczoraj kazałam ci pic, wściekasz się o jakiś głupi cukier, a powinieneś był wiedzieć, że choć to nie ja robiłam zakupy, jest w szafie obok piekarnika! – uniosła się, mając dość jego rozdrażnienia. Przez niego i ona poczuła się tak samo.
- Obok piekarnika? I to tylko chciałem wiedzieć! – wstał i sięgnął po torebkę, kompletnie ignorując jej wywód. Miała już tego dość.
- O co jeszcze mnie dzisiaj oskarżysz?! – kontynuowała, tym razem ona nie zważając nie jego słowa. Nie spodobało mu się, że ma do niego o coś pretensje. Jego zdaniem nie miała o co. Poczuł jeszcze większą złość.
- O co ci chodzi? – udawał idiotę, prychając.
- Zadałam ci pytanie! O niewygodna kanapę też mnie oskarżysz?!
- Może. –Odpowiedział szczerze z chochlikami złości w oczach. W tych jej zaczęły się pojawiać szklanki. Błyszczały jak małe diamenty. Zacisnęła pięści ze złości. O mało co nie wyprowadził ją tym z równowagi.
Pokręciła głowa na tą odpowiedź.
- Dobrze. Tylko chcę żebyś wiedział, że wybierała ją twoja matka! – dodała, wybiegając z kuchni. Usłyszał tylko trzask drzwi od pokoju. Wstał za nią i zatrzymał się po środku schodów.
- Za to nawet ciąża nie usprawiedliwi twoich uciążliwych humorków! – odgryzł się.

(…)

Zegar powoli wybijał 14:00. Była jedynym gościem w domu i okropnie się nudziła. Marek już dawno wyszedł do pracy, czego mu naprawdę zazdrościła. Jej samej, matka stanowczo zabroniła pokazywać się w fundacji, aż do momentu rozwiązania. To, że przez ten czas umrze z nudów nie robiło na nikim wrażenia. Według Izabeli, córka powinna teraz jak najwięcej wypoczywać, korzystać z błogiego relaksu i przede wszystkim nie zaprzątać sobie głowy sprawami fundacji. Na to będzie mieć jeszcze czas. Na nic zdały się wszelkie Basine protesty. Jej mama chwilami potrafiła być naprawdę uparta, zwłaszcza, gdy w grę wchodziło dobro własnych dzieci. Tak więc Basia, skazana na bezczynność przez kilka najbliższych miesięcy, siedziała właśnie w salonie przeglądając kolejny już raz, ten sam magazyn dla ciężarnych kobiet. Dzwonek u drzwi przerwał panującą ciszę. Zapatrzona w gazetę uniosła głowę i zmarszczyła brwi. Nie spodziewała się gości. Gdy irytujący dźwięk rozległ się ponownie, odłożyła czasopismo na stolik i ruszyła wpuścić niecierpliwego intruza.
- Cześć siostra! – Agata radośnie zamachała jej przed nosem siatką świeżych pomarańczy i paczuszką słodkich wózetek – Masz ochotę na herbatkę i ciacho?
- Z Tobą? Zawsze! Właź! – szeroko się uśmiechając wpuściła siostrę do środka. Naprawdę ucieszyła się z jej wizyty. Agata choć nieco szalona, roztrzepana i bezpośrednia, zawsze potrafiła podnieść ją na duchu i poprawić humor. A ona po tym wszystkim musiała się komuś wygadać, poradzić się, co dalej. Nie chciała swoimi problemami zadręczać rodziców. Ojciec pewnie zaraz wszcząłby kolejną awanturę z Brodeckimi, do czego nie mogła dopuścić. I tak już wystarczająco najadła się przed nimi wstydu. Było jej potwornie głupio, zwłaszcza przed panią Marią, którą naprawdę lubiła. Marek był przecież jej jedynym synem. Kochała go i pragnęła dla niego jak najlepiej, jak każda matka. Tymczasem to małżeństwo tylko go unieszczęśliwiło.
Odpędzając od siebie ponure myśli poprowadziła młodszą storoszówne wprost do salonu. Dziewczyna rozglądała się ciekawsko podziwiając wnętrze.
- Fajne to wasze gniazdko! – pochwaliła.
- Chodź, pokaże ci resztę! – Basia pociągnęła siostrę za rękaw, ale ta z powrotem usadziła ją na kanapie.
- Później! Najpierw opowiadaj jak było! – rzuciła podekscytowana, zagryzając wargę.
- To znaczy? – Baśka spojrzała na nią, nic nie rozumiejąc.
- Noc poślubna! Mówi ci to coś? – zaświergoliła radośnie – Dobry był? Zresztą, po co w ogóle pytam – machnęła ręką z głupim uśmieszkiem - Na pewno był dobry!
- Agata! – skarciła siostrę ostrym spojrzeniem.
- No wiem, że to nie moja sprawa, ale w końcu jak machnął dzieciaka za pierwszym razem, to musi mieć możliwości, nie? Podobała mu się bielizna? – wyszczerzyła się jeszcze bardziej.
- Czy ty zawsze musisz być taka? – Baśkę zaczynało irytować zachowanie siostry – To małżeństwo, to czysty obowiązek! Wiesz, o tym!
- No i właśnie dlatego powinniście go spełnić. Zresztą, nie bez przyjemności – szturchnęła Baśkę w bok nie przestając się uśmiechać.
- Ale co ty wygadujesz? – dla niej to wcale nie było zabawne.
- Oj Baśka, jakby wszyscy robili to z miłości – wywróciła oczami.
- Ja robię! – odparła stanowczo, sądząc, że ucięła temat.
- Masz w domu boga seksu! – Agata prawie pisnęła – Wykorzystaj to! Przecież go kochasz, więc w czym problem? Z twojej strony to będzie z miłości – dodała jak gdyby nigdy nic.
- Właśnie! Z mojej strony! Tylko z mojej strony! – podkreśliła.
- Czepiasz się! – młoda wzruszyła ramionami – Powinnaś się bawić, szaleć! – przekonywała - A ty masz poglądy, jak stara dziewica! Jak inaczej chcesz go uwieść i w sobie rozkochać? Myślisz, że Marek poleci na domowe obiadki? – Baśka nie odpowiedziała, smutno spuszczając wzrok. Wiedziała, że Agata ma rację. Jeżeli Marek kiedykolwiek miałby zwrócić na nią uwagę, to właśnie ona, Barbara Storosz-Brodecka musiałaby się o to postarać. I to dobrze postarać. Stać się chodzącym wampem! Kusić, onieśmielać! Sprawić, by Marek nie mógł się jej oprzeć, rozkochać w sobie, uzależnić, rozpalić do czerwoności! „Przecież to bezsensu!” pomyślała nagle z rezygnacją. Nie jest taka, nie potrafi flirtować, uwodzić ani kokietować mężczyzn. Już na samą myśl o tym robi się czerwona. Nigdy nie wychodziła z inicjatywą, nie aranżowała erotycznych zabaw, nie szła z facetem do łóżka na pierwszej randce. Sprawy wzajemnej fizycznej bliskości traktowała niezwykle poważnie. Dla niej, to nie był tylko seks, to było coś znacznie więcej. Zespolenie dwóch ciał i dusz, wspaniały taniec miłości. Wiązała z nim nie tylko doznania fizyczne, ale tez duchowe. I może faktycznie zachowuje się jak stara dziewica, ale nic na to nie poradzi. Po prostu jest typem nudnej, banalnej i nieśmiałej Basi Storosz, która czeka na swojego księcia z bajki. Chce być otoczona miłością, szacunkiem i zaufaniem. To ona pragnie być adorowana i uwielbiana przez swojego mężczyznę. Jeśli Marka to nie kręci, trudno. Nie ma zamiaru nikomu się narzucać. Nie chciała dłużej o tym rozmawiać.
- Moje życie erotycznie naprawdę nie powinno cię interesować! Dlatego bardzo proszę, skończmy ten temat! – uniosła się bardziej niż zwykle – A jeżeli przyszłaś po to, by prawić mi głupie uwagi, drzwi są tam! – wskazała ręką zdenerwowana odwracając wzrok od spojrzenia siostry.
- Ok.! Ok.! – uniosła ręce w geście poddania – Po co zaraz te nerwy? Tylko zapytałam.
- Nigdy nie miałaś problemów z bespośrednością! – mruknęła obrażona.
- Oj Basiek, przecież wiesz, że chce dla Ciebie jak najlepiej. Mam tylko troszkę ... inne podejście – wytłumaczyła z niepewnym uśmiechem – Nie gniewaj się już. Zgoda? – wyciągnęła rękę czekając, aż siostra odwzajemni gest. Baśka chwile się wahała, jednak w końcu przyjęła przeprosiny młodej Storoszówny, z miną mówiącą „żeby mi to było ostatni raz”.
- Obiecuje teraz być siostrą idealną! – zapewniła Agata - Ucieleśnieniem cnót wszelakich i dobroci! – dodała cieniutkim głosem, składając ręce jak do modlitwy i strzelając głupią minę, czym w końcu wywołała u Basi uśmiech.
- Głupia! – popukała się po czole – Wystarczy, jak przestaniesz być taka wścibska.
- Nie jestem wścibska! – oburzyła się natychmiast, śmiesznie nadymając policzki.
- Jesteś! – Brodecka ponownie się roześmiała.
- No dobra, jestem – przyznała szybko rację – Ale chce tylko wiedzieć, co u ciebie słychać – łagodnie się uśmiechnęła, wyczekując odpowiedzi, do której Baśka nie specjalnie się spieszyła.
- I co mam ci powiedzieć? – odezwała się w końcu skubiąc róg poduszki trzymanej na kolanach.
- Nie wiem ... Może na przykład to, jak się czujesz? – Basia wstała i nie zwracając uwagi na pytanie siostry podeszła do okna. W milczeniu wpatrywała się w okolice – Jest aż tak źle? – dopytała Agata, choć zachowanie Baśki mówiło wszystko.
- Gorzej – szepnęła cicho, tylko do siebie pozwalając, by niesforna łza spłynęła po jej policzku. Otarła ją i przyklejając do twarzy uśmiech odwróciła się w stronę siostry - Jest w porządku! – rzuciła, choć nie brzmiało to nazbyt przekonująco – Naprawdę! – dodała, by sprawić wrażenie wiarygodnej.
- Chodź tutaj – Aga poklepała miejsce obok siebie. Basia posłusznie wróciła na kanapę siadając obok siostry – Wiesz, że mnie nie oszukasz. Co się dzieje? – chwyciła ją za rękę dla otuchy.
- Jestem mężatką, to się dzieje. Wyszłam za faceta, który traktuje mnie jak zło konieczne. – jej głos lekko drżał, ale nie płakała.
- Chcesz powiedzieć, że żałujesz? – młodsza Storosz przyjrzała się siostrze.
- Nie wiem. Agata ja już nic nie wiem, to wszystko mnie przerasta – jęknęła cicho chowając twarz w dłoniach.
- Hej, spokojnie, przecież to dopiero początek. Na pewno z czasem będzie lepiej, dotrzecie się, jakoś dogadacie. – pocieszała.
- Próbuje nie wchodzić mu w drogę, ale mieszkając pod jednym dachem trudno się nie widywać – wyznała szczerze. Musiała podzielić się z kimś swoimi problemami i obawami – Nigdy nie wiem czy powinnam się odezwać, czy lepiej siedzieć cicho. Zresztą i tak prawie nie rozmawiamy. Agata on mnie nie cierpi! - tym razem nie udało się powstrzymać łez.
- Nie mów tak – przytuliła siostrę. Było jej strasznie żal Basi. Widziała jak się męczy, w dodatku była tu zupełnie sama, skazana na towarzystwo tego ... nieczułego ogra! Miała ochotę mu przyłożyć!
- Próbuje być silna, choćby dla tego malucha – z czułością pogładziła zaokrąglony brzuszek – Ale co, jeśli tak już będzie zawsze? Jeśli Marek nigdy mnie nie pokocha? – tak bardzo bała się tego, co będzie, przyszłości. Czy zdoła żyć w związku bez miłości, pełnym pretensji, żalu, wzajemnych oskarżeń? Jak długo wytrzyma? Wciąż pamiętała o ich niepisanej umowie, którą zawarli pewnego wieczora w ogrodzie. Jak tylko dziecko podrośnie, wezmą rozwód. Jednak do tego czasu będą musieli być razem. Mieszkać pod jednym dachem, widywać się codziennie, wychowywać dziecko! A wszystko to bez cienia sympatii względem siebie? Nie umiała sobie tego wyobrazić.
- Pokocha! – odparła natychmiast Agata.
- Nie wiesz tego! – smutno spuściła głowę.
- Masz rację, nie wiem. Ale wiem, ze jesteś piękną, inteligentną i cudowną kobietą! Jeśli Marek tego nie dostrzega, to jest prawdziwym osłem! – zapewniła.
- Dzięki! – leciutko się uśmiechnęła.
- A jeśli ten dupek cię skrzywdzi, to będzie miał do czynienia z całą rodziną Storoszów! – wypięła dumnie pierś – Karol już raz obił mu buźkę i jestem pewna, że chętnie zrobiłby to ponownie! – obie zachichotały na wspomnienie brata, który zawsze stawał w ich obronie, gotów pogonić każdego, kto ośmieliłby się skrzywdzić jego siostrzyczki.
- Cieszę się, że przyszłaś. – spojrzała na Agę z wdzięcznością.
- Ja też! – dziewczyna szeroko się uśmiechnęła – I pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć! Jesteś silna, dasz sobie radę! Taki Brodecki może ci skoczyć, O!
- Naprawdę tak myślisz? – śmiesznie przekrzywiła głowę.
- No jasne! Niczym się nie martw. Najważniejsze teraz jest zdrowie tego maluszka – popukała siostrę po brzuchu – Zobaczysz, jeszcze będzie pięknie!
- Obyś miała rację – blado się uśmiechnęła.
- Mam! – pogroziła jej na żarty palcem - A teraz będę się zbierać, i tak już się zasiedziałam. Obiecałam mamie, że wracając zrobię zakupy – wstała kierując się do wyjścia.
- Ucałuj ją ode mnie. W ogóle pozdrów wszystkich! – odprowadziła siostrę do drzwi.
- To tylko kilka przecznic dalej, sama mogłabyś wpaść – zachęciła.
- Tak wiem, ale ... wiesz jacy są rodzice – przewróciła oczami – Ojciec zaraz zacznie mnie o wszystko pytać, a ja ... sama rozumiesz – zagryzła niepewnie dolną wargę.
- A ty nie chcesz ich martwić – dokończyła.
- Właśnie. Dlatego chciałam Cię prosić, żeby ta rozmowa została między nami. Nie powiesz im? – spojrzała na nią błagalnie.
- Nie powiem!
- Dziękuje, za wszystko! – uścisnęła młodą na pożegnanie. Wizyta Agaty naprawdę dużo jej dała. Przede wszystkim przypomniała, że nie jest sama. Miała rodzinę gotową wesprzeć ją w każdej sytuacji. Siostra nieco podniosła ją na duchu, odpędziła czarne myśli. Pozwoliła uwierzyć, że jeszcze nie wszystko stracone, że wcale nie musi być tak źle, jak jej się wydaje. W już lepszym nastroju wróciła do kuchni postanawiając, że coś przekąsi.

(…)

Było już późno, a on dalej siedział w biurze. Chciał dokończyć sprawdzanie kilka projektów, nanieść poprawki przez co trochę zasiedział się kompletnie tracąc poczucie czasu. Taka pokrętną wymówkę szykował, gdyby Baśka zaczęła robić mu wyrzuty. Co prawda nie zachowywali się jak typowe małżeństwo, ale czułby jej przenikliwy wzrok. Nie czułby się na siłach, by to wytrzymać. Był już wystarczająco zmęczony, by się jej jeszcze z czegoś tłumaczyć. Tylko by się pokłócili. Z złości powiedziałby dziewczynie prawdę, a to jeszcze bardziej pogorszyłoby sytuację. Prawda jest taka, że nie chciał wracać do domu.
To nie był jego dom. Nie czuł, że od niedawna stoi na czele nowo założonej rodziny z panną Storosz. Tam, gdzie powinno się czuć ciepło domowego ogniska cały czas chodził spięty, zestresowany, zdenerwowany. Te ciągłe kłótnie, sprzeczki, kąśliwe docinki sprawiały, że miał coraz mniejszą ochotę wracać do domu i widzieć się tam z Basią. Jego frustracja narastała z każdym dniem. Te ich ciągłe „pyskówki” zaczynały go męczyć, a nie widział szans, by potrafili ze sobą normalnie rozmawiać. Czasem wydawało mu się, że nie dogada się z Basią a oboje już nie mogą ze sobą wytrzymać. Wtedy coraz częściej myślał o rozwodzie, jednak szybko przypomniał sobie o umowie, której nie mógł tak po prostu złamać.
Wolał więc ograniczać ich kontakt do minimum. Tak będzie łatwiej i dla niego i dla Basi. Wiedział, że oboje się niepotrzebnie ranią, ale nie potrafił niczego zmienić. Rana była jeszcze zbyt świeża, by choćby starał się, by żyło im się lepiej. Zostawał więc w pracy po godzinach. Tu przynajmniej miał ciszę i spokój. Mógł się zaszyć, pobyć sam, pomyśleć i nikt mu w tym ni przeszkadzał. To była jego samotnia, jego miejsce. Tu zapominał choć na chwilę o swoich problemach, z którymi sobie nie radził. Zamknął się w sobie a od świata oddzielił się wysokim murem. Nie potrafił się otworzyć nawet przed własną matką.
Popadł w wir pracy. Wstawał wcześnie rano, do nocy przesiadywał nad szkicami. Nie dosypiał, nie pił, nie jadł. Żył tylko na kawie i herbatnikach od swojej sekretarki. Próbował zatuszować ślady po przemęczeniu, ale Basia nie była głupia. Czuła się winna, że to z jej powodu Marek się tak zaniedbuje. Próbowała mu to zasugerować rano, ale wyszło jak zwykle. Odebrał to jako ironię i skończył temat. Wyszedł do pracy.
Przeglądał właśnie dokumentację od ojca, kiedy nagle spojrzał na zegarek Był kwadrans po jedenastej. Zmrużył oczy. Wszystkie literki zaczynały się zamazywać przy świetle małej, biurowej lampki, więc odłożył je do dolnej szuflady biurka. Przetarł zmęczoną twarz. Wtedy usłyszał delikatne pukanie do drzwi, a po chwili zjawiła się w nich piękna, długonoga brunetka. Niosła ze sobą kolejną filiżankę aromatycznej kawy.
- Nie chciałam przeszkadzać, ale siedzi pan już nad tymi papierami dwie godziny. Pomyślałam, że przyda się kolejna kawa, zanim szef uśnie. – odezwała się dźwięcznym, pełnym kobiecości głosem, uśmiechając się łagodnie do przełożonego.
- Zawsze wiesz czego mi w danej chwili potrzeba. – rzucił Marek przeciągając się w fotelu i posłał podwładnej przyjazny uśmiech.
- Dziękuję. To miłe. – zachichotała nerwowo, nie spuszczając wzroku z Brodeckiego.
- A właściwie co ty tu jeszcze robisz? Jest już… późno. – skrzywił się lekko, bo sam dopiero teraz zdał sobie sprawę która właściwie jest godzina. – Gosia już poszła?
- Tak, szefie. Sam szef ją zwolnił wcześniej. – spojrzała na niego z niezrozumieniem.
- A faktycznie. – odezwał się po chwili zastanowienia, kiedy to próbował wyczytać ze spojrzenia Anity co działo się kilka godzin temu. - Zapomniałem. Taki jestem…rozkojarzony.
- Za dużo szef pracuje. Pewnie żona nie jest zadowolona.
- Basia? – nie rozumiał dlaczego nie mógł zaakceptować tego słowa
Prawie nie reagował, gdy ktoś tak określił tą dziewczynę.
- Nie, nie. – zaśmiał się cynicznie i wstał, rozprostowując kości. – Moja żona nie ma nic przeciwko. Oboje nie widzimy w tym nic złego. …To chyba jedyna rzecz, w której się zgadzamy. – rzucił bezmyślnie, nawet nie rozumiejąc wagi tych słów.
Dziewczyna za to uśmiechnęła się w kącikach ust.
- Ale nie odpowiedziałaś na moje pytanie. – dodał, ponownie spoglądając na dziewczynę.
- Chyba chciałam być zbyt nadgorliwa. – zaśmiała się sama z siebie.
- Nie. – rzucił po chwili i uśmiechnął się z podziwem. – To dobrze o tobie świadczy. Właściwie to…Zastanawiam się czemu wcześniej nie zatrudniłem drugiej sekretarki.
- Może szef nie znalazł odpowiedniej kandydatki. – rzuciła z pewnością siebie w głosie, po czym oboje się uśmiechnęli, nie odrywając od siebie wzroku.
- Mam dość tego szefowania. Mów mi po imieniu. …Marek… - wyciągnął dłoń w kierunku dziewczyny.
- Anita. – uścisnęła mężczyźnie dłoń, która on delikatnie ujął w swoją. – Miło cię poznać, Marku. – dodała, cały czas spoglądając Brodeckiemu w oczy, na co on tylko się uśmiechnął jak potrafił najpiękniej.
Podobało mu się, że utrzymywała ten miły kontakt wzrokowy.
- To co. Może dasz się namówić, żebym cię odwiozła do domu? Bo sam najwyraźniej siedziałbyś tu do rana. – podszedł do swojego biurka i stanął bokiem do dziewczyny, by nie pokazywać swoich emocji.
Przetarł dłonią blat.
- …Jakoś … jakoś nie mam ochoty wracać do domu.
- To... nie chce, żebyś mnie źle zrozumiał, ale…może dałbyś się zaprosić na drinka?
- Gdzie? – zapytał od razu z wrodzoną przebiegłością.
Miał ochotę się dziś napić. Zwłaszcza w towarzystwie pięknej kobiety.
Dziewczyna uśmiechnęła się dyskretnie.
- Niedaleko jest taka fajna knajpka. Będzie miło. Lepiej się poznamy. A to chyba ważne, jeśli mamy razem współpracować.
- Czemu nie. Lubię nawiązywać przyjazne relacje z pracownikami. Taki mały PR.
- Świetnie.
- Tylko pomóż mi uporać się z tymi dokumentami. – dodał, uśmiechając się do niej zachęcająco.
Gdy wychodzili już ze swojego biura, roześmiani, w dobrym nastroju, przypadkiem natknęli się na starego Brodeckiego. Ojciec Marka zmierzył dziewczynę przelotnym spojrzeniem, po czym wycelował swoje podejrzliwe oczy w Marka.
- Ooo tata. – rzucił zdziwiony obecnością rodzica, ale szybko przybrał pozę rozluźnionego. - Jeszcze tu jesteś?
- Dobry wieczór, panie Brodecki. – rzuciła zmieszana dziewczyna, ale mężczyzna nic nie odpowiedział.
Cały czas spoglądał na Marka.
- Mógłbym zapytać o to samo. – rzucił wściekle. – Dość się tu dzisiaj zasiedziałaś. Idź do domu, do żony. – zaznaczył. – Jako przyszły ojciec powinieneś pamiętać, że teraz najważniejsze jest wasze dziecko. – rzucił, spoglądając znacząco tym razem na dziewczynę.
- Właśnie… właśnie się zbieramy. Odwiozę tylko Anitę do domu.
- Pani Anita sobie poradzi. Wracaj do rodziny.
- Wybacz tato, ale wychowałeś mnie na dżentelmena. Nie pozwolę, by koleżanka tłukła się tramwajami po nocach. …Ty też powinieneś już wracać. Mama na ciebie czeka. Będzie się martwic, co do tej pory robisz w biurze... - uśmiechnął się ironicznie.
Miał już iść, kiedy ojciec go zatrzymał.
- Marek! – z niechęcią ale zatrzymał się, by nie robić scen.
- Jeśli dowiem się, że…
- Że co? … Powiesz Basi? Uważaj tato, bo ja też mam coś co się nie spodoba twojej żonie. …Niczego nie widziałeś. – ponownie posłał ojcu cyniczny uśmieszek
- Jutro nie chce cię tu widzieć po 18.00. – zaśmiał się i machając ręką, poszedł przodem.
- Marek… - rzuciła dziewczyna, kiedy do niej podszedł. – Jeśli to jest jakiś problem, możemy to przełożyć.
- Nie. - odpowiedział stanowczo. – Żaden problem. – uśmiechnął się do dziewczyny, co natychmiast poprawiło jej humor.

Kasieńka - 2009-07-08, 19:23

Ves, sysia oba opowiadania bardzo ciekawe :D Super, piszcie dalej!

A co do Bliźniaczek i Oli to muszę na nie nakrzyczeć :lol:
Zróbcie coś z tym Markiem, kurka! On nie może być taki cały czas :( Zachowuje się jak ostatni drań, jakby zupełnie nie miał żadnych uczuć! A on przecież nie może być taki zły, no!
Jeszcze ta Anita... :/
Biedna Basia! Buuuuu! :(
A tak poza tym wykonanie perfekcyjne :D
MISTRZOSTWO dziewczyny :*:*:*

Stokrotka07 - 2009-07-08, 20:53

Jaki wysyp :shock:
Kasia, Ves, Twins pochłonęłam te opka jednym tchem ;-)
Super! Ja mam nadzieję, że teraz codziennie będą nowe części :-D :*

Kasieńka - 2009-07-09, 20:01

Cień motyla

Część 2.

Nie wytrzymał. Parsknął śmiechem. Jej donośny wrzask był zupełnym przeciwieństwem tego, co zobaczył. Wyglądem przypominała małą, niewinną dziewczynkę, ale krzyczeć potrafiła za dwóch. Tak, Baśka miała iście szatański charakterek!
- I co się śmiejesz? – jej ton brzmiał bojowo.
- To może ja zostawię was samych? – zaproponował Kacper i nie czekając na odpowiedź, wyszedł.
- Czemu jeszcze nie śpisz, hmm? – zagadnął Marek i bez najmniejszego skrępowania zajął miejsce na krześle obok.
- Wiesz co? Jesteś stuknięty! Przyjeżdżasz do MOJEGO domu w środku nocy i pytasz mnie, czemu jeszcze nie śpię? – potrząsnęła głową, jakby nie dowierzając – Dowiem się w końcu, po co tu jesteś?
- Przepraszam, za to najście. Planowałem wpaść tu kulturalnie rano, ale twój braciszek… zresztą nieważne – machnął ręką – A co do twojego pytania to myślałem, że to oczywiste.
- Najwyraźniej dla mnie nie!
- Jako policjantka powinnaś być trochę bardziej domyślna – odparował, w duchu karcąc się za swój niewyparzony język. Przecież postanowił, że nie da się sprowokować i nie dopuści do żadnej kłótni pomiędzy nimi. – Basia, wszyscy się bardzo o Ciebie martwimy. Przyjechałem Ci pomóc.
- Ty? Mi? Po-móc? – pytała, jakby postradała rozum.
- Tak – uśmiechnął się – Cały jestem do twojej dyspozycji! Możesz ze mną rozmawiać, przytulać się do mnie, kiedy tylko zechcesz! Taki Twój osobisty Marek Brodecki, co ty na to?
- Jesteś nienormalny!
- Zacięła Ci się płyta, Basieńko – odparował z tym swoim zawadiackim uśmieszkiem.
- Nie nazywaj mnie Basieńką, wiesz jak tego nie znoszę – fuknęła, robiąc naburmuszoną minę.
- Basia? – odezwał się po dłuższym milczeniu.
- Tak?
- Przy mnie nie musisz niczego udawać. Jeśli chcesz płakać – płacz, jeśli chcesz krzyczeć – krzycz…
- A co jeśli chce mi się spać? – zażartowała, przerywając mu.
- Wtedy ja utulę Cię do snu – wyszczerzył ząbki – No dobra, wystarczy, że będę w pobliżu – dodał, czując na sobie jej mordercze spojrzenie.
- Pościelę ci w salonie. Może kanapa nie jest zbyt wygodna, ale niestety nic lepszego nie mogę zaproponować.
- Dziękuję.
- Za co? Przecież to tylko nocleg!
- Za to, że nie wyrzuciłaś mnie stąd z hukiem – mrugnął do niej.

Rano obudziły go hałasy dochodzące z kuchni. Najwyraźniej rodzina Storoszów jadła właśnie śniadanie, bo słyszał wyraźne stukanie sztućców, rozmowy, a nawet śmiechy. Przetarł twarz otwartą dłonią i podniósł się z kanapy. Rzeczywiście nie była zbyt wygodna, ale nie chciał narzekać. Z zaskoczeniem zauważył, że jego walizka stoi tuż koło sofy. Najwyraźniej została tu przez kogoś przyniesiona, bo kiedy zasypiał z pewnością jej tu nie było. Wziął ze sobą kilka niezbędnych rzeczy i ruszył do łazienki, by się trochę odświeżyć. Gdy wyszedł, przypadkiem natknął się na Agatę.
- Cześć – przywitała się – Może zjesz z nami?
- Nie chciałbym sprawiać kłopotu – odpowiedział z wdzięcznością.
- Coś ty, to żaden kłopot! Jedno nakrycie więcej naprawdę nie robi różnicy przy tak licznej rodzinie – uśmiechnęła się lekko. W jej oczach widać było jednak ten cień smutku, jaki dostrzegł u Kacpra i Basi. Niby starali się żyć normalnie, a widać było, że coś ich gnębi.
- Basia jest z Wami? – spytał.
- Nie, Basia ostatnio nie jada z nami posiłków. Czasami tylko coś tam skubnie, gdy zanosimy jej tacę z jedzeniem do pokoju – nie trudno było dostrzec, że martwi się o siostrę.
- Czy ktoś już dziś zanosił jej jedzenie?
- Nie, miałam to zrobić po śniadaniu.
- Nie miałabyś nic przeciwko, gdybym Cię zastąpił?
Agata, widząc jego przymilny uśmieszek, nie potrafiła mu odmówić. Przygotowała śniadanie nie tylko Basi, ale i Markowi.
Już po kilku minutach Brodecki szedł z tacą, która aż uginała się pod nadmiarem przygotowanych pyszności. Były na niej talerzyki z: dwoma rodzajami dżemu, serem żółtym i topionym, chlebem, wędliną, świeżymi pomidorami. No i oczywiście dwa kubki z parującą jeszcze kawą. Zapukał do pokoju Basi, ale nie uzyskał odpowiedzi. Gdy ponowił próbę, zza drzwi usłyszał jej szorstki głos:
- Agata, naprawdę nie jestem głodna! Zjem coś później.
- Pudło, pani komisarz! To ja Marek. I otwórz te drzwi z łasi swojej, bo zaraz nasze śniadanie wyląduje na podłodze! – stwierdził głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Basia choć niechętnie, wpuściła go do środka
- Dzień dobry, czy zamawiała pani śniadanie do łóżka? – zapytał teatralnym głosikiem, stawiając tacę na jej stoliku nocnym.
- Zjedz sam, ja nie jestem głodna.
- Czy zdajesz sobie sprawę, że gdy zabiorę Cię dziś na spacer porwie Cię pierwszy lepszy wiaterek?
- Nie wybieram się na żaden spacer, chcę mieć święty spokój – odburknęła, usadawiając się na swoim „ulubionym” miejscu na parapecie.
- Przykro mi, ale nie ze mną te numery! Zjesz coś, choćbym miał Cię karmić na siłę!
- Marek – rzuciła mu taksujące spojrzenie – Doceniam Twoje starania, ale ja naprawdę wolałabym być dziś sama. Nie mam nastroju na jedzenie, rozmowy, a tym bardziej żarty!
- Wyganiasz mnie? – przybrał minę skrzywdzonego chłopczyka.
- Nie, ale myślę, że niepotrzebnie robiłeś sobie kłopot, przyjeżdżając tutaj. Mam się dobrze.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że Ci nie wierzę? – podszedł do parapetu, na którym siedziała i oparł dłonie o jej kolana. Poczuła się dziwnie. Odzwyczaiła się już od jego bliskości, ale musiała przyznać, że dotyk tych ciepłych, znajomych palców sprawił jej przyjemność. Był dla niej jednak równie krępujący.
- No dobrze, ewentualnie mogę troszkę zjeść – odpowiedziała, starając się ukryć zmieszanie. Jeśli zjedzenie śniadania miało ją uwolnić od dotyku Brodeckiego, to gotowa była się poświęcić! Tym samym powstrzyma szaleńczy taniec motyli w swoim brzuchu, jaki wywołał podkomisarz swoją bliskością.
Jedli, milcząc. Basia kątem oka zaobserwowała, że na twarzy Marka maluje się uśmieszek satysfakcji. Dopiął swego, a ją to cholernie denerwowało!
- To co, teraz spacer? – zaproponował, gdy skończyli posiłek.
- Pogoda nie jest najlepsza. Zbiera się na deszcz.
- Nie jesteś z cukru, a trochę świeżego powietrza ci się przyda – skwitował. Rzeczywiście jej twarz była strasznie blada, aż się prosiła o trochę tlenu.
- Nigdzie nie idę!
- Nie? – podniósł jedną brew do góry - W takim razie przejdę się sam, gdybyś zmieniła zdanie to jestem w ogrodzie – i po prostu wyszedł, a ona w myślach obrzuciła go najgorszymi epitetami. To nie było do końca tak, że nie chciała tego spaceru. Po prostu liczyła, że Brodecki trochę pozbiega o to, by mu towarzyszyła.

Marek, korzystając z okazji, że jest sam, wyciągnął z tylnej kieszeni komórkę i wybrał numer Zawady. Po kilku sygnałach usłyszał jego głos.
- No witam kolegę Brodeckiego!
- Witam kolegę Zawadę – odpowiedział tym samym tonem, ale nieco bardziej ironicznie.
- Jak tam w Przemyślu? Co u Basi?
- Rodzina Storoszów przyjęła mnie raczej przyjaźnie, a co do naszej Basi to pracuję nad nią.
- Tylko nie przesadź z tym „pracowaniem”!
- Bardzo śmieszne, naprawdę.
- Życzę powodzenia i cierpliwości. Wcześniej, czy później uda Ci się do niej dotrzeć, zobaczysz – starał się pocieszyć przyjaciela.
- Liczę na to. Na razie przyznam, że łatwo nie jest – westchnął – A co słychać na komendzie? Macie jakąś nową sprawę?
- Papierki, papierki i jeszcze raz papierki!
- Coś nie chce mi się wierzyć, że sam się za nie zabrałeś.
- Julia i Rafał mogą się wykazać – odparł, a Marek przysiągłby, że na twarzy inspektora pojawił się teraz kpiący uśmieszek. Właśnie w tej chwili zobaczył, zmierzającą ku niemu Baśkę.
- Słuchaj Adam, muszę już kończyć. Zadzwonię później.
- Trzymaj się i pozdrów ode mnie Basię!
Marek rozłączył się i schował telefon spowrotem do kieszeni.
- To Adam?
- Nie, moja nowa laska – odparował z głupim uśmieszkiem – Tak, Adam – dodał już całkiem serio, tak na wypadek, gdyby Storosz nie zrozumiała jego żartu.
- Co u niego?
- Wyzyskuje Julię i Rafała. A poza tym Cię pozdrawia!
- Też go pozdrów przy najbliższej okazji – odpowiedziała i nie czekając na Marka, ruszyła przed siebie. Gdy poczuła zimny powiew wiatru na swoim ciele, oplotła się rękoma.
- Zimno Ci? Służę swoją kurtką – zaoferował.
- Nie trzeba i tak zaraz wracam.
- Czy nie chciałabyś ze mną o czymś porozmawiać?
- Co masz na myśli? – odwróciła ku niemu twarz, nie rozumiejąc o czym mówi.
- O twoim ojcu. Czasami dobrze jest się komuś wygadać, ale jeśli nie jesteś jeszcze gotowa, poczekam – oznajmił tym swoim ciepłym, aksamitnym głosem. Już dawno nie zwracał się do niej takim tonem.
- Daj mi jeszcze trochę czasu, obiecuję, że wrócimy jeszcze do tej rozmowy – leciutko się uśmiechnęła. Chyba naprawdę zaczynała doceniać, że Marek jest tu z nią. Przy nim czuła się o niebo lepiej niż zamknięta w swoich czterech ścianach.
- Mam pewien pomysł – powiedział nagle podczas, gdy spacerowali po ogrodzie – Mogłabyś na jakiś czas odciąć się od tego wszystkiego, spokojnie przemyśleć pewne sprawy i poukładać je sobie.
- Coś ty wmyślił? – przystanęła i wbiła w niego swojego pytające spojrzenie.
- Wyjedź ze mną na kilka dni w góry – poprosił, używając jednego z tych swoich zniewalających uśmiechów.

olaj93 - 2009-07-09, 20:28

Mam pytanie dopiero co skonczylalm czytac wasze wszystkie opowiadania ktore sa na forum i zaciekawilo mnie opowiadanie Jedwab czy jest moze gdzies jakas kolejna czes czy jego autorka juz zaprzestala je pisac. Wasze wszystkie opowidania zapieraja dech w piersiach sa poprostu nieziemskie :) Czekam na cd
sysia16223 - 2009-07-09, 21:22

Ves cuuuudo :-)
Bliźniczki&Ola Oj Marek łobuz :-/ Nie ładnie tak, co za drinki z Anitkami :-P Biedna Basia... No ale ja myślę, że to się wszystko jakoś ułoży... Prawda? :-D Czekam na cedeka :-)
Kasieńka- Góryyyyyy... :-D Ahh... Kapitalny pomysł :-) Tam dopiero będą śniadanka :-D Koniecznie pisz nową część :-D

Cz.3


-Co będzie na kolacje?
Wrrrr... Jak to możliwe, że wystarczy jedno zdanie wypowiedziane przez Brodeckiego, a Basi nerwy osiągają zenitu? Siedziała właśnie w kuchni, przegryzając coś na szybko. Nie miała już sił robić coś porządnego, po za tym jej lodówka świeciła pustkami, więc problem rozwiązywał się sam. Co do Marka, to jak zapowiedział tak zrobił. O żadnym hotelu nie było mowy, zresztą sama w duchu przyznała, że nie miała by serca wyrzucić go na bruk po ciężkiej podróży. Tak, ale przecież był jeszcze inny powód. Wreszcie nie czuła strachu przebywając w kuchni po zmroku. Tak, to prawda, bała się tego domu! Nie żeby była tchórzem, ale za dużo tu było zakamarków, nieużywanych pomieszczeń. Ten dom był zdecydowanie za duży, jak na jedną osobę!
-Halo?- Brodecki stał w drzwiach, usilnie starając się zwrócić jej uwagę.
-Co znajdziesz jest twoje.- powiedziała siadając na krześle.
-Jakie to wspaniałomyślne!- warknął- Znasz takie słowo jak gościna?
-Nie jesteś moim gościem. Z tego co pamiętam tytułowałeś się nowym współlokatorem.- odparła nawet na niego nie patrząc. Irytowało ją jego zachowanie. Dobrze się nie pojawił, a wydaje mu się, że może wszystko!
-Nie było pytania.- odparł ruszając do lodówki.- Boże, przecież tu jest tylko światło! Co ty w ogóle jesz?
-Właśnie jem tosta.
-Mam rozumieć, że jesz tylko tosty? Baśka, czy ty jesteś poważna! Przecież jesteś lekarzem, wiesz jak może się to skończyć.- był tak zdziwiony, że wręcz zły. Czy ta dziewczyna ma w ogóle pojęcie, w co się pakuje?
-Jest ok!
-Jasne, a dzisiejsze omdlenie?
Zacisnęła zęby ze złości. Co on sobie do cholery myśli?! Że będzie jej prawić kazania? Co to,to nie!
-Jeśli myślisz, że...
-Ok Basiu, koniec...- przerwał jej siadając przy stole. Twarz ukrył w dłoniach.- Jestem na prawdę zmęczony.
Złość nagle odpłynęła. Na policzkach pojawiły się rumieńce zażenowania. Co też ona najlepszego robi? Nie ważne, jak bardzo nie lubi Brodeckiego, dziś był nowym domownikiem i to jej przypadł prymat.
-Chcesz tosta?- zapytała nagle, dziwiąc się sobie, że w ogóle padło to pytanie.
-Jeśli nie ma nic innego.- odparł spoglądając na nią z uśmiechem.- Poproszę. Ale od jutra ja tu przejmuję pałeczkę w gotowaniu.
-Nie ma sprawy!- wstała i energicznie zaczęła smarować kromki.- I tak za tym nie przepadam.
-Dlatego się głodzisz?
-Już myślałam, że się dziś jakoś dogadamy!- warknęła spoglądając na niego.
-Basia jesteś strasznie chuda.- powiedział tak spontanicznie jakby mówił o pogodzie, przejeżdżając przy tym po jej wąskiej talii Odwróciła się od niego, by ukryć rumieniec. - Powiedź mi lepiej, jak podzielimy się dyżurami?
-Hmmm... Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia.- odparła, podnosząc do góry grzankę- Z marmoladą, czy masłem orzechowym?
-Masło orzechowe! Wezmę pacjentów Janusza, a ty swoich. Do ludzi będziemy jeździć we dwoje. Może być?
-Zostaje problem wezwań nocnych.- powiedziała, stawiając przed nim talerz z kolacją.
-Co?- Barwa jego głosu, była tak ostra, że Storosz zadrżała. Patrzył na nią ze złością, której nie widziała jeszcze w jego oczach.-Powtórz?!
-Wiesz, czasem zdarza się, że w nocy dzieje się coś złego, wtedy dzwonią do Ciebie...
-... Nie tłumacz na czym to polega, bo to wiem! Baśka, tylko mi nie mów, że oprócz dyżuru w przychodniu, dyżurowałaś w nocy!
-Właściwie to.... to tak...- odparła niepewnie.
-Nie wierzę! Postradałaś zmysły? Przecież tak się nie da! Dziwie się, że w ogóle jeszcze funkcjonujesz!
-Przestań!- chciała przerwać ten napływ złości.
-Nie przestane! Dziewczyno, przecież ty możesz za niedługo stać się jednym ze swoich pacjentów! Dziś miałaś na to dowód w swoim gabinecie.
Storosz jak oparzona zerwała się z zajmowanego miejsca. Dlaczego on to robi? Nawet teraz, gdy wydawało jej się, że dojdą do porozumienia! Nigdy się nie zmieni, wiecznie będzie ją upokarzał! Chciała wyjść, pobiec do swojego pokoju, postąpiła krok i nastała ciemność.

Gdyby siedział dalej nie zdołałby jej złapać. Spadła naglę, pozbawiając go resztki złości, która jeszcze w nim siedziała. Pracował automatycznie, ale całe jego ciało było spięte. Czuł wyrzuty sumienia, przecież to on doprowadził tą małą istotkę do kolejnego w tym dniu omdlenia. Dopiero, gdy otworzyła oczy poczuł ulgę.
-Basiu? Słyszysz mnie?- zapytał delikatnie, gładząc ją po policzku. Trzymał ją w ramionach i tulił delikatnie, jakby bojąc się, że znów odpłynie.
-Tak.- odparła ledwo słyszalnie. W ustach miała pustynie, a w uszach jej szumiało. Jakby czytając w jej myślach, Marek przyłożył jej do ust szklankę z wodą. Wypiła zachłannie, czując, że świadomość do niej wraca.
-Lepiej?- jego głos, był nie do poznania. Gdzie się podziała ironia i kpina?
-Tak.- wyszeptała, próbując wstać.
-Siedź!- powiedział jej w prost do ucha. Poczuła na szyi jego oddech i dopiero do niej doszło, że znajduje się w jego ramionach. Zadrżała.- Zimno Ci?
-Chce iść do siebie do pokoju.- odparła po kilku sekundach. Nim zdążyła zrozumieć co ma zamiar zrobić, niósł ją na rękach po schodach. Nie miała zamiaru się wyrywać, może dlatego, że nie miała siły, a może dlatego, że było jej błogo.
Otworzył nogą drzwi do jej pokoju i zamarł. Kolejna rzecz, która go zadziwiła. Spodziewał się zobaczyć surowe pomieszczenie, idealnie pościelone łóżko i wszystko na swoim miejscu. Taka właśnie wydawała mu się Basia.
-Przepraszam za bałagan.- powiedziała speszona, gdy kładąc ją na łóżko rozejrzał się z zaciekawieniem.
Pokój był obszerny, jasny i przytulny. Gdzie nie spojrzeć stały ramki z zdjęciami rodziny, świeczki, kwiaty. Ogólnie panował w nim lekki bałagan, co dodawało mu jedynie uroku.
-Nic nie szkodzi. Przyjemnie tu u Ciebie.- powiedział szczerze, siadając na skraju łóżka.- Powiedź mi lepiej jak się czujesz?
-Jest dobrze, przepraszam!- odparł speszona.
-Nie, to ja chciałbym Cie przeprosić.- Wiedziała, że mówi prawde i serce jej się ścisnęło. Marek Brodecki ją przeprasza. A jednak!- Zachowałem się nie w porządku, nie powinienem...
-Koniec! Nie wracajmy do tego tematu.
-W porządku. Dziś obowiązki dyżurnego przyjmuję na siebie, ale jutro dzwonie do okolicznych lekarzy. I nie chce, nawet słyszeć słowa: ale!- Dodał widząc jak Basia otwiera usta, by dodać swoje trzy grosze.
-Ci ludzie mi ufają...
-Tak, wiem. Ale chcą również twojego dobra. Teraz Basiu idziesz spać. Jutro porozmawiamy.
-Nie poddam się!- odpowiedziała hardo, uśmiechając się przy tym.
-Domyślam się- Rozluźnił się, pozwalając sobie na głośny śmiech. Co za uparciuch z tej Storoszowej.- Dobranoc pani doktor!
-Dobranoc panie doktorze!

Kasieńka - 2009-07-09, 22:11

No widzę, że państwo doktorowie odnajdują coś jakby nić porozumienia :lol:
Fajne jest to ich przekomarzanie :D
Extra!
Sysia, cedeka!

Stokrotka07 - 2009-07-09, 23:48

Kasia to opowiadanie jest świetne ;-) Wydaje mi się, że tam w górach się będzie działo. A poza tym Marecki jest śmieszny w tym opku :-D Jakoś tak nie wiem :-D
Sysia -czyżby wszystko szło ku dobremu? ;-) Czekam na kolejną część ;-)

olka - 2009-07-10, 10:20

Kasia nowe opo jest genialne. Bardzo mi sie podoba.
Wyjazd w góry to całkiem fajny pomysł.
Ciekawe tylko czy Basia sie zgodzi, ale Marecki już pewnie się o to postara :lol:
Czekam na cedek! Mistrzostwo!;*;*;* ;-)

Sysia, uroczo wyglądają te ich wzajemne docinki i zgryźliwe uwagi :lol:
Jednak chyba powoli zaczynają odbierać na tych samych falach.
Zobaczymy jak sytuacja dalej się rozwinie. Brodecki bardzo przejmuje się stanem koleżanki :-P
CeDeKa! Cudnie!;*;*;* ;-)

vestito - 2009-07-10, 12:33

Olka I Bliźniaczki - jak mi szkoda Baśki... Kurczę długie opowiadanie ale szybko pochłonęłam ;D

Kasieńka - Aj, aj... Mareczek niech opiekuje się Basieńką, niech się nia opiekuje. i jak pojadą razem, Baska raczej się zgodzi, prawda? I jak pojadą razem to będzie cudownie, na pewno... Na pewno!

Sysia - Basia biedna... Przemęczona, przepracowana. Jednak na lini doktor-doktor robi się coraz lepiej! Niech Baśka nie będzie taką pracoholiczką i niech razem się podzielą z Brodeckim i niech między nimi będzie jeszcze lepiej!


____
dzięki! ;**


Truskawka w doniczce

cz. 3 ZAMKNIĘTE Z POWODU REMONTU. PRZEPRASZAMY.


Kelnerka postawiła przede mną sześć, podobno bardzo dużych, pierogów. Co prawda są duże, ale nie tak duże jak kiedyś robiła moja babcia. Kelnerka polała mi je sosem z opalona cebulką. A mówiłam jej, że nie chcę, mówiłam? Oczywiście, że tak, ale przecież ona ma tylu klientów oprócz mnie, aż jeden, że mogła zapomnieć. „Proszę mi wybaczyć, ja jestem na nogach cały dzień”, jasne rozumiem. Tyle, że ja też jestem na nogach cały dzień i chciałam coś normalnego zjeść. Przemilczałam swoją odpowiedź, pokiwałam zmęczonej kelnerce i jeszcze się do niej grzecznie uśmiechnęłam. Pierogi maja być podobno bardzo smaczne, bardzo, bardzo. Jeśli będą tak samo smaczne jak duże to chyba już teraz powinnam poszukać toalety. Przegryzłam jeden i natychmiast odstawiłam. Dziesięć złotych poszło na zamrożone pierogi. Pewnie dlatego polała mi tą cebulką. Rzuciłam serwetkę na talerz, głośno odsunęłam krzesło i wyszłam z tego lokalu, nienajedzona i o dziesięć złotych biedniejsza. Ruszyłam już nie do baru a do McDonaldu, przynajmniej tam zjem pewną tortillę z sosem słodko-kwaśnym, kupię do tego frytki, colę i na ten czas mnie nie ma. Wyłączę jeszcze telefon, tak jak to robią na wszystkich amerykańskich serialach. Oczywiście, że nie mam potrzeby wyłączać telefonu, bo i tak nikt do mnie nie dzwoni, ale szpan musi być. Musi? Musi!
Uradowana szłam do tego miejsca gdzie w końcu zjem, kiedy zauważyłam prace drogowe. Baśka, tylko się nie denerwuj, nie denerwuj się. Nie zjesz za 2 minuty tylko za 3 minuty. Nic ci się nie stanie. Ominęłam cudownie rozkopane przejście dla pieszych, poszłam na drugie. Musiałam stać na wysepce, bo przecież samochody zawsze mają pierwszeństwo, a jakże. A jak człowiek jest głodny? A jak człowiek chce zjeść swój pierwszy posiłek od kilkunastu godzin, to nie ma pierwszeństwa. I to jest w tym kraju sprawiedliwość. Przekładam jedną nogę na drugą. Że niby szybciej czas minie, a to tylko mnie denerwuje. Jeszcze bardziej. Jakaś starsza pani uśmiechnęła się do mnie, a potem do swojego wnuczka i powiedziała:
- Widzisz kochanie, pani też chce się siusiu a nie płacze.
O matko boska! Do czego to doszło! Czy naprawdę to tak wygląda? Cóż. Uśmiechnęłam się do dzieciaka i kiedy zobaczyłam czerwone światło dla samochodów ruszyłam na ulicę. Kiedy byłam już na środku ulicy światło zielone zaczęło się zmieniać na czerwone. Pewnie. W końcu piesi mają motorek zamontowany z tyłu. Cóż. Jest dobrze. Już dawno widzę miejsce gdzie mogę zjeść. Jestem coraz bliżej, bliżej i co jest? Znowu rozkopana droga? O matko boska! Przejście jest, oczywiście, że jest tylko musze obejść dwa wielkie stare budynki i wejść od innej strony. Pójdę, pójdę, pójdę! Niech wiedzą, że mają wytrwałego klienta. Ja nim jestem. Przeszłam już jeden duży dom. O proszę, jak to dobrze, że remontują drogę, bo na tej wystawie widziałam cudowne butki. Idealnie będą pasować do tej bluzki, która została wysmarowana ketchupem. I tylko trzydzieści dziewięć złotych kosztowały. Częściej mogę kupować takie buty! Uśmiechnięta przeszłam koło kina. Koło lodziarni, jakiś pan wesoło sobie coś śpiewał. Milutko, facet robiący lody. W końcu jestem koło McDonalda. Zaraz zjem pyszną tortillę, pyszne frytki…
ZAMKNIĘTE Z POWODU REMONTU. PRZEPRASZAMY.
Rozumiem to. A nie można wcześniej było o tym napisać? Nie można było? Tylko człowiek każe swoim nogą przejść taki kawał tylko po to, aby przeczytać taki napis. To jest niesprawiedliwe. Naprawdę. I gdzie ja teraz zjem? Widziałam turecką restaurację, może tam pójdę? Co mi szkodzi. Cofnę się, w końcu jeśli chce się zjeść na mieście to znaczy, że w ogóle się nie pracowało.
Znalazłam tą restaurację. Ceny zawrotne na wstępie. Wejście do toalety – trzy złote i pięćdziesiąt groszy. Cóż, za wygodę się płaci. Uśmiechnęłam się do bardzo męskiego kelnera, który mnie zaprowadził na moje miejsce. Mówił coś swoim płynnym głosem, a ja patrzyłam się w menu. W rubrykę: ceny. Dam radę. Najwyżej przez dwa tygodnie nie będę nic jadła.
- Co pani zamawia?
- Wodę, poproszę – odpowiedziałam i odłożyłam kartę z daniami.
Kelner uśmiechnął się do mnie, ja do niego i odszedł. Musiałam trochę się poruszyć na krześle, żeby zobaczyć jego jędrne pośladki. Aj, ale on nimi kręcił. Nie! Nie kręcił, jak on genialnie chodził! Aj, tak, tak. Mieć takiego faceta. Chociaż… Nie pogardziłabym Rekinem. Męski, ma piękne plecy, piękny głos, piękne oczy i jest ah, ah. Ale ta długonoga, ona stanowi ewidentnie problem. Kelner przyszedł i postawił przede mną wodę. Ma piękne dłonie, takie… Męskie i jednocześnie. Piękne! Pewnie chce, abym zamówiła znowu coś, bo przecież na wodzie za sześć złotych to oni dużo nie zarobią. Przeglądam menu, przeglądam, przeglądam, przeglądam…
Dumicz?!
To nie może być prawda!
Dumicz?!
Oczywiście, że to może być prawda, przecież on jest bogaty, więc może jeść w takich restauracjach, o matko boska! Dlaczego on usiadł naprzeciw mnie? Może powinnam się ewakuować i wyjść? Albo… Albo nie wiem. On zaraz tu przyjdzie, a ja nie wiem co zrobię. Nie wiem, nie wiem. Może powinnam poprosić kelnera, żeby do mnie się przysiadł? Żeby udawał mojego chłopaka? A może wypożyczę od tej kobiety, której właśnie oświadcza się mężczyzna, mężczyznę? Nie. Ja jestem silna, twarda i dzielna i nie straszne mi żadne wyzwania, nawet taki Dumicz. Kim on właściwie jest? O nie poddam się tak łatwo.
- Przepraszam, mógłby pan na chwile przysiąść do mojego stolika, bo w zasadzie, chciałabym z panem porozmawiać – nie zapomniałam o uśmiechu numer siedem i poprawieniu włosów. Kelner na mnie spojrzał, odwrócił się, potem znowu na mnie spojrzał, potem znowu się odwrócił i usiadł w końcu.
- O czym pani chce ze mną porozmawiać? – Co za miła obsługa! Bardzo miła, takiej dawno nie widziałam, z taką dawno nie rozmawiałam. A ten jego uśmiech, szczery, pełny wyrozumiałości. Oh, tak… Dlaczego ja nie mogłam spotkać takiego mężczyznę? A może ja właśnie spotkałam? Siedzi przede mną cudowny mężczyzna więc trzeba go jakoś zagaić. Niech wie Jacek Dumicz, że mnie interesuje, że się go nie boję, że ble, ble, ble.
- O cenie ubikacji?
Co ja mówię? Co ja palnęłam?! Teraz się na mnie jak na idiotkę patrzy, a wszystko przez Dumicza, bo na mnie spojrzał, to przez ciebie kolego, to przez ciebie nieprzyjacielu, to przez ciebie przystojniaku. Moja łyżka trafia w twoje oko, ty spadasz na podłogę, ja klęczę nad tobą, odmawiając pacierz, a zaraz przychodzi ksiądz i daje ci ostatnie namaszczenie i tak pokonałam Dumicza! Brawa, brawa! Światła na mnie, o tu… Tak stanąć czy może żeby bardziej było widać nogę? I który uśmiech?
- Jeśli panią nie stać, to bardzo proszę iść do naszej… Dla obsługi.
Mogę jednak użyć łyżki do czegoś innego? Zrzucę ją na dół, zejdę pod stół i będę jej szukała przez jakiś czas, aż kelner odejdzie pewny, że pochłonęło mnie coś. O właśnie tak zrobię.
Bam!
Schodzę na dół pod stół i szukam… Jak tu ciemno. Nic nie widzę i jeszcze ten obrus. Matko, nic nie widzę. Ciemność, ciemność. Dobrze chociaż że ten stół jest wysoki. Przekręcam się trochę i mam. Mam łyżkę. Łapię się za coś miękkiego. E! Dlaczego to się ruszyło? Mamo! Co jest… No nic. Co to takie… twarde? I miękkie jednocześnie? Bardzo fajne krzesła mają. Bardzo. Tylko jakoś niższe wydawały mi się. I wydawało mi się, że one się nie ruszały. Zaraz, zaraz. O właśnie kończy się obrus… Podniosę go i wyjdę. Nareszcie będzie jasność, nareszcie! Jest, podniosłam i co widzę? Wzrok kelnera i jego ręce koło moich rąk na jego udach. To ja naprawdę jestem? Nie, to nie ja. To nie ja wychodzę spod stołu koło niego. Spod stołu! O matko, jak to musiało wyglądać! Może nikt nie widział i zdążę się schować? Uda mi się, uda!
- Baśka?! A mówiłaś, że ty nie jesteś taka szybka!
Czy to był na pewno głos Dumicza? Przełknęłam ślinę. Co ja mam teraz zrobić? No co ja mam teraz zrobić? Nie schowam się, wyjdę. O wyszłam. Stanęłam, poprawiłam spódniczkę, poprawiłam rozpięta bluzkę i włosy. Dlaczego one się aż tak zburzyły? Spojrzałam hardo w twarz Jacka i się do niego głupiutko uśmiechnęłam. Jego mina była miną bezcenną. Takie zmieszanie połączone z niesmakiem i fascynacją? Z pewnością. Cóż, czekałam na to, aż coś takiego zobaczę. Cudowny widok! Poprawiłam jeszcze raz włosy, później będę się martwić tym, jak to wygląda. Jak to musiało wyglądać i jak teraz czuje się kelner.
- Pozory mylą kochany – odpowiedziałam pewnie. Z uniesiona głową. Pokręcił głową. Kelner patrzył raz na mnie, raz na niego. Czy to naprawdę aż tak wyglądało? Kurczę jakiś włos wpadł mi do oka i muszę go wyjąć. A miałam taką piękną pozę!
- Zatem, czy mogę też czasami skorzystać z takich usług?
Nie, nie, nie… To naprawdę był głos Rekina?! Jeszcze jego tutaj brakuje!

Stokrotka07 - 2009-07-10, 13:25

Haha, Ves dlaczego skończyłaś w takim momencie? ;-) Ale świetna część :-D
Ja sobie już wyobraziłam taką niesforną Barbarę i skonsternowanego Jacusia :-D świetnie:*

Ninuś - 2009-07-10, 13:58

Nadrobiłam! Łoooo ile do czytania!

Kasia
Pomysł bardzo dobry. Uwielbiam dialogi B & M kiedy tak pięknie się droczą. Łaaaaaaaa! Marek ma u mnie mega plusa za tą siłę i że się nie poddał, kiedy Basia go wyganiała i prosiła, żeby poszedł. Żal mi Basi… zwłaszcza, że ojciec był dla niej kimś naprawdę ważnym. A nich ona jedzie z nim w te góry, bo czuję, że tam może się dużo wydarzyć :D ;**

Olka&Twins
Uwielbiam to opowiadanko! A Marek mnie strasznie wkurza! Wrr… jak on tak może, no jak!? Kurcze, mógłby chociaż udawać, że cieszy się, że będzie ojcem, ale nie bo pan Brodecki musi strzelać fochami na prawo i lewo. A teraz… no nie mówcie, że on zdradzi Baśkę z sekretarką! Nie może! Ekstra! ;** ;**

Sysia
Noooooo! Jakoś im się rozmowa klei! Ale Baśka chyba jednak trochę przesadza! Głodzi się, nie sypia, jest za bardzo wyczerpana… I te omdlenia… Niech odpocznie sobie trochę. Jest przecież Marek, to niech ją trochę odciągnie od tych wszystkich obowiązków. Albo lepiej – niech się razem jakoś rozerwą! Boska część! ;**

Ves
No nie powiem interesujące przygody ma ta Baśka :D hahaha! I w fajnym stylu napisane… Kurcze, tylko zastanawiam się, czy w tym opowiadaniu wystąpi Marek? Mimo wszystko bardzo fajne opowiadanie! ;) ;**

Czekam na cedeczki!!!!!

isis - 2009-07-10, 15:55

O kurcze ile opowiadań :shock:
Dziewczyny zabieram się za czytanie!
Mmmm widzę tu same cudeńka;D
Kasia,P&E&O,Sysia,Vestito-same mistrzynie:)
Idę czytać!xD

Twins - 2009-07-10, 18:51

EDIT:
Kasia - w góry? Skoro Marek proponuje wyjazd w góry to szykują się niezłe atrakcje! :D Ty wiesz, że strasznie nam się podoba! To opowiadanie strasznie wciągające, nie mówiąc już o stylu i tak dalej. Genialnie mistrzu ;-** :D
Sysia - Jak juz ktoś zaproponował, niech się rozerwą. Może trochę przystopować z pracą! opowiadanie strasznie fajne. Taka inna rola naszych Zuchów. Świetnie! :) ;-**


"Lek na całe zło"
Cz. 9

Nie był świadom tego, iż dźwięk pracującego silnika w oddalającym się samochodzie Jego syna będzie go aż tak prześladować. Słyszy go ilekroć wejrzy oknem na parking przed garażem. Teraz ciągle jest pusty. I pomimo tego, iż wiele razy, niejednokrotnie tracąc cierpliwość, upominał syna, by ten nie wystawiał tak drogiego samochodu na widoku dla złodziei, teraz oddałby wszystko, by mógł jeszcze raz go upomnieć.
Zdawało Mu się jakby to było wczoraj: krzyki żony, awantura…
I słowa, jakie teraz się wstydzi nie poprzeć, a którymi wcześniej, wypowiedzianymi z ust własnego syna się brzydził.
A brzydził się prawdą.
Prawdą, która iż była dla Niego bolesna, to cieszył się, że ją poznał.
Już sam nie wiedział, kto odszedł pierwszy. Marek od Niego w porywie złości, czy On sam od Marka, poślubiając nieodpowiednią kobietę będąc głuchym na wszystko inne.
Nie wiedział tylko, że Marek potraktuje bardzo dosłownie krzyki: Zejdź mi z oczu, wynoś się! – które co rusz odbijały się echem w Jego głowie.
Początkowo był nawet o to wściekły na syna, myśląc, że ten tylko znalazł sobie odpowiednia okazję, by się wynieść. Ten rozpieszczony gówniarz, jak myślał o Marku, bezczelnie wykorzystał jego zdenerwowanie interpretując na opak jego słowa. Spodziewał się po nim trochę więcej zdrowego rozsądku i dojrzałości.
Już samo wspomnienie tego zaciskał pięści ze złości.
Nie wyrzucił go przecież z domu! Nigdy by tego nie zrobił, choćby nie wiadomo czym by go rozwścieczył, jak wielkie by było jego przewinienie. Bo przecież to, że On kazał mu w ostry sposób wyjść w jego gabinetu, nie oznacza, by Marek miał wynosić się z jego życia. Liczył na spokojną rozmowę, później, gdy już ochłonie po awanturze, jaką rozpętał.
W zamian jednak usłyszał tylko pisk opon i dźwięk włączonego silnika jego dżipa.
Wyszedł od niego taki wzburzony, taki wściekły, że On od razu domyślił się co jego pierworodny kombinuje. Nawet On ni podejrzewałby Marka, że zrobi coś tak lekkomyślnego jak opuszczenie Jego domu w taki sposób, by przez ten cały czas odkąd odszedł, czuł się temu wszystkiemu winny.
Miał nadzieję, że blokując mu fundusze, zmusi syna do powrotu.
Przeliczył się jednak. Po raz pierwszy źle ocenił sytuację.
Marek uparcie dalej robił swoje aż wreszcie powiedział dość. Już za długo temu pobłażał. Nazwał jego zachowanie kaprysem, robieniem na złość staremu, buntem, któremu to należy się przeciwstawić i którego już dłużej nie można tolerować w jego szanowanej rodzinie. Wszystko byle tylko zapomnieć o swoich wyrzutach sumienia.
Tak naprawdę jednak ten stanowczy, konsekwentny i zamknięty w sobie człowiek bał się, że straci swojego jedynego syna na zawsze w wyniku własnej ślepoty. To nie były już te czasy, kiedy kara wystarczała, kiedy zrobił coś, czego nie powinien lub coś wbrew jego woli.
Teraz codziennie zastanawiał się czy ma gdzie spać, co jeść, dokąd zmierza. Obwiniał się, że nie zna go na tyle dobrze, by to wiedzieć, modląc się, by jego kara ominęła.
Z chwila, gdy w dzień po wyjeździe Marka, Karina zarządzała rozwodu, zrozumiał syna bardziej niż kiedykolwiek.
„Moja krew” – przeszło mu przez głowę z uśmiechem, pomimo tego, ze sprawa rychłego rozwodu nie była kolorowa. Prokurator Brodecki nie przejął się jednak tym zbyt mocno. Jeśli będzie musiał, zapłacić za naiwność, wiarę w miłość młodej dziewczyny do starca.
Człowiek, który to zawsze miał nosa do ludzi, musiał przyznać, że tym razem jabłko tym razem nie spadło daleko od jabłoni. Tym razem jego syn nie dał się oszukać intrygantce. Cieszył się, że tym razem to Marek miał rację.
Doszedł także do wniosku, że też w przeciągu swojego całego życia nie robiłby niczego, czego nie uważałby za słuszne, czego nie czuł. Dlatego postanowił przebaczyć mu rzucenie studiów prawniczych, zobowiązując się pomoc w znalezieniu własnej drogi.
Oboje pomimo sporych różnic, byli do siebie bardzo podobni. Kiedy zdał sobie wreszcie z tego sprawę, nie mógł go stracić.
Dlatego też wynajął specjalistę by odnalazł Marka. Posłużył się namiarem na znanego w stolicy prywatnego detektywa, Mariana Stópkę, człowieka może o dość komicznym i niepozornym nazwisku, niskiego wzrostem, ale za to który za cenę honoru ceni sobie dyskrecję. Posiada przy tym bardzo skuteczne metody, by rozwiązać każdą powierzoną mu sprawę, licząc sobie stawkę od godziny.
Brodecki jednak gotów był zapłacić każdą sumę. Zastrzegł sobie jednak prawo, by detektyw choćby i siłą, a sprowadził jego syna do Warszawy, nie zważając na protesty.
Długo jednak nie otrzymywał od Pana Mariana żadnej wiadomości o Marku. Postanowił więc do niego zadzwonić, by dowiedzieć się choćby o najmniejszej poszlace.
Ten przemierzał właśnie markowym autem jedną z ulic Pojezierza Wielkopolskiego i patrząc na drogę, odebrał, przełączając na tryb głośnomówiący w zestawie samochodowym.
Rozmowę zaczął Brodecki:
– Witam pana. Chciałbym się dowiedzieć co z moim synem. Wie pan dokąd się udał?
– Zdaje się, że natrafiłem na coś, co może naprowadzić mnie na jego ślad. Jakieś dwa tygodnie temu ktoś posturą przypominający pana syna, dzwonił z budki telefonicznej niedaleko szpitala powiatowego w jednej z wielkopolskich miejscowości.
¬– Ale skąd pan ma pewność, że to mój syn? To mógłby to być każdy! Płacę panu i żądam, by pana informacje były bardziej konkretne. – był już zniecierpliwiony tymi skrawkami, z jakich wynika tylko, że Marek udaje się na zachód od Warszawy.
¬¬– Abonentką była pani Zuzanna Ostrowska.
– Tak, to jego przyjaciółka. – w tonie jego głosu wyczuć można było powątpiewanie. – Ale skąd ma pan pewność, że to mój syn dzwonił?
– Moi ludzie podsłuchali jej rozmowę z chłopakiem na temat Marka w Warszawie. Opowiedziała w jaki sposób się kontaktują. Sprawdziłem także jej bilingi i pana syn kontaktował się z nią już kilkakrotnie. Zawsze z budki telefonicznej. Ostatnie dwa połączenie z tej samej. Później nastąpiła cisza. Najwidoczniej brakowało mu impulsów i …pieniędzy.
– To nic nie zmienia! Mój syn jak już coś postanowi to nawet brak pieniędzy go przed tym nie potrzyma.– upierał się. – Ma pan coś jeszcze? – zmienił temat.
– Tak, wydaje mi się, że wiem dlaczego pana syn wykonał te dwa telefony do przyjaciółki nim urwał się z nim kontakt. – wyjaśnił jak zwykle opanowanie, ostrożnie opowiadając o jakiejkolwiek poszlace, dowodzie.
– Co to takiego?
– Otóż pana syn trochę dalej niż dwa tygodnie temu został okradziony i pobity przez nieznanych sprawców. Z tego co zeznał na policji nie widział ich twarzy, ale trafił na obserwację do jednego z okolicznych szpitali. Miał złamane dwa żebra i liczne potłuczenia. Zdaje się, jednak że znalazł się tam tylko dlatego, że patrolujący teren policjanci zauważyli go nieprzytomnego na chodniku.
– Słucham??? – Brodecki nie był w stanie w to uwierzyć. – Musi pan go znaleźć! Rozumie pan?! Mój syn musi wrócić do domu nim znowu wpadnie w kłopoty!
– Jest jeszcze coś. – dodał detektyw.
Prokurator jednak obawiał się, że może być to coś jeszcze poważniejszego.
– Niedługo potem namierzył go policyjny radar. Skończyło się na pouczeniu. Najprawdopodobniej dłużej przebywał w małej wiosce kilkanaście kilometrów od szpitala. Właśnie jadę sprawdzić autentyczność tej informacji.
– W takim razie nie przeszkadzam i następnym razem liczę na jakieś dobre wieści. – rozłączył się, chwile obracając telefonem w dłoniach z nieobecnym wzrokiem.
Teraz naprawdę miał powody do obaw o życie własnego dziecka…

*****

Zdziwiło ją to nietypowe milczenie Marka, kiedy oboje w ciszy wracali do namiotu. Nie odezwał się do niej odkąd urwała ich rozmowę na temat jej byłego chłopaka. Chciała nawet zapytać, czy wszystko w porządku, czy go nie uraziła, ale szybko zrezygnowała.
Bo niby czym miałaby go urazić? Nie powiedziała nic złego. Odpowiadała tylko na jego pytania i może dodała coś od ciebie, całkowicie szczerze. Jak tak teraz patrzy, to nawet nie powiedziała za wiele. Tylko niezbędne informacje, by jakoś sensownie złożyć zdanie.
Marek milczał, bo miał jakiś powód. Ona by tylko chciała wiedzieć jaki.
Samej było jej jakoś głupio zaczynać rozmowę. Zwłaszcza jeśli poprzednia zahaczała o jej dość prywatne sprawy. Nie wiedziała czy to odpowiedni moment na dalsze zwierzenia. I o czym mieliby mówić? Teraz ona ma go wypytać o jego poprzednią dziewczynę?
Poprzednią. O ile nie ma jeszcze tej aktualnej. Kurcze. Ona nawet nie zapytała! Nawet nie zapytała czy ma dziewczynę. Cóż, to powinno być raczej oczywiste, z wiadomych względów, bo jak taki ktoś jak on może być samotny? Ale biorąc pod uwagę jego tułaczy tryb życia sama powinna dojść do odpowiednich wniosków i teraz pukać się w głowę z głupoty, jak mogła się jeszcze nad tym zastanawiać. Jednakże przy Marku tyle razy zdążyła się przekonać jak bardzo pozory mogą mylić, że mimo wszystko powinna zapytać. Dla ostrożności. Cokolwiek by sobie nie pomyślał. Chociażby dlatego, że teraz nie musiałaby się głowić, czy kiedykolwiek wspominał, że kogoś ma… „Na oku”. Basi kompletnie wyleciało z głowy. A przecież nie zapyta go w tej chwili, by rozwiał jej wątpliwości.
Tak w ogóle to… Czy ich znajomość weszła już na wyższy poziom, by mogli sobie mówić takie rzeczy, czy dalej tkwi w tym samym punkcie?
Właściwie to nie wiedziała na czym stoi. Trudno było jej cokolwiek powiedzieć na temat tego co ją łączy z Markiem. Czy dobrze interpretuje jego sygnały. Czy to, co jest między nimi to jeszcze przyjaźni, czy już coś więcej. Bo jeśli mieliby zostać tylko przyjaciółmi interesowałby się z kim była poprzednio związana?
O ironio.
Just friends. – przypomniała sobie swój ulubiony amerykanizm.
Ile razy musiała się nasłuchać od swojej ulubionej pary serialowej tego zdania, zanim do obu dotarło, że w ich przypadku nie istnieje coś takiego jak przyjaźń damsko-męska. Ile musiała się naczekać na ten moment, zanim wreszcie wyznali sobie miłość, która była widoczna już od pierwszych minut pierwszej serii. Przynajmniej dla fanów, takich, jak ona.
A może dlaczego było jej tak niezręcznie? Może w ich przypadku jest podobnie. Może oboje boją się, że to idzie za daleko i zwyczajnie tchórzą? Tak, jak ci z tego serialu.
Ale przecież Marek sam wypytywał ją o niego. Pewnie z czysto przyjacielskiej ciekawości. W końcu przyjaciele mówią sobie o wszystkim.
Tak naprawdę teraz wydawało jej się, że niepotrzebnie opowiadała o Robercie. Może nie mogła przewidzieć reakcji Brodeckiego, ale i tak było jej głupio. Nie powinna była go stawiać w takiej kłopotliwej sytuacji. Opowiadała o swoim byłym. Może on zinterpretował to jako sygnał, który nie bardzo pasuje do ich przyjaźni? A teraz nie wie jak ma jej to powiedzieć. Sama pewnie czułby się dziwnie, gdyby to od Marek słyszała opowieści o jego związkach z przeszłości. Nawet jeśli byłaby jego przyjaciółką.
Zastanawiała się nad czym się co takiego chodziło mu po głowie. Bo gdy tylko ukradkiem rzuciła mu szybkie spojrzenie, widziała jego nieco zmarszczone czoło i skupione oczy. Nawet nie zwrócił na nią uwagi. A co dopiero łaskawie się odezwać.
Aż wreszcie do niej dotarło. Wreszcie zrozumiała o czym tak myśli.
Myślał o tym samym co ona! Pewnie nawet zadawali sobie te same pytania!
Oboje nie wiedzą, jak się zachować, stąd to obupulne milczenie.
Kiedy wszystko sobie już poukładała, zauważyła, że doszli do namiotu. Spojrzała na Marka. Wydawało jej się, że szli znacznie krócej. Pewnie dlatego, że cały czas zastanawiała się nad czym on się tak zastanawiał. I nim się obejrzała są z powrotem.
Jednak coś ją zaniepokoiło. Marek stanął jak słup soli, ze wzrokiem wymierzonym prosto w ich namiot, z którego wychodził jakiś chłopiec. Mógł mieć najwyżej 9 lat. Trzymał coś w dłoni. Coś co z pewnością nie należy do niego.
– Hej!!! – krzyknął Marek, wybudzając tym Basię z odrętwienia.
Teraz i ona dziwiła wyraźniej. Ten dzieciak wychodził z ich namiotu z kradzionymi pieniędzmi. Okrada ich! Nie mogła w to uwierzyć.
Marek rzucił się biegiem w stronę namiotu. Niestety, gdy chłopiec go zauważył, zaczął uciekać. Basia czekała na dalszy rozwój wypadków.
– Zatrzymaj się, złodzieju!!! – krzyczał młody Brodecki, próbując go dogonić, ale wtedy chłopiec mając sporą przewagę, wymknął się przez dziurę w płocie. Prześlizgnął się bez najmniejszych problemów, zostawiając starszego „kolegę” w tyle. Nie było sensu, by rzucać się w pogoń za dziewięciolatkiem w biały dzień. Znając mentalność małomiasteczkowych ludzi, zostałby uznany za zboczeńca, który nęka to niewinne dziecko.
Marek zatrzymał się nagle, czując ostry ból w klatce piersiowej. Skrzywił się i spojrzał łagodniej na oddalającego się chłopca.
Wrócił do Basi i pochylił się do przodu, by zaczerpnąć tchu.
– Zwiał mi. – rzucił przez przyśpieszony oddech.
Zauważyła na jego twarzy grymas.
– Sprawdzę co wziął. – dodał po chwili, gdy się wyprostował i wszedł do namiotu.
Zauważył od razu, że młody grzebał w tej sypialni, którą zostawił otwartą. W jego. Zawartość jego plecaka była rozrzucona niedbale po materacu. Wziął do reki swój portfel. Na szczęście miał w nich dokumenty, ale… po pieniądzach ani śladu. Zabrał wszystko.
– Cholera jasna! – zaklął ze zdenerwowania i wyszedł.
– Co wziął? – spytała od razu Basia.
– Szlak by go trafił, gówniarza! Zabrał wszystkie pieniądze! – z trudem zachowywał opanowany ton.
Chodził nerwowo przed namiotem, z rękoma założonymi na biodra.
– A ja mu pozwoliłem uciec! – zakpił ironicznie ze swojej pobłażliwości. – Bo przez moment zrobiło mi się go żal! …Powinienem go wziąć na fraki i oddać rodzicom! By zobaczyli, że wychowali synka na złodzieja!
– Marek to jeszcze dziecko. – próbowała bronić tego chłopczyka. – Pewnie nie zdawał sobie sprawy co robił. A uciekał, bo go przestraszyłeś.
– Jego nazywasz dzieckiem?! Baśka, otwórz oczy i przestań być taka naiwna! To perfidny złodziej! Zaczekał tylko aż będzie czysto i zwiał z kasą! Nie zdziwiłbym się, gdyby to nie był pierwszy raz! Co więcej, jestem pewien, że sam tego nie wymyślił. Od kogoś musiał się nauczyć kraść! Złodzieje rodzą złodziei!
– Jesteś niesprawiedliwy. – zarzuciła mu, spoglądając mu w oczy z wyrzutem.
– Ja jestem niesprawiedliwy?! To świat jest niesprawiedliwy! Bandyci chodzą wolno po ulicy a prawo ochrania takich, jak oni!
– I powiesz mi, że właśnie dlatego zrezygnowałeś ze studiów? – nie zaprzeczył, zatem potraktowała to jako odpowiedz. – Marek! – skarciła go. – Przecież nie wszyscy robią to, co robią, bo chcą, a …zmusza ich do tego sytuacja! Postaraj się ich zrozumieć! Myślisz, ze musieli by kraść, gdyby mieli się za co utrzymać? Ten chłopiec pewnie chciał tylko pomóc swoim rodzicom!
– No tak. Zapomniałem. Będziesz ich bronić. Wciskać mi kit, że złodzieje kradną, bo nie mogą znaleźć pracy, a rząd ma ich gdzieś! Zapominasz jednak, że to my musimy płacić na takich żebraków podatki, by mogli wypłacać zasiłki, a ci w podziękowaniu nas okradają! Bo prościej ukraść niż zarobić, prawda? – zabolała ją ta insynuacja.
– Mówiąc my masz na myśli tych wielkich krezusów pokroju twojego ojca?! – zapytała sarkastycznie, spoglądając wrogo w oczy chłopaka.
Nie spodziewała się, że może mieć tak snobistyczne poglądy.
– …Którzy muszą pracować na tych maluśkich średniaków, jak moja rodzina! –dodała, ale Marek nie skomentował tych słów.
Zamilkł.
Chwile walczyli ze sobą na spojrzenia.
–…I masz rację, rozumiem takich, jak oni! Rozumiem, jak to jest zwlekać z zapłaceniem czynszu za mieszkanie, czekać na wykupienie leków! …Wiesz co? To ty zrozum, że kiedy byłeś wychowywany w złotej klatce, chodziłeś do prywatnych szkół, gdzie dzieciaki prześcigają się w nowych zabawkach, inne musiały wcześniej dorosnąć i pomagać rodzicom by wiązać jakoś koniec z końcem! Wybacz mi, że to powiem, ale zwykli ludzie nie wynoszą się z domu, w którym nawet nie muszą kiwnąć palcem, by mieć wszystko! Rzeczywistości jest taka, że ludzi takich, jak ty jest garstka, a większość musi walczyć by do czegoś dojść, bo nie posiadają nazwiska Brodecki jako najlepszą rekomendację! – wyrzuciła wszystko z siebie, jak z karabinka maszynowego, ale szybko pożałowała tych słów.
Patrzył na nią tak nienawistnie. Te jego oczy. Groźne, czujne, mordercze. Nigdy wcześniej tak na nią nie spoglądał. Aż miała ochotę odszczekać to, co powiedziała.
A wtedy poczuła, jak do jej oczu nachodzą łzy.
Nie. Tylko nie to.
Nie rozumiała dlaczego, ale miała ochotę się rozpłakać przed Markiem.
– Gdybyśmy wyjechali wtedy, kiedy ci mówiłem, nic by się nie stało. – dodał po chwili krępującego milczenia.
Jej łzy nagle zniknęły, a pojawiła się wściekłość.
– Uważasz, że to moja wina, że nas okradli?! – oburzyła się, co próbuje przez to powiedzieć.
– Nie! – zaprzeczył zdecydowanie. – To ja jestem winien, że zostawiłem otwarty zamek! – poprawił ją i odszedł od dziewczyny w milczeniu.
Opadł się ręką o samochód i pochylił do przodu. Z początku nie zauważyła, że objął się ręką wokół pasa.
– …Po prostu wkurza mnie, że to już drugi raz. Drugi raz dałem się podejść i straciłem to, na co ciężko pracowałem. I akurat w tym nazwisko Brodecki nie wiele mi pomogło. Zasuwałem, jak inni, bez taryfy ulgowej. I ok. Może byłem w prywatnej szkole, raz, ale tylko przez jeden rok, kiedy wywalili mnie z publicznej za jedno brzydkie słowo na „s” do nauczyciela, który wydzierał się na uczennicę, która nie potrafiła wyliczyć zdania z ciągów tak, jak on sobie tego życzył! – odpowiedział, cały czas zwrócony plecami do Storosz.
– Przepraszam. – szepnęła z poczuciem winy.
– Nie, Baśka. To ja przepraszam. Miałaś rację. To tylko dziecko. – westchnął ciężko.
Dopiero teraz zauważyła, że coś jest nie tak.
– Marek… – rzuciła, by na nią spojrzał. – Marek, dobrze się czujesz? – podeszła do niego bliżej i dopiero teraz zauważyła, że zwija się z bólu.
– Tak. To tylko stara kontuzja. – odpowiedział i usiadł na jednym z dwóch rozkładanych krzeseł rybackich.
Dziewczyna usiadła naprzeciwko zaraz za nim.
– Jak to się stało? – skinęła na niego głową.
– Już mówiłem. Dałem się podejść. Było ciemno, pusto. Pamiętam, że było ich dwóch. Dali mi łomot, ukradli forsę i zostawili na chodniku. Obudziłem się na izbie przyjęć. Zatrzymali mnie na obserwacji, a potem wypisałem się na własne żądanie. Wiem, że znaleźli mnie przypadkowi funkcjonariusze, który patrolowali ulicę. Zadali mi kilka pytań.
– Potrafiłeś rozpoznać sprawców? – zamilkł.
– Nie. – domyśliła się, że nie mówi jej prawdy.
– Coś mi mówi, że chyba nie powiedziałeś wszystkiego.
– To byli gówniarze. Tacy, jakiego teraz wypuściłem. To tylko kwestia czasu jak wpadną. A ja nie chce robić sobie wrogów już na początku mojej zawodowej kariery. – zaśmiał się, po czym mogłaby przysiąść, że syknął.
– Daj, obejrzę to. – zaproponowała nagle, nie mogąc patrzeć, jak się męczy.
– Nie! Nic mi nie jest! – przeciwstawił się dziewczynie.
– Nie bądź dzieckiem! – zaśmiała się delikatnie. – Moja ciocia była pielęgniarką. Próbowała mnie uczyć. A, że byłam jej ulubioną siostrzenicą to mnie próbowała przekazać smykałkę do tego zawodu.
– I co? Udało się? – zażartował.
– Nie. Nie mogę znieść widoku strzykawek! – na chwilę spochmurniała, po czym przykucnęła przed chłopakiem.
Marek z zaciekawieniem obserwował każdy jej gest. Wydawało mu się, że jest nieco spięta i zawstydzona, ale nie skomentował tego.
Czułby się przyjemnie, gdyby miał swoją osobistą pomoc medyczną.
– Widok nie jest zbyt przyjemny. – zażartował.
Przewróciła oczami.
Jakoś nie mogła w to uwierzyć, mimo szczerych chęci, zwłaszcza, kiedy przypomniała sobie Marka w przemoczonej bluzce.
Dziewczyna delikatnie wymieniła z Markiem kilka przelotnych spojrzeń i uniosła jego t-shirt, pod którym oprócz wyrzeźbionej muskulatury zauważyła pożółkłe siniaki.
Wybałuszyła oczy ze zdziwienia.
– Marek… – szepnęła z przerażenia.
Nie mogła się powstrzymać, by nie dotknąć.
– Boli? – spytała równocześnie, ale wtedy poczuła, jak Marek zabiera jej dłoń.
Spojrzała na niego z niezrozumieniem, po czym zauważyła, jak Brodecki poprawia swoją bluzkę, zasłaniając tors.
– Przepraszam. – szepnęła zmieszana i wróciła na swoje miejsce.
Nie musiał jej bardziej strofować.
– Ale to nie wygląda najlepiej. – rzuciła, by rozładować atmosferę.
– Goi się. – rzucił oschle i wstał z krzesła. – Zaraz wracam. – dodał na odchodne po czym zostawił Basię samą.

Magdalena - 2009-07-10, 19:07

Coś mi się wydaje,ze Basia odnalazła nowe powołanie..osobista pielęgniarka Marka B. Niech się Marecki nie focha,tylko da się obejrzeć :-D tzn. doglądać i opatrzyć :-P
Super :-) czekam na ciąg dalszy :-P

olaj93 - 2009-07-10, 19:48

Opko boskie czekam na cd


LAKONICZNYM POSTOM MÓWIMY NIE! Następnym razem proszę o rozwinięcie swojej wypowiedzi. Inaczej zostaną skasowane! Pozdrawiam, Daisy.

Stokrotka07 - 2009-07-10, 23:07

Twins bosko ;-) Super ;-)

LAKONICZNYM POSTOM MÓWIMY NIE! Następnym razem proszę o rozwinięcie swojej wypowiedzi. Inaczej zostaną skasowane! Pozdrawiam, Daisy.

Sophie - 2009-07-10, 23:44

07 lipca 2009

Podoba mi się. Cholernie mi się podoba. Podobają mi się jego oczy, takie niebieskie, takie roześmiane, kiedy spogląda na mnie i żartuje...
Boże, pewnie wyglądam jak ostatnie nieszczęście! Moje sianowate, blond włosy na pewno sterczą we wszystkie strony świata, a nos świeci się jak latarnia. I choć mam dogodną możliwość do nawiązania sensownej rozmowy, w mojej głowie tłucze się jedynie myśl: "No nie... Nie! No po prostu nie! Dlaczego akurat dziś założyłam te pantalony, w których nie mam tyłka?! "
Wiem, że daleko mi do dziewczyn z kolorowych rozkładówek Vogue’a, lecz na szczęście, nie uważam ich za ideały. Mimo to wolałabym wyglądać bardziej kobieco i atrakcyjnie. Niestety na świecie istnieje ta głupia niesprawiedliwość, że ktoś musi być brzydki, aby piękny mógł być ktoś. Ktoś inny. Ktoś kto nie jest mną, nieznośnie przeciętną, do granic nudną, szarą myszą.
Gdybym miała spisać wszystkie swoje kompleksy wyszłaby z tego dość pokaźnych rozmiarów lista. Jedno z pierwszych miejsc zajmowałby na pewno mój odwieczny kompleks odnośnie figury. Chłopięca sylwetka dobija. Inne dziewczyny mają apetyczny kształt gruszki i wodzą facetów na pokuszenie, podczas gdy ja zastanawiam się jak dodać sobie trochę centymetrów w biodrach.
Świadoma zatem swoich niedoskonałości i ułomności mam pełne prawo do zastanawiania się czemu tak naprawdę zawdzięczam jego zainteresowanie. Facet taki jak on mógłby mieć każdą dziewczynę, przypuszczam też, że żadna by się szczególnie nie opierała, więc za tym pozornie miłym uśmiechem musi czaić się jakiś podstęp. Jest dla mnie miły, bo... bo kpi ze mnie! Pewnie śmieszy go, kiedy moja na co dzień blada twarz pod siłą jego spojrzenia przeistacza się w czerwoną plamę. A może zwyczajnie lubi się znęcać nad ludźmi? Gdyby tak miały wyglądać tortury, kobiety wszelkiej maści pchałyby się drzwiami i oknami, żeby zaznać jego taksującego spojrzenia. A mnie ono w takim samym stopniu cieszy, co przeraża.
Postanawiam, że nie dam mu tej satysfakcji bezkarnego ośmieszania mnie, jakieś resztki godności jeszcze zachowałam. Próbuję więc odpowiedzieć mu coś zabawnego bądź uszczypliwego, ale jak na złość w głowie mam pustkę. To pewnie przez ten jego uśmieszek, który tak nieznośnie rozprasza wszelkie rozsądne myśli. Sprawia, że nie możesz się skupić na niczym, opuszczają cię wszelkie siły witalne, tak, że jesteś zdolna patrzeć w jeden punkt jak ciele na malowane wrota. Nawet gdyby właśnie w tym momencie tworzyła się historia, gdyby wokół mnie wybuchała trzecia wojna światowa, gdyby tuż obok lądowały F-16 i odbywał się desant obcych wojsk, ja z pewnością z tego dnia zapamiętam jedynie jego. Jego szczegółowy portret pamięciowy będzie moją refleksją dla potomnych, piszących referat o wspomnieniach babci z tego pamiętnego dnia... Świetnie. Ale czy to naprawdę była moja wina? Bo dlaczego jego uśmiech hipnotyzował? To powinna być zagadka spędzająca sen z powiek wszelkim maniakom łamigłówek.
Tak więc wszelkie inteligentne i wredne teksty, które z pełną satysfakcją mogłabym rzucić mu prosto w twarz, krystalizują się w mojej głowie dopiero wtedy, kiedy widzę jego oddalające się plecy.
Co on sobie o mnie myśli? Nawet nie chcę wiedzieć. Idiotka. Każda normalna dziewczyna na jego widok tylko oblizałaby wargi i ruszyła do ataku... No dobra, to może jakiś skrajny przypadek wampa. Ale na pewno żadna normalna dziewczyna nie stałaby jak kołek, zapominając języka w gębie!
To chyba znaczy, że jestem wyjątkowa. Cudownie...
Mimo wszystko powiedział, że spotkamy się następnym razem. Właściwie, co znaczy następnym razem? Czy teraz muszę wyczekiwać go codziennie, czekać niewzruszona z milionem błyskotliwych tekstów, po których uzna mnie za godną uwagi? Nie, najlepiej w ogóle o tym zapomnieć, tak jak pewnie i on zapomniał. Po prostu zapomniało mu się, że na niego czekam...
Mam tylko nadzieję, że nie wyczytał w moich oczach jak bardzo cieszy mnie każde słowo, które do mnie kieruje i jak zapisuję je sobie w pamięci, żeby wypowiedziane zdania obejrzeć w myślach po raz setny i wycisnąć nadzieję na to, że jednak nie jestem mu obojętna.
To głupie! Bo chociaż nie wierzę, że mam jakiekolwiek szanse, to i tak pozwalam sobie marzyć. Pozwalam żeby moje płuca zapominały oddychać, kiedy on jest w pobliżu. Pozwalam żeby moje serce uderzało ze zdwojoną prędkością, jakbym właśnie przebiegła metę maratonu. Pozwalam sobie pragnąć znaleźć się w uścisku jego silnych ramion. I tęsknić za nim.
Czy właśnie tak miał wyglądać mój proces zakochiwania się w Marku Brodeckim?

Twins - 2009-07-11, 10:41

Sophie! To opowiadanie jest genialne! Takie przyjemne!
Jak lekko się czyta te rozmyślania Basi o Marku Brodeckim! :mrgreen:
A pisanie w 1 os. nadaje temu opu specyficzny charakter.
Z łatwością można się wczuć w Basię, poznać bliżej jej emocje.
To opo jest bardzo osobiste! :D
Jakbyśmy czytały jakiś książkowy pamiętnik!
Bardzo dobry debiut, bo nie pamiętamy, byś zaglądała tu wcześniej!
Już nas ciekawi co dalej.
Brakuje nam trochę dialogów, ale pewnie umieścisz je w następnej części, mamy nadzieję, bo przez dialogi szybciej akcja przebiega :)
Mamy też nadzieję, że będziesz tu zaglądała regularnie i pisała coraz to nowe opowiadania.

Ula131 - 2009-07-11, 10:58

wstając rano pomyślałam ze chętnie przeczytałabym jakieś opowiadanie. Wchodzę i co widzę ?
Zaraz sie zabieram do czytania, a Wy piszcie już cedeki ! koniecznie :)

Stokrotka07 - 2009-07-11, 12:30

Sophie, dawno nie czytałam czegoś takiego ;-) Zawsze mam słabość do opek pisanych w formie pamiętnika. Bardzo podoba mi się to opowiadanie, uczucia Basi są opisane tak dokładnie, a jednocześnie w subtelny, tajemniczy, dający do namysłu sposób ;-)
Oby tak dalej ;-)

Ps. Przepraszam za mój wczorajszy komentarz, ale po prostu było już późno i nie mogłam nic sensownego napisać, wiem, że to było lakoniczne ;-)
Twins -jak wiecie jestem fanką waszych opowiadań ;-)
Ale Marecki mnie tutaj trochę wkurzył. Ja rozumiem męskie ego i te sprawy, ale czasami mógłby dać się sobą zaopiekować, bo widać, że Basia bardzo by tego chciała ;-) A może go jednak przekona? Oczywiście czekam na cd, dziewczyny mam nadzieję, że pojawi się jak najszybciej:*

Ninuś - 2009-07-11, 13:13

Twins
No no robi się coraz goręcej... :D Basia pielęgniarka Marka, to fajnie brzmi :D a ojciec Marka tak nagle się synem zainteresował, że detektywa wynajął... no ładnie!
Nie no genialne jest to opowiadanie :-) Więcej! ;** ;**


Sophe
Ja własnie też piszę takie opowiadanko w formia pamiętnika i musze przyznać, że całkiem przyjemnie się pisze. Nie tylko genialnie wychodzi, ale szybko się pisze! :-) Ale co do Twojego jest rzeczywiście świetne! Tak, dialogów brakuje z lekka, ale myślę charakter opowiadania wypełnia tę pustkę. Jest świetnie! Chcem cedeczka! ;**

isis - 2009-07-11, 14:49

Ola&Twins-ech ten Marek...rozumiem,że ciężko jest mu żyć pod jednym dachem z kobietą,której nie kocha,ale mimo wszystko mógłby czasami powstrzymać się od tych swoich głupich komentarzy do Basi :roll:
Ona przynajmniej próbuje stworzyć jakąś miłą atmosferę...
Hmmm jeszcze od tego ta sekretarka.....grrrr!Nie podoba mi się to wszystko!

Kasia-kurcze już się zakochałam w tym opowiadaniu:)Brodecki robi co może aby tylko Basia poczuła się lepiej...i bardzo dobrze!:)
Mam nadzieje,że Storosz zgodzi się na wyjazd z Markiem w góry-to jej na pewno dobrze zrobi;)

Twins-uuu sytuacja się chyba troszkę pogorszyła.....kradzież,kłótnia....nie jest dobrze.
Ciekawe czy detektyw,którego wynajął ojciec Marka szybko go znajdzie;)
(Heh swoją drogą Basia jako pielęgniarka Brodeckiego....mmm :lol: )

Sophie-no zapowiada się rewelacyjnie!Świetnie opisałaś uczucia jakie Basia w sobie nosi...hmmm jest wobec siebie bardzo krytyczna..może za bardzo?;)
Ciekawi mnie jak to dalej się wszystko potoczy:)

Czekam na kolejne części!:)

Kasieńka - 2009-07-11, 21:51

Twins, co ten Marek taki nerwowy? Basia przecież chce mu pomóc, no :P Zdecydowanie za krótko! Domagam się cedeka :D MISTRZOSTWO :*
Sophie zapowiada się naprawdę świetnie :D Cudownie oddałaś uczucia Basi w tym pamiętniku :) Czekam na cd.

Sophie - 2009-07-11, 23:09

Dziękuję bardzo:) Nie spodziewałam się, że te moje dziwaczne bazgroły przypadną Wam do gustu. Hm chyba jestem z natury samolubem, bo nie zamierzałam pisać żadnych cedeków. Może jeszcze spróbuję, ale szczerze nie wiem czy podołam dialogom ;-)
olka - 2009-07-12, 09:59

Bliźniaczki! No to B&M zostali bez kasy. Teraz pewnie bedą chcieli dorobić.
Na pewno dacie im jakieś ciekawe zajęcie :lol:
A co do Marka, to faktycznie mógłby pozwolić się sobą zaopiekować, ale wierze, że Basie znajdzie jeszcze na niego sposób :lol:
MISTRZYNIE!;*;*;* ;-)

Sophie pierwsza część rzeczywiście bardzo fajna! Podobało mi sie jak opisałaś uczucia Baśki.
Co prawda nie przepadam za opami, gdzie ciągnie się tylko i wyłącznie opis, ale ty masz lekki, przyjemny styl, więc przebrnęłam przez nie bez problemu. :-D
I mam nadzieje, że jednak pokusisz się o ciąg dalszy. Super! ;-)

sysia16223 - 2009-07-12, 13:44

Bliźniaczki- Teraz Basia i Marek będą musieli sami sobie pieniądze skołować :-D No ciekawa jestem :-D :-P
Sophia- No ja jednak mam nadzieje, że będzie następna część :-D
Kasieńka, gdzie twoje opowiadanko i B&M w górach? :mrgreen:

Cz.4

Poranne słońce uporczywie przedzierało się przez zasłony w jej pokoju, rozświetlając pomieszczenie. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się, przypominając sobie wszystkie wydarzenia dnia poprzedniego. Może jednak się dogadają? Ona i Brodecki partnerami. Ciekawe stwierdzenie. Musiała przyznać, że spała wybornie. Może dlatego, że zmęczenie nie pozwoliło jej wczoraj na choćby 5 minut rozmyśleń przed snem, może dlatego, że nie wstawała do nocnych wezwań, a może dlatego, że w domu ktoś był. No właśnie! Nigdy nikomu nie przyznała się, że źle znosi noce tutaj. Dom był dla niej za duży i pełny ciemnych zakamarków. Nie cierpiała go! Ale kto by słuchał takich pierdół? Przecież to niedorzeczne, nie jest już małą dziewczyną bojącą się ciemności. W końcu wstała z łóżka, ubrała szlafrok i nie patrząc nawet na zegarek, ruszyła po schodach w stronę kuchni. Pomieszczenie było puste, choć spodziewała się spotkać "jego". Na stole stał talerz kanapek, a obok kartka: "Nie przychodź dziś do przychodni, dam sobie sam rade. Jeden dzień odpoczynku dobrze Ci zrobi". Dwa zdania. Dwa głupie zdania, a cały wyborny humor Basi prysł.
-Nadęty bufon- warknęła do siebie.- Ledwie się pojawił, a już chce rządzić...
Jak strzała ubrała się, nałożyła lekki makijaż i nie dotykając nawet pozostawionego jej śniadania, wybiegła z domu. Samopoczucie nie poprawiło się ani trochę, można powiedzieć, że było coraz gorzej, bo w przychodni już na wstępie czekała na nią niespodzianka.
-Pani doktor? Dzień dobry.- Powiedziała oficjalnie Zuzia, ale gdy tylko Storosz przywitała się z pacjentami w poczekalni i wróciła do niej, zaszczebiotała cicho.- Baśka, co ty tu robisz? Marek... To znaczy doktor Brodecki mówił, że bierzesz sobie dziś wolne, bo chcesz odpocząć. A właśnie, nie mów, że on nie jest boski! Jak noc z nim? Ja Zuzanna Ostrowska stwierdzam z obserwacji, że musi być zabójczy! Ahhh..
-Cisza!- wręcz krzyknęła Storosz, zatrzaskują z hukiem szufladę z kartami pacjentów.- Nie chce tego słuchać! Przyjmuję u siebie.
-Basia?- zaszokowana recepcjonistka wpatrywała się w odchodzącą przyjaciółkę. Storosz jak najszybciej chciała się uspokoić, a właśnie jej gabinet był idealnym na to miejscem. Usiadła w fotelu, mnąc energicznie papierową kulkę. No proszę, czyli już cały personel Brodecki zdołał sobie owinąć wokół palca? Nie, nie wolno jej o nim myśleć. Najważniejsi są teraz pacjenci. Zakręciła się na fotelu i właśnie miała wciskać przycisk do recepcji, by Zuźka przysłała jej pacjenta, gdy aparat sam zapiszczał. Automatycznie wcisnęła guzik i spokojnie zapytała.
-Co jest?
-Doktor Brodecki idzie do pani.- powiedziała Ostrowska i ciszej dodała- Jesteś na mnie zła, słonko?
-Powiedź, że mam dużo pracy i...- nie zdążyła dokończyć, bo w drzwiach pojawił się Marek. Zaschło jej w gardle. Wyglądał jak Grecki bóg, albo najprzystojniejszy aktor Hollywood. Na moment zapomniała gdzie się znajduję. "Baśka, przestań przecież to Brodecki!"- skarciła się w duchu. Oprzytomniała dopiero, gdy się odezwał.
-Mogłem się spodziewać, jesteś za bardzo uparta.-powiedział z uśmiechem, zamykając za sobą drzwi.- Ale miałem nadzieje...
-Które rozwiałam.- stwierdziła, nie patrząc na niego. Segregowała właśnie jakieś papierki.
-Dobrze się dziś czujesz?- zapytał siadając na skraju biurka, jednocześnie podając jej dokument, który usilnie szukała. Wymienili spojrzenia.- Smakowało Ci śniadanie?
-Nie zdążyłam spróbować.- wstała pośpiesznie, kierując się do szafki z lekami. Jego obecność przyprawiała ją o dziwne uczucie.
- Jak to?- zapytał lekko zdezorientowany, również się podnosząc.-Jesteś bez śniadania? Baśka, przecież wiesz...
-Przestań udawać, że się mną przejmujesz!- krzyknęła odwracając się do niego.-A teraz przepraszam Cię Marku, ale przyjmuję pacjentów, ty również masz swoje obowiązki!
Wyszedł. A czego mogła się spodziewać, po takich słowach? Że zostanie i będzie się tłumaczył?
-Co się ze mną dzieje?- wyszeptała, przecierając dłonią twarz.

Ninuś - 2009-07-12, 15:34

Sysia zdecydowanie za krótko! Ta Basia t zaczyna chyba przeginać na maxa! No czemu ona tak się zaniedbuje, przecież człowiek nie tylko pracą żyje! Dzieło! ;** dalej!
olka - 2009-07-12, 18:18

Baśka mogłaby troche wyluzować i odpuścić.
Marek próbuje ją odciążyć, a ona się focha. Ach te kobiety! :lol:
Sysia cedek super! Tylko stanowczo za krótki! Czekam na ciąg dalszy!;*;* ;-)

Daisy - 2009-07-12, 19:12

Nadrobiłam wszystko!
Cieszę się, że NT nie umiera... zwłaszcza, że od końca serialu minęło ponad rok.
A mimo to przybywają nawet nowi pisarze. Sophie witamy na forum! Debiut niesamowity, dlatego nie możesz nie napisać ciągu dalszego. Dialogi nie gryzą ;)
Poza tym - dziewczyny świetnie! Twins, Ola&Twins, Kasieńka, sysia... Czekam(y) na więcej.

Kto pisze?

Ninuś - 2009-07-12, 21:31

będzie coś na dobranoc?

Bliźniaczki? Kasia? Sysia? Sophie? Ola?
Daisy już męczyć nie będziemy! :)

sysia16223 - 2009-07-12, 21:58

No ja już dziś raczej odpadam: :-P
Ale może ktoś nam dobranockę napiszę? Kasieńka? Bliźniaczki? Ola? Ves? :-D

Stokrotka07 - 2009-07-12, 23:25

Sysia -jak zawsze świetnie ;-) Coś mi się wydaje, że ta ucieczka w pracę może się źle skończyć dla Basi...Z niecierpliwością czekam na cd ;-) Buziaki:*
Twins - 2009-07-13, 17:10

Sysia - Basia przegina i to mocno... Oby się to dla niej źle nie skończyło. :roll: Jest niesprawiedliwa dla Marka. Świetnie! :D ;-**
Sophie - 2009-07-13, 23:28

Wybitnie ubogie w dialogi. Znów. Przepraszam :-)


11 lipca 2009

Cierpliwości! Już dłużej nie wytrzymam! Mam już po dziurki w nosie przeciągłych, obleśnych spojrzeń tego typa przy stoliku. Gdyby jeszcze miał się na co patrzeć… A tak, od godziny sączy piwo i co chwilę biega do WC. Kiedy tylko znajduję się w zasięgu jego wzroku, nie opuszcza mnie poczucie skrępowania.
Tegoroczne wakacje spędzam z dala od rodzinnego miasta. Zainstalowałam się u ciotki, ale żeby nie rujnować jej zdrowia psychicznego, postanowiłam znaleźć jakąś wakacyjną pracę. Jestem więc kelnerką w nadmorskim barze. Zajęcie wymaga ode mnie przede wszystkim świetnego kontaktu z klientami, co już samo w sobie sprawia mi największą trudność, bo nie jestem wybitnie towarzyska i z natury wolę kłótnie niż posłuszne kiwanie głową w myśl zasady "klient nasz pan".
Mijały długie dni mordęgi w nadmorskim kurorcie.
Pogoda tego lata jest naprawdę paskudna i kapryśna. Czasem rozkoszne słońce, a czasem nieznośny deszcz.
Aż do dziś morze widziałam jedynie z okna ciocinego pokoju, więc kiedy skończył się mój jedenastogodzinny dzień pracy, zabrałam się i ruszyłam deptakiem w stronę wydm.
Pod wieczór kilkupokoleniowe rodziny z wrzeszczącymi w niebogłosy dziećmi i kolorowe, jeszcze bardziej hałaśliwe kolonie ustępują miejsca miłośnikom względnej ciszy i spokoju. Czyli mi. Albo też emerytom i rencistom, którzy robią wieczorną rundkę po plaży ze swoimi pupilami. Albo też i zakochanym parom, które wybrały się na romantyczny spacer o zachodzie słońca i kreślą patykiem miłosne wyznania na brzegu, podczas gdy bezlitosne morze zmywa je z powierzchni ziemi, jakby natura nie liczyła się z ich uczuciami.
Czy powinnam tu przychodzić? Te wszystkie staruszki z yorkami patrzą na mnie jak na żałosne dziwadło. Może i siedzę sama, obolała i zmęczona po całodziennej harówie w barze, a z mojego drobnego ciałka można by wycisnąć wiadro potu, ale ja chyba też mam prawo do relaksu, prawda? Ludzie jednak nie mają za grosz wyczucia!
Dokonując tego odkrycia, niewzruszona brnę dalej przez prawie już opustoszałą plażę, a piasek pod moimi stopami wydaje się być taki przyjemny... Założę się, że wciąż pamięta jak dzisiejsze promienie słońca dosięgały go i prażyły powoli, wytrwale, aż stał się gorący niczym rozżarzony węgiel. Wreszcie padam plackiem na dogodne miejsce z dala od wścibskich spojrzeń i rozkoszuję się tą trudną do opisania harmonią, kiedy wdycham cudowną woń morza i kiedy doskonale wiem, że nigdzie się nie spieszę, nikt niczego ode mnie nie oczekuje, a moje myśli mogą bezkarnie błądzić po zakamarkach mojego pokręconego, pełnego sprzeczności umysłu.

Pozostawiona sama sobie i swoim wynurzeniom, wreszcie dopuszczam do siebie jedną jedyną głupią myśl, o której istnieniu próbowałam dziś zapomnieć, żeby nie dekoncentrować się przy pracy. Ta jedna jedyna niezaprzeczalnie głupia myśl irytuje mnie i uwiera, jak jakaś drzazga, która wbiła się w moje przemyślenia troszkę za głęboko i za cholerę nie mogę jej wyciągnąć. Nagle czuję się dwa razy bardziej wyczerpana i samotna niż przed kilkoma minutami.
Bo "następnym razem" nie znaczyło ani jutro, ani pojutrze, ani nawet popojutrze. Niestety. Minęło już kilka dni, a po nim ani śladu. Właściwie nie mam prawa się martwić, tym bardziej, że niczego mi nie obiecywał. On po prostu dał mi coś w rodzaju nadziei, a ja sama zbyt rozpaczliwie się tego uczepiłam. I teraz mam za swoje...
No cóż, to nieznośne uczucie to musi być tęsknota. Kiedy w moich dniach brakuje jego, kiedy myśli o nim dominują wszystkie inne, kiedy wreszcie wkurzam się na niego, klnę pod jego adresem i wyzywam od znienawidzonych imbecyli, żeby później znów popaść w oczekiwanie. Tak sobie czekam na niego i obiecuję, że jak już go zobaczę to mu wszystko wygarnę. Dobre sobie... Kogo ja próbuję przekonać?! Bo kiedy już stanę z nim twarzą w twarz i ujrzę te jego niebezpiecznie pociągające oczy, zapomnę o całym świecie, głos uwięźnie mi w gardle i... on pomyśli, że jestem nieśmiała i tyle go będę widziała.
Moje wielkie plany zawsze kończą się wielkim fiaskiem. Cóż, żaden ze mnie strateg, ale improwizacja byłaby jeszcze gorsza.

Dreptam powoli do ciocinego domu. „Wlokę się ociężale” byłoby lepszym określeniem, bo nogi już prawie odmawiają mi posłuszeństwa. Wydawało mi się, że nasz domek z kilkunastoma krasnalami w ogródku jest znacznie bliżej… Przyjezdni wciąż kręcą się od jednego pubu do drugiego. Nie przeszkadza im deszcz, który właśnie zaczyna kropić. Nieuzbrojona w parasolkę na pewno zmoknę jak kura zanim dotrę do celu. Póki co, marzę jedynie o własnym łóżku i kilku błogosławionych godzinach snu, z którego nie obudziłoby mnie nawet trzęsienie ziemi i tsunami razem wzięte. Taki mocny sen mam chyba po tacie. Wyłączając przeraźliwe chrapanie.
Czasem jest tak, że czujesz na sobie czyjś wzrok, który śledzi każdy twój gest i ruch. Tak jak wzrok tego zboczeńca z baru. Ale teraz to pewnie moja wyobraźnia. Chwilę... moja chora wyobraźnia na pewno nie krzyczy: "Cześć Baśka!". To znaczy, mam nadzieję, że nie.
Odwracam się ostrożnie i ze zdumieniem napotykam parę niebieskich oczu wpatrzonych we mnie, roześmianych tak samo jak zawsze. Kąciki moich ust niekontrolowanie unoszą się do góry. Na ławce przy jedynej głównej drodze w tej wiosce, siedzi on w towarzystwie swoich kolegów. O Boże... Czy ja właśnie przeszłam obok nich bez słowa? Właściwie to przewlokłam się pogrążona we własnych myślach?! Na dodatek taka nieogarnięta, z ziarenkami piasku we włosach i na wpół przymkniętymi ze zmęczenia oczami. Idiotka. Ale nie mogłam chyba prezentować się znacznie gorzej niż zwykle, chociaż kto wie.
Co niby powinnam zrobić w takiej beznadziejnej sytuacji? Niedbale prześlizgnęłam wzrokiem po jego znajomych i skoncentrowałam moje rozbiegane gałki oczne na nim, przy czym zostałam porażona jego uśmiechem, na który wciąż nie potrafię się uodpornić. Czy ja zawsze byłam taka nudna i mało błyskotliwa? Wydaje mi się, że tak. I wydaje mi się, że jeśli ktoś teraz patrzy na nas z boku, to widzi jaka jestem przy nim malutka i nijaka. Bąknęłam jakieś niewyraźne cześć i odwróciłam się na pięcie. Bo po co kompromitować się jeszcze bardziej?
Tym sposobem moje marzenie o ciepłym łóżku szybko zmieniło się w pragnienie szybkiej i bezbolesnej śmierci. Mógłby na przykład trzasnąć we mnie piorun, albo staranować ten czerwony tir. W tej chwili wszystko byłoby lepsze niż śmierć ze wstydu.

Krople deszczu, które przez cały czas zacinały po mojej twarzy, nagle się skończyły. Zadarłam głowę do góry i zamiast napotkać szarobure niebo, wlepiałam wzrok w czarny materiał rozpostarty nad sobą. A dokładniej w parasolkę, należącą do niego.
- Wiem, że nie jesteś z cukru, ale taka dama nie powinna brodzić w deszczu. - rzucił wesoło tuż przy moim uchu.
Zaśmiałam się cicho. Ten mój rechot brzmi dziwnie kiedy go połączyć z chrypką! Ale byłam mu wdzięczna, bo od tego wieczornego chłodu trzęsłam się jak galareta. Zauważył to i mimo moich udawanych protestów, zmusił do nałożenia na ramiona swojej kurtki. Kiedy szczelnie mnie nią otulał, czułam takie nieznośne gorąco w policzkach. Czyli znów wyglądam jak zapowietrzony burak. Świetnie.
Szliśmy bez słowa. Właściwie to ja szłam bez słowa, bo on czuł się zobowiązany do podtrzymania jakiegoś kontaktu. Mi wystarczyło to, że był.
Często gubiłam się w jego słowotoku. Nie żeby mi to przeszkadzało, ale zamiast pilnie słuchać i odnotowywać sobie jego słowa w pamięci, miałam zupełną pustkę w głowie. Wiedziałam tylko, że ten cudowny zapach, cichy śmiech i opanowany, ciepły głos należą do niego. Chłonęłam jego obecność wszystkimi zmysłami. No… prawie wszystkimi, bo na pewno nie dotykiem. Chociaż miałam przemożną chęć dotknięcia go z jakiejś błahej przyczyny.
Tylko ręce miałam jak z ołowiu.
- … i dlatego wylądowałem tutaj. Z Damianem na szczęście można się dogadać. Kiedy jest mniejszy ruch albo pogoda do dupy, to sam zostaje na straży, a my mamy wolne. Na przykład teraz.
- To dlatego Cię ostatnio nie widziałam…- wtrąciłam cichutko mimo woli.
- A co? Czekałaś? – Jego oczy prawie że desperacko szukały moich, jakby wiedział, że pod jego spojrzeniem muszę mówić prawdę.
- Nie! A nawet tak. Masz coś z narcyza, wiesz?
Co za zarozumiały pacan! Kto mu pozwolił się tak zabójczo uśmiechać?
No i co ja w ogóle plotę…
Przez resztę drogi dobry humor wyraźnie go nie opuszczał. Nie pamiętam co dokładnie sądził o transferach w Realu Madryt, bo byłam zbyt zajęta pilnowaniem się, żeby trzymać buzię na kłódkę i nie wyskoczyć z kolejnym „mądrym” tekstem.
Uchylił skrzypiącą furtkę.
- Mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze. Jutro. Tylko wtedy nie udawaj, że mnie nie znasz.
Nie potrafiłabym… Pokiwałam tylko głową na zgodę i odprowadziłam go wzrokiem aż do zakrętu, za którym zniknął. Nie obejrzał się ani razu.
Wreszcie dopadło mnie zmęczenie, więc szybko wdrapałam się po schodach i śmiertelnie zmęczona padłam na łóżko.

Do jutra zostało jeszcze dwie godziny, trzydzieści pięć minut i siedem sekund. Amen.

olka - 2009-07-14, 11:31

Sophie to opowiadanie jest fenomenalne! Strasznie fajnie się je czyta! :mrgreen:
Ma taki ciepły, wakacyjny klimat.
Przemyślenia Baśki są naprawdę świetnie napisane!
Całość połykam jednym haustem!
A i dialogi nieźle ci idą! ;-)
Po prostu GENIALNIE!;*;* Czekam na cedek! :-D

Stokrotka07 - 2009-07-14, 14:33

Sophie, lubię Twój styl pisania. Jest taki lekki i przyjemny ;-)
Fajnie, że dodałaś dialogi do opisów.
Mam nadzieję, że napiszesz szybciutko kolejną część ;-)

Kto pisze? ;-) Twins, Dejz, Kasia, Ola, Sysia? ;-)

Kasieńka - 2009-07-14, 23:26

Sysia, Sophie super opowiadanka :D Czytam je z dużym zaciekawieniem :) Czekam na cedeki!


Cień motyla

Część 3.

Obserwował wyraźnie jej twarz, by sprawdzić, jakiej reakcji ma oczekiwać. Najpierw przedstawiała raczej niedowierzanie i zaskoczenie, później co prawda tylko przez chwilkę dostrzegł uśmiech, a teraz… Teraz nie było już tak bajecznie i kolorowo. Basia wydawała się być wściekła.
- Co to za pomysł w ogóle? Mam zostawić rodzeństwo, mamę i tak po prostu wyjechać sobie na urlop? W dodatku z tobą – prychnęła, patrząc na niego z pogardą.
- A masz coś przeciwko mojemu towarzystwu? No tak, pewnie wolałabyś, żeby na moim miejscu był pan prokurator! – teraz i on się zdenerwował. Może nawet trochę za bardzo.
- Wiesz co? Lepiej będzie jak wrócisz do Warszawy, bo i tak tu się na nic nie przydasz – stwierdziła zimnym tonem. Wyminęła go i weszła do domu.
- Niech to szlag! – uderzył pięścią w pobliskie drzewo, przeklinając swoje idiotyczne zachowanie.

- Basia, otwórz! No proszę Cię! Porozmawiaj ze mną – dobijał się do drzwi jej pokoju, szarpiąc za klamkę. Tymczasem ona leżała na łóżku, nawet nie drgnąwszy.
- Wynoś się! – burknęła przez zaciśnięte zęby.
- Baśka, bo zaraz przestrzelę ten cholerny zamek! – zaczynał tracić cierpliwość.
- Śmiało!
- Ja naprawdę mam przy sobie broń!
- Mówiłam Ci już… śmiało! – mimowolnie zaśmiała się z jego nieudolnych starań „grożenia” jej.
- Jeśli naprawdę tego chcesz to wrócę do Warszawy, ale wpuść mnie chociaż, żebym mógł się z tobą pożegnać – teraz przyjął inną taktykę.
Coś ścisnęło ją w gardle. Przecież ona wcale nie chciała, żeby wyjeżdżał! Rzuciła to tylko ot tak, żeby zrobić mu na złość. Zerwała się z łóżka i otworzyła mu drzwi.
- No nareszcie – westchnął – To co? Czas się chyba pożegnać – podszedł do niej i położył ręce na ramionach.
- Marek?
- Hmm?
- Ale ja nie chcę żebyś wyjeżdżał. Tak tylko sobie powiedziałam…
- Tak tylko sobie powiedziałaś? – przekomarzał się z nią.
- To zostaniesz? – zrobiła uroczą minkę, a on nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
- A pojedziesz ze mną w góry? – odparował - Zobaczysz, będzie fajnie – puścił jej oczko.
- Tak jak na Malcie? – nie potrafiła powstrzymać się od tego pytania.
- Baśka!
- No co? Po prostu taki wyjazd może być dla ciebie tragiczny w skutkach! – stwierdziła z udawaną troską.
- Czyżbyś znowu planowała zrzucać mnie z…
- To ja może lepiej zajmę się pakowaniem? – przerwała mu z lekkim uśmieszkiem. Co prawda nie była to jeszcze do końca dawna - uśmiechnięta i wesoła Basia, ale powoli coś zaczynało w niej „pękać”.

Godzinę później jechali już w kierunku Zakopanego. Wcześniej odbyli rzecz jasna małą sprzeczkę, o to, kto ma prowadzić. „Władcą” kierownicy został Marek, ale solennie przyrzekł Basi, że później będzie mogła go zmienić. Zareagowała głośnym prychnięciem, co uznał za zgodę.
- Marek, co my tam właściwie będziemy robić? – zagadnęła, nie mogąc znieść ciszy, jaka pomiędzy nimi zapanowała. On jakby tylko na to czekał.
- No jak to co? – wyszczerzył ząbki – Podziwiać widoczki!
- I tylko to, czy przewidziałeś jakieś inne atrakcje?
- Wszystko w swoim czasie, koleżanko! – znów się uśmiechnął. Humor mu wyraźnie dopisywał.
- Zamienisz się ze mną? – zapytała, mając oczywiście na myśli przejęcie „sterów”.
- Baśka, jedziemy dopiero pół godziny!
- To co?
- To pstro – powiedział to jednak takim tonem, że nie mogła poczuć się urażona – Bądź grzeczna, proszę Cię.
- Nie mów do mnie jak do małego dziecka – udała obrażoną.
- Przepraszam, chyba zostało mi przyzwyczajenie za czasów, kiedy Krzyś…
- Tęsknisz za nim, co? – popatrzyła na niego ciepło.
Przytaknął.
- Ale macie ze sobą kontakt?
- Tak, ale telefony i internet to nie to samo. Nie mogę go zobaczyć i przytulić… - choć próbował to ukryć, na jego twarzy pojawił się cień smutku.
- Krzyś na pewno wie, że go bardzo mocno kochasz.
- Twój tata też z pewnością wiedział, że go kochasz. Nie musisz zadręczać się tym, że nie zdążyłaś mu tego powiedzieć.
Zaskoczył ją. Przecież nigdy mu o tym nie mówiła.
- Skąd wiesz?
- O tym, że się zadręczasz? – zapytał, ale mu nie odpowiedziała – Znam Cię lepiej, niż Ci się wydaje, wiesz?
- Wesz – mruknęła pod nosem, przekomarzając się z nim – Mogę już poprowadzić?
- Nie – odparł stanowczym tonem.
Parę minut później grzecznie zajął miejsce pasażera i ustąpił jej miejsca. Wystarczył jeden jej przymilny uśmieszek, a nie potrafił odmówić. „Co ta Baśka ze mną wyrabia?” – pomyślał, złoszcząc się na swój brak asertywności.
Przez resztę drogi nie rozmawiali zbyt wiele. Oboje byli dziwnie zamyśleni. Aby milczenie nie było zbyt kłopotliwe, przez cały czas towarzyszył im dźwięk grającego cichutko radia.
Zaczynało się już ściemniać, więc Marek znów przejął kierownicę. Basia nawet nie protestowała. Była już zmęczona i senna. Nie ma się więc co dziwić, że kiedy usiadła na miejscu pasażera, szybo odpłynęła w ramiona Morfeusza. Tak upłynęła kolejna godzina.
- Basia, jesteśmy na miejscu – poinformował, ale ona nawet nie drgnęła – Hej, śpiochu – odgarnął kosmyk włosów z jej czoła. Podziałało. Pod wpływem jego dotyku, obudziła się.
- Zgubiliśmy się? – rozejrzała się wkoło w przerażeniem, ale nie udało jej się zobaczyć nic poza przerażającą ciemnością.
- Nie – pokręcił przecząco głową, aby być bardziej wiarygodnym - To tu spędzimy najbliższe kilka dni.
- No chyba nie wmówisz mi, że to Zakopane?!
- Okolice – mrugnął – Jestem tylko biednym policjantem, nie oczekuj ode mnie zbyt wiele!
- To gdzie będziemy spać? Pod namiotem?
- Nie no, jest tu taki malutki domek. Wynająłem go dla nas, zaraz Ci pokażę.
- Malutki domek – powtórzyła za nim, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

olka - 2009-07-15, 00:16

Malutki domek 8-) I będą podziwiać widoczki 8-) Akurat! :576:
Kasia świetne jest to opowiadanie! Uwielbiam, jak oni się droczą hihi
Zobaczymy czy dobrze spozytkują górski klimat :lol:
Czekam na cedek Mistrzu!;*;*;* ;-)

Ninuś - 2009-07-15, 12:16

Kasia
:lol: ja oni tam tylko widoczki będą podziwiać, to ja jestem święta Alberta :D
Genialne opowiadanie! Dobrze, że Marek nie odpuścił, nie wyjechał, a Basia go nie puściła. :)
Ciekawe co tam dla nas jeszcze wymyślisz. Więcej! ;**


Sophie
Czyta się lekko i przyjemnie, aż nie zauważyłam kiedy skończyła się ta krótka część.
Świetnie opisujesz uczucia i przeżycia Basi, czekam na cedek. ;**

Twins - 2009-07-15, 12:59

Sophie ajjjjjj bardzo podoba nam się to opowiadanie! Te komentarze Baśki są genialne! Jest wobec siebie tak krytyczna, że miejscami aż komicznie to wszystko wygląda! A przez to od razu można odnieść wrażenie jaka sympatyczna i fajna to dziewczyna! A Marek nieźle zawrócił jej w głowie :576:
Czekamy z niecierpliwością na cd! Napisz szybciutko! :*

Kasia, co ten Marecki kombinuje? :lol:
Jest strasznie tajemniczy jeśli chodzi o swoje plany...
Ale tak jak Olce nie wydaje nam się, że będą oglądać widoczki :576:
I ten ich wypad może mieć jakieś skutki :mrgreen:
A te ich docinki są genialne!
Dalej MISTRZU nasz :*

A nas leń wziął... :-| :lol:

Stokrotka07 - 2009-07-15, 15:05

Kasia -oczywiście, jakoś mi się nie chce wierzyć, że będą widoczki oglądać i podziwiać krajobrazy :lol: Ale dobrze, bardzo dobrze, że jadą w te góry ;-) Genialnie!:*
sysia16223 - 2009-07-15, 19:11

Kasia to jest kapitalne :mrgreen: :-) Zakochałam się w tym opowiadaniu bezgranicznie :-) Mały domek :-D hahhaa :-) Ten Marek to cwaniaczek :-P Pisz szybciutko :-D
Kasieńka - 2009-07-15, 21:42

Dziękuję :*:*:* Co będą robić w tych górach to się jeszcze okaże... :lol:

A czemu nikt nie pisze, hmm? Przecież są wakacje :D
Twins, Olka, sysia do roboty :D

isis - 2009-07-16, 07:56

Kasia uwielbiam to opowiadanie!;D
Mmmm Basia i Marek takich jakich kocham!xD
Heh Marek widze skutecznie zadbał o to aby Basia miała ciszę i spokój;P
Ach już się nie mogę doczekać kolejnej części!:)Ciekawe jakie atrakcje przygotował Brodecki dla naszej bohaterki:)

Sophie świetnie!Bardzo podoba mi się Twój styl pisania:)Pięknie opisujesz wszystko to co otacza Basię-ludzi,przyrodę.Przyjemnie się to czyta:)
Heh Basia to naprawdę wpadła po uszy;P Marek tak na nią działa,że dziewczyna ażnie wie co ma mówić;P
Heh zabawnie:)Czekam na kolejną cześć;)

Liczę jeszcze na inne pisarki;)
Twins,Olka,Daisy-może coś skrobniecie hm?:)
Byłoby miło;D

Madzianka156 - 2009-07-16, 11:55

co tu taki spokój?
świetne te wasze opowiadanka dlatego czekam na kontynuacje :)

Sophie - 2009-07-17, 11:38

Wymęczone :-)

17 lipca 2009

Siedzę sobie w pracy. Znów ulewa. Wielkie krople deszczu uderzają o polbruk i tworząc strumyk, pędzą ku deptakowi, którym teraz uciekają plażowicze. Wszyscy biegną dziko, prawie taranują się nawzajem. Dzieci plątają się pod nogami dorosłych. Jak na wyprzedaży w Media Marktcie.
- Chcę kulkę! – krzyczy w tłumie jakiś chłopczyk, swój pożądliwy wzrok wbijając w lody gałkowe.
- No i co. – odpowiada oschle matka wypranym z emocji głosem. Po czym oboje znowu znikają w rozszalałym tłumie.
A u nas pustki, więc nudzę się razem z Zuźką. Rozwiązujemy krzyżówki. 500 panoramicznych.
- Chciał wyłapać smerfy. Na osiem. Ostatnie L.
- No nawet tego nie wiesz? – wsparta na łokciu, kpiącym spojrzeniem omiatam jej twarz.
- Wiem! Gargamel. – Zuza wytyka język i ciągnie dalej znudzonym tonem:
- Nie podpisany donos. Na sześć.
- Anonim.
Nasze małe główki pewnie parują od niepotrzebnego wysiłku intelektualnego. Kiedy już zupełnie nie znamy hasła, maltretujemy piękną panią z okładki, dorysowując jej zacne wąsy, milion pryszczy, wągrów i zaskórników oraz dobieramy okulary niczym prawdziwy optyk. Kobieca zazdrość. Na świecie nie ma chyba nic gorszego.
- Imię męskie. Na pięć. Drugie A.
- Marek. – rzucam machinalnie.
Głupie pytanie. Bo czy istnieje jakieś inne imię męskie?
Zuza posyła mi spojrzenie w stylu: całkiem ładnie Cię wzięło, ale chyba nie masz pojęcia co z tym zrobić. I miała rację.
Mojej Zuzannie mogłam powiedzieć wszystko. Znałyśmy się jeszcze z dzieciństwa. Pamiętam jak histeryzowałam, kiedy przeprowadzaliśmy się do Przemyśla. Miałam osiem lat. Moje blond warkoczyki wściekle wirowały w powietrzu, kiedy tupałam nogami i z naburmuszoną miną wrzeszczałam na rodziców:
- Ta zabita dechami dziura jest na drugim końcu Polski! Nie możecie..! Ja nie chcę! Zostaję tutaj, słyszysz tato?! Mam w dupie ten cały Przemyśl!...
Tata niestety usłyszał. Doprowadzony do ostateczności wymierzył mi mocnego klapsa w tyłek i tym zakończyły się moje litanie. Z tylnego miejsca w Volkswagenie Passacie machałam jedynej przyjaciółce jaką kiedykolwiek miałam, a która teraz stała samotnie na schodach kamienicy. Przykleiłam nos do szyby i wpatrywałam się w malejącą postać Zuzi. Oczy piekły mnie niemiłosiernie, a policzki pełne słonych łez wysuszyły się dopiero wtedy, kiedy dostałam od niej pierwszy list. Na szczęście kontakt został utrzymany. Mimo dzielącej nas odległości, stałyśmy się sobie jeszcze bliższe. Rozmowy przez telefon, gadu, skype’a i spędzane wspólnie wakacje lub ferie.
Dla mnie jest wyjątkowa. Nigdy mnie nie ocenia i zawsze chce wysłuchać. Więc jak miałam nie powiedzieć jej o nim? I to było głupie.
Ubóstwiam Zuzę wraz z wszelkimi jej wadami, chociaż potrafią mnie nieźle podkurzyć. Bardzo irytuje mnie jej gadulstwo. Czasem proszę żeby dochowała tajemnicy, a ona przez zupełny przypadek wypapla wszystko swojemu starszemu bratu Bartkowi, który jest dla niej jak guru. „Podszedł mnie tak, że zupełnie zapomniałam, że to tajemnica! Oj Bacha, przepraszam no...”. Ile razy już to słyszałam? Po początkowym klasycznym fochu, szybko przywracam ją do łask. Muszę mieć z kim narzekać, kiedy z anteny zdejmują nasz ulubiony serial i piszczeć z radości, kiedy w esemesowym konkursie RMF FM wygrywam bilety na premierę w Multikinie.
Najgorsze jest jednak to, że jeśli Bartek o czymś wie, wie już cała wioska. Poczynając od sąsiadki z góry, a kończąc na lokalnych żulach. Dobrze, że nie widuję tych ludzi codziennie. No i… Bartek jest przyjacielem Marka. Więc jeśli tym razem Zuza piśnie choćby słówko na temat mojej słabości, dowie się jak wielki jest mój gniew! Tak długo będę trzymać jej głowę pod powierzchnią wody, aż uznam, że odpokutowała swój grzech.
Kiedy już pozwoliła mi się wygadać i jakoś nieporadnie bądź pokracznie opisałam swoje uczucie do niego, jej cenna rada brzmiała jedynie:
- Bierz go!
- Zuzia...- westchnęłam z rezygnacją, przewracając oczami.- Gdyby to było takie proste…
- A nie jest? – spytała niewinnie, wlepiając we mnie swój lekko zdziwiony wzrok. Jej brwi zniknęły pod grzywką. Czyli mówi zupełnie szczerze. Cała ona. Nic nie mogło stanąć jej na drodze, kiedy czegoś pragnęła. Nie ważne czy chodziło o nowy kolor włosów, niewarty swej ceny perfum od znanego projektanta, czy przystojniaka, którego poznała we wtorek w pizzeri. Zawsze dostawała to, czego chciała. Była typem zwycięzcy, podczas gdy ja stanowiłam jej mizerne przeciwieństwo. Dlatego nigdy do końca nie rozumiała moich oporów i wątpliwości.
- Mam wskazać na faceta palcem i powiedzieć, że od teraz należy do mnie? – spytałam sarkastycznym tonem, na który ona w ogóle nie zwróciła uwagi.
- I jeszcze, że od tej decyzji nie może się odwołać. Chociaż pewnie nie miałby zamiaru.– dodała pospiesznie.
Cóż, próbuję to sobie wyobrazić, ale widocznie jestem zbyt ograniczona. Tylko jakiś niewyraźny obraz majaczy mi w głowie. On uciekający gdzie pieprz rośnie zaraz po usłyszeniu takich słów… Nie wyglądało to zbyt zachęcająco.
- Nie pomógłby mu nawet trybunał w Strasburgu. – rzuciła Zuza w zamyśleniu, uśmiechając się przy tym chytrze. Najwyraźniej jej myśli biegły własnym torem. Miała swój świat.

Natomiast moja sytuacja nie przedstawiała się zbyt różowo. Minęło już sporo dni i nocy, od kiedy uciekałam przed deszczem pod osłoną jego parasolki, a poczyniłam jedynie nieznaczne postępy. Śmiało można powiedzieć: znikome.
Od tamtego dnia zaczął codziennie zachodzić do naszego baru, żeby rzucić szybkie „cześć Baśka”. Tak jak nigdy nie rozumiałam, jak rodzice mogli dać mi na imię Barbara, tak teraz uwielbiałam dźwięk swojego imienia w jego ustach. Czasami przystanął na dłużej i wdawał się z nami w pogawędki o niczym. Zuzia nadawała jak katarynka, a ja stałam tuż przy niej i z zadowoleniem przyglądałam się przerażeniu na jego twarzy. W odpowiednim momencie przedzierałam się przez jej monolog i wtrącałam swoje trzy grosze. Czy on był mi za to wdzięczny? Tak. Mogłam zobaczyć to w jego wzroku, kiedy te dwa niebieskie punkciki wpatrywały się uporczywie w moje wielkie oczyska. To spojrzenie parzyło.
Tak mijały kolejne dni. Jedynym ich plusem było więc to, że zdążyłam się już trochę przyzwyczaić do jego obecności i nie byłam tak beznadziejnie onieśmielona. Podczas tych krótkich widzeń dowiedziałam się też, że jest rdzennym mieszkańcem tej wioski. Jak ja. Ale przecież nigdy go tu nie widziałam… Pamiętałabym. Tyle razy odwiedzałam Zuźkę i nigdy nikt o nim nie wspomniał. Nigdy nie minęłam go na ulicy. Nigdy nie miałam szansy, żeby się w nim zakochać. To nic, że bez wzajemności!
- Tak? Ale to wcale nie jest dziwne, że nigdy się nie spotkaliśmy. Urodziłem się tu, ale jak miałem dwa lata wyjechaliśmy do Niemiec. Wróciłem jako dziesięcioletni chłopaczek, więc Ciebie pewnie już tu nie było. No i każde wakacje spędzałem u ciotki w Munchen. Mieszkała sama, bez męża, dzieci…A dla mnie to była jedyna okazja żeby się stąd wyrwać. – uśmiechał się krzywo.
No nie… I pomyśleć, że gdyby siedział na dupie, zamiast bawić się we Włóczykija, znałabym go już znacznie dłużej. Znacznie lepiej.
Moje przemyślenia przerwał dźwięk smsa.
„Od: Marek.”
Przecież miał dzisiaj wolne… Musiał zawieźć jakieś papiery do Gdańska. Czyżby przyzwyczaił się do naszych codziennych spotkań i teraz czegoś mu brakowało? Głupia. Jasne, że nie. Zrezygnowana otworzyłam wiadomość.
„Hej. Idziemy dziś wieczorem do klubu z chłopakami. Przyłączysz się?”
Pamiętał o mnie. I zależało mu, żebym poznała jego znajomych. Zaraz… Do tego największego klubu we wiosce? Zuzia często próbowała mnie tam zaciągnąć, ale zawsze zręcznie się z tego wykręcałam. Jak na zawołanie znajdywałam milion błahych, idiotycznych powodów przeciw. Byłam nieugięta, niezrażona jej kpiącym spojrzeniem i niewzruszona prośbami. A teraz kusiło mnie żeby skorzystać z okazji. Tylko dlatego, że to on mi to proponował. Ale ze mnie prymityw. Uśmiech zniknął tak samo szybko, jak się pojawił.
„Dzięki, ale raczej nie. Będę padnięta po pracy. Baw się dobrze:) „
Akurat. Dzisiaj żadne przemęczenie na pewno mi nie grozi. Już od dwóch godzin grzeję swym ciepłem barowe krzesełko i nic nie zapowiada, żeby miało się to zmienić. Pewnie nawet wyjdę wcześniej.
Ale ja nienawidzę potańcówek przy techno!
„Nie zmyślaj. Chciałbym Cię wreszcie zobaczyć w sukience…;) „
Ej… To zdanie powinno mnie ucieszyć, a ja czułam tylko przerażenie. Bo właśnie postawił warunek: żeby w ogóle z nami pójść, musisz założyć sukienkę. A ja nie robię tego często. I wcale nie chodzi o żadną fobię. Czy wstyd. Po prostu w moim mniemaniu w spodniach wyglądam lepiej. Natomiast wszyscy inni mówią, że powinnam chwalić się długimi, zgrabnymi nogami, ale jakoś nie mogę się przekonać. Oni tak mówią, żeby pobudzić do życia moją pewność siebie, podbudować mnie psychicznie i zobaczyć zakłopotanie na mojej twarzy. Albo lubią kłamać.
Kiedyś razem z Zuzą wybrałyśmy się na „disco” i wiem, że nie byłam wtedy w pełni władz umysłowych. Wcisnęłam się w czarną kieckę, która była tak wycięta na plecach, że czułam jakbym nosiła na sobie strzępek materiału. Inni chyba też tak czuli, ale im to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Bo gdyby spojrzenia miały ręce, każdy facet w tamtym zadymionym klubie gładziłby mój kark, biust i uda. To w ogóle nie było miłe. W ogóle.
Ale jemu chcę się podobać… Chcę żeby na mnie patrzał.
W myślach zaczęłam gorączkowo przeszukiwać swoją walizkę, którą pakowałam w Przemyślu, ale wtedy do głowy by mi nie przyszło, że teraz będę w takiej sytuacji. Po mojej głowie krążyło kilkanaście par jeansów, kolorowych bluzek, porozciąganych topów i tylko dwie sukienki, które w żadnym razie nie nadawały się na imprezę. Bida aż piszczy.
„Niestety… Może innym razem. Dziś musicie się obejść bez mojej dostojnej osoby : P „
Ale te buty niewygodne. Trzy godziny później siedzę wciśnięta między postawnych osiłków, których on nazywa swoimi kolegami. Tępy wzrok wbijam w choinkę huśtającą się tuż przede mną. Waniliową. Mdli mnie od tego zapachu. Co chwila zasłaniam kolana sukienką, która nieubłaganie podjeżdża do góry, z uporem odsłaniając moje uda.
Kurde, ale dałam się wrobić. Jak to się stało?! Pamiętam, że długo nie musiał mnie „przekonywać”. Wystarczyło, że zadzwonił.
- … To co? Przyjdziesz czy nie? – spytał, zaraz po wyśmianiu mojego nudnego życia.
- Nie. – powiedziałam spokojnie, przepraszającym tonem. Dlaczego sama miałabym skazywać się na męczarnie?
- I dobrze. Nie przychodź. – rzucił wyraźnie z siebie zadowolony.
Chwilę… Czy on nie powinien mnie błagać i stękać, że niby jestem tam niezbędna?
- Właśnie, że przyjdę! – wkurzona odparowałam bezmyślnie.
A teraz ponosiłam konsekwencje swojej głupoty. Na dość wysokich, chwiejnych szpilkach, w skupieniu przemierzałam kilkumetrową i cholernie wyboistą drogę od samochodu do drzwi dyskoteki. Dyskretnie asystowana przez ramię Zuźki.
Zaraz po jego telefonie, jak burza wtargnęłam do zuzinego pokoju i prawie że siłą wyciągnęłam ją sprzed komputera, przy okazji w locie chwytając jej najlepszą sukienkę. W tamtej chwili pozwoliłaby mi na wszystko, tak była zaskoczona i przejęta, że wybieramy się do klubu. Razem. Wszelkie owocowe pomadki, transparentne pudry, szczotki do włosów i maszynki do golenia poniewierały się po pokoju. Wreszcie wyglądałyśmy przyzwoicie. A przynajmniej chciałyśmy w to wierzyć.

W środku było niemożliwie głośno. Donośny rechot kilkuset wstawionych imprezowiczy i zmiksowane dźwięki z dj’skiej konsolety, to zabójcze połączenie. Chyba nigdy nie znałam ciszy. Ludzie napierali z każdej strony. Postawiłam jedną nogę za progiem sali i natychmiast zostałam wciągnięta w wir „tańczącego” tłumu. W ich słownikach, pojęcie tańca musi być tłumaczone jako bezsensowne rzucanie się po parkiecie, niespodziewane wyrzucanie rąk od góry, zamaszyste szuranie nogami, bądź stanie w miejscu i rytmiczne kiwanie się na wszystkie strony.
Popychana i poszturchiwana dotarłam do baru. Moje oczy, jeszcze nieprzywykłe do błysków kolorowych reflektorów, z zadziwiającą szybkością i precyzją wyszukały jego. Stał po drugiej stronie. Nagle spojrzał wprost na mnie i uśmiechnął się znacząco. Tak, że moje serce drgnęło niebezpiecznie głośno. Czy nikt tego nie słyszał?
Tym razem to ja popychałam wszystkich, torując sobie drogę do niego. Nie będą mi tu deptać po nogach! Wreszcie doczłapałam się do chłopaków i zostałam oficjalnie przedstawiona. Niczego sobie ci jego znajomi, ale do pięt mu nie dorastali. Od jednego z nich, Pawła, lepiej trzymać się z daleka. Wydawało mi się, że pożre mnie wzrokiem. Później jeszcze by mu się odbiło, na zdrowie. A przecież nie o to mi chodziło… To Marek miał zauważyć jak inaczej wyglądam. Powiedzieć, że wreszcie widzi mnie w sukience, że wyglądam całkiem znośnie, że dzisiaj pogoda była okropna, a jutro ma być jeszcze gorzej! Żeby w ogóle się do mnie odezwał! A on wykrzyknął tylko „hej”…
Czwarta z kolei kula zbiła siedem kręgli. Nieźle jak na początkującą, ale zaczynało mnie to już nudzić. Od godziny siedziałam tu i zachwycałam się celnymi uderzeniami innych. Jego straciłam z oczu już na początku. Unikał mnie? Nie, tylko po prostu nie chciał psuć sobie opinii i pokazywać się w towarzystwie takiej maszkary jak ja. Czyli na jedno wychodzi. Właściwie to doskonale go rozumiem. Panie Boże wskaż mi palcem, której kobiecie mam wydrapać oczy i nienawidzić jej do końca życia! Która z tych wytapetowanych, wysolaryzowanych, wytipsowanych dziewuch wpadła mu w oko? Która bezwstydnie klei się do niego w ciemnym kącie?
Wkurzona przeciskam się przez tłum i wpadam w potężne objęcia. Ktoś przyciska mnie do swojego piwnego brzucha i chucha smrodem fajek prosto w twarz. Obłapia mnie w biodrach i próbuje zakołysać się w rytm muzyki. Wbijam w niego nienawistne spojrzenie, ale on nie odrywa zamglonego wzroku od mojego dekoltu. Zdejmuję z siebie jego nachalne, spocone ręce. Wyrywam się wreszcie i kontynuuję drogę ku WC. Paweł to skończony idiota… Zresztą jak każdy facet po kilku głębszych. Z rozmachem zatrzaskuję drzwi łazienki, znikając w jej otchłaniach.

Ma ręce w kieszeniach, a plecami opiera się o ścianę. Marek czeka na mnie pod damską toaletą. Co za tłuk z niego. Wreszcie wyczuł moją obecność i spojrzał z ukosa.
- Gramy w kręgle? – spytał niby od niechcenia. No nie. Czy on nie ma do zrobienia czegoś ważniejszego? Ważniejszego od litowania się nad taką pokraką jak ja? Zresztą, ja właśnie wychodzę, nie zostanę tu ani chwili dłużej!
- Ok. – odpowiedziałam tępo.
- Nie martw się, dam Ci fory. – puścił do mnie oczko wielce uradowany. I wtedy otrzeźwiałam.
- Kiedy nie musisz! Świetnie poradzę sobie bez Twojej łaski. I jeszcze będziesz błagał o rewanż! – wykrzyczałam hardo i żwawo ruszyłam przed siebie, nie zaszczycając go spojrzeniem. Swoje zamaszyste kroki skierowałam na jedyny wolny tor.
Wkrótce przekonałam się, że nie jestem dla niego żadną konkurencją.
Musiałam ratować swój honor i zmniejszyć dzielącą nas różnicę punktów, oby tylko nie dać mu satysfakcji zbyt łatwej wygranej. Ale tak ciężko było się skupić na grze, kiedy on dokładnie obserwował każdy mój ruch! W tym wieku nie mogę chyba cierpieć na Parkinsona. A jednak. Moje ręce drgały lekko, przerażone jego bliskością.
- Musisz się tak nachylać? – jego wkurzony głos przywrócił mnie do rzeczywistości. A moje pytające spojrzenie wyraźnie go zirytowało.
- Tak się wypinasz, że cała szyba za Tobą jest pośliniona od mord kilkunastu facetów! – dorzucił, wskazując do tyłu.
Zastygłam w bezruchu zupełnie nieprzygotowana na takie wrzaski w jego wykonaniu. Natomiast, o dziwo, to co powiedział wcale mnie nie przerażało. Wywołało tylko uśmiech zadowolenia. Wreszcie byłam jak Kopciuszek na balu. Czy nie o tym marzy każda mała dziewczynka? Roześmiałam się cicho z moich głupich myśli. Jego spojrzenie lustrowało mnie bacznie spod zmrużonych powiek i wyraźnie nie spodobała mu się moja reakcja.
- Lubisz to?
- Ale co? – spytałam z miną niewiniątka.
Ruszył w moją stronę i zanim się spostrzegłam, przygwoździł do ściany. Jego ciepłe ręce obejmowały mnie ciasno w pasie.
- To. – mruknął cicho tuż przy mojej twarzy. Pachniał rozgrzaną plażą i zacisznym sosnowym lasem. Boże! Miałam go odepchnąć? Odepchnąć kiedy nieśmiało smakował moich ust? Kiedy z coraz większą zaborczością wpijał się w nie namiętnie? Kiedy wreszcie z czułością błądził rękoma po moim tęsknym ciele, językiem badał podniebienie i prowokował do odwzajemnienia tej pieszczoty? Czułam, że jego dotyk pali moją skórę, a gdzieś w głębi mnie coś przeszywająco pulsowało. Wstrząsnął mną lekki dreszcz podniecenia, kiedy przygryzł moją wargę. Nagle zrobiło się tak okropnie duszno i gorąco. Jeśli moje serce wcześniej biło oszalałe, to teraz na pewno stanęło w bezruchu. Musiałam mu się poddać. Różowa kula z mojej ręki spadła na podłogę z głośnym hukiem. Oswobodzona dłoń powędrowała na jego tors. Jak cudownie czuć go przy sobie, czuć jego naprężone mięśnie i wysportowane ciało. Powinien trzymać mnie mocniej, bo czuję, że odpływam. A może właśnie przestaję istnieć?
Niechętnie oderwał się ode mnie. Szkoda, bo to powinno trwać wiecznie. Roziskrzonym wzrokiem wpatruje się w moją rozmarzoną twarz.
- Aaa, to. - szepczę dziwnie rozluźniona. Jak to się stało, że tak szybko przyszłam do siebie? – Lubię. Nawet bardzo.
- Więc błagam o rewanż… - odpowiada wesoło, kciukiem przejeżdżając po moich wilgotnych od pocałunku ustach. Przechylam przekornie głowę, odwzajemniając jego diabelski uśmieszek i błyski zadowolenia w oczach.
Cóż. To ja byłam tą, która obściskiwała się z nim w ustronnej kręgielni. Czy teraz sama sobie powinnam wydrapać oczy? Nie ma mowy!
Siedemnastego lipca bieżącego roku Marek Brodecki znalazł swoją drugą połówkę chleba.

_____________

Kasieńka - 2009-07-17, 19:00

łaaaaaaa!
Sophie to jest Genialne :D
Hihi to się Basia po tak długim wzdychaniu, doczekała reakcji ze strony Marka :D I to jakiej reakcji :lol:
Wciągnęło mnie to opowiadanie! Już nie mogę doczekać się cedeka :)

Twins - 2009-07-17, 20:20

Sophie, wow!!!
To opowiadanie jest genialne!!!
Czyta się je jak książkę, która niesamowicie wciąga!!!
Bardzo się cieszymy, że dołączyłaś do grona pisarek i mamy nadzieję, że to nie jest twoje pierwsze i ostatnie opowiadanie!
Z niecierpliwością czekamy na cedeka a w przyszłości na nowe opowiadania!
A do samej treści, to Marek w przeciwieństwie do Basi zrobił duży krok do przodu.
Szybki Bill :576:
Cały pomysł jest świetny i świetnie napisany a opisy czyta się z przyjemnością!

sysia16223 - 2009-07-17, 21:29

Boskie Sophie na prawdę :-D :-) ! czyta się to wspaniale :-D ja chce wiecęj :-)
Daisy - 2009-07-17, 22:07

Twins, Sysia, a wy kiedy? ;>
Stokrotka07 - 2009-07-17, 22:11

Sophie, świetnie ;-)
Basia wreszcie się doczekała ;-) Ciekawa jestem, jak rozwinie się ich znajomość ;-) Genialne ;-)

olka - 2009-07-18, 01:16

Sophie ukłony! :-D
To opo mnie totalnie pochłonęło! Jest fantastyczne!
Opisy są fenomenalne! W ogóle całość tworzy niesamowity klimat. Chce się je czytać i czytać <lol>
Naprawde wielkie brawa, bo zasłużyłaś!
Czekam na cedek!;*;* ;-)

Twins - 2009-07-18, 08:02

Daisy napisał/a:
Twins, Sysia, a wy kiedy? ;>


Dzisiaj nas nie ma bo wyjeżdżamy, a poza tym...
Wziął nas leń przez te upały.
Ale postaramy się coś naskrobać, bo mamy ambitne plany :lol:

Ninuś - 2009-07-19, 12:00

Sophie!
Marek to rzeczywiście jest szybki. A Basia wydaje się z tego zadowolona :D
To opowiadanie jest genialne! Czekam! Czekam! Bo to dzieło jest! ;**


Eeeeeej będzie coś dzisiaj????

Twins - 2009-07-21, 12:27

Miałyśmy się dzisiaj zabrać, ale chcieć to nie zawsze znaczy móc...
Teraz nie my jesteśmy w gościach, a goście u nas.
Także postaramy się jak najszybciej coś dać. :)
Zapraszamy do wordów :D

sysia16223 - 2009-07-21, 13:59

Ups chwilkę mnie nie było :-) Bardzo was przepraszam, nawet nie napisałam, że wyjeżdżam postaram się naskrobać coś dziś lub jutro :-P
Twins - 2009-07-23, 19:14

Mamy nadzieje, że ktoś jeszcze pamięta ;)

Lek na całe zło
Cz. 10

Był gliniarzem od ponad 15 lat.
Miał na koncie wiele rozwikłanych spraw, ale ta od początku wydała mu się podejrzana: młoda dziewczyna, co gorsza, córka jego najlepszego przyjaciela znika bez śladu z nieznajomym chłopakiem, z tymże nic nie wskazuje na porwanie.
Jako bliski znajomy Storoszów mógłby pokusić się o stwierdzenie, że jego przyjaciel zwyczajnie histeryzuje. Nie raz był świadkiem nadopiekuńczości rodziców do tej dziewczyny. Trzymali ją pod kloszem, bojąc się kogokolwiek wpuścić do środka. Nie zdziwiłby się, gdyby któregoś dnia nie wytrzymała i postanowiła uciec.
Jako policjant musiał jednak sprawdzić każdą ewentualność. W tym porwanie. Zwłaszcza, że ten doświadczony glina był naprawdę przejęty telefonem Storosza. Wówczas nie brał innej możliwości pod uwagę jak ta, że Basię uprowadzono.
Kiedy jednak trzymał w ręku własnoręcznie napisany list, w którym dziewczyna mówi, że jest zakochana i wyjeżdża w tajemnicy przed rodziną, gdyż ci jej nie zrozumieją, musiał obiektywnie stwierdzić, że o żadnym porwaniu nie ma mowy.
Co nie oznacza, że nie mają powodów do obaw.
Jeszcze raz przeczytał ten krótki list, tym razem prześwietlając go okiem profesjonalisty, ale jak się spodziewał, nie znalazł nic niepokojącego. Nic nie wzbudziło jego podejrzeń. Jest napisany szczerze.
Komisarz Zawada spojrzał na rodziców zaginionej dziewczyny z rezygnowaniem, zastanawiając się w duchu, co ma im powiedzieć, by ich choć trochę uspokoić.
Storoszowie za to czekali aż policjant udzieli im fachowych informacji. Zawada jak na złość milczał, podtrzymując ich tym w niepewności. Storoszowa dłuż nie wytrzymała tego napięcia. Przerwała tą uciążliwą dla niej ciszę.
– I co o tym myślisz? – spytała, spoglądając z nadzieją na komisarza.
Ten wymienił z nią szybkie spojrzenie, nie dając żadnej odpowiedzi, po czym ponownie spuścił wzrok. Upłynęły kolejne sekundy zanim się odezwał w zamyśleniu, przykładem rasowych detektywów na tropie.
Odpowiedział swoim grubym, zachrypniętym głosem.
– Ten chłopak musiał nieźle zawrócić jej w głowie, skoro zdecydowała się z nim uciec. – mruknął w żartach, chcąc nieco rozweselić towarzystwo. Miał dość tej powagi.
Zwrócił się w stronę okna i zaczął oglądać okolicę. Była naprawdę urocza.
– Czekaj, czekaj. – odparł Storosz, wyłapując drugie dno jego wypowiedzi.
Znali się z Zawadą od wielu lat i zdążył już wystarczająco go poznać, by wiedzieć, kiedy jego przyjaciel dyskretnie coś insynuuje.
– Czy ja dobrze zrozumiałem? Uciekła? …Sugerujesz, że wezwaliśmy cię niepotrzebnie? – nie zwracał uwagi na swój ton.
W tej chwili poczuł się urażony.
– Mówię tylko, że Basi nikt nie porwał. Zabrała wszystkie swoje rzeczy z pokoju, zostawiła list, w którym tłumaczy swoje zachowanie, po czym wymknęła się niezauważona, by nikt nie zaczął jej szukać. Przynajmniej na początku. Basia dokładnie zaplanowała ten… wyjazd. – nie mógł znaleźć odpowiedniejszego słowa. – Podjęła decyzję spontanicznie, pod wpływem impulsu. Z desperacji. Macie wszystko na papierze.
– Czyli uważa pan, że nie mamy racji. – wtrąciła Storoszowa z ironią.
– Nie. Mam na myśli to, że Basia pojechała z nim dobrowolnie. To nie jest porwanie. Nie takie, jakie zazwyczaj sobie wyobrażamy.
– To co to twoim zdaniem jest? – Storosza poniosły nerwy. – Nasze dziecko urządza sobie wycieczkę z obcym facetem! Mamy siedzieć i spokojnie czekać aż wróci?! – Zawada spojrzał na przyjaciela wyrozumiale.
Wiedział, że jest zdenerwowany. Nie będzie zatem chować urazy za jego zachowanie. Komisarz po prostu puścił mimo uszu jego komentarze, udając głuchego.
– Moim zdaniem są dwie możliwości. Albo Basia po prostu się zakochała i oboje to zaplanowali… A wy bezpodstawnie obwiniacie tego…Marka.
– Albo? – wyprzedził Zawadę.
Policjant spojrzał na przyjaciół już poważniej.
– …Albo ten chłopak wcale nie jest taki święty. Uwiódł ją i sam zaplanował tą „wycieczkę”, tylko tak, żeby Basia myślała, że to był jej pomysł. – rzucił już z mniejszym przekonaniem.
Prywatnie nie chciał w to wierzyć, choć zawodowo nie mógł niczego wykluczyć.
Te dwie sprzeczne natury, komisarza Zawady, który zawsze musi być przygotowany na każdą ewentualność i zwykłego człowieka czasem bywały trudne do pogodzenia.
Przecież znał Basię bardzo dobrze. To rozsądna i bystra dziewczyna, która twardo stąpa po ziemi. Może czasem, jak każdy lubi pofantazjować, ale nigdy nie postępowała wbrew zdrowemu rozsądkowi. Zawada był przekonany, że nie zdecydowałaby się na tak desperacki krok, gdyby nie była w stu procentach pewna tego chłopaka. Widocznie wzbudził jej zaufanie. Poza tym Basia miała doskonałą intuicję do ludzi i potrafiła ich trafnie ocenić. Nie raz śmiał się, że przypadłby mu się w wydziale ktoś taki.
Po chwili zastanowienia, dodał:
– Tak, czy inaczej możesz na mnie liczyć. – zapewnił Storosza, patrząc mu w oczy.
Obaj uśmiechnęli się pokrzepiająco.
– To co zamierzasz zrobić? – spytał po chwili Storosz.
– Jak na razie nie wiemy nic o tym chłopaku, poza tym, że ma na imię Marek i jedzie z Basią do Paryża, o ile jej nie oszukał. Będzie nam go trudno zidentyfikować.
– To jak chcesz to zrobić?
– Rozejrzę się trochę po okolicy, popytam o Basię. Jeśli ktoś ją widział, musiał też widzieć tego chłopaka. Z tego co mówi Małgosia często się spotykali. A wtedy może uda się nam sporządzić portret pamięciowy, dowiedzieć kim był. – odparł profesjonalnie. – Znajdziemy go. Ten chłopak nie mógł zapaść się pod ziemię. – próbował dodać otuchy, zwłaszcza zatroskanej matce dziewczyny, ale na nic się zdały jego starania.
Sam nie miał dzieci, zatem trudno było mu postawić się w sytuacji rodziców, których dziecko gdzieś zniknęło. Mógł sobie to tylko wyobrazić, próbować zrozumieć i współczuć.
Kiedy jednak pomyślał, że Basia mogłaby być jego córką…
W tej symulacji z pewnością nie działałby jak policjant, a zdeterminowany ojciec.
– Macie może aktualne zdjęcie Basi?
– Tak. Mam. Andrzej, podaj mi torebkę. – kobieta zwróciła się do męża, a już po chwili grzebała w torbie, szukając odpowiedniego zdjęcia.
– Proszę. – podała komisarzowi, a ten przyjrzał się fotografii.
Przyrzekł sobie, że zrobi wszystko, by ją odnaleźć, nawet jeśli nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo. Po prostu musi się upewnić, że tej dziewczynie nic nie jest.
– Dobrze. To jesteśmy w kontakcie. Jak się czegoś dowiem, zadzwonię. – miał już wychodzić, kiedy policjanta zatrzymała Storoszowa.
– Panie Adamie, proszę. Niech pan znajdzie naszą córkę.
– Postaram się. – rzucił na odchodne i wszedł.

*****

Kręcił się po okolicy od ponad godziny, a z relacji świadków, którzy widzieli Basię w przeciągu kilku dni nie udało się wyciągnąć żadnych konkretów. Większość nie potrafiła opisać chłopaka lub też widywali Basię samą.
Kiedy komisarz zaczynał tracić wiarę w ludzi, dowiedział się od jednej kobiety, gdzie najczęściej przebywała Basia.
– Tak, To tu, niedaleko. Zaraz za rogiem. – rzuciła kobieta, wskazując palcem, po czym znów zaczęła oglądać zdjęcie Basi. – Lubiła tu robić zakupy.
– Dziękuje pani bardzo. – rzucił komisarz z zadowoleniem.
Miał już jakiś trop.
– Taka fajna dziewczyna. Nigdy nie wiadomo, co za nieszczęście może się człowiekowi przytrafić. – pokręciła głową i unosząc zakupy, ruszyła w swoją stronę. – Dowidzenia.
– Dowidzenia. – odparł i natychmiast udał się we wskazanym kierunku.
Ujrzał zwykły spożywczak, trójkę niegroźnych pijaczków na ławce i wyróżniającego się czarnego mercedesa. Zawada zignorował fakt, że ci panowie spożywali alkohol w miejscu publicznym i ruszył do wejścia.
Nim zdążył podejść, poczuł, jak zostaje potrącony przez coś ciężkiego i barczystego.
– Przepraszam. – rzucił mężczyzna średniego wzrostu, przy kości w drogiej marynarce z najlepszych materiałów.
Zawada posłał mu wrogie spojrzenie, mówiące, by następnym razem uważał, zanim na kogoś wpadnie i wszedł do środka.
Tymczasem nieznajomy mężczyzna wyciągnął telefon komórkowy z kieszeni i podszedł do samochodu zaparkowanego przed sklepem, a który zwrócił uwagę Zawady. Czekając na połączenie, wyłączył alarm i otworzył zamek.
Wsiadając, rozpoczął rozmowę.
– Dzień dobry, panie Brodecki… – rzucił do słuchawki i zatrzasnął drzwi. – …Tak był tu. Jakaś kobieta rozpoznała pańskiego syna na zdjęciu. Nie, chyba nie. Musiał wyjechać, bo od kilku dni się nie pojawił. …Może uda mi się ustalić dokąd pojechał. Dobrze, dowidzenia. – odparł na zakończenie i nacisnął czerwony przycisk na klawiaturze.
Ruszył z piskiem opon.
Zawada natomiast zaraz po wejściu do sklepu chwilę się rozejrzał, po czym podszedł do lady, za którą stała kobieta około czterdziestki.
– Dzień dobry. Co podać? – zwróciła się do Zawady, biorąc go za kolejnego klienta.
Policjant nic nie odpowiedział tylko pokazał odznakę.
– Policja, komisarz Zawada. Szukam jednej dziewczyny. – położył na blacie zdjęcie. – Rozpoznaje ją pani? Przychodziła tu?
Kobieta wzięła do ręki zdjęcie, chwilę się przyjrzała, po czym odparła nieprzyjemnie.
– Tak, przychodziła. Dość często. Kupowała wodę i batoniki. – z tonu jej głosu komisarz wywnioskował, że jest nieprzyjaźnie nastawiona do organów ścigania lub też taka niesympatyczna i wredna dla wszystkich klientów.
– A może widziała pani czy nie przychodziła tu z kimś jeszcze? …Z chłopakiem? – podpowiedział, przedłużając rozmowę na wypadek, gdyby chciała go jak najszybciej spławić, krótkim „Nie”.
– Może i przychodziła, ale co mnie to odchodzi? Dużo osób się tu kręci, nie łatwo spamiętać wszystkich. – wykręcała się. – Przepraszam, mam prace.
– Dziwne, bo nie widzę klientów. Musi być ich nie aż tak dużo. To mała wioska. …To przychodziła, czy nie? – dopytał, już bardziej stanowczo.
– Raz, czy dwa był z nią jakiś chłopak. Rozmawiali.
– Wie pani o czym?
– A kto ja jestem? Plotkara?! – zawada spuścił głowę, próbując zdławić napad śmiechu.
Wypieranie się to typowy odruch, kiedy ktoś jest winny.
– Nie wiem o czym rozmawiali, ale… raz podsłyszałam jak ta dziewczyna chciała z nim wyjechać. Akurat kończyłam zmianę. Ale nie wiem gdzie, poszłam do domu.
Tymczasem drzwi od zaplecza lekko się uchyliły. Komisarz nie zauważył, że ktoś przysłuchuje się ich rozmowie.
– A umiałaby pani opisać tego chłopaka? Jak wyglądał?
– Chłopak, jak chłopak nie przyglądałam się. Ale widziałam go dokładnie. – rzuciła ironicznie, spuszczając głowę.
– Zgodziłaby się pani na sporządzenie portretu pamięciowego? – zapytał po dobroci.
– A czy to takie ważne? – oburzyła się nagle. – Nie, ja nie chce mieć kłopotów. Niech pan poszuka kogoś innego. – rzuciła na odczepne, co rozgniewało Zawadę.
Nigdy nie rozumiał postawy takich ludzi.
– …Być może ten chłopak teraz gdzieś przetrzymuje tą dziewczynę! A pani jest jedyną osobą, która może określić sprawcę! Jeśli zależy pani choć trochę na życiu tej dziewczyny…. – urwał, zauważając, jak mina sprzedawczyni momentalnie złagodniała.
– To ją porwali? Jezus Maria… – szepnęła zszokowana.
Komisarz nic nie odpowiedział na jej pytanie. Wiedział już, że sporządzą portret.
– A może wie pani o nim coś więcej? Gdzie mieszka, czy jest stąd, czym jeździ?
– Nie, nigdy go wcześniej nie widziałam. Raczej turysta. Nic więcej nie wiem. Naprawdę. – dodała, czując, że policjant jej nie wierzy.
– Ale ja wiem. – odezwała się nagle nastoletnia blondynka, która wyszła z zaplecza.
Zawada od razu spojrzał w jej stronę.
Dziewczyna miała co najwyżej 16 lat. I była prawdopodobnie córką kierowniczki.
I mogę go opisać. – uśmiechnęła się uroczo w kierunku komisarza.

*****

Zawada był raczej sceptyczny co do tego świadka, ale wiedział, że każda informacja może być przydatna.
– No dobrze. Powiedz, co wiesz. – założył ręce na piersi i rozluźnił się nieco, by wysłuchać dziewczyny w skupieniu.
– Jeździł srebrnym jeepem, na warszawskich numerach. Miał na dachu kajak. Zdziwiłam się, bo nikt w okolicy nie pływa się na kajakach… No i chyba nie mieszkał w żadnym domu wczasowym, bo jechał w przeciwnym kierunku. Raz pojechałam za nim na rowerze no i zobaczyłam, jak ma rozbity namiot przy samym brzegu.
– A była z nim ta dziewczyna? – komisarz pokazał nastolatce portret Basi.
– Nie. Wtedy jej jeszcze nie widziałam. Ale potem się z nią spotykał. Zwykle przy sklepie. A kilka dni temu widziałam, jak wychodzili z kościoła. Znaczy najpierw on, a potem ona. Zdziwiłam się, ale potem zrozumiałam, jak wsiadali do samochodu, że laska prawdopodobnie z nim nawiała. Jechali w kierunku na Powidz.
– A jak wyglądał ten chłopak? – dziewczyna rozmarzyła się przez chwilę.
– …Ciacho. – rzuciła przeciągając.
– Magda! – skarciła ją matka.
Komisarz tylko wywrócił oczami.

******

Basia już od samego początki zastanawiała się jak powinno wyglądać życie prawdziwego tułacza.
Według słownikowej definicji tułacz jest to człowiek, który nie ma stałego miejsca zamieszkania, własnego domu, schronienia, więc tułała się po świecie, inaczej: włóczęga.
Tak też tłumaczyła to sobie Basia.
Włóczęga natomiast kojarzył jej się tylko z obdartusem bez grosza przy duszy, szukającym schronienia u innych.
Przypomina jej się także bajka o Muminkach i postać włóczykija, śpiącego pod namiotem i noszącego charakterystyczny zielony kapelusz i plecak.
Jego stroje jednakże były z najwyższej półki, jej może nie aż tak drogie, ale też dobrej jakości.
Pieniędzy może za dużo nie mieli. Przynajmniej Marek już nie miał. Ona ma jeszcze swoje oszczędności.
Nijak zatem pasowali do tego obrazka!
Włóczęga jednak jako rzeczownik rodzaju żeńskiego oznacza wędrówkę bez celu i tu już przestało się jej zgadzać, a słownik okazał niepotrzebny.
Oni przecież mają b a r d z o jasno określone miejsce docelowe!
Dla Marka był to Paryż we Francji.
Dla niej granica polsko – niemiecka w Świecku.
Nasuwa się więc pytanie samo przed się: czy tułacze powinni wieczorna porą surfować po Internecie i przeglądać zdjęcia z wypadów młodego Brodeckiego z przyjaciółmi?
Nie, zdecydowanie nie.
Ale oni taki sposób znaleźli na odegnanie nudy wieczoru nie mającego im nic ciekawszego do zaoferowania.
– A tu takie tam ze spływu kajakowego Dunajcem. To Malwina i jej chłopak Arek. Studiujemy…Studiowaliśmy na jednym roku. Ale to zdjęcie sprzed dwóch lat. – wyjaśnił Marek, kiedy Basia spośród folderu ZDJĘCIA, wybrała właśnie te w podfolderze Dunajec maj 2007.
„Takie tam?!!!” – pomyślała.
Zazdrościła mu tego spływu! Zawsze o czymś takim marzyła. Jednakże mimo, że dobrze pływa, nigdy za często nie mogła się w tym wykazać. Przeważnie lato spędzała w domu lub u rodziny. Zawsze pod kontrolą osób, które wiedzą, że jej życie jest inne od reszty.
Wszystkie postacie przewijające się na fotografiach były takie uśmiechnięte. Aż ją nim zaraziły i na jej policzkach pojawiły się śliczne dołeczki.
Nie musiała pytać Marka, czy impreza była udana. Dało się to wyczuć na oko.
Dla Basi oczywiście było jasne, że to właśnie Marek był duszą towarzystwa. Ona siedziała by zapewne w kącie sama i została już na zawsze szarą myszą.
Basia obejrzała także mnóstwo zdjęć z wycieczek zagranicznych. Widziała sfotografowane piramidy egipskie wraz z tą należącą do Cheopsa, ateński Akropol, czy Partenon, i wiele, wiele innych.
Na żadnym jednak Marek nie był sam, a otoczony grupą przyjaciół. Najwięcej jednak Marek odbył podróży wraz z brunetką i przesympatycznym chłopakiem ze szczerbą między zębami.
Mogła mu tylko tego zazdrościć. Jej jedyną przyjaciółką była Gosia. Jeszcze mniej przebojowa od niej.
– Zwiedziłeś pół świata…To niesamowite… Ta brunetka…To twoja przyjaciółka do której wysyłasz maile, tak? – odparła Basia, spoglądając Markowi prosto w oczy.
Siedział tuż za nią w zachodniej sypialni namiotu w niewielkiej odległości. Dla niego zbyt małej. Spuścił zatem wzrok i odpowiedział.
– Domyślna jesteś. Tak, To Zuzia. – potwierdził
– Ładna… – przerwała chłopakowi w pół słowa.
W jej głosie dało się wyczuć nutkę żalu i zazdrości.
– …i Szczepan – dokończył. – …Nie widziałem równie zakręconej, co idealnie dobranej pary. – pozwolił sobie na małą dygresję. – Oo a tu Colosseum w Rzymie parę lat temu. – opowiadał dalej, gdy Basia kliknęła na kolejne zdjęcie. – Z Kingą… – w jego głosie można było wyczuć niepewność.
– A kto to Kinga? – spytała z czystej ciekawości.
Marek kolegował się z tyloma ludźmi, że jej trudno byłoby spamiętać tyle twarzy i nazwisk. Chociaż zawsze wydawało jej się, że posiada tą przydatną umiejętność.
– Moja wtedy jeszcze przyjaciółka. Teraz była. Nie utrzymujemy ze sobą większych kontaktów. Tak jakoś wyszło. – wyjaśnił, mając pewność, ze zapyta co jest tego przyczyną.
– Rozumiem. Ale nie uważasz, że to dziwne?
– Co jest dziwne? – zaintrygowała go tym zapytaniem.
– No to jak łatwo rozchodzą drogi między ludźmi…Tylu ich spotyka się na swojej drodze w ciągu całego życia, ale tylko niektórzy są na tyle wyjątkowi, by stać się godnymi do zapamiętania. – jej rozmarzony ton głosu nie umknął nawet takiemu ignorantowi myśli romantycznej jakim jest Marek.
– No, no, no. Kto by pomyślał, że z ciebie taka filozofka? Dawno nie słyszałem mądrzejszego zdania. – pochwalił dziewczynę lekko się przy tym uśmiechając.
– Oj tam! Nabijasz się ze mnie. – odsunęła się od Marka o kilka centymetrów, by nie zauważył jej zakłopotania wyrysowanego na twarzy.
– Nie, mówię poważnie. I co najgorsze muszę się z tobą z tym zgodzić... Chyba za dużo z Tobą przebywam! – zażartował.
Zaśmiał się, ale Basia wzięła te słowa bardziej na serio. Spochmurniała.
– …Masz mnie już dość,…tak? – spytała dość niepewnie bojąc się odpowiedzi.
– A tego nie powiedziałem! Nie mam cię dość. – dodał już na poważnie.
Basia ponownie na niego spojrzała. Czekała na coś równie miłego.
Musiał jej jednak wystarczyć kolejny żart.
– Ktoś musi robić mi pyszne śniadania! – dodał.
Jej to jednak nie usatysfakcjonowało. Chociaż z drugiej strony pochwała jej kuchni też była dla Basi czymś znaczącym.
Uśmiechnęła się delikatnie, czego nie zauważył.
– Dobra, to ty pooglądaj sobie resztę zdjęć, a ja pójdę się chwile przewietrzyć. Tylko nie szperaj w tym laptopie za dużo. Lubię mieć porządek w plikach. – ostrzegł Basię.
– Ok. Obiecuje, że niczego w nim nie poprzestawiam. – uśmiechnęła się.
Marek nie zabierając niczego ze sobą odpiął zamek i wyszedł z namiotu.
Basia zawsze potrafiła uszanować czyjąś prywatność. Przejrzała tylko foldery ze zdjęciami Marka. Nie było w nich nic nadzwyczajnego ani bardzo osobistego. Normalne zdjęcia – wspomnienia z wakacji.
Gdyby jednak nie wrodzona ciekawość, o której do tego czasu nie miała pojęcia, nie zajrzała by w folder, który nie powinna.
Na nic wytłumaczenie, że zrobiła to przypadkiem.
Cofnęła przeglądany folder i spośród dużej liczny podfolderów, przeciągnęła suwak na sam koniec.
Był tam jeden o bardzo intrygującej nazwie nowy folder. W dodatku niewyraźny, co znaczyłoby, że był wcześniej ukryty.
Jak się domyśliła Marek musiał go niedawno przeglądać, bo nie zdążył jeszcze zmienić widoku w opcjach folderów i wyszukiwania na niewidoczny.
Nie potrafiąc się powstrzymać kliknęła dwa razy na przycisk myszki i otworzyła go. Przed jej oczami pokazały się kolejne:

Asia,
Dominika,
Klaudia,
Luiza,
Julia,
Magda,
Malwina.
Monika,
Natalia,
Patrycja,
Sandra,
Sylwia,
Venessa.

Teraz z uporem maniaka i już bez żadnych skrupułów przeglądała folder za folderem.
Za każdym razem widziała Marka całującego się lub obściskującego się z kolejną dziewczyną podczas wyjazdów, czy innych imprez.
Ale to co do reszty wstrząsnęło Basią było to, iż Malwina przed feralnym spływem Dunajcem była już z Markiem na koncercie U2 w Dublinie. I wyglądali na bardzo w sobie zakochanych.
Pierwszy raz poczuła do kogoś wstręt.
A przynajmniej chciała go czuć, ale nie potrafiła. Rozum myślał swoje, a serce podpowiadała, że idzie to jakoś logicznie wytłumaczyć, a Marek nie jest zwykłym playboyem, który skacze z kwiatka na kwiatek.
Z tego wszystkiego nawet nie usłyszała brzdęku zamka. Ani tego jak Marek podszedł do niej bliżej.
Mechanicznie otworzyła ostatni folder, nie spodziewając się nic lepszego. Nie mogła tylko wiedzieć, że może być jeszcze gorzej. Jej kasztanowe oczy rozszerzyły się do rozmiarów pięciozłotówki. Przeszyła ją fala zawstydzenia.
Marek nie zdążył nawet zareagować.
– Nie, nie otwieraj tego! – udało mu się tylko wykrzyknąć, zanim przed jej oczyma pokazały się zdjęcia nagiej dziewczyny, okrytej jedynie czerwonym kawałkiem jedwabnego materiału, lezącej na rozgrzebanym podwójnym łóżku.
Obwiniała siebie, że też ciągle przetrzymuje w swojej głowie nieskalany wizerunek księcia z bajki, bohatera, który kiedyś wyswobodził ją z opresji. Marek jakiego myślała, że zna nie przetrzymywał by na twardym dysku swojego komputera pamiątki z miłosnych igraszek z pokojowego hotelowego z pierwszą lepszą!
„Głupia” – pomyślała zawiedziona.
Na twarzy Basi pojawiło się zmieszanie, zdegustowanie, a nawet wstręt.
Źrenice poruszały się niespokojnie raz w jedna raz w drugą stronę. Zbierało jej się na wymioty, a serce zaczęło bić jak młot., a ona sama miała ochotę bić się w czoło.
– Okropne! Nie mogę na to patrzeć! – wypowiedziała wreszcie słabym, przytłumionym ogromem sytuacji głosem.
Wstała natychmiast, poprawiając niespornie spadający na oczy kosmyk jasnych włosów.
– Nikt ci nie kazał grzebać w moich rzeczach! Dlaczego to zrobiłaś?! Co ja ci mówiłem?! Zawsze wtykasz nos w nie swoje sprawy?! – uniósł się, podnosząc głos.
Wiedząc jednocześnie, ze to tym co zobaczyła ta prostolinijna dziewczyna będzie miała ochotę splunąć mu w twarz. Żadna blondynka nie nabrałaby się przecież teraz na tłumaczenie: To nie jest tak jak myślisz!
Tak naprawdę był wściekły na siebie, nie na Basię, ale jego największą wada było to, że kiedy tak się dzieje, wyżywał się na innych.
– Nie krzycz na mnie! To ty tu jesteś draniem, nie ja! – odkrzyknęła.
Nigdy w życiu nie spodziewałaby się po sobie tego, że kiedykolwiek powie komuś dokładnie to, co w danym momencie o kimś myśli, nie próbując niczego usprawiedliwiać.
Marek był pierwszy.
– Aaaa, więc teraz jestem draniem, tak? Pięknie! – zironizował.
– Przynajmniej tak się zachowywałeś, …zachowujesz! – poprawiła się.
– Gdybyś chociaż sama dała mi szansę i nie grzebała tam, gdzie nie masz, może kiedyś dowiedziałabyś się jak było z tymi dziewczynami naprawdę!
– Przecież ja już wiem jak było naprawdę! Kolekcjonujesz dziewczyny, a potem katalogujesz w zapomnianych, ukrytych folderach, bo boisz się, że prawda o tobie wyjdzie na jaw! To nie w porządku!
– Nie w porządku jest to jak mnie oceniasz myśląc, że znasz prawdę, a tak naprawdę gówno o mnie wiesz! – zabolały ja te słowa.
Był dla niej niesprawiedliwy. Ona czuła się tak jakby znała go od zawsze, a nie tylko na przestrzeni kilku tygodni. Ta sprawa to tylko jego ciemna strona, którą teraz przed nią odkrył jak talie ukrytych kart, co nie oznacza to, że nic o nim nie wie. Wie o nim za dużo.
Stał przed nią doctor Jekyll i Mr Hyde. Ucieleśnienie dobra i zła w jednym ciele, więc jak miała się czuć, co myśleć?
Chciała dowiedzieć się, która z tych dwóch twarzy Marka jest dominująca, ale po tym co jej powiedział postanowiła wyjść na powietrze, byle tylko nie przebywać z Brodeckim w tak ciasnym pomieszczeniu.
Marek w ostatnim momencie zdążył chwycić dziewczynę za rękę, by nie odchodziła.
– Przepraszam. Nie to chciałem powiedzieć…
– A co chciałeś powiedzieć? …No słucham. Wytłumacz się póki jeszcze daje ci na to szansę. Mam dość, że coś ciągle przede mną ukrywasz! Albo jesteśmy przyjaciółmi i akceptujemy się ze swoimi wszystkimi grzeszkami, albo to koniec naszej przyjaźni!
– Stawiasz mi ultimatum? Ty też nie mówisz mi wszystkiego! A Przyjaźń polega chyba na tym, że ludzie stopniowo dowiadują się o sobie czegoś nowego, tak?! – był pewien, że cokolwiek teraz powie i tak to nic nie zmieni.
Dlatego bał się cokolwiek dodawać. Jest dziewczyna i to one zawsze maja rację. To zawsze przecież faceci są tą gorszą rasą, krzywdzącą pleć piękną.
– Nie będę tego słuchać! – dodała z zaciśniętymi ze złości zębami.
– Ok! Opowiem wszystko, tylko najpierw usiądź. – zrobiła to o co poprosił.
– …Uważasz pewnie, że jestem dupkiem, który wyrywa laski na dyskotekach, ale to nie jest tak. Był okres, kiedy z nimi byłem, że myślałem, że naprawdę je kocham, że uda nam się stworzyć coś stałego…Tylko…, że po jakimś czasie odpuszczaliśmy. Albo ja, albo one. Zachowuje te zdjęcia tylko dlatego, że nie potrafię klawiszem delete skasować jakiejś części mojego życia. Rozumiesz mnie?
– Staram się za tobą nadążyć. Mam tylko nadzieję, że nie kłamiesz, bo jestem strasznie naiwna.
– Wiem! Dlatego nie miałbym sumienia cię okłamywać. Co to za frajdę mówić nieprawdę komuś, kto wszystko przyjmuje za prawdę? A sama powiedziałaś, że spotyka się wielu ludzi. One kiedyś były…wyjątkowe. …No…Może oprócz tej ostatniej. Prawdziwa z niej suka.
– A co takiego zrobiła, że tak o niej mówisz? Ona pewnie też nie uważa cię za wzór cnót i powściągliwości. – podniosła znaczącą jedną brew, insynuując.
– Stara sprawa. Nie warto o niej mówić.
– Nie powiedziałabym. Zdjęcia są z czerwca 2008... – ciągnęła Marka za język.
– Skoro już tak bardzo chcesz wiedzieć, to właśnie chodzi o te zdjęcia. Wstawiła je do Internetu, a potem oskarżyła o to mnie. Na szczęście wszystko się wyjaśniło.
– Aaaa… ze wszystkimi dziewczynami robisz sobie t a k i e zdjęcia? – sama nie wiedziała co ją podkusiło, by zadać do wstydliwe pytanie.
Już sama siebie nie poznawała.
Sprawy seksu i wszystkiego co z nimi powiązane omijała zawsze szerokim łukiem. Do dzisiaj pomimo już dawno ukończonych osiemnastu lat z przyzwyczajenia nie oglądała filmów erotycznych z czerwonym znaczkiem, nie czując takiej potrzeby. Zero perwersji.
Nigdy tez nie wysłuchiwała opowiadań koleżanek z ich przeżyć. Co akurat idzie łatwo wytłumaczyć, bo te koleżanki nigdy by jej się nie zwierzyły, a Gośka to wieczna członkami kółka dziewic.
– Może te tylko obciążające cię dowody zdążyłam zobaczyć? – kontynuowała, ale wcale teraz nie czuła się zawstydzona, a podekscytowana tym, że sama zaczęła ten temat. Dla niej zawsze tabu. Uśmiech, który posyłała Markowi, można było nawet zinterpretować tak, że się z niego nabija.
– Eee… – sam się zmieszał.
Zdarzyło mu się to pierwszy raz w towarzystwie dziewczyny. Był w szoku.
– …Aaaa niech już zostanie moja słodką tajemnicą. – odpowiedział wymijająco, uśmiechając się łobuzersko.
– No dobra. W takim razie ja zdradzę ci moja słodka tajemnice. – szepnęła.
Jak dla Marka był to szept uwodzicielski.
Nie mógł tego opanować, ale kiedy Basia zbliżyła się trochę bliżej do jego twarzy, spoglądając w tak głęboko w oczy, zrobiło mu się gorąco.
– Co to takiego? – odpowiedział ponownie, czując jak w jego ciele buzują się hormony.
– Jestem strasznie padnięta. Więc wyłącz proszę to cacko, bo chcę iść spać. Jutro czeka nas długa droga, a trzeba rano wstać się spakować.
– Zapowiada się chyba zimna noc. Może znowu pożyczyć ci mój śpiwór, żeby nie było ci zimno? – zainsynuował, dalej będąc pod wrażeniem jej tonu głosu sprzed sekundy.
Basia w tym czasie wstała, poprawić sobie poduszkę.
– Nie wiesz co. Dzisiaj sobie poradzę. Dobranoc. – dodała, zasuwając przed nosem Marka zamek od sypialni.
Dopiero później zdała sobie sprawę, że Marek wcale nie musiał mieć zamiaru spać tej nocy.
Miała ochotę krzyczeć z przerażenia co i z radości.

*****

– Maaarek? Mógłbyś się zatrzymać? – spytała niewinne, przyglądając się swojemu „szoferowi” z uroczym uśmiechem aniołeczka. – O tam, jest stacja? – dodała, wskazując dyskretnie palcem na szyld z napisem „Shell”.
„To już 3 przystanek na siku” – pomyślał, zanim spojrzał w jej kierunku.
Nie chciał pokazywać swojego poirytowania, ale widocznie musiał mieć coś w spojrzeniu, bo diametralnie zmieniła wyraz twarzy. Uśmiech znikł.
Nie musiał nic mówić, by wiedziała, co czuje. Gdy tylko odwrócił głowę, by mogła mu się przyjrzeć z bliska od razu zauważyła w jego spojrzeniu, że jest zły. Jego oczy miały się na baczności, a on sam napinał mięśnie, jakby usilnie bronił się by nie czynić jej uwag.
– Baśka, zatrzymałem się 10 minut temu… – rzucił z westchnieniem. – Też na stacji, jak prosiłaś. – odparł ze spokojem, nie chcąc podnosić na nią głosu, zwłaszcza z dość niepoważnego powodu.
Była mu wdzięczna, że nawet kiedy jest na nią zły, chce to przed nią ukryć. To takie kochane, jak pomyślała. Tym bardziej zaczynało jej się robić przykro, że powoli staje się dla Marka ciężarem, a on nawet nie piśnie słowa, by nie robić jej przykrość i tylko z zaciśniętymi zębami znosi jej nietypowe zachcianki.
Było w tym coś tak niezwykłego. Nigdy przedtem nie spotkała się, by ktokolwiek prócz jej rodziców i Małgosi był wobec niej taki cierpliwy. A najlepsze jest to, że o nic nie pytał. Podobało jej się taki układ. Aż miała ochotę, by nigdy nie tracił nad sobą panowania i zawsze bez grymasu na ustach, bez zbędnych pytań rozumiał jej poplątaną fizjologię.
Jednak widząc jak chłopak się męczy, by nie powiedzieć jej coś przykrego, jakiegoś kąśliwego komentarza, jej chwilową radość, że Marek ją rozumie bez niewygodnych dla niej tłumaczeń, nagle szlak trafił.
Przewracała teraz swoimi spłoszonymi, sarnimi oczami, zastanawiając się w myślach co może mu powiedzieć, by potrafił ją zrozumieć, a przy tym na ile sobie pozwolić, by nie powiedziała o dwa słowa za dużo.
Tak myśląc po cichu, spoglądała Markowi przepraszająco w oczy, z miną zbitego psa, by nie pomyślał przypadkiem, że robi to specjalnie.
Gdy wydał się jej zniecierpliwiony, powiedziała wreszcie:
– No przepraszam no, …ale mój pęcherz się domaga. – ostatnie dodała szeptem, jakby się bała, że ktoś ich usłyszy.
– To powiedz swojemu pęcherzowi, żeby trzymał.
– Ale on chce już! Teraz! – uniosła się, zauważając, że najwyraźniej nie chce spełnić jej prośby.
Co nie oznacza, że nie jest dla niej tak samo „kochany”.
– Już mu się zachciało? Baśka, proszę cię! – podniósł nieco ton ze zrezygnowaniem, ale to nie był jeszcze krzyk.
Jego głos dalej był przyjemny.
– Takim tempem to my przezimujemy w Polsce! – rzucił sarkastycznie.
Z tej wypowiedzi podobało jej się słowo „my”. Czyżby miał na myśli, że jednak razem przekroczą granicę? Jak dotąd nigdy nie używał słowa „my”, jeśli chodzi o ich wspólną podróż. Miała ochotę się uśmiechnąć, ale zwarzywszy na nienajlepszy nastrój Marka, wolała go jeszcze bardziej nie denerwować.
– To jaaaa … – przeciągnęła z uśmiechem, mając nadzieję, że ulegnie. – postaram się szybko wrócić. Raz, dwa i już jestem z powrotem. – uniosła brwi pytająco, jeszcze bardziej się szczerząc, ale Marek spoglądał na nią niewzruszony.
– Nie, Baśka. – odparł stanowczo, jak każdy facet, który chce postawić na swoim.
Zamiast uśmiechu w odpowiedzi zobaczył jej nadymane policzki ze złości.
– Zatrzymaj się. Ja naprawdę muszę. – powtórzyła prośbę, nieco poważniej, z naciskiem, dając mu do zrozumienia, że „żąda” by się zatrzymał.
W takiej atmosferze przejechali stację.
– Dziękuję. – rzuciła ironicznie, nie odrywając wzroku od Marka.
Ten, skupiając się na drodze rzucił jej tylko przelotne spojrzenie.
– Zawróć. – tym razem zażądała naprawdę.
– Baśka, sikałaś trzy kilometry stąd! – odpowiedział, już nie przejmując się jak dla dziewczyny zabrzmi jego głos. – Wiem, że każda lwica oznacza swoje terytorium, ale uwierz mi, że żadna nie będzie aż tak głupia, by przekraczać twoje.
Ten ton jej się nie spodobał. Był zupełnie niepodobny do tego, który tak uwielbiała.
Jak to określiła dziewczyna, Marek nieprzyjemnie „zagrzmiał”, a te piękne na co dzień oczy, nie były już tak piękne. Przynajmniej nie w tej chwili, bo zaszły burzowymi chmurami.
„No tak” – pomyślał, spoglądając nagle na to, co trzyma w dłoni.
Przecież nie rozstaje się z butelką mineralnej. Ba, nawet śpi z butelką mineralnej! Do dziś pamięta, jak wrzynała mi się w plecy dając poczucie dyskomfortu. A nie poruszył się tylko dlatego, by nie obudzić śpiącej na jego ramieniu Basi.
– Za dużo pijesz! – skomentował.
– Piję, kiedy chce mi się pic! – krzyknęła, mocniej zaciskając palce na butelce.
– Ale potem chce ci się sikać! – przekomarzał się.
– To nie moja wina, że mam szybki metabolizm!
– Raczej dziecinne zachcianki. – ta uwaga ją zabolała.
Odwróciła głowę w przeciwną stronę.
– Zatrzymaj się. Chce wysiąść. – rzuciła, nawet na niego nie patrząc.
„Obraziła się” – pomyślał ze zrezygnowaniem. Jeszcze tego mu brakowało.
– Tutaj? – spytał ze śmiechem, mając nadzieje, że jego urok osobisty sprawi, że natychmiast jej przejdzie.
Pomylił się. Spojrzała na niego gniewnie.
– Nie, na stacji! Zatrzymaj się, natychmiast! – spełnił jej prośbę, udając, że nie słyszał pierwszej części wypowiedzi.
Gwałtownie zahamował, patrząc przed siebie.
– Mówiąc „tutaj” miałeś na myśli stację, oczywiście? – zapytała ze spokojem. – …Nie, chyba nie myślisz, że…? Marek, chce się wysikać.
– Proszę. – uśmiechnął się.
Zamiast się złościć na tą dziewczynę, znów miał ochotę się roześmiać.
– Obiecuję, nie będę podglądał. – położył dłoń na sercu.
Z trudem zahamował napad śmiechu, widząc jej minę. Rozszerzyła oczy i lekko rozchyliła usta. Próbowała wyczytać z jego oczu, czy nie żartuje.
Nie żartował.
– Nie musisz. Możemy jechać. Wytrzymam. – odpowiedziała przez zaciśnięte zęby.
– Basiu… Przecież jesteśmy tu sami, nie musisz się krepować.
– N-i-e… b-ę-d-ę… t-u… s-i-k-a-ć. – odparła stanowczo, literując każde słowo.
Spoglądała teraz na Marka tak pewnym wzrokiem, że aż się uśmiechnął.
– Ale ja będę. – rzucił z uśmiechem i wysiadł z samochodu.
Gwiżdżąc pod nosem wszedł w głąb lasu i stanął przy pierwszym, lepszym drzewie.
Gdy tylko zniknął za drzewami tak, że Basia widziała tylko jego włosy, dziewczyna tupnęła nogą ze złości, że tym razem to on postawił na swoim.
– Baśka, jesteś pewna, że wytrzymasz? Bo przez najbliższe 20 km nie zamierzam się zatrzymywać! – krzyknął nagle.
„TAK!!” – krzyknęła w myślach.
Miała postanowienie, którego będzie się trzymać. Skoro powiedziała Markowi, że nie będzie tu sikać, to nie będzie!
Jej pęcherz wcale jej nie ułatwiał, by wytrwała w tym postanowieniu.
Walczyła dzielnie. Nuciła pod nosem melodię z radia, stukała palcami, zaciskała pięści. Przypominając sobie podstawową zasad jogi, próbowała się wyciszyć, skoncentrować. Zamknęła oczy, myśląc o czymś przyjemnym. I nie był to w tym momencie Marek. Wzięła głęboki wdech i zaczęła nasłuchiwać odgłosów nadchodzących prosto lasu. Szum drzew, śpiew ptaków… świst samochodów. Próbowała ignorować nieprzyjemną potrzebę oddania moczu ale po kilku sekundach musiała stwierdzić, że jest od niej silniejsza.
– Wygrałeś Brodecki! – odkrzyknęła i nie myśląc za wiele, wysiadła z samochodu i zatrzasnęła z hukiem drzwi.
Po chwili podobnie jak Marek, tylko w sporej odległości od tego miejsca, gdzie przed chwilą stał, dziewczyna zniknęła za drzewami.
Gdy wróciła, Marek siedział już na miejscu kierowcy.
– Lepiej? – spytał, dławiąc kolejny napad.
– Zamknij się! – odburknęła.
Tym razem to on rozszerzył szeroko oczy.
– Złośnica! – rzucił, dając jej skuje w bok.
– Nieczuły ogr! – odszczeknęła spoglądając w jego kierunku.
Chwilę walczyli ze sobą na spojrzenia, kiedy w pewnym momencie równocześnie wybuchli śmiechem.
– Czyli już się nie gniewasz… Powiedz, że się nie gniewasz! – poprosił, składając ręce i zrobił śmieszną minę.
Spojrzała na niego kątem oka, udając, że się zastanawia.
– No dobrze. Nie gniewam… – uśmiechnął się z zadowoleniem. – Ale dalej uważam, że jesteś ogrem! – dodała, na co jego uśmiech momentalnie przygasł.

Magdalena - 2009-07-23, 21:04

Cytat:
Mamy nadzieje, że ktoś jeszcze pamięta ;)

ja,ja,ja pamiętam :mrgreen: ale ledwo...to znak,że macie częściej pisać :-P
Marecki mógł sobie darować te zdjęcia,teraz niech poklika pare zdjęć Baśce a tamte panie może "zdeletować" :lol:
W końcu Zawada wkracza do akcji! tylko niech nie będzie za szybki...niech się dzieciaki wyszaleją :576: :576:
No właśnie..kiedy oni będą hmm szaleć?? :mrgreen:
Super, czekam na cd :-P

olka - 2009-07-24, 09:50

Wreszcie, wreszcie! <lol> Bliźniaczki świetnie jak zawsze!
Komisarz Zawada na tropie uciekinierów :lol:
Ciekawa jestem kto pierwszy wywęszy Brodeckiego, Adam czy detektyw wynajęty przez ojca Marka 8-)
Poza tym przyznam szczerze, że Baśka zaczyna mnie lekko wkurzać :-P
Jest wścibska, może tylko troche, ale jest :lol:
No i bywa przewrażliwiona, takie przynajmniej są moje wrażenia :lol:
W każdym razie opowiadanie naprawde genialne i przede wszystkim wciągające!
Dlatego czekam na cedek, bo wiem, że warto! ;*;*;* ;-)

Stokrotka07 - 2009-07-24, 15:45

Haha, Bliźniaczki kocham to opko :-D
Zawada rusza do akcji, więc oczywiście prawda zaraz wyjdzie na jaw :lol:
A Marecki mnie tak śmieszy w tym opku, że nie mogę xD A Basia jaka przewrażliwiona, ale jest urocza w tym, nie wkurza mnie ;-)
Czekam na cd ;-)

olaj93 - 2009-07-24, 16:24

Bliźniaczki opowiadanie cudowne aż brak słów fajny pomysł z tym sikaniem. Mam nadzieję że Basia niedługo powie prawdę Brodeckiemu dotyczacą swojej choroby i mimo to on nie zostawi jej na granicy, tylko ruszą w podróż do Paryża. Liczę też na to że Basia pozna Szczepana i Zuzie :) Z niecierpliwością czekam na kolejną część opka i przepraszam za moja poprzednia wypowiedź, że była tak krótka. :-D
Ninuś - 2009-07-24, 17:27

No Twins'y!
Rozbrajacie mnie! hehehe :D
Też kocham to opowiadanie!
Jest po prostu mistrzowskie, bo w mistrzowskim wykonaniu :**
No to się zaczyna... Zawada oczywiście już po krótkim czasie wpadł na trop Mareczka.
Tylko ciekawa jestem jak potraktuje Marka i w ogóle gdzie ich złapią? :)
Dzieło! ;** Więcej!!!

Twins - 2009-07-24, 18:47

Dziękujemy baaardzoo wszystkim za miłe słowa :-**
Jutro wyjeżdżamy i wracamy dopiero wieczorem w niedziele, także kolejny cedek po weekendzie. :)

Kasieńka - 2009-07-25, 12:02

łaaa Bliźniaczki GENIALNIE :D
Jacy B&M są pokręceni i śmieszni w tym opie lol :lol: Tylko wiecie, że ja czekam na jakiś kiss, czy coś... :D
No a jak Adam ich szuka to na pewno znajdzie, w końcu jest najlepszy :lol:
Czekam na cedek ;*

Moje blah :/
Cień motyla

Część 4.

Zapadł zmrok, nie mogła więc dokładnie przyjrzeć się ich obecnego lokum z zewnątrz. Zdążyła tylko zauważyć, że to drewniana, góralska chatka. Marek gestem ręki zaprosił ją do środka. Było tam nadzwyczaj przytulnie i komfortowo. W salonie stał sporych rozmiarów kominek i skórzana kanapa. Do tego na drewnianej podłodze leżał dywan wykonany z owczej wełny, w sam raz na wieczory we dwoje. Kuchnia nie była wielka, ale znajdowało się w niej wszystko, co niezbędne. Był tam też okrągły, dębowy stół z dwoma krzesłami. Niemal całą łazienkę zajmowała ogromna wanna z jacuzzi. Marek na ten widok uśmiechnął się głupio, ale pod piorunującym spojrzeniem Basi, szybko zmienił wyraz twarzy na poważniejszy. Z salonu przeszli do sypialni. I tu czekało Storosz spore zaskoczenie! Spodziewała się zastać dwa, pojedyncze łóżka, tymczasem dostrzegła jedno, małżeńskie łoże.
- Co to ma być? – mruknęła do Marka, który zdawał się nie widzieć w tym nic gorszącego. Jakby sypianie z przyjaciółką w jednym łóżku było czymś zupełnie normalnym.
- Nie podoba Ci się? – poklepał łóżko dłonią.
- Dobrze wiesz, że co innego mam na myśli – warknęła nieprzyjemnie.
- Nie wiem – wzruszył ramionami.
- Łóżko jest jedno, a nas jest dwoje. Teraz rozumiesz?
- Nie.
- Brodecki, nie udawaj głupszego niż jesteś, co?
- Dobra, dobra – uniósł ręce w geście poddania – Doskonale wiem, o co Ci chodzi, ale już przed wyjazdem wiedziałem, że jest tu tylko jedno łóżko.
- Zaplanowałeś to wszystko ty, ty…!
- Ej, licz się ze słowami! – pogroził jej palcem - Rezerwowałem domek na ostatnią chwilę, a z tego akurat ktoś zrezygnował. Wykorzystałem okazję. Przyznaj, że jest całkiem ładny, pomimo tego, że ma jedno łóżko.
- No dobra, fajny jest - przyznała - A ty śpisz na kanapie.
- Pfff! Będę spał z Tobą – Brodecki wyszczerzył ząbki.
- Nie ma mowy!
- Ale…
- Inaczej pakuję się i wracam do Przemyśla!
- Przecież ty tam nie trafisz z tą swoją orientacją w terenie – zakpił – Nawet kierunków świata nie odróżniasz.
- Spadaj!
- Skoro Ci tak bardzo na tym zależy, to mogę spać na kanapie, ale gdybyś zmieniła zdanie to wiesz, gdzie mnie szukać – posłał jej jeden ze swoich urokliwych uśmiechów.
- Niedoczekanie twoje!
- Idę wypróbować tą mega wannę, chcesz się dołączyć? – kontynuował dokuczanie. Jednak widząc, że Basia ze zezłoszczą miną sięga po jedną z poduszek, skapitulował i uciekł.
- Wariat – mruknęła, uśmiechając się do siebie. Co prawda złościła się na Marka, kiedy jej dogadywał, ale jednocześnie cieszyła się, że powrócili do czasów, kiedy mogli tak swobodnie przekomarzać się ze sobą i żartować.
Przez następną godzinę nie działo się nic ciekawego. Oddawali się zwykłym, codziennym czynnościom. Kiedy Marek wyszedł z łazienki, to Basia poszła wziąć kąpiel. Następnie zjedli razem kolację, która jako że nie byli zbyt dobrymi kucharzami, nie należała do wykwintnych – były to po prostu kanapki i herbata. Przez cały czas komisarzy nie opuszczał dobry nastrój. W końcu pożegnali się, mówiąc sobie dobranoc. Basia poszła do sypialni, a Marek został na kanapie w salonie.

Dochodziła trzecia w nocy. Storosz przekręcała się w łóżku z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka. Od śmierci ojca miała kłopoty z zasypianiem. Jedynym lekarstwem były połykane przez nią środki nasenne. Skierowała się do kuchni, aby zażyć je i tej nocy. Przemknęła przez salon, starając się nie zbudzić Marka. Kątem oka zaobserwowała, że zdjął koszulkę i śpi teraz w samiuśkich bokserkach śmiało rozwalony na kanapie.
Gdy dotarła już do kuchni, sięgnęła po szklankę, ale ta niefortunnie wyślizgnęła jej się z rąk. Szło rozsypało się na drobny mak, robiąc przy tym hałas.
Schyliła się, by pozbierać odłamki. Pech jej dziś nie oszczędzał. Niechcący skaleczyła się szkłem w serdeczny palec u dłoni.
- Cholera – mruknęła wściekła, zauważając, że z palca zaczyna kapać krew.
- Baśka, co tu się wyrabia? – w pomieszczeniu pojawił się Brodecki. Jego zaspane oczy świadczyły o tym, że został właśnie wyrwany z mocnego snu.
- Nic. Idź spać.
- Jezu, przecież ty krwawisz – dopiero teraz zauważył, że się skaleczyła.
- To naprawdę nic takiego!
- Siadaj – usadził ją na krześle – Idę do samochodu po apteczkę, a ty się stąd nie ruszaj, ok?
Wyczuwając stanowczość w jego głosie, pokiwała tylko głową na wznak, że się zgadza.
Wrócił po kilku minutach. Otworzył apteczkę i wyciągnął z niej buteleczkę z wodą utlenioną.
- Teraz trochę zapiecze – powiedział do niej jak do kilkuletniej dziewczynki, której trzeba jeszcze wszystko wyjaśniać. Przy dezynfekowaniu rany nawet się nie skrzywiła. Czym była takie skaleczenie dla policjantki, która już dwa razy leżała w szpitalu? I to raz po tym jak zakopano ją w trumnie.
- Gotowe – stwierdził, gdy na jej palcu zawidniał plasterek – I nie ruszaj już nic, sam to posprzątam.
- A ty co bawisz się w jakiegoś superbohatera? – zakpiła – Sama bym sobie poradziła.
- Baśka, czy ty zawsze musisz być taka zawzięta? Nigdy nie możesz po prostu pozwolić sobie pomóc?
- Teraz dla odmiany chcesz poudawać psychologa?
- Dziewczyno, ty już lepiej idź spać, co? – nie chciał się z nią pokłócić, więc wolał, żeby po prostu zeszła mu z oczu.
Posłała mu wrogie spojrzenie i poszła do swojego pokoju, wiedząc, że i tak nie uda się jej zasnąć.

Przeleżała w łóżku jeszcze kilka godzin. Nie potrafiła zasnąć bez tabletek nasennych, więc teraz pod jej oczami widniały ciemne obwódki. Była siódma rano, więc stwierdziła, że to odpowiednia pora, aby wstać. Marek pewnie jeszcze śpi, więc weźmie kąpiel i zatuszuje skutki nieprzespanej nocy, by on niczego nie zauważył.
Jakie było jej zdziwienie, gdy po wyjściu z sypialni, zobaczyła siedzącego na kanapie podkomisarza. Wyglądał jakby na nią czekał.
- Cześć Marek. Nie śpisz już?
- Baśka, co wytłumaczysz mi, co to robi u Ciebie? – w dłoniach trzymał jej tabletki nasenne – Przecież to bardzo silne lekarstwa!
- Dlaczego od razu na mnie naskakujesz, nie mówiąc nawet „cześć”?
- Cześć – powiedział z kpiącym uśmieszkiem – Czy teraz odpowiesz mi na moje pytanie?
- Przepisał mi je lekarz, więc nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy.
- Żaden normalny lekarz nie przepisałby Ci czegoś tak silnego. Zwłaszcza, że mogą mieć działanie uzależniające.
- A skąd ty to wszystko wiesz?
- Powiedzmy, że kiedyś siedziałem w… aptekarstwie – lekko się skrzywił. Nie bardzo lubił wspominać o swojej przeszłości.
- Oddaj mi je – wyciągnęła ku niemu dłoń, zachowując bardzo chłodny i stanowczy ton głosu.
- Nie ma mowy. Dopóki nie porozmawiam z Twoim lekarzem zabraniam Ci brać to świństwo!
- Nie będziesz mi mówić, co mam robić!!! – wybuchnęła.
Bez słowa podszedł do otwartego okna i wyrzucił przez nie całe opakowanie tabletek.
- Powaliło Cię?! – była wściekła.
- Możesz się teraz na mnie fochać, ale wierz mi, że to dla Twojego dobra.
- Nienawidzę Cię! – rzuciła i wybiegła z domu, nie zważając na to, że jest w piżamie.

Ninuś - 2009-07-25, 13:57

Kasia :576: kocham to po prostu!
Dialogi - mistrzostwo!
Ale Basia jednak musiałaby przystopować trochę z tymi tabletkami, bo się dziewczyna wykończy i rzeczywiście wpadnie w nałóg. :-|
Niech ją tam ino Mareczkowy pilnuje!
Dzieło! Więcej! ;**

olka - 2009-07-25, 18:30

Kasia genialne opowiadanie!
Narazie sie kłócą, ale licze, ze niedługo zaczną się godzić :lol:
Może Baśce zmieknie serduszko i pozwoli Markowi spac w sypialni, bo kanapa pewnie niewygodna hehe
Czekam na cedek Mistrzu ;*;*;* ;-)

sysia16223 - 2009-07-25, 19:49

Kasia- Ja już Ci to mówiłam, ale powtórzę! Kocham to opowiadanie :-D Z pod mistrzowskiego pióra :-D Marek się już dobrze zajmie Basią w tej dużej wannie :-D :-)
Bliżniaczki- Ah ta Baśka, typowa baba :-D Siku i siku :-) :mrgreen: Haha... Nie będzie ich trudno wytropić :-)


Takie coś dennego z mojej strony :-/


Cz.5

Upłynęło dwa tygodnie. Dwa tygodnie mijania i udawania, że nic właściwie się nie stało. Niby było w porządku, ale Storosz czuła chłód i dystans, który wytworzył się między nimi przez ten czas. Brodecki co wieczór wychodzi i wracał w nocy. Nie zaniedbywał swoich obowiązków, mimo tego Basia miała dziwny żal do niego. To głupie, nigdy mu o tym nie powiedziała, ale nie cierpiała, kiedy wychodził. Minął tak krótki czas od kiedy mieszka z nią w jednym domu, a czuła jakby tak było zawsze. Zasnąć mogła dopiero wtedy, gdy usłyszała dźwięk zamykanych za nim drzwi. Jakbym jej mózg wchodzi na inną fale i przełączał się: "Wrócił Marek, mogę spać!". To głupie, ale nie umiała tego opanować. Inną rzeczą, która ją intrygowała i dodatkowo bolała, były codzienne telefony do niego. Niby rzecz całkowicie normalna, a jednak.
-Baśka, wiesz co?- do gabinetu Storosz wparowała Ostrowska niosąc tackę z dwoma filiżankami kawy. Jak to ona, nie zdążyła nawet zamknąć za sobą drzwi, a już miała coś do opowiedzenia przyjaciółce.- Znów dzwoniła!
-Kto taki?- pytanie Basi było automatyczne, bo kto normalny domyśliłby się o co w danej chwili chodzi recepcjonistce. Ona miała milion myśli na sekundę, zdecydowanie za dużo jak dla Basi.
-Jak to kto! Baśka skup się!
Nowina musiała być z tych "gorących", bo Ostrowska prawie pisnęła, machając przy tym rękoma.
-Poddaje się, powiedź.
-Karolina!- rzuciła triumfalnie i spojrzała na Storosz czekając na jej reakcję. Widząc jednak zagubiony wyraz twarzy przyjaciółki, która z całych sił starała się skojarzyć "co za Karolina?", westchnęła i dodała.- Karolina, Madzia, Monika, Julia, Eliza... Mogę tak cały dzień! Wszystkie te księżniczki dzwonią codziennie do naszego przystojnego doktorka, a ja muszę je wciąż przełączać. Nie jestem jego sekretarką!
-Zuzia, ciszej.- Storosz zrobiła błagalną minę, próbując przy tym uciszyć przyjaciółkę. W duchu modliła się, by Brodecki przypadkiem nie przechodził obok jej gabinetu.- Ktoś może usłyszeć.
-Co mnie to obchodzi? To nie biuro matrymonialne!- burknęła dziewczyna upijają przyniesiony przez siebie napój. Chyba starała się uspokoić. Basia w duchu musiała przyznać, że te telefony i ją w pewnym sensie denerwowały. Może nie tak jak Ostrowską, ale jednak. Przyrzekła sobie jednak nikomu o tym nie wspomnieć, a już na pewno nie przyjaciółce.

Dzień minął jej bardzo szybko. Dochodziła właśnie 18 i Basia spiesznym krokiem wybiegła z przychodni. Chciała zostać niezauważona. Jechała właśnie do swojej ulubionej pacjentki, jedynej którą zdołała ukryć przed Brodeckim. To zabawne, ale nie miała najmniejszej ochoty przedstawiać Marka Judycie. Może dlatego, że Judyta za wszelką cenę chciała ją z kimś wyswatać, a przystojny lekarz na pewno byłby dla niej idealnym kandydatem, a może dlatego, że Basia doznawała ukucia zazdrości, gdy Marek podbijał serca jej pacjentów. Wiedziała, że to niedorzeczne, ale czuła się wtedy nie potrzebna.
Judyta miała 35 lat i mieszkała w domku tuż za miastem. Ona i jej mąż Wojtek od dawna starali się o dziecko i właśnie w chwili, gdy przestali już wierzyć jak grom z jasnego nieba spadła na nich wiadomość, że zostaną rodzicami. Chwile szczęścia nie potrwały długo, bo okazało się, że Judyta ma stan przedrzucawkowy, który hamuje prawidłowy rozwój płodu. Pacjentka była skazana na szpital, ale coś jednak pozwoliło, by została w domu z mężem.
-Dokąd się wybierasz?- Już otwierała drzwi swojego samochodu, gdy usłyszała go tuż za sobą. Zesztywniała. "Cholera, czy on musi być wszędzie?"
-Yyyyy... Nigdzie!- odparła od razu, odwracają się do niego z przyklejonym uśmiechem.
-Bo miałem wrażeniem, że starasz się uciec niezauważona.- uśmiech na jego twarzy wyrażał lekką kpinę, ale był wręcz zniewalający.
-Tak, to znaczy...- plotła nieskładnie, starając się przywołać jakąś dobrą wymówkę, ale jak na złość nic nie przychodziło jej do głowy.
-Dzwoniła pani Judyta Grzebyk i pytała, czy możesz się pośpieszyć, bo... bo jej się nudzi.- Brodecki widząc zagubioną koleżankę, postanowił postawić sprawę jasno.- Długo zamierzałaś ją ukrywać przede mną?
-Ja? Przecież...
-Pani Judyta właśnie poprosiła, bym koniecznie przyjechał z tobą. Dziwiła się, że nie przyjeżdżam codziennie.
-Zabije Cie Judyta!- warknęła do siebie, zastanawiając się jak ma wybrnąć z tej komicznej sytuacji.
-Te codzienne wyjazdy na zakupy były kłamstwem?- Patrzył jej prosto w oczy, ale nie widziała w nich złości, wiec odparła szczerze.
-Tak.
-Mogę wiedzieć dlaczego?
-Wsiadaj, sam się przekonasz.
Posłali sobie uśmiechy i wsiedli do samochodu. Podczas drogi Basia przybliżyła Markowi sytuacje kobiety.
-Czy ona nie powinna leżeć w szpitalu?
-To prawda.- Basia skinęła głową, wyjeżdżając z miasta.- Ale uzgodniłam ze specjalistą, że może zostać w domu pod warunkiem codziennej diagnozy i badań.
-To dość duże obciążenie dla Ciebie. - Stwierdził.
-Owszem.
-Chyba było by łatwiej gdyby poszła do szpitala.
-Dla nas tak, ale dla niej niekoniecznie. Do najbliższego szpitala jest daleko, a mąż Judyty nie byłby wstanie wysiedzieć tu dnia bez niej, zresztą rozłąka i jej by nie służyła.
-To dla niego pozwalasz, by została w domu?
-To rozwiązanie jest najlepsze. Ona jest spokojniejsza, że ma go obok, a on może zając się pracą w domu. Gdy będzie taka potrzeba wyślemy ją do szpitala. - odparła zatrzymując samochód przed okazałym domem. Spojrzała na niego. - Jesteśmy. Ostrzegam, Judyta jest dość spontaniczną osobą.
-Myślę, że podołam temu wyzwaniu.- roześmiali się szczerze.
Wysiadła i od razu przy niej pojawiły się cztery psy, machając radośnie ogonami i szczekając. Z uśmiechem kucnęła przy nich witając się z każdym po kolei.
-Witajcie moje słodkie!- Gdy podniosła głowę, napotkała wzrok Marka i śmiech zamarł na jej ustach.- Co?
-Nie wiedziałem, że jesteś miłośniczką psów!
Już miała mu odpowiedzieć, gdy drzwi frontowe otworzyły się i stanęła w nich kobieta.
-Basia! Witaj Słonko! Ty pewnie jesteś Marek!- zaczęła od razu, wychodząc im na przeciw- Atos, Berka, Bari i Seti sio! Dajcie się teraz przywitać pani!
-Judytko mówiłam Ci, że masz leżeć.- skarciła ją Storosz, gdy mimo wystającego brzuszka, mocno się uścisnęły.
-Kiedy ja nie mogę!- pisnęła kobieta, podchodząc do Brodeckiego.- Prawda panie Marku? Proszę jej powiedzieć!
-Tym razem zgadzam się z Basią, powinna pani jak najwięcej leżeć.- odpowiedział z uśmiechem, pozwalając się przytulić. Basia zatkała usta, by nie wybuchnąć śmiechem, spojrzeli na siebie w geście zrozumienia.
-Jaka pani? Jestem Judyta, miło mi! Zapraszam do środka!
-Mówiłam.- szepnęła Basia, gdy ściągali w holu kurtki.- Ona się dopiero rozkręca.
-Mam się bać?- zapytał, zabierając od niej płacz.
-Ja bym się bała.
Z uśmiechami na twarzy weszli do salonu, gdzie już na nich czekała.
-Chodźcie, siadajcie!
-Najpierw badanie, później pomyślimy, czy możemy zostać.- powiedziała Basia, wyciągając z torby stetoskop.
-Ciśnienie podwyższone, ale ustabilizowane. Jutro też je zbadamy. Jak ogólnie się czujesz?
-Dobrze.- nagle spoważniała, patrząc z niepokojem na Storosz.- Basiu nic przede mną nie ukrywasz?
-Spokojnie! Masz w piątek wizytę, prawda?
-Tak. Myślisz, że zostawią mnie w szpitalu?
-Możliwe, ale nie martw się na zapas. Obiecaj mi jedynie, że będziesz siedzieć, a nie biegać! To dla dobra Kamilki!
Gdy tylko kobieta usłyszała imię swojego nienarodzonego dziecko, od razu z energią potrząsnęła głową.
-Obiecuję! A teraz powiedź mi kochanie, co u Ciebie?
-W porządku, jak widzisz.- odparła ze spokojem Basia, czekając na najgorsze.
-No widzę! Promieniejesz! Takie proste rozwiązanie, facet w domu! Trzeba było o tym szybciej pomyśleć.- trajkotała, a Basia spłonęła jedynie rumieńcem, starając się go ukryć przed Brodeckim, który z trudem opanowywał wybuch śmiechu.- Te wspólne wieczory....i noce! Nic tak nie poprawia kobiecie humoru, jak...
-Judyta!- syknęła Storosz, mając nadzieje, że pohamuje przyjaciółkę.
-Prawda Marku? Mogę tak do Ciebie mówić?- tym razem zwróciła się do niego.- Proszę Cię dbaj o naszą Basię, ona jest taka samotna!
Storosz wywróciła oczami. Dlaczego, ona ją tak poniża!
-Judyta uspokój się.- powiedziała w końcu, gdy ta weszła na jej intymne sprawy.- On nie ma ochoty o tym słuchać! Po za tym pan doktor ma dziewczynę!
-Poważnie?- zapytała kobieta, patrząc na Brodeckiego. Storosz modliła się w duchu, by przytaknął, ale jak zawsze jej marzenia, zostały rozwiane.
-Właściwie, to nie.
-I chwała Bogu! Rozruszaj ją! Mały sex..
-Judyta to my już pójdziemy!- Storosz zerwała się jak oparzona z zajmowanego miejsca.- Zadzwoń proszę do mnie co z wynikami.
-Już chcecie jechać?
-Tak, tak. Właśnie sobie coś przypomniałam.- bełkotała nieskładnie, pośpiesznie się ubierając.
-No dobrze. Dziękuje Ci Basiu, za to co dla mnie robisz.- Kobieta nagle spoważniała i spojrzała na speszoną Storosz.- Jesteś dla mnie taka dobra.
-Skądże! -Storosz zarumieniła się świadoma, że Marek ją obserwuje.- Każdy lekarz postąpiłby tak samo.
-Wcale nie!
Wyszli pośpiesznie z domu i w niecałe dwie minuty później wracali. Strosz gnała jak szalona, starając skupić się na jeździe, by zapomnieć o wstydzie, który zafundowała jej przyjaciółka.
-Ona ma rację.- Brodecki przerwał ciszę panującą w samochodzie. Zastygła. "Z czym do cholery miała rację? Z tym sexem?" pomyślała.- Wielu lekarzy umyło by ręce, nie chcieliby ryzykować ani utrudniać sobie życia.
Ufffff... Ciśnienie z niej opadło. Nagle poczuła się zmęczona, jakby stoczyła wielką bitwę. Zdołała jedynie odpowiedzieć "może"

Stokrotka07 - 2009-07-25, 22:07

Kasia -genialnie, jak zawsze ;-) Oj myślę, że Basia już powoli mięknie, Marecki na pewno wymyśli jakiś sposób, żeby poruszyć serce panny Storosz ;-) Czekam na cd:*

Sysia -haha, nie mogę już sobie wyobraziłam minę Baśki, po tym tekście Judyty o seksie i rozruszaniu :lol: I końcówka obiecująca nie powiem, super! ;-)

Kasieńka - 2009-07-26, 18:52

sysia extra :D Judyta jest bardzo fajną postacią lol :lol: I mam nadzieję, że B&M się jakoś do siebie zbliżą :D

A ja dziękuję Wam serdecznie :*:*:*

Ninuś - 2009-07-26, 19:42

:576: Sysia to jest genialne!
Niech Mareczek i Basia przyjeżdżają częściej razem do Judyty!
Może po jej słowach coś tam miedzy nimi ten... teges... :lol:
Bomba! Czekam na więcej! :*:*

Kasieńka - 2009-07-27, 17:18

Pisze ktoś? :)
Ninuś - 2009-07-27, 17:50

ja mam nadzieję, że Ty Kasia!
a jak nie Ty to Twins'y!

:mrgreen:

Kasieńka - 2009-07-28, 11:54

No dziś może coś tam zacznę pisać, ale nie wiem, czy skończę ;)
Właśnie Twins, czekamy :D

sysia16223 - 2009-07-28, 20:24

Kasia ja właśnie czekam z niecierpliwością na Twoje Cudo! :-D :-P
Ninuś - 2009-07-29, 11:21

Czy poczytamy sobie coś dzisiaj???
Daisy - 2009-07-29, 18:53

Mialo byc inaczej, jest inaczej :/
Ale nie mam czasu na pisanie.
Kasia dzieki wielkie :*


Bez tytulu (Aktoreczka), Cz. 8

Marek sprawił, że stała się znów młodziutką, nieśmiałą dziewczyną, która rumieni się podczas pierwszego pocałunku z chłopakiem. Nie była zatem w stanie zrobić nic innego, jak tylko zamknąć oczy i poddać się bezwolnie jego pieszczocie. Objęła go za szyję i pozwoliła, aby z gwałtowną zachłannością przyciągnął ją mocniej do siebie. Wtedy pierwsza kropla deszczu spadła jej prosto na nos. Zaskoczona spojrzała w górę i wówczas nagłe strumienie deszczu zalały ich twarze…
- Chodź! – Brodecki pociągnął ją w stronę samochodu, ale zaprotestowała. Deszcz obudził wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to na złość rodzicom biegała po podwórku bez płaszcza i kaloszy. – Magda! – krzyknął, ale nie zareagowała. Z rozpostartymi szeroko ramionami obracała się wokół własnej osi. Zachowywała się jak pięciolatka, a jej gromki śmiech dźwięczał cały czas w jego uszach. Dygocząc z zimna podszedł do niej i przerzucając ją sobie przez ramię, zaniósł do samochodu. Nie odjechali jednak od razu. Bowiem za każdym razem, kiedy próbowała coś powiedzieć, zamykał jej usta pocałunkiem. W końcu odsunęła się nieco i spojrzała na niego uważnie. Oczy świeciły mu niesamowitym blaskiem, a z ust nie schodził szeroki uśmiech.
- Poddaję się!
Zawiózł ją do swojego mieszkania, czego się zupełnie nie spodziewała. Z lekką obawą przekraczała jego próg, ale kiedy poczuła jak delikatnie ją do siebie przytula, zapomniała o wszystkich lękach i obawach. Mieszkanie nie było dużo mniejsze od jej samego. Mieściły się tutaj również dwa pokoje, tyle tylko nie tak nowocześnie urządzone. W pokoju połączonym z kuchnią stała stara kanapa, przykryta kocem, dwa fotele i stół. Do tego regał z wieżą Hi Fi i płytami oraz telewizor. W sypialni natomiast znajdował się tylko podwójny materac i wieszak na ubrania.
- Strasznie się trzęsiesz! Zaraz przyniosę Ci ręcznik… i coś do przebrania. – Po chwili wrócił z dużym, frotowym ręcznikiem, który dostał od mamy podczas przeprowadzki i szlafrok. Od razu zaczął osuszać jej włosy. – Przeziębisz się!
- A ty?
- Jestem już dużym chłopcem, poradzę sobie… - zapewnił żartując, ale mimo tego Magda nie kryła swojego poirytowania. Nadymała śmiesznie buzię, wrogo mu się przyglądając. Nie lubiła, kiedy traktowano ją jak dziecko. A Marek właśnie tak ją teraz traktował, jak małą dziewczynkę, która z niczym sobie nie radzi.
- Ja też jestem duża komisarzu... - odparowała. - Twoja troska jest tutaj niepotrzebna.
- Nie wątpię... - wcisnął jej w dłonie rzeczy, które wcześniej przyniósł. - Idź już, a ja zrobię nam w tym czasie herbaty.
- A ja powtórzę moje pytanie: A ty? - ponętnie sięgnęła ręką do jego koszuli odpinając jeden z guzików. - Nie chciałabym mieć cię na sumieniu.
- Idź już... - roześmiał się, popychając ją w stronę łazienki. - Wariatka!
Godzinę później siedzieli przytuleni w wygodnym fotelu obok okna, na parapecie którego Magda ustawiła kilka znalezionych w kuchni zapachowych świeczek. Miała na sobie tylko szlafrok, a Marek krótkie spodenki. Jego dłoń spoczywała na jej nagim udzie. Gdy się całowali, ręka wędrowała mu coraz wyżej i wyżej, aż do paska mocno ściśniętego w jej talii. Nie rozwiązywał go jednak, wracając tą samą drogą do uda. Nie spieszyli się, na razie cieszą się wyłącznie skromnymi pieszczotami. Dużo także rozmawiali, wspólnie zaśmiewając się do łez, bądź wzruszając kolejnymi opowieściami...
- Muszę Ci coś powiedzieć. - zaczęła ponownie, po kolejnej dawce śmiechu jaki zafundowała Markowi swoimi opowieściami z planu. Powiedziała to jednak tak poważnie, ze na jego twarzy zastygła przez chwile niepewność. Dlatego pozwolił jej mówić dalej, o nic nie pytając. – Znaczy... nie muszę, ale bardzo chcę, żebyś wiedział. Tylko to takie dziwne... i w ogóle. Bo...
- Bo co? – wtrącił w końcu, nie mogąc znieść jej owijania w bawełnę. - Bo kuracje odmładzające potrafią zdziałać cuda, i masz czterdzieści pięć lat, a nie dwadzieścia trzy? – zażartował, na co i ona natychmiast się rozluźniła. – A może...
- Marek to naprawdę dla mnie ważne. Wie tylko o tym moja rodzina i Mateusz.
- Dobra, juz się zamykam. I słucham. – W geście poddania uniósł do góry obie ręce. – Co to za tajemnica, której najlepszy dziennikarz w mieście nie raczył odkryć?
- Marek! – krzyknęła zezłoszczona.
- Przepraszam! - Odsunął się nieco i spojrzał na nią uważnie. – Co się dzieje?
Magda spuściła głowę, skubiąc opuszkami palców jego skórę na piersi. Cicho coś wymamrotała pod nosem, czego nie bym w stanie usłyszeć. Toteż delikatnie objął dłońmi jej twarz i skierował wzrok na swój.
- Co się dzieje? Co chcesz mi powiedzieć? – powtórzył, tym razem juz bardzo poważnie.
- Chce, żebyś wiedział, że Magda... Magda to nie jest moje prawdziwe imię. – Widziała w jego oczach jednocześnie zdziwienie i niezrozumienie, zatem ciągnęła dalej. – To imię, które przyjęłam na bierzmowaniu. A teraz służy mi za pseudonim artystyczny... Rozumiesz?
- Przecież nie jestem głupi. – mrugnął. – Ale zamierzasz mnie oświecić, jak masz naprawdę na imię? ... Zanim wylądujemy w łóżku? Nie chciałbym się pomylić.
- Marek! – parsknęła, szturchając go łokciem między żebra. – Ale będziesz mówił do mnie Magda, jak Ci powiem? Nic się nie zmieni?
- Niczego nie obiecuję... – pokręcił głową.
Kochali się wolno i leniwie na kanapie. Czuła w jego pocałunkach tłumione przez cały wieczór pożądanie. A imię „Basia” słyszała z każdym kolejnym, który składał na jej nagim ciele...

Twins - 2009-07-29, 19:14

Dejz, nareszcie!! :D
Może miało być inaczej, ale nam się podoba tak, jak jest, bo jest super!!
A jednak Basia! :lol: A Marecki dopiął swego hahaha
Wiedziałyśmy, że to się tak skończy. :576:
Na razie u nich sielankowo, ale domyślamy się, że cały czas tak nie będzie :D
Ich romans w końcu wyjdzie na jaw!
MISTRZ :**

Ninuś - 2009-07-29, 19:26

Daisy, nooo! Mnie to się nawet strasznie podoba, choć podobno miało być inaczej :D
Tak, tak na razie sielanka, ale ciągle jej nie będzie, nie?
Prasa jak się dowie, to ich zje, ale co tam, ważne, że się kochają! :lol:
Tylko mnie ciągle zastanawia, dlaczego prawdziwe imię Magdy/Basi to taka wielka tajemnica.
No i wreszcie jakieś kissy i umcia nooooooo! :-P
Genialne! :*:*:*


A lenie takie jak Twins, Kasia, Sysia i Ola to też by się mogły zabrać za coś!

Krymcia - 2009-07-29, 20:36

do wszystkich dziewczyn!

opka cuuudne i wgl juz pochwały były a tylko dodam os siebie że się zgadzam

nie było mnie 2 tygodnie myslalam że bedzie ok 10 stron do nadrobienia a tu zaskok... tylko 3-4 noo może 5

musicie częściej pisać pisareczki

sysia16223 - 2009-07-29, 20:53

Dais cudo :-D I doszło do zbliżenia :-) czekałam na moment, kiedy Basia mu wyjawi swój mały sekret. Dobrze, że powiedziała mu to teraz :-D Przynajmniej nie ma zamieszania :-D

Kasieńka, ja czekam na twój domek w Zakopanem :-D

olka - 2009-07-29, 21:17

Dejz, cudowne jest to opo! :-D A ten cedek śliczny!
No i w końcu mamy Basię, licze, że Brodecki ją przekona do tego imienia :lol: O ile już tego nie zrobił. Czekam na ciąg dalszy.
Mistrz!;*;*;* ;-)

A teraz coś naszego :-P
Bliźniaczki&Ola "Droga do miłości"

Cz.10

„To moja wina” – pomyślała, z trudem hamując rosnące zdenerwowanie. Gdyby była dobrą żoną, Marek teraz byłby tu z nią. Zaczęła się obwiniać, że to przez nią Brodecki nie wrócił na noc. A nawet nie zadzwonił. Przepadł, nie dając znaku życia. Z początku była na niego wściekła i nie miała zamiaru, że się przejmować. Czasem potrafił być naprawdę nieodpowiedzialny i bezmyślny. Nie chciała więc brać winy za to szczeniackie zachowanie „Wróci, kiedy zechce”. – mruknęła obojętnie. Nie czekając na niego, zjadła kolację, wzięła relaksującą kąpiel i rozłożyła się wygodnie na łóżku, czytając książkę. Wiedziała, że mimo wszystko nie zaśnie, zanim nie wróci. Pomyślała nawet, że Marek robi to złośliwie doskonale o tym wiedząc.
Kiedy jednak nie wracał kolejną godzinę, zaczęła się naprawdę martwic, czy nic mu się nie stało. Kilka razy dzwoniła, ale miał wyłączony telefon. Dotychczas to się nie zdarzało. Zwykle, kiedy nie chciał z nią rozmawiać, po prostu nie odbierał. Nawet nie pytała dlaczego. Miała tylko skryty żal, że nie mogłaby na niego liczyć, gdyby coś złego stało się jej albo dziecku. O nią nie musiał się martwić, ale nie wybaczyłaby mu, gdyby przez niego ucierpiało ich dziecko, bo on zwyczajnie nie odebrał od niej telefonu.
Tym razem miarka się przebrała. Miała tego dosyć. Tego cierpienia w milczeniu. Nie będzie dłużej tolerować tego, jak ją traktuje. Skoro są małżeństwem, powinien ją szanować. A Marek w ogóle nie zachowywał się jak mąż. Jednak jako dorosły człowiek powinien wykazać się choć odrobiną odpowiedzialności. Miał w nosie sakrament, który dla niej był świętym. Miała ochotę na niego nakrzyczeć. Powiedzieć co leży jej na sercu. Wyrzucić z siebie to wszystko, co dotychczas dusiła w sobie. A w tej chwili najbardziej chciała by jego rodzice poznali prawdę o ich małżeństwie. Była co prawda przeciwniczką mieszania się rodziców i teściów w ich sprawy, ale to oni zmusili Marka do ślubu z nią, zatem to też ich problem, by Marek zmądrzał. Ostatnio na zbyt wiele sobie pozwalał. Musi do niego dotrzeć, że nie jest już kawalerem.
Kilka razy wykręcała numer teścia, ale za każdym razem rezygnowała. Bo co miałaby odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego to robi? Wnet zrozumiała, co musiałaby odpowiedzieć.
„To wszystko przeze mnie”. – dodała. To jej wina, że Marek jej nie kocha. Bo gdyby była dla niego odpowiednia takie sytuacje by się nie zdarzały, a ona nie musiałaby teraz stać w oknie i czekać, aż się pojawi po nocnej nieobecności. Marek nie wracał tylko dlatego, że była tu ona. W takiej chwili żałowała, że jest z nią z poczucia obowiązku. Już wolałaby pozwolić mu odejść. Nie chciała go zatrzymywać siłą. Była jednak zbyt wielką egoistką, łudząc się, że być może coś się zmieni, gdy na świat przyjdzie ich dziecko.
Najbardziej bolało ją to, że Marek prawdopodobnie w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że ona się o niego martwi. Pewnie myśli, że jest jej kompletnie obojętny, a to nieprawda. Bała się o niego. Z narastającym zdenerwowaniem przeczekała do rana. Na policję nie mogła zadzwonić, bo nie upłynęła wymagana ilość godzin od zniknięcia. A rodziców Marka wolała niepotrzebnie nie niepokoić. Marek mógł wrócić w każdej chwili, a gdyby się dowiedział, że powiadomiła o tym jego rodziców jeszcze bardziej by ją znienawidził.
Nie przespała ani minuty. W nerwach liczyła kolejne godziny do świtu. Jeśli Marek nie pojawi się z samego rana, będzie musiała kogoś poinformować. Nie wytrzyma tej niepewności. Bo oprócz opcji, że przydarzyło mu się coś złego, miała drugą, jeszcze gorszą. Nie zniosłaby takiego obciążenia, gdyby się okazało, że Marek od niej uciekł, gdzieś wyjechał bez słowa, a ona miałby go nigdy więcej nie zobaczyć.
Z tych nerwów zapomniała o jeszcze jednej ewentualności. Najbardziej banalnej.
Coś przed szóstą usłyszała, jak próbuje przekręcić klucz w zamku.
- Marek! – szepnęła i zerwała się z kanapy. W spokoju poczekała aż wejdzie.
Odetchnęła z ulga widząc go całego i zdrowego.
Nie wysilił się nawet na głupie „dzień dobry”. Wszedł do salonu i od razu spostrzegł jak stoi przed nim.
- Marek… - powtórzyła, tym razem głośniej, ale nie zareagował. - Gdzie byłeś całą noc? – spytała spokojnie.
Wymienił z nią szybkie spojrzenie, ale nic nie odpowiedział.
- Mówię do ciebie. Odpowiedz. – powtórzyła, by nie wymigiwał się od odpowiedzi.
Dalej nie reagował na jej prośby. Gdy podszedł bliżej poczuła nieprzyjemny zapach alkoholu. Zrobiło jej się niedobrze.
- Piłeś. – rzuciła z pretensją w głosie.
- Nie muszę ci się tłumaczyć. – odparł oschle i wszedł w głąb salonu.
- Mi nie, ale twojemu ojcu… - zainsynuowała.
- Zadzwoniłaś do niego?! – oburzył się.
- Nie. – odpowiedziała spokojnie, nie dając mu się sprowokować. – Ale nie dajesz mi innego wyjścia. Zachowujesz się nieodpowiedzialnie! Miałeś wyłączony telefon, nie wróciłeś na noc!
- Jestem zmęczony, więc daruj sobie te kazania.
- Myślałam, że coś się stało… - dodała łagodniej.
- Ale nie stało. Skończyłaś? – spytał, rzucając marynarkę na kanapę.
Zaczął rozpinać mankiety od koszuli. Nosił się z zamiarem pójścia do łazienki.
Basia podeszła do niego ze spuszczonym wzrokiem.
- Martwiłam się o ciebie. – spojrzała mu w oczy.
Nie mogąc się powstrzymać odpięła guzik przy kołnierzyku białej koszuli. Czuła gdzieś wewnętrzną potrzebę, by pokazać, że wcale nie jest jej obojętny. Być może potrzebował teraz wsparcia, a nie chce o tym mówić…
- Tak? – spytał ironicznie, zabierając jej dłoń.
Sam się tym zajął. Odszedł, rozpinając resztę guzików.
Dziewczyna znowu się zawiodła. Spuściła wzrok.
- A ty po prostu siedziałeś całą noc w barze … przy wódce … - dokończyła ciszej.
- Nie mam ochoty tego słuchać. – rzucił koszulę na oparcie kanapy i wymijając dziewczynę, poszedł do łazienki.
Basia bezsilnie usiadła na rogu kanapy. Chwilę siedziała w milczeniu, wsłuchując się w szum wody z prysznica.
Spojrzała na koszulkę i wzięła do ręki. Przymknęła oczy i uniosła materiał do nosa.
Otworzyła je gwałtownie, czując, jak do jej oczu nachodzą łzy.
To nie był jego zapach, który tak uwielbiała. Śmierdział damskimi perfumami. Rzuciła koszulę i poszła do siebie, nie chcąc, by widział jak płacze.

(...)

No tak. Obiecała przecież, że nie doniesie w domu, co dzieje się u nowożeńców. Nie nazywała by się jednak Agata Storosz, gdyby pod tą obietnicą nie krył się mały haczyk. Przecież nie może pozwolić na to, by ktokolwiek krzywdził jej siostrę i jej małego siostrzeńca, czy siostrzenicę. A już na pewno nie zrobi tego grecki bóg o zbytniej pewności siebie z wrednym charakterem, mający się za cierpiącego i wielce poświęcającego się Prometeusza. Dla Agaty był tylko „dupkiem z przerośniętym ego” i za nic w świecie nie potrafiła polubić nowego szwagra. Choć, gdyby Marek nie był żonaty, mógłby się jej podobać. Teraz jednak zastanawiała się co też takiego zobaczyła w nim Basia, że zachorowała na nie wyleczalną odmianę miłości, zwaną inaczej miłością życia. Dla Agaty było to uczucie destrukcyjne i wyniszczające, dopóki Marek nie „zarazi” się nim od jej siostry. Najchętniej sama, gdyby znała się bardziej za fizjologii ludzkiego ciała, wynalazłaby zmutowane genetycznie szybko roznoszące się bakterie, czy wirusy, odpowiedzialne za stan zakochania by jak najszybciej doszło to infekcji, a Baśka stworzyłaby ze swoim ideałem mężczyzny udany związek.
To, że nie została inżynierem biogenetyki, nie uwalnia jej od tego, by nie mogła wziąć sprawy w swoje ręce. W końcu gdzie diabeł nie może tam babę pośle, a jej pomysł na rozmowę był iście szatański. Z takich powódek nie może wyjść nic dobrego, więc Marek powinien spodziewać się prawdziwego piekła.
„Baśka się wścieknie, gdy się dowie. Dlatego nie może się o tym dowiedzieć.” – pomyślała nieco zmieszana, kiedy udało jej się wejść do biura filmy architektonicznej Hi-Tex. Kiedy jednak przypomniała sobie wyraz twarzy siostry wstąpił w nią bojowy duch. Szybkim krokiem przeszłą korytarz i dotarła do stanowiska sekretarki Marka.
Tymczasem on sam przeglądał projekt nowego blokowiska, nic pilnego. Pomimo tego, że nie miał za wiele do roboty, siedzenie w firmie było lepsze od zmuszania się do uprzejmości i siedzenia w domu, który nigdy nie będzie jego i w którym nigdy nie będzie czuł się swobodnie. Dla niego było to więzienie, a praca ucieczką. Tutaj przynajmniej mógł się zrelaksować. Wyciągnął szklaneczkę z barku i nalał sobie drinka. Usiadłszy z powrotem na fotelu obrotowym przy biurku, myślał, że nic nie zakłóci jego spokoju.
Nie mógł jednak na to liczyć. Szybko usłyszał jakieś podniesione głosy dochodzące zza drzwi. Nie zdążył wstać, a drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że o mało co nie wypadła z nich szyba. Nieproszonym gościem była oczywiście Agata. Tuż za nią wpadła sekretarka, przepraszając za nie uzgodnione najście.
- Agata? Co ty tu robisz?
- Przepraszam szefie, ale ta pani była uparta i nie chciała zaczekać. – widząc, że jest to rodzina żony Brodeckiego – bo tak też Agata jej się przedstawiła, przystała na formę „per pan, pani”, by nie zdradzić, że spoufala się z szefem. – Ja jej mówiłam, ze jesteś zajęty. – nie mniej jednak tak przyzwyczaiła się do mówienia sobie z szefem na „Ty”, że stało się to dla niej tak nienaturalne. Zapomniała się. Agata tylko zlustrowała ją wzrokiem.
- Nic się nie stało. Możesz nas zostawić. – zwrócił się do dziewczyny. Kiedy ta tylko zamknęła drzwi, ze zmienionym wyrazem twarzy spojrzał podejrzliwie na Storosz.
- Wiesz do czego służy telefon? Pracuję. – jego oschły ton wskazywał na to, że jest tu nieproszonym gościem.
- Właśnie widzę. – skinęła na szklaneczkę z whisky. – Dorabiasz sobie jako barman, czy to cięcie kosztów? …Brakuje ci tu jeszcze tylko stolika do bilardu. – zironizowała rozglądając się po gabinecie, a Marek tylko przewrócił oczami na tę uwagę.
- Dobry pomysł. Pomyślę nad tym. – odgryzł się. – Przyszłaś w jakiejś konkretnej sprawie? – dodał zniecierpliwionym tonem.
- Nie musze mieć chyba niczyjego pozwolenia, by porozmawiać z własnym szwagrem? – podniosła zadziornie jedną brew.
- Oczywiście, że nie. – z jego twarzy nie znikał cynizm, ale nic już na to nie poradził, że ta rodzina przyprawiała go o kolejna falę frustracji. Przypominała o przymusie i obowiązku. Miał wrażenie, że wszyscy stoją nad nim jak kaci i śmieją z tego, że dał się uwiązać na małżeńskiej smyczy. Nie ufał już żadnemu Storosz.
– Twoja rodzina zawsze może wpadać, ale nie musiałaś się fatygować aż tutaj… Staram się oddzielać sprawy zawodowe od prywatnych.
- Powiedz to Baśce i waszemu dziecku. – zasugerowała, że romans z córką partnera biznesowego jego ojca zaprzecza tej regule. – To właśnie o niej chciałam rozmawiać.
- Już się poskarżyła? Siadaj! – wskazał miejsce naprzeciwko siebie.
- Postoję. – rozmowa z góry zapowiadała się na nieprzyjemną. Uprzejmości, nawet jeśli były wymuszone i nieszczere nie miały najmniejszego sensu.
- Domyślam się, że też niczego się nie napijesz? – uśmiechnął się cynicznie.
- Powiem krótko. Baska jest moją siostrą, bardzo ją kocham i nie pozwolę, by ktokolwiek ją upokarzał! – jego zachowanie jeszcze bardziej ją pobudzało.
- A nie przyszło ci do głowy, że to ja nie pozwolę, byś wtrącała się w nie swoje sprawy? – nie miał zamiaru wysłuchiwać zdania rozjemcy za dychę. – Nie wiem, co Baska ci naopowiadała, ale to nieprawda. Jedyną osoba, którą upokorzyliście, ty, twoja rodzina, a nawet moi rodzice jestem ja! Wszyscy się ode mnie odwrócili! – nie spodziewając się pomyślał natychmiast o Jagodzie. Wstał więc i podszedł bliżej szwagierki, spoglądając jej głęboko w oczy. – Tylko oczywiście to ja zawsze jestem tym złym i najgorszym, prawda? ….Oboje wiemy, że jest inaczej… Powiedz… Baśka kazała ci tu przyjść? – nie potrafiła znieść tego cynizmu w oczach i lekceważącego nieco przyciszonego tonu. Jakby ten człowiek nie miał za grosz sumienia. Nic do niego nie docierało. Jak grochem o ścianę.
- Musisz być naprawdę tępym kretynem, by widzieć tylko swoją krzywdę.
- Ej, ej! Nie pozwolę się obrażać! Za młodziutka jesteś, by cokolwiek wiedzieć!
- Jak na swój wiek jestem bardzo nieufna. – uśmiechnęła się cynicznie - Codziennie uczę się oddzielać dupków od fajnych facetów. Ty należysz do tej pierwszej grupy.
- Cieszę się, że pomogłem przy klasyfikacji. Ja tez codziennie uczę się rozumieć naturę kobiet. Jednej nie rozumiem. Ich solidarności…Bronicie się jak lwice.
- Pajac! – zaśmiał się na tą uwagę. – Wiem wszystko co się u was dzieje! Przede mną nie musisz udawać idealnego męża!
- Jednak ci wszystko powiedziała…- mruknął do siebie. – Hmm…W takim razie za bardzo wierzysz swojej siostrze. Obyś się na tym nie przejechała. – odszedł siadając z powrotem za biurkiem, zabierając ze sobą jakieś kartki papieru. Ta rada nie zrobiła wrażenia na Agacie.
- Powinieneś się cieszyć. Im więcej osób wie, tym prędzej skończy się ta cała szopka! – miała ochotę go udusić. Miała nawet bardzo grupy pasek w spodniach. Wystarczyłoby tylko dobrze zacisnąć pętle.
- Do twojej wiadomości Basia nie wie, że tu jestem. I ty tez jej nie powiesz.
- Nie będziesz mi mówić co będę robić! – podniósł palec wskazujący w górę, mając dość tej natrętnej dziewczyny. Tolerował ją tylko dlatego, że całkiem zgrabna z niej dziewczyna. Nawet bardzo.
„Tylko tak samo wredna jak każda Storosz.” – pomyślał.
- Nikt nie będzie! – kontynuował, ostrzegając.
- Właśnie, że będę! Jesteś facetem bez jaj! – zacisnął żeby. – Prometeusz, cholera! Jeśli kiedykolwiek ją skrzywdzisz będziesz miał ze mną do czynienia!
- Dobre się skończyło, wyjdź! Nie mam czasu na takie pierdoły, jak wysłuchiwanie żali smarkatej Barbie!
- A Basia próbuje cię jeszcze tłumaczyć… Żal mi ciebie. – posłała Markowi spojrzenie pełne politowania i wyszła.
Marek odprowadził ja wzrokiem. Spojrzał w kierunku do wpół wypitej szklaneczki. Dopił wszystko jednym haustem. Zakrył twarz w dłoniach, biorąc większy wdech. Poszedł do łazienki obok. Odkręcił zimną wodę i przemył twarz, spoglądając na siebie w lustrze. Powoli zaczynał wątpić czyje odbicie w nim widzi.
Wizyta Agaty zupełnie wytrąciła go z równowagi. Był zły na nią, na Baśkę i na samego siebie. Wściekał się, że ta smarkula ośmiela się zwracać mu uwagę. Wpada tu jak do siebie, nie mając o niczym bladego pojęcia i prawi mu kazania. A niby na jakiej podstawie? Jest siostrą Baśki i to jasne, że weźmie jej stronę. Dla niej to zawsze On będzie tym złym. A Basieńka oczywiście musiała się już wszystkim poskarżyć, jak to jest jej źle. Tak jakby on czuł się w tym związku komfortowo. Nie potrafił usiedzieć w miejscu. Przemierzał swój gabinet wzdłuż i wszerz próbując rozładować napięcie. Co chwile brał głębszy oddech, lecz nie umiał się uspokoić. Dobijała go myśl, że sam się w to wszystko wpakował. Był wściekły na siebie, że tak łatwo uległ presji rodziców i Storosza. Może gdyby bardziej walczył, bardziej się upierał ... może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Czuł się samotny. Baśka przynajmniej miała się komu poskarżyć. Miała rodzeństwo i rodziców stojących za nią murem. Gotowych wydrapać oczy każdemu, kto ośmieli się ją skrzywdzić. On nie miał nikogo, a przynajmniej tak właśnie się czuł. W końcu jego własna rodzina poniekąd zgotowała mu taki los. Ojciec na każdym kroku dawał mu wykłady, pouczał, ganił. Odkąd pamięta, cokolwiek zrobił, stary Brodecki nigdy nie był w pełni zadowolony. Wciąż doszukiwał się błędów. Nie potrafił po prostu pochwalić syna, zawsze musiał mieć jakieś „ale”. Zarówno do jego osoby, jak i do tego, co robił. Jeśli coś było dobre, to nigdy nie tak dobre, jak mogłoby być. Marek w końcu przestał zabiegać o względy ojca, zwyczajnie sobie odpuścił. Przestał się też starać. Wyzbył się złudnych nadziei, że kiedykolwiek dorówna ideałowi, jaki ojciec próbuje z niego zrobić.
Sfrustrowany i zirytowany, wiedząc, że nie zdoła już dziś skupić się na pracy, zwinął papierki i opuścił firmę, kierując się prosto do domu. Chciał tylko, by wszyscy dali mu święty spokój. Jedyne o czym marzył, to prysznic i wieczór przed telewizorem. Wystarczająco się dziś nasłuchał. Niepotrzebne były mu kolejne scysje, tym razem z Baśką. Zamknął samochód w garażu i nim wszedł do domu spojrzał w okna sypialni. Paliło się światło, co znaczy, że Baśka była na górze. Ucieszył się z tej perspektywy. Miał nadzieje, że nie zobaczy się z nią do końca dnia i tym sposobem unikną kolejnej kłótni. Jak bardzo się pomylił. Gdy wszedł wychodziła właśnie z kuchni, niosąc przed sobą miskę z popcornem. Widząc go, szybko się zatrzymała. Marek przeklinał w myślach, że nie zaczekał przed domem pięć minut dłużej.
- To ty? – zapytała zaskoczona – Nie spodziewałam się ciebie.
- To także mój dom, gdybyś nie zauważyła – odparł oschle. Podwinął mankiety koszuli, zdjął krawat i nie mówiąc nic więcej, minął ją, idąc do kuchni.
- Wiem, zauważyłam – podreptała za nim - Po prostu nie sądziłam, że będziesz tak wcześnie – wyjaśniła. Przyglądała mu się z uśmiechem na twarzy. Patrzyła jak wyciąga z lodówki sok pomarańczowy i nalewa do szklanki. Patrzyła tak, jakby to był najwspanialszy widok na świecie. I był. Dla niej był. Bo to właśnie dziś jej mężczyzna wrócił wcześnie do domu. Nie musiała już czekać na niego do późna, zastanawiać się, czy znowu nie przepadnie gdzieś na noc, nie musiała się martwić. Był tutaj, a ona nie potrafiła ukryć, jak bardzo się z tego powodu cieszy. Może Marek przestał już przed nią uciekać i teraz wszystko się zmieni? Na pewno. Przecież kiedyś musi być lepiej.
- Jesteś głodny? – zapytała, wyrwana z letargu, gdy znów minął ją w drzwiach – Bo mogę przygotować kolację ... jeśli oczywiście chcesz! – zaznaczyła, dreptając za nim jak kaczuszka, trajkocząc przy tym jak najęta – Co prawda w lodówce nie mamy zbyt wiele. Nie zadzwoniłeś, nie wiedziałam, że już wracasz i nie zdarzyłam zrobić zakupów, ale na pewno coś wymyśle. Musisz tylko chwil...
- Zamknij się wreszcie! – krzyknął tak nagle i tak gwałtownie, prawie podskoczyła. Miska z popcornem, którą trzymała z hukiem spadła na podłogę. Ona sama zastygła w bezruchu, patrząc na niego z przerażeniem. W jej oczach natychmiast zalśniły łzy.
- Po prostu się zamknij! – wycedził, odwracając się w jej stronę. Ten jej entuzjastyczny jazgot zaczął poważnie działać mu na nerwy. Irytowała go. Chciał być sam, odpocząć, spędzić jeden wieczór sam ze sobą, poczuć się jak wtedy, gdy był jeszcze kawalerem. Bronił się przed tym, by nie wybuchnąć, ale w końcu nie wytrzymał. Nie zdążył jeszcze ochłonąć po kłótni z Agatą i teraz nie potrafił się opanować. Miał nie wspominać Baśce o wizycie siostry i na początku faktycznie chciał sobie to darować, ale teraz, gdy fala wściekłości zalała go od nowa nie zwracał uwagi na to, co mówi.
- Przestań bawić się w troskliwą żonkę! Myślisz, że o niczym nie wiem?! Siedzisz tu całymi dniami i kablujesz na mnie swojej rodzince! A potem nasyłasz na mnie tą smarkulę, twoją siostrę!
- Nikogo na ciebie nie nasłałam! – wyszeptała ciężko oddychając. Kurczowo trzymała obiema dłońmi swój brzuch. Łzy spływały po jej bladych policzkach, a ona sama nie wiedziała, co robić. Czuła się jak mała, bezbronna dziewczynka. Ten nagły wybuch jej męża zupełnie ją zaskoczył i wystraszył. Zdenerwowanie brało górę, a ból był coraz silniejszy. Wiedziała, że musi się uspokoić, lecz nie potrafiła.
- Jeśli Agata u ciebie była, to nie dlatego, że jej kazałam! – mocniej zacisnęła powieki. Marek wciąż krzyczał.
- Nie udawaj głupszej, niż jesteś, to żałosne! Na co liczyłaś? Że się jej przestraszę? Myślałaś, że po rozmowie z tą gówniarą wrócę tu z podkulonym ogonem i zacznę cię przepraszać?
- Przestań! – próbowała go nie słuchać, wyłączyć się na wszystkie zewnętrzne bodźce, skupić tylko na tym, by wyrównać oddech i uspokoić szybko bijące serce. Ten ból. Czuła go każdym kawałkiem ciała. Jeżeli straci to dziecko, nigdy mu tego nie daruje.
- Coś ty jej naopowiadała? – Brodecki zdawał się w ogóle nie dostrzegać, że z Baśką jest coś nie tak. Zakładając ręce na kark odwrócił się tyłem, jednak dziewczyna nie mogła dłużej słuchać jego wrzasków. Wybuchła.
- Prawdę! Powiedziałam jej prawdę! I przestań się wreszcie wydzierać! – krzyknęła rozpaczliwie, zanosząc się płaczem i osuwając na ziemię.
- Bo co? – odwrócił się do niej napięcie. To co zobaczył zmroziło mu krew w żyłach. Baśka skulona siedziała na podłodze. Kiwała się mechanicznie w przód i w tył, a z jej gardła wychodził zduszony jęk. Patrzył na nią kompletnie osłupiały. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co narobił.
- Basia? – natychmiast do niej podbiegł, kucając tuż obok – Boże, przepraszam! – w panice złapał się za głowę. Nie wiedział, co robić. Dziewczyna oddychała ciężko, cała zapłakana.
- Boli cię? Możesz wstać? – zapytał roztrzęsiony, nie orientując się nawet jak głupie było to pytanie.
- Nie czuje dziecka – wyłkała – Nie czuje dziecka ... nie czuje dziecka! – powtarzała jak mantrę, z ledwością łapiąc powietrze. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bała. On też. Nie chciał zrobić krzywdy ani jej, ani dziecku. To wszystko działo się tak szybko, nie zastanowił się, nie pomyślał.
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze! – wydukał. Klęczał teraz obok Baśki, kompletnie spanikowany, z wyrzutami sumienia na karku. Musiał się wziąć w garść. Musiał coś zrobić. Musiał szybko coś zrobić. W pośpiechu wykręcił numer pogotowia, chaotycznie zdając relację pielęgniarce dyżurującej po drugiej stronie lini telefonicznej.
- Nie czuje naszego dziecka! Nie czuje go! – Brodecka zaniosła się kolejną falą łez. Nie potrafił być obojętny, nie teraz, nie w tej chwili. Złapał obiema dłońmi jej policzki i spojrzał głęboko w oczy.
- Obiecuje ci, że wszystko będzie dobrze. Musisz tylko oddychać. Oddychaj, dobrze? – prosił – Pomoc już jedzie. Spokojnie ... wdech i wydech – nie spuszczał z niej wzroku, miarowo oddychając wraz z nią. Mówił cicho, wręcz szeptem – Jeszcze raz ... wdech i wydech – gdy nieco się uspokoiła przytulił ją mocno, kurczowo trzymając za rękę.
Kilka minut później pogotowie zabrało ich do szpitala. Z duszą na ramieniu czekał przed salą na lekarza i jakieś wieści o stanie Basi i dziecka. Czuł wstręt do siebie. Nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Był wybuchowy, owszem, ale nigdy tak. Nie miał pojęcia co się z nim dzieje. Czyżby aż tak się zmienił? Przez jego głupotę mogło dojść do tragedii. To prawda, nie skakał z radości na myśl o byciu ojcem, ale nigdy, przenigdy nie chciał, by Baśka poroniła. A teraz siedzi tu i czeka, niczym na wyrok. W dodatku nikt nie chce mu nic powiedzieć. Za chwile zwariuje z tej niepewności.
- Pan Brodecki? – z letargu wyrwał go głos doktora.
- Tak. Co z Baśką? To znaczy z żoną ... i z dzieckiem? – w napięciu czekał na informacje.
- Pańska żona dochodzi do siebie, a dziecku nic nie jest. Na razie. – dodał.
- Co to znaczy „na razie”? – wcale nie uspokoiła go taka odpowiedź, czyżby zagrożenie jeszcze nie minęło? – Ciąża jest zagrożona?
- Nie. Zażegnaliśmy niebezpieczeństwo, ale jeśli skurcze znów się powtórzą, może dojść do krwotoku i wtedy nic nie zdołamy zrobić. Dlatego proszę pilnować, by żona się nie denerwowała, to naprawdę bardzo ważne. Niech jej pan oszczędza stresów.
- Kiedy może wrócić do domu? – nie wiedział, czy zajdzie potrzeba poinformowania reszty rodziny, że Basia wylądowała w szpitalu. Wolałby tego uniknąć.
- Zatrzymamy ją jeszcze przez noc na obserwacji, ale rano dostanie wypis.
- Mogę do niej wejść?
- Tak, byle nie na długo – lekarz uśmiechnął się na do widzenia, poczym odszedł. Marek postał chwilę na korytarzu, by w końcu zajrzeć do sali gdzie leżała. Odwrócona tyłem w stronę okna nie widziała jak wszedł. Niepewnie usiadł na krześle obok łóżka. Wiedział, że nie śpi.
- Po co przyszedłeś? – zapytała, natychmiast wyczuwając jego obecność.
- Chciałem sprawdzić jak się czujesz – odparł trochę niepewnie, z obawą w głosie.
- Uważaj, bo ci uwierzę – prychnęła kpiąco. Miała do niego żal, czego nie zamierzała ukrywać.
- Basia...
- Może mam ci powiedzieć, że to nie twoja wina, co? – odwróciła się, wbijając w niego pełne urazy spojrzenie - To chciałbyś usłyszeć? Bo przecież po to tu jesteś. Żeby stłumić wyrzuty sumienia – nie odpowiedział odwracając wzrok – Jeśli oczekujesz, że ci pomogę, to się mylisz. Przez ciebie mogłam stracić dziś swoje dziecko! – wyrzuciła z naciskiem – Nie dostaniesz ode mnie rozgrzeszenia.
- Swoje? Do tej pory mówiłaś „nasze” – zauważył z nutką złości.
- I byłam głupia, bo ono zasługuje na ojca lepszego niż ty! – wbiła mu szpile – Idź już sobie. Nie mam ochoty z tobą siedzieć – mruknęła, odwracając się z powrotem w stronę okna. Patrzył na nią jeszcze chwilę, ale w końcu wyszedł. I choć nie chciał się do tego przyznać, to jednak zabolały go jej słowa.

Na pewno mam serce z kamienia
I duszy od dawna chyba już nie mam
Pożądam i błądzę w ogrodzie miłości
Rozwiewam na wietrze twoje marzenia

I tak miłość przeradza się w nienawiść
Dlaczego tylko ja potrafię tak ranić
Już nie wiem co z życiem swoim zrobić mam
Chociaż jesteś przy mnie, to wciąż jestem sam

Wybaczę ci wszystko co postanowisz
Najlepiej strzel do mnie we śnie
Bo wtedy jestem w ogrodzie miłości
Lecz ciebie tam nie ma to ogród mej samotności


c.d.n.

Kasieńka - 2009-07-29, 22:19

Nareszcie NT ożyło :D

Dejz Ty wiesz, że super ;)
No i Marek poznał prawdziwie imię Magdy, nareszcie :D
Genialnie, sielankowo wręcz :lol:
Ale znając Ciebie to pewnie coś tam namieszasz.

Ola i Bliźniaczki nareszcie się doczekałam :D
Biedna Basia :( A Mareckiego to tylko wychłostać :lol: Nie no, ale pod koniec mnie zaskoczył :D Nareszcie się czymś przejął. Może pomalutku zacznie coś do niego docierać...
MISTRZOSTWO dziewczyny ;*


A co do mojego Zakopanego to pomału się pisze :D

Daisy - 2009-07-29, 22:39

Jakie to smutne :(: (:( Marecki powinien porzadnie oberwac. Niech mu brat Baski jeszcze raz spusci manto :D Dobrze chociaz, ze zareagowal i nie zostawil jej samej. I dobrze mu tak, teraz wie, co czuje Baska kazdego dnia :(
Ola&Twins to opowiadanie jest rewelacyjne! Juz nie moge sie doczekac kolejnej czesci. Nie pozwolcie nam dlugo czekac.

A ja dziekuje bardzo ;) I to oczywiste, ze sielankowo nie bedzie.

Kasia, czekam ;)
Kto jeszcze pisze? Moze Twins i Ola swoje? ;> Sysia?

Ninuś - 2009-07-29, 23:09

Twins & Olka
Matko, jak mi tej biednej Basi szkoda... Nie dość, że musi znosić cały gniew Marka, to jeszcze o mało co przez niego nie poroniła. A On to chyba już zaczyna powoli kumać, że nie można się cały czas buntować i trzeba będzie wziąć odpowiedzialność. Jego zachowanie po kłótni bardzo mnie zaszokowało. No ale lepiej późno niż wcale, że coś tam już rozumie. Jednak czy teraz, po tym wszystkim Basia będzie chciała go słuchać? (jeśli oczywiście ON będzie chciał coś naprawić. Będzie trudno!
Dziewczyny długo, genialnie i cudowne trio :*:*:* Daleeej!

sysia16223 - 2009-07-30, 09:56

Olka i Bliźniaczki.
Ta cześć była kapitalna. Szczerze mówiąc czekałam, kiedy dojdzie do tej krytycznej sytuacji, by Marek choć trochę otworzył oczy! Szkoda Basi, ja bym już dawno nawiała :-P Czekam na kolejną cześć! :-)

Ninuś - 2009-07-30, 16:35

Pisze ktoś?
Twins - 2009-07-30, 16:42

Tak tak, my :D
Ninuś - 2009-07-30, 18:49

W takim razie czekamy z niecierpliwością... Już paznokcie obgryzam :lol:
Twins - 2009-07-30, 20:06

Dzisiaj się raczej nie pojawi, ale w najbliższej przyszłości tak :D
Stokrotka07 - 2009-07-30, 20:45

No wreszcie :mrgreen:

Dejz- ja kocham twoje opka zawsze, mi się bardzo podoba ta część ;-)
Haha, ale fajnie, że Marecki już poznał imię Magdy :mrgreen: Ale czułam, że to się tak skończy, ciekawa jestem, co będzie dalej :mrgreen:

O&T -Dziewczyny, genialnie! Tworzycie mistrzowski tercet :mrgreen:
Ach Mareckiego to miałam ochotę rozszarpać...Wkurza mnie jak nigdy! Co on sobie wyobraża? Szkoda mi Basi, myślę, że cierpi podwójnie. Może pan Brodecki w końcu coś zrozumie?! Czekam z utęsknieniem na cd:**

Ninuś - 2009-07-31, 20:35

sory, ale dzisiaj cały dzień marudzę, więc i tu trochę: będzie coś dzisiaaaaj??? :-(
Twins - 2009-08-03, 20:27

Dziewczyny co jest? Lenie wam dopadły? Liczymy szybko na cedeka, bo na razie robimy za baby sitter :lol:
Ninuś - 2009-08-03, 22:06

Oj Twins a tak się już ucieszyłam, jak zobaczyłam, że posta napisałyście. Myślałam że se coś poczytam.

A gdzie Kasia???

Twins - 2009-08-06, 10:40

Co tu tak cicho? :(
isis - 2009-08-06, 19:41

Twins napisał/a:
Co tu tak cicho? :(


Bo nic nie piszecie :lol:

Twins - 2009-08-06, 19:55

A my tu jedyne jestesmy? :lol:
Kasia, Olka, sysia i inne nasze pisarki??? ;D

Daisy - 2009-08-06, 21:15

Twins, Twins, Twins... :D
Ninuś - 2009-08-06, 21:36

Daisy! A może Ty coś tam w tej Kanadzie naskrobiesz co? :-) :-P
Twins - 2009-08-06, 21:48

Ninuś napisał/a:
Daisy! A może Ty coś tam w tej Kanadzie naskrobiesz co? :-) :-P

Popieramy nogami i rękoma!!! :-D :-D

Daisy - 2009-08-06, 21:55

Nie mam dobrych warunkow :(
Ale czekam na was! Do roboty!

Twins - 2009-08-06, 21:58

My prawdopodobnie dopiero po niedzieli :) Czekamy na was! :lol:

PS. Zagońcie Olkę, bo ona od miesięcy pisze jednego cedeka! :576:

Kasieńka - 2009-08-07, 00:19

Cień motyla.

Część 5.

Nie pobiegła daleko. Zwłaszcza, że jej strój nie był zbyt „wyjściowy”. Schowała się za drzewem nieopodal domku. Wprost kipiała ze złości. Z całych sił zaciskała kłykcie palców, sprawiając sobie ból. Jej myśli krążyły wokół wydarzeń sprzed kilku minut. „Jakim prawem Brodecki wtrąca się do mojego życia?! Przecież te tabletki to nie było nic złego! Pozwalały mi tylko przespać w spokoju te kilka godzin, a on od razu insynuuje, że jestem od nich uzależniona! Co za palant!”. Właśnie wtedy usłyszała krzyk podmiotu swoich rozmyślań.
- Baśka, gdzie ty się podziewasz? Nie baw się ze mną w chowanego, do cholery! – w jego głosie wyczuwała wiele kumulujących się emocji. Zdenerwowanie, bezradność, ale i coś jakby... troskę?
Nawet nie drgnęła. Była zawzięta.
- Jak sobie chcesz! – wykrzyknął. Domyślał się, że nie odeszła daleko. - Wracam do ciepłej chatki, a ty tam sobie zostań. Tylko uważaj, bo zaraz zacznie padać!
- Najwyżej zmoknę – odparła, wychodząc zza drzewa.
- Jeszcze Ci nie przeszło? – zapytał, na zapas woląc zachować dystans. Wiedział już, że wkurzona Baśka była zdolna do wielu nieprzewidywalnych i niebezpiecznych rzeczy!
- Nie! Nadal jestem na Ciebie wściekła! – stwierdziła.
- Czyli nie wracasz ze mną do środka? – zapytał czysto retorycznie, gdyż dobrze znał odpowiedź.
- Tu przynajmniej mam święty spokój i nie muszę znosić twojego towarzystwa… to znaczy nie musiałam znosić, zanim tu nie przyszedłeś! – wbiła w niego swoje zabójcze spojrzenie.
- Ok, już mnie nie ma – uśmiechnął się szeroko, co jeszcze bardziej ją zdenerwowało. Była jak niegroźna kotka, która próbuje udawać drapieżną tygrysicę.
Pogoda nie była zbyt przychylna dla komisarz Storosz. Tak jak zapowiadał Marek po kwadransie z nieba lunął chłodny, rzęsisty deszcz. Skuliła się, ale nie wróciła do chatki. Dla niej byłby to dyshonor. Po kilku minutach cała ociekała wodą, włosy lepiły jej się do twarzy. Trzęsła się jak galareta.
- Ale z Ciebie uparciuch – niespodziewanie za sobą usłyszała głos Marka.
- A ty tu czego? – fuknęła.
- Przyszedłem po Ciebie, skoro nie masz tyle rozumu, żeby sama wrócić – odparował jej z kpiącym uśmieszkiem.
- Niepotrzebnie robiłeś sobie kłopot. Ja tu zostaję.
- Nie wygłupiaj się! Jesteś cała przemoczona, nie chcesz się chyba rozchorować?
W odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami.
- Sama tego chciałaś – skwitował i przerzucił ją sobie przez ramię. Nie miał z tych kłopotów. Była leciutka jak piórko. Wyrywała się, ale na darmo. Marek postawił ją na ziemi dopiero, kiedy dotarli do domku.
- Oszalałeś?! – wykrzyknęła od razu.
- Nie mogłem pozwolić, żebyś złapała jakieś paskudne choróbsko. Moje serce by tego nie wytrzymało! – westchnął teatralnie.
- Pfff!
- Weź gorącą kąpiel, a ja zaraz zaparzę herbatki – oznajmił – No już, szybciuteńko! – ponaglił ją.

Pół godziny później siedzieli na dywanie przy czerwonych płomieniach kominka i pili przygotowaną przez podkomisarza herbatę. Ciszę, panującą w pokoju, zamącał tylko trzaskający ogień.
- Marek? – odezwała się po dłuższym milczeniu Storosz.
- Tak?
- Wiesz… ja… chciałam przeprosić. Nie byłam wobec Ciebie w porządku.
- Spoko, miałaś prawo się zdenerwować – mrugnął – Ale obiecaj mi, że więcej nie weźmiesz tego świństwa, ok?
W odpowiedzi kiwnęła głową na „tak”. Marek zadowolony z reakcji Storosz posłał jej jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów - tych, które potrafiłyby rozpuścić największe zmarzliny. „A niech Cię Brodecki, znowu przez Ciebie mam te cholerne motyle” – pomyślała Basia.
- Bardzo się cieszę, że tu ze mną jesteś, wiesz? – odważyła się na choć częściowe wyznanie swoich uczuć wobec przyjaciela.
On zamiast się odezwać, wykonał w jej kierunku kolejny gest. Delikatnie objął ręką jej ramię. Nie zastanawiając się długo, wtuliła głowę w jego silną pierś. Pewnie gdyby teraz ktoś zapytałby ją jak ma na imię, miałaby kłopoty z udzieleniem odpowiedzi. Wszystko wokół jej wirowało.
- Jesteś już gotowa? – zapytał.
- Ale na co? – miała kłopoty ze skupieniem się, bo ręka Brodeckiego nadal spoczywała na jej ramieniu.
- Na szczerą rozmowę. Obiecałaś mi w Przemyślu, że…
- Pamiętam – urwała krótko - Tak, chyba jestem gotowa. Najwyższy czas to wszystko z siebie wyrzucić – strząsnęła z siebie jego rękę, by móc powrócić do „normalnego stanu umysłu”.
- A więc słucham…
- Nie wiem od czego zacząć. To trudne.
- Na początek opowiedz mi o swoim ojcu, jaki był, co lubił. Później przejdziemy do trudniejszych kwestii.
- Czuję się jak na wizycie u terapeuty – zaśmiała się, by ukryć zdenerwowanie. Po chwili wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić. Najpierw szło jej to trochę wolno i nieskładnie, ale z czasem otworzyła się na dobre. Czując oparcie w Marku mówiła o coraz cięższych dla niej spraw związanych ze śmiercią ojca. Z każdą chwilą czuła jak robi jej się lżej na sercu. Brodecki starał się nie przerywać potoku słów wpływającego z jej ust. Czasami tylko coś wtrącał i delikatnie głaskał po dłoni. I tak spędzili ponad dwie godziny.
- Pewnie się nieźle wynudziłeś! – westchnęła, wierzchem rękawa, przecierając mokre od policzki łez. Końcowa faza rozmowy była dla niej naprawdę trudna i pełna emocji.
- Nie gadaj głupot! – skarcił ją – Cieszę się, że zaufałaś mi na tyle, żeby móc się zwierzyć.
- Dzię…
- Nie dziękuj – przerwał jej – Po prostu zrób to, czego chciałby teraz twój ojciec.
- Co takiego?
- Postaraj się być szczęśliwa.
„Już jestem, skoro jesteś przy mnie” – odpowiedziała mu w myślach. Nie wiadomo jak dalej posunęłaby się ich gra gestów i spojrzeń, gdyby nie wibrujący na stoliku, telefon Storosz.
- Odbiorę – opieszale podniosła się z mięciutkiego dywanika.
- Cześć Jacek – po chwili do uszu Marka doszły właśnie takie słowa powitania skierowane do dzwoniącego. Jego dobry humor prysł jak bańka mydlana.

Daisy - 2009-08-07, 04:19

Buhahahaha swietne wyczucie chwili Jacentego :576: Uwielbiam go!
Kasia :D Nareszcie! I mam nadzieje, ze Brodecki tez wyczuwa jakies motyle!
Super:*:* I wiecej koniecznie, i szybko!

Sfora - 2009-08-07, 09:07

Wow dziewczyny było trochę tego do nadrobienia, ale szczerze spodziewałam się że będzie więcej...
Dlatego też apeluje do wszystkich pisarek: PISZCIE!!!!

Ola bliźniaczki mają racje dawno nie było nic twojego...

isis - 2009-08-07, 11:36

Kasia bosko!!;D
Aj nie da się ukryć,że między Basią a Markiem panuje silne napięcie emocjonalne:)
Dobrze,że się pogodzili i że Basia wszystko mu opowiedziała:)Teraz na pewno będzie jej lżej:)
A telefon Jacka i mina Marka-bezcenne! :lol:

Czekam na kolejną część!!:)

3M - 2009-08-07, 12:37

Jedna sie zlitowała :lol:
Kasia super :D

Kasieńka - 2009-08-07, 18:33

No jakoś trzeba było zapełnić NT :lol: Dzięki za miłe słowa :*
Teraz czekam na resztę pisarek... :D

Ninuś - 2009-08-07, 19:35

Kasia! Nie no ukłony! Ratujesz NT! :D
Swoją drogą, ciekawa jestem, czy Basia tak jak obiecała, nie weźmie już nic na sen...
A Marek to zawzięty bardzo jest, a Basia ma do niego pełne zaufanie :) Tylko czekać na kissy i umcie! :-P
Genialnie ;****

olka - 2009-08-07, 19:38

Kasia cedek świetny!
Marecki bardzo troskliwie opiekuje się Barbarą, i dobrze, oby tak dalej! :lol:
A Jacek mógł sobie darować ten telefon, nie ma za grosz wyczucia chwili chłopak :lol:
Czuje, że w powietrzu wisi kolejna kłótnia.
Mistrzu dalej!;*;*;* ;-)

Twins - 2009-08-08, 19:18

Nie, jeszcze Jacenty tutaj buahahaha :576:
Wie kiedy przerwać! ;/ :lol:
A Marek taki kochany jest <3 :D
CUDNIE jak zawsze! :**
Mistrzu nasz :D
CE-DE-KA :-) bo wszyscy na to czekają :D

isis - 2009-08-09, 18:22

<puk,puk>^^
Czy dzisiaj ktoś coś napisze?;D

Twins - 2009-08-09, 18:59

Oficjalnie wznawiamy działalność :lol:
Wakacje u cioć się skończyły, wiec :D

isis - 2009-08-09, 19:03

Mmmm bosko!^^
Czekam z niecierpliwością na opowiadania;)

Kasieńka - 2009-08-09, 19:05

Ja też czekam, ja też :D
Bo tu takie pustki :(

Twins - 2009-08-09, 19:21

Więc może Kasia je zapełni swoim cedeczkiem? :D
Ninuś - 2009-08-09, 19:54

Eeeej a może ktoś napisze jakąś jednorazówkę z okazji urodzin Brodeckiego?
W zeszłym roku takie świetne ktoś pisał... :lol:

Ja nawet zaczęłam, bo taki pomysł mi wpadł, ale zrezygnowałam. o.!

Twins - 2009-08-09, 20:54

Ninuś, dokończ! :D
Ninuś - 2009-08-09, 23:58

Ooooj nie, nie, nie, nie, nie!
Moje opowiadania się tu nie nadają! Wolę je publikować tylko na blogach :)

a w ogóle już mnie wena opuściła :-| ale dzięki :*:* i czekam na Was!

Twins - 2009-08-10, 20:24

Lek na całe zło.

11

Dostał jasne polecenie. Miał go sprowadzić z powrotem za wszelką cenę, bez uwagi na protesty jego syna. Nawet jeśli musiałby się uciec do użycia siły.
Zazwyczaj, gdy stary Brodecki mówił w ten sposób oczekiwał zadawalających go efektów. Nawet nie chciał słyszeć, że coś się nie powiodło. Miał na kogoś mocne argumenty, które miałby być przestrogą w razie niewykonania zadania. Tym siał postrach i trwogę. Nikt nie odważyłby się do niego przyjść powiedzieć o swojej porażce. Więc tak czy inaczej, ten ktoś robił wszystko, by zadowolić prokuratora. Robił wszystko, czego chciał Brodecki.
Bowiem należał do ludzi bardzo wymagających. Może dlatego w kontaktach z ludźmi bardzo często dawał się poznać jako zimny i opanowany. Gdy na czymś mu zależało bez względu na wszystko z tego nie rezygnował. Za to szanowali go jego przyjaciele. Natomiast gdy ktoś nadepnął mu na odcisk, mógł być prawie pewien, że nie ucieknie przed gniewem Brodeckiego. Potrafił być bezwzględny, konsekwentny i nieczuły. Nie wykazywał dla wrogów ani odrobiny współczucia. Właśnie te cechy pozwoliły mu być bezkompromisowym prokuratorem okręgowym, który nigdy nie przegrywa w walce z przestępcami.
Brodecki chciał znać wszystkie szczegóły odnoście sposobu w jaki detektyw sprowadzi Marka do domu. Stópka czuł narastającą presję każdego dnia, gdy znów wszedł w ślepy zaułek a informacja na temat syna klienta jest nieprawdziwa.
Jednak od pewnego czasu zbliżał się coraz bardziej do odnalezienia Marka. W tym celu udał się na pole namiotowe, blisko pobliskiego jeziora. Według jego informacji Marek kilka dni temu logował się do sieci właśnie tutaj. Musiał to sprawdzić.
Wyszedł z samochodu i od razu podszedł do drewnianej budki właściciela campingu. Przez okienko zauważył, że mężczyzna z wąsem, przy kości jest zajęty rozliczaniem faktur. Zapukał grzecznie dwa razy. Właściciel od razu podniósł głowę.
– Dzień dobry. – przywitał się detektyw, a mężczyzna z wąsem jedynie kiwnął głową.
– Niestety, ale wszystkie miejsca mam zajęte. Właśnie zaczęły się kolonie dla dzieciaków… – tłumaczył się, ale detektyw wszedł mu w zdanie.
– Nie nie, ja nie po to… Szukam jednego chłopaka. – wyciągnął z kieszeni zdjęcia i zamachał mężczyźnie przed oczami. – Był tu taki? – właściciel wygładził wąsik dwa razy i po przyjrzeniu się fotografii, odparł:
– Nie. Nigdy go nie widziałem. – Stópka domyślił się, że kłamie.
Mężczyzna skłamał, bo nie chcąc zaszkodzić Markowi.
Wydał mu się porządny i sympatyczny. A ten facet, stojący przed nim, kojarzył mu się tylko z typem spod ciemnej gwiazdy.
Przyjrzał się Stópce podejrzliwie.
Ten czując na sobie wzrok mężczyzny, sprytnie wyprzedził jego pytania.
– Bo widzi pan… – zaczął. – Ojciec go szuka. Ten chłopak ma zamiar zrobić coś… bardzo niedobrego – specjalnie zaakcentował, dodając grozę w głosie – …Mój klient musi go odnaleźć, zanim stanie się tragedia. On nie może uciec. – kłamstwem zazwyczaj wyciągał informacje od opornych informatorów.
Na czole właściciela campingu pojawiły się kropelki potu.
– Jeśli panu to pomoże to…tak. Był tu. Z dziewczyną. – stópka zmarszczył na moment czoło, dziwiąc się o jakiej dziewczynie on mówi, ale pozwolił świadkowi mówić dalej, jakby ten fakt w ogóle go nie interesował. – I nawet pytał o drogę dziś rano, zanim wyjechał. Miał taki…nowoczesny samochód. Zapisałem sobie numery. Może ja pod…
– Nie nie, nie trzeba. Wiem, czym jeździ.
– Dawno pojechał?
– Niedawno. Dosłownie godzinkę, może dwie. Prawie się minęliście.
– …Pamięta pan gdzie się wybierał? – Mężczyzna jednak nie odpowiedział.
Wziął za to kartkę papieru, długopis i zapisał. Detektyw wziął ją do ręki, przeczytał i podziękował mężczyźnie uśmiechem.
Miał dziś szczęście.

*****

Tego samego nie mógł powiedzieć Zawada.
– Tutaj mamy portrety pamięciowe tego chłopaka. – rzucił bez emocji i pokazał Storoszom dwie wydrukowane kartki papieru.
Ci, podobnie jak Zawada nie był zadowoleni z efektów pracy rysownika.
Te dwa portrety były kompletnie inne. Tylko niektóre fragmenty się zgadzały. Jakby świadkowie opisywali dwóch różnych mężczyzn.
Rysunek kobiety ze sklepu był bardzo niedokładny. Faktycznie kobieta nie zapamiętała zbyt wielu szczegółów z wyglądu.
Za to ten drugi był przerysowany. Zawada doskonale wiedział, że ta dziewczynka ze zbyt wielkim uwielbieniem opowiadała o napotkanym chłopaku i nieco wyidealizowała jego rysy. Jednak ten był już bardziej pomocny od poprzedniego.
– Czyli co? Wiecie jak wygląda to łapcie go! Wyślijcie list gończy… czy coś…– rzucił Storosz do Zawady, gdy wszyscy znajdowali się w salonie Kamińskich.
– Andrzej, nie rozumiesz. – oburzył się lekko Zawada. – Tak może wyglądać każdy! Ciemne włosy, jasne oczy, dwudniowy zarost! Mam zatrzymywać wszystkich między 20 a 25 rokiem życia, którzy jeżdżą terenówką i pasują nam choć trochę do obrazka?!
– A numery jego samochodu?
– W całej Polsce jest 2 tysiące właścicieli takich samochodów w przedziale od 20 do 35 roku życia, w tym 200 w samej Warszawie! Ale auto wcale nie musi być zarejestrowane na syna, tylko na ojca. Albo mógł je po prostu od kogoś pożyczyć. Moi pracownicy przeszukują bazę danych. Już sprawdzili, że nikt o podobnym wyglądzie nie był karany.
– Albo nie przyłapany. – wtrącił Storosz, ale Zawada puścił do mimo uszu.
Na szczęście rozdzwonił się jego telefon. Spojrzał na wyświetlacz, po czym wyszedł na chwilę, by w spokoju porozmawiać.
A jednak. Szczęście go nie opuściło.
Nie tylko Stópce udało się natrafić na jakiś trop. Zawada też coś miał.
Przed chwilą odebrał bardzo ważny telefon. Był taki tajemniczy, że nawet Storosz nie zapytał czego dotyczył. Jak się potem okazało mimo tego, że prowadził swego rodzaju prywatne śledztwo, by sobie ułatwić poszukiwania, poprosił swoich podwładnych o małą przysługę, przy czym mieli zachować dyskrecję przed szefostwem.
Dzwoniła jego współpracowniczka Julia.
– I co? – zapytał Storosz, gdy Zawada wrócił do salonu. – Dowiedziałeś się czegoś?
– Basia i ten chłopak dwie ostatnie noce spędzili na polu namiotowym 47 km stąd. Udało nam się namierzyć sygnał z komórki Basi. – rodzice Basi odetchnęli z ulgą.
– Ooo! – skrzyknęła z radości Storoszowa. – No to na co czekamy? Jedźmy tam! – zarzuciła pomysłem kobieta.
– Dobry pomysł. Zanim znów gdzieś zniknie! – pochwycił ojciec Basi.
Zawada miał tego dosyć.
– Andrzej, nie widzisz tego? Basia wcale nie została porwana! Pojechała tylko na wakacje z chłopakiem…
– Którego nie zna! – wtrąci Andrzej.
– …a wy traktujecie tego chłopca jak przestępcę! – dokończył.
– Mogłeś od razu powiedzieć, że nie masz czasu się tym zając. Poprosilibyśmy kogoś innego o pomoc. – fuknął Storosz.

– Dobrze wiesz, że jeśli przyjaciel potrzebuje pomocy nie ma nic ważniejszego! – odgryzł się komisarz.
Z tym Andrzej musiał się zgodzić. Natychmiast złagodniał, a Zawada próbował opanować zdenerwowanie.
– Sam tam pojadę. I nawet jeśli dowiem się, że Marek nie ma nic wspólnego z tym, o czym tu mówimy, sprowadzę Basię do domu. A na wypadek gdyby dzwoniła, założymy podsłuch. – odparł, po czym poszedł wykonać kolejny telefon.

*****

– Dziękuje, że się jednak zatrzymałeś. – Basia uśmiechnęła się w kierunku towarzysza podróży, siadając na krześle naprzeciwko.
Pomimo wcześniejszych pyskówek Marek zatrzymał się na kolejnej, najbliższej stacji.
Gdy zaparkował auto, weszli do restauracji bistro i zajęli stolik przy oknie z którego rozpościerał się widok na dystrybutory i wychodzących z samochodów kierowców. Wszyscy jednak wchodzili tylko zapłacić za benzynę i to drzwiami obok. Tutaj byli prawie sami nie licząc dwóch innych gości.
Jeden czytał gazetę popijając kawę, a drugi coś wcinał.
Basia była Markowi wdzięczna za to, że tu przystanął. Nie chodziło tu przecież o głupi przystanek na siusiu, o którego dyskusja bardziej przypominała przekomarzania dzieci w piaskownicy, niż prawdziwą kłótnię.
Zdawało się jej wtedy, że Marek potrafi rozumieć jej różne dziwactwa, które są dużą częścią jej samej. To, co przeciętny obserwator mógłby potraktować jak „dziecinną zachcianką”, zasługująca na klapsa, Marek starał się akceptować, szczędząc przy tym Baśce pokazywania jak bardzo potrafi być irytująca, by nie zrobić jej kolejnej przykrości.
Więc zatrzymałby jak potulny baranek po maślanych oczkach i słowach:
– „Wiesz, co? Zjadłabym coś konkretnego…”.
Pozłościł się chwilkę jak wcześniej i na tym się skończyło.
Nawet jak Marek dłużej próbował poudawać konsekwentnego, podnosząc przy okazji ciśnienie Basi, jego złośliwości i dogryzania nie były dla niej tak złośliwe, jakie chciał by były. Teraz wydawał jej się zabawny w tym jak bardzo starał się jej udowodnić, że to on ma ciągle kontrole nad sytuacja i on tu rządzi.
Ona widziała w tych błahych ustępstwach coś jeszcze. Coś znacznie ważniejszego.
Według Basi, Marek, jak bardzo starałby się tego nie okazywać, chciał pokazywał by czuła się w jego towarzystwie dobrze i ich wspólna podróż była przyjemna. Nawet kosztem ciągłych opóźnień, czy innych przeszkód, które wynikają z jej powodu
Być może tylko niepotrzebnie się czegoś doszukiwała, próbując coś wmówić. Musiała więc szybko zejść na ziemie i starać się nie być dla Marka takim ciężarem.
¬¬– No to co zamawiamy? – spytała, kiedy chłopak dłuższą chwile siedział wpatrzony w okno.
Stąd dobrze było widać także dżipa Marka.
¬ – Marek? – zmrużyła powieki, kiedy nie zareagował.
– Mówiłaś coś? – odpowiedział wyrwany z letargu.
– Jednak jesteś na mnie zły, że tylko ci wszystko komplikuję. – spochmurniała, spuszczając głowę.
– Nie! – zaprzeczył stanowczo – Nie gadaj bzdur. Co prawda dużo rzeczy związanych z tobą nie jest całkiem normalne, bo ciągle nie rozumiem dlaczego wbijasz takie ilości wody, jakie zmagazynowałby przeciętnej wielkości wielbłąd albo gdzie mieścisz te wszystkie kanapki, skoro jesteś chuda jak patyk… – przerwała mu uśmiechając się na tą uwagę.
„<<Nie jest całkiem normalne>> to za mało powiedziane”. – pomyślała.
– Dzięki wiesz.
– Proszę. – odwzajemnił uśmiech. – …Ale uwierz mi, że znam bardziej nieznośne osoby i tobie do niech wiele brakuje. – dokończył swoja myśl bardziej na poważnie.
Uśmiechnęła się w kącikach ust.
„Nawet o nic nie pyta…” – pomyślała nieco rozmarzona.
Nawet nie zauważyła jak podeszła do nich kelnerka.
– Dzień dobry. Co podać? – ciepły, dziewczęcy głos długonogiej blondynki, odciągnął uwagę Marka od zamyślonej Basi.
– Dzień dobry. – uśmiechnął się zawadiacko. – Colę poproszę. I coś co mi doradzisz. – puścił oczko dziewczynie. Nie spuszczał z niej oka, a ona sama wydawała się być równie zainteresowana przelotnym flirtem co Marek.
– To zależy na co masz ochotę. Mamy świetne kebaby. – odpowiedziała tą sama miłą dla ucha barwą.
– Niech będzie. Zaufam Ci.
– A dla…?? – przerwał jej, a kelnerka z plakietką „
– To samo. – odpowiedział machinalnie, by dziewczyna poświęciła mu całą swoja uwagę.
– Nie! – odpowiedziała, choć dla Marka zabrzmiało to jak krzyk.
Odtąd Basia z uporem maniaka przyglądała się kelnerce.
Nie widziała w niej żadnej niedoskonałości. Najwyżej czterdzieści pięć kilo równych, zgrabnych kształtów i proporcji. Żywe złoto, od którego faceci dostają gorączki.
Marek przypominając sobie jednak o obecności Basi, zapytał:
–Baaśkaa? Co zamawiasz? – zapytał nieco zniecierpliwiony.
– Coś pysznego, wysokotłuszczowego i ciężkostrawnego co nie jest smażone na parze! Jestem tak strasznie godna, że mogłabym zjeść konia z kopytami! Precz z dietą. Mam dość duszonych warzyw, ryb, chudych wędlin i wszelkich warzyw i owoców! Do tego poproszę dużo wody, albo soku pomidorowego! Jestem strasznie spragniona!
Swoim monologiem wprawiła w osłupienie nie tylko Marka, ale także dziewczynę, która nie wiedziała, co ma powiedzieć.
– Yyyy dobrze. Zaraz przyniosę.
Brodecki pierwszy raz dzisiaj poczuł się dziwnie w jej towarzystwie. Kelnerka już nie odwzajemniła spojrzenia jakie posłał jej posłał.
W myśl zasady: „człowieka poznaje się także po tym jakich ma przyjaciół”, najwyraźniej uznała, że Marek nie jest wart jej starań.
Basia przypomniała sobie o swoim nietakcie dopiero wtedy, kiedy poczuła ostrze spojrzenia Marka. Jego rezerwy cierpliwości się na dzisiaj wyczerpały.
– Przepraszam no, ale ona cały czas się na ciebie gapiła. To nieprofesjonalne! Miała nas tylko obsłużyć. – wymyśliła na szybko.
– Jakbyś nie zauważyła, ja także gapiłem się na nią, a ty wszystko zepsułaś! – wolałaby gdyby tego nie powiedział.
Poczuła to przereklamowane ukłucie w sercu.
On sam także nie chciał wyładowywać na niej swojej frustracji. Nie chciał rozumieć co się z nim stało. Dał się ponieść hormonom.
– Gdybyś się nie odezwała… – zapędził się, aż sam postanowił nie kończyć.
– To co? Już miał byś do jej numer i skończylibyście pod wspólnym namiotem? – nie wierzyła, że to powiedziała.
To nie były jej głupie myśli. Słowa wypadły z jej ust jak z procy, a przecież zawsze sobie powtarzała: „Najpierw pomysł, potem powiedz”. Pomimo tego, że Marek dużo częściej ją łamał, poczuła się z tym źle. Zdenerwował ją swoim zachowaniem, co nie oznacza, że tak naprawdę musi być. Przecież wyjaśnił jej wszystko już wcześniej, a pomimo tego ciągle miała wrażenie, że zbyt łatwo mu uwierzyła w bajeczkę o nieskutecznych szukaniu tej jednej jedynej.
Jej przebłyski jaśniejszego umysłu, bardziej odpornego na łykanie naiwnych wymówek same ją zaskakiwały. Zawsze postrzegała siebie jako beznadziejnie naiwną.
– Przepraszam nie to chciałam powiedzieć… – było jej naprawdę głupio, że doszło do takiej krepującej sytuacji.
Marek mógłby sobie pomyśleć, że jest zazdrosna.
Już zdążyła nauczyć się rozpoznawać to uczucie i tak była strasznie zazdrosna, ale Marek nie musiał o tym wiedzieć.
Przeprosiła Marka, choć to nie ona zachowała się jak szczeniak, który bardziej podniecił się tym, że po raz pierwszy kupił sobie świerszczyk bez wiedzy ojca niż nagimi zdjęciami modelek.
Miała wrażenia, że spodobało mu się to, że może się pokusić o flirt w jej towarzystwie.
– Ja też przepraszam. Ona mi się wcale tak nie spodobała! …Chciałem ci chyba zrobić na złość i to było silniejsze ode mnie.
– Nie ma sprawy. Ja po prostu nie cierpię jak mnie ktoś ignoruje. …Nie byłam zazdrosna tak dla jasności. – dodała, choć nieco zmieszana spuściła wzrok.
– Oczywiście. Jaa…Ja też nie byłbym zazdrosny, gdybyś wykręciła mi podobny numer. – odpowiedział, by nie miała wątpliwości.
Tak rozmawiając nawet nie zauważyli jak kelnerka zdarzyła już podać ich obiad.
– No to jemy? – zapytała dziewczyna, biorąc do ręki widelec.
– Jemy. Choć nie wiem jak wytrzyma to twoja dieta. – zaśmiał się.
„Powiedzmy, że raz mogę sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa.” – pomyślała niepewna, a Markowi posłała tylko złośliwy uśmieszek i zabrała się za jedzenie.

*****

Nie śpieszyli się z jedzeniem. Przy takim opóźnieniu pół godziny na spokojny posiłek nie zrobiło różnicy. To tego Baśka siedziała długo w toalecie. Na szczęście, kiedy zmartwiony miała sprawdzać co się stało, Basia wróciła z powrotem. Wydawała mu się senna i zmęczona, pomimo zapewnień, że wszystko jest w porządku.
Uległ więc, by kolejny raz jej nie podpaść. Nie chciał jej złościć swoją troską.
Choć nie wiedział jak to jest mieć nadopiekuńczych rodziców, rozumiał, że ostatnią rzeczą jaką chciała by teraz Baska to tego, by zachowywał się podobnie, tylko dlatego, że się nie wyspała i teraz jest osowiała, a on już się martwi.
Na szczęście sama zaczęła rozmowę.
– Już, już. Tutaj jest. Stoi na miejscu. Nikt go sobie nie wziął. – popukała po masce dżipa, kiedy doszli do swojego miejsca parkingowego.
– Wiem. Myślisz, że dlatego usiedliśmy koło okna? By mieć go na widoku, tak? Trzeci raz nie dałbym się okraść. – oboje się zaśmiali.
– Ten złodziej musiałby być naprawdę odważny, skoro chciałby ukraść auto w miastu, gdzie są kamery a w pobliżu jest jego właściciel. – ukróciła jego bezpodstawne obawy.
Dla niej bezpodstawne.
Marek za każdym razem, kiedy go okradziono czuł się jak frajer. To zbyt upokarzające uczucie, by mogło się powtarzać tak często.
– Wsiadaj już i nie marudź. – odgryzł się.
Już miała otwierać drzwi, kiedy oboje zauważyli jak ktoś do nich podchodzi.
Mężczyzna, w czarnych okularach, karzełkowaty, ale za to z bronią przy pasku i super bryką koło pięćdziesiątki.
To nie wyglądało dla nich dobrze.
Całą uwagę skupił na Marku. Z pewnością chodziło tu o niego.
Pierwszą myślą jaka przyszła Basi do głowy było to, że to policjant i zaraz go zaaresztuje. Jeśli tak musieliby zacząć uciekać. Aż jej stopy spod butów rwały się do biegu.
Tylko Marek zdawał się być dziwnie spokojny. Czekał na rozwój wydarzeń.
Czyżby tylko Basia traciła zimną krew?
„Baska nie panikuj, stój spokojnie”. – powtarzała sobie.
Tego godnego mistrza opanowania z pewnością musi się nauczyć od Marka.
Nie mogła bowiem wiedzieć, że to opanowanie wynika stąd, że Marek kojarzył postać osoby, jaka się do nich zbliża. Słyszał o jego skuteczności w kręgach znajomych, ale nie przypuszczał, by ojciec mógł się dopuścić czegoś takiego jak nająć prywatnego detektywa, by go odszukał i z prowadził do domu jak syna marnotrawnego.
Przeklinał jego skuteczne metody.
„Niech to szlak” – pomyślał, choć na usta cisnęły mu się inne, bardziej dosadne epitety.
Pod wpływem impulsu już wiedział co zrobi. Coś, co wcale nie spodoba się ani jemu, ani Baśce, ani tym bardziej Marianowi Stópce.

Krymcia - 2009-08-10, 22:07

noo ciekawe co Mareczek wymyślił!!!

piszcie szybko cedeczka
nie chce na niego tak dłuuugo czekać

Kasieńka - 2009-08-11, 11:14

łaaaa!
Nareszcie znowu piszecie :D
Twins, rewelacja!
Końcówka bardzo mnie zaintrygowała, więc już nie mogę się doczekać cedeka :D
Mistrzynie ;*;*

Ninuś - 2009-08-11, 11:25

Twins!
No i detektywek dorwał Marka. :mrgreen:
Jestem jedynie ciekawa co Brodecki wymyślił? Bo wracać to on na pewno nie będzie chciał, więc pozostaje mu ucieczka :-P
Znając jego i Wasze pomysły, będzie się działo!
Czekam na cedek ;***

Kto pisze?

olka - 2009-08-11, 13:22

Bliźniaczki wreszcie! :D
Zastanawiam się co Marecki zrobi. Dojdzie do rękoczynów, czy po prostu ucieknie Stópce sprzed nosa? :576:
Licze na szybki cedek. Jak zwykle Mistrzostwo!;*;*;* ;-)

3M - 2009-08-11, 13:55

Kasia kiedy twój Cedek?

Bliźniaczki kochane piękny długaśny cedek, końcówka intrygująca więc piszcie szybciutko dalej :lol: Co ten Mareczek wymyślił

isis - 2009-08-11, 14:17

Twins super!!:)
Kurde szybki ten Stópka;P Ciekawe co teraz będzie....Marek chyba nie odda się tak łatwo w ręce detektywa;)
Czekam na kolejną część!:)

Magdalena - 2009-08-12, 14:35

Twins nareszcie!! mam nadzieje,że na kolejną cześć nie każecie nam tak długo czekać...
Marek teraz z pół obrotu Stópkę raz dwa, Baśke przez ramię i do namiotu :lol:
Dalej!!! :-)

Twins - 2009-08-12, 20:21

Lek na całe zło.

XII

– Marek, co robimy? – spytała zmartwiona dziewczyna przewracając oczami ze zdenerwowania. – On do nas idzie? Jak myślisz, czego chce ten facet? – Marek zdawał się jednak nie reagować jej szepty, które i tak starała się ukrywać przed nieznajomym.
Stał jak ten przysłowiowy słup soli wpatrzony w okularnika. Niższa od niego o głowę Basia miała wrażenie, że chłopak stroszy pióra do ataku. Ona tylko nie wiedziała dlaczego.
Choć intuicja podpowiadała jej, że zbliżający się do nich mężczyzna, nie jest tylko zwykłym przypadkowo napotkanym znajomym Marka, łudziła się, że to nie ma nic wspólnego z jakimś przestępstwem. Nie wiąże się z czarnymi interesami czy czymś znacznie bardziej nielegalnym od pobytu na gigancie dorosłej skromnej studentki z prowincjonalnego miasteczka z świeżo napotkanym chłopakiem.
Może facet wcale nie jest gliniarzem?
Może to jakaś uwspółcześniona polska wersja Vito Corleone jego najemnik lub członek rodziny, wplątany w pajęczą sieć przestępczego półświatka z której Marek chciał wyrwać i zaraz ich tu zabije wyciągniętą z kabury spluwą za brak lojalności?
Wyobraźnia Basi pracowała na pełnych obrotach. Facet podszedł do nich w zaledwie kilka sekund, ale jej wydawało się jakby Ziemia przestała kręcić się wokół swojej osi przez co czas niemiłosiernie się dłużył.
Czuła się jak w filmie w kulminacyjnym momencie akcji, kiedy cały los jego bohaterów ma się zaraz wyjaśnić, a napięcie stopniuje zwolnienie obrazu.
Z letargu myśli, wyobrażeń i obaw wyrwał ja dopiero silny, męski głos Marka, sprowadzając Basię powrotem do świata żywych z mrocznych „zaświatów” świadomości.
– Stój cicho i pozwól, że to ja będę z nim gadał. – wyszeptał, licząc na to, że oszczędzi mu swoich pytań.
– Ale…??? Kto to jest? Znasz go? – te pytania pozostawił bez odpowiedzi.
– Ciiii… – syknął i szybko się uspokoiła.
Mężczyzna tymczasem przystanął.
¬ – Marek Brodecki? – chłopak potwierdził to tylko skinieniem głowy.
zapytał biorąc głębszy oddech, co oznaczało, że szykuje się na wygłoszenie dłuższego monologu.
– Nazywam się Marian Stópka. Jestem prywatnym detektywem. Z polecenia twojego ojca mam cię sprowadzić powrotem do Warszawy niezależnie od tego, czy tego chcesz, czy nie. Twój ojciec zastrzegł sobie przy tym prawo użycia względem ciebie siły gdybyś stawiał opór. Ja jednak mam nadzieje, że będziesz rozsądny i to tego nie dojdzie. Zastanów się chwilę jaką drogę powrotu do domu wolisz. Decyzja jaką podejmiesz będzie nieodwracalna.
Basia pod wpływem tej przytłaczającej informacji otworzyła buzię z zaskoczenia, a jej oczy ponownie zbliżyły się do rozmiaru monety.
Prywatny detektyw? Ma zabrać Marka? Do domu?
Nie, to było nawet jak na Basię zbyt nierealne by mogło być prawdziwe.
„Pewnie znów nie wiadomo kiedy zasnęłaś ze zmęczenia, a to twój kolejny głupi sen, z którego nie możesz się obudzić dlatego wszystko jest takie realne, Baśka!”. – pomyślała na pocieszenie.
Uszczypnęłaby się zapewne, gdyby nie to, że to wszytstko rzeczywiście się dzieje.
W snach jakie udaje jej się zapamiętać przeważnie chce jej się pić, albo jest głodna dużo bardziej niż dzieje się to w rzeczywistości, jest zmęczona lub smutna, a teraz nawet kiedy czułaby się z jakiegoś powodu gorzej jest szczęśliwa, kiedy jest z Markiem.
Nawet kiedy się boi co może się zaraz stać przy nim czuje się bezpiecznie.
To nie może być sen, bo nawet najpiękniejszy sen nie odzwierciedliłby tego co czuje przy Marku i do Marka, więc żaden najęty nadęty detektyw jej tego nie odbierze.
Chciała zachowywać się jak lwica, broniąca tego co do niej należy, ale z zaciśniętymi ustami i przyklejoną bojową miną wyglądała bardziej komicznie aniżeli groźnie.
Marek tymczasem spodziewał się takiego obrotu spraw. Znał swojego ojca i wiedział, że jeśli coś postanowi nic nie przekona go do zmiany decyzji. Prośby, błagania, czy groźby, by sobie coś odpuścił tylko jeszcze bardziej pogarszały sprawę. Należało siedzieć cicho i znosić cierpliwie wszystkie jego postanowienia.
Marek jednak wiedział, że starego bardziej od porażki zdenerwuje nieposłuszeństwo.
– Dobrze. – wypalił nagle po dłuższej chwili ciszy. – Wrócę z panem do Warszawy.
Basia miała wrażenie, że się przesłyszała, ale nie. Nagle stała się tylko powietrzem.
Marek nawet na nią nie spojrzał jakby w ogóle nie istniała.
Czyżby ta cala ucieczka była jednak tylko robieniem na złość ojcu? A teraz, kiedy sprawy zaszły za daleko woli się wycofać, przyznając ojcu rację, że rzeczywiście postąpił głupio? Czyżby był aż tak trząsł portkami?
Spodziewała się po Marku więcej konsekwencji. Ciągle myślała, że to nie tylko złość skłoniła go do takiego kroku. Nazwała to jakimś protestem, chęcią poznania siebie, szybką lekcja dojrzałości, pochwałą wolności, tylko nie dziecinnym wybrykiem!
Stała teraz próbując złapać oddech, kiedy detektyw pokazał ręką kierunek do samochodu w jakim się udadzą i przepuścił Marka przodem.
Poszedł za nim jak posłuszna kaczuszka, zostawiając za sobą osłupiałą Basię w tyle. Nawet na nią nie spojrzał. Nie mógł widzieć jej miny.
Dziewczyna miała ochotę zacząć krzyczeć byle tylko go zatrzymać, ale uznała, że byłoby to o wiele za duże poniżenie.
Ich podroż dobiegła końca i ona musiała się z tym pogodzić jak najszybciej…
Tymczasem Marek realizował dalsza cześć swojego chytrego, wymyślonego na szybko planu, który ma w sobie dużo za dużo impulsu, a za mało rozsądku.
Jako, ze detektyw zaparkował trochę dalej, szli chwilę z zupełnej ciszy. Kiedy Stópka chciał chwycić go za ramię, mając pewność, że nigdzie nie ucieknie, wyrwał się.
– Sam pójdę! – oznajmił z lekką złością.
Detektyw dotarł do samochodu wcześniej. Marek przystanął, kiedy ten nachylał się w otwartych przednich drzwiach od strony pasażera i coś uprzątał. Marek wiedział, że to jest ta szansa.
– Wolę jechać z tyłu. – odparł Marek, by ten jak najwcześniej podniósł głowę.
Stał tuz za nim i wziął głębszy oddech, by dodać sobie odwagi.
– No dobrze, choć dojedziemy tylko do Poznania, a stamtąd samolotem do Warszawy. – odpowiedział nieświadom szykowanej na niego zasadzki.
Wyprostował się i zatrzasnął drzwi.
Gdy tylko się odwrócił, zaskoczony przyjął bezbronnie cios Marka. Zachwiał się oszołomiony i wtedy poczuł nagle mocny uścisk męskiej dłoni na karku, która uderzyła jego twarz o maskę samochodu z dużą siłą. Silny ból spowodował, iż stracił przytomność, a jego wiotkie ciało osunęło się na ziemie, zostawiając ślady krwi z nosa i łuku brwiowego na lakierze.
Marek usłyszała za to krzyk Basi, która momentalnie do niego podbiegła.
– Marek cos ty zrobił! Mogłeś go zabić!!! – w mig zapomniała o tym co wcześniej o nim myślała.
Teraz w jej oczach wyglądał na desperata takiego samego jak ona.
– Tylko go ogłuszyłem. Nic mu nie będzie…Chyba! – dopiero teraz pomyślał, jakie to mogło mieć poważne konsekwencje.
– Chyba?! Marek! – pochyliła się nad nieprzytomnym sprawdzając funkcje życiowe. – Oddycha!
– W takim razie. Spadamy stąd, póki nie oprzytomnieje! Szybko! – oboje ruszyli biegiem do samochodu.
Marek odpalił silnik i ruszyli.
– Musiałeś to robić? Wiesz jak się przestraszyłam, że możesz z nim pojechać?!
– Właśnie żałuje, że nie mogłem zobaczyć twojej miny! – zaśmiał się.
– Nie żartuj. To nie jest śmieszne. To co zrobiliśmy nie było dobre. Pobiłeś człowieka! – nadal była zdenerwowana.
Tylko Marek zachowywał spokój, by nie spowodować przypadkiem przy okazji jakiegoś wypadu na drodze.
– A miałaś lepszy pomysł?! Nie liczyłbym tu na wersje ugodową. Sama słyszałaś! Mój ojciec zwariował myśląc, że tak łatwo wrócę!
– Dobrze, nie będę cię przekonywać, że pewnie się o ciebie martwił.
– Więc nie przekonuj. Nawet gdybym wrócił w worku pokutnym wypominałby mi ciągle jak bardzo go rozczarowałem! Skończyły się czasy, kiedy sterował moim życiem!
– Kocha cię i chce cię mieć z powrotem. To nie jest takie straszne, że podjął się wynajęcia detektywa, by cię odszukał, nie uważasz?
– Akurat. Kochać musiałem nauczyć się sam! Tu chodzi o nieposłuszeństwo. Nie cierpi, kiedy ktoś ma go gdzieś! Znam go dobrze i teraz, kiedy wiem, że mi tego nie odpuści tym bardziej nie wrócę do Warszawy!
– Ale to twój tata, a ty zachowujesz się tak jakbyś go nienawidził!!! – krzyknęła, by wreszcie coś do niego dotarło.
Nigdy wcześniej nie spotkała się z taka wzajemną wrogością w relacjach ojciec – syn. Nawet teraz, kiedy wie, że postąpiła nierozważnie nie informując rodziców o swoich planach przyjęliby ją z otwartymi ramionami. Nie mogła narzekać na brak miłości w rodzinie.
Marek aż przystanął na poboczu.
–Nie!!! Nie nienawidzę go, jasne?! – odkrzyknął podobnym tonem.
– Jasne. – odpowiedziała z lekką chrypką.
Między obojgiem zapanowała głucha cisza.
– Tylko jeden raz poprosiłem go, by mi coś odpuścił. Co prawda nieźle wtedy nabroiłem, co z resztą zrobiłem po to, by zwrócić jego uwagę, ale chciałem, by choć raz mi to darował bez swoich wymówek i kazań. Przytulił i powiedział, że zrobiłem źle, ale nie ma do mnie żalu. Tak po prostu zrozumiał dlaczego. Był cholernie dobrym prokuratorem, więc bez problemu potrafił odeprzeć wszelkie próby obrony dziewięciolatka. Czasem i nawet tego mi odmawiał, kierując jasnymi się dowodami winy. Nie było dyskusji. Tego dnia oczywiście się nie zgodził. Ba, jeszcze bardziej się wściekł, czego starał się po sobie nie pokazywać. Nigdy z resztą niczego po sobie nie pokazywał. Powiedział, żebym nie starał się uciekać przed konsekwencjami swojego zachowania, bo i tak mi się to nie uda. Więc wtedy ja zacząłem mu grozić i krzyczeć, że któregoś dnia nawieję, bo jest nie do wytrzymania, że przypomina kukłę z jedną zasraną twarzą, że nie jest nic lepszy od tych, których oskarża przed sądem. Chciałem go tym wyprowadzić z równowagi, ale nie dał się sprowokować. Nawet nie wziął sobie tego do serca. W ogóle mnie nie słuchał, a moją histerie potraktował jako kolejny wybryk. Wlepił mi kolejny szlaban i na tym się skończyło. I czy ty uważasz, że ludzie, którzy nigdy potrafili się wzajemnie słuchać, zrozumieć i zaakceptować mają szansę, by kiedykolwiek dojść do porozumienia? Myślisz, że pojadłby swoim racjonalnym rozumem dlaczego czuje się dobrze żyjąc tak jak teraz – swobodnie?
– Tak! Wystarczyłoby, żebyś szczerze z nim porozmawiał.
– Ty też tego nie zrobiłaś, nie mówiąc ani słowa rodzicom. Skończy może temat, co? – ponownie włączył się w ruch uliczny.
Basia drugi raz nie zniosłaby takiej ciszy, więc sama kontynuowała rozmowę, zmieniając temat.
– Swoją drogą gdzie ty się nauczyłeś tak boksować? – zapytała zaintrygowana.
– Jak to gdzie? Mam karate czwarty stopień.
– Jasne. Wtajemniczenia chyba. – prawie ją tym rozbawił.
– Nie. Mówię poważnie. – zmrużyła zaskoczona oczy. – Powiedzmy, że jako dziecko lubiłem się bić. Wtedy bardzo brakowało mi mamy i wyładowywałem złość, że jej nie ma na kolegach. I to nie chodziło tylko o siniaki, czy limo pod okiem. Lała się krew. Ojciec wtedy nie wytrzymał. Wolał już żebym prał innych bezpiecznie na ringu zamiast prać mi skórę, więc zapisał mnie na boks. Potem sam zapisałem się na karate. To jedyne co mu zawdzięczam, bo nie wiem co by wtedy było… A teraz umiem przynajmniej nas obronić przed takimi typami jak ten cały detektyw. Ale chyba za dużo się rozgadałem… – skrzywił się.
– Nie. Lubię, kiedy jesteś ze mną szczery. Czuje wtedy, że naprawdę się przyjaźnimy. – uśmiechnęła się w kącikach ust.
– Liczę na to samo, choć wątpię byś miała równie barwne dzieciństwo jak ja.
– Pozwól, że ocenisz to, dopiero wtedy, gdy się czegoś dowiesz.
– Ok. – zaśmiał się.
– A teraz jeżmy stąd jak najdalej, by czasem nas nie znalazł.
– Kierunek Trójkąt bermudzki?
– Tak jest, panie kierowco! – tym razem oboje się zaśmiali, a samochód zniknął za zakrętem.
Nie mogli przecież wiedzieć, że detektyw zostawił im po sobie pamiątkę w postaci pluskwy z nadajnikiem GPS, zgrabnie ukrytą…

Krymcia - 2009-08-12, 21:44

ooo... jaki wstrętny ten detektyw!! i kiedy im ten prezent zostawił??
i gdzie!?

dziewczyny ile jeszcze części będzie?? mniej więcej

Ninuś - 2009-08-12, 22:20

Twins ;***
aaaa to wredny pan detektyw im się trafił.
Ja tez jestem ciekawa, kiedy on podłożył tą pluskwę i gdzie? ;-)
ogólnie część świetna! Zresztą Wasze dzieła są kapitalne, bez dwóch zdań! :-)
Więceeeej, bo strasznie krótko teraz było ;****
PS a mam pytanko: czy przewidujecie w tym opowiadaniu jakieś umcie... no dobra, albo chociażby kissy w wykonaniu B & M? :-P

Twins - 2009-08-12, 22:28

Przewidujemy, ale jeszcze za wcześnie :lol: Nie tak od razu, przecież sie jeszcze nie znają tak dobrze :lol:
A części ile --> nie mamy pojęcia. Ta miała być dłuższa inaczej się skończyć i miałyśmy juz pewien etap zakończyć, a ...wyszło jak zwykle :/
Dzięki dziewczyny! :*

Daisy - 2009-08-12, 23:12

Ja tu slyszalam o wakacyjnej jednorazowce, a to kolejne niekonczace sie opowiadanie blizniaczek :576:
Oczywiscie nie mam nic przeciwko, bo zawsze chetnie czytam wasze opowiadania, ale dziewczyny listosci. Przedluzacie to i przedluzacie :D Moze pora na konkrety. A na kiss to jest juz dawno za pozno :P Powienien pojawic sie kilka czesci temu.
W kazdym badz razie super :* Tylko ta pluskwa :/

Kasieńka - 2009-08-14, 10:17

Bliźniaczki super :D
Tylko trochę za krótko i tak jak Dejz sądzę, że nie ma, co przedłużać :D B&M znają się już wystarczająco :lol:
Liczę, że to, na co czekamy będzie w następnej części :)
Cedeka :*:*

Stokrotka07 - 2009-08-14, 13:01

łaaał dziewczyny super, nadrobiłam wszystko i oczywiście czekam na cedeki! ;-)
Twins - 2009-08-14, 15:21

Dzięki za dobre rady i za miłe komentarze:* Ale chyba to, co teraz powiemy, może wam się nie spodobać. :lol: Chociaż raz chcemy by ich związek rodził się powoli. Chyba nie muszą się od razu całować, by było sympatycznie. :mrgreen: Ale na pocieszenie powiemy, w każdej chwili może wybuchnąć bomba, także wiecie :lol:

A kiss będzie, jak wymyślimy jak, bo...szczerze mówiąc, nie mamy pomysłu...

"Lek na całe zło"

13


Tak jak obiecał Zawada, tak też zrobił. Wsiadł w samochód i czym prędzej pojechał sprawdzić informację jaką otrzymał.
Przed brama wjazdową, obok głównego budynku, znajdowała się mała stróżówka. Siedział w niej właściciel pola namiotowego. Adam wyszedł więc z auta i zastukał dwa razy w okienko.
Zwrócił tym samym uwagę mężczyzny, zaczytanego w Głos Wielkopolski. Zgiął nieco poirytowany gazetę w pół i sam zaczął dialog z przybyszem. Najwyraźniej nie lubił jak ktoś przerywał mu w lekturze, a artykuł, który właśnie czytał musiał być naprawdę interesujący.
– Słucham pana? – odparł.
– Komisarz Adam Zawada. Komenda Stołeczna policji w Warszawie. – równocześnie wycinał odznakę, która miała świadczyć, że mówi prawdę.
Właściciel zmrużył zaciekawiony oczy, zastanawiając się co „jakiś tam komisarz ze stolicy” może od niego chcieć.
– Mogę panu zadać kilka pytań. To nie potrwa długo. – dodał Zawada, kiedy tamten dziwnie zamilkł.
– Ale o co chodzi? – zbity z tropu mężczyzna tak jak inni woleli mieć jak najmniejszy kontakt z organami ścigania.
Bo niby po co mieszać się w nie swoje sprawy? Najlepiej jest nic nie widzieć i nic nie słyszeć. Tak oszczędzi się niepotrzebnych zeznań na policji, czy ciągania po sądach.
– Widział pan może tą dziewczynę? – wyciągnął z kieszeni zdjęcie Basi i pokazał mężczyźnie. – Była tu? – komisarz przeszedł od razu do wypytywania o konkrety.
– Tak. Zatrzymała się tutaj.
– Z tym chłopakiem? – tym razem rozwinął portret pamięciowy poszukiwanego chłopaka.
– Tak, jest podobny. To ten chłopak. Przyjechali tu razem. Niedawno wyjechali.
– Wie pan jakim samochodem jeździ ten chłopak? Może zapamiętał pan markę, numer rejestracyjny?
– Taki duży, terenowy. Numer rejestracyjny mam zapisany na kartce w razie czego.
– Może mi pan go dać? – właściciel campingu tylko skinął głową i sięgnął po zeszyt.
– Proszę. – odparł po chwili, kiedy wrócił z małą karteczką.
– Dziękuję. A wie pan gdzie się udali? W którą stronę?
– Gdzieś na zachód. Chyba na Świecko. Tak, na Świecko, bo jeszcze pomogłem temu chłopakowi przy ustalaniu trasy.
– Dziękuję. Do widzenia.
– Aaa… – coś sobie przypomniał. – Nie tylko pan pytał o tego chłopaka.
– Kto? – komisarz nie ukrywał zaskoczenia, wyrysowanego na twarzy.
– Był tu wcześniej jakiś detektyw. Podobno ten tam – miał na myśli Marka. – coś kombinuje i chce go powstrzymać. Pomyślałem, że to ważne i pomoże wam go złapać. Do widzenia. – tym razem Adam tylko skinął głową.
Mężczyzna z powrotem wrócił do budki, a Adam oddalając się w stronę samochodu, wybrał numer do swoich warszawskich współpracowników.
– Rafał? Sprawdź mi ten numer: WA 55 AU.
– Robi się szefie. – odpowiedział nim się rozłączył.

Tymczasem w Warszawie Komenda Stołeczna policji jak zawsze była zatłoczona. Tylko zespół Zawady nie miał nic lepszego do roboty jak wypełnianie zaległych papierków. Rafał Król odwiesił słuchawkę i skinął na swoją zawodową partnerkę, Julię Wierzbicką. Siedziała na przeciwległym biurkiem i była wyraźnie znudzona.
– Dzwonił szef. Mamy mu sprawdzić ten numer: WA 55 AU. Chyba to coś pilnego.
– Jasne. Jak zawsze, a powiedział, kiedy wraca?
– Ni-e. – odpowiedział, kątem oka patrząc już w wystukiwany tekst na monitorze komputera.
Wcisnął głośno klawisz Enter, czekając na wyszukane wyniki w bazie danych.
W tym czasie Julia zdarzyła już do niego podejść pochylając się nad monitorem.
– Krzysztof Brodecki? …Ten Brodecki? Ten prokurator? – Wierzbicka była wyraźnie zaskoczona wynikiem wyszukiwania.
Samochód zarejestrowany był na nikogo innego jak na ojca Marka.
– To się kupy nie trzyma … – dodał poirytowany Rafał. – Co auto takiego starego ramola z żelaznymi zasadami w tym wszystkim robi? Kompletnie nie pasuje do obrazka…
– Może je komuś pożyczył? – główkowała Julia, spoglądając kątem oka na kolegę.
– Taką brykę? Chyba na wieczyste użytkowanie, bo facet najwyraźniej nie ma zamiaru wracać do Warszawy. – dziewczyna wzruszyła jedynie ramionami. - …chyba, że… – dodał po chwili ciszy.
Julia czekała na kolejną teorię, jaką ma wygłosić jej zawodowy partner.
– Chyba, że auto wcale nie musi naleć do niego, a do…??
– Jego syna… - dokończyła Wierzbicka z lekkim westchnięciem.
– Dzwoń do szefa!

*****

Nareszcie mogli odetchnąć z ulgą.
Od tamtej pory detektyw się nie pojawił.
Pewnie zrozumiał, że nie ma sensu zmuszać dorosłego człowieka do powrotu, skoro on sobie tego nie życzy. Nikogo nie można do niczego zmuszać.
Ale Basia była zdania, że to przez Marka detektyw zniknął. Swoim prawym sierpowym chłopak skutecznie odstraszył Stópkę. Już nie będzie deptać im po piętach.
Chętnie dałaby i coś do siebie, ale nie chciała się wtrącać w męskie sprawy. Ale może jeszcze zdąży zaprezentować Markowi, że wcale nie jest taka słabiutka, jak uważa. Chyba ze 100 razy oglądała Tom Raidera z Angeliną Jolie. Od niej nauczyła się, że kobieta w XXI wieku powinna potrafić się obronić. I wcale nie musi trącić czasu na naukę sztuk walki. Wystarczy kilka podstawowych sztuczek i napastnik zwija się z bólu.
Aż ją korciło by detektyw znów stanął im na drodze, ale przecież nie chciała by Marek miał problemy. A tam gdzie detektyw, tam zaczynają się problemy Marka.
Swoją drogą nie spodziewała się, że Marek może aż tak sprawnie komuś dokopać. Może miał szalone pomysły, owszem, ale żeby znokautować jednym ciosem przeciwnika? Może ten był mniejszy o ponad głowę, ale jak na detektywa powinien wykazywać się o wiele lepszym refleksem. Nawet jeśli dorównałby Markowi tylko w połowie.
Podobał jej się ten cios.
Był piękny! Zawodowy!
A ucieczka to dla niej żaden akt tchórzostwa. On chciał ją tylko chronić.
Czuła się cudownie wiedząc, że jest przy nim bezpieczna. Bo Marek zawsze ją obroni niczym rycerz w lśniącej zbroi swoją damę, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.
„Ach…” – pomyślała zaraz po przebudzeniu.
Dzisiaj zapowiadał się piękny dzień.
To nic, że musiała wstać wcześnie. Nie lubiła długo spać latem. Dawka wschodzącego słońca o tej porze roku dawała jej mnóstwo energii i zachęcała do rannego wstawania.
Poza tym musieli jakoś zarabiać. Pieniądze Basi jakoś szybko zaczęły się kończyć.
Mieli szczęście, że przejeżdżając samochodem natrafili na szyld. Zbieranie truskawek to może mało dochodowy interes a przy tym strasznie wykańcza po jednym dniu pracy, ale byli zadowoleni, gdy trzymali całe 60 zł w dłoni na czysto.
W ciągu dnia, kiedy to obojgu zależało jedynie na tym, by nazbierać jak najwięcej owoców, Basia miała wiele czasu do rozmyślań. Zauważyła, że odkąd dzielą wspólny los bardzo się do siebie zbliżyli. Nie tylko oswoili ze sobą nawzajem, ale nie czuli się już tak skrępowani przy codziennych czynnościach, takich jak mycie zębów, ubieranie.
Kiedyś zachowywali jakiś dystans, byli nieśmiali gdy odsłonili kawałek ciała (przynajmniej Basia, bo Marek wyglądał, jakby nie miał z tym żadnych problemów).
A teraz zachowywali się jak para dobrych przyjaciół, którzy znają się od lat i wyzbyli się wstydu, nieśmiałości.
– Marek, lepiej się pośpieszmy! – popędzała dziewczyna.
Siadała właśnie na tylnim siedzeniu samochodu ubrana jedynie w czarny biustonosz z koronki, a w dłoniach przewracała bluzkę na prawą stronę.
Chłopak w tym czasie siedział na przednim siedzeniu i wcinał kanapkę. Nie mogąc się powstrzymać, skierował lusterko bardziej w jej stronę z chytrym uśmieszkiem o czym nieświadoma dziewczyna nie miała pojęcia.
Nadawała jak najęta o pracy, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że Marek jest mężczyzną a nie jej przyjaciółką Małgosią.
– Pomyśl. Jeśli pójdziemy tam wcześniej, nazbieramy więcej koszyków, czyli będziemy jakieś 6 złotych do przodu. Więc proszę cię, przełykaj szybciej to śniadanie i rusz dupsko! Nie chce się spóźnić!
– Nie mogę. – rzucił krótko, z pełną buzią.
– Niby dlaczego? – zapytała ciekawsko.
Jeszcze chwila, a weźmie Marka za zwykłego marudera, który wymiguje się od pracy. Pachniało jej tu lenistwem na kilometr…
Chłopak za to odwrócił głowę w jej stronę z pojawiającym się uśmiechem na twarzy.
– Bo mnie rozpraszasz. – rzucił, przy czym śmiesznie podrygiwał głową.
Zrozumiała czym tak naprawdę był zajęty przed chwilą.
Aż kipiała za złości na tego podglądacza! Mógłby przynajmniej nie mówić tego głośno. Ale bardziej od podglądania zdenerwowało nie ją to, ze w ogóle jej nie słuchał!
Nie zdziwiłaby się, gdyby była jakąś extra laską z kolorowych magazynów z silikonowym biustem, jędrnymi pośladkami, opalenizną po solarium i wargami wypełnionymi kolagenem, na widok których faceci dostają gorączki.
Ale ona tak samo z przodu, jak i z tyłu była plaska jak deska. Nie miała w sobie nic pociągającego na co facet mógłby sobie popatrzeć.
Widocznie Marek z dala od cywilizacji zaczyna dziczeć i tylko zwykła chęć przetrwania każdego drapieżcy w ekstremalnych warunkach każe mu zadowalać byle jakim kawałkiem mięsa.
By nie pokazać chłopakowi jak bardzo jej się to nie spodobało i podobało jednocześnie, dziewczyna zaczęła go ironicznie przedrzeźniać i w odpowiedzi rzuciła w niego bluzką, która spadła mu na głowę.
– Już zdążyłam się przyzwyczaić. W końcu żyjemy pod jednym dachem tego samochodu i to było nieuniknione. Ale jeśli aż tak bardzo mój biust przeszkadza ci w konsumowaniu śniadania, po prostu zamknij oczy! – próbowała by jej ton głosu brzmiał miło i przyjemnie, ale chyba nie do końca wyszło tak, jak chciała.
W oczach tańczyły jej iskierki złości.
Marek zaśmiał się na tą uwagę.
– A może prościej. Może po prostu nie świeć biustem przy facecie. – wyszczerzył śnieżnobiałe ząbki w promiennym uśmiechu.
– No tak. Zapomniałam. Jesteś tylko facetem i jak każdy samiec reagujesz zwodem na najmniejszy nagi kawałek ciała płci przeciwnej. Czego innego mogłabym się po tobie spodziewać? – odgryzła się.
„Dobre” – pomyślał.
Ta cięta riposta przypominała tą wyjętą z ust rasowej feministki, ale bądź co bądź musiał przyznać, że to dziewczynie się udało.
Nie mógł się jednak powstrzymać by nie odeprzeć ataku. Taka już miał naturę.
– Nie mów, że znasz reakcje mojego penisa bardziej ode mnie, bo w to ci nie uwierzę. Nigdy z nikim nie spałaś, więc nie wiesz co nas, facetów tak naprawdę podnieca. – ta odpowiedź zamiast rozśmieszyć, tylko jeszcze bardziej ją rozzłościła i zawstydziła.
Otworzyła usta ze zdziwienia, jakby zaraz miała połknąć muchę. Poruszała przy tym tak komicznie wargami, że Marek miał ochotę się roześmiać.
Dobrze wiedział o czym teraz myśli.
„Jak on śmie wchodzić z buciorami w moje życie intymne!” – pomyślała. – „To wulgarne, chamskie i niegrzeczne!!!”
Czyżby domyślił się, że ona nadal jest…?
To aż tak widoczne?
Boże, chyba spali się ze wstydu.
Musiała jak najszybciej coś wymyślić, by wyprowadzić go z „błędu”. Nie chciała wyjść na jeszcze bardziej nienormalną.
– Skąd wiesz, że …ja… z nikim… !!! – warknęła podnosząc głos, ale nie czując się dobrze z krzykiem na ustach, ściszyła ton. – Miałam chłopaka! – wypaliła z nagła, dumna jak paw, mając nadzieję, że ten argument wystarczy by przekonać Brodeckiego juniora.
On tylko się roześmiał.
– To jeszcze nic nie znaczy. – przekomarzał się.
Uwielbiał, kiedy się tak słodko złościła. Musiałby ją częściej denerwować…
– Jak to nie?! Był dla mnie bardzo… czuły.
– A całowaliście się chociaż? – spytał z powątpiewaniem w głosie.
Nawet tego nie był pewien zważywszy na to, jaki to musiał być związek.
– Oczywiście że tak!!! – krzyknęła desperacko.
„Brawo! Teraz to mu na pewno nie uwierzy!”
Usilnie starała się trzymać swojej wersji, ale im dalej w las tym bardziej sama zaczęła się gubić w tej gęstwinie kłamstw.
Dla Marka nie była wiarygodna. Chyba nie myślała, że da się na to nabrać.
– W policzek się nie liczy. – opowiedział, udając znawcę tego tematu. – Gdyby to był przynajmniej pocałunek z języczkiem. W to byłbym już skłonny uwierzyć, ale w zwykły, przyjacielski buziak w policzek…
– Przestań mnie dręczyć!!! – przerwała mu jego wywody.
– To przestań kłamać. – uśmiechnął się, by złagodniała.
– Nie kłamię.– odpowiedziała cichym, cieniutkim głosem i szybko przełknęła ślinę, by jej głos brzmiał bardziej naturalnie. – Spałam i było cudownie!
– Widzisz, nawet teraz starasz się ukryć rumieńce. – zauważył unosząc palec w górę.
Już nie miała siły się bronić.
Wysiadła z samochodu, zatrzaskując drzwi.
„Nie, to niemożliwe!!! Po czym się domyślił?” – zadręczała się.
Miała ochot zapaść się pod ziemię. I niech ją ziemia pochłonie na zawsze!
Markowi zrobiło się głupio, że postąpił tak niedelikatnie. Chciał przeprosić.
Stała odwrócona do niego plecami, gdy do niej podchodził. Powoli, by jej nie przestraszyć. Była jeszcze gotowa ruszyć gdzieś piechotą, byle z dala od niego.
Chciał zacząć pierwszy rozmowę, ale go wyprzedziła.
– To aż tak widać? – spytała z nagła.
Marek musiał się chwilę zastanowić, zanim zrozumiał o co pyta. Zachichotał.
– Pytam poważnie. – spojrzała na niego gniewnie.
Nie widziała w tym pytaniu nic śmiesznego.
Teraz powinien do niej podejść, przytulić i zacząć pocieszać, nim się bardziej załamie!
– Szczerze? …Tak. Jak cholera. – uśmiechnął się delikatnie, a ona od razu spochmurniała. – Ale co ma do rzeczy? Lubię cię taką.
– Jaką? – zakpiła z siebie.
– Niewinną, nieśmiałą, dziewczęcą, uroczą. Naiwną. – ostatnie dodał dla żartów.
– Nie chce być taka.
– A ja nie chcę, żebyś się zmieniała się tylko dlatego, że chcesz się do mnie wpasować. To, że na pierwszy rzut oka do siebie nie pasujemy, nie oznacza, że tak jest. – spojrzała w jego oczy, czy mówi tak tylko dlatego, bo ją pocieszyć, czy naprawdę tak myśli.
„To, że na pierwszy rzut oka do siebie nie pasujemy, nie oznacza, że tak jest” – odbiło się echem w jej głowie.
„Czy on ma na myśli to, że…” – nie miała odwagi kończyć tego zdania.
„AAAaaaaaa….” – wydała w myślach cichy krzyk radości.
Czuła się taka szczęśliwa, że miała ochotę go pocałować. W usta.
Nie, jednak wolała, żeby on to zrobił pierwszy. Widocznie czeka na ten właściwy moment. Musi mu pokazać, że już jest gotowa! Niech się wreszcie odważy.
Na ustach miała teraz szeroki uśmiech uwielbiania, ale Marek zinterpretował to zupełnie inaczej, niż powinien.
Po prostu myślał, że poprawił jej humor, tak to zwykle robił.
– Chodź, bo naprawdę się spóźnimy. – objął ją ramieniem i tak ruszyli w drogę. – Kto dzisiaj zarobi mniej robi kolację.
– Nie. Nie zgadzam się. Dobrze wiesz, że znowu wygrasz. – narzekała jak dziecko.
– Dzisiaj będę dżentelmenem. – wypiął się dumnie.
– Akurat! – parsknęła śmiechem.
– Wątpisz, że potrafię być dżentelmenem? – zapytał, udając obrażonego.
– Nie, że poddasz się bez walki. – sprostowała.
– Tego nie powiedziałam. – znów wyszczerzył ząbki w uśmiechu.
Oberwał za to sójką w bok.

*****

Pracowali aż do zachodu słońca.
Basia próbowała się skupić na wykonywanych czynnościach, ale cały czas myślała tylko o tym, co jej wyznał Marek.
Może nigdy nie powiedzieli tego oficjalnie, ale tak, jest dziewczyną Marka.
Marek to jej chłopak!!!
Uśmiechnęła się do siebie, zagryzając truskawkę.
Jak mogła być taka głupia i nie wpaść na to wcześniej.
Bo kto inny wziąłby ją ze sobą, jak nie jej własny chłopak?
Przypomniała jej się pewna piosenka, którą ostatnio słyszała w radiu:
I know you want me, you know I want cha…
Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła to śpiewać i tańczyć.
Miała imprezowy nastrój.
Wymachiwała śmiesznie rękoma i kołysała biodrami podśpiewując cicho tekst piosenki, którego już zdążyła się nauczyć na pamięć. Był dość prosty, wakacyjny, a ona zwykle śpiewała w myślach, by nie ulec sennym powiekom.
Marek, który stał 2 metry od niej, gdyż jak powiedziała „potrzebuje trochę więcej przestrzeni” spojrzał na nią wybałuszając oczy.
Musiał zareagować, by inny pracownicy na polu, nie uznał jej za wariatki.
– Ej, Baśka! – krzyknął. – Co ty robisz? – wykrzywił usta w grymasie i tylko to spowodowało, że zeszła na ziemię.
Posłusznie wyłączyła mp3 w swojej głowie i wróciła do pracy. Tym razem pod okiem Marka, który teraz nie odstępował jej na metr.
By jej mógł wrócić do pełnej sprawności, gdy Marek był w pobliżu, zagryzała od czasu do czasu mało słodki owoc.
To też nie uszło uwadze Marka, który w pewnym momencie wyrwał jej truskawkę z ręki i wrzucił do koszyka.
Patrzyła na niego nieprzytomnym wzrokiem, nie słuchając tego co mówi. Docierały do niej tylko jakieś skrawki.
– Jeśli wszyscy mieliby zjadać to, co wyprodukowali… – dokończył zdanie, ale nic z tego nie rozumiała.
Marek dopiero teraz zauważył, że myślami jest kompletnie gdzie indziej.
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – oburzył się.
Zachowywała się bardzo dziwnie.
– Przepraszam, ale one są pyszne. – rzuciła machinalnie, odwracając na chwilę wzrok od chłopaka, ale już po chwili znów zaczęła się mu przyglądać.
To było silniejsze od niej. Sparzony słońcem wyglądał jeszcze przystojniej.
Chłopak jedynie westchnął zrezygnowany.
– To jeśli tak bardzo masz na nie ochotę, to weź nie jedź przy wszystkich, tylko przemyć w kieszeni. Chcesz, żeby nas zwolnili? – szeptał, ale jedyne na co było ją stać, to zaprzeczenie ruchem głowy.
Cały czas nie mogła oprzeć się pokusie patrzenia na niego.
„Boże, niech mnie wreszcie pocałuje”. – pomyślała.
Kiedy jednak się do tego nie kwapił, tylko patrzył na nią ze zmarszczonym czołem, wpadł jej do głowy pewien pomysł.
W tym momencie Marek poczuł na sobie jej spojrzenie i zmieszany, rzucił:
– Yyy… Chyba za długo przebywałaś na słońcu. Idź, odpocznij trochę.
To była jej jedyna szansa.
– Truskaweczkę? – zapytała zachęcająco z uniesionymi brwiami i przystawiła mu owoc do ust.
Uśmiechała się przy tym uroczo.
Chłopak zmarszczył czoło jeszcze bardziej i przymrużył oczy, zastanawiając się „co, u licha chodzi jej po głowie”.
– Smaczna! No spróbuj! Ammmm! – powiedziała, ale gdy Marek miał już ugryźć owoc, cofnęła lekko rękę i zamiast tego, zaczęła odrysowywać kontur jego ust.
W dodatku patrzyła na niego tak intensywnie, że dreszcz przeszedł mu po plecach.
Przełknął ciężko ślinę z dziwna miną.
„To przez ten upał”. – tłumaczył to sobie.
Nie mógł jednak pozwolić, by pod wpływem tej duchoty przekroczyli linię ich przyjaźni. Raz przekroczonej granicy nie da się cofnąć.
Basia cierpliwie czekała aż zinterpretuje i przetworzy ten wyraźny sygnał, ale kiedy już myślała, że jest bliska spełnienia tego małego marzenia, Marek całkowicie ją zaskoczył.
Zabrał z jej dłoni truskawkę i sam zamknął sobie usta.
– No… dobra, dobra. – żuł i uśmiechał się nerwowo.
Speszona dziewczyna tylko spuściła głowę i lekko zawiedziona wróciła do pracy.
Przez resztę dnia starała się unikać Marka i rozmów z nim.

*****

Było już późno, a ona jakoś nie miała ochoty na sen.
Nie rozumiała dlaczego Marek się wycofał. Dlaczego nie skorzystał z nadarzającej się okazji, by upewnić ją w tym, co czuje.
Jednak nie tylko to spędzało jej sen z powiek.
Kiedy zbliżała się noc coraz częściej myślała o rodzicach. O tym jak musi być im ciężko, nie wiedząc gdzie teraz jest.
Wiele razy chciała do nich zadzwonić, wyjaśnić dlaczego to zrobiła, ale bała się, że nie zrozumieją i każą natychmiast wracać do domu.
Wtedy przypomniała sobie rozmowę sprzed kilku dni.
Przecież oni nie byli takimi despotami jak ojciec Marka!
Co jeśli tym razem potrafiliby ją zrozumieć i jej wybaczyć, gdyby tylko z nimi szczerze porozmawiała, jak zawsze?
Nie chciała, by jej relacje z rodzicami były takie, jak Marka.
Rodzice może nie zawsze do końca rozumieli jej problemy, byli zbyt zajęci czuwaniem nad jej zdrowiem i bezpieczeństwem, ale wszystko co robili, robili dla jej dobra.
Z miłości.
Czasem żałowała, że nie potrafiła mówić im wszystkiego. Nie dlatego, że im nie ufała. To w niej tkwił problem. Podświadomie bała się ich reakcji. Brało się to jeszcze z czasów, kiedy była dzieckiem.
Odkąd pamięta ukrywała swoje uczucia, czy najmniejsze przewinienia ze strachu. Długo nic nie mówiła, bo bała się, że nie zrozumieją, nie chciała ich zawieść czy przysparzać większych zmartwień. Oczywiście te obawy były zawsze niedorzeczne, bo rodzice nigdy na nią nie krzyczeli, nie karali bez wysłuchania. Kończyło się na szczerej rozmowie.
Może gdyby zawsze potrafiła być z nimi tak szczera, jak teraz z Markiem, niczego nie ukrywała, nie doszłoby do takich sytuacji, że musiała uciec w tajemnicy?
Westchnęła głośno, trzymając w dłoni telefon. Siedziała na masce samochodu, wpatrując się w nieliczne gwiazdy na niebie.
Tak zastał ją Marek.
– Strach? – spytał, a ona od razu podniosła głowę.
– Nie, to nie strach. Wyrzuty sumienia. – zmrużył oczy. – Boję się. – pisnęła, spoglądając mu w oczy.
Zapowiadało się na dłuższą rozmowę, więc Marek wskoczył obok niej na maskę.
– Czego? Przecież zrozumieją!
– Nie jestem tego taka pewna. Nie wszystko można tym usprawiedliwić. Postąpiłam nierozsądnie i oboje o tym wiemy. Nie tak powinien się zachować dorosły człowiek. Zamiast z nimi normalnie porozmawiać, zachowałam się jak nieodpowiedzialny gówniarz. Nie pomyślałam nad konsekwencjami, tylko dałam się ponieść u… rządzy przygód. – na szczęście w porę się poprawiła.
– Czasem dorosły człowiek popełnia dziecinne głupie błędy. Spójrz na mnie. Nawiałem z domu. To też było gówniarskie z mojej strony.
– To inna sytuacja. Ja mogę z rodzicami spokojnie pogadać, bo wiem, że mnie wysłuchają. Ty nie… – Marek spuścił głowę.
Kompletnie zapomniała, jak może się poczuć Marek. Nie chciała mu sprawić przykrości.
– Jezu, Marek przepraszam. Nie chciałam. – zrobiło jej się naprawdę głupio.
– Nie, nic się nie stało… Dzwoń. – rzucił rozkazującym tonem po chwili ciszy.
Zaprzeczyła skinieniem głowy.
– Nie, nie mogę. – wykręcała się.
– Co nie mogę, Baśka! – skarcił ją. – Nie możesz się wiecznie bać!
Powinna to zrobić jak najszybciej. Sam po części czuł się za to odpowiedzialny. Gdyby się nie zgodził, jej rodzice nie musieliby teraz odchodzić od zmysłów.
– Dobrze. Obiecuję, że zadzwonię, ale jeśli ty mi coś obiecasz. …Proszę. – miała tyle bólu w oczach, że nie potrafił jej odmówić.
– Najpierw powiedź o co chodzi. – odparł ostrożnie.
– A ufasz mi? – spytała, patrząc mu w oczy.
Wiedziała, jak go podejść.
– Tak. Jak nikomu innemu. – uśmiechnęła się delikatnie na te słowa.
– Obiecaj.
– Obiecuję. – skinął głową.
– Dobrze. Zadzwonię do rodziców, jeśli ty porozmawiasz z ojcem. – zauważyła, jak momentalnie napiął wszystkie mięśnie, biorąc głębszy oddech.
– Baśka… – jęknął.
Mimo wszystko kontynuowała.
– Marek, to twój tato. Zawsze nim będzie. Może gdybyś z nim porozmawiał, szczerze. Tak, jak ze mną… Wiem, że potrafisz! Oboje potraficie!
– Nie, nie, nie. To się może sprawdza u Storoszów, nie u Brodeckich.
– Posłuchaj mnie. Jesteś na niego wściekły i teraz nie chcesz o nim słyszeć. Ok., rozumiem to. Masz do tego prawo, ale jestem pewna, że gdybyś wyrzucił z siebie cały gniew, nagromadzony przez lata, poczułbyś się lepiej, a twój ojciec zrozumiałby, że popełnił błąd. Wiem, że jesteście sobie bliscy, mimo wszystkich nieporozumień. Nie zaprzeczysz. Kochacie się tylko zachowujecie jak dwa dumne pawie, bo żaden nie chce odpuścić. Obaj jesteście tak samo uparci. Jaki ojciec, taki syn. Ale może najwyższy czas wyciągnąć rękę na zgodę. Skoro twój ojciec nie potrafi, zrób to pierwszy. Przecież widzę, jak cię boli, że nie jest między wami najlepiej. W głębi serca chcesz to zmienić, ale nie wiesz jak. Twój ojciec pewnie też się zastanawia. Spróbujcie razem znaleźć rozwiązanie. Jeszcze nie jest za późno. Pozwól sobie pomóc, by twój ojciec nie był już tylko ojcem, ale tatą.
Wysłuchał Basi w skupieniu, choć na początku nie miał ochoty na kazania. Kiedy jednak zrozumiał ile racji było w tym, co mówiła Basia nie potrafił zaprzeczyć. Nawet nie wiedział co powiedzieć.
Uniósł tylko głowę spoglądając w jej oczy i nie mogąc inaczej wyrazić swoich podziękowań, ujął jej dłoń w swoją.
Spojrzała najpierw na ich splecione ręce, a potem nieśmiało w oczy chłopaka.
– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że tu ze mną jesteś.– szepnął, a ona tylko uśmiechnęła się delikatnie i kiwnęła głową.
Wymienili ze sobą głębsze, przedłużone spojrzenie i zwrócili wzrok w stronę gwiazd.
Nie mieli pojęcia, że tą pełną romantyzmu chwilę ktoś podgląda. To detektyw, skryty za drzewami obserwował parę uciekinierów przez lornetkę.
– Jak dwa gołąbeczki. Już niedługo… – rzucił do siebie.
Uśmiechnął się przy tym chytrze.
Tym razem nie będzie się ujawniał. Pozwoli, żeby myśleli, że zniknął, tak, jak to robił przez ostatnie 3 dni, a wtedy zaatakuje z zaskoczenia w najmniej oczekiwanym momencie…

EDIT:
Chyba mamy i to w nastepnej części... :lol: :lol:

isis - 2009-08-14, 16:11

Aaaa Twins bosko!!
Mmmm wreszcie między Basią,a Markiem coś iskrzy! :lol:
Heh swoją drogą dziwie się Markowi,że tak zareagował kiedy Basia chciała poczęstować go truskawkami.....;P
Czekam na kolejną część!:)

Kto pisze?:)

Ninuś - 2009-08-14, 16:18

Łooooo! Genialna część!
Ludzie wyobrażam se tą scenę z truskawkami :576: dobra była! :D
Basia mądrze gada i niech on ją wreszcie pocałuje!
No to jak macie, to piszcie, piszcie, nie czekajcie! :)
A i jeszcze mnie cholernie ciekawi kto pierwszy znajdzie te dwa gołąbki? Zawada, czy Stópka?
;*****


Pisze ktoś??

Stokrotka07 - 2009-08-14, 23:02

Heh, truskawki wymiatają xD
Twins rewelacyjna część, ja również mam nadzieję, że nasze gołąbeczki szybko się zejdą ;-)

Ninuś - 2009-08-17, 14:31

Będzie coś dzisiaj?
Pisze ktoś, bo smutno tu jakoś :(

:)

isis - 2009-08-17, 18:40

<puk,puk>
Będzie coś dzisiaj?;D

Ninuś - 2009-08-19, 16:03

Dobra, będę natrętna!

Dziewczyny, co jest? Pisze ktooooś??? :-( :-( :-(

Twins - 2009-08-24, 16:30

Jesli ktoś pytał, to jutro zabierzemy się za cedeka :) , bo dzisiaj jeszcze obmyślić musimy. I inne pisarki też napominamy :D
isis - 2009-08-25, 18:38

Dziewczyny i co z opowiadaniem?:)
Czemu tu tak pusto?;(

Twins - 2009-08-25, 18:53

Miałyśmy się zabrać, ale jakoś tak wyszło, że nic z tego. :)
Jedyne co wiemy, to mamy wymyślone co dalej :lol:

isis - 2009-08-25, 19:05

Heh chociaż tyle dobrze;P
Nie,ale tak na poważnie to napiszcie coś hm?:)
Chce coś poczytać o B&M!!!!!!!
;D

Twins - 2009-08-26, 18:22

Zaczęłyśmy pisać, także sukces. Postaramy się jak najszybciej dać. :)
I liczymy na Kasię i jej komisarzy w górach! :D

Daisy - 2009-08-26, 20:41

To dobrze :D Bo jak patrzylam, to ostatnie (jakiekolwiek) opowiadanie pojawilo sie 14 sierpnia. To dwa tygodnie temu :shock: Chyba nigdy tak zle nie bylo.
No, wiec czekam ;) Bo wakacje sie koncza, a wakacyjne jak trwalo, tak trwa :D
I na inne pisarki rowniez czekam ;) Do roboty leniuchy.

Twins - 2009-08-26, 21:31

Będziemy zmierzać do końca tego opa, wakacje się kończą, a tu akcja tempa musi nabrać :lol:
Ninuś - 2009-08-27, 11:02

To dacie coś dzisiaj? :-D
Twins - 2009-08-27, 20:54

Jak się wyrobimy to tak :)

[ Dodano: 2009-08-27, 21:20 ]
BARDZO długie :lol:

Lek na całe zło.
XIII

Zwariował. On kompletnie zwariował.
Zawsze podejrzewała, że pobyt w jej towarzystwie może się źle odpić na jego zdrowiu psychicznym, bo nie uważała siebie za całkowicie normalną, ale Marek wydawał jej się odporny na wszelkiego rodzaju dziwactwa z nią związane.
Pewnie gdyby powiedziała, że jest kosmitką z odległej planety, nie zrobiłoby to na nim większego wrażenia. Ba, przyjąłby to jako fakt naukowy i dodał, że od dziecka wiedział, że sposób tylu planet Ziemia nie może być jedyną na której istnieje życie. Zażartowałby jeszcze, że czuje się wybrańcem – jako jedyny spośród tylu milionów ludzi na całym świecie rozmawia z istotą pozaziemską, stojącą na wyższym poziomie rozwoju cywilizacji. On do dziewczyny byłby tylko zwykłym prymitywem…
Wrr… Oberwaliby za to nabijanie się!
Teraz też myślała, że stroi sobie z niej żarty. Robił to praktycznie przez większość czasu. Czasami zazdrościła mu tej nieustającej pogody ducha, radości życia nawet gdy ktoś rzucał mu kłody pod nogi a los się do niego nie uśmiechał. Zawsze umiał sobie radzić, nigdy się nie poddawał, nie załamywał. Samodzielnie wybrnął z każdych kłopotów. We wszystkim co go spotkało, potrafił znaleźć tą dobrą stronę. Ona nie była taka silna.
Nic dziwnego, że tym razem zachichotała głośno. Marek umiał ją rozśmieszyć. Kiedy jednak chłopak dziwnie zamilkł, a ona spojrzała w jego oczy, piękne jak zawsze, zrozumiała, że mówi poważnie.
Bardzo poważnie. Za poważnie jak na niego.
„On jest niepoważny!” – pomyślała.
Przecież to czyste szaleństwo. Jak on to sobie wyobraża? Będą chodzić od wioski do wioski i pukać do drzwi z karteczką „Przygarnij kropka”? Chyba nie myśli, że ktokolwiek zaufa obcym ludziom? Nie może być aż tak naiwny.
– Żartujesz sobie ze mnie? – zapytała desperacko, ciągle mając nadzieję, że nie traktuje tych słów serio.
W tym wypadku mogłaby kolejny raz paść ofiarą tego dowcipnisia czerpiącego przyjemność z jej bezgranicznej naiwności, byle tylko to odwołał. Znów dała się nabrać, więc musi być naprawdę głupia. Ok. Ale już wystarczy. Niech się teraz zaśmieje i ze zdziwieniem skomentuje jak łatwo można ją oszukać.
On zamiast tego uniósł brwi w górę i poczuł się jakby rozmawiali dwoma różnymi językami, nie rozumiejąc siebie nawzajem.
– Nie. O co ci chodzi? – spytał wprost.
– O co? Wariat z ciebie! – wykrzyczała mu w twarz, a on zamiast się rozzłościć na nią, tylko głośno roześmiał.
Nie potrafił się nie śmiać, kiedy ona tak słodko kipiała ze złości na niego.
– To już słyszałem. – odpowiedział uśmiechem, ale sroga mina Storosz ani drgnęła.
– Nie drażnij mnie, bardzo cię proszę. I nie wiem co cię tak śmieszy. To ja powinnam się śmiać z twoich idiotycznych pomysłów. – skarciła chłopaka za jego mało odpowiedzialne zachowanie.
– On nie jest idiotyczny. – bronił się, ale Basia nie kupiła jego kulawej argumentacji.
– Tak. Rzeczywiście. Pukanie do drzwi w poszukiwaniu frajera, który nas zatrudni wcale nie jest idiotyczne! – skrzyżowała ręce na piersi, wbijając w Marka swój kłujący niczym igły wzrok.
– Wszystko przemyślałem. Mam plan. – podszedł do dziewczyny i objął ramieniem by ją przekonać, a przy okazji podstępnie pchał Basię w stronę samochodu.
– Taaa? – zapytała cynicznie. – Plan? Super! – Marek tylko przewrócił oczami.
Czasem była strasznym niedowiarkiem.
– Wsiadaj, wytłumaczę ci wszystko po drodze. – gdy siedzieli już na swoich miejscach, Marek przedstawił Basi dokładny zarys.
– Na truskawkach długo nie pociągniemy. Zarobki kiepskie, za ciężka harówka. To pomyślałem, że pojeździmy po okolicznych wioskach, popytamy ludzi. Na pewno kogoś potrzebują. Już nie raz tak robiłem. Raz pracowałem w warsztacie przez kilka dni za drobną przysługę. Poza tym nie możemy ciągle stać w miejscu. – ciągnął. – Musimy jechać dalej.
Otwierała buzię, kiedy on jeszcze nie skończył, a to zwiastowało przydługi monolog.
Spojrzał na nią, próbując się skupić na tym, co mówiła.
– A jak to sobie wyobrażasz?! Do tego potrzeba umiejętności, odrobina doświadczenia! Przecież ty nigdy nie pracowałeś na gospodarstwie! Ba! Wątpię czy kiedykolwiek widziałeś krowę! Nie mówiąc o jej wydojeniu! Możesz ubrać się w flanelę, ale nie będzie z ciebie żaden farmer… (…) – nie wiedział, w którym momencie całkowicie się wyłączył.
Miał teraz wrażenie, że jest widzem niemego filmu, w którym obraz posuwał się do przodu w zwolnionym tempie, a aktorka nie patrzy w kamerę. Za to on patrzył na Basię mając najszczerszą ochotę uciszyć tego pisklaka.
Przysunął się gwałtownie bliżej dziewczyny, kiedy to nieświadoma dziewczyna wściekała się na Marka, że mówi jak do ściany.
– Czy ty mnie w ogóle słu… – nie zdarzyła dokończyć, bo poczuła, jak chłopak chwycił ją za policzki i przyssał się do jej ust.
Poczuła na sobie jak jej usta zlepiają się w delikatnym muśnięciu z ustami Marka.
Chwilę trwało zanim doszła do siebie, kiedy równie gwałtownie oderwał się od jej zaskoczonych, biernych warg.
Speszony Brodecki momentalnie odwrócił głowę w drugą stronę, udając jakby ta sprawa nie miała miejsca, kiedy Basia nadal trwała w bezruchu, z rozwartymi ustami i oczami przypominającymi pięciozłotówkę.
– Co to …było? – spytała, gdy wróciła do pełni władz umysłowych.
Wciąż była zszokowana, ale teraz na jej ustach gościł szeroki uśmiech.
Już myślała, że nie doczeka do tego dnia, a tu proszę! Marek całuje ją z zaskoczenia. Chciała krzyczeć z radości, skakać, kwiczeć, ale powstrzymała falę euforii rozrywającą jej niespokojne wnętrze.
– Co? – udał głupka.
– Pocałowałeś mnie! – podniosła ton pełen radości, a Marek z przerażeniem spojrzał na rozanieloną dziewczynę.
– Nie! To nie był pocałunek! – zaprzeczył kategorycznie. – Ja…po prostu…Zamknąłem ci usta! Strasznie dużo gadasz!
– Pocałowałeś! W usta. – uparła się. – A nawet nie zapytałeś czy możesz. – dodała ściszonym tonem, bo nie tak wyobrażała sobie ich pierwszy pocałunek.
Miała na myśli raczej pocałunek przy świetle księżyca niczym z komedii romantycznej, gdzie jej książce z bajki najpierw pyta zanim całuje, ale musiała przyznać, że ta wersja też miała swój urok.
Nie odpowiedział od razu, ale zdawał sobie sprawę, że w tej sprawie z jej uporem nie wygra. Nie wygrałby z żadną kobietą.
Zaczynał żałować, że do tego dopuścił.
– Dobra! Ok.! Pocałowałem! Jak siostrę. – postanowił się już nie wybierać, ale nie mógł też pozwolić, by wiązała sobie z tym jakieś nadzieje.
– Ty nie masz siostry. Poza tym tak się nie całuje siostry!
– To skąd mam wiedzieć jak się całuje siostrę, jak nie mam siostry? Sama tak powiedziałaś! Wiesz co? Skończmy lepiej ten temat, ok.? – miała ochotę wybuchnąć śmiechem.
„Wstydzioch” – pomyślała.
Zawsze wydawało jej się, że Marek jest bardzo odważny w stosunku do dziewczyn. Ale teraz zachowywał się jak zawstydzony nastolatek. Czyżby go aż tak onieśmielała, że nawet wybiera się zwykłego pocałunku?
– Ok. – rzuciła kryjąc uśmiech.
Nie chciała go jeszcze bardziej krepować. Zamiast do Marka zaczęła uśmiechać się do szyby. A gdy nie patrzył, dotknęła dwoma palcami swoich ust, dalej nie dowierzając temu, co się przed chwilą stało.
Zapięła pasy i ruszyli w drogę.

Tymczasem Zawada, który już znał tożsamość domniemanego porywacza córki jego najlepszego przyjaciela nosił się z zamiarem powiadomienia ojca Marka o sprawie.
Liczył, że będzie znał plany Brodeckiego juniora.
Wiedział przy tym jak znany prokurator zareaguje na wieść, że jego syn jest podejrzany o porwanie, ale miał nadzieję, że przy odrobinie zdrowego rozsądku stary Brodecki pomoże mu go odnaleźć dla jego dobra.
Po chwilce zastanowienia, wybrał numer mężczyzny i chwilę zaczekał aż odbierze. Odebrał po trzech sygnałach.
– Prokurator Brodecki, słucham. – usłyszał po drugiej stronie.
– Dzień dobry. Tu komisarz Zawada, Komenda Stołeczna. Chciałbym panu zadać kilka pytań. – wyjaśnił i dałby sobie głowę uciąć, że prokurator wcale nie był zaskoczony, że dzwoni akurat do niego.
– A o co chodzi? – zapytał, udając zobojętnienie i zaskoczenie, ale Zawada i tak wiedział, że prokurator doskonale wiedział o co chce go zapytać.
– O pańskiego syna. – przez dłuższą chwilę w słuchawce zapanowała całkowita cisza. – Halo? – rzucił komisarz, gdy wydawało mu się, że Brodecki się rozłączył.
– Ja już nie mam syna. – jego ton głosu był oschły, ale to tylko potwierdziło podejrzenia Zawady.
Być może mylne…
– Panie komisarzu. Nie interesuje mnie co ma pan mi do powiedzenia. Nie utrzymuję z synem kontaktu od dłuższego czasu. I proszę do mnie nie dzwonić.
– Pana syn jest podejrzany o poważne przestępstwo! Ta dziewczyna może być w niebezpieczeństwie. Pan tego nie rozumie?! – zirytował się komisarz.
– To, co tym razem zrobił, niech pan załatwia z nim.
– Przecież wiem, że pan go szuka…Wynajął pan detektywa. – może nie był tego do końca pewny, ale kto inny mógłby to zrobić, jak nie własny ojciec?
– Być może kto inny to zrobił, nie wiem. Ja nikogo nie wynajmowałem. Dowidzenia! – pożegnał się oburzony i rozłączył.
Zawada już sam nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. Jedynym wyjściem jakie miał, to powrót do Warszawy i dowiedzenie się możliwie jak najwięcej o Marku Brodeckim.

Natomiast prokurator Brodecki z trudem opanował zdenerwowanie przed Zawadą. Co prawda spodziewał się telefonu już wcześniej, odkąd detektyw Stópka powiadomił go, że Marek przebywa w towarzystwie uroczej blondynki, ale nigdy nie uwierzyłby w to porwanie.
Znał Marka. Wiedział też o wszystkich podbojach miłosnych syna. Nie robił mu z tego powodu wyrzutów, bo sam niedawno poślubił dużo młodszą kobietę, ale miał go za playboya niezdolnego do stworzenia stałego związku. W jego mniemaniu traktował kobiety instrumentalnie, zdobywał je dla zabawy i porzucał. Tak też tłumaczył swoją ślepotę, uważając, iż miał prawo przypuszczać, że to Marek uwodził jego piękną, młodą żonę.
Cały czas żałował, że jego żona odeszła. Być może to on nie potrafił go nauczyć takiego szacunku do kobiet, jaką miał do swojej ukochanej małżonki.
Tym bardziej niepokoił się sprawą Marka. Być może nie był zdolny do porwania, ale nie ucieknie przed wyjaśnieniami. Prokurator za wszelką cenę nie chciał mieszać policji w to zaginięcie syna, że teraz tak samo chciał uchronić go przed podejrzeniami. A nawet jeśli zrobił coś głupiego, zrobi wszystko, by oczyścić Marka z zarzutów. Ten jeden, jedyny raz zrobi wyjątek wobec prawa i zasłużonej kary. Musiał przecież dbać o reputację i dobre imię Brodeckich…
Postanowił jak najszybciej zadzwonić do Stópki…. Wybrał zapamiętany numer i przystawił telefon do ucha.
– Dzień dobry, panie Brodecki. – usłyszał. – Mam dla pana dobre wieści. – mówił radośnie. – Pana syn daleko już nie zaje… – Brodecki gwałtownie wszedł w zdanie gadatliwemu detektywowi.
Mężczyzna nie silił się na zbędne uprzejmości, czy najzwyklejsze przywitanie. Był zbyt zdenerwowany.
– Przed chwilą dzwonił do mnie ten Zawada. Podejrzewa mojego syna o porwanie jakiejś dziewczyny. Dowiedź się kim ona jest. Nie chce, by narobiła mu kłopotów. A jeśli ci się uda, postaraj się, aby jak najszybciej zerwał tą znajomość…
– Dobrze. Zrozumiałem. Wymyślę coś, żeby nie było z nią więcej kłopotów. – po tych słowach natychmiast się rozłączył.

*****

– Nie!! – krzyknął nagle Marek, wybudzając tym Basię z głębokiego snu.
Właśnie przed chwilą przyśnił się jej Marek ubrany w modnie skrojony garnitur, padający jej do stóp w pomieszczeniu z mnóstwem małych świeczek, trzymający w dłoni małe, czerwone pudełeczko. Siebie samą widziała w eleganckiej, czarnej sukience i pięknie splecionymi włosami z tyłu głowy….
– No masz… – uderzył dłonią w kierownicę ze złości.
Jeszcze tego mu brakowało. Jakby miał za mało zmartwień.
– Co się stało? – spytała przecierając oczy.
– Silnik nie chce zapalić.
– Może zabrakło paliwa? – rzuciła pierwsze co przyszło mu do głowy, gdy silnik po raz kolejny nie chciał się uruchomić.
– Nie. – odpiął pasy. – Przecież niedawno tankowałem. To nie to. Od rana coś jest nie tak… – rzucił i wysiadł z samochodu.
Otworzył przednią klapę, ale wszystko wydawało mu się w porządku.
Basia wysiadła chwilę za nim i dla towarzystwa również spojrzała na silnik.
– Wiesz co to może być? – spytała spokojnie, kiedy marek chodził już cały zdenerwowany z założoną dłonią na kark.
– Nie cholera. A nie mam linki holowniczej…. – powoli zaczynał panikować.
Cóż… ona również nie wyobrażała sobie spędzenia dzisiejszej nocy na poboczu mało uczęszczanej nie asfaltowej drogi…
– To co teraz? – jej również zaczynał się udzielać nastrój grozy.
– Nie wiem, nie wiem. Daj mi pomyśleć. – chciała go jakoś wystrzec, powiedzieć, żeby się nie martwił, ale jedyne co przyszło jej do głowy do chwycenie go za rękę.
– Jakoś sobie poradzimy. – uśmiechnęła się do niego, ale Marek zamiast tego spojrzał na ich splecione dłonie i domyślając się jej intencji, szybko cofnął swoją.
Ten wzrok… tak na pewno nie patrzy się na przyjaciela.
Właśnie tego obawiał się najbardziej. I jak widać miał rację. Tak jak przypuszczał dziewczyna potraktowała ten pocałunek o wiele poważniej niż on, a przed chwilą dała ku temu bardzo wyraźny sygnał.
Ale Marek nie miał zamiaru niczego między nimi zmieniać. Od początku planował, że Basia zostanie tylko jego przyjaciółką. Nikim więcej. Może jest między nimi chemia, ale nie dopuści, by fala hormonów zniszczyła to, co jest między nimi. Ich przyjaźni. Musiał to tylko delikatnie zasugerować zdziwionej jego zachowaniem Basi.
– Coś zrobiłam nie tak? Przepraszam, ale myślałam…
– Źle myślałaś. – rzucił wrogo, ale poprawił się szybko, zdając sobie sprawę, jak brutalnie to zabrzmiało. – Znaczy …Chciałem powiedzie, że chyba się nie zrozumieliśmy. – dziewczyna zmrużyła powieki.
Tak, nie rozumiała. Nie rozumiała dlaczego jest wobec niej taki oschły. Przecież ją pocałował. Nie musiał nic mówić, bo wiedziała co do niej czuje.
– Basia ja… Ten pocałunek. – mówił nieskładnie, bo też nie wiedział co ma jej powiedzieć.
– Marek. – widząc, jak się męczy, próbowała mu pomóc w wyznaniu uczuć. – Nie tłumacz się. Już wszystko wiem. …I cieszę się, że to zrobiłeś. – uśmiechnęła się do chłopaka najpiękniej jak umiała.
Tak, teraz miał pewność, że nie patrzy na niego jak na tylko przyjaciela. Czemu tego wcześniej nie zauważył?! Czemu był taki głupi i pozwolił, by to zaszło tak daleko?!
– A ja nie. Nie powinien do tego dopuścić. …Przepraszam cię. – odpowiedział ze skruchą w głosie.
Nie chciał złamać jej serca, choć pewnie i tak to zrobi. Czuł się jak ostatni drań.
Dziewczyna w tym momencie zwątpiła. Przeprasza ją za ten pocałunek, na który czekała od tak dawna? Nie miała mu czego wybaczać! Tylko dziękować!!!
– Ale za co ty mnie przepraszasz? – spytała lekko chichocząc. – …Za to, co do mnie czujesz?
– Właśnie za to. …Bo chyba nie czujemy tego samego. – nagle poczuła ostre, przeszywające ukłucie w sercu.
Nie, nie nie!!!
Pewnie znów źle go zrozumiała!!! Przez te nerwy ma problemy z koncentracją. I wcale mu się nie dziwiła. Też czuła, że żołądek boli ją ze zdenerwowania. Ten ból coraz bardziej się nasilał…
A Marek wcale tak nie czuje. Przecież ją pocałował…
Nie może… Nie…
– Jak to? – spytała, ale głos drżał jej coraz bardziej.
Przypomniała jej się pewna rozmowa, kiedy to Marek oświadczył jej, że wyjeżdża, a ona miała go więcej nie zobaczyć. Brzmiał teraz dziwnie znajomo, nawet jej pytanie, choć wtedy jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, była posągowa. Ta była bardziej ludzka, miała wymalowaną skruchę, niepewność, napięcie…
Zaczęła ciężej oddychać, bo wróciły dawne napady duszności. A myślała, że już się od nich uwolniła. Odkąd była z Markiem nie przypominała sobie, by cos jej dolegało.
Nogi robiły się jej jak z waty i wydawało jej się, że świat wokół niej zaczął się troszkę kolebać. Jakby była na karuzeli. Nie pamiętała kiedy ostatnio była na karuzeli, ale pamiętała te same, nieprzyjemne uczucie…
– Basia… jesteś świetną dziewczyną, bardzo cię lubię i nie wyobrażam sobie, żeby cię nie było w moim życiu, ale… nigdy nie chciałam by nasze relacje wybiegły poza przyjaźń. Za bardzo mi na tobie zależy, by to psuć. Gdyby coś nie wyszło… nigdy bym sobie nie wybaczył, że się skrzywdziłem.
– A skąd wiesz, że nie wyjdzie? Może nam się uda… Jestem pewna, że jeśli spróbujemy…
– Ja nie chce próbować. – odwrócił się do niej plecami. – Nie, kiedy wiem, że… nie czuje do ciebie nic więcej poza przyjaźnią. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek kogokolwiek pokocham…
Te słowa były jak nóż, wbite prosto w serce.
Zranił ją. Bardzo. Nawet nie przypuszczała, że można aż tak bardzo.
Słyszała pod skórą mocne, szybkie łomotanie serca, jak tykanie wskazówek u starego zegara. Ból w żołądku był teraz tak silny, że wyłączyła się na wszystkie inne odczucia. Duszności, zawroty głowy…
Nie mogła się otrząsnąć po tym co usłyszała. Stała w bezruchu, starając się, by zgromadzone łzy nie wypłynęły z brzegów.
Marek był zaniepokojony jej stanem. Wyglądała, jakby straciła kontakt z rzeczywistością. Puls mu gwałtownie przyśpieszył.
Chwycił ja za ramiona, wypowiadając jej imię, ale wyrwała się jak z procy.
– Nie dotykaj mnie!!! – krzyknęła, gdy nagle gula ściskająca jej gardło zniknęła.
Smutek, żal, bezsilność zamieniła we wściekłość.
Zdziwiony Marek spojrzał na nią z przerażeniem.
– Przepraszam. Nie chciałem cię zranić. Wiem co czujesz…
– Gówno wiesz. – wtrąciła się gwałtownie.
– Proszę cię, nie chcę cię stracić…
– Już straciłeś. Strąciłeś swoją szansę. …Wiesz co? Jesteś tchórzem! – nie chciał być niemiły, ale te słowa bardzo mu się nie spodobały.
Za to ona miała gdzieś, czy to mu się spodoba czy nie.
Była załamana nie zamierzała tego ukrywać. Przynajmniej nie w tej chwili, kiedy na moment wyszła na zewnątrz ze swojej skorupki, by znów się w niej zamknąć.
Wykrzyczy wszystko co ma mu do powiedzenia i znów będą mogli być przyjaciółmi.
Wypłacze się teraz, przy nim, by go trochę pognębić.
– Już wiem dlaczego z nikim ci nie wyszło! – mówiła przez płacz. – Bo kiedy zaczyna się układać, ty po prostu się wycofujesz! Nie chcesz się prawdziwie zaangażować, poddać uczuciu, bo panicznie boisz się porażki! Boisz się odrzucenia! Więc kiedy czujesz, że dziewczyna ma dosyć, zrywasz z nimi pierwszy! Nie zdziwię się, że żadna z Tobą nie wytrzyma! Nikt nie związałby się z facetem, który nie potrafi kochać!!! Ty w ogóle nie masz uczuć!!! – wykrzyczała mu w twarz, kiedy nagle usłyszeli dziwny dźwięk.
Jakby coś ciężkiego upadało na piaszczystą drogę przy dźwięku dzwonka.
Przerywają tą kłótnie, Marek wymienił z Basią tylko wrogie spojrzenie mówiące „Przesadziłaś” i pobiegł przed siebie.
Basia pozwalając sobie na chwile słabości, załkała ostatni raz, po czym przetarła policzki i pobiegła za Markiem.
– O Boże! – wymsknęło się Storosz.
Oboje zauważyli przewrócony rower a metr dalej nieprzytomną, na oko szesnastoletnią dziewczynę z mocno krwawiącym kolanem. Gdy do niej dobiegli właśnie poruszyła się, odzyskując przytomność.
Marek przykucnął przy niej.
Dziewczyna otwierając oczy miała wrażenie, że śni. Miała przed sobą obrazek jakiegoś aktora czy kogoś równie sławnego. Właśnie spotkała swojego księcia z bajki.
Uśmiechnęła się delikatnie.
– Ostrożnie. – gdy się odezwał zrozumiała, ze to się dzieje naprawdę!
Gdyby nie ból, byłaby wniebowzięta
– Uderzyłaś się w głowę i musiałaś na chwile strącić przytomność.
– Ał…. – jęknęła, czując ostry ból w kolanie przyprawiający o łzy.
– Wszystko będzie dobrze. – rzuciła Basia dla pocieszenia. – Masz telefon? Musimy zadzwonić po pogotowie.
– Nie. Nie trzeba. – odpowiedziała. – Mieszkam tu niedaleko. – odpowiedziała jeszcze nieco zamroczona.
– Musi obejrzeć cię lekarz. – wyjaśniła Basia.
Lubiła twarde dziewczyny, ale ona nie musiała zgrywać twardzielkę.
– Pogotowie tu tak szybko nie przyjedzie. Wrócę do domu.
– Nie może iść sama w takim stanie. – wtrącił się wreszcie Marek, karcąc Basię spojrzeniem.
Zauważył, że Basia najwyraźniej miała zamiar odpuścić.
W innych okolicznościach pewnie by tego nie zrobiła, ale sama nie czuła się najlepiej. Rozumiała jak drażniący może być upór.
Storosz wstała i odsunęła się o krok. Nie miała ochoty go już nawet oglądać.
– Możesz wstać? – spytał szesnastolatkę.
– Tak, tylko kolano…Strasznie boli. – Marek pomógł dziewczynie się podnieść, podtrzymując ją na ramieniu.
– Gdzie mieszkasz?
– O tam, w tamtym gospodarstwie. – wskazała palcem.
– Odprowadzimy cię…. Powoli. – rzucił za nich obojga i pomagał dziewczynie z chodzeniem.
Gdy jednak dostrzegł, że Basia została z tyłu, zawołał oschle:
– Baśka, idziesz?! – ze złowrogą miną, ale jednak ruszyła się z miejsca.
– I weź rower! – rozkazał, czym jeszcze bardziej ją zdenerwował.
Nie będzie jej mówić, co ma robić!
– Ał…. – znów jęknęła, choć tym razem wcale jej tak nie bolało.
– Boli, co? – dziewczyna nic nie powiedziała, tylko kiwnęła głową.
– Dziwię się, że jeszcze nie zaproponowałeś dziewczynie, że ją poniesiesz. – odgryzła się, gdy ich dogoniła.
– Ooo, to świetny pomysł. Pozwól… – uśmiechnął się do nastolatki i wziął ją na racę.
Speszona nastolatka lekko się zaczerwieniła, a przy tym uśmiechnęła z zadowoleniem.
Basia jedynie przymknęła na moment oczy.
Jeśli tak dalej mają sobie robić na złość, ona tego nie wytrzyma. Odejdzie, byle jak najdalej od niego.
– A ja nawet nie wiem, jak mas zna imię. – odważyła się przemówić.
– Marek.
– Jesteś moim bohaterem, Marek. – chłopak jedynie się roześmiał.

*****

Po niecałych pięciu minutach dochodzili na miejsce. Jakaś kobieta, która w tym czasie zajmowała się podlewaniem kwiatków w ogrodzie, widząc, że ktoś niesie jej córkę na rekach, natychmiast rzuciła konewkę i podbiegła
– Jezus Maria! Co się stało?! – spytała Basię i Marka, kiedy dziewczynka stała na nogach. – Mietek!!! – zdenerwowana zawołała męża. – Mietek, chodź tu, szybko!!!
– Martyna spadła z roweru. Na chwile straciła przytomność, więc powinna pani powiadomić lekarza. Poza tym kolano nie wygląda dobrze. – wyjaśniła Basia.
– Nic mi nie jest! – postawiła się dziewczyna, nie lubiąc, gdy ktoś traktuje ją jak dziecko i biega kolo niej cały czas.
– To już on oceni. – odpowiedział Brodecki dla rozweselenia.
– Pali się, czy co? Co jest? – nagle ze stodoły wyszedł mężczyzna z wąsem, po pięćdziesiątce.
Gdy zauważył z daleka w jakim stanie wróciła jego jedyna córka, podbiegł.
– Martyna spadła z roweru. Uderzyła się w głowę. A państwo byli tak mili, że odprowadzili ją do domu. ..Chodź kochanie. – zwróciła się do córki i obie powolutku kierowały się do domu.
– Jestem winien podziękowania. – rzucił gospodarz, kiedy zostali sami i uścisnął rękę Brodeckiemu.
– To nic takiego. – rzuciła Basia, a na jej twarzy na chwilę pojawił się uśmiech.
– To my już pójdziemy. Zostawiliśmy przy drodze samochód.
– I tak go nikt nie ukradnie. – rzuciła złośliwie Basia. – Ten rzęch zdechł na dobre. – wściekł się, że to powiedziała.
To nowy, sprawny samochód!! Najlepszy, jaki miał.
Spojrzał na nią wilkiem, ale ona tylko posłała mu ironiczny uśmieszek.
– Mogę pomóc. Mam znajomego mechanika.
– Nie, nie dziękujemy. Nie trzeba. Poradzimy sobie.
– On chciał powiedzieć, że nie mamy przy sobie pieniędzy na naprawdę. W ogóle Ne mamy. Okradli nas. Dwa razy. Znaczy jego dwa, mnie raz.
– Możesz przestać? – zapytał przez zaciśnięte zęby.
– I nie mamy gdzie spać. – dodała bardzo z siebie zadowolona.
– To się nawet dobrze składa. Zrobili państwo więcej dla mojego dziecka, niż bliscy sąsiedzi. Zapraszam do siebie. I nie przyjmuję odmowy. – dodał, kiedy Marek otwierał usta, by podziękować, ale nie przyjąć propozycji. – Tylko tak się odwdzięczę. A samochodem proszę się nie przejmować. Odholujemy go. A jutro zajmie się nim mechanik. Za darmo.
– Nie, nie. Nie mogę się na to zgodzić.
– Bardzo proszę. Martyna na pewno się ucieszy. – Basia spojrzała na Marka błagalnie, z nadzieją, że się zgodzi i choć teraz nie zrobi jej na złość.
Już tak dano nie brała kąpieli w wannie, leżała na wygodnym łóżku…


*****

„Jednak na świecie są jeszcze porządni i uczciwi ludzie” – przeszło Basi przez myśl, zaraz po tym jak gospodarz, pan Mieczysław Kwiatkowski zaoferował pomoc „zbłąkanym wędrowcom” z niesprawnym super autem, które nie powinno być narażone na żadną usterkę.
Na ustach dziewczyny aż pojawił się szeroki uśmiech.
Nie każdy bowiem w czasach królującej nieufności w relacjach międzyludzkich, przyjąłby do swojego domu dwójkę obcych „dzieciaków” bez obaw, że napotkał na złodziei, czy oszustów.
W tym wypadku jednak oboje pomogli jego córce, także Pan Mietek nie miał żadnych obiekcji. Uznał, że tej dwójce „dobrze z oczu patrzy”. A nigdy nie był też bezdusznym biurokratą, więc i teraz tez nie zamierzał zdzierać z nich skóry, skoro ich portfele nie były specjalnie pełne. Chodziło o zwykłą wdzięczność za okazane zainteresowanie sprzeczne z powszechną znieczulicą.
Jednakże Basia i Marek nie uważali, że ich pomoc była tak duża, by przyjąć za darmo pomoc gospodarza w naprawie samochodu. Zaoferowali Kwiatkowskiemu kolejne ręce do pracy na gospodarstwie. Mężczyzna dochodząc po chwili do wniosku, że wyskoczył z taką przysługą jak Filip z konopi przyjął propozycję.
We wszystkim widział dobre strony. Sam nie był już pierwszej młodości a reperacja samochodu w zamian za chwilowy odpoczynek od prac fizycznych to uczciwy układ. Oczywiście jego zamiarem nie było tez wykorzystywanie młodzieńczej witalności niewolniczo.
Marek tymczasem choć początkowo był bardziej skrępowany wreszcie się zgodził.
Teatr niepewnych i kwaśnych min zastąpił pięknym uśmiechem podziękowania. Jedno spojrzenie Basi upewniło go w tym, że postąpił dobrze.
Deal przypieczętowano uściskiem reki.
A z racji tego, iż za oknami powoli się ściemniało, oboje zostało zaproszenie na kolację.
Taki akt gościnności był zaskoczeniem zarówno dla Basi, ale bardziej dla Marka. Do jego domu nikt poza bliską rodziną nie przychodził bez wcześniejszej zapowiedzi. Telefonicznej, czy też słownej.
Był to z kolei pomysł pani Ani – żony gospodarza. Zaoferowała im także pokój, by mogli się wygodnie przespać. Naprawa samochodu musiała bowiem poczekać do jutra. Trzeba było pojechać po odpowiednią część do miasteczka w odległości kilkunastu kilometrów dalej od wioski.
Wymówki, że oboje znajdą sobie jakiś motel nie przeszły. Gospodarz i jego żona wiedzieli dobrze, że noclegiem w motelu byłoby rozłożone przednie siedzenie samochodu. Na to nie mogli pozwolić.
Na tą propozycję Marek zgodził się jeszcze bardziej niechętnie. Grzecznie podziękował za troskę, ale nie zdołał wykszesić z siebie zadowolenia.
Miał pewne obawy.
Zdaniem Marka byli to bardzo prości ludzie. A przynajmniej takie odniósł pierwsze wrażenie. Jasnym przesłaniem tego zaproszenia do wspólnego stołu było dla niego to, iż to oni sami będą głównym tematem rozmów. Niejako stali się przypadkiem bohaterami dnia.
Nie wypadało przecież cały czas milczeć. Według Brodeckiego muszą kłamać, by wyjść przy tej rodzinie z twarzą i jeszcze bardziej się nie upokarzać.
To, że nie stać ich nawet na drobną naprawę i muszą korzystać z cudzej uprzejmości Marek wziął jako uraz do siebie. Jeszcze bardziej poniżający od tego, że nie potrafi należycie zaopiekować się Basią, która wplątała się w to wszystko wyłącznie z jego winy.
Nadal miał do siebie żal, że gdyby Basia go nie poznała, siedziałaby teraz bezpiecznie w domu z rodzicami i popijała herbatę przed telewizorem.
Basia jednak nauczona, że odmowa zaproszenia mogłaby obrazić państwo Kwiatkowskich zgodziła się chętnie.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że tęskni za większym skupiskiem ludzi. Od paru tygodni jej jedynym kompanem był Marek, którego momentami miała dość. Zapewne z wzajemnością, a Kwiatkowscy wydali jej się naprawdę serdeczni.
Gdy oboje zasiedli do suto zastawionego stołu była już tam cała ich rodzina. Oprócz rodziców byli tam jeszcze Martyna i jej młodszy brat, trzynastoletni Łukasz. Najstarszy z synów miał już żonę i dwójkę dzieci. Mieszkali w sąsiedniej wsi i także mieli swoje gospodarstwo.
Z ust Basi nie schodził uśmiech na ten uroczy widok, za to Marek siedział jak na szpilkach. Czuł się dziwnie, nawet sam nie potrafił określić jak.
Basia musiała zatem kopnąć Marka pod stołem by się uśmiechnął. W zamian jednak otrzymała dyskretne karcące spojrzenie.
Na szczęście ciszę przerwała pani Ania.
– Zrobiłam bigos. Mam nadzieję, że lubicie państwo. – kobieta przyjaźnie się uśmiechnęła.
– Och tak. Uwielbiam. Bigos i pierogi ruskie mogłabym jeść codziennie. – wyznała Basia, która pierwsza przerwała zmowę milczenia.
– A Pani narzeczony? ¬– specjalnie sformułowała tak zdanie.
Chciała się dowiedzieć czegoś więcej o tej dwójce.
Tym wybudziła Marka z dziwnego letargu.
– Narzeczony? Nie! W życiu! Baśka i ja nie jesteśmy razem. – wyjaśnił, a Pani Kwiatkowska podniosła jedną brew, czym dyskretnie domagała się dalszych wyjaśnień. – Basia jest moją szwagierką. – jakoś dziwnie prosto udało mu się wymyślić to kłamstwo, które równie łatwo pociągnęły za sobą następne.
Marek żałował tylko, że dał dopowiedzieć je Basi.
– Marek niedługo się żeni.
– O to gratulacje. A jak ma na imię wybranka jeśli można spytać.
– Żadna tajemnica. Zuzia. Jest naprawdę piękna i mądra. – dodała Marek, uśmiechając się z samozaparciem, by wyjść na zakochanego.
– Zakochany, nie widzi wad. – odgryzła się. – A ten samochód to właśnie auto teścia Marka. – dodała Basia. – Zabije go, jeśli dowie się, że było coś przy nim robione. Tym tylko mógłby zebrać u niego kolejne minusy. ¬– wyjaśniła z nieco zaciśniętymi zębami, by zrobić Brodeckiemu na złość.
Marek jednak to podchwycił i kontynuował.
¬– Spokojnie. Myślę, że nawet jeśli to, to nie powód by odwołać ślub. – spojrzał wściekle na Basię, by ona dała mu mówić i siedziała cicho.
Bał się, że zaraz się wyda, że oboje kłamią.
– No nie wiem. Facet jest strasznie drobiazgowy. Bo wie pani… To córka radnego naszego miasta. – wszyscy zdawali się słuchać Basi z zaciekawieniem.
Nie wiedziała, że bajkopisarstwo to jest jej mocna strona. Aż zaczęło jej się to podobać.
Marek miał natomiast ochotę ją za to udusić. Czuł, że zaraz zapadnie się pod ziemię po jej bredniach. Musiał się odwdzięczyć.
– Dla tego pana… – kontynuowała. – …skromny salowy z przeciętnej rodziny to nie jest zbyt dobra partia. Nie ma zbytniego szacunku do osób, które szorują szpitalne podłogi i podają baseny. Gdyby Marek chociaż skończył studia i został lekarzem… To już inaczej by wyglądało.
– Rozumiem i wcale się nie dziwię. Każdy ojciec, chce dobrze wydać córkę, tylko, że czasem zapomina czum tkwi sens miłości. My na szczęście nie mamy tego problemu. Nasza synowa jest kochana i pomocna. – tym razem głos zabrał pan Kwiatkowski.
– Aaa, przypomniało mi się Basiu, że dzwonił Arek…. Mój brat. – wyjaśnił niewtajemniczonym. – Mówił, że Jaś znowu nie chce jeść i nie może sobie dać z nim rady.
¬– Ma pani dziecko? Głowę bym dała sobie uciąć, że nie. Ma pani świetną figurę.
– Dziękuję. – uśmiechnęła się, ale szczerze. – A Jaś był od zawsze niejadkiem. Jak ja z resztą. Stąd to wszystko.
– Widzi pani. Jeszcze broni takich wrzeszczących i płaczących dzieciaków.
– Mówił coś jeszcze? – dodała Basia, by podtrzymać temat. Wolała to, niż kolejne pytania od strony Kwiatkowskich.
– Że nawet jego przestaje słuchać? Ja oczywiście mówiłem Basi, że tak to się skończy, kiedy pozwala się na wszystko dziecku, ale oczywiście nikt mnie wtedy nie słuchał. Ale to wszystko kwestia wczesnego macierzyństwa… – mruknął ostentacyjnie. – Basia mogła po maturze iść na studia, ale… los chciał inaczej. Mimo to, jest bardzo oddana domowi. Tylko teraz udało jej się wyrwać. – Basia o mało co nie połknęłaby muchy.
Tego było za wiele. Z kłamstw zrodziły się wyścigi i słowne przepychanki. Idealne na rozładowanie skrywanej złości.
– A dokąd państwo się udajecie. Widać, że długa droga przed wami. – te niby proste pytania, zadawane z uprzejmości, czy ciekawości, zaczynały denerwować Marka. Wolał już skończyć ich temat.
– Yyy…Do mojej siostry. Mieszka we Frankfurcie nad Odrą. Jedziemy jej wręczyć zaproszenia. To co prawda dopiero za cztery miesiące, ale nie będziemy mieć okazji później pojechać.
– Chcemy też kupić tam garnitur. Suknia Zuzi przyleciała z Paryża. W rodzinnie panny młodej wszystko co kupione za euro jest lepsze. Pan młody nie może być gorszy.
– Z kajakiem na dachu? – zaśmiał się gospodarz. – Ale rozumiem pospiech, albo teść. – dodał wyrozumiale.
– Nie, nie. Kajak akurat jest mój. – wtem Marek zdał sobie sprawę, że to jedyne prawdziwe zdanie jakie powiedział. – Sprzedaje go mężowi mojej siostry dlatego wzięliśmy go ze sobą. – mężczyzna tylko skinął głową.
Markowi było strasznie głupio mówić to wszystko, ale Kwiatkowscy łatwiej przyswoili te kłamstwa, niż gdyby dowiedzieli się całej prawdy. Jedno jest pewne. Nie spoczęliby, gdyby nie dowiedzieli się o nich czegoś więcej.
– Ja już pójdę się położyć jeśli można. Jeszcze raz dziękuję za gościnę. – Marek wstał od stołu jako pierwszy. – zerwał się tak nagle, czym wywołał małe zaskoczenie.
Tylko tak mógł skończyć ich temat i kolejną serię kłamstw.
Kwiatkowscy jednak potraktowali to jak zwykłe zmęczenie.
– Ja także. Wszystko było bardzo pyszne. – uśmiechnęła się.
– Nie ma za co. To była dla nas przyjemność. Pokaże państwo pokoje.
„Pokoje?” – pomyślała Basia z uśmiechem.
Przynajmniej nie musiała się martwić jak oboje pomieściliby się w jednym łóżku. Jedna noc bez Brodeckiego pod nosem będzie dla niej niezwykłym odpoczynkiem. Dzisiaj była na niego taka wściekła, że nie miała ochoty go oglądać przed resztę dnia.

*****

Kiedy Kwiatkowska pokazała Basi pokój, ta od razu opadła na łóżko. Było takie wygodne, ani nie ma miękkie, ani nie za twarde. Idealne. Dopiero teraz poczuła jak bardzo jest zmęczona sypianiem w samochodzie, czy namiocie. Ledwo mogła ruszyć palcem. Całe ciało stało się nagle dziwnie ciężkie, powieki same się zamykały. Tylko perspektywa kąpieli w wannie była w stanie przywrócić ją do życia.
Po bardzo dłuższej chwili wykapana i pachnąca zniknęła ukryta pod pościelą. Ani się nie obejrzała a już zasnęła.
Z resztą oni nigdy nie miała problemów z zaśnięciem. Kończyło się na odliczeniu piątej owcy. Czasem dotarła do dwudziestki. Gorzej było z budzeniem.
Marek tymczasem wcale nie poszedł spać. Stał przy oknie w swoim pokoju, wpatrzony w widok wychodzący na pola kukurydzy. Po ciemku jednak widział tyko półksiężyc i gwiazdy.
Zastanawiał się nad tym dlaczego wcale nie żałuje, że pocałował Baśkę.
Ba, miał na to ochotę już od bardzo dawna.
Miał ochotę na to i o wiele więcej.
Jej usta były takie gładkie, nieco śliskie od bezbarwnego błyszczyka. Nie mógł przestać tego rozpamiętywać, a przecież sobie coś obiecał.
Zero pocałunków z Baśką.
Zero seksu z Baśką.
Zero czegokolwiek co wykracza poza granice przyjaźni.
Tylko, że on już dawno przestał traktować ją jak przyjaciółkę. Nigdy tak naprawdę nie traktował jej jak zwykłej przyjaciółkę. Zawsze chodziło o coś więcej.
Musiał mocno przetrzeć twarz, by się otrząsnąć.
„Teraz, kiedy powiedziałeś jasno, że nic między wami nie będzie, Basia kompletnie sobie ciebie odpuści” – usłyszał głos jego drugiej, diabelskiej strony, który dźwięczał mu w uszach, zagłuszając głos rozsądku, który mówił:
„Dobrze zrobiłeś, bo wiesz, że prędzej czy później byś ją skrzywdził”.
„Podoba ci się. Poderwij ją! Lubisz takie laski.” – odbierał argument siedzący w nim diabeł.
Jednak dzisiaj nic nie było w stanie zmusić Marka do zmiany decyzji.

*****

Kiedy sam wracał z łazienki wszędzie było już ciemno, co znaczyło, że wszyscy domownicy już śpią. Jeszcze z mokrymi włosami, z przewieszonym ręcznikiem na barku, zauważył lekko uchylone drzwi d pokoju Basi.
Wszedł po cichu by jej nie obudzić.
Spała na lewym boku, przykryta po samą szyję. Chwilę jej się przyglądał. Wydawała się taka dzielna, a zarazem delikatna jakby posiadała dwie różne osobowości.
Ciągle się zastanawiał dlaczego ona właściwie to robi. Dlaczego z nim tu jest. Jednocześnie jednak był jej za to wdzięczny. Wprowadziła trochę ładu w jego nieustabilizowane życie. Przypomniała o odpowiedzialności i trosce nie tylko o siebie. Wyleczyła z jakiegoś rodzaju egoizmu.
– Cieszę się, ze mną tu jesteś. – wyszeptał, przeczesując delikatnie niesfornie opadające na twarz kosmyki włosów dziewczyny.
Nie potrafiąc się powstrzymać, zanim bezszelestnie wyszedł, pocałował Basię w czoło i poprawił kołdrę.

*****

Następnego dnia Marek wstał możliwie jak najwcześniej, by zabrać się do pracy. Szybko się ubrał i ruszył korytarzem. Było coś po godzinie szóstej. Wszyscy jeszcze spali.
No…prawie wszyscy.
Będąc na nogach tak wcześnie nie spodziewał się, że już ktoś zdąży zablokować mu łazienkę.
– Baśka?! Długo jeszcze? – próbował krzyknąć, by popędzie dziewczynę, ale pozostawał mu tylko głośniejszy szept.
Nie chciał robić zamieszania. Obiecał sobie, że będzie niewidoczny jak powietrze, by nie przewracać tego domu do góry nogami.
Tymczasem Basia ubrana w szlafrok, stała przy lustrze, szczotkując mokre włosy. Swój czerwony plecak położyła na pralce, by na razie jej nie przeszkadzał.
Kiedy uporała się z rozczesaniem spętanych kosmyków, wyciągnęła z plecaka małe pudełeczko przypominające jakieś małe elektroniczne urządzenie, podobne do glukometra.
Cofnęła się jeszcze po mały flakonik perfum, który postawiła na umywalce.
– Baska, słyszysz mnie? Stoję tu już od dziesięciu minut! – usłyszała ponowne nawoływania.
Nie cierpiała tego jak ktoś ją poganiał. Od razu trzęsły jej się ręce i wszystko z nich wypadało. Zacisnęła zęby ze złości, że Marek jest aż tak niecierpliwy.
Musiał się jednak skupić na wykonywanej czynności, czego wcale jej nie ułatwiał.
– Baśka! – chwila ciszy sprawiła, że teraz głos Marka ją wystraszył.
Podskakując zrzuciła buteleczkę, która rozpiła się o kafelki. Poczuła jednocześnie dziwne ciepło przeciętej skóry i zapach krwi.
Wściekła pozbierała szybko swoje rzeczy, w tym zebrała delikatnie pękniętą na pół butelkę wrzucając do małego kosza i otworzyła zniecierpliwionemu chłopakowi.
– No nareszcie. Mogłaś jeszcze dłużej tam siedzieć. Nie ma czasu na zabiegi upiększające. Czeka nas robota.
– Nie mam ochoty na swoje kazania od rana. Właź i już nie marudź!
– Widzę, że wstałaś dzisiaj lewą nogą a myślałem, że to będzie spaniały dzień również dla ciebie. – uśmiechnął się łobuzersko.
– I był dopóki tu nie wszedłeś. – odgarnęła kosmyk z policzka, zostawiając po sobie stróżkę krwi.
Marek od razu to zauważył.
– Co ci się stało w palec? – chciał chwycić jej rękę, ale szybką ją wyrwała.
– Nic. Przecięłam się butelką perfum, które przed ciebie wylądowały na podłodze. – wbiła mu palec wskazujący w tors.
Odgryzł jej się robiąc głupią minę.
– Już się tak nie bocz. A następnym razem wstań jeszcze wcześniej.
– Bardzo śmieszne, wiesz? Lepiej znikaj już w tej łazience, bo naprawdę pomyślą, że lubimy się obijać. – jak powiedziała tak też zrobił.
Wrócił po dziesięciu minutach, kiedy Basia siedziała tam ponad trzydzieści.
Jak się później okazało także i pan Mietek już wstał. Pierwszym „zadaniem” Basi i Marka było czyszczenie koni. Mężczyzna pokazał co mają robić. O dziwo uwinęli się z tym dość szybko. Oboje jednak nie spodziewali się, ze prowadzenie gospodarstwa wymaga tyle pracy. Ciągle było coś do roboty. Jednak nie narzekali na wycisk. Mieli przy tym też dużo zabawy. Czasem nieco dziecinnej jak rzucanie się sianem.
Basia była wręcz oczarowana małymi kurczaczkami, którego nawet odważyła wziąć na rękę. O dziecka kochała wieś i zwierzaki wszelkiej maści.
Marek traktował to raczej jak formę przydatności, wdzięczności. Nie lubił mieć nigdzie dłużników.
Właśnie kiedy Marek przerzucał siano w stodole, Basi udało się niepostrzeżenie wymknąć na chwilowy odpoczynek i szklankę zwykłej wody. Umierała z pragnienia. W przeciwnym razie Marek nie oszczędził by jej bury, ze się obija, a on nie chce święcić za nią oczami.
Miała też inny powód, by się wymknąć, a mianowicie pustą lodówkę. Tej, której zawartość dla Marka, jak sądził, nie stanowiła tajemnicy, lecz nigdy nie mógł zajrzeć do środka i czegokolwiek z niej wyjmować.
Popijającą duszkiem wodę z kranu. Tak zastała Basię Martyna.
– Cześć. Od rana cię nie widziałam. Naprawdę ojciec musi dawać wam wycisk.
– No hej. – odpowiedziała, kiedy udało jej się dopić do końca. – Nie jest tak źle. Dajemy radę. Jak kolano?
– Już lepiej. Tylko głowa mnie jeszcze trochę boli przed tego guza, ale jest OK. Gdyby nie wy, byłoby ze mną cienko. Nie wiem jak doszłabym do domu. – uśmiechnęła się przyjaźnie.
– Raczej podziękowania należą się Markowi. To on cię niósł. – obie się zaśmiały.
– Racja. …Fajny z niego koleś. Pomocny i w ogóle. Pewnie żałujesz, że jesteś tylko jego szwagierką, co? – dziewczyna jak na siedemnastolatkę, była niezwykle odważna i nawet nieco wścibska.
– Nie, nie żałuje. Marek jak Marek. Też potrafi nieźle wkurzać! – kiedy tylko przychodził jej na myśl, od razu przypominała sobie ich wczorajszą rozmowę i miała ochotę albo się rozpłakać, albo porachować Brodeckiemu żebra, że dał jej złudną nadzieję.
– A jak twój synek? Dlaczego zgodziłaś się jechać do Niemiec z Markiem?
– Podobno mam niezły gust. – wypięła się dumnie, uśmiechając. – I nie zwracaj uwagi na to, co mówił Marek. ¬Dla niego dzieci to tylko pieluchy, bałagan i płacz. Nie dorósł jeszcze do ojcostwa, o ile kiedykolwiek dojrzy. – próbowała sobie wmawia, że z Markiem nigdy nie udałoby jej się stworzyć nic tak poważnego, więc nie warto byłoby się angażować.
Tylko tak mniej bolało.
„Od dzisiaj będę traktować Marka jak niedojrzałego gówniarza” – pomyślała. – „Doby z niego przyjaciel, ale chłopakiem nie ma szans by sprawdził się jako twój chłopak, Baśka” – postanowiła sobie wmawiać, by pozbyć się uczucia, jakim go niespodziewanie obdarzyła.
– Sorry, że to powiem, ale kompletnie nie pasujesz mi do obrazka Matki – Polki. Ile ty właściwie masz lat, dwadzieścia trzy, cztery? – Basia wzruszyła tylko ramionami.
– A o co wam wtedy poszło? Słyszałam jak się kłócicie. Wiem, trochę dziwne zwracać na takie coś uwagę, skoro zaraz możesz zaryć nosem o asfalt.
– Sprzeczaliśmy się o drogę. I o ten niesprawny samochód. – skłamała.
Postanowiła zmienić temat, by dziewczyna nie zadawała więcej pytań. Może i była sympatyczna, ale miała naturę dziennikarza śledczego, który za wszelką cenę musi odkryć prawdę.
– Słuchaj…Nie wiesz, gdzie tu jest najbliższa apteka? Potrzebuję czegoś.
– A tu, niedaleko. Mogę cię podmieść jakby co.
– Ale ty nie masz nawet jeszcze prawo jazdy. Jesteś niepełnoletnia.
– Dokument to tylko formalność. Od 15 roku życia sama uruchamiam traktor. Tutaj i tak każdy wszystkich zna i nikt nic nie powie. Tylko będziemy musiały wziąć malucha, bo tata wziął swojego merca i pojechał po części. – przekonywała dalej.
– Jednak wolę sama prowadzić, ty mnie pokierujesz.
– A gdzie pokieruje? – niespodziewanie do rozmowy włączył się Marek, stojąc w drzwiach od kuchni.
– Jedziemy do apteki, tu niedaleko. Chcesz też? – ta propozycja nie spodobała się Basi.
– Do apteki, a po co? – Marek zignorował ostatnie i dopytał o szczegóły.
– Babskie sprawy. Nie interesuj się. – odgryzała się Markowi, kiedy ten dziwnie się uśmiechał.
Pokierowała się w stronę wyjścia, a Martyna zaraz za nią. Na zewnątrz, dusząc to pytanie od paru sekund, zapytała:
– Jedziesz po tabletki?
– Jakie tabletki?
– No wiesz…antykoncepcyjne. – dopytywała dociekliwie.
– A tak. Powiedzmy…

Nacia - 2009-08-27, 21:59

Twins jesteście genialne :-) i w końcu był pocałunek szkoda tylko, że Marek sie wycofał, ale widac, że się oszukuje, że nic do niej nie czuje ;-) i błagam wyjawcie w końcu wielka tajemnicę Basi, ta prawdopodobna choroba strasznie mnie intryguje ;-)
Kasieńka - 2009-08-28, 08:32

No nareszcie ktoś zapełnił pustki w NT :D
Bliźniaczki, wy wiecie, że kapitalnie!
A B&M mogą sobie udawać, że nic pomiędzy nimi nie ma, ale... serce i tak wie swoje :D
Oby więcej takich długich, ciekawych części!
buuuź :*:*

Krymcia - 2009-08-28, 12:31

o luudzie jakie długie!!!
więcej takich!!!
się naczytałam tak że szok
czekam z niecierpiliwością na cedeczka

Twins - 2009-08-28, 14:56

Dzięki wielkie ;-*
Dopisywane, to takie długie wyszło :lol:

Stokrotka07 - 2009-08-28, 16:07

Och jak miło coś przeczytać wreszcie NT ożyło! ;-)
Twins genialnie! Dla mnie mogłoby by być jeszcze dłuższe :lol:
Ja tylko czekam na postępy w sprawie B&M :-D :*

Magdalena - 2009-08-28, 16:16

W zasadzie to co chciałam napisać już zostało napisane :-)
To napiszę tylko,że ja też czekam na kolejną część- oby była tak długa jak ta(a nawet dłuższa)ale żebyśmy nie musieli czekać na nią tyle co na poprzednią,ufff :-P
Tajemnica Basi w końcu zaczyna się wyjaśniać...
Szybko,szybko, raz dwa kolejną część :-D
plisss :lol:

Twins - 2009-08-28, 16:34

Dzięki jeszcze raz.
nie ma nas cały weekend, więc najprędzej w przyszłym tygodniu dopiero. :)

Ninuś - 2009-08-30, 22:00

Twins.
Że geniuszami jesteście to pisać nie musze, bo wiecie.
Wreszcie jakiś kiss!!! łaaaa!
Niech Marek już tak się nie broni, tylko powie jej o swoich uczuciach i niech spróbują, no!
Basia też niech się nie kryje!
Aż się boje pomyśleć, co w następnej części wymyślicie!
Czekam! ;****

sysia16223 - 2009-08-30, 23:49

Dziewczyny cudo! :-D
Baśka jest mistrzynią w kłamstwie :-)
Gadka o narzeczeństwie :-D :-P
Kapitalnie :-D
Niech Marek przestanie oszukiwać wreszcie sam siebie :-D !

Daisy - 2009-08-31, 11:24

Sysia, a kiedy coś Twojego?
Ninuś - 2009-08-31, 22:05

Sysia właśnie!


ale Daisy mogłabyś też coś napisać, bo strasznie dawno nic Twojego nie było. Stęskniliśmy się za Twoimi: np. Dwa światy :D i o Magdzie/Basi aktorce... i te inne Twoje niedokończone!

Kto pisze?

sysia16223 - 2009-08-31, 22:16

Może się zabiorę za dokończenie w końcu cześci... :-/
Aż mi wstyd, bo zawsze coś otworze i jakoś ciężko mi dojść do końca...
Przepraszam dziewczynki.
Mam nadzieje, że na dniach coś naskrobie :-)

Daisy - 2009-08-31, 22:19

Ja napiszę, jak się uporam ze swoimi innymi/ważniejszymi sprawami.
To sysia czekam ;) I na bliźniaczki też.

Twins - 2009-09-03, 09:53

Ej, dziewczyny, czy któraś coś napisze? :-(
Bo my niby miałyśmy się wziąć dzisiaj, ale jak nikt inny nie pisze, to brakuje nam motywacji...

Magdalena - 2009-09-03, 20:51

Cytat:
Ej, dziewczyny, czy któraś coś napisze? :-(

No ja nie pisze, nie mam takich zdolności... :-P

Twins napisał/a:

Bo my niby miałyśmy się wziąć dzisiaj, ale jak nikt inny nie pisze, to brakuje nam motywacji...

Ja jestem dla Was motywacją :lol: czekam tutaj z utęsknieniem na kolejną część!! :mrgreen: no napiszcie coś :-P

Twins - 2009-09-06, 21:21

Wiecie co...my chyba jutro zaczniemy pisać dalej, bo trochę męczy nas niedokończenie tego opa niby wakacyjnego ;)

No i czekamy na Was! Bo pustki straszne :(

Ninuś - 2009-09-08, 16:38

Czyli poczytamy sobie coś? :)

gdzie się podziewa Kasia? Daisy? Sysia? i te inne wszystkie wspaniałe pisarki ?
wiem, że się zaczeła szkoła (dla niektórych :lol: ) no ale chyba nie zapomnieliście o umierającej NT? :(

Twins - 2009-09-08, 16:50

My zaczęłyśmy, ale mozolnie nam szło, więc jutro będzie drugie podejście. :)
Kasieńka - 2009-09-09, 20:24

Bliźniaczki, czekam na cedek i czekam i się doczekać nie mogę :D
Kiedy możemy na niego liczyć?

Twins - 2009-09-09, 20:27

Postaramy się, by już na piątek było, bo jutro wyjeżdżamy na cały dzień :)
olka - 2009-09-10, 18:40

Bliźniaczki bosko, bosko, bosko! :-D
Nareszcie pojawił się ten wyczekiwany kiss!
Ratujecie nam to podupadające NT i chwała Wam za to! :lol:
Czekam na kolejny cedek. Mistrzynie :*:*:* ;-)

Swoją drogą 2 tyg. mnie nie było, miałam nadzieje, że może coś ruszy w końcu w tym temacie, a tu nic. Jak mówią nadzieja matką głupich. Ale przecież, każda matka kocha swoje dzieci :lol: Więc nadal trzymam kciuki! Klawiatury w dłoń i do dzieła! :mrgreen:

Daisy - 2009-09-10, 20:35

olka napisał/a:
Więc nadal trzymam kciuki! Klawiatury w dłoń i do dzieła! :mrgreen:


Ola, to tyczy się również Ciebie ;)

olka - 2009-09-10, 22:10

Daisy napisał/a:
olka napisał/a:
Więc nadal trzymam kciuki! Klawiatury w dłoń i do dzieła! :mrgreen:


Ola, to tyczy się również Ciebie ;)


Ja po formacie nie mam worda i narazie prowadze jego pilne poszukiwania :576: A bez worda ja nie pisze.

Ninuś - 2009-09-12, 14:59

matko jakie tu pustki! :-( :-( :-(

sory, maruda ze mnie wielka.

Twins - 2009-09-14, 15:15

Trzeba wreszcie skończyć :lol:

XIV


A tak poza tym, cieszę się, że wreszcie raczyłeś mnie powiadomić, gdzie się włóczysz z tą swoją nową Blondi. Już myślałam, że tak Ci się poprzestawiało w tej twojej przystojnej główce, że kompletnie zapomniałeś o przyjaciołach, którzy się o ciebie martwią, kretynie.
– Miła jak zawsze. – skomentował Marek z uśmiechem.
Od niespełna pięciu minut korzystając z dobrodziejstw technologii, gawędził przez Skypa z Zuzią.
Pozostawiony pusty pokój Martyny, dla bezpieczeństwa prywatności, której nastolatka nie śmiała przekraczać, dawał Markowi swobodę rozmowy.
Byłabym o wiele milsza, gdybyś wreszcie zmądrzał i wrócił do Warszawy. W końcu miałeś pewne plany, zapomniałeś już o tym? W sierpniu zaczyna się nabór.
– Moje plany będą musiały niestety poczekać, albo w najgorszym wypadku, zastąpię je przez inne. Normalka. – skwitował, by dziewczyna nie brnęła dalej w ten temat.
Jasne. – odpowiedziała złośliwie.
– Ale chyba widząc mnie i słysząc jednocześnie, pierwszy raz od tak dawna, myślałem, że masz mi coś więcej do powiedzenia? Nie zapytasz nawet jak się czuje?
Przecież widzę, że świetnie. Co mnie dziwi z resztą. O co mam jeszcze pytać? Czy kolejny raz nie trafiłeś na izbę przyjęć, bo dwóm łepkom spodobał się twój zegarek?
– Właściwie to tym razem był to jakiś szczeniak z ulicy ze skłonnościami do kleptomanii. – sprostował. – Zabrał nam trochę kasy, ale już stajemy na nogi. – nawet sam nie zauważył, kiedy egoistyczne „ja”, zmieniło się na opiekuńcze ”my”.
Żartujesz, tak? – trochę zamazana przez jakość obrazu z kamery internetowej twarz Zuzi, wyrażała teraz mieszankę zdziwienie i strachu. – Marek, powiedź, że to nie prawda! To wcale nie jest śmieszne! – jej zmartwiony głos sprawił, że Marek poczuł wyrzuty sumienia.
Nie pomyślał, że jego przyjaciółka pod maską ironii i wzajemnego dogryzania, może naprawdę być zaniepokojona jego tułaczką. Tym bardziej, że nie rozumiała jak mógł lekkomyślnie postąpić.
– Chciałbym, ale nie mogę. …Ale ej! Żyję i nam się dobrze, tak? Obiecuję, że będę się częściej odzywał jak tylko dojadę do… Paryża. – westchnął, jakby sam nie był pewny swojej decyzji powziętej w przypływie gniewu.
A co z Basią? – tym pytaniem dziewczyna zbiła Brodeckiego z tropu. – Pojedzie z tobą do ciotki?
– A gdzie?! Skąd! – zaprzeczył kategorycznie.
Bo tak właśnie myślałam. – dodała Zuzia z nietęgą miną.
Skrzyżowała ręce na obrotowym krześle, jakie można było dostrzec w okienku.
Marek znał już to spojrzenie.
Przeszyła go fala irytacji i złości. Nie cierpiał, kiedy wpatrywała się w niego jak oskarżyciel.
– Zaraz! Wyjaśnijmy sobie coś, ok.? Nic między nami nie było! Nie uwiodłem jej, bo nawet jeśli, byłaby na to zbyt naiwna, a to żadna frajda. Przyjaźnimy się tylko. Tak jak z Tobą. – nie chciał, by źle pojmowała ich relacje.
W jego znajomości z Basią nie może być mowy o żadnej wzajemnej chemii. Musiał zapomnieć jak ta jej niewinność jest kusząca.
Dlaczego tylko im częściej sobie tego odmawiał, tym większą miał na to ochotę?
Wszystko może się zmienić. Przecież wiem, że lubisz blondynki. – dodała dziewczyna po chwili, podśmiechując się kpiąco pod nosem.
Zgromiło ją jednak jedno groźne spojrzenie Marka.
Fałszywe. Wcale nie był zły, że coś mu zasugerowała.
Przecież Basia go pociągała i wcale nie dlatego, ze była naturalną blondynką. Nie miała ani długich nóg, ani też nie emanowała seksapilem. Nigdy więc nie przypuszczał, że może mu się spodobać typ niedostępnej cnotki.
Jednak, kiedy tylko o niej pomyślał, odpływał w dalekie krańce swojej wyobraźni.
Czasem wydawało mu się nawet, że to tylko gra tej bezdusznej dziewczyny, że sprawia jej przyjemność zakrywanie tego, co najchętniej sam by odsłonił. Swoje reakcje fizyczne tłumaczył jako normalne u faceta z dużą ilością testosteronu i wyraźnym chromosomem Y. Nie byłby nim, gdyby Basia na niego nie działała. Był gotowy nazwać palantem każdego, kto nie widział w niej tego, co on.
Już nic nie mówię. Ale uznaj, że miałam prawo pomyśleć, że między wami musi byc naprawdę coś dużego, skoro ją ze sobą zabrałeś? Zwykła przyjaźń wyglądała przy tym blado. – wyjaśniła dalej Markowi swoje wcześniejsze spostrzeżenia, sprowadzając go na zmienię.
Zuzia nie miała powodu myśleć, że jest inaczej. Marek nie dał jej takiego prawa już na wstępie, zanim zdążyła o cokolwiek podpytać.
To prawie zawsze oznaczało tylko jedno: „nie jest w moim typie”.
Gdyby jednak znała prawdę musiałaby przyznać przyjacielowi, że jest cholernie dobry w oszukiwaniu innych i samego siebie. Przed badaniem na wariografie potrafił by sobie wmówić wszystko. Dowolną ilość bzdur i to tak skutecznie, że ta głupia maszyna przyjmując je za niepodważalną prawdę, niczego by nie wykryła. Nie doszukałaby się cienia kłamstwa.
Na wierzchu łatwa do odczytania, przejrzysta karta, w środku kameleon, z silnym hasłem dostępu – taki był Marek Brodecki. Drugie „ja”, możliwe do odkrycia, tylko w granicach, które sam wcześniej wyznaczy.
– Zuzia? Halo? – zamyślona, znieruchomiała dziewczyna, dopiero po nawoływaniach Marka wróciła do siebie.
On nie mógł wiedzieć, że to nie kamera zawiesiła obraz.
Jestem, jestem. Strasznie dziś muli mi Internet. Cieszę się, że na tym zadupiu do reszty nie zdziczałeś. – uśmiechnęła się szczerze.
– Jest w porządku. To bardzo mili ludzie. Musze już kończyć, bo Baśka za dużo sobie pofolguje. Odezwę się jeszcze.
Ok. Następnym razem niech usiądzie obok. Chciałabym ją wreszcie poznać.
– No nie wiem. Zobaczymy. Pa.
Trzymaj się. – zdążył jeszcze usłyszeć słowa pożegnania nim się rozłączył.
Chwile potem usłyszał pukanie do drzwi.
Domyślając się, że to Martyna, otworzył.
– Skończyłeś już rozmawiać z dziewczyną? – zapytała z marszu, wchodząc do pokoju.
– Tak. Dzięki. – uśmiechnęła się delikatnie w geście podziękowania. – Wiesz, gdzie jest Basia? – zapytał od razu, zdając sobie sprawę z tego, że licealistka jest najbardziej zainteresowana nowymi lokatorami.
– W stodole? …Wydała się być trochę wkurzona na ciebie… – delikatnie starała się podpytać o przyczynę.
– Nie zauważyłem. Wydaje ci się. – udawał głupa. – Lepiej zajmij się tą matematyką. Nie chce być zawaliła tą poprawkę. Ciesz się, że masz tego komisa teraz, a nie w sierpniu.
– Żartujesz?! Potrzebowałam chwile oddechu! A ty mi dałeś ku temu dobrą okazję. I starzy nie marudzili, bo nie odmawia się gościowi.
– Dobra, dobra. Spadaj do nauki.
– Przestań udawać. Dobrze jaja wiesz, że szkoła jest drętwa, a nauczyciele to roboty do wpijania ram programowych.
– Później cię przepytam, nie żartuje. – Martyna przewróciła oczami.
– Myślałam, że chociaż ty mnie jeszcze rozumiesz. Nie jesteś jeszcze stary. –marudziła dalej, niechętna przerobić materiał na sprawdzian jaki jej pozostał.
Marek sam zamknął za nią drzwi, śmiejąc się pod nosem.
Żałował, ze nie miał młodszej siostry. Mógłby się na nią trochę poznęcać…

W tym samym czasie w Warszawie, Zuzia zamykała właśnie komputer, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Nie była z nikim umówiona, ale od razu pomyślała, że to Szczepan znowu czegoś zapomniał, by tylko mieć powód, by znowu się u niej pojawić.
Uśmiechnięta delikatnie, lekkim krokiem pobiegła otworzyć.
Nie był to Szczepan.
Nie była to osoba, którą nawet znała.
Kojarzyła tego faceta z telewizji. I to nie z jakiegoś programu, tylko wiadomości. Widziała go raz, czy dwa.
Oba to komunikaty stołecznej policji o seryjnym mordercach.
Informacje nieprzyjemne, nawet bardzo.
„Więc co do cholery robi tu ten gliniarz?” – pomyślała.
Ani nikogo nie zamordowała. Nikogo nie ukrywa. A jakby w jej gronie popełniono morderstwo już by o tym wiedziała. To małe osiedle.
– Słucham? – odpowiedziała wreszcie.
– Komisarz Adam Zawada. Komenda stołeczna. Mogę pani zająć chwilę?
– Ale o co chodzi? – była zdezorientowana, ale zaprosiła komisarza ruchem ręki do środka. – Kawy, herbaty? – zaproponowała z uprzejmości.
Zawada w tym czasie rozglądał się po pomieszczeniu z wielka uwagą i skupieniem. Typowe M4. Duży pokój z kanapa, fotelem i telewizorem.
– Nie dziękuję. Można? – stojąc nad kanapa, zapytał, czy może usiąść.
– Proszę. Tylko nadal nie rozumiem o co chodzi.
– Zna pani dobrze Marka Brodeckiego? – to dopiero pierwsze pytanie, a ona czuła, że zaczyna się dziać coś niedobrego.
– A nie uważa pan, ze to moja osobista sprawa, kogo znam, a kogo nie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
– Nie, kiedy na pani przyjacielu ciąży podejrzenie o poważne przestępstwo. – wyjaśnił surowym tonem, nie znoszącym wykrętów. – Dowiedziałem się, że się przyjaźnicie.
– Ja nic nie wiem. Nie znam tego tam…Marka. – na kilometr szło wyczuć, że kłamie.
Rozbiegane oczy, niepewny głos. Atrybuty kłamcy – amatora.
Z pewnością taki stary wyga jak Zawada nie dałby się temu oszukać.
– Posłuchaj mnie! To nie jest zabawa, a ja nie jestem tutaj, by się bawić się z Tobą w kotka i myszkę! – wyciągnął szybko z kieszeni fotografię Basi. – Rodzice tej dziewczyny odchodzą od zmysłów, myśląc, że Marek uprowadził ich córkę. Jeśli cokolwiek wiesz powiedź to, bo nie chcesz jeszcze bardziej pogorszyć sytuacji twojego przyjaciela! Kontaktował się z tobą, więc na pewno wiesz, gdzie obije teraz są! – coraz głośniejszy ton policjanta, świadczył o tym, że facet nie żartował.
To on miał na Marka mocnego haka. Jej wykręty nic nie pomagają.
– Ale ja naprawdę za dużo nie wiem. Kontaktował się ze mną dzisiaj, ale za wiele nie powiedział. Wiem za to na pewno, że nikogo na siłę nie uprowadził. Basia sama zaproponowała, że z nim pojedzie. Ma ją wysadzić na granicy niemieckiej i sam ruszyć dalej.
– Gdzie się zatrzymali?
– Na jakimś gospodarstwie? Nawalił im samochód. Nie wiem gdzie. Nie powiedział dokładnie, a ja nie chciałam pytać. Marek z resztą i tak by mi nie powiedział, bo wie jaka ze mnie gaduła.
– Adres. – i tym razem kłamstwa Zuzi nie uszły uwadze komisarza.
– Gdzieś na Polnej w Krzeszycach. Nic więcej nie wiem. – odpowiedziała zła równie mocno na siebie, co i na Zawadę.
Czuła się jak Judasz, wyjawiając miejsce pobytu przyjaciela.

*****

To jak nie gojąca się rana w sercu.
Dokuczała jej już kolejnej nocy. Nie mogła zasnąć myśląc tylko o tym, jak bardzo boli odtrącenie. Ale nie to było w tym wszystkim najgorsze.
Straciła coś bardzo cennego. Coś do czego już zdążyła się przyzwyczaić i z czym nie potrafiła, nie chciała się rozstać tak nagle. Dlaczego musiał zabrać jej akurat to?
Marek już nie był dla niej tym, kim myślała, że był.
Przestał na nią działać.
To jak nagłe odstawienie leku. Przez chwilę jeszcze czujesz efekty jego działania, ale potem jest coraz gorzej. Coraz trudniej jest się pogodzić z powrotem do normalności.
A ona właśnie tak się czuła. Normalnie. Prawie normalnie.
Znów uderzyło w nią to, z czym zmagała się zanim poznała Marka. Jednak teraz było jeszcze gorzej. Jej znienawidzony koszmar niemal powali ją, bezbronną na ziemię, by nie mogła się podnieść. Widmo wróciło jeszcze silniejsze.
Zmęczenie, senność, złe samopoczucie, brak chęci do życia.
A już myślała, że się od tego uwolniła! Że Marek ją z tego wyleczył!
To nieprawda. Może on jej nie potrzebował, ale ona potrzebowała jego. Potrzebowała jego pogody ducha, którą w nią zaszczepił. Bez niego już nie miała sił.
Ale może to i lepiej, że tak się stało?
Czuła, że uzależniła się od Marka. W pewnej chwili stał się jej narkotykiem, jej nałogiem. To dzięki niemu prawie zapomniała o swoich dziwactwach. A nie powinna zapominać. Nie powinna zapominać, że nie jest do końca normalna.
Zwariowała. Kompletnie straciła rozum i nawet nie zdawała sobie sprawy, że jest w niebezpieczeństwie. Przez te wszystkie dni żyła w świecie iluzji swojego ogłupionego umysłu. Nie zapaliła jej się nawet czerwona lampka. Czy to możliwe, by mogła dać się Mu otumanić, zwieść odurzającym halucynacjom?!
Jej intuicja pierwszy raz ją zawiodła.
Dobrze, że wreszcie ocknęła się z letargu. Wyrwała spod Jego niszczycielskiego wpływu. Teraz już wszystko nabierało sensu. Marek działał na nią tak mocno, że straciła instynkt samozachowawczy. Powoli ją od siebie uzależniał. Zrobił z niej ćpunkę.
Tylko odwyk może ją uratować.
„Nie dam się drugi oszukać zmysłom” – postanowiła.
Musiała tylko zniszczyć w sobie to, co zdążył w niej zasiać.
Ale czy jest wystarczająco silna? Czy jest gotowa to zrobić, kiedy nadal jakaś jej cześć wymykała się spod kontroli?
Z całych sił próbowała ignorować Jego obecność. Wmawiała sobie, że Go nie ma. Skupiała swoją uwagę na robocie. Tylko tak to drażniące uczucie poirytowania słabło.
Zerkał na nią perfidnie, kiedy tylko miał ku temu okazję.
Pomagał właścicielowi gospodarstwa w przenoszeniu ciężkich worków z paszą dla zwierząt. Miała ochotę ucałować Kwiatkowskiego, że nie została z Nim sam na sam.
Tylko dlaczego Marek jej się tak przygląda?
– „Myśli, że tego nie widzę?” – pomyślała.
Wzięła parę głębszych oddechów. Nie wyprowadzi jej z równowagi.
Zadanie, jakie jej przydzielono akurat jej się podobało, bo kochała zwierzęta. W dzieciństwie uwielbiała dokarmiać pieska ciotki Staśki, Markusa. Kochała też wizyty w zoo.
Niestety po kilkunastu minutach Marek oświadczył gospodarzowi, że poradzi sobie sam, a pan Kwiatkowski wyszedł ze stajni.
Zrobił to specjalnie?!
Wbiła w niego gniewne spojrzenie.
Marek długo bił się z myślami, jak ma się zachować. Nie chciał jeszcze bardziej tego komplikować. Wiedział, że Basia czuje do niego żal i ma prawo, ale w końcu dotarło do niego, że musi z nią porozmawiać. Czuł się winny, że od dwóch dni go unikała. Nie chciał, by teraz ich relacje wyglądały w ten sposób. Przecież tyle razem przeszli.
„O nie, idzie tu.” – rzuciła do siebie i odwróciła się do niego plecami.
– Pomóc ci? – zagadał.
– Nie. Sama to zrobię. – odparła oschle.
Spojrzał na nią ze skruchą, ale przez dłuższą chwile nic nie powiedział. Odważył się, kiedy miała go wyminąć. Zastąpił jej przejście.
– Już skończyłam. – wytłumaczyła, spoglądając mu w oczy ze złością.
Nie będzie jej zatrzymywać.
– Dlaczego mnie unikasz? – spytał szczerze.
– Nie unikam. Po prostu nie chcę z Tobą rozmawiać. – rzuciła bez ogródek.
Ostatnie o czym teraz marzyła byłaby zabawa w niedomówienia, więc odpowiedziała prosto z mostu.
– Przez tamtą rozmowę? Nadal masz do mnie żal. – wywnioskował na głos.
– A myślałeś, że jak to przyjmę? Najpierw zrobiłeś mi nadzieję, że będziemy razem, a potem…
– Niczego takiego ci nie obiecywałem! – skrzywił się wyraźnie.
Zauważyła to. Był zniesmaczony jakby przed chwilą zjadł kwaśną cytrynę albo usłyszał podłe kłamstwo.
Miała ochotę go rozszarpać. Mogła się spodziewać, że się wszystkiego wyprze.
– Masz rację. – odparła ironicznie. – Sama to sobie wymyśliłam. – miał już szykować ciętą ripostę, ale wziął głębszy oddech, by się uspokoić.
Nerwy w niczym nie pomogą, by się pogodzili.
Widocznie punkt widzenia Basi jest zupełnie inny niż jego i musiał go zaakceptować. Była kobietą. Mogła to wszystko inaczej zinterpretować, widzieć.
– Dobrze, niech ci będzie. Być może to moja wina. Mogłem powiedzieć ci to wcześniej. Ale przeprosiłem cię. Co mam jeszcze zrobić?
– Nic. – odparła obojętnie. – Nie musisz nic robić.
Spojrzała na niego tak lodowato, że przeszedł mu dreszcz z zimna. Przypominała teraz królowa śniegu. A on sam czuł się jak na Syberii, mimo, że na zewnątrz temperatura sięgała 25 stopni w cieniu.
– Będziesz się tak teraz zachowywała? Chodziła obrażona?
– Może. – znów odwróciła od niego wzrok, udając, że mało ją interesuje.
Westchnął.
– Baśka, zrozum, byłoby gorzej, gdybym cię oszukiwał. Chciałabyś tego? – znieruchomiała na moment.
Dałby głowę, że się nad tym zastanawia.
– Nie. – szepnęła do siebie, ale i tak usłyszał.
Uniosła głowę. Była łagodniejsza.
– Basia… – niespodziewanie położył dłonie na jej ramionach.
Nie odsunęła się.
Była zbyt słaba
To nie możemy po prostu o tym zapomnieć? Nie szkoda ci naszej przyjaźni? Chcesz to wszystko popsuć przez jedno, głupie nieporozumienie?
Być może by mu wybaczyła.
Być może zadowoliła przyjaźnią, gdyby nie to…
Ocknęła się nagle, jakby miała klapki na oczach.
Momentalnie pojawiły się łzy, które szybko pohamowała, by nie pociekły.
Spłycił to o zwykłego „nieporozumienia”? Niemożliwe. Nie mógłby tego zrobić.
– Nieporozumienie? – spytała z niedowierzaniem, z lekką chrypką. – Nazywaj sobie to jak chcesz, ale ja nie będę traktować tego, że cię kocham jak zwykłe nieporozumienie!!! – wykrzyczała mu twarz i wyrywając się ruszyła do wyjścia ze stajni.
Przez chwilę Marek stał w osłupieniu.
Basia przed chwilą wyznała mu miłość? Nie miał pojęcia, że to aż tak poważna sprawa. Myślał, że to zwykłe zauroczenie młodej dziewczyny.
Musiał coś zrobić.
– Baśka! Zaczekaj. Gdzie ty idziesz? – krzyczał, ale nie zamierzała się zatrzymać.
– Do stodoły. Przerzucać siano! I nie chcę cię tam widzieć! – odkrzyknęła i wyszła, zostawiając Marka samego.

*****

Nieporozumienie.
– „Sam to jedno wielkie nieporozumienie”. – pomyślała.
Teraz czuła bardziej wściekłość niż smutek. To pierwsze przynajmniej potrafiła jakoś spożytkować. Z drugim nie potrafiła sobie poradzić.
Zrobiła największy błąd w życiu zakochując się właśnie w nim.
Czemu nikt jej nie ostrzegł? Czemu ona była taka głupia?
Zadręczając się pytaniami uzbrojona w widły (prawie że większe od niziutkiej dziewczyny) Basia przerzucała siano z jednego stosu na drugi. Mruczała przy tym coś niezrozumiale pod nosem.
Zajęta, odwrócona plecami do drzwi nie zauważyła, jak ktoś zaczął się skradać. Zmierzał zaciekawiony w kierunku owej nieznajomej. Dopiero stukot eleganckich, wypastowanych butów obudził jej czujność.
Tego było już za wiele!
Odwróciła się gwałtownie z widłami w ręku.
– Mówiłam ci, że nie chcę cię tu widzieć! – krzyknęła.
Mężczyzna zdążył odskoczyć w bok w z rękoma uniesionymi w górę na znak pokoju.
– Przepraszam, ale przychodzę w pokojowych zamiarach… – Basia wybałuszyła oczy.
Nie był to jak się spodziewała Marek, a wysoki brunet w dobrze skrojonym garniturze i okularach na nosie.
Nie, żeby ich potrzebował. Zakładał je po tym, jak siostra powiedziała mu, że wygląda w nich mądrzej i starzej.
Chłopak uśmiechnął się przyjaźnie do nieco przestraszonej Basi, a ona szybko odwzajemniła ten uśmiech, patrząc na niego nieprzytomnie.
Ten nieznajomy zrobił na niej wrażenie.

Tymczasem Marek nie mógł tak tego zostawić. Dręczyło go to, co przed chwilą powiedziała. Wyznała mu swoje uczucia, a on nic nie zrobił.
Co prawda nie wiedział, jakby się zachował, gdyby powiedziała to jeszcze raz na spokojnie, ale nie chciał, by przez niego cierpiała.
Musi z nią porozmawiać. Inaczej zwariuje!
Wejdzie tam! I ma w nosie, że sobie tego nie życzy. Może krzyczeć, protestować. Nawet płakać. Nie ugnie się. Nie wyjdzie, póki nie porozmawiają!
Pewnie teraz wypłakuje sobie oczy…
Zdecydowanym ruchem nacisnął klamkę.
– Baśka musimy poro… – urwał, zauważając jak Basia i jakiś koleś, którego nie znał bardzo tak dobrze bawią się w swoim towarzystwie, że nawet go nie zauważyli.
Siedzieli na jednym snopku siana, a Basia płakała ze śmiechu.
Wrócili na ziemię dopiero, gdy Marek odchrząknął. Stał ze skrzyżowanymi rękoma i dziwnym wyrazem twarzy.
Pierwszy zwrócił na niego uwagę Jacek.
– Basia… – powiedział, a ona natychmiast odwrócił głowę, trafiając prosto na gniewne spojrzenie Marka.
Była nieco zmieszana, ale nie potrafiła się nie uśmiechać.
Za to zdenerwowany Brodecki czekał na wyjaśniania. Dał się wrobić w wyrzuty sumienia jak głupi. Kiedy on się bił się z myślami, ona zwyczajnie śmiała się z tym „Lolkiem”, jak określił chłopaka.
Myślał, ze ujrzy ja choć odrobinę smutną. Najwyraźniej szybko ten koleś ja pocieszył.
Czuł złość. Taką, jakiej nigdy wcześniej.
Niech nie myśli, że jest zazdrosny. Wcale nie jest zazdrosny.
Jest cholernie zazdrosny! I wściekły!
– Yyy… Poznaj Marku… – rzuciła oficjalnie, kątem oka spoglądając na uśmiechniętego chłopaka po swojej prawej. – To…
– Jacek. – wyprzedził dziewczynę. – Syn gospodarza. – wyciągnął rękę do przywitania…

Magdalena - 2009-09-14, 16:18

Wiecie co,żebyście kazały nam tyle na siebie czekać! nieładnie :-P
No i bardzo ładnie! Teraz zazdrosny Mareczek zacznie w końcu działać i przestanie oszukiwać siebie i Basie!
I bez żadnej taryfy ulgowej-Basie na spacerek z Jacentym, kolacje,zabawę wiejską....a Marek niech kombinuje :-P tak wiem wredna jestem :mrgreen: ale należy mu się :mrgreen:
No i czekam na koleją cześć ;-) Zresztą Wy wiecie :-P

Ninuś - 2009-09-14, 17:57

no nareszcie!
cudowny cedek! ale zaskoczyło mnie, że Basia tak ot tak, tak prosto z mostu powiedziała, że kocha Marka. No tak... a ten nawet nie zareagował... spóźniony! :D
Toooo się teraz dopiero zacznie zabawa! Mam nadzieje że scen zazdrości pomiędzy Basią, Markiem i tym... g... Jackiem nie zabraknie :D hehe!
i jestem ciekawa co się bedzie działo, kiedy Zawada przybędzie na gospodarstwo. :-P
genialnie dziewczyny! Wy to wiecie! ;*** :*** ale prosze Was, nie pozwólcie już TAK DŁUGO na siebie czekać! zlitujcie się! :*:*


gdzie się Kasia z Daisy podziewają?

Stokrotka07 - 2009-09-14, 21:11

Ale fajne opowiadanko!
Zaskoczyła mnie trochę reakcja Basi, ale oczywiście jestem bardzo ciekawa, jak to się wszystko dalej potoczy ;-)
Twins, genialnie ;-)

Twins - 2009-09-15, 19:29

Dzięki wielkie. ;-**
A teraz czekamy na Dejz, Kasie, Ole i całą resztę ;D

Mija - 2009-09-15, 19:38

Twins ta część bardzo mi się podobała :-D chociaż atmosfera zrobiła się ciężka... a cóż Jacuś pewnie jej nie rozluźni :P
Czekam na cedeka :*

Twins - 2009-09-15, 19:52

A my czekamy az wreszcie Ty coś skrobniesz ;D
Tęsknimy :D

Mija - 2009-09-16, 21:41

Twins napisał/a:
A my czekamy az wreszcie Ty coś skrobniesz ;D
Tęsknimy :D


Dziękuję bardzo, ale ja już chyba nie potrafię :-P więc z mojej twórczości raczej nic nie będzie ;-)

Twins - 2009-09-17, 13:27

A nam się jednak wydaje, że potrafisz :D
Talentu się nie zapomina :)
W każdym razie my przeczytamy wszystko z wielką chęcią. :D

kasanna84 - 2009-09-17, 14:14

Hejka:) mam w planach zrobić teledysk') z M. i B. w rolach głównych:) ale pilnie bym potrzebowała Maćka z Pytania na Śniadanie:) ma ktoś to może;)??
Twins - 2009-09-17, 14:17

Pomyliły Ci się tematy. :)
kasanna84 - 2009-09-17, 14:49

Twins napisał/a:
Pomyliły Ci się tematy. :)


a to sorrki:):) ale macie?? dacie??;)

Ameliana1234 - 2009-09-20, 14:42

Pierwsze, bardzo krótkie i cholernie dziwne... Proszę o wyrozumienie podczas krytykowania.

„Krótkie wyznanie nad-Wiślane”

- Przepraszam. – Powiedział jakby do siebie. - Basia… - Szepnął cicho i spojrzał na jej oddalającą się sylwetkę. –Baśka! – Powtórzył, mając nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, że ją zatrzyma. Bezskutecznie. Z każdą sekundą była bliżej samochodu. - Kocham cię! – Krzyknął. Od razu poskutkowało. Słysząc to, gwałtownie się zatrzymała. Przyspieszył kroku by być bliżej niej. Kiedy stanął wystarczająco blisko, położył dłoń na jej ramieniu. Odtrąciła ją. Nie zdziwił się, że tak zrobiła. Miała prawo. W końcu znowu bezsensownie się na niej wyżył. Znowu pokłócili się przez jego chorą zazdrość o prokuratora… Głośno zaczerpnęła powietrza i powoli odwróciła się w jego stronę. Zauważył, że pomimo łez, na jej twarzy gości delikatny półuśmiech, a nienawiść, jaką wcześniej widział w jej oczach, gdzieś się ulotniła.
- Nie mów, jeśli ci na prawdę nie zależy… - Dostrzegł jej strach. A ona miała po prostu mieszane uczucia. Z jednej strony była szczęśliwa, że nareszcie wypowiedział te dwa upragnione przez nią słowa. Z drugiej…Z drugiej bała się, że odwoła je równie szybko, jak to kiedyś zrobił. On niczego odwoływać nie chciał. Nie teraz. Nie po tym, gdy wyznał, co naprawdę względem niej czuje. Nie chciał też psuć te chwili, mówiąc coś, czego może potem żałować.
- Zależy. Jak cholera zależy… - Powiedział speszony. Dopiero teraz na niego spojrzała. Mówił prawdę. Patrzył na nią z taką miłością… Uśmiechnęła się do siebie. – Kocham cię.
- To, na co czekasz? Udowodnij! – Rozkazała uradowana. Przez moment przypatrywał jej się zaskoczony. Po chwili, gdy dotarł do niego sens jej słów, zbliżył się do niej, objął w talii i złożył na jej ustach namiętny pocałunek. Potem jeszcze jeden, i jeszcze, i…- Usłyszeli z oddali brawa. Spojrzeli w tamtym kierunku i objęci pomachali wszystkim zgromadzonym.
- Gratulujemy! – Krzyknął starszy mężczyzna. - A wy, co? Możecie już wrócić do swoich obowiązków? – Zapytał i ręką dał znać ekipie policjantów i techników, żeby zamiast obserwować zakochanych, wzięła się do roboty. Ciesząc się radością przyjaciół, spojrzał w ich kierunku i uśmiechając się do nich powiedział. – Wasza miłość poczekała, ale czy te trupy w Wiśle poczekają?

Twins - 2009-09-21, 16:31

Ameliana1234, super! Masz bardzo ładny styl pisania. :D
Ten fragment byłby świetnym zakończeniem, zwieńczeniem historii, gdyby była dłuższa. :)
Pisz dużo, często i dłużej. :)
Chyba nie widzimy nic, co można skrytykować, poza długością! :-D

EDIT:

Aha. No i my zaczęłyśmy pisać, jakby ktoś był zainteresowany :)


Obejrzał faceta bardzo dokładnie, zanim wzrok skierował na jego wyciągniętą dłoń.
Ani trochę nie przypominał tych synów zwykłych rolników, których to widział przeważnie w telewizji czy w podróżach. Ubrany elegancko, modnie. Można powiedzieć niestosownie do okoliczności. Skórzane buty znanej marki, dobrej jakości marynarka, jeszcze ten zegarek na dłoni.
Doskonale znał ceny takich „gadżetów”. Sam ma takich kilka.
„Byłoby żal, gdyby takie ciuchy zniszczyły się w gnoju” - pomyślał przebiegle.
Ale właśnie na to miał w tej chwili największą ochotę. Nie tylko dlatego, że znał tego Jacka zaledwie minutę i już go nie lubił, ale po prostu zatarłby różnicę między nimi.
On, ubrany w flanelową koszulę w czerwoną kratę, w nieco przetartych już jeansach w porównaniu ze stylowym Jackiem wyglądał jak lump.
Z pewnością o wiele bardziej na kobietach robią wrażenie ci stylowi.
Jacek zauważył, że chłopak naprzeciwko zazdrośnie mu przygląda się przygląda z rentgenem w oczach, ale tego nie skomentował. Posłał tylko w jego kierunku triumfalny półuśmieszek zadowolenia.
Marek miał ochotę zdzielić mu w tą jego uśmiechniętą buźkę.
Ale nie zrobił tego od razu. Na to przyjdzie czas później. Teraz skupiał się nad tym, by Basia nie wyczuła ich wzajemnych „kwasów”.
Dla Basi trwało to może z kilka sekund. Dla nich ta rywalizacja, walka na spojrzenia
przebiegła znacznie dłużej. Była tak wyczuwalna w powietrzu, że dziwili się, że nikt nie zauważył iskier, jakie ciskali w swoim kierunku.
Przypominali teraz dwa, pradawne samce, którzy z pewnością siebie pokazywali przeciwnikowi swoją pozycję i zaznaczali terytorium. Jakby przygotowywali się do ostatecznego starcia, pojedynku, gdzie punktem spornym była… kobieta.
Marek uśmiechnął się z wyższością, dostojnie i wreszcie uścisnął dłoń Jackowi.
– Kwiatkowski? – dopytał z lekką złośliwością, zanim się sam przedstawił.
– Właściwie to Dumicz. – poprawił Brodeckiego, wypiął się z dumą, ale Basia zauważyła w jego zachowaniu, w barwie głosu, z jaką to powiedział, obrobię pogardy.
Marek zmrużył oczy, jakby z niedowierzania.
Basia domyśliła się, że to nazwisko musiało zabrzmieć dla Marka znajomo.
Oczywiście, że znał to nazwisko, ale to niemożliwe, by było jakikolwiek sposób powiązane z tym zwykłym Dumiczem.
– TEN Dumicz? – spytał, lecz nie bardzo wierzył, w to co mówił.
Był prawie pewien, że go pomylił. Istniało bowiem bardzo małe prawdopodobieństwo, by mogło to się okazać prawdą.
Tym bardziej zaskoczyła go odpowiedź.
– Tak. Kwiatkowski nie jest moim biologicznym ojcem. Ale to on mnie wychował.
„Małe, ale jednak” – pomyślał, gdy Dumicz potwierdził jego przypuszczenia.
– Brodecki. Marek Brodecki. – specjalnie użył tej formuły na „Jamsa Bonda”, by podbudować w oczach kolegi swój autorytet.
– Ten Brodecki? – spytał z udawanym śmiechem.
Dla Jacka to całe „popisywanie” się nazwiskiem było żałosne.
– Niestety, ten. – rzucił.
Dubicz musiał przyznać, że tym go mile zaskoczył.
Panowie wreszcie puścili dłonie.
– No, no, proszę. Niecodziennie spotyka się syna znanego prokuratora okręgowego ubranego po farmersku. – zażartował, tym razem szczerze.
Marek potraktował to jako swoisty atak. A na atak najlepszy atak.
– Dumicz. Szanowany prokurator, od trzydziestu lat żonaty z ikoną polskiego dziennikarstwa. Bezdzietny. Kto by przypuszczał, że ma syna na boku i ukrywa go w tej pipidówce? Dobre, dobre. – w jego wypowiedzi było tyle jadu, tyle cynizmu, że Jacek nie wytrzymał.
Niespodziewanie szarpnął Marka za kołnierzyk koszuli. Gdyby Basia w porę nie zareagowała, doszłoby do bijatyki.
- Jacek!! – krzyknęła i stanęła między nimi, by ich rozdzielić. – Przestań!
Jacek długo trzymał tak Brodeckiego kilka centymetrów od swojego czoła, patrząc w przepełnione gniewem, czujne i bojowe oczy Marka.
Marek tylko cierpliwie czekał na rozwój wydarzeń, nieco prowokując rozzłoszczonego chłopaka.
Widocznie nie starczyło mu odwagi, bo odpuścił, jak pomyślał Marek. A zrobił to tylko na prośbę dziewczyny, która zachowywała się znacznie rozsądniej od nich.
– Przepraszam. – rzucił niespodziewanie Jacek, kierując bardziej te słowa do Basi, niż Marka, ale i tak zrobiło to na Storosz ogromne wrażenie.
To nie on powinien tu za cokolwiek przepraszać.
– Nic nie szkodzi. – odparł Marek, ale Jacek już tego nie skomentował.
Szykował się do wyjścia.
Zanim jednak to zrobił, posłał Basi przyjazne spojrzenie i rzucił:
– Do zobaczenia wieczorem? – spytał, a Basia tylko kiwnęła głową.
Uśmiechnął się do Basi, Markowi posłał ostatnie, pełne wrogości spojrzenie mówiące „później się policzymy” i wyszedł na zewnątrz.
– Umówiłaś się z nim? – naskoczył na dziewczynę, kiedy tylko zostali sami.
Nie odpowiedziała, za to tym razem ona zaczęła karcić Brodeckiego.
– Co cię napadło?! Musiałaś to powiedzieć?! Nie widzisz, jak go tym uraziłeś? Jak w ogóle mogłeś się tak zachować! Powinieneś iść go natychmiast przeprosić!
– No przepraszam no. – udał skruszonego, kiedy ku jego zaskoczeniu zaczęła bronić Jacka – Ale widzisz, jak się zachowywał ten pajac.
– Sam jesteś pajacem. A Jacek nie zasługiwał sobie na to.
– Bronisz go?! …Baśka, nie przejmuj się nim! Poza tym sam zaczął! – tłumaczył się kulawo, ale nic lepszego nie przychodziło mu na myśl.
– To nie jest podstawówka, człowieku! Przesadziłeś, Brodecki. I nie myśl, że ci to odpuszczę. – rzuciła na odchodne.
– Gdzie idziesz?! – krzyknął poirytowany.
– Do Jacka. Przeprosić za ciebie, bo jak widać sam tego nie zrobisz. – wyjaśniła.
Było jej wstyd za Marka. Jak teraz mu spojrzy w oczy! Co gorsza on pewnie myśli, że są spokrewnieni. Nic bardziej mylnego. Musiała to jakoś odkręcić, zanim ich wyrzucą.
– Chcesz się przed nim płaszczyć, to zrób to! Śmiało! – dodał jeszcze poirytowany.
Ma go jeszcze przepraszać? Nie miał za co! Co więcej należy mu się coś więcej.
Sposób w jaki patrzył na Basię przysparzał go o obrzydzenie a te uśmieszki, jakie jej posyłał działały mu na nerwy.
Jak może nie widzieć, że ten facet chce tylko jednego? Czy jest aż tak nim zauroczona? To niemożliwe. Przecież niedawno powiedziała, że coś do niego czuje. Czyżby o tym zapomniała? A może wcale tak nie czuła? Nie. To ten facet namieszał jej w głowie, że tak nagle zainteresowała się innym. Tylko dlaczego padło akurat na niego? Co takiego miał w sobie? Takich jest na pęczki. Nie wyróżniał się w niczym szczególnego, poza tym, że takich typków rozpoznawał od razu. Kolekcjoner.
Basię zabolała ta ostra krytyka. Przecież zrobi to poniekąd dla niego. Dlaczego nie potrafi tego zrozumieć?
Nie poznawała go. Nigdy nie był wobec kogokolwiek tak niesympatyczny, wredny, cyniczny. Jakby przed chwilą poznała inną stronę Marka. Ta gorsza, ciemniejszą.
– Wiesz co? Jesteś beznadziejny. – rzuciła ze zrezygnowaniem i pokręciła głową.
Nie poznawała go.
Straciła ochotę na jakąkolwiek z nim rozmowę. Nie będzie z tym TAK rozmawiać.
Poczuła jak nagle opuściły ją siły i stała się taka bezradna. Wystara przed nimi jakaś gęstwina nieporozumień. To tak, jakby nagle rozmawiali dwoma różnymi językami i nie potrafili się dogadać, jak kiedyś. Co się takiego stało, że Marek jej nie rozumie?
Odkąd mu wyznała swoje uczucia nie są już tak bliskimi przyjaciółmi. Coś się zmieniło. A nie chciała go stracić. Wystarczy, że sama straciła nadzieję. Oddałaby wszystko, by było jak dawniej. Nawet jeśli Marek miałby się nigdy nie dowiedzieć co do niego czuje.
Dla Marka słowa Basi były zbędne. Tym razem to ona przesadziła.
Poczuł się urażony. Nie pozwoli się obrażać.
Podszedł bliżej dziewczyny.
– Tak? To idź mu to powiedź. Życzę wam miłego wieczoru. – naburmuszona opuściła pomieszczenie w trybie ekspresowym.
Tam pozwoli, by opadły emocje.

*****

To był wspaniały wieczór. Nie myślała, że będzie się tak dobrze bawić.
Najpierw uważała Jacka za nudziarza. Miała go za przyszłego pana prokuratora, w ciasnym, uwierającym krawacie, służbistę i nadgorliwca, który zamiast imprezy z kolegami, wybiera stos książek, paragrafów i formułek do wykucia na blachę. Zmieniła zdanie, kiedy okazało się, że potrafi być całkiem wyluzowany i zabawny. Ten służbista zaczął żartować, a ona śmiała się do rozpuchu z jego opowieści.
Z początku Jacek zachowywał się inaczej niż w stodole. Był nieco wycofany, zdystansowany, zamyślony. Odniosła wrażenie, że nosił się z zamiarem rezygnacji z tego spotkania. Widocznie się pomylił i nie odpowiadało mu jej towarzystwo. Nie byłaby na niego zła, gdyby jej to powiedział wprost. Zrozumiałaby. Jacek był jednak na tyle uprzejmy, że postanowił wytrwać do końca, by nie zrobić jej przykrości. Chciała go nawet wyręczyć, widząc jak bardzo się męczy. W oczach miał spotęgowany strach i smutek. Kiedy chciała go już uwolnić od poczucia winy, zapytał o jej małżeństwo i synka. Zachichotała radośnie. Dopiero gdy mu to wyjaśniła, odetchnął z ulgą i znów był taki, jak w stodole.
Spacer o świetle księżyca to wymarzona randka. Nie bała się powiedzieć tego słowa. Po raz pierwszy od bardzo dawna była na randce z przemiłym facetem, który był nią wyraźnie zainteresowany. Dawał jej to odczuć wiele razy tego wieczora, kiedy adorował ją i mówił coś miłego. Patrzył jej głęboko w oczy i posyłał uśmiechy. Aż przechodziły jej po plecach dreszcze a na policzkach piekły ją gorące, czerwone place. Czuła się wtedy tak kobieco, zmysłowo. Mogłaby nawet powiedzieć, że czuła się piękną.
Nie tylko podobał jej się sposób w jaki ją traktował. Przypominał amantów z hollywoodzkich filmów, był dżentelmenem w nieco odświeżonej formie. Podobało jej się to, że tak świetnie im się ze sobą rozmawia. Wydawało jej się, że się rozumieją. Przez moment pomyślała, że mogliby być dobrymi przyjaciółmi, gdyby nie to, że od pierwszej chwili, gdy go poznała miał nadzieję na coś więcej. Zaczynała się poważnie zastanawiać, czy nie pomóc temu kawalerowi by tą nadzieję urzeczywistnić.
Skoro Marek jej nie chce… A ona nie może wiecznie na niego czekać. Inaczej zwiędnie, patrząc z przykrością, jak traciła swoje najlepsze lata młodości. Ma prawo znaleźć sobie kogoś i być szczęśliwą. A Jacek jest taki miły. Być może będzie potrafiła go pokochać, gdy tylko przejdzie jej z Markiem. A na razie Jackowi nieźle szło. Być może nie trzymałaby się desperacko Jacka, gdyby chociaż istniał cień nadziei, nie wahałaby ani chwili. Czekałaby tyle, ile trzeba. Jednak w tym wypadku miała jasno zarysowaną granicę. Mogą być tylko przyjaciółmi. Niczym więcej.
– Dziękuje cię za spacer. Wspaniale się bawiłam. – rzuciła do Jacka z uśmiechem, kiedy to odprowadził ta damę pod same drzwi jej pokoju. – I proszę cię, nie mów Markowi, że ci powiedziałam. Zabije mnie. – skrzywiła się.
– No co ty? Nie pozwoliłbym na to! Ale spokojnie, nie pisnę słówka.
– Dziękuję.
– Drobiazg. …To co? Mówimy sobie dobranoc i rozchodzimy się teraz, każdy w swoją stronę, tak? I nie zaprosisz mnie na kawę? – skrzywiła się, zmieszana tym pytaniem.
Jacek szybko wybuchnął śmiechem, rozładowując napiętą sytuację.
W duszy żałował tego falstartu.
– Yyy… – zająkała się. – Nie, raczej nie. – zachichotała za nim nerwowo. – Wybacz. Może jutro, jak jest tu w okolicy jakaś kawiarnia.
– Nie ma. – rzucił, śmiejąc się z tego, jak dziewczyna z klasą stara się go spławić.
– No to będziesz musiał zadowolić się tą, robioną przeze mnie. – spojrzała mu w oczy.
On natychmiast odwzajemnił ten gest.
– Na pewno będzie wyśmienita.
Zaraz, zaraz, czy oni na pewno mówili o kawie? Czy perspektywie kolejnej randki?
– Dobranoc. – rzuciła, ukrócając jego zapędy i schowała się za drzwiami.
Jacek tylko odprowadził dziewczynę wzrokiem i z uśmiechem zadowolenia wróci.
Tymczasem, kiedy Basia weszła do oświetlonego mrokiem pokoju, położyła głowę na drzwiach i uśmiechała się wesoło do siebie. Myślała o Jacku, o tym, czy warto próbować.
Cała w skowronkach podeszła do włącznika oświetlenia. Gdy go nacisnęła i pokój stanął w świetle nieświadoma niczyjej obecności zrobiła krok do przodu.
Nagle poczuła, że zderza się z mięśniami ze stali. Albo jakby zderzyła się ze ścianą, ale to nie była ściana.
Podniosła oczy i ku swojemu zdziwieniu zobaczyła przed sobą Marka. Stał kilka centymetrów od niej i przyglądał się jej nieprzytomnie, nie ukazując na twarzy emocji.
Stał przez nią, wpatrzony w jej oczy, nawet nie mrugając.
Zamilkła z zaskoczenia, nie zdając sobie sprawy z odległości, niewielkiej odległości jaka teraz ich dzieli. Od czasu zderzenia nawet się nie poruszyła. On też stał tam jak posąg.
Nawet drgnął. Miała za to wrażenia jakby słyszała jego szaleńcze bicie serca. Jej, jakby chcąc się upodobnić samo zaczęło bić podobnie.
– Co ty tu robisz? – szepnęła cicho, tak, ze tylko on usłyszał.
W niebieskich oczach marka wciąż mogła dostrzec te światełka.
Jak z tandetnej komedii romantycznej, których nigdy nie spodziewała się zobaczyć u żadnego faceta. tym bardziej u Marka.
Jednak on nie zauważył jej zamyślenia.
Nie pytając o zgodę pocałował. Nieco zbyt zachłannie, zbyt namiętnie, wyginając dziewczynę trochę do tyłu. Spodziewała się teraz więcej delikatności.
Zaskoczona zmrużyła komicznie jedną krew, próbując coś powiedzieć.
Kiedy jednak zaprzestał pocałunku, znów tylko patrzył, jak gdyby wahały się losy świata.
Uśmiechnęła się.
Nie mogła tak dłużej czekać. Chciała więcej. Pocałowała go, ale tym razem tak jak ona tego chciała. Delikatnie, subtelnie.
Odwzajemnił to. Całowała się z Markiem i nic w tej chwili innego się nie liczyło.
W brzuchu czuła stado buszujących w nim szerszeni.
Było jej cudownie. Kochany mężczyzna, czułości, okno wychodzące na pełnię księżyca.
Jak w filmie dla naiwnych. Nie wiedział więc dlaczego to wszystko zepsuł.
Stawał się bardziej nachalny, pomimo tego, że nie chciał psuć magii chwili. Wzięły górę hormony. Powoli popychał Basię w stronę łóżka, aż wreszcie na nie opadli.
Teraz nie miałaby mu tego za złe. Teraz jest wszystko wspaniale.
Wypomniałaby mu po dwudziestu latach małżeństwa, że wtedy liczył się tylko seks, a nie chwila, którą mogliby wspominać jako staruszkowie przy kominku…
Ocknął się nagle i zamrugał parokrotnie. Głos Basi sprowadził go na ziemię.
– A ty co tu robisz?! – wybuchła, zakładając ręce na biodrach.
To już szczyt wszystkiego! Nie dość, że jest nieznośny, to jeszcze narusza jakąś część jej prywatności, której nie powinien. Nawet jeśli są przyjaciółmi muszą mieć trochę swobody.
Nieco speszony, wycofał się na bezpieczna odległość i usiadł na łóżku.
– Gdzie byłaś tak długo? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
– Na spacerze z Jackiem, ale nieważne. Nie odpowiedziałeś. – nalegała.
Stała nad nim jak kat. A przy tym… Sama nie wie czego się spodziewała, ale miała dziwną ochotę się w tej chwili roześmiać.
Nie zrobiła tego, bo wszystko zepsuł.
– Drzwi były otwarte, więc pomyślałem, że już wróciłaś. A tak właściwie chciałem cię sprawdzić. Słyszałem, że koleś za drzwiami miał ochotę na deser. – rozgniewał ją tym.
– Nie znasz go. – po raz kolejny go broniła.
I nie rozumiała dlaczego.
–A ty już zdążyłaś go poznać? – spytał złośliwie, patrząc dziewczynie w oczy.
Zamilkła, więc wolał przystopować.
– Ok. przepraszam. Nie powinienem.
– No, nie powinieneś. – potwierdziła.
– Możemy pogadać? – kiwnęła głowa, po czym usiadła obok Marka. – Uśmiechasz się. - zauważył, a ona nic nie odpowiedziała, więc szybko wrócił do tematu. - Wiem, że ostatnio nie byliśmy dla siebie najmilsi, ale chcę to zmienić.
– By było jak kiedyś? – dopytała.
Być może byłoby to być możliwe. Jest jednak coś, co ich relacje nieco zmieniało. Coś nad czym ostatnio myślał i co nie pozwalało mu dążyć do tego, by było jak kiedyś. Musiał to wyjaśnić z Basią. Marek zbierał się by o to zapytać, odkąd tu przyszedł, ale nawet nie wiedział jak ma to zrobić. Bał się tak wprost. Jednak nie potrafił postąpić inaczej. Musiał się pozbyć tych wszystkich wątpliwości.
– Tak. By było jak kiedyś. Tylko… – zawahał się.
– Co? – spojrzała na niego z zaciekawieniem.
– …Nie wiem, czy dobrze to zrozumiałem… – zaczął. – Ale czy ty wtedy powiedziałaś mi, że mnie… – nie dała mu dokończyć, domyślając się, co chce powiedzieć.
– Masz na myśli to dzisiaj? Yyy… Nie zrozum mnie źle, ale …wydawało mi się.
– Wydawało ci się? – zdziwił się.
Spodziewał się, że zamilknie, ale nie tego, że cię wycofa.
– Nie wiem dlaczego tak powiedziałam. – uśmiechnęła się spoglądając na niego z ukosa. – Pomyliłam się. Być może coś czułam, przez chwilę, ale kiedy poznałam Jacka …
– Rozumiem. – tym razem on jej przerwał.
Spuścił głowę, nie potrafiąc na nią spojrzeć.
Dlaczego nie potrafi cieszyć się, że tak to się skończyło. Przecież teraz bez przeszkód mogą być tylko przyjaciółmi. Tego właśnie chciał!
Przyglądała się Markowi badawczo.
– …coś zaiskrzyło. – dokończyła mimo wszystko.
Być może zauważy coś w jego zachowaniu, spojrzeniu, geście.
Nic podobnego. Uśmiechnął się.
– Cieszę się, że go lubisz. Choć ja go nie lubię.– tym razem ona spuściła głowie i dla niepoznaki ją pokiwała. – Nie będę ci już przeszkadzał. Dobranoc.
– Dobranoc. – odpowiedziała z udawanym uśmiechem, po czym usłyszała jak zamyka drzwi od jej pokoju, a po chwili otwiera swoje.
Tej nocy oboje długo nie mogli zasnąć.

*****

Tak. Mógł czuć się szczęściarzem. Zawsze myślał, że ładne dziewczyny można spotkać na wielkomiejskiej ulicy, spacerujące w mini. A tu proszę. Taka „sztuka” tuz pod jego dachem, która nie jest ani kaczką, gęsią, czy innym zwierzęciem.
Oczywiście nie był typem playboya.
Może dlatego tak różnił się od Marka, który nawet jeśli nie byłoby to prawdą, takie właśnie sprawiał wrażenie.
Basia spodobała się Jackowi i to z wzajemnością.
Przy Marku, Jacek, wydawał się być facetem, który wie, czego chce. Jest konsekwentny, odpowiedzialny i ułożony. Nie działa pod wpływem gwałtownych emocji. Wszystko stara się wcześniej przemyśleć.
Czyż nie tak kiedyś wyobrażała sobie ten ideał, zanim przyszły fantazje o złym chłopcu, który przeszedł jednak na stronę Jedi? Przecież był taki jak jej ojciec, odkąd go tylko pamiętała. Jako mała dziewczynka chciała mieć odbicie swojego taty jako męża. A kiedy musiała się pogodzić z tym, że między ni, a Markiem do niczego nie dojdzie, opcja znajomości z Jackiem wydawała jej się manną z nieba. Okazją, jakiej nie wolno jej przegapić.
Bo skoro teraz czuje do niego sympatię, kto wie, co może się wydarzy dalej i jakie uczucie między nimi zrodzić.
Sama się nie spodziewała, że w tak wczesnego rana, złapie się na tym, że myśli o Jacku. I to gdzie?! W łazience!
Owinięta w szlafrok z mokrymi włosami, zajmowała się swoją nieodłączną toaletą. Mycie zębów, szczotkowanie spętanych kosmyków. Nie nakładała maseczek, czy innych cudactw, a pomimo to długo w niej siedziała, co mogło oznaczyć, że jest inaczej.
Jednak jej poranny rytuał miał jeszcze inny aspekt. Aspekt o którym, przysięgła sobie, już nigdy żaden facet się nie dowie. Niech traktuje jej dziwactwa jak kobiece, normalne czynności, o których lepiej nie gada, by nie szargać nerwów.
Jednakże los chciał inaczej…

W tym samym czasie, ktoś z dwoma jądrami, zamiast jajników, postanowił pobuszować trochę w pokoju Basi nie widząc w tym nic aż tak złego. Ona sama nie cierpiała jak ją ktoś widział z rana. A kiedy już musiał, bo nie było innego wyjścia, ona sama musiała do tego przywyknąć.
Dzisiaj jednak chciał tylko zapytać jak spała, by jakoś miło zagadać na początek dnia.
Wstał więc wcześnie jak to miał w zwyczaju. Przynajmniej od niedawna, kiedy nie budzi go budzik, a szczekanie psów.
Zapukał kilka razy, ale nikt się nie odezwał. Łóżko rozgrzebane, rzeczy porozrzucane niedbale w pośpiechu. Leżała tam nawet piżama.
„Basia musiała już wstać.” – przeszło mu przez myśl, bo w pokoju oprócz niego nikogo nie było.
W odpowiedzi usłyszał tylko dźwięk puszczanej wody z kranu z łazienki na przeciwko. Zamknął więc te tyluletnie, ile on sobie liczył, nieco skrzypiące drzwi jak najdelikatniej się dało.
Zapukał dwukrotnie od tych z łazienki. Ale z włączoną suszarką do włosów trudno było coś usłyszeć. Od razu się domyślił, kto powoduje ten hałas z rana.
Jak na dyskotekę, która zaczyna się o dwudziestej pierwszej, siódma rano, to dość wczesna pora, by rozpocząć się na nią szykować.
Nawet on, wyrozumiały zwolennik zabiegów upiększających u dziewczyn, miał granicę cierpliwości. Tylko nie jeśli chodzi o nastolatki. Zwłaszcza jeśli tą nastolatką była jego siostra, której ostry makijaż, czy Bóg wie co jeszcze kompletnie nie pasował.
Chyba, że chciałaby kusiłaby los, narażając się na seryjnego gwałciciela.
Miał już zamiar policzyć do dziesięciu i przejść dalej, nie robiąc jej dzisiaj swoich, jak to określała Martyna: „sztywniackich kazań”, ale zdołał policzy tylko do trzech.
Marek pod tym względem byłby o wiele bardzie liberalny. Dlatego czasem myślała, że szkoda, ze Jacek nie jest taki jak Marek.
– Dobra Martyna! Wybij sobie z głowy, ze gdziekolwiek pójdz… – urwał.
Na pewno jej się tu nie spodziewał. Nie w tym szlafroku pod którym zapewne nic nie miała.
Ale nie to tak bardzo przykuło jego uwagę.
Basia stała teraz naprzeciwko Jacka trzymając w dłoni pen, używany do podawania insuliny dla cukrzyków. Tak bardzo ją zamurowało, że nie zdążyła nawet krzyknąć.
Jej długo skrywana tajemnica wyszła na jaw. Jacek wie. A Sworo on wie, to zaraz dowie się o tym Marek i wyjedzie. Zostawi ją tu, tak jak tamten tchórz, który nie mógł znieść ciężaru jej choroby.
Który nie potrafił zrozumieć, że to nie są chimery jak czasem jest zmęczona, senna i najchętniej posiedziałaby w domu, zamiast szaleć na mieście.
Od razu poczuła się gorzej, jak zawsze, kiedy ktoś poddawał ją pod działanie silnego stresu, czy nerwów. Aż zaniemówiła.
Chwilową, krepującą obojga ciszę, przerwał dopiero ocknięty Jacek.
– Basia… - zaczał niewątpliwie zawstydzony. – Ja…Sorry. – chciał już sobie iść, ale szybko go zatrzymała.
– Ja-cek? Mo…Możesz zamknąć za sobą drzwi? – odpowiedziała nieśmiałym, ochrypłym głosikiem.
– Taaa, jasne. Rób się. – dodał jeszcze pewniejszym głosem i już naciskał na klamkę, by się ulotnić jak tlen, którego teraz brakowało mu w płucach.
– Albo nie! – zatrzymała go. – Zostań i zamknij drzwi. Muszę z tobą porozmawiać. – zrobił jak kazała już bez słowa.
Stał teraz oparty o pralkę. Basia za to skrzyżowała słonie z wzrokiem wbitym w Jacka.
Nie było ważne teraz to, ze stoi przez obcych chłopakiem praktycznie naga. Obrona swojego sekretu przez Markiem, jeśli nie chce by zwinął swoje manatki i spieprzył, stała na wyższym stopniu jej teraźniejszych priorytetów.
– Jacek…Tak. Jestem cukrzyczką. Tak. Biorę insulinę. – odpowiedziała na jego pytania.
A przynajmniej spodziewała się takich dopytujących, czy to na pewno prawda.
W jej głos był tak cienki, twarz tak przestraszona, jakby miała za chwilę się rozpłakać. Ktoś powiedziałby, ze nie ma powodu, albo, ze ten powód jest bardzo błahy.
Dla niej nie był. Odkąd pamiętała czuła się inna od wszystkich przez to, że nie jest w pełni zdrowa. A teraz, kiedy wszyscy traktują ją jak „swojego”, nie chciała tego tracić.
– Choruję od czternastego roku życia cukrzycę typu pierwszego! Ostatnio, po tym zostawił mnie chłopa, dopadła mnie depresja! Odechciało mi się wszystkiego! Lekceważyłam wszystko! Nawet swój organizm…Ale Ona o mnie nie zapomniała. – Jacek domyślił się, że w słowem „Ona”, nazywa swoją chorobę. - Dopadł mnie jej chwiejny przebieg, który dopada trzech na tysiąc pacjentów. Fajnie, nie?! – zironizowała i kontynuowała swój monolog, nie dając Jackowi nic powiedzieć.
Nawet nie wiedziałby co.
– Marek nie wie. Nikt prawie nie wie. Twoja rodzina tym bardziej. I chce, żeby tak zostało. Proszę… Już wiesz dlaczego… A skoro już wiesz, to możesz mi teraz śmiało powiedzieć, że odpuszczasz sobie naszą znajomość, bo nie jest ci potrzebna kula u nogi! – nim zdała sobie z tego sprawę, wyrzuciła z siebie wszystko jak z karabinka.
I o dziwo, poczuła ulgę. Jakby wielki ciężarek opadł z jej płuc i pozwolił swobodnie oddychać. Być może podświadomie wiedziała, że to Marek teraz powinien tu stać, a mimo to, jedyne o czym teraz myślała to, by się niczego nie dowiedział.
Tak na rękę była jej ta jego ślepota, niedomyślność…
– Basia…? – to było pierwsze słowo, jakie był w stanie wydusić.
Nikt wcześniej nie zalał go takim potokiem słów. Jedno trzymało się kupy, inne już nie bardzo.
„Chłopak?” – pomyślał, bo jakoś dziwnie naturalnie i szybko zamazał mu się obraz mężatki, a pojawił obraz nieszczęśliwie zakochanej dziewczyny.
– Chłopak? – powtórzył jak mantrę na głos choć tego nie chciał.
Mimochodem to wywarło na nim największe wrażenie. Nie wyglądała na kogoś kto miała chłopaka, męża już w ogóle. Dobrze, że on znał prawdę. Teraz już całą.
Choroba. Co tam choroba! On był alergikiem na pyłki, wiosna puchł jak wiadro, kichał za czterech, ale jakoś nie czyni go to inwalidą. I to miał zamiar jej powiedzieć. Więc dlaczego ją o to zapytał o jej byłego, który niewątpliwie wyrwał z niej kawałek duszy.
Basia za to, zmieszana, obudzona z jakiejś dziwnego stanu swojego umysłu, który miał ochotę na żale. Przetarła ręką czoło.
– Jacek… - powiedziała zrezygnowana, zdając sobie sprawę jak teraz musi się bić z myślami. – Obiecuję, że ci to kiedyś dokładniej wyjaśnię, bo mam dosyć kłamstw, ok.? Tylko daj mi się oswoić z tym, że to tobie powiedziałam…
– Eeee…Jasne. Poczekam u ciebie w pokoju…
– Jasne.
– To idę…
– Idź. – wymieniali się tak lakonicznymi zdaniami.
A kiedy wreszcie zdawało jej się, stojąc twarzą do lustra, że jest w łazience sama, usłyszała jeszcze.
– Tylko, wiesz, że będę cię lubił bez względu na to jaki dzisiaj masz poziom cukru?
Uśmiechnęła się. Szczerze, prawdziwie, wesoło.
„Czy on naprawdę to powiedział?” – spytała samą siebie, niedowierzającą.
„Tak. Powiedział.” – odpowiedziała sobie, odbiciu pokazującemu się w lustrze.
Usłyszała to. Słowa na jakie zawsze czekała od faceta… swojego faceta.
Czy zatem Jacek może aspirować do tytułu tego „Jej”?
Po dzisiejszym na pewno tak.
Ponownie pokazała swój równy zgryz w uśmiechu.

******

Kolejne piętnaście minut później Basia była już w pokoju. Oprócz zastrzyku z insuliny, uznała, ze dzisiaj warto się trochę upiększyć. Na jej szczęście Jacek o nic nie pytał, kiedy weszła.
Zabrała swoje rzeczy z zniknęła na kolejne pięć minut. Potem wróciła już ubrana.
Marek tymczasem także uznał, że byłoby dobrze porozmawiać z Baśką zanim jeszcze wszyscy wstaną.
Pukał raz… Pukał drugi… Miał już zapukać trzeci, kiedy drzwi nagle się otworzyły.
I to nie była Basia. Z pewnością nie jest taka wysoka i nie ma tak znielubionej twarzy.
– Jacek? – zapytał zaskoczony z nutka nieodłącznego cynizmu.
– Marek… - odpowiedział, ale z wyraźną niechęcią.
Oboje spoglądali sobie w oczy, jakby była to walka psów z zadziornością.
– Z kurami wstajesz? – dodał Brodecki, chcąc zrobić Jackowi na złość.
Przeciwnik zaśmiał się gorzko. Podniósł jednak palec w górę, udając, że to był wyjątkowo dobry żart.
Dubicz miał już coś odpowiedzieć, kiedy tą bijatykę na słowa przerwała.
– Marek? A ty co tu robisz? – zapytała zaskoczona.
Ten ignorując obecność Jacka, odpowiedział:
– Mógłbym cię spytać o to samo. Co on tu robi o siódmej rano? – w jego głosie szło doszukać się wyrzutu co i zazdrości.
– Na pewno nie to, co ty zapewne robiłbyś z dziewczyną w jednym pokoju o tej godzinie. – zmrużył zaskoczony powieki, a Jacek tylko prowokacyjnie podniósł brwi.
Czy ona właśnie mu dopiekła? Specjalnie, z premedytacją? W dodatku jeśli dobrze zna jego historię?
„Za kogo ona mnie uważa, za kogo ona się uważa?!” – przeszło mu przez myśl.
– Pogadamy potem. Jak…zrobi się mniej tłoczno. – dodał tylko i zniknął.
Tak, przegrał bitwę. Ale to jest wojna!

Stokrotka07 - 2009-09-21, 16:57

Dziewczyny jak miło znowu móc coś przeczytać ;-)
Twins zapowiadają się niezłe emocje, mam nadzieję, że szybko dacie cd!
Amelia szkoda, że tak krótko, powinnaś częściej pisać ;-)

isis - 2009-09-21, 18:53

Aj bliźniaczki napisały kolejne dzieło!!!
Już zabieram się za czytanie;)

Amelia-bardzo sympatyczne opowiadanie!Szkoda tylko,że takie krótkie:)Mam nadzieje,że jeszcze uraczysz nas swoją twórczością;)

A gdzie reszta pisarek?Daisy,Kasieńka,Sysia?Halo dziewczyny co jest?

Magdalena - 2009-09-21, 18:58

Twinś, Jacek jest fajny!naprawdę :-P ale chyba już czas,żeby powiedzieć mu Adios! Bye!Auf Wiedersehen! Żegnaj! :mrgreen: :mrgreen:
A Marka do Roboty! tzn. Do Basi :mrgreen:
Piszcie częściej no :-P

3M - 2009-09-21, 19:09

Twinsiaki ciąg dalszy proszę :D
Twins - 2009-09-21, 19:48

Dzięki dziewczyny :* Cedek chyba jutro.
Ale dajcie nam coś do poczytania, błagamy!
Samemu zapełniać NT nam jest głupio...

Nacia - 2009-09-21, 20:44

ha wiedzialam, że to cukrzyca :!: :-D nareszcie rozwiałyście moje wątpliwości ;-) mam nadzieje, ze niedługo powie o tym Markowi, jestem przekonana, że zereaguje tak samo jak Jacek ;-) cudnie, już niemogę się doczekac cd ;-)
isis - 2009-09-21, 20:52

Twins rewelacja!!!Kurcze dialogi wymiatają!;D
Hehh Marek vs.Jacek....ciekawy pojedynek :lol:
Z tego co widać to Jacek ma sporą przewagę nad naszym bohaterem....Brodecki będzie się musiał nieźle wykazać aby zdobyć względy u Basi(trzymam za niego kciuki! :lol: )
Piszcie dalej!:)

Mija - 2009-09-21, 20:56

Bliźniaczki cuuuuuudownie :D
Cieszę się bardzo, że piszecie i podtrzymujecie przy życiu NT :)
Bardzo jestem ciekawa jak dalej potoczą się losy B&M i czekam na cedeka :)

Ninuś - 2009-09-23, 16:33

Twins łaaaa to opowiadanie jest genialne...!
kurcze tylko szkoda, że prawie umcia okazała sie wyobrażeniem... :lol:
mam nadzieje, a nawet jestem pewna kto wygra wojnę :D
czekam z niecierpliwością na równie wspaniały cedek ;**

gdzie reszta???

Twins - 2009-09-23, 19:50

XVI

Z planów Marka małego sam na sam z Basią wyszły nici. Zajął się więc pracą, w czasie kiedy jego teraz tylko i wyłącznie przyjaciółka, ze specjalnymi względami u syna pana tego gospodarstwa, nie musiała robić nic.
Oczywiście Jacek jej zabronił się nadwyrężać, bojąc się o jej stan zdrowia. Zalecany wysiłek fizycznym to jedno, a noszenie ciężkich worków w pełnym słońcu to drugie.
Powiedział to jednak tak delikatnie, że Basia nie wyczuła jego prawdziwej intencji. Zamydlił jej oczy gadką o tym, że jest kobietą i nie przystoi mu się przyglądać jak pracuje, że nie pozwoli w swojej obecności niczego jej ruszać skoro jest tu gościem. Prędzej zrobi to za nią jak prawdziwy dżentelmen.
Uwierzyła i uśmiechnęła się tylko.
Marek za to nie potrafił ukryć swojej kwaśnej miny. I nie chodziło o to, że tylko on musiał pracować, by jakoś spłacić dług jaki zaciągnęli u tych dobrych ludzi. Poczuł się dziwnie, jak parobek obserwujący dwójkę zamożnego państwa.
W oczach Marka Basia nawet w szortach i zwykłym topie wyglądała elegancko i strasznie mu się podobała . Za to elegancik Jacek w wersji bardziej luzackiej wcale.
Denerwowało go to, że Basia daje się traktować jak księżniczkę. Daleko jej do księżniczki, bo sama nigdy się za nią nie uważała. A pomyślał tak tylko dlatego, że dobrze ją znał i gdyby nie zauroczenie jakie teraz odbierało jej rozum nigdy by na to nie przystała. Jest na to zbyt uczciwa i zbyt honorowa.
Choć stali o niego tyłem, mógł wyczuć jak świetnie się teraz z nim czuje. Rozmawiali, raz po raz wybuchając krótką salwą delikatnego śmiechu. Przez to sam nie potrafił się skupić na tym co robi. Najchętniej patrzyłby tylko jak daleko posuwa się ta ich znajomość, przy okazji maczając palce, by za daleko się nie posunęła.
Tymczasem Basia była bardzo pochłonięta rozmową z Jackiem.
O wszystkim opowiadał z takim zainteresowaniem. Teraz na przykład o anegdotach dotyczących jego studiów, które niedawno ukończył i został dyplomowanym prokuratorem.
– I co teraz zamierzasz? – spytała już na poważnie o dalsze plany na przyszłość Dumicza.
– No teraz przydałoby znaleźć sobie jakąś pracę. A ty? – spytał i mogła się tego spodziewać.
– Ja? …Ja nie mam planów. – wyjawiła szczerze, uśmiechając się z samozaparciem.
Przecież od kilkunastu tygodni żyje z dnia na dzień i nad niczym się nie zastanawia.
– Nie wierzę. Przecież studiujesz. Założę się, że będziesz chciała się w tym realizować.
– Tego też nie jestem pewna. – westchnęła ciężko. – Wszystko miało wyglądać inaczej. Ostatnio zdarzyło się zbyt dużo nieplanowanych rzeczy, także sama już nie wiem jak za miesiąc będzie wyglądać moje życie, nie mówiąc już o latach.
Jacek w mig pożałował, że zaczął z nią ten temat. Nad dobrym nastrojem Basi zawisły czarne chmury.
Wpadł jednak na pomysł by ją szybko rozweselić.
– Poczekaj tu chwilę. – powiedział i na chwilę gdzieś zniknął.
Nietęga mina Basi, choć z odległości paru metrów dała do myślenia także Markowi.
Z tymże dla niego powód tego nagłego napadu smutku był jeden: Jacek D.
„Musiał jej coś powiedzieć, pajac jeden.” – pomyślał, interpretując to po swojemu.
Miał ochotę sam mu „coś” powiedzieć. Najchętniej posłać tekst o wylocie do ciepłych krajów bo w stosunkach Jacek - Basia wyraźnie powiało chłodem.
Miał już nawet podejść do Bas i zapytać co jej takiego zrobił, kiedy Dumicz wrócił. Marek zmrużył zaciekawiony powieki.
– Zamknij oczy i wyciągnij dłonie. – powiedział podchodząc do Basi.
Chciała zaprotestować, dopytać o co chodzi, ale domyśliła się, że tu chodzi jaką niespodziankę.
Nie, żeby ich nie lubiła, zwłaszcza jeśli są fajne (gorzej jeśli niespodzianka wcale nie jest przyjemna).
– No już, zamknęłam. – uśmiechnęła się delikatnie, nawet nieco zniecierpliwiona.
Czarne chmury się rozmyły.
Jacek, który także miał splecione dłonie, delikatnie opierając je o te Basi, wypuścił wreszcie małego pisklaka.
Uśmiech dziewczyny powiększył się do maksymalnych rozmiarów.
Otworzyła oczy.
– Kurczaczek…? – zapytała tonem małej dziewczynki. – Cześć. – tym razem zwróciła się do „malucha”.
Spoglądając na twarz Jacka także mogła wykryć uśmiech.
– Robert, kiedyś zabrał mnie do gołębnika. Bałam się tych wielkich skrzydlatych potworów. On przy nich wygląd jak wielkanocna pamiątka. – kiedy jednak dotarło do niej, że pierwszy raz od bardzo dawna wspomniała o swoim byłym tak spontanicznie, skrzywiła się, ale tylko na moment, bo nic nie mogło teraz zepsuć jej humoru. – Z resztą nieważne. – dodała po chwili, by nie pytał kto to jest.
Była mała szansa, że skojarzy to imię z jej eks.
– Ważne jest to… – przeciągnęła teatralnie z rosnącym uśmiechem. - …że poczułam się lepiej. Dziękuję. – spojrzała chłopakowi głęboko w oczy.
Marek musiał zareagować, by nie doszło za chwilę do najobrzydliwszej rzeczy, jaka mogłaby teraz nastąpi… Ich pocałunku.
– Baśka, może byś mi pomogła, co? Nie jestem mułem pociągowym! – efekt był powalający.
Natychmiast odwróciła głowę w stronę Marka. Jego głos jakąś dziwnie szybciej był przesyłany przez nerwy słuchowe do mózgu.
– Już idę. – odpowiedziała i podeszła bliżej przyjaciela.
I wreszcie mógł przyznać sobie rację. Baska nie była księżniczką. A nawet gdyby, korona z głowy by jej nie spadła, gdyby mu pomogła.
– Chyba wam w czymś przeszkodziłem, co? – szepnął, kiedy Basia nachyliła się, by pomogła mu przenieść wielki worek ziemniaków.
Poczuł na sobie jej ostre jak brzytwa spojrzenie.
Jacek musiał jakoś wykorzystać, tą co prawdę udawaną, ale jednak niedołężność.
– A co? Siada kondycja? – zapytał, podchodząc do tej dwójki.
– Chciałbyś. Tylko zmęczenie. – uśmiechnął się triumfalnie. – A swoją drogą to ty niespecjalnie mi wyglądasz na najsilniejszego. – odgryzł się.
– A zdziwiłbyś się. – zainsynuował, podnosząc jednocześnie jedną brew z uśmieszkiem pod nosem.
– To co? Może małe zawody? – tym razem Basia wydała się być zaskoczona propozycją Marka.
Basia natomiast obserwowała tych dwoje z miną mówiącą „panowie byle to nie był boks, bo atmosfera już i tak jest gęstsza od tej na ringu”.
– Tylko pozwolisz, że to ja wybiorę konkurencję?
– Jasne. Co proponujesz? – Jacek uśmiechnął się tylko zadziornie w odpowiedzi.

*****

– Znalazł ją! Znalazł Basię! – krzyknął uradowany Storosz zaraz po odebraniu telefonu od przyjaciela z dobrą wiadomością.
– Dzięki Bogu. – szepnęła matka Małgosi.
Nareszcie mogli odetchnąć z ulgą.
Dotychczas otrzymywali tylko zapewnienia, obietnice, że Zawada sprowadzi ich córkę do domu. Ale na tym się kończyło. Komisarz niewiele mówił, póki nie był pewny informacji w stu procentach. Bo nie ma nic gorszego od uczynienia komuś złudnych nadziei, myślał.
Sam Zawada cieszył się, że ma wreszcie coś konkretnego. Wreszcie wiarygodna informacja o pobycie Basi.
– Jak to, gdzie?! – spytała pośpiesznie Storoszowa nie mogąc w to uwierzyć.
– W Krzeszycach! Adam po nią jedzie! To już koniec. Już niedługo Basia wróci do domu! – krzyknął ponownie z radości i przytulił mocno żonę.
Storoszowa rozpłakała się. Tym razem to łzy szczęścia.

*****

– Dojenie krowy? …Baśka, powiedź, że to tylko jego wiejskie poczucie humoru. – ledwo udało mu się wyraźnie wypowiedzieć każde słowo, dusząc w sobie napad śmiechu.
Basia jednak wiedziała, że nie żartował. Odetchnęła z ulgą.
– Na czas. Ten kto przez dwie minuty wydoi więcej, wygrywa.
Zapowiadało się dla niej ciekawe widowisko. Miała tylko nadzieje, że chłopacy zbyt dosłownie nie potraktują tej dziecinnej rywalizacji.
– A co? Nie podoba ci się? – zapytał Jacek pewnego zwycięstwa oponenta.
Ten odpowiedział ze skrzyżowanymi rękoma:
– Nie, tylko dziwi mnie, że się tak podkładasz. Basia będzie sędzią. Zgadasz się? – potwierdziła to gestem głowy. – To kto zaczyna?
– Młodszy ma pierwszeństwo. – wykonał przy tym zapraszający gest ręką.
– A skąd wiesz, że jestem od ciebie młodszy? – spytał szczerze zaskoczony taką spostrzegawczością.
– Może już przeszlibyście do czynów? – popędzała Basia, by ta zabawa jak najszybciej się skończyła.
– Ok. Ale nagrodą będzie pocałunek super dziewczyny.
– A widzisz tu taką? – nie mogła przypuszczać, że Brodecki mówił nas serio.
– Miałem na myśli ciebie, ale jak chcesz. Obędzie się bez nagród.
– Ychym… – przytaknęła Basia, przygryzając jedną wargę.
Przez chwilę zapomniała, że za nią stoi Jacek.
¬¬– Może niech stawką będzie honor. – zaproponował Jacek.
Pula zwycięzcy była więc zatem bardzo wysoka – upokorzenie przeciwnika.
¬– Już! Koniec tej licytacji. Marek...? – przypomniała chłopakowi o jego kolejności.
Ten wstał i pewny siebie podszedł do zwierzaka. Obok stało już metalowe wiadro na mleko, które już za chwile będzie pełne. Był o tym przekonany. Trochę już tu spędził, więc czym to miałoby się różnić od innych prac jakie wykonywał?
Drobnostka. Pokaże na co go stać, a Jacek ucieknie z podkulonym ogonem.
Już po chwili jednak zauważył, że nie jest to takie proste jak mu się wydawało. Zwierze się wierciło, a mleko nie chciało wypływać. Kiedy już się udało, zdążył jedynie zapełnić spód wiadra nim czas mierzony komórką się skończył.
Pomyślał sobie natychmiast, że skoro jemu tak źle poszło „ten mięczak w graniaku” nie może by od niego lepszy. Może i się tu wychował, w tej wsi, ale z pewnością nie był przydatny.
„Niczego tu nie tknął palcem, by się nie ubrudzić.” – pomyślał drwiąco.
Dodał jeszcze, że poziom trudności tej konkurencji był nawet dość wysoki.
Twarz Jacka, kiedy przystąpił do swojego zadania nie wyrażała żadnych emocji. Był spokojny, opanowany. Brodeckiemu wydawał się nawet nieco przestraszony. Kontrastował idealnie z pewnym wygranej Markiem.
Dlatego nikt się nie spodziewał, że nim upłyną dwie minuty, jego wiadro będzie w jednej trzeciej zapełnione świeżym mlekiem.
Upokorzenie?
Tak, to z pewnością to, co w tej chwili poczuł Marek Brodecki. Jego męska duma została urażona. I nie dlatego, że przegrał. Tylko dlatego, że myślał, iż wygraną z Jackiem ma w kieszeni. A Baska też nie pozostanie dłużna i z pewnością przypnie mu wieniec laurowy.
Z wściekłości kopnął swoje wiadro i z rękoma w kieszeni odszedł bez słowa.
¬– Zrobiłeś to specjalnie, tak?! – Jacka zdziwił ten atak dziewczyny.
Nie było żadnego „Gratuluję”. Bardziej od tego było to, jak teraz czuje się Marek, który zdawał sobie sprawę, że się zbłaźnił.
¬– Gra fair play w ogóle nie istnieje w męskim świecie, mam rację?! – była wściekła.
Oboje zachowali się jak gówniarze. Miała ochotę sprać ich obu.
Marka za to, że w ogóle cos takiego wymyślił i niejako zmusił by na to patrzyła.
Jacka natomiast za tą wielką satysfakcję z uspokojenia Marka, jaka teraz widziała w jego oczach.
– Ale Basiu, to nie ja się dziecinnie obraziłem. – z trudem ukrywał uśmieszek zadowolenia pod nosem. – marek widocznie musi się nauczyć godnie przegrywać. Zapomnijmy o tym. – zaproponował.
Basia prychnęła z pogardą dla takiego zakończenia tego sporu.
– Wiesz, co?! Ty już lepiej nic nie mów! – mówiąc to, musiała ugryźć się w język, by nie wyładować na Jacku swojej złości.
Poszła w tą samą stronę w jaką udał się Marek.
Udało jej się go dogonić.
– Marek! – nie zareagował.
Wrócił do pracy, jaką przerwał.
– Marek…? Chyba się nie przejmujesz? …Nikt z was nie powinien brać sobie tego na serio. Musicie przyznać, że to było głupie i dziecinne. – nadal milczał. – Nie będziesz się teraz do mnie odzywał? – zapytała po chwili lekko poirytowana.
– Pracuje. Nie widzisz? Wracaj do Jacka. Musisz mu wynagrodzić wygraną… Pewnie już na to czeka. – zainsynuował z nutką cynizmu.
– Przestań! …Pogadamy potem jak Wam obu przejdzie ta niezdrowa rywalizacja – westchnęła weszła do domu.
Pomyślała, że może chociaż przyda się w kuchni.
Marek odprowadził dziewczynę wzrokiem i miał już rozmyślać nad swoim upokorzeniem, kiedy na ścieżce zza płotu, usłyszał krzyki.
Jedne z nich z pewnością należały do Martyny. Chwile później już ukazali się na ścieżce.
– Powiedziałam ci coś, zostaw mnie w spokoju!!! Wracaj do tej Sonii! – krzyczała nastolatka, ale chłopak, jej rówieśnik, nie dał jej tak pójść do domu.
Pojechał z nią nawet tym samym autobusem, by tylko go wysłuchała.
– Jakiej Sonii?! Powaliło cię?! – Martyna zaśmiała się w głos.
Przystanęła, a Witek, chłopak z którym się kłóciła, zaraz za nią.
– Nie udawaj! …Widziałam was!! I jakbym wam nie przerwała, ta ździra dałaby ci to, czego ty ode mnie nigdy byś nie dostał! …Nie chce cię znać, rozumiesz?! Spieprzaj!!! – odepchnęła Witka, co zdaje się jeszcze bardziej go rozwścieczyło niż to, że prawda wyszła na jaw.
– Sama na mnie leciała!!! To moja wina??? – tłumaczył się kulawo.
Dziewczyna przewróciła oczami i by nie rzucić w nim z całej siły plecakiem na co teraz miała największą ochotę, poszła przodem.
Chłopak, który nie miał zamiaru jej puścić, wybiegł przed nią i złapał za łokieć.
Mocno, bo dziewczyna aż syknęła.
– Puszczaj mnie, bo kopnę cię tam, gdzie zaboli! – wygrażała się, ale wiedziała, ze nie miałaby na to ani tyle siły, ani wystarczająco odwagi.
Głos Martyny stawał się coraz cieńszy. Łzy już swobodnie spływały po policzku.
Jej świat się zawalił. Dowiedziała się o zdradzie chłopaka, jej pierwszej miłości, przez to obawiała się, czy nie zawaliła przez to przyśpieszonego na prośbę jej rodziców egzaminu komisyjnego…
Wszystko o czym teraz marzyła to iść do swojego pokoju i się wyryczeć. Odechciało jej się nawet krzyczeć na Witka. Chciała, by tylko pozwolił jej sobie pójść.
– Puść ją! – nagle przed nimi w odległości kilku kroków stał Marek. – Nie słyszałeś co powiedziałem! Puść ją?! – był bardzo stanowczy, ale nie pozwolił, by ten gówniarz szarpał się z dziewczyną.
Aż coś go zalało.
Witek natomiast posłusznie puścił Martynę.
– A ty co?! – zaczął od pyskówki. – Nie wtrącaj się koleś! - zagroził, ale to nie zrobiło na Brodeckim wrażenia.
– Masz minutę i cię tu nie widzę, jasne?! – tym razem chłopak poważniej potraktował ostrzeżenia Marka.
Tym bardziej jeśli gość się do niego zbliżał z bojowym nastawieniem.
– Jeszcze pogadamy! A jak się dowiem, że to ty pierwsza się puściłaś w bok, to…
– Zamknij się! – na to nie potrafiła nie zareagować.
– Wynocha! – na szczęście chłopak powoli się oddalał. ¬
Martyna przetarła twarz, podciągając nosem.
– Wszystko dobrze? – zapytał dla pewności, choć widział, ze nastolatka jest nieźle rozbita.
Nawet nie zauważył, kiedy się do niego wtuliła z płaczem. Pogłaskał ja po głowie, by się uspokoiła.
¬– Ciii…Już tu nie przyjdzie.
– Żartujesz?! – wyrwała się nagle. – Będzie sterczał pod moimi oknami póki mu nie wybaczę! …Dupek! Ale ty i tak mnie nie zrozumiesz, bo jesteś facetem. Każda długonoga, zajebista w sporcie, która śpiewa w szkolnym chórze i jest członkiem samorządu szkolnego jest super ekstra, nie? – zmierzyła Marka swoim przenikliwym wzrokiem, ścierając łzy. – Dobra. Nieważne. …Chce cię tylko o coś prosić.
– Możesz teraz prosić o wszystko. Rozczulają mnie dziewczyny rozmazane tuszem. – uśmiechnęła się pierwszy raz dzisiaj.
– To dla mnie ważne. Chce, by to przed chwila zostało między nami. Rodzice nawet nie wiedzieli, że miałam chłopaka. Ciągle uważają mnie jeszcze za małą dziewczynkę. Zrobisz to dla mnie, proszę…?
– Jasne. Tylko, że dla rodziców zawsze będziesz dzieckiem. Kiedyś będziesz musiała im powiedzieć o ile wcześniej czegoś nie zauważyli.
– Powiem, tylko na razie muszę sobie sama dać radę…Postawisz mi piwo? Musze się jakoś rozerwać.
– Jasne. – dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem. – Bezalkoholowe.
– Dzięki, pomagasz mi, naprawdę. – mruknęła pod nosem zawiedziona. – Idę do domu. Nie musisz mnie odprowadzać. Nie miałam zamiaru popełniać samobójstwa z powody tylko jednego chłopaka.
– Dobra, dobra. Nawet tak nie żartuj! – ten dowcip jednak Marka nie rozśmieszył.
Odprowadził dziewczynę wzrokiem.
Ta niby niepozorna sytuacja przypomniała mu o tej, która zdarzyła się już jakiś czas temu w jego rodzinie.
Widok szarpanej kobiety. Musiał być dla ojca Marka tak samo nie do przyjęcia jak dla niego sytuacja sprzed chwili.
Mężczyzna, który wykorzystuje swoją naturalną przewagę fizyczną nad słabszymi tylko dlatego, że inna siła argumentu zawodzi, by osiągnąć swój cel.
Pierwszy raz tak naprawdę zrozumiał swojego ojca…
Może gdyby zrozumiał to zanim w przypływie gniewu wyjechał, pogadaliby jak ojciec z synem, a nie nienawidziliby się lub co gorsza udawali, że się nienawidzą tylko przez swoją wrodzoną upartość.
Chociaż żałowałby wtedy, że nie dane mu było spotkać na swojej drodze Basi.
Jeszcze ten detektyw…Nie chciał myśleć, że ojciec go wynajął dlatego, że się o niego martwił. Wolał pojmować ten czyn w kategorii dbania o swoje dobre imię.
Jego rozmyślania nad poważnymi sprawami przerwało ponowne wtargnięcie Martyny. Gdzieś się wybierała.
– A ty dokąd, co? – zdziwił się, że jeszcze przed chwilą widział tę dziewczynę całą zapłakaną, a teraz już gdzieś wybywa.
– Do przyjaciółki. Pa!
– Pa… - odprowadził dziewczynę wzrokiem do furtki i pokręcił głową z niedowierzaniem.
Znów powrócił jednak myślami do ojca.
– Martyna! – zdołała go jeszcze usłyszeć.
Zatrzymała się.
– Zanim pójdziesz do przyjaciółki…Mogłabyś mi pożyczyć swoją komórkę? Na chwilę. Chciałbym gdzieś zadzwonić.
– Jasne! Po tym jak mi pomogłeś ty też możesz prosić o wszystko! – wyjęła nowy model Nokki z kieszeni jeansów. – …Masz! Dzwoń! – uśmiechnęła się.
– Dzięki! – odwzajemnił się tym samym. – Tylko to będzie zamiejscowa…
– Spoko.…Albo wiesz co? Zatrzymaj ją do mojego powrotu. Nie będę na ciebie czekać, bo trochę się śpieszę. Mi nie będzie potrzebna. I tak będzie wydzwaniać tylko ten głupi Witek. Cześć! – pomachała Markowi i poszła w swoją stronę.
– Cześć. – odpowiedział, ale raczej sam do siebie.
Pomimo tego, że trzymał komórkę w dłoni ciągle miał wątpliwości, czy robi słusznie.
Wziął jednak głębszy oddech i wystukał z pamięci numer. Po drugiej stronie usłyszał standardowe:
– Brodecki, słucham? – jak zwykle głos starego Brodeckiego brzmiał tak samo oschle.
Długo musiał zebrać się w sobie, nim się odezwał. – Słucham?! – powtórzył zniecierpliwiony.
– Cześć tato. – jego głos brzmiał niepewnie…

*****

Szedł nerwowym krokiem. A jego mina wyrażała wiele skrajnych emocji. Wreszcie znalazł Basię opierająca się o ścianę budynku domu Kwiatkowskich.
Tylko tego w tej chwili chciał.
Basia natomiast wydawała się by zrelaksowana. Spoglądała w błękitne niebo, wdychając świeże powietrze.
Kiedy przystanął zagryzł zęby. Basia wyczuwając czyjąś obecność, otworzyła oczy.
– Marek? …Dlaczego mi się tak przyglądasz? …Coś się stało? – wydawał jej się jakiś dziwny.
Nie potrafiła nawet określić jaki.
Tym bardziej, że wyciągnął przed nią ni z tego ni z owego telefon komórkowy.
– Masz. Dzwoń do rodziców. – popatrzyła na Marka jakby nagle urwał się z księżyca.
– Ale…? Co, jak? …Już ci coś powiedziałam, tak? Nie mogę… – kręciła głową.
– Ja dotrzymałem umowy. – przyznał, a na twarzy Basi od razu zagościł uśmiech.
– Zadzwoniłeś go ojca? – dopytała z wrażenia.
Nie wierzyła, ze to zrobił. Miała ochotę usiewać mu się za to na szyi. Teraz ona będzie mogła zadzwonić do rodziców…
Wzięła od niego telefon.
– I co? – zapytała zniecierpliwiona.
– I nic. – równo z tymi słowami, włożył ręce w kieszenie i wyszedł poza teren gospodarstwa.
Spacer to było to, czego teraz potrzebował. By ochłonąć…

Tymczasem młody awanturnik naprzykrzający się Martynie szedł wzdłuż polnej drogi, prowadzącej do domu i gospodarstwa państwa Kwiatkowskich. Ręce trzymał głęboko schowane w kieszeniach, a głowę pochylił do przodu tak, że oglądał swoje buty. Wymruczał pod nosem kilka niecenzuralnych słów na Marka i ze złości kopnął mały, przypadkowo napotkany kamyczek, leżący sobie niewinnie na poboczu.
Witek był wściekły, że ten „wysoki goguś” przerwał im rozmowę. Liczył na to, że uda mu się wyjaśnić zaistniałe nieporozumienie i wreszcie pogodzi się z Martyną. I pewnie by tak było, gdyby się nie wtrącił. W tej chwili już spacerowali by razem, śmiali się.
Przyznaje, że nieco poniosły go emocje, gdy dziewczyna nie chciała go słuchać, ale też nie miał zamiaru zrobić jej żadnej krzywdy. Był zniecierpliwiony, poirytowany jej bezpodstawnymi oskarżeniami. Szarpnął Martynę nieświadomie, odruchowo, gdy chciała odejść, nie zdając sobie sprawy, że sprawia tym dziewczynie ból.
Swoim niestosownym zachowaniem tylko pogorszył sytuację między nimi i teraz z pewnością dziewczyna nie będzie chciała go więcej widzieć.
Tak zamyślony nie zauważył, jak w jego kierunku zmierza mężczyzna ubrany na czarno, który chwile wcześniej wysiadł z czarnego mercedesa. Ocknął się dopiero, gdy usłyszał, jak ten owy nieznajomy się do niego zwraca.
– Dzieciaku! – najpierw pomyślał, że się przesłyszał, ale gdy mężczyzna skierował na niego wzrok, zrozumiał, że mówi do niego.
W końcu tylko oni dwaj znajdowali się na tej drodze w tej chwili.
– Chcesz zarobić? – rzucił stając chłopakowi naprzeciw.
Spojrzał na mężczyznę nieufnie, podejrzliwie. Przypominał typa spod ciemnej gwiazdy. Chciał odejść, nie zwracając na niego uwagi, ale wizja szybkiego zarobku zwyciężyła. Być może za te pieniądze uda mu się kupić prezent dla Martyny na przeprosiny.
– Ile? – spytał z nagła.
Mała stawka nie wchodziła w grę. Musiał przeanalizować interes, by sprawdzić czy jest opłacalny. Poza tym nie będzie nadstawiać karku, ryzykować za marny grosz. Wiedział czego po takich typach można się spodziewać. I wiedział również, że TAKICH stać na godziwe wynagrodzenie za małą przysługę.
Mężczyzna na te słowa tylko się uśmiechnął. Był przyzwyczajony do takich pytań.
Wyjął z kieszeni portfel i podał chłopakowi banknot stuzłotowy. Chłopak dyskretnie schował pieniądze do kieszeni.
– Dostaniesz więcej, jak się spiszesz. – dodał.
Chłopak przytaknął głową,
– To mam robić? – spytał, a detektyw Stópka dokładnie wyjaśnił Witkowi jego zadanie.

*****

Kiedy myślał, że już nic gorszego nie może go dzisiaj spotkać pojawił się Jacek. Uśmiechnięty, wesoły. Nie to co poważny i zachmurzony Marek.
Nic dziwnego, że Marek nie skakał z radości na jego widok. Głównym powodem złego samopoczucia młodego Brodeckiego był sam Dumicz. A dokładnie incydent sprzed paru godzin o którym wolał zapomnieć. Tylko obecność Dumicza ciągle przypominała mu o upokorzeniu. Jego i tak nienajlepszy nastrój nagle jeszcze bardziej się pogorszył.
Może nie sam powrót Jacka tak irytował, bo to było przecież nieuniknione.
Nie mógł znieść tego triumfu w oczach, kiedy na niego parzył i się uśmiechał. Czuł się wtedy jak zmieszany z błotem, przegrany. Bo poniekąd tak było. Przegrał kolejną walkę. Zbłaźnił i to na oczach Basi. To najgorsze co mogło mu się przytrafić.
Musiał coś zrobić, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.
„Nikt nie powiedział, że to walka fair play” – przeszło mu przez głowę.
Nagle przyszedł mu do głowy szatański pomysł.
Jacek dobrze wiedział, że wystawi się na tym pośmiewisko. Jego błędem było zlekceważenie przeciwnika. Niepotrzebnie grywał ważniaka i nie domyślił się, że to zasadzka. Podstęp przebiegłego lisa. Czemu jego psi instynkt mu tego nie podpowiedział? Czemu nie wywęszył czegoś podejrzanego? Nie powinien zaufać swojemu śmiertelnemu wrogowi. Ale drugi raz nie popełni tego błędu. Nie da się podejść i zgnieść jak mrówkę. Teraz przyszła kolej na jego ruch. Pozwoli Jackowi, by myślał, że dał sobie spokój, a kiedy Dumicz uzna go za pokonanego, zaatakuje w najmniej spodziewanym momencie i…
Obmyślanie tego chytrego planu przerwał mu Jacek.
– Widziałeś Basię? – spytał, gdy do niego podszedł.
Po czym westchnął ociężale niemal natychmiast po tych słowach, domyślając się, że nawet jeśli ją widział i tam mu tego nie powie. Niepotrzebnie JEGO o to pytał.
– Nie, nie widziałem. – skłamał perfidnie i spuścił lekceważąco głowę w dół, by .
– Tu jesteśmy! – usłyszeli nagle oboje za swoimi plecami.
To Basia i Martyna zmierzały w ich kierunku z lodami w dłoni. Musiały też niechcący posłyszeć o czym rozmawiali.
Basia wysłał Markowi karcący uśmiech. Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Odpowiedział uśmiechem.
– To dobrze się skała! – odparł Jacek ochoczo, gdy panie znalazły się w kręgu.
Po jego oczach Storosz domyśliła się, że chce ja gdzieś zaprosić. Aż promieniał entuzjazmem a oczy świeciły mu jak małe żaróweczki.
Jeszcze nigdy nie widziała tak rozanielonego faceta na jej widok. Zaczynało jej się to coraz podobać. To wspaniałe uczucie widzieć, że mężczyzna przy tobie mięknie.
Marek również wychwycił w jego mowie to, co Basia. Niemal natychmiast zamienił się w ruchomy radar i nadstawił uszu. W razie czego mógłby w porę interweniować.
Niestety Jacek domyślił się takiego scenariusza. Przepłynął wzrokiem po wszystkich, po czym zatrzymał się na oczach Basi.
– Możemy porozmawiać? Na osobności? – spytał nagle.
To kompletnie było nie na rękę Markowi.
Wbił w Dumicza kłujące spojrzenie, ale tego nie zauważył.
Dziewczyna wyczuła jego intencję i zgodziła się na rozmowę w cztery oczy. Tak samo jak on nie chciała rozmawiać w obecności Marka.
Odeszli kawałek dalej, zostawiając Marka z Martyną. Na takie posunięcie nie był przygotowany. Ale nie rezygnował.
Za to nastolatka tak bardzo cieszyła się na małe sam na sam z Brodeckim, że nie zauważyła, że chłopak w ogóle jej nie słucha.
– Właściwie to nie podziękowałam ci jeszcze za Wojtka. – rzuciła radośnie, z wdzięcznością w głosie.
Nie zareagował.
Próbował się skupić, wystawiając szyję w górę. Wzroku tez nie odrywał od stojącej nieopodal pary. Dochodziły do niego skrawki informacji.
– O co chodzi? – spytała Basia.
– Nie chciałem przy Marku. – szepnął, rozglądając się na boki, jakby upewniając się, że nikt ich nie słyszy.
– No domyśliłam się. – odparła. – Słucham, bo jak rozumiem chciałeś mi coś zaproponować. Ale chyba nie będziesz mi kazał z kimś rywalizować.
– Domyślna jesteś. – pochwalił dziewczynę. – Ale bez obaw. Do niczego cię nie będę zmuszał. Ale to, co mam ci do zaproponowania wydaje mi się kuszące.
– Kuszące? – powtórzyła, mrużąc zalotnie oczy. – No, no… Jak bardzo?
– Baaardzo. – przeciągnął, a dziewczyna nieświadomie zwilżyła usta językiem i zagryzła wargę zębami. – Co powiesz na wspólny spacer? Ty, łąka… ja? – dodał nieśmiało.
– Jak dla mnie świetny pomysł! – wyrwał się nagle Marek, zaskakując tym parę, że to usłyszał. – To gdzie idziemy? Tylko z tą łąką bym nie przesadzał. Będzie padać. A nie chciałbyś chyba mieć na spodniach wielkiej, mokrej plamy. Poza tym bliskość lasu stwarza zagrożenie występowania kleszczy. Jeszcze któryś wszedłby ci w…
– Marek! – stanęła przed nim z założonymi rękoma na biodrach i odciągnęła na bok. – Możesz nam nie przeszkadzać? Rozmawiamy. – wycedziła przez szereg białych zębów.
– Widzę, że rozmawiacie. Nie jesteś ślepy.
– Głuchy też nie, jak słyszę. …Robisz to specjalnie? – spytała wprost. – Chcesz mi popsuć randkę?
– Co? – wybałuszył oczy ze zdziwienia.
Potrafił być bardzo przekonującym aktorem, ale jej nie zmyli jego gra.
– Randkę? – powtórzył głosem niewiniątka. – Jaką randkę? Tu nie ma żadnej randki. – uśmiechnął się a Basia miała teraz ochotę go skrzywdzić.
Zawsze z takich sytuacji wychodził obronną ręką. I tym razem mu się upiekło.
– Co tak konspirujecie? – spytała Martyna zniecierpliwiona tymi rozmowami.
– Twój brat wymyślił spacer. Ja się zgodziłem, Basia też… Idziesz z nami?
– Jasne! – odpowiedziała wesoło, ale czując na sobie porozumiewawcze spojrzenie brata, zawahała się. – …A mogę?
– Jasne! – odparł pewnie Brodecki.
Jak dobrze, że wciągnął do tego Martynę. W jej obecności będą się hamować, a tym samym zaoszczędzą mu mdławych obrazków do oglądania.
Cieszył się jak dziecko, że tym razem wygrał.
Spacer przebiegał zgodnie z tym, jak przewidział Brodecki. Cała czwórka spacerowała wzdłuż polnej drogi, rozmawiając na neutralne tematy.
Tymczasem detektyw Stópka czekał na chłopaka już od piętnastu minut. Już pomyślał, że dzieciakowi się odwidziało, kiedy ktoś zapukał w szybę. Stópka uchylił przednia szybę.
To był Witek. Stał zziajany, musiał przed chwilą biec.
– Wsiadaj! – rzucił, a Wojtek zajął miejsce pasażera. – Mów co wiesz. – odparł.
– Najpierw kasa. – zażądał, a detektyw wcisnął mu w dłoń kolejną stówkę.
– No więc ta blond laska to Baśka, przyjechała razem z tym kolesiem, który doczepił się do mojej Martyny. Chyba jadą do Niemiec. – odpowiedział z trudem łapiąc oddech.
– To wszystko? – zapytał niezadowolony.
Wydał dwie stówy za nic?! Dał się wyrolować cwanemu dzieciakowi…
– No tak. Tyle powiedział mi młodszy brat Martyny. – Stópka zacisnął pięść ze złości.
– Do dobra. Spływaj dzieciaku. – nie miał ochoty dłużej dobijać z nim targów.
– Ale zaraz! Mówił pan, żebym się dowiedział gdzie idą, co robią. – przypomniał.
Mężczyzną westchnął, wywrócił oczami i zgodził się go wysłuchać.
– Mów.
– Poszli teraz na spacer z Martyną i Jackiem, jej starszym bratem. A… i jest jeszcze coś. Ale to już będzie kosztować extra. – uprzedził, a detektyw dla świętego spokoju dał mu w dłoń pięćdziesiątkę.
– Miała być stówka. Nie tak się umawialiśmy, panie kolego.
– Nie mam więcej. Mów.
– Jacek i ten Marek zabujali się w tej samej dziewczynie… w Baśce. – odparł takim głosem, jakby odkrył news dnia show biznesu.
Detektywowi nagle wpadł do głowy pewien pomysł. Będzie mu do tego potrzebny Witek….
Gdy chłopak odszedł, nagle rozdzwoniła się komórka detektywa. Tradycyjnie dzwonił Brodecki. Stópka odebrał odruchowo.
– Tak, panie Brodecki? Proszę się nie niecierpliwić. Już niedługo wszystko się skończy i pana syn wróci do domu. Wymyśliłem haka na … – bronił się, gdyby kolejny raz został obrzucony pretensjami.
Prokurator jednak długo nic nie mówił.
Marek do mnie dzwonił. – wypowiedział wreszcie z trudem.
– Kiedy? – zapytał zdziwiony.
Dzisiaj. Kilka godzin temu. Niech pan zabiera go do Warszawy. Daje panu trzy dni. –odparł stanowczo, wyrachowanie, chłodno, jak tylko on potrafił. – Inaczej wycofam się z naszej umowy. – nim detektyw zdołał wydusić choćby słowo, Brodecki się rozłączył.

Tymczasem spacer trwał w najlepsze…
No może niekoniecznie „w najlepsze”.
Tylko Marek emanował spokojem i radością, czego nie można było powiedzieć o Basi i Jacku. Byli małomówni. Odzywali się tylko wtedy, gdy ktoś o coś zapytał. Jednak mimo całej złości na tą sytuację Marek zauważył kilka ukradkowych spojrzeń, jakie rzucali w swoim kierunku. Przeważnie Jacek zaczynał, a Basia to podchwytywała.
W pewnej chwili kompletnie przestali się przejmować towarzystwem. Uśmiechom nie było końca. Marek musiał coś wymyślić szybko.
– No i kto wygrał? – spytała ciekawsko Martyna.
Odkąd dowiedziała się o zorganizowanych dzisiaj zawodach, zasypywała Basię, Marka i Jacka setkami pytań.
– A czy to ważne? – spytał Marek, nie chcąc drugi raz godzić się z porażką.
Teraz wyjdzie na łamagę przed wpatrzoną w niego nastolatką. Pięknie!
– Żartujesz sobie? To jest najważniejsze! Nie od dziś chodzę po tym świecie i wiem, że od zawsze liczą się tylko zwycięscy, a frajda ze współzawodnictwa to tylko gadka tych przegranych frajerów. No, więc? – nalegała, będąc święcie przekonaną, że wygrał jej faworyt. I nie brała w wyborze pod uwagę więzów krwi.
– Twój brat. – odparła wreszcie Basia, chcąc dopiec Markowi za tą sytuację, ale szybko pożałowała, widząc jego niewyraźną minę.
Mina Martyny była odbiciem tej Marka. Zawiodła się.
– Yyy.. nie zawsze można wygrywać. Byłoby za nudno. – rzuciła zmieszana. – Ale to niespodzianka. Mój braciszek pierwszy raz w życiu coś wygrał. – Marek parsknął śmiechem. – Przeważnie unikał wszystkiego co związane z gospodarstwem starego. Nawet wyniósł się do miasta. – rzuciła złośliwie Martyna.
– Na studia. – poprawił ją.
– Tak? – wtrąciła się Basia nagle. – A może pan prokurator zwyczajnie nie lubi pobrudzić sobie raczek? – zażartowała.
– Odpłacisz mi za to! – odparł w żartach i zaczął ją gonić, a dziewczyna uciekać. Dogonił ją kawałek dalej, chwycił w pół. Dziewczyna chichotała jak dziecko.
Marek obserwował ich z daleka. Sposób, w jaki na nich patrzył, natychmiast wychwyciła Martyna.
– Podoba ci się. – wywnioskowała.
– Co? – ocknął się natychmiast.
– No twoja szwagierka. Podoba ci się. Jej maż nie jest o nią zazdrosny?
– Co ty gadasz. Nie podoba mi się. Mam narzeczoną. – trzymał się ich wersji.
– Ale coś mi mówi, że zaręczałeś się w ciemno i pomyliłem dziewczyny. – odparła spoglądając chłopakowi w oczy.
– Weź się może zajmij swoimi sprawami… z Witkiem? – zwątpił, czy dobrze zapamiętał imię.
– Z nami wszystko skończone. Życie singla ma swoje korzyści. Jestem wolna, bez zobowiązań, więc nie musze się pilnować by przypadkiem nie podrywać każdego chłopaka, który wpadnie mi w oko… – uśmiechnęła się zalotnie do Marka, a on znów wybuchł śmiechem.

Tymczasem Basia i Jacek odłączyli się od grupy, by wreszcie pobyć ze sobą sam na sam. Jacek był bardzo zadowolony, że wreszcie pozbyli się niewygodnych towarzyszy.
– Chodź, pokaże ci coś. – rzucił do Basi i niespodziewanie chwycił ją za rękę.
Czuła się zawstydzona tym gestem, w końcu znają się króciutko, ale mimo wszystko nie wyrwała ręki. Dała się prowadzić.
– Gdzie?
– Tutaj, kawałek.
Jacek zatrzymał się przed wielkim stogiem siana na ich polu.
– Jako dziecko lubiłem tu przychodzić. – wyjaśnił. – Zabawa w bitkę na siano była lepsza niż zabawa policjantów i złodziei.
– Ty pewnie byłeś policjantem.
– Przejrzałaś mnie. – roześmiał się.
Usiedli.
– Jacek? – spytała po chwili zamyślenia.
– No?
– Jak to było z twoim ojcem? – zauważyła, jak marszczy brwi ze złości. – Przepraszam, nie powinnam pytać.
– Dumicz to drań. Uwiódł moją matkę, gdy była na studiach w Warszawie. A gdy mu się znudziła prosta dziewczyna, porzucił ją dla innej. Wróciła na wieś, przerwała studia. Potem okazało się, że jest w ciąży. Powiedziała o tym Dumiczowi, a ten mnie uznał, łożył na moje utrzymanie. Nawet teraz gdy jestem na studiach. Ale nie utrzymujemy ze sobą bliskich kontaktów. Moim ojcem jest Kwiatkowski.
– Rozumiem. Pewnie było ci ciężko.
– No nie wiem kto miał gorzej. Ja, syn, którym nie interesuje się własny ojciec, czy ty, córka z nadopiekuńczymi rodzicami. – stwierdził pół żartem, pół serio.
Roześmiała się.
Po raz pierwszy roześmiała się z nadopiekuńczości rodziców, która wcześniej działała jej tylko na nerwy.
– Lubię jak się śmiejesz. – rzucił, spoglądając dziewczynie głęboko w oczy.
Nic nie odpowiedziała.
Tak samo jak on zatraciła się w tym spojrzeniu.
Jacek zdecydował się wreszcie na nowy krok. Powoli zmniejszał odległość między nimi. Ich usta dzieliły niemal centymetry, gdy usłyszeli ten głos.
Nie, to nie był jej wewnętrzny głos, który mówił: „Nie rób tego”.
To był JEGO.
– Ychym… – odchrząknął, a Basia i Jacek natychmiast od siebie odskoczyli.
– Nie chciałem przeszkadzać, ale Martyna dostała SMS`a, że czekają na nas z kolacją. – rzucił zadowolony, że po raz kolejny im przeszkodził.
– No to się zbierajmy. – powiedziała Basia i wymieniając z Markiem szybkie spojrzenie, wróciła do Martyny.
Marek nie potrafił przestać się uśmiechać. Jacek tego nie wytrzymał.
– No i co się tak śmiejesz? – mruknął nieprzyjemnie.
– Ja się śmieję? Mnie wcale nie jest do śmiechu. – udał głupka.
Przekomarzali się tak zanim doszli do dziewczyn.
– Wracamy? – spytała nastolatka, by się upewnić. – Mama się niecierpliwi.
– Tak, tak. – potwierdziła Basia i cała czwórka zmierzała piechota do domu.
Martyna zauważyła, że Jacek i Basia są jacyś dziwni. Mimo wszystko tego nie skomentowała. Jej teoria zaczynała się potwierdzać.
– A wiecie, że w sobotę sołtys organizuje imprezę? To już za dwa dni! W końcu się doczekałam! Tylko szkoda, że nie umiem tańczyć. – odparła po chwili, by rozładować napiętą atmosferę.
Udało się. Wszyscy wybuchli śmiechem.
– A może byśmy tak razem poszli? – zaproponowała na koniec.
Do domu dotarli po około piętnastu minutach.

Tymczasem Basia i Marek nie zdawali sobie sprawy z zagrożenia jakie zaczyna wyrastać im pod nosem. Właśnie w tej chwili pod domem Kwiatkowskich zaparkowała czarna Toyota Awensis na warszawskich numerach rejestracyjnych.
– Zawołajcie ojca, pewnie jeszcze jest na dworze.
– Ja to zrobię. – zaoferował się Marek i podszedł do okna.
Los chciał, że podszedł w tym samym momencie, co nieznajomy mężczyzna wychodził z samochodu. Pewnie wszystko byłoby w porządku, gdyby przypadkiem nie dostrzegł wystającej kabury z bronią przy pasku.
Domyślił się, co jest grane.
Zastygł w bezruchu z przerażenia.
– Wołał mnie ktoś? – zapytał wesoło Kwiatkowski, gdy pojawił się w pokoju gościnnym. – Byłem w garażu. Sprawdzić co z waszym samochodem. Jestem pewien, że z nową pompą paliwową nie będzie już problemu z silnikiem. – wytłumaczył, ale Marek był zbyt przejęty zbliżającym się do drzwi policjantem, niż samochodem.
Tylko Basia zauważyła, że cos jest nie tak.
Podeszła do niego i spytała szeptem:
– Marek, co jest?
– Kłopoty. – odpowiedział jednym słowem, a wtedy usłyszeli dzwonek do drzwi.
Nie kto inny, jak sam komisarz Zawada wreszcie ich odnalazł…

Magdalena - 2009-09-23, 21:03

No i jest nasz komisarz Zawada :-) teraz wszystko się wyda!
Coś mi się wydaję,że sie z Markiem polubią...i będą kiedyś razem łapać złych złoczyńców :lol:
piszcie szybko co to się stanie teraz :-P
czakamyyyy :-P

3M - 2009-09-23, 21:39

Dziewczyny bosko :lol:
Komisarz Zawada zawsze pierwszy wkracza do akcji :lol:
Tylko ten chłopak Martyny to w końcu Witek czy Wojtek :P

Czekam niecierpliwie na dalej

Twins - 2009-09-23, 21:41

Witek :lol: Bo jedna napisała Witek a druga Wojtek no i jednak wybrałyśmy Witka :lol: A jest gdzieś błąd tak? Gdzie trzeba poprawić? :lol:
EDIT: Chyba poprawione! :-D
Dzięki dziewczyny! :* :*

olka - 2009-09-24, 00:42

Wiecie co? Normalnie powinnam skopać Wam tyłki, że kończycie w takim momencie! :576:
Ta część była GENIALNA! Strasznie fajnie mi się ją czytało :mrgreen:
Marek ma świetne wyczucie czasu, pochwalam, oby tak dalej! :lol:
Tylko co teraz? Tu Stópka, tu Zawada - jak między młotem, a kowadłem :-|
Nie wiem jak to sie dalej potoczy, ale macie szybko dać kolejny cedek!
Czekam! MISTRZOSTWO! ;*;*;* ;-)

Twins - 2009-09-24, 10:53

Jeszcze raz dzięki ;-**

Bliźniaczki&Olka
PRZYPOMNIENIE

Cz. 10

„To moja wina” – pomyślała, z trudem hamując rosnące zdenerwowanie. Gdyby była dobrą żoną, Marek teraz byłby tu z nią. Zaczęła się obwiniać, że to przez nią Brodecki nie wrócił na noc. A nawet nie zadzwonił. Przepadł, nie dając znaku życia. Z początku była na niego wściekła i nie miała zamiaru, że się przejmować. Czasem potrafił być naprawdę nieodpowiedzialny i bezmyślny. Nie chciała więc brać winy za to szczeniackie zachowanie „Wróci, kiedy zechce”. – mruknęła obojętnie. Nie czekając na niego, zjadła kolację, wzięła relaksującą kąpiel i rozłożyła się wygodnie na łóżku, czytając książkę. Wiedziała, że mimo wszystko nie zaśnie, zanim nie wróci. Pomyślała nawet, że Marek robi to złośliwie doskonale o tym wiedząc.
Kiedy jednak nie wracał kolejną godzinę, zaczęła się naprawdę martwic, czy nic mu się nie stało. Kilka razy dzwoniła, ale miał wyłączony telefon. Dotychczas to się nie zdarzało. Zwykle, kiedy nie chciał z nią rozmawiać, po prostu nie odbierał. Nawet nie pytała dlaczego. Miała tylko skryty żal, że nie mogłaby na niego liczyć, gdyby coś złego stało się jej albo dziecku. O nią nie musiał się martwić, ale nie wybaczyłaby mu, gdyby przez niego ucierpiało ich dziecko, bo on zwyczajnie nie odebrał od niej telefonu.
Tym razem miarka się przebrała. Miała tego dosyć. Tego cierpienia w milczeniu. Nie będzie dłużej tolerować tego, jak ją traktuje. Skoro są małżeństwem, powinien ją szanować. A Marek w ogóle nie zachowywał się jak mąż. Jednak jako dorosły człowiek powinien wykazać się choć odrobiną odpowiedzialności. Miał w nosie sakrament, który dla niej był świętym. Miała ochotę na niego nakrzyczeć. Powiedzieć co leży jej na sercu. Wyrzucić z siebie to wszystko, co dotychczas dusiła w sobie. A w tej chwili najbardziej chciała by jego rodzice poznali prawdę o ich małżeństwie. Była co prawda przeciwniczką mieszania się rodziców i teściów w ich sprawy, ale to oni zmusili Marka do ślubu z nią, zatem to też ich problem, by Marek zmądrzał. Ostatnio na zbyt wiele sobie pozwalał. Musi do niego dotrzeć, że nie jest już kawalerem.
Kilka razy wykręcała numer teścia, ale za każdym razem rezygnowała. Bo co miałaby odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego to robi? Wnet zrozumiała, co musiałaby odpowiedzieć.
„To wszystko przeze mnie”. – dodała. To jej wina, że Marek jej nie kocha. Bo gdyby była dla niego odpowiednia takie sytuacje by się nie zdarzały, a ona nie musiałaby teraz stać w oknie i czekać, aż się pojawi po nocnej nieobecności. Marek nie wracał tylko dlatego, że była tu ona. W takiej chwili żałowała, że jest z nią z poczucia obowiązku. Już wolałaby pozwolić mu odejść. Nie chciała go zatrzymywać siłą. Była jednak zbyt wielką egoistką, łudząc się, że być może coś się zmieni, gdy na świat przyjdzie ich dziecko.
Najbardziej bolało ją to, że Marek prawdopodobnie w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że ona się o niego martwi. Pewnie myśli, że jest jej kompletnie obojętny, a to nieprawda. Bała się o niego. Z narastającym zdenerwowaniem przeczekała do rana. Na policję nie mogła zadzwonić, bo nie upłynęła wymagana ilość godzin od zniknięcia. A rodziców Marka wolała niepotrzebnie nie niepokoić. Marek mógł wrócić w każdej chwili, a gdyby się dowiedział, że powiadomiła o tym jego rodziców jeszcze bardziej by ją znienawidził.
Nie przespała ani minuty. W nerwach liczyła kolejne godziny do świtu. Jeśli Marek nie pojawi się z samego rana, będzie musiała kogoś poinformować. Nie wytrzyma tej niepewności. Bo oprócz opcji, że przydarzyło mu się coś złego, miała drugą, jeszcze gorszą. Nie zniosłaby takiego obciążenia, gdyby się okazało, że Marek od niej uciekł, gdzieś wyjechał bez słowa, a ona miałby go nigdy więcej nie zobaczyć.
Z tych nerwów zapomniała o jeszcze jednej ewentualności. Najbardziej banalnej.
Coś przed szóstą usłyszała, jak próbuje przekręcić klucz w zamku.
- Marek! – szepnęła i zerwała się z kanapy. W spokoju poczekała aż wejdzie.
Odetchnęła z ulga widząc go całego i zdrowego.
Nie wysilił się nawet na głupie „dzień dobry”. Wszedł do salonu i od razu spostrzegł jak stoi przed nim.
- Marek… - powtórzyła, tym razem głośniej, ale nie zareagował. - Gdzie byłeś całą noc? – spytała spokojnie.
Wymienił z nią szybkie spojrzenie, ale nic nie odpowiedział.
- Mówię do ciebie. Odpowiedz. – powtórzyła, by nie wymigiwał się od odpowiedzi.
Dalej nie reagował na jej prośby. Gdy podszedł bliżej poczuła nieprzyjemny zapach alkoholu. Zrobiło jej się niedobrze.
- Piłeś. – rzuciła z pretensją w głosie.
- Nie muszę ci się tłumaczyć. – odparł oschle i wszedł w głąb salonu.
- Mi nie, ale twojemu ojcu… - zainsynuowała.
- Zadzwoniłaś do niego?! – oburzył się.
- Nie. – odpowiedziała spokojnie, nie dając mu się sprowokować. – Ale nie dajesz mi innego wyjścia. Zachowujesz się nieodpowiedzialnie! Miałeś wyłączony telefon, nie wróciłeś na noc!
- Jestem zmęczony, więc daruj sobie te kazania.
- Myślałam, że coś się stało… - dodała łagodniej.
- Ale nie stało. Skończyłaś? – spytał, rzucając marynarkę na kanapę.
Zaczął rozpinać mankiety od koszuli. Nosił się z zamiarem pójścia do łazienki.
Basia podeszła do niego ze spuszczonym wzrokiem.
- Martwiłam się o ciebie. – spojrzała mu w oczy.
Nie mogąc się powstrzymać odpięła guzik przy kołnierzyku białej koszuli. Czuła gdzieś wewnętrzną potrzebę, by pokazać, że wcale nie jest jej obojętny. Być może potrzebował teraz wsparcia, a nie chce o tym mówić…
- Tak? – spytał ironicznie, zabierając jej dłoń.
Sam się tym zajął. Odszedł, rozpinając resztę guzików.
Dziewczyna znowu się zawiodła. Spuściła wzrok.
- A ty po prostu siedziałeś całą noc w barze … przy wódce … - dokończyła ciszej.
- Nie mam ochoty tego słuchać. – rzucił koszulę na oparcie kanapy i wymijając dziewczynę, poszedł do łazienki.
Basia bezsilnie usiadła na rogu kanapy. Chwilę siedziała w milczeniu, wsłuchując się w szum wody z prysznica.
Spojrzała na koszulkę i wzięła do ręki. Przymknęła oczy i uniosła materiał do nosa.
Otworzyła je gwałtownie, czując, jak do jej oczu nachodzą łzy.
To nie był jego zapach, który tak uwielbiała. Śmierdział damskimi perfumami. Rzuciła koszulę i poszła do siebie, nie chcąc, by widział jak płacze.

(...)

No tak. Obiecała przecież, że nie doniesie w domu, co dzieje się u nowożeńców. Nie nazywała by się jednak Agata Storosz, gdyby pod tą obietnicą nie krył się mały haczyk. Przecież nie może pozwolić na to, by ktokolwiek krzywdził jej siostrę i jej małego siostrzeńca, czy siostrzenicę. A już na pewno nie zrobi tego grecki bóg o zbytniej pewności siebie z wrednym charakterem, mający się za cierpiącego i wielce poświęcającego się Prometeusza. Dla Agaty był tylko „dupkiem z przerośniętym ego” i za nic w świecie nie potrafiła polubić nowego szwagra. Choć, gdyby Marek nie był żonaty, mógłby się jej podobać. Teraz jednak zastanawiała się co też takiego zobaczyła w nim Basia, że zachorowała na nie wyleczalną odmianę miłości, zwaną inaczej miłością życia. Dla Agaty było to uczucie destrukcyjne i wyniszczające, dopóki Marek nie „zarazi” się nim od jej siostry. Najchętniej sama, gdyby znała się bardziej za fizjologii ludzkiego ciała, wynalazłaby zmutowane genetycznie szybko roznoszące się bakterie, czy wirusy, odpowiedzialne za stan zakochania by jak najszybciej doszło to infekcji, a Baśka stworzyłaby ze swoim ideałem mężczyzny udany związek.
To, że nie została inżynierem biogenetyki, nie uwalnia jej od tego, by nie mogła wziąć sprawy w swoje ręce. W końcu gdzie diabeł nie może tam babę pośle, a jej pomysł na rozmowę był iście szatański. Z takich powódek nie może wyjść nic dobrego, więc Marek powinien spodziewać się prawdziwego piekła.
„Baśka się wścieknie, gdy się dowie. Dlatego nie może się o tym dowiedzieć.” – pomyślała nieco zmieszana, kiedy udało jej się wejść do biura filmy architektonicznej Hi-Tex. Kiedy jednak przypomniała sobie wyraz twarzy siostry wstąpił w nią bojowy duch. Szybkim krokiem przeszłą korytarz i dotarła do stanowiska sekretarki Marka.
Tymczasem on sam przeglądał projekt nowego blokowiska, nic pilnego. Pomimo tego, że nie miał za wiele do roboty, siedzenie w firmie było lepsze od zmuszania się do uprzejmości i siedzenia w domu, który nigdy nie będzie jego i w którym nigdy nie będzie czuł się swobodnie. Dla niego było to więzienie, a praca ucieczką. Tutaj przynajmniej mógł się zrelaksować. Wyciągnął szklaneczkę z barku i nalał sobie drinka. Usiadłszy z powrotem na fotelu obrotowym przy biurku, myślał, że nic nie zakłóci jego spokoju.
Nie mógł jednak na to liczyć. Szybko usłyszał jakieś podniesione głosy dochodzące zza drzwi. Nie zdążył wstać, a drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że o mało co nie wypadła z nich szyba. Nieproszonym gościem była oczywiście Agata. Tuż za nią wpadła sekretarka, przepraszając za nie uzgodnione najście.
- Agata? Co ty tu robisz?
- Przepraszam szefie, ale ta pani była uparta i nie chciała zaczekać. – widząc, że jest to rodzina żony Brodeckiego – bo tak też Agata jej się przedstawiła, przystała na formę „per pan, pani”, by nie zdradzić, że spoufala się z szefem. – Ja jej mówiłam, ze jesteś zajęty. – nie mniej jednak tak przyzwyczaiła się do mówienia sobie z szefem na „Ty”, że stało się to dla niej tak nienaturalne. Zapomniała się. Agata tylko zlustrowała ją wzrokiem.
- Nic się nie stało. Możesz nas zostawić. – zwrócił się do dziewczyny. Kiedy ta tylko zamknęła drzwi, ze zmienionym wyrazem twarzy spojrzał podejrzliwie na Storosz.
- Wiesz do czego służy telefon? Pracuję. – jego oschły ton wskazywał na to, że jest tu nieproszonym gościem.
- Właśnie widzę. – skinęła na szklaneczkę z whisky. – Dorabiasz sobie jako barman, czy to cięcie kosztów? …Brakuje ci tu jeszcze tylko stolika do bilardu. – zironizowała rozglądając się po gabinecie, a Marek tylko przewrócił oczami na tę uwagę.
- Dobry pomysł. Pomyślę nad tym. – odgryzł się. – Przyszłaś w jakiejś konkretnej sprawie? – dodał zniecierpliwionym tonem.
- Nie musze mieć chyba niczyjego pozwolenia, by porozmawiać z własnym szwagrem? – podniosła zadziornie jedną brew.
- Oczywiście, że nie. – z jego twarzy nie znikał cynizm, ale nic już na to nie poradził, że ta rodzina przyprawiała go o kolejna falę frustracji. Przypominała o przymusie i obowiązku. Miał wrażenie, że wszyscy stoją nad nim jak kaci i śmieją z tego, że dał się uwiązać na małżeńskiej smyczy. Nie ufał już żadnemu Storosz.
– Twoja rodzina zawsze może wpadać, ale nie musiałaś się fatygować aż tutaj… Staram się oddzielać sprawy zawodowe od prywatnych.
- Powiedz to Baśce i waszemu dziecku. – zasugerowała, że romans z córką partnera biznesowego jego ojca zaprzecza tej regule. – To właśnie o niej chciałam rozmawiać.
- Już się poskarżyła? Siadaj! – wskazał miejsce naprzeciwko siebie.
- Postoję. – rozmowa z góry zapowiadała się na nieprzyjemną. Uprzejmości, nawet jeśli były wymuszone i nieszczere nie miały najmniejszego sensu.
- Domyślam się, że też niczego się nie napijesz? – uśmiechnął się cynicznie.
- Powiem krótko. Baska jest moją siostrą, bardzo ją kocham i nie pozwolę, by ktokolwiek ją upokarzał! – jego zachowanie jeszcze bardziej ją pobudzało.
- A nie przyszło ci do głowy, że to ja nie pozwolę, byś wtrącała się w nie swoje sprawy? – nie miał zamiaru wysłuchiwać zdania rozjemcy za dychę. – Nie wiem, co Baska ci naopowiadała, ale to nieprawda. Jedyną osoba, którą upokorzyliście, ty, twoja rodzina, a nawet moi rodzice jestem ja! Wszyscy się ode mnie odwrócili! – nie spodziewając się pomyślał natychmiast o Jagodzie. Wstał więc i podszedł bliżej szwagierki, spoglądając jej głęboko w oczy. – Tylko oczywiście to ja zawsze jestem tym złym i najgorszym, prawda? ….Oboje wiemy, że jest inaczej… Powiedz… Baśka kazała ci tu przyjść? – nie potrafiła znieść tego cynizmu w oczach i lekceważącego nieco przyciszonego tonu. Jakby ten człowiek nie miał za grosz sumienia. Nic do niego nie docierało. Jak grochem o ścianę.
- Musisz być naprawdę tępym kretynem, by widzieć tylko swoją krzywdę.
- Ej, ej! Nie pozwolę się obrażać! Za młodziutka jesteś, by cokolwiek wiedzieć!
- Jak na swój wiek jestem bardzo nieufna. – uśmiechnęła się cynicznie - Codziennie uczę się oddzielać dupków od fajnych facetów. Ty należysz do tej pierwszej grupy.
- Cieszę się, że pomogłem przy klasyfikacji. Ja tez codziennie uczę się rozumieć naturę kobiet. Jednej nie rozumiem. Ich solidarności…Bronicie się jak lwice.
- Pajac! – zaśmiał się na tą uwagę. – Wiem wszystko co się u was dzieje! Przede mną nie musisz udawać idealnego męża!
- Jednak ci wszystko powiedziała…- mruknął do siebie. – Hmm…W takim razie za bardzo wierzysz swojej siostrze. Obyś się na tym nie przejechała. – odszedł siadając z powrotem za biurkiem, zabierając ze sobą jakieś kartki papieru. Ta rada nie zrobiła wrażenia na Agacie.
- Powinieneś się cieszyć. Im więcej osób wie, tym prędzej skończy się ta cała szopka! – miała ochotę go udusić. Miała nawet bardzo grupy pasek w spodniach. Wystarczyłoby tylko dobrze zacisnąć pętle.
- Do twojej wiadomości Basia nie wie, że tu jestem. I ty tez jej nie powiesz.
- Nie będziesz mi mówić co będę robić! – podniósł palec wskazujący w górę, mając dość tej natrętnej dziewczyny. Tolerował ją tylko dlatego, że całkiem zgrabna z niej dziewczyna. Nawet bardzo.
„Tylko tak samo wredna jak każda Storosz.” – pomyślał.
- Nikt nie będzie! – kontynuował, ostrzegając.
- Właśnie, że będę! Jesteś facetem bez jaj! – zacisnął żeby. – Prometeusz, cholera! Jeśli kiedykolwiek ją skrzywdzisz będziesz miał ze mną do czynienia!
- Dobre się skończyło, wyjdź! Nie mam czasu na takie pierdoły, jak wysłuchiwanie żali smarkatej Barbie!
- A Basia próbuje cię jeszcze tłumaczyć… Żal mi ciebie. – posłała Markowi spojrzenie pełne politowania i wyszła.
Marek odprowadził ja wzrokiem. Spojrzał w kierunku do wpół wypitej szklaneczki. Dopił wszystko jednym haustem. Zakrył twarz w dłoniach, biorąc większy wdech. Poszedł do łazienki obok. Odkręcił zimną wodę i przemył twarz, spoglądając na siebie w lustrze. Powoli zaczynał wątpić czyje odbicie w nim widzi.
Wizyta Agaty zupełnie wytrąciła go z równowagi. Był zły na nią, na Baśkę i na samego siebie. Wściekał się, że ta smarkula ośmiela się zwracać mu uwagę. Wpada tu jak do siebie, nie mając o niczym bladego pojęcia i prawi mu kazania. A niby na jakiej podstawie? Jest siostrą Baśki i to jasne, że weźmie jej stronę. Dla niej to zawsze On będzie tym złym. A Basieńka oczywiście musiała się już wszystkim poskarżyć, jak to jest jej źle. Tak jakby on czuł się w tym związku komfortowo. Nie potrafił usiedzieć w miejscu. Przemierzał swój gabinet wzdłuż i wszerz próbując rozładować napięcie. Co chwile brał głębszy oddech, lecz nie umiał się uspokoić. Dobijała go myśl, że sam się w to wszystko wpakował. Był wściekły na siebie, że tak łatwo uległ presji rodziców i Storosza. Może gdyby bardziej walczył, bardziej się upierał ... może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Czuł się samotny. Baśka przynajmniej miała się komu poskarżyć. Miała rodzeństwo i rodziców stojących za nią murem. Gotowych wydrapać oczy każdemu, kto ośmieli się ją skrzywdzić. On nie miał nikogo, a przynajmniej tak właśnie się czuł. W końcu jego własna rodzina poniekąd zgotowała mu taki los. Ojciec na każdym kroku dawał mu wykłady, pouczał, ganił. Odkąd pamięta, cokolwiek zrobił, stary Brodecki nigdy nie był w pełni zadowolony. Wciąż doszukiwał się błędów. Nie potrafił po prostu pochwalić syna, zawsze musiał mieć jakieś „ale”. Zarówno do jego osoby, jak i do tego, co robił. Jeśli coś było dobre, to nigdy nie tak dobre, jak mogłoby być. Marek w końcu przestał zabiegać o względy ojca, zwyczajnie sobie odpuścił. Przestał się też starać. Wyzbył się złudnych nadziei, że kiedykolwiek dorówna ideałowi, jaki ojciec próbuje z niego zrobić.
Sfrustrowany i zirytowany, wiedząc, że nie zdoła już dziś skupić się na pracy, zwinął papierki i opuścił firmę, kierując się prosto do domu. Chciał tylko, by wszyscy dali mu święty spokój. Jedyne o czym marzył, to prysznic i wieczór przed telewizorem. Wystarczająco się dziś nasłuchał. Niepotrzebne były mu kolejne scysje, tym razem z Baśką. Zamknął samochód w garażu i nim wszedł do domu spojrzał w okna sypialni. Paliło się światło, co znaczy, że Baśka była na górze. Ucieszył się z tej perspektywy. Miał nadzieje, że nie zobaczy się z nią do końca dnia i tym sposobem unikną kolejnej kłótni. Jak bardzo się pomylił. Gdy wszedł wychodziła właśnie z kuchni, niosąc przed sobą miskę z popcornem. Widząc go, szybko się zatrzymała. Marek przeklinał w myślach, że nie zaczekał przed domem pięć minut dłużej.
- To ty? – zapytała zaskoczona – Nie spodziewałam się ciebie.
- To także mój dom, gdybyś nie zauważyła – odparł oschle. Podwinął mankiety koszuli, zdjął krawat i nie mówiąc nic więcej, minął ją, idąc do kuchni.
- Wiem, zauważyłam – podreptała za nim - Po prostu nie sądziłam, że będziesz tak wcześnie – wyjaśniła. Przyglądała mu się z uśmiechem na twarzy. Patrzyła jak wyciąga z lodówki sok pomarańczowy i nalewa do szklanki. Patrzyła tak, jakby to był najwspanialszy widok na świecie. I był. Dla niej był. Bo to właśnie dziś jej mężczyzna wrócił wcześnie do domu. Nie musiała już czekać na niego do późna, zastanawiać się, czy znowu nie przepadnie gdzieś na noc, nie musiała się martwić. Był tutaj, a ona nie potrafiła ukryć, jak bardzo się z tego powodu cieszy. Może Marek przestał już przed nią uciekać i teraz wszystko się zmieni? Na pewno. Przecież kiedyś musi być lepiej.
- Jesteś głodny? – zapytała, wyrwana z letargu, gdy znów minął ją w drzwiach – Bo mogę przygotować kolację ... jeśli oczywiście chcesz! – zaznaczyła, dreptając za nim jak kaczuszka, trajkocząc przy tym jak najęta – Co prawda w lodówce nie mamy zbyt wiele. Nie zadzwoniłeś, nie wiedziałam, że już wracasz i nie zdarzyłam zrobić zakupów, ale na pewno coś wymyśle. Musisz tylko chwil...
- Zamknij się wreszcie! – krzyknął tak nagle i tak gwałtownie, prawie podskoczyła. Miska z popcornem, którą trzymała z hukiem spadła na podłogę. Ona sama zastygła w bezruchu, patrząc na niego z przerażeniem. W jej oczach natychmiast zalśniły łzy.
- Po prostu się zamknij! – wycedził, odwracając się w jej stronę. Ten jej entuzjastyczny jazgot zaczął poważnie działać mu na nerwy. Irytowała go. Chciał być sam, odpocząć, spędzić jeden wieczór sam ze sobą, poczuć się jak wtedy, gdy był jeszcze kawalerem. Bronił się przed tym, by nie wybuchnąć, ale w końcu nie wytrzymał. Nie zdążył jeszcze ochłonąć po kłótni z Agatą i teraz nie potrafił się opanować. Miał nie wspominać Baśce o wizycie siostry i na początku faktycznie chciał sobie to darować, ale teraz, gdy fala wściekłości zalała go od nowa nie zwracał uwagi na to, co mówi.
- Przestań bawić się w troskliwą żonkę! Myślisz, że o niczym nie wiem?! Siedzisz tu całymi dniami i kablujesz na mnie swojej rodzince! A potem nasyłasz na mnie tą smarkulę, twoją siostrę!
- Nikogo na ciebie nie nasłałam! – wyszeptała ciężko oddychając. Kurczowo trzymała obiema dłońmi swój brzuch. Łzy spływały po jej bladych policzkach, a ona sama nie wiedziała, co robić. Czuła się jak mała, bezbronna dziewczynka. Ten nagły wybuch jej męża zupełnie ją zaskoczył i wystraszył. Zdenerwowanie brało górę, a ból był coraz silniejszy. Wiedziała, że musi się uspokoić, lecz nie potrafiła.
- Jeśli Agata u ciebie była, to nie dlatego, że jej kazałam! – mocniej zacisnęła powieki. Marek wciąż krzyczał.
- Nie udawaj głupszej, niż jesteś, to żałosne! Na co liczyłaś? Że się jej przestraszę? Myślałaś, że po rozmowie z tą gówniarą wrócę tu z podkulonym ogonem i zacznę cię przepraszać?
- Przestań! – próbowała go nie słuchać, wyłączyć się na wszystkie zewnętrzne bodźce, skupić tylko na tym, by wyrównać oddech i uspokoić szybko bijące serce. Ten ból. Czuła go każdym kawałkiem ciała. Jeżeli straci to dziecko, nigdy mu tego nie daruje.
- Coś ty jej naopowiadała? – Brodecki zdawał się w ogóle nie dostrzegać, że z Baśką jest coś nie tak. Zakładając ręce na kark odwrócił się tyłem, jednak dziewczyna nie mogła dłużej słuchać jego wrzasków. Wybuchła.
- Prawdę! Powiedziałam jej prawdę! I przestań się wreszcie wydzierać! – krzyknęła rozpaczliwie, zanosząc się płaczem i osuwając na ziemię.
- Bo co? – odwrócił się do niej napięcie. To co zobaczył zmroziło mu krew w żyłach. Baśka skulona siedziała na podłodze. Kiwała się mechanicznie w przód i w tył, a z jej gardła wychodził zduszony jęk. Patrzył na nią kompletnie osłupiały. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co narobił.
- Basia? – natychmiast do niej podbiegł, kucając tuż obok – Boże, przepraszam! – w panice złapał się za głowę. Nie wiedział, co robić. Dziewczyna oddychała ciężko, cała zapłakana.
- Boli cię? Możesz wstać? – zapytał roztrzęsiony, nie orientując się nawet jak głupie było to pytanie.
- Nie czuje dziecka – wyłkała – Nie czuje dziecka ... nie czuje dziecka! – powtarzała jak mantrę, z ledwością łapiąc powietrze. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bała. On też. Nie chciał zrobić krzywdy ani jej, ani dziecku. To wszystko działo się tak szybko, nie zastanowił się, nie pomyślał.
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze! – wydukał. Klęczał teraz obok Baśki, kompletnie spanikowany, z wyrzutami sumienia na karku. Musiał się wziąć w garść. Musiał coś zrobić. Musiał szybko coś zrobić. W pośpiechu wykręcił numer pogotowia, chaotycznie zdając relację pielęgniarce dyżurującej po drugiej stronie lini telefonicznej.
- Nie czuje naszego dziecka! Nie czuje go! – Brodecka zaniosła się kolejną falą łez. Nie potrafił być obojętny, nie teraz, nie w tej chwili. Złapał obiema dłońmi jej policzki i spojrzał głęboko w oczy.
- Obiecuje ci, że wszystko będzie dobrze. Musisz tylko oddychać. Oddychaj, dobrze? – prosił – Pomoc już jedzie. Spokojnie ... wdech i wydech – nie spuszczał z niej wzroku, miarowo oddychając wraz z nią. Mówił cicho, wręcz szeptem – Jeszcze raz ... wdech i wydech – gdy nieco się uspokoiła przytulił ją mocno, kurczowo trzymając za rękę.
Kilka minut później pogotowie zabrało ich do szpitala. Z duszą na ramieniu czekał przed salą na lekarza i jakieś wieści o stanie Basi i dziecka. Czuł wstręt do siebie. Nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Był wybuchowy, owszem, ale nigdy tak. Nie miał pojęcia co się z nim dzieje. Czyżby aż tak się zmienił? Przez jego głupotę mogło dojść do tragedii. To prawda, nie skakał z radości na myśl o byciu ojcem, ale nigdy, przenigdy nie chciał, by Baśka poroniła. A teraz siedzi tu i czeka, niczym na wyrok. W dodatku nikt nie chce mu nic powiedzieć. Za chwile zwariuje z tej niepewności.
- Pan Brodecki? – z letargu wyrwał go głos doktora.
- Tak. Co z Baśką? To znaczy z żoną ... i z dzieckiem? – w napięciu czekał na informacje.
- Pańska żona dochodzi do siebie, a dziecku nic nie jest. Na razie. – dodał.
- Co to znaczy „na razie”? – wcale nie uspokoiła go taka odpowiedź, czyżby zagrożenie jeszcze nie minęło? – Ciąża jest zagrożona?
- Nie. Zażegnaliśmy niebezpieczeństwo, ale jeśli skurcze znów się powtórzą, może dojść do krwotoku i wtedy nic nie zdołamy zrobić. Dlatego proszę pilnować, by żona się nie denerwowała, to naprawdę bardzo ważne. Niech jej pan oszczędza stresów.
- Kiedy może wrócić do domu? – nie wiedział, czy zajdzie potrzeba poinformowania reszty rodziny, że Basia wylądowała w szpitalu. Wolałby tego uniknąć.
- Zatrzymamy ją jeszcze przez noc na obserwacji, ale rano dostanie wypis.
- Mogę do niej wejść?
- Tak, byle nie na długo – lekarz uśmiechnął się na do widzenia, poczym odszedł. Marek postał chwilę na korytarzu, by w końcu zajrzeć do sali gdzie leżała. Odwrócona tyłem w stronę okna nie widziała jak wszedł. Niepewnie usiadł na krześle obok łóżka. Wiedział, że nie śpi.
- Po co przyszedłeś? – zapytała, natychmiast wyczuwając jego obecność.
- Chciałem sprawdzić jak się czujesz – odparł trochę niepewnie, z obawą w głosie.
- Uważaj, bo ci uwierzę – prychnęła kpiąco. Miała do niego żal, czego nie zamierzała ukrywać.
- Basia...
- Może mam ci powiedzieć, że to nie twoja wina, co? – odwróciła się, wbijając w niego pełne urazy spojrzenie - To chciałbyś usłyszeć? Bo przecież po to tu jesteś. Żeby stłumić wyrzuty sumienia – nie odpowiedział odwracając wzrok – Jeśli oczekujesz, że ci pomogę, to się mylisz. Przez ciebie mogłam stracić dziś swoje dziecko! – wyrzuciła z naciskiem – Nie dostaniesz ode mnie rozgrzeszenia.
- Swoje? Do tej pory mówiłaś „nasze” – zauważył z nutką złości.
- I byłam głupia, bo ono zasługuje na ojca lepszego niż ty! – wbiła mu szpile – Idź już sobie. Nie mam ochoty z tobą siedzieć – mruknęła, odwracając się z powrotem w stronę okna. Patrzył na nią jeszcze chwilę, ale w końcu wyszedł. I choć nie chciał się do tego przyznać, to jednak zabolały go jej słowa.

Na pewno mam serce z kamienia
I duszy od dawna chyba już nie mam
Pożądam i błądzę w ogrodzie miłości
Rozwiewam na wietrze twoje marzenia

I tak miłość przeradza się w nienawiść
Dlaczego tylko ja potrafię tak ranić
Już nie wiem co z życiem swoim zrobić mam
Chociaż jesteś przy mnie, to wciąż jestem sam

Wybaczę ci wszystko co postanowisz
Najlepiej strzel do mnie we śnie
Bo wtedy jestem w ogrodzie miłości
Lecz ciebie tam nie ma to ogród mej samotności


CD już niedługo. :)

Stokrotka07 - 2009-09-24, 20:00

łał, łał ale miłe zaskoczenie! ;-) Z przyjemnością jeszcze raz przeczytałam przypomnienie, i kolejną część opowiadania bliźniaczek. Bosko i czekam na cedeki! ;-)
olka - 2009-09-24, 21:46

Bliźniaczki&Ola "Droga do Miłości" :-)

Cz.11

Miała głęboką nadzieję, że jej pobyt w szpitalu coś zmieni. Myślała, że Marek przemyśli swoje zachowanie i wreszcie zacznie się między nimi układać. Tymczasem minął już miesiąc, a jej mąż wciąż był głównym powodem jej zmartwień.
Byli małżeństwem już ponad 2 miesiące a Basi wydawało się, jakby mieszkała w tym ogromnym domu kompletnie sama. W ciągu dnia prawie wcale się nie widywali. Marek wychodził wcześnie rano, kiedy jeszcze smacznie spała a wracał, kiedy przeważnie już się położyła. Czekała jedną czy dwie noce. Potem już nie miała siły czekać.
Basia robiła co mogła by nie czuć się samotnie w tych czterech ścianach. Wymyślała sobie rożne zajęcia, to wychodziła na spacer. Przeglądała kalendarze w poszukiwaniu idealnego imienia, czytała poradniki dla przyszłych mam. Ostatnio wielką przyjemność sprawiały jej zakupy. Miała wreszcie czas by zająć się przygotowaniami do przyjścia na świat jej synka. Postanowiła na razie nie zastanawiać się czy to chłopiec czy dziewczynka. Będzie je tak samo kochać niezależnie od płci.
Milczała, gdy po raz kolejny z rzędu wyczuła od Marka alkohol. Nie było dnia, by Brodecki nie sięgnął do kieliszka. Może i nie pił dużo, ale nie mogła udawać, że nie widzi problemu. Nie pamiętała, kiedy wrócił do domu trzeźwy. Wiele razy próbowała przemówić mu do rozsądku. Najpierw kilka razy zwracała mężowi uwagę. Dodawała złośliwy komentarz pod jego adresem, czy ironiczny dowcip, ale Marek był głuchy na wszelkie jej insynuacje. Odpuściła. Zdenerwowanie mogło tylko zaszkodzić dziecku. Musiała dbać o siebie. Marek był przecież dorosły i a ona nie jest jego matką.
Z perspektywy Marka wyglądało to trochę inaczej. Specjalnie przesiadywał długo w pracy, by zminimalizować ryzyko wystąpienia spięć z Baśką. Sam zauważył, że ostatnio jest dość nerwowy i rozdrażniony, a nie chciał, by sytuacja sprzed miesiąca się powtórzyła. Miał też inne zdanie co do nałogu, jaki wmawiała mu dziewczyna. Jeszcze czego, by wyzwała go od alkoholika! Pije, bo alkohol pomagał mu odreagować stresy i frustracje. Bynajmniej nie uważał tego, jak coś godnego nagany, a przywilej człowieka na wysokim stanowisku.
Na całe szczęście o ich sytuacji w domu nie wiedziało żadne z rodziców, prócz Agaty, która jednak na prośbę Basi zgodziła się zachować małżeńskie problemy siostry w tajemnicy. Co nie oznacza, że ci pierwsi uważali, że jest wszystko w porządku. Pani Maria przeczuwała, że w domu jej syna dzieje się coś niedobrego. Gdy widziała go ostatnim razem strasznie zmizerniał. Zmienił się nie do poznania. Gdzie się podział ten wiecznie uśmiechnięty, cieszący się życiem młody człowiek? Teraz był przybity, małomówny, zgorzkniały.
Brodecka zaczęła się zastanawiać, czy dobrze zrobili namawiając młodych na ten ślub.
- Krzysiek? – szepnęła z nagła, gdy Brodecki zjawił się w sypialni.
Wyglądał na zmęczonego, ale kobieta nie zwracała na to uwagi.
- Tak? – burknął niezrozumiale.
- Myślisz, że dobrze zrobiliśmy? – spytała zagadkowo.
Brodecki jednak był zbyt rozkojarzony by od razu zorientować się co ma na myśli jego żona.
- Z czym? – spytał zdziwiony, a Maria tylko wywróciła oczami.
- Z tym ślubem.
- Zrobiliśmy to, co trzeba. Uważasz, że mielibyśmy postąpić inaczej? Franek i jego rodzina są naszymi przyjaciółmi od lat. – odparł zdecydowanie.
- Nie…chyba nie, ale czy nie skrzywdziliśmy przez to naszego syna? Nie wygląda na szczęśliwego…
- Niedługo urodzi się nasz wnuk i wtedy wszystko się ułoży. Nie on pierwszy i ostatni, który żeni się z dziewczyną z obowiązku. I nie rozmawiajmy już o tym. – rzucił, całując żonę w czoło i rozwiązał krawat.
Nie miał siły kontynuować tej rozmowy, zatem wolał ja szybko zakończyć. Zmył się szybko do łazienki, gdzie przesiedział dłuższą chwilę.
Pani Maria miała jednak zupełnie inne zdanie na ten temat i gdy tylko wrócił, znów zaczęła temat.
- Właśnie to mnie najbardziej martwi… - dodała - On jej nie kocha. Boję się, że zacznie szukać gdzieś indziej… - na te słowa stary Brodecki dziwnie zesztywniał.
Zamilkł na dłuższa chwilę.
- Zwłaszcza, kiedy zrozumiał, że z Jagodą wszystko skończone…
- Wiesz co… - odezwał się z nagła zmieniona barwą głosu. – Jagoda nigdy mi się nie podobała. – powiedział, dziwiąc tym żonę.
- Tak? To ciekawe. Nigdy wcześniej tego nie mówiłeś… - zmrużyła podejrzliwie oczy. – Zawsze wydawało mi się, że jesteś nią zachwycony. To piękna dziewczyna.
- Owszem, ale kiedy nasz nierozważny syn był z Jagodą prawie nie widywałem go w firmie. Spóźniał się, nie wyrabiał się z projektami, a teraz przynajmniej nauczył się odpowiedzialności, punktualności… Nareszcie dojrzał.
- Nie powinien tyle przesiadywać w biurze. Zwłaszcza, kiedy termin porodu tuz tuż…
- Już z nim o tym rozmawiałem. Jest już późno. Możesz zgasić światło? – poprosił, a nieco poirytowana kobieta zgasiła małą lampkę dla świętego spokoju.
- Dziękuję. Dobranoc. – ucałował żonę w czoło i przekręcił na drugi bok.
Brodecka jednak nie mogła zmrużyć oka. Wciąż myślała o synu i synowej.
- Krzysiek?
- No? – mruknął zaspanym głosem.
- A co myślisz o Basi?
- Co, co? Fajna dziewczyna. – rzucił nieprzytomnie i znów zapadł w sen.
- Też tak myślę. I wydaje mi się, że go kocha, ale… nie wiem, czy to wystarczy, by mogła dać szczęście naszemu synowi... Może gdybym ją lepiej poznała, dowiedziałabym się czy… – mówiła poważnym tonem, szczerze zmartwiona, ale nagle urwała w pół zdania.
Początki jej małżeństwa też nie należały do łatwych, ale wspólnymi siłami zbudowali z Brodeckim piękną i silną więź. Chciałaby by jej syn stworzył coś równie pięknego z Basią.
- To może z nią porozmawiasz? Może wtedy rozwieje twoje wątpliwości.
- A wiesz, że to świetny pomysł? Zadzwonię do niej i umówię się na rozmowę.
- Świetnie. A teraz śpij już bardzo ci proszę. – miał nadzieje, że na tym rozmowa się skończyła.
Był zbyt zmęczony by wysłuchiwać trajkotu żony.
Nagle Brodeckiej przypomniała się ważna sprawa. Była głęboko zamyślona.
- Krzysztofie Brodecki? – zwróciła się do męża po kolejnej chwili milczenia.
Zrezygnowany położył się na plecy i otworzył wreszcie oczy.
Gdy tak zaczynała doskonale wiedział, że zanosi się na dłuższa rozmowę.
- Słucham cię. – kobieta przysunęła się do Brodeckiego, kładąc głowę na jego ramieniu.
- A czy ty ożeniłbyś się ze mną te 29 lat temu, gdybym ci nie powiedziała, że zaszłam w ciążę? – spytała szeptem.
Wyglądała jakby duchem cofnęła się w czasie. Przed oczami znów miała obrazek z pamiętnej rozmowy na ławce w Parku Saskim latem 1980 roku…
Tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiała. Była zbyt szczęśliwa mając przy boku ukochaną osobę i nosząc pod sercem owoc ich miłości.
Teraz naszły ją dziwne wątpliwości.
Ta sprawa poruszyła starego Brodeckiego.
- Kochanie, co ty mówisz? Oczywiście, że bym się z Tobą ożenił. Wątpisz w to?
- Już sama nie wiem. Kiedy tak patrzę na naszego syna, mam dziwne wrażenie. Wydaje mi się, jakby przypominał mi ciebie…
Krzysztof nagle napiął mięśnie.
- Jak sama stwierdziłaś, wydaje ci się. – rzucił z nutką złośliwości. – Poza tym to była inna sytuacja. Ja byłem wolny. A Marek zdradził narzeczoną.
- Ale wtedy, kiedy umówiłeś się ze mną na rozmowę chciałeś mi coś powiedzieć. Co to było? – miała nadzieję, że wreszcie się tego dowie.
Ta niewiedza nadal ją dręczyła. Choć minęło tyle lat, kiedy to są szczęśliwym małżeństwem właśnie to jedno zdanie „chcę ci coś powiedzieć” zapamiętała. To zdanie wzbudziło jej niepokój. Wtedy jednak była zbyt młoda by się tym przejmować. Odsunęła złe myśli, podejrzenia. Skupiła się na tym, by być szczęśliwą.
Dopiero po latach zaczynała rozumieć czego mogło to dotyczyć, ale były to tylko jej domysły. Być może błędne. A nawet jeśli jej podejrzenia by się sprawdziły, nie miałaby do niego żalu. W końcu minęło tyle wspaniałych lat.
Teraz, kiedy odważyła się wrócić do tego tematu chciałaby po prostu to wyjaśnić, by pozbyć się tego ciężaru, który tak długo nosiła.
- Myślisz, że pamiętam co chciałem ci powiedzieć 29 lat temu? – zaśmiał się nerwowo.
Był spięty.
Znała dobrze swojego męża i dobrze wiedziała, kiedy kłamie. Nie chciała jednak nalegać, być nachalną.
- Masz rację. Może kiedyś ci się przypomni. Dobranoc. – dała mężowi szybkiego buziaka i szybko usnęła.
Tym razem Brodecki długo nie mógł zasnąć, pogrążony w rozmyślaniach.

(...)

Wracała właśnie z przychodni. Cała w skowronkach, zadowolona, uśmiechnięta, wciąż nie mogła uwierzyć, że to już wkrótce, że tak niewiele zostało do rozwiązania. Co najważniejsze, dziecko rozwijało się prawidłowo, ciąża przebiegała spokojnie i bez komplikacji. Poczuła ogromną ulgę, gdy lekarz zapewnił, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie mogła przestać wpatrywać się w zdjęcia z USG. Do tej pory nie pytała o płeć dziecka, zależało jej tylko na tym, by było zdrowe. Jednak dzisiaj ciekawość wzięła górę i nie potrafiła się powstrzymać. Będą mieć z Markiem syna. Zastanawiała się do kogo będzie podobny. W wyobraźni już tworzyła jego słodką podobiznę, ciemne włosy, niebieskie oczka, malutkie rączki. W tej właśnie chwili poczuła się najszczęśliwszą kobietą na świecie i nic nie mogło zmącić tego szczęścia.
Przechodziła właśnie przez pasy, gdy rozdzwoniła się jej komórka. Na wyświetlaczu pojawił się nieznany dotąd numer. Trochę zaskoczona, szybko odebrała.
- Halo?
- Dzień dobry Basiu! – po drugiej stronie usłyszała głos teściowej.
- Pani Maria? – nie kryła zaskoczenia – Dzień dobry, czy coś się stało?
- Ależ nie, wszystko w porządku. W czymś Ci przeszkodziłam? – wyczuła w głosie synowej, że ta niespodziewała się jej telefonu.
- Nie, nie. Jestem właśnie na mieście – wyjaśniła. Ten telefon zupełnie ją zaskoczył, nie miała pojęcia po co Brodecka do niej dzwoni.
- Pomyślałam, że mogłybyśmy się dzisiaj spotkać – Maria od razu przeszła do rzeczy - Znam jedno przytulne miejsce. Parzą tam świetną herbatę! – zachwalała – Co ty na to?
Dziewczyna milczała. Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Była nieco speszona propozycją teściowej. Lubiła panią Marię, ale wciąż czuła się skrępowana w jej towarzystwie. Przecież w zasadzie się nie znały. Obawiała się przebiegu rozmowy i tego, co Brodecka może o niej myśleć. Wizja spotkania dla niej nie brzmiała zachęcająco, dlatego miała największą ochotę się z tego wykręcić.
- Basiu? Jesteś tam? – zapytała, gdy cisza w słuchawce wydała jej się nieco za długa.
- Jestem – ocknęła się szybko.
- Więc masz ochotę się ze mną spotkać, czy nie? – ponagliła poważnym, stanowczym głosem, choć w duchu pękała ze śmiechu. Już widziała zapewne przerażoną minę Basi, która rozgorączkowana próbuje znaleźć dobry pretekst by się wymigać. Jak zwykle miała racje.
- Ja ... to znaczy, to naprawdę miło z pani strony ... ale prawdę mówiąc miałam dziś troszeczkę inne plany – odparła nieśmiało, zagryzając dolną wargę. Miała nadzieje, że zrozumie i broń boże się nie obrazi – Muszę załatwić kilka spraw, zrobić zakupy...
- Zakupy? Świetnie się składa! – usłyszała. Brodecka jak widać nie miała zamiaru odpuścić – Chętnie pomogę, przy okazji sama coś kupie. To jak, za pół godziny w galerii?
Mama Marka nie dała się spławić. Nie mając wyjścia, musiała w końcu przytaknąć.
- No dobrze – rzuciła, siląc się by zabrzmiało to pogodnie i szczerze, choć rezultat był wręcz odwrotny. Pożegnała się z teściową i spacerkiem ruszyła w stronę galerii.
Gdy dotarła na miejsce mama Marka już na nią czekała. Ku zaskoczeniu dziewczyny przywitała ją ciepłym uściskiem i buziakiem w policzek. Basia nieco speszona tą wylewnością uśmiechnęła się delikatnie. Musiała jednak przyznać, że ten gest mile ją zaskoczył.
- Cieszę się, że jednak dałaś się namówić – pani Maria chwyciła ją pod rękę – To gdzie idziemy?
- Myślałam o dziecięcym – uśmiechnęła się – W końcu to już niedługo – spojrzała z czułością na swój okrągły brzuszek – Chyba najwyższa pora kupić kilka rzeczy.
Nie tracąc czasu obie z zadowoleniem ruszyły na podbój sklepów dziecięcych. Maria rozczulała się na widok tych słodkich ciuszków, maleńkich bucików i zabawek. Od razu przypomniała sobie jak to było, gdy ona przygotowywała się do macierzyństwa. Za jej czasów w sklepach nie było połowy tego, co jest teraz. Większość rzeczy była używana, przechodziła z rąk do rąk, czasem można było liczyć na paczki z zagranicy od bogatych krewnych. Mimo wszystko doskonale pamiętała stan przyjemnego podniecenia, całego podekscytowania, gdy kompletowała wyprawkę czy urządzała pokoik. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju, dlatego była niezmiernie szczęśliwa, że teraz znów może uczestniczyć w takich przygotowaniach.
- Wiesz już czy to będzie chłopiec czy dziewczynka? – zapytała, gdy obie przeglądały sklepowe wieszaki.
- Byłam dzisiaj na badaniach i moja ciekawość zwyciężyła. – zaczęła szukać czegoś w torbie.
Wygrzebała w końcu zdjęcie z badania USG.
- Proszę. – powiedziała, podając je do ręki teściowej. – To chłopiec.
- Mój wnuczek…- kobieta pogładziła z czułością fotografię.
Pani Maria zdawała się być sama lekko wzruszona tym, że widzi go po raz pierwszy.
- W naszej rodzinie zawsze pierwsi rodzą się chłopcy. – kontynuowała. – Myślałam, ze ty przełamiesz tą tradycję.
- Nie cieszy się pani, ze to on? – Basia przewracała oczami, czując jak robi jej się przykro.
Ona od zawsze chciała mieć pierwszego syna. Dobrze jest mieć starszego brata i to samo chciała dać swoim dzieciom.
- Basiu? Oczywiście, że się cieszę, głuptasie! Będzie silny i zdrowy, jak Marek, zobaczysz! Daje ci na to moje słowo. – dziewczyna szybko się rozpogodziła, jednak jej uśmiech zgasł, gdy Brodecka ciągnęła dalej – No właśnie, Marek. On już wie? Wie, że to będzie syn?
- Nie, jeszcze mu nie mówiłam – uśmiechnęła się nieco nerwowo, na siłę. Maria natychmiast to wyczuła.
- Nie pomaga Ci, prawda? – spojrzała na nią kątem oka. Baśka nie musiała nic mówić, Brodecka domyśliła się, że między nimi nie układa się najlepiej.
- Co? Nie, nie... wszystko jest dobrze, naprawdę – chciała by to zabrzmiało przekonująco.
- Basiu wiesz, że przede mną nie musisz udawać. Znam Marka, wiem jaki jest. A ostatnio ... bardzo się zmienił, niestety nie na lepsze – westchnęła, wyraźnie zmartwiona – Więc jeśli w jakiś sposób cię krzywdzi ...
- Nie! – zaprzeczyła natychmiast, sama nie wiedząc czemu. Przecież właśnie tak było. Marek ją krzywdził. To przez niego czuła się obco we własnym domu, sztywna i skrępowana. To przez niego płakała po nocach, denerwowała się i zamartwiała. A mimo to odruchowo zaprzeczała i stawała w jego obronie. Nie chciała by Brodecka miała własnego syna za bezdusznego tyrana. Może nie był idealny, nie postępował fair, był chłodny i obojętny, ale był jej mężem. Wiedziała, że w głębi duszy jest dobrym człowiekiem, tylko nie umiał jej tego pokazać.
- To nie tak. Marek ... on po prostu jest, jaki jest – spuściła na chwilę głowę - Wiem, że ślub ze mną nie był tym, czego się spodziewał. Może nie dogadujemy się najlepiej, ale nie mogę mieć o to do niego pretensji – smutno się uśmiechnęła - Oboje znaleźliśmy się w nowej sytuacji iii ... chyba po prostu potrzebujemy więcej czasu – spojrzała w końcu na Brodecka. Pani Maria patrzyła na nią z podziwem.
- Bardzo się cieszę, że mam tak mądrą synową – obie wymieniły jeszcze szczere uśmiechy i wróciły do zakupów.
Nie spodziewała się, że będą tak udane, a atmosfera tak sympatyczna. Może Brodecka wydała jej się porządną, mądrą kobietą, ale nie sądziła, że ta będzie jej tak przychylna po tym wszystkim co się ostatnio wydarzyło między nią i Markiem. Przyjęła zatem bez wahania zaproszenie do domu Brodeckich na obiad. Nie tylko z grzeczności, a i z przyjemnością. Potrzebowała teraz towarzystwa. Siedzenie samotnie w domu tylko pogarszało jej nastrój.
Teściowa wzbudziła jej zaufanie. Basia czuła, że to wspólne buszowanie po sklepach, gest zdaje się nieistotny, bardziej je do siebie zbliżył. Basia wreszcie mogła zauważyć, że nie tylko ona cieszy się z narodzin tego dziecka, że ktoś też wyczekuje aż pojawi się na świecie i nie traktuje jak wpadki do zatuszowania. Bardzo podniosło ją to na duchu.
Jak poinformowała panią Marię gosposia, do obiadu zostało jeszcze pól godziny. Obie panie zasiadły zatem na tarasie, gdzie podano im herbaty. Dzień stwarzał ku temu dobrą okazję. Jak na połowę marca było dzisiaj niezwykle ciepło. A Basia zawsze od duchoty czterech ścian, wolała świeże powietrze.
- Piękny dziś dzień, prawda? – zaczęła rozmowę pani Brodecka.
- A tak. A tu dopiero połowa marca. – przytaknęła Basia.
Obecność w tym domu jakoś dziwnie ją krępowała. Czuła się spięta. Sama się sobie dziwiła, ale zdawało jej się, że nagle zjawi się tu Marek, zaskoczony jej obecnością, a może nawet nieco zirytowany. Nigdy jakoś specjalnie nie czuła się proszonym gościem. Dobry nastrój w mig szlak trafił.
- Ma pani bardzo piękny ogród. Wyobrażam sobie jaki będzie na wiosnę. – uśmiechnęła się z samozaparciem.
- Daj spokój Basiu. Mów mi mamo…To znaczy, jeśli zechciałabyś się do mnie tak zwracać byłoby mi bardzo miło. – kobieta uśmiechnęła się delikatnie, ale szczerze.
Basia widziała tą szczerość również w jej błękitnym spojrzeniu. Przenikliwym, ale nie nachalnym. Takim samym jakim obdarzyła swojego syna.
- Dobrze…mamo. – odpowiedziała, tym razem jej uśmiech był prawdziwy.
- Bardzo się cieszę. Jesteś dla mnie jak córka, której nigdy nie miałam. Chciałabym, by nasze relacje były lepsze, aniżeli poprawne. Bardziej serdeczne. – wyjaśniła.
- Rozumiem i tez się cieszę, że nie ma mnie mama za dziewuchę, która usidliła pani syna. – za późno ugryzła się w język. – Przepraszam. Nie to chciałam powiedzieć.
- Wiem co chciałaś powiedzieć, więc nie musisz przepraszać. To nie ja powinnam czuć się tu urażona. Możesz mi jednak wierzyć, że ani razu źle o tobie nie myślałam. Przyznaje, może ta wiadomość o dziecku trochę mnie zszokowała, ale teraz nie wyobrażam sobie, gdyby miało go nie być. – skinęła na wypukły brzuch Basi. – Ciąża to najwspanialszy czas w życiu. Wiem to, choć przeżywałam go niestety tylko raz. I to nie ważne jak doszło do poczęcia. Nic bardziej pięknego cię nie spotka od tego dnia, w którym już wreszcie przyjdzie na świat. – Basia była bardzo zasłuchana w słowa teściowej.
Mówiła o tym dziecku tak, jakby sama już je kochała. Mogła słyszeć, że nie tylko ona wcale nie żałuje, że jest. To było dla Baśki bardzo wzruszające. Nie mogła się jednak rozpłakać. Jak by to wyglądało.
- Ale teraz zdrowie mojego wnuka jest najważniejsze. – skwitowała. – Mam nadzieję, że dobrze się czujesz?
- Tak. Z dzieckiem jest wszystko w porządku – uśmiechnęła się, jednak jej uśmiech nieco przygasł, gdy przypomniała sobie swój ostatni pobyt w szpitalu i to, jak bardzo się wtedy bała. Maria to zauważyła.
- Basiu? Coś się stało?
- Stało? Nie nic. – zmusiła się do uśmiechu.
Jednak był tak sztuczny jak u porcelanowej Barbie. Nikt by się na niego nie nabrał.
- Przecież widzę. Znowu coś z Markiem, tak? Wiem, że starasz się być wobec niego lojalna, ale nie musisz go bronić bez względu na wszystko.
- Nie bronię go – skłamała.
- Pokłóciliście się? Zrobił coś złego? – brnęła dalej. Czuła, że Basia ukrywa coś istotnego.
Nie miała zamiaru odpuszczać – Jeśli jest coś, o czym powinnam wiedzieć...
- Nie wiem, czy Marek byłby zadowolony gdybym powiedziała mamie o naszych sprawach – wypaliła w końcu - Na pewno nie, a ja nigdy na nikogo nie skarżyłam.
- Wiec jednak miałam rację. Zrobił coś i teraz próbuje to ukryć? – bardziej stwierdziła niż zapytała.
- Nie. – znowu skłamała.
Już sama nie wiedziała co mówić, by nie powiedzieć o dwa słowa za dużo.
- Basiu, nie kręć. Znam dobrze swojego syna. Nie raz próbował coś ukryć, kiedy coś przeskrobał. I prawie zawsze kończyło się tak samo. Zwalaniem poczucia odpowiedzialności na kogoś innego, byle tylko pozbyć się wyrzutów sumienia. Zrobił coś, czym cię skrzywdził, a teraz każe ci myśleć, że zachował się tak przez ciebie?
- Nie! ... Znaczy nie wiem. Lepiej jednak już pójdę. I tak poświęciła mi już mama zbyt wiele czasu – chciała wstać, ale Brodecka natychmiast ją zatrzymała.
- Nie, nie, nie. Nie puszczę cię stąd, póki mi nie powiesz co się takiego wydarzyło między wami.
- Kiedy nie ma o czym mówić... – próbowała się jeszcze wykręcać, chociaż czuła jak jej opór powoli słabnie.
- Basiu... – pani Maria może i była zbyt nachalna, ale nie miała innego wyjścia. Musiała to z dziewczyny wyciągnąć.
- No dobrze – poddała się w końcu - Ale pod warunkiem, że zachowa to mama dla siebie i nie pójdzie z tym do Marka! – zastrzegła.
- Nie mogę ci tego obiecać, bo musiałabym skłamać. Jeśli jednak między wami dzieje się coś złego, nie musisz tego ukrywać. Tym bardziej, że jak widać tylko ty się tym zamartwiasz, a Marek woli udawać, że wszystko jest dobrze. Liczę jednak na to, że mi zaufasz. Nie jestem zapatrzoną w swojego jedynaka matką. Potrafię dostrzec wady Marka. Staram się stać po stornie osoby, która postępuje uczciwie. A teraz ty niewątpliwie nią jesteś.
- Ale ja… - czuła jak do jej oczu napływają łzy. - Ja nawet nie wiem od czego zacząć. – przerwała na moment, by złapać oddech i się uspokoić. Nie chciała opowiadać wszystkiego, ze szczegółami. Wolała, by ich rodzice myśleli, ze to po prostu mały kryzys, że to tylko chwilowe, minie. – My ... po prostu rzadko się widujemy, ostatnie jeszcze rzadziej... Wtedy ... kiedy miesiąc temu trafiłam do szpitala ... Marek ... może rzeczywiście to ja go wcześniej uraziłam, nie wiem, ale mocno się wtedy zdenerwował. Zaczął na mnie krzyczeć i ... źle się poczułam... - starała się to opowiedzieć najłagodniej jak potrafiła.
- Jak to trafiłaś do szpitala?! Boże, co ten chłopak wyrabia?! – Maria, przy Basi starała się jeszcze hamować, ale była wściekła na Marka. Miała ochotę natrzeć mu uszu. - Czy nie rozumie, że tobie teraz potrzebny jej spokój? Już ja sobie z nim porozmawiam! Niech nie myśli, że uda mu się to tak łatwo zatuszować!
- Nie Marysiu! To ja sobie z nim porozmawiam! – wtem na tarasie zjawił się Krzysztof, bardzo podenerwowany usłyszanym przypadkowo skrawkiem rozmowy. – Nie daruje mu tego! – zakasał nerwowo rękawy do góry - Nie daruje! – powtarzał w porywie gniewu.
Basia aż oniemiała z wrażenia. Żałowała, że pisnęła choć słówko. Nie dość, że Marek pomyśli, że znowu się uskarża, to tym razem jeszcze bardziej ją za to nienawidzi. Miała ochotę zapaść się pod zmienię.

c.d.n

Stokrotka07 - 2009-09-25, 17:16

Bliźniaczki i Ola -super! Naprawdę świetna część. Myślę, że teraz Basia powinna szczerze pogadać z Markiem i wszystko wyjaśnić ;-) Czekam na cd ;-)
Twins - 2009-09-25, 20:48

DŁUUUGIE.
A jutro cześć dalsza tego, co mamy jeszcze napisane.
Chyba drugie tyle.

Korekta błędów na początku części: Olka :lol:
Dzięki :* :lol:

XVII

Dziewczyna była równie przerażona co on.
Spoglądała mu w oczy w nadziei, że szybko coś wymyśli, inaczej ich przygoda skończy się na dobre. Będzie zmuszona potulnie wracać do domu.
Nie mogli na to pozwolić! Nie. Jeszcze nie teraz.
– To co robimy? – szepnęła.
Błagała w myślach Boga, by ocalił ich i tym razem.
– Już idę! – krzyknął Kwiatkowski, zmierzając powoli do drzwi.
Nie miał innego wyjścia. Choć bardzo nie chciał nikogo mieszać w tą poplątaną sytuację, musiał to zrobić. Od tego zależało ich dalsze życie.
– Ja to załatwię. Zaufaj mi. – zapewnił głosem tak przekonującym, że nie miałaby odwagi w niego zwątpić ani przez sekundę.
Marek ich ocali. Na pewno to zrobi! Po raz kolejny będzie jej bohaterem. W tej chwili tylko takie myślenie przychodziło jej do głowy. Innej opcji nie ma.
– Ufam. – rzuciła zagłębiając się w błękit jego spojrzenia, po czym odprowadziła wzrokiem chłopaka, który zniknął zaraz za gospodarzem na korytarzu.
Czuła narastający niepokój, ale wierzyła w szczęśliwy finał.
Nie mogła pozwolić by emocje wzięły górę. Nerwy i stres mogły ją tylko wprowadzić w stan, do którego nie chciała dopuścić. Choć serce i tak uderzało zbyt szybko, nienaturalnie, próbowała się uspokoić. Zaczęła głęboko oddychać.

Tymczasem komisarz Zawada stał w progu cierpliwie czekając aż ktoś wreszcie otworzy. Zapukał raz, bo nie miał w zwyczaju dobijać się do drzwi. Przy okazji miał czas się trochę rozejrzeć, rzucić sokolim okiem na dom, dokonać małej analizy, oceny.
Kiedy jednak czekanie trwało nienaturalnie długo, zapukał jeszcze raz. Spojrzał na swój zegarek i zaczął odliczać kolejne sekundy. Jedna, druga…
To zwlekanie z otwarciem drzwi, kiedy domownicy są w środku (wywnioskował to zaraz po wyjściu z auta, bo firanka lekko się poruszyła) wydało mu się podejrzane.
Tym razem jednak drzwi wreszcie się otworzyły a w progu stanął Kwiatkowski.
– Pan Mieczysław Kwiatkowski? – spytał Zawada, by formalności stało się zadość.
– Tak. O co chodzi?– spytał zdziwiony obecnością nieznajomego mężczyzny.
Tutaj wszyscy raczej się znają, stąd ta nieufność.
– Komisarz Zawada. Komenda Stołeczna. Mamy pewne informacje, że przebywa tutaj Marek Brodecki, podejrzany o uprowadzenie tej dziewczyny. Muszę go zatrzymać w celu wyjaśnienia sprawy. – komisarz podał Kwiatkowskiemu zdjęcie Basi i Marka.
Gospodarz rzucił spojrzeniem na fotografię w milczeniu i oddał zdjęcia.
– A kto panu takich głupot naopowiadał? – odparł zdenerwowany tym podejrzeniem. – Myśli pan, że przetrzymuję jakiegoś przestępcę?! – był oburzony.
– Panie Kwiatkowski, proszę nie utrudniać. Niech pan powie prawdę. Chce tylko sprowadzić tą dziewczynę bezpiecznie do domu! – wyjaśnili poirytowany.
– Nigdy jej nie widziałem! Tego drugiego z resztą też nie! – trzymał się kurczowo swojej wersji i wypadł bardzo przekonująco.
– Muszę to sprawdzić. – odparł stanowczo Zawada.
Dość miał tej zabawy w kotka i myszkę.
– A ma pan nakaz? Ja znam swoje prawa, panie komisarzu. – tym zdaniem tylko rozzłościł komisarza.
– Dobrze. Wrócę tu z nakazem prokuratorskim, ale wówczas będę musiał oskarżyć pana o składanie fałszywych zeznań i zacieranie śladów przestępstwa. A prokurator może dorzuci do tego łańcuszka współudział w uprowadzeniu. Chce pan tego?!
– No dobrze. – uległ, nieco przestraszony. – Jeśli to konieczne. Ale mówię panu, że nikt inny poza moją rodziną tu nie mieszka. – otworzył szerzej drzwi i wpuścił policjanta do środka.
Poważny i skupiony Zawada natychmiast zaczął przeszukiwania. Kwiatkowska spoglądała na niego z lekkim przerażeniem w oczach, ale posłusznie oprowadzała komisarza po domu wraz z mężem.
Zaczęli od dołu. Najpierw Adam przeszukał dokładnie korytarz, pokój gościnny, taras wychodzący od salonu i łazienkę.
Tymczasem para uciekinierów schowała się na górze, w pokoju Martyny, który znajdował się najbliżej schodów. Zdenerwowana Basia nie mogła usiedzieć w miejscu. Chodziła w tą i z powrotem, prawie wydeptując dziurę w podłodze. Marek w napięciu czekał na sygnał od Martyny. Zachowanie Basi powoli zaczynało działać mu na nerwy. Miał dość zmartwień, czy to się uda, a dziewczyna tylko jeszcze bardziej napawała go obawami o ich przyszłość. Za to nastolatka stała teraz na czatach na schodach. Miała sprawiać wrażenie zaciekawionej tą sytuacją, nie wzbudzać żadnych podejrzeń.
– Możesz przestać tak chodzić?! – szepnął do Basi.
Już dłużej tego nie wytrzymał.
– Ciszej! – skarciła go.
Jeszcze ich usłyszy i po całej konspiracji.
Nie mogła dłużej tak siedzieć w niepewności.
– Sprawdzę. – rzuciła do Marka i ostrożnie, na paluszkach podeszła do drzwi.
– Baśka! – próbował ją zatrzymać, ale było za późno.
Uchyliła je delikatnie i zwróciła się do Martyny:
– I co? – cały czas mówiła szeptem.
Martyna nawet się nie poruszyła. Stała na schodach, spoglądając na krzątających się rodziców i policjanta. Gdy Adam niespodziewanie przeszedł koło schodów, kierując się do kuchni, dziewczyna wyszczerzyła białe ząbki w uśmiechu, udając niewiniątko.
Adam tylko pokręcił głową i przeszedł dalej.
Dziewczyna natychmiast wyciągnęła z kieszeni komórkę i szepnęła.
– Czujka do Clyde`a. Teren czysty. Inspektor Gadżet przeszedł. Zabierz Bonnie i do piwnicy. – wydała rozkaz i po chwili Marek ciągnął Basię za rękę po schodach.
Starali się tak zbiegać, by narobić jak najmniej hałasu.
Martyna zbiegła zaraz przed nimi i otworzyła drzwi. Zniknęli w ciemności nieoświetlonego pomieszczenia z kolejnymi schodami prowadzącymi na dół. Martyna zdążyła zamknąć za nimi drzwi dosłownie w ostatniej chwili, gdy znów pojawił się Zawada.
Zmrużył podejrzanie oczy, przyglądając się dziewczynie.
Z początku wyglądała na nieco przestraszoną. Oczy miała lekko wybałuszone, usta rozchylone, ale szybko położyła palec na ustach i poprosiła o dyskrecję. Ponownie przyłożyła telefon do ucha, jakby wtargnięcie Zawady przerwało jej rozmowę.
– To nie starzy. Mogę mówić. – szepnęła, a Zawada nie spuszczając z niej swojego badawczego wzroku wszedł schodami na górę.
Tam też nic nie wzbudziło jego podejrzeń. Zadowolony Kwiatkowski, oparł się o framugę drzwi, kiedy Zawada sprawdzał ich sypialnię i rzucił ironicznie.
– I co? Wierzy już pan? – Zawada nic nie odpowiedział.
Odwrócił się tylko i dodał:
– Chciałbym jeszcze zobaczyć garaż. – mina gospodarza lekko zrzedła.
To zwróciło uwagę komisarza.
Gdzieś musieli schować nowy, terenowy samochód.
– Ale w garażu też nikogo nie ma! – powiedział trochę głośniej.
Martyna natychmiast to wychwyciła.
– O cholera! – zaklęła nastolatka, próbując coś szybko wymyślić.
Jak na zbawienie w progu pojawił się Jacek.
– Co tu się dzieje do cholery?! – spytał młodszą siostrę, a ona natychmiast pociągnęła chłopaka za kołnierz od marynarki i wciągnęła tymi samymi drzwiami co drzwi od piwnicy, które również prowadziły do garażu.
Tymczasem Kwiatkowski miał zamiar oprowadzić Zawadę dłuższą drogą do garażu.
– Proszę za mną. – odparł bez zająknięcia.
Gdy obaj ponownie znaleźli się w garażu, komisarz zaczął się rozglądać. Od razu rzucił mu się w oczy granatowy opel i coś niepokojącego na tylnim siedzeniu. Tym „czymś” było coś dużego zawiniętego w brązowy koc.
– Tu też nie trzyma pan nikogo? – spytał komisarz ze śmiechem, zauważając zdziwienie i przerażenie włącznie na twarzy Kwiatkowskiego.
„Wszystko się wydało” – pomyślał.
Adam otworzył drzwi od auta. Zdjął koc i ku swojemu zdziwieniu zobaczył młodego chłopaka, ale nie był ani trochę podobny do Marka.
– Jacek?! – krzyknął gospodarz z oczami wielkimi jak pięciozłotówki. – Co ty tu robisz?! – dodał, zauważając jak chłopak był jeszcze zaspany po brutalnym przebudzeniu.
– Co, co? – spytał Jacek przecierając oczy.
Po chwili wysiadł z samochodu.
– Musiało mi się kimnąć po tej imprezie. – ziewnął teatralnie.
– To ty dopiero wróciłeś?! – warknął Kwiatkowski, podchwytując zmyśloną na poczekaniu historyjkę. – Matka powiedziała, że od rana jesteś na giełdzie! Pogadamy sobie! –
zagroził palcem synowi, po czym wreszcie raczył spojrzeć na zmieszanego tą niemiłą rodzinną sceną policjanta.
Tymczasem Basia i Marek siedzieli na skrzynkach, ukryci w piwnicy, modląc się by ta niezapowiedziana inspekcja się wreszcie skończyła. Mieli już dość ukrywania się, jakby byli prawdziwymi przestępcami…
– I co Clyde? A jak i tu wejdzie?
– Nie wejdzie. – szepnął.
Dziewczyna tylko westchnęła i podparła głowę na łokciach.
Podobnego zdania był pan Mietek. Nie widział sensu, by komisarz dalej przeszukiwał ich dom, skoro to ostatnie pomieszczenie, które zamierza mu pokazać.
– Czy to już wszystko? – spytał zniecierpliwiony, zezłoszczony na syna, z którym chciał jak najszybciej porozmawiać. – Sam pan komisarz widzi, że nikogo tu nie ma prócz… mojego syna. – odparł Kwiatkowski i tu jego twarz wykrzywiła się w grymasie.
Jednak Zawada nie słuchał tego, co mówił Kwiatkowski. Wzrok wbił w samochód przykryty wielką płachtą, która zakrywała wszystko, prócz numerów rejestracyjnych.
Numerów odpowiadających samochodowi, który należy do Krzysztofa Brodeckiego.
Teraz był już pewien.
– Tak, tak. – ocknął się wreszcie, a na jego twarzy malował się chytry uśmieszek. – Przepraszam, że niepokoiłem. Do widzenia panu. – pożegnał się skinieniem głowy z Kwiatkowskim i opuścił garaż w milczeniu.
– Do widzenia. – odparł do komisarza, a kiedy ten dostatecznie się oddalił zwrócił się do syna.
– Idź, powiadom Martynę. – szepnął, a Jacek tylko kiwnął głową.
Po minucie rozweselona Martyna wbiegła do uciekinierów.
– Poszedł sobie. – rzuciła, ale Basia nie usłyszała dobrej wiadomości.
Była zbyt pogrążona w świecie iluzji, świecie wytworzonym przez wybujałą wyobraźnię. Poniosła ją fantazja.
Wydawało jej się, jakby świat przybrał czarno – białe barwy, a ona sama znalazła się w centrum akcji amerykańskiego filmu rodem z lat trzydziestych ubiegłego wieku.
Stała teraz przed Markiem w zwiewnej, prostej sukience, która pewnie przybrałaby czerwoną barwę po koloryzacji i kobiecym nakryciu głowy. Marek za to przypominał typowego Clyde`a ubranego w elegancki garnitur i kapelusz na głowie.
– Niebezpieczeństwo minęło. – odparł grubym, basowym głosem i podszedł do Basi.
– Poszedł? – spytała, zalotnie spoglądając mu w oczy.
Marek zbliżał się do jej ust, kiedy specjalnie się odsunęła. Poruszała się z gracją. Chwilę spoglądał na jej kołyszące się biodra, po czym rzucił wyciągając broń z kabury.
– I już raczej nie stanie nam na drodze.
– Zabiłeś go? – odwróciła się nagle, spoglądając na niego z przerażeniem.
– Nie… Jeszcze nie. – poprawił się, a w oczach dziewczyny zaświeciły dwie iskierki. – Wtedy ominęłaby nas cała zabawa. Nie uważasz, że było zabawnie?
– Byłoby zabawniej, gdyby cię złapał. Mogłabym cię wtedy wyciągnąć z aresztu. – zachichotał, doskonale wiedząc do czego jest zdolna.
– …Ale będę musiał to zrobić, jeśli jeszcze raz nam zagrozi. – dokończył już poważniej. – Nie możemy ryzykować, że ten przebiegły lis, Zawada znów wpadnie na nasz trop. Ściga nas już wystarczająco wielu gliniarzy, bym mógł zachować przy życiu akurat tego.
– Jesteś bez serca. – skomentowała ze śmiechem.
– Bo mi je ukradłaś. – znów do niej podszedł i tym razem przyciągnął zdecydowanie do siebie.
Oplotła ręce wokół jego szyi.
– Złodziej dał się okraść złodziejce? Cóż za ironia losu, panie Barrow.
– Panno Parker… Takiej złodziejce dałbym się nawet zakuć w kajdanki. Niech zatrzyma wszystko co chce. Moje serce, duszę…
– A co mi po twoim sercu, kiedy mam złoto, banknoty i diamenty… – bawiła się kołnierzykiem od jego wykrochmalonej koszuli.
– Bo pani doskonale wie, że ja jestem jak skarb wszystkich banków świata. A dla mnie ty jesteś najcenniejsza na świecie.
– Oh…Clyde… – odparła oczarowana patrząc prosto w jego błękitne oczy.
– Bonnie… – szepnął namiętnie, po czym przechylił dziewczynę w dół i pocałował.
Dopiero dźwięk swojego imienia sprowadził ją na ziemię.
– Basia? – spytała Martyna, kiedy ta nie reagowała od kilkunastu minut.
Dziewczyna była zaniepokojona jej dziwnym zamyśleniem. Martyna nie mogła wiedzieć, że Basia popada czasem w dziwne dla wszystkich zamyślenie. Marek zdążył się już to tego przyzwyczaić. Oddałby wszystko, by móc wtedy posiedzieć w jej głowie i dowiedzieć się, co tak zaprząta jej myśli.
– Tak, tak. Już idę. – odparła i wreszcie podniosła się ze skrzynki.
Gdy Basia i Marek znów znaleźli się w salonie czekali na nich prawie wszyscy domownicy. Kwiatkowski, jego żona, Jacek, który jako jedyny wiedział wszystko i Martyna. Z całej czwórki tylko Martyna i Jacek zachowywali się normalnie. Pozostała dwójka spoglądała na przestraszonych gości oczekując wyjaśnień. Zanim pojawił się Zawada nie było czasu na cokolwiek. Marek powiedział tylko, by pod żadnym pozorem nie mówił policjantowi, że oni tu są i poprosił o odrobinę zaufania. Wyjaśnienia musiały więc poczekać.
– No. Słuchamy. – pierwszy odezwał się Kwiatkowski ze skrzyżowanymi rękoma.
Swój wrogi wzrok skierował na Marka. Basia domyśliła się, że to jego uważa za winnego tego zamieszania. Nie mogła pozwolić by i tym razem Marek przez nią oberwał.
– To moja wina! – wyrwała się.
– Niech pan jej nie słucha. To tylko i wyłącznie moja wina. Nie powinienem jej ze sobą zabierać. – wstawił się za nią i wziął całą winę na siebie.
Czuł się odpowiedzialny za to, że ściga ich policja. Gdyby jej wtedy nie posłuchał…
Nie mogła zrozumieć dlaczego jej broni! To ona postawiła go w sytuacji bez wyjścia.
– Zaraz, zaraz. Od początku. – gospodarz całkowicie się w tym wszystkim pogubił. – Dlaczego uciekacie przed policją?
Basia i Marek wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Marek zgodził się, by to ona powiedziała prawdę. Całą prawdę.
– Okłamaliśmy państwa. – wyksztusiła ze skruchą, po chwili wydłużonego milczenia i opowiedziała w skrócie całą historie od początku do końca, pomijając co intymniejsze dla niej szczegóły ich podróży.
– I dlatego ten Zawada was szuka? – dopytał, chcąc się upewnić, czy nie ukrywają przed nim czegoś jeszcze.
– Tak. Zawada to przyjaciel mojego ojca. Jest policjantem z Warszawy. Dopiero teraz skojarzyłam to nazwisko.
– Czyli nie jesteście rodziną.
– Tak. – tym razem potwierdził Marek. – Jesteśmy przyjaciółmi. – spojrzał na Basię, jakby chciał się zapytać, czy to potwierdza.
Kiwnęła głową.
Kwiatkowski westchnął ciężko.
– Jak mogliście nas tak oszukiwać, okłamywać? Nie wstyd wam?! – skarcił ich gospodarz.
Nie rozumiał dlaczego utrzymywali to w tajemnicy.
– Musieliśmy coś wymyślić. Inaczej nie przyjąłby nas pan do pracy, pod swój dach, nie załatwił naprawy wozu. Nie chcieliśmy też wzbudzać podejrzeń. – próbował jakoś się z tego wytłumaczyć, ale doskonale wiedział, że pan Mietek miał rację.
Zachowali się nieuczciwie, nie w porządku po tym, jak ich przyjęli.
– Ale to was nie usprawiedliwia! – rzucił srogo gospodarz.
Marek spuścił głowę.
Za to Jacek nie mógł już tego słuchać. Jeszcze ojciec był zdolny ich wyrzucić. A nie chciał rozstawać się z Basią. Musiał się wtrącić, łamiąc tym dane słowo.
– Tato, przestań! Dobrze wiesz, że mają rację. Gdyby powiedzieli prawdę, nie zrobiłbyś tego, co zrobiłeś! – Marek zdziwiony faktem, że Dumicz najwyraźniej wiedział o wszystkim wcześniej, spojrzał krzywo na Storosz.
– Powiedziałaś mu? – zapytał z wyrzutem.
– Myślał, że mam męża i dziecko. Musiałam mu powiedzieć. – szepnęła tak, że tylko Marek to usłyszał.
Długo patrzył na nią z bólem w oczach.
„Aż tak bardzo jej na nim zależy, że mu powiedziała? – pomyślał. – To kłamstwo aż tak jej przeszkadzało? Od początku chciała z nim być?”
Basia przewracała oczami, tak, jakby była przestraszona tego, co mógł sobie pomyśleć. Poruszyła ustami tak, jakby chciała mu to wyjaśnić, ale pan Mieczysław wszedł dziewczynie w słowo.
– O wszystkim wiedziałeś? – spytał zaskoczony Kwiatkowski, spoglądając na syna.
– Tak. I postanowiłem zaufać. – spojrzał na ojca z lekkim wyrzutem, że tak na nich naskoczył. – I obiecałem Basi dyskrecję. Mieli swoje powody, by nam nie mówić. Ja to szanuję. Ty też powinieneś, tato. – w najśmielszych snach młody Brodecki nie przypuszczałby, że to właśnie Jacek się za nimi wstawi.
Nie spodziewał się, że to on będzie ich bronić. Spodziewał się raczej silnego ataku ze strony Dumicza skierowanego w swoja osobę i jego perfidne kłamstwa.
– Bardzo przepraszamy za to, co się stało. – dodał Marek za ich oboje. – Gdybyśmy wiedzieli, że to się tak skończy, nie narażalibyśmy państwa na to. Nie po tym, co państwo dla nas zrobili. Jest nam naprawdę przykro i wstyd. Rozumiemy, że w takiej sytuacji będzie lepiej, jak odejdziemy. – Jacek na to słowo natychmiast zesztywniał.
Spojrzał błagalnie na zamyślonego ojca.
– Tato, powiedź coś! – rzuciła desperacko Martyna.
W jej oczach zbierały się łzy.
Już zdążyła się przyzwyczaić do nowych lokatorów. Poza tym bardzo polubiła Basię, a Marek uratował ją już dwa razy!
– Basia, idź po swoje rzeczy. – dziewczyna potulnie kiwnęła głową i ruszyła ku schodom na górę, kiedy Kwiatkowski nagle się odezwał.
Marek w tym czasie zmierzał ku drzwiom.
– Zaczekajcie! – zawołał.
Marek i Basia odwrócili głowy.
– Skoro mój syn wam zaufał… No i ja. Możecie tu zostać jak długo chcecie. – Basia uśmiechnęła się delikatnie, ale po minie Marka, Storosz zauważyła, że nie jest przekonany do tego pomysłu.
Nie wiedział, czy wypada po tym wszystkim tu zostawać. Po raz pierwszy w życiu czuł wstyd za swoje kłamstwa. Ci prości, choć dobrzy ludzie nie zasłużyli sobie na to, jak ich potraktowali. Nie umiałby im teraz spojrzeć w oczy.
– Dziękujemy bardzo, ale nie chcemy nadużywać państwa gościnności. I tak się tutaj zasiedzieliśmy. Nie, wyjeżdżamy. – odparł stanowczo.
Jak to wyjeżdżają?! Już?
Nie. Tylko nie to!
Doskonale wiedziała co się za tym kryje.
Kiedy stąd wyjadą ich podróż się skończy. Marek zdążył ją uprzedzić, że kolejnym przystankiem będzie już tylko przejście na granicy z Niemcami!!
– Marek! – rzuciła błagalnie, pełna desperacji.
Spojrzał jej w oczy.
– Proszę. – szepnęła lekko poruszając ustami.
Domyślił się, o co go tak naprawdę prosi. Nie chce rozstawać się z Jackiem.
– „Kocha go.”
– „To dla Jacka chce tu zostać.”.
– „To dla Marka chcę tu zostać.”.
Nie potrafił jej odmówić, kiedy tak na niego patrzyła. Kiwnął głową.
Wiedział jak mu będzie trudno. Ale przetrzyma to jakoś. Pomimo wielkiej rany jaką mu teraz zadała, zrobi to dla niej.
„Chcę tylko, by była szczęśliwa”.


*****

„To już jutro!” – pomyślała piątkowego wieczora.
Martyna czekała na ten dzień już od dawna. Taka okazja nie zdarza się często na wsi. Przeważnie coś się dzieje, gdy odbywają dożynki, czy odpust w kościele. Nic dziwnego, że nie mogła się doczekać zabawy. Miałaby wszystko co jej potrzebne; muzyka, dobre jedzenie, alkohol pod nosem i musiałaby nigdzie jeździć. Przeważnie po kryjomu.
Sukienkę kupiła już tydzień wcześniej. Nie mogła się zdecydować na tą w groszki, w stylu lat pięćdziesiątych, podobną do tej, którą upatrzyła w szafie Basi czy zwykłą, gładką bombkę. Chciała wyglądać w tym dniu szałowo.
Wybrała tą w groszki. Przypomniała sobie, jak przymierzyła tą Basi i była sobą oczarowana. Wyglądała tak świeżo, dziewczęco. Musiała mieć podobną!
Już wyobrażała sobie ten wieczór. Ona będzie tańczy z Markiem, a Basia z Jackiem. Wtedy Basia i Marek będą o siebie zazdrośni, a ona wreszcie dowie się co tak naprawdę ich łączy. Czyżby byli lżejszą wersją postaci spod swoich pseudonimów operacyjnych?
Szykował się romans jak z filmu gangsterskiego! Musiała to zobaczyć!
Tym bardziej nie mogła przełknąć rozczarowania…
– Jak to nie idziesz?! – krzyknęła z niedowierzania, gdy obie były w pokoju, leżały na łóżku i zajadały się popcornem.
– Normalnie. Jacek chciał mnie wyciągnąć, ale...
– Al., ale…Dlaczego? – spytała piskliwie.
Musiała ja jakoś przekona, by zmieniła zdanie! Odda wszystko, prócz swojej sukienki!
– Nie jesteś najlepszą tancerką. Nie nadaje się na takie imprezy. Poza tym nie mam się w co ubrać. Do tego potrzebna jest sukienka, odpowiednie buty, fryzura. A ja zabrałam tylko jedną sukienkę, którą poza tym zniszczyłam.
– Ale poczekaj!! – krzyknęła wpadając na genialny pomysł i pociągnęła Basię za rękę, by usiadła. – „Wstań!” – poleciła szybko.
– Ale po co? – zdziwiła się, a przy tym domyśliła, że Martyna coś kombinuje.
– Jesteśmy tego samego wzrostu! A ja mam mnóstwo kiecek, które założyłam tylko raz! To na sylwestra, na andrzejki… Zaraz czegoś poszukam! – migiem otworzyła szafę, zanim Storosz zdążyła zaprotestować.
– Ale Martyna ja…
– Cicho! – uciszyła koleżankę i zaczęła wyrzucać sukienki z szafy. – Ta nie, ta nie… ta też nie. – wyprostowała się, kładąc ręce na biodra i zaczęła myśleć.
Basia w tym czasie oglądała te, które leżały na łóżku. Podobały jej się, ale nie widziała siebie w żadnej z nich.
– To się nie uda! – rzuciła nagle. – To sukienki dla nastolatek. – Martyna wcale jej nie słuchała.
– To musi być coś…Mam! – krzyknęła z radości.
Ponownie otworzyła szafę i zwiesiła z niej małą, czarną, podkreślającą figurę.
– Trzymam ją na specjalną okazję w tajemnicy przed mamą. Zabiłaby mnie widząc ile na nią wydałam. Jesteś pierwsza, której o tym mówię. Nawet moja przyjaciółka o niej nie wiem. Mi jest jeszcze trochę za duża w biuście i nie mam jeszcze takiej figury jak ty, ale na ciebie będzie idealna! – Basia nieśmiało odwinęła folię i wygładziła rękę delikatny materiał.
– Jest skromna, ale piękna. Rzeczywiście idealna. – szepnęła rozmarzona. – Nie szkoda ci jej? Nie mogę tego przyjąć. To sukienka idealna na zaręczyny.
– Właśnie dlatego ci ją pożyczam. Jeśli tobie przyniesie szczęście, to mi również. – Basia uśmiechnęła się tylko w podziękowaniu. – Oczaruj go. – rzuciła zagadkowo.
– Kogo? – zaśmiała się.
– Yyy…no mojego brata… – odparła niechętnie, a Basia uśmiechnęła się na przymus.
– To sukienkę mamy. Teraz kolej na buty! – zmieniła temat.
– Buty?! – powtórzyła.
I tym zaraz dała się zaciągnąć Martynie do sypialni rodziców, gdzie stała wielka szafa z ubraniami.
– Weźmiesz moje czarne. Będą pasować do sukienki. Są tutaj, na najwyższej półce. – otworzyła szafę, wskazując na żółty kartonik. – Nie krępuj się. A ja idę zadzwonić do fryzjerki, żeby przyjechała trochę wcześniej, bo będą dwie klientki.
– Ale Martyna, nie trzeba! – za późno zareagowała.
Już jej nie było.
– No masz za swoje, Baśka. – skomentowała.
Basia mocno westchnęła i próbowała znaleźć jakiś stołek, gdzie mogłaby wejść, by ściągnąć te buty. W takich momentach żałowała, że Pan Bóg pożałował jej wzrostu. Zamiast ustawić się po wzrost, ustawiła się po rozum, jakby to było jej w czymś potrzebne do życia. Z rozumem nie wdrapie się na te wysokości.
– To szafa dla koszykarzy? – Zauważając mały stołek zdecydowała się ją przystawić przy szafie. Spróbowała dosięgnąć upragnionego kartonu. Bezskutecznie.
Zajęta wspinaczką nie zauważyła, jak ktoś się jej przygląda. Marek przechodząc się korytarzem usłyszał jej skomlenia.
Zaśmiał się widząc jej nieudolne starania.
– Niech zgadnę. – rzucił Brodecki, wchodząc do pomieszczenia. – Zamiast po wzrost… – nie pozwoliła mu dokończyć jej własnych myśli.
Były dla niej zbyt upokarzające.
– Wybrałam rozum. – wtrąciła się. – Ty też powinieneś skorzystać. Może od czasu do czasu byś z niego korzystał. – odgryzła się, ale nie zamiast znów się na siebie pogniewać, roześmiali się na głos.
– Daj, pomogę ci. – zaproponował i spojrzał w jej oczy.
Utrzymywał to spojrzenie cały czas, nawet kiedy wspiął się na palce i jedną ręką ściągnął karton.
– Dziękuję. – rzuciła zmieszana jego śmiałym spojrzeniem, ale tak samo jak on nie spuściła wzroku.
Nawet nie mrugnęła.
Zaciekawiony co tam takiego skrywa otworzył pudełko.
– Buty? Wybierasz się gdzieś? – spytał zaintrygowany.
Te buty były zbyt eleganckie, by mogła w nich chodzić na co dzień.
– Tak. Na zabawę. – kiwnął głową i położył je na podłodze. – Z Jackiem. – dodała z odrobiną niechęci w głosie, ale by niczego się nie domyślił, wolała szybko zakończyć temat i równie szybko chciała zejść ze stołka, ale niestety wyszło jej to trochę niezdarnie.
Zapłaciła za swoją lekkomyślność.
Stołek się przechylił i pewnie obiłaby sobie kilka kości, gdyby nie Marek.
Złapał ją, a ona wprost wpadła w jego ramiona. Trzymał ją teraz na zgięciu kolan i za pośladki, bez niepotrzebnej dwuznaczności, a ona kurczowo ściskała jego szyję, jakby bała się, że zaraz spadnie i tylko on ją chronił przed upadkiem.
Spojrzała w jego śmiejące się w ten chwili oczy. Zamrugała z niedowierzania. Patrzył teraz w taki wyjątkowy sposób. Jak ze snu lub jej kolejnego wyobrażenia. Ze spokojem…z uwielbieniem. Tak, jakby cały świat był nieistotny, bo najważniejsza jest ona.
Wreszcie zauważyła znaczącą różnice między nimi. Jacek pokazywał jej swoje emocje. Gdy była z nim czuła się ważna, ale nie najważniejsza. Za to przy Marku wydawało jej, że jest tą najważniejszą, ale swoje uczucia zostawiał tylko dla jej. To ona ma je dotrzeć.
Teraz była pewna, że darzy ją jakimś uczuciem. Łączy ich silna więź.
Niestety, magia tej chwili dość szybko została zakłócona…
Jacek, którzy przyglądał się tej scence z daleka, kipiał z zazdrości. Wszedł, kiedy nie mógł już na to patrzeć. Na ich wydłużone spojrzenia…
Zacisnął pieści, ale puścił je zanim wszedł do środka z wymalowanym uśmiechem.
– Ba… – urwał w pół zdania, udając zaskoczonego zastanym widokiem, a Marek natychmiast postawił zmieszana Basię na nogi.
Sam czuł się niekomfortowo. Przez niego może dojść do nieporozumienia.
Z jednej strony się cieszyłby się, gdyby ta znajomość się rozpadła, a z drugiej nie zniósłby tego obciążenia, gdyby Basia przez niego cierpiała…
– Widzę, że w czymś przeszkodziłem. Ale może mogłem poczekać jeszcze kilka minut, by zobaczyć coś bardziej pikantnego. – skomentował zazdrośnie.
Poudaje trochę obrażonego, by mogła go ładnie przeprosić. Choć teraz najchętniej obiłby Markowi twarz za to perfidne uwodzenie jego dziewczyny.
– Jacek, my przecież nic… – próbowała się wytłumaczyć.
Marek milczał. Wolał się nie wtrącać, by nie pogarszać sytuacji.
– Myślałem, że to, o czym wczoraj rozmawialiśmy coś dla ciebie znaczy… Chyba się myliłem. – skwitował ze zbolałą miną i wyszedł.
Basia chciała ruszyć za nim, ale wtedy poczuła dłoń na swoim ramieniu.
– Zostań. – rzucił, patrząc jej w oczy, by ją zatrzymać.
Sam nie rozumiał co chciał przez to powiedzieć.
Basię zdziwiła jego reakcja, ale nie mogła ryzykować związku z Jackiem, który istnieje formalnie od wczorajszej rozmowy dla „czegoś” niepewnego. Nie póki ma wątpliwości, że warto. Nawet nie wiedziała co to jest.
– Marek… Jacek i Ja. Jesteśmy ze sobą. Od wczoraj, więc ostatnie czego teraz potrzebuję to, żebyś mieszał mi w głowie. Jeśli to ci się po prostu nie podoba, to mi to powiedź, a nie stosujesz jakieś dziwne gierki. A teraz mnie puść. Muszę z nim porozmawiać. – z niechęcią, ale spełnił jej prośbę.
Zanim jednak pozwolił jej wyjść, zapytał.
– Kochasz go? – Basia przystanęła jak słup soli.
Po raz kolejny ja dzisiaj zaskoczył.
I co ma mu teraz odpowiedzieć? Lubi go. Lubi, jak ją adoruje. Lubi, jak mówił jej ciepłe słówka na ucho, jak ściska jej rękę. Lubi z nim rozmawiać, żartować. Lubi spędzać z nim wolny czas. Lubi też jak patrzy jej w oczy…
Czy to już miłość?
– Zależy mi na nim. – odparła odwrócona do niego plecami.
– Ale pytam się. Kochasz go, czy nie?
„Kocham, nie kocham” – zastanawiała się w myślach.
– Wydaje mi się, że tak. – odpowiedziała wreszcie, zniecierpliwiona i poirytowana jego natręctwem, trochę na przekór sobie.
„To skoro kocham Jacka, to co czuje do Ciebie?”
– Tak jak wtedy, kiedy wydawało ci się, że kochasz mnie? – zadał kolejne pytanie, ale tym razem uśmiechał się delikatnie.
– Nie. Bo wtedy mi się naprawdę wydawało. – rzuciła na koniec, by ukrócić tą niewygodną dla niej dyskusję i wyszła wreszcie.
„Powiedziała tak w złości, czy naprawdę to do mnie czuje?”
– Jacek, zaczekaj proszę! – usłyszał po chwili i znów znalazł się w punkcie wyjścia.
A już wydawało mu się, że znalazł światełko w tunelu…

*****

Na szczęście Jacek nie był typem obrażalskiego (przynajmniej takie wrażenie dał po sobie odczuć) i w zamian za zaproszenie na wiejską zabawę, wybaczył Basi tą drobną „chwilę słabości”, jak to określił.
Winą za to obciążył oczywiście Marka i ten zrozumiały „urok osobisty”, który zwabia kobiety, jak pszczoły do miodu i nawet najdzielniejsza osobnicza, taka jak Basia, nie może się temu urokowi oprzeć.
To złośliwe porównanie odnośnie Marka bardzo jej się nie spodobało, ale nie skomentowała tego na głos, uznając, że najwyraźniej Jacek ma jeszcze do nich żal o tą scenę w sypialni jego rodziców, a jej zadośćuczynieniem jest tego wysłuchać.
Jakąś godzinkę przed wyjściem obie panie były gotowe. Stały przed wielkim lustrem w salonie, które Martyna kazała przynieść Jackowi i oglądały swoje kreacje i fryzury. Jak na zabawę wiejską pod gołym niebem nie wyglądały ani przesadnie elegancko ani zbyt codziennie.
– Pięknie wyglądamy. – oceniła nieskromnie Martyna trzepocząc przy tym świeżo umalowanymi rzęsami i obie wybuchły śmiechem.
– Tylko dalej nie wiem, co z włosami…
– Marek padnie trupem, jak cię zobaczy. – dodała nie zmniejszając uśmiechu, po czym szybko miała ochotę ugryźć się w język.
Papla z niej!
– Jak to Marek? – zdziwiła się.
Nie wiedziała skąd jej to przyszło do głowy.
Martyna nie widziała sensu by dalej udawać.
– Baśka! Dobrze wiem, dla kogo się tak stroisz i na pewno nie jest nim mój brat. Ale spokojnie… – uspokoiła dziewczynina zapas – Nie wydam cię!
– Nie wiem, dlaczego tak myślisz, bo właśnie stroję się dla twojego brata. W końcu to ja go zaprosiłam i chcę, by był zadowolony.
– Ok. Niech ci będzie. – machnęła rękę, widząc, że nic od niej nie wyciągnie. – Ooo… Idzie. – szepnęła, widząc jak jeden z ich partnerów schodzi schodami.
Basia odwróciła głowę i ujrzała Marka, w spodniach od garnituru, białej bluzce i zarzuconej na to skórzanej kurtce.
W swojej oryginalności wyglądał bardzo pociągająco.
– Wiesz jak długo musiałam go namawiać, żeby założył cokolwiek co wcześniej nosił Jacku? – Baśka parsknęła śmiechem, kiedy do nich podszedł.
Długo nie mógł się napatrzeć na nowy wizerunek Basi. Zrobiła na nim ogromne wrażenie. Sukienka, ostrzejszy makijaż, uczesanie, choć jeszcze niedopracowane. Wszystko było idealne.
Basia była piękna w swojej prostocie.
– Mówiłam. – szepnęła Basi na ucho, a ona tylko się uśmiechnęła.
Sama zauważyła reakcję Marka. Podobało jej się, że nie może oderwać od niej wzroku. O mało co nie połknąłby muchy.
– Idę po Jacka, bo będzie się robić jeszcze z godzinę! – wymyśliła na poczekaniu, by tylko zostawić tych dwoje samych.
– Pięknie wyglądasz. – rzucił, gdy tylko zostali sami.
– Dzięki. – uśmiechnęła się blado, trochę nerwowo, po czym znów zaczęła się przeglądać w lustrze.
Włosy miała lekko pofalowane, ale dalej nie wiedziała czy je uwiązać, czy puścić wolno, by wpadały na ramiona.
– Martyna zniknęła, więc ty musisz mi doradzić. W końcu jesteś facetem i wiesz, co się wam podoba. – mówiła do lustra, by tylko nie spoglądać mu w oczy.
Niestety i tak zauważył dwa małe rumieńce.
Basia odwróciła się nagle przodem do Brodeckiego.
– Tak, czy tak? – spytała, najpierw unosząc kosmyki w górę, prowizorycznie je związując klamrami, po czym rozpuściła i znów związała.
Uśmiechnięty od ucha do ucha Brodecki, podszedł do lekko zesztywniałej dziewczyny i bez skrępowania rozpuścił jej włosy.
– Mnie się tak bardzo podoba… – szepnął, gdy delikatnie głaskał jej włosy.
Aż serce zaczęło uderzać jej szybciej.
Przymrużyła oczy, gdy zaczął obrysowywać kontur jej twarzy. Kiedy myślała, że na tym nie poprzestanie, zbliży się, wtedy zabrał dłoń i odszedł na bezpieczną odległość.
Był czujny, bo jak widać tym razem nie dał się przyłapać. Gdy Martyna i Jacek zeszli ze schodów wszystko wyglądało tak, jakby nic przed chwilą się nie wydarzyło.
– Wow! Basiu… – rzucił, podchodząc do dziewczyny w skowronkach i obrócił ją dookoła, by móc się jej lepiej przyjrzeć.
– Jacek. – zaśmiała się ze zawstydzenia.
– Będziesz najpiękniejszą panną na tej zabawie. – Martyna teatralnie odchrząknęła, by wybrnął z nietaktu.
– Obie będziecie najpiękniejsze. – poprawił się, posyłając siostrze przepraszający uśmiech. - To będzie niezapomniana noc. - szepnął Basi do ucha.
– To co? Idziemy? – zaproponował Marek, bo czuł, że zanosi na mdłości.
– Idziemy. – odparła chłodno Basia, spoglądając na niego wymownie.
Chciała mu dać tym do zrozumienia, że nie podoba jej się sposób w jaki próbuje ja uwieść, bo właśnie tak zaczynała to postrzegać.
Nie znała tylko jego intencji…
– Panie przodem. – rzucił dżentelmeńsko Dumicz i poczekał, aż obie piękne damy przeszły przodem przez próg.
Kiedy myślał, że opuści dom jako ostatni, zdziwił się, zauważając, jak Marek nie ruszył się z miejsca.
Widocznie obaj panowie potraktowali słowa Jacka „panie przodem” zbyt dosłownie i żaden nie chciał przejść przez drzwi pierwszy.
– Jacek? – rzucił z przymilnym uśmiechem, udając, że pozwala przejść Dumiczowi pierwszemu z czystej uprzejmości.
Nie dał się przekonać. Odpowiedział tym samym.
– Marek?
– No, Jacek, proszę cię. – rzucił z powagą, szanując jego gest, ale grzecznie dziękował, nie mogąc złamać zasad dobrego zachowania.
– Starsi przodem. – ponaglił chłopaka, nie chcąc, by dziewczyny na nie czekały.
– Nie, nie, nie Marek. To ja cię proszę.
Kiedy jednak obaj doszli do wniosku, że mogą się tak sprzeczać, ruszyli do drzwi w tym samym momencie, obijając się o framugę.
Z trudem zmieścili się obaj, ale przepychając się nawzajem, udało im się wyjść również o tym samym czasie.
Zajęci przepychanką nie zauważyli, jak koło domu kręcił się Witek, ubrany na galowo i, gdy tylko zniknęli, wślizgnął się do domu. W tym samym czasie detektyw Stópka chwalił się kolejnym sukcesem z Brodeckim.
Siedział tradycyjnie w swoim samochodzie, z telefonem przy uchu.
– Panie Brodecki…Proszę się nie martwić. Sprawa załatwiona. Teraz wystarczy tylko czekać, aż pański syn i ta dziewczyna się rozstaną…. – roześmiał się do słuchawki.

olka - 2009-09-25, 21:21

Z tą korektą to bym nie przesadzała, to był dosłownie kawałeczek :576:
A część świetna, jak zawsze!
Marek wyraźnie jest o Baśke zazdrosny, a to chyba coś znaczy :lol:
Może w końcu coś zrozumiał. Swoją drogą Baśka z Jackiem? Mam nadzieje, że to chwilowe.
No i ten Stópka! Co on kombinuje? :evil: Byle tylko nie narobił wielkiego kwasu.
Czekam z niecierpliwością na cedek! MISTRZOSTWO! :*:*:* ;-)

Ninuś - 2009-09-26, 11:08

jejku, ale sobie poczytaaaałaaam! :mrgreen:

Olka&Twins
Teściowa Basi ma dobre serce. Ale te teściowe takie są, że muszą wiedzieć wszystko.
Tylko mam nadzieję, że Marek nie zrobi nic głupiego, kiedy jego ojciec sobie z nim porozmawia... żeby na Basię nie krzyczał... a w ogóle jak on może?! Powinien w końcu pogodzić się z tym, że ma żonę, a niedługo przyjdzie na świat syn. Zachowuje się jak obrażony dzieciak.
dzieło!!! więcej! więcej! więcej! ;***

Twins
O matko jacy oni sa o siebie zazdrośni! hahaha obaj! :lol: No ale teraz pojawia się pytanie jak długo potrwa 'związek' Basi i Jacka i jak długo Marek będzie siedział cicho z tym co czuje do Basi... bo czuje coś napewno!
czekam na wielki cedek! ;***

isis - 2009-09-26, 14:21

Ooo mamo ile opowiadań!:)
Wieczorem zasiadam do czytania!!:)
Bliźniaczki&Ola nawet nie wiecie jak się ciesze,że zapełniacie NT Waszą twórczością!:)
Super!;D;*

Ninuś - 2009-09-27, 17:00

puk! puk! czy ktoś pisze???
Stokrotka07 - 2009-09-27, 18:46

Genialnie, Twins :-D Jaka pikanteria, ale dobrze, dobrze oby Jacuś zszedł na drugi plan :lol: Super!
Twins - 2009-09-27, 21:27

Cedek jutro o ile będzie ktoś chętny do przeczytania nadal :)
3M - 2009-09-27, 22:50

Mógłby być nawet dzisiaj :lol:
Ja bardzo jestem chętna przeczytania

A co z CSem ? On sie skończył juz czy wy go juz rzuciłyście? bo nie pamietam :lol:

Twins - 2009-09-28, 09:10

CS nieskończony i go nie rzuciłyśmy, wciąż tkwimy w tym związku :lol: Ale skończymy, spokojnie :lol: Młodziutkie jesteśmy, mamy czas :576: A tak na poważnie, to jak skończymy wakacyjne to się wreszcie za niego zabierzemy ostro, bo wstyd hahaha Tylko musimy sobie najpierw przypomnieć co tam miało być dalej hahaha
Daisy - 2009-09-28, 10:23

Oj tak :D w pierwszej kolejności po wakacyjnym obowiązkowo musi pojawić się CS...
Nadrobiłam. Twins i Twins&Ola - oj wspaniale. Ratujecie NT ;)
Częściej i więcej poproszę. Ale to tyczy się również pozostałych pisareczek.

Twins - 2009-09-28, 13:53

Dzięki jeszcze raz ;-*
Dejz a kiedy Ty cosik dasz? :D
czekamy! Ty wiesz, że zawsze będziemy czekać :lol:

Magdalena - 2009-09-28, 18:25

Twins napisał/a:
A jutro cześć dalsza tego, co mamy jeszcze napisane.
Chyba drugie tyle.

No i gdzie ta druga cześć?? :-P czekamy :-P
Super opowiadanie :-D Ciekawe co ten detektyw wykombinował! no i oczym Marek rozmawiał z ojcem... :->
Dalej!! :-P

Twins - 2009-09-28, 20:37

Druga część jutro. ;)
W sumie niewiele zostało także do koca się zbliżamy :lol: Już nie będziemy was tym męczyć :576:

isis - 2009-09-28, 21:12

Dziewczyny wspaniale!!
Jak tylko mam czas to czytam wszystkie opowiadania!!:)Bliźniaczki rewelacja!
Te wszystkie opowiadania są cudowną odskocznią od rzeczywistości:)Czekam na więcej!
I liczę,że inne pisarki też zabiorą się za pisanie;)

Twins - 2009-09-29, 14:43

XVIII

Nigdy nie była na wiejskiej zabawie! Miała ochotę świetnie się bawić. W końcu miało być niemal jak na weselu. Orkiestra, tańce…
Czas by się wyszaleć! Wcześniej, nawet w Warszawie nie miała na to zbyt wiele okazji. Jej nocne, drugie życie było uśpione, czekało w hibernacji na czas, kiedy będzie gotowa na clubbing. Tylko, że ona nigdy by się na to nie odważyła. Nie była typem „imprezowiczki”, raczej domatorki, choć lubiła dobrą zabawę w miłym towarzystwie.
Nic więc w tym dziwnego, że tak bardzo się więc na nią cieszyła. Do tego pójdzie z Jackiem… oficjalnie. Tylko jako kto?
Jego randka, dziewczyna, przyjaciółka?
Kim była teraz?
Ich relacje były bardziej złożone, by mogła jednoznacznie je określić, czy zapytać szczerze samą siebie, czego oczekuje po tym wspólnym wieczorze. Na dodatek pozostawał jeszcze Marek i to, co wydawało jej się, że do niego NIE czuje. Mieszał jej w głowie nadal.
Westchnęła głośno, starając się uporządkować myśli. Jednego była jednak pewna. Jacek sprawi, by długo nie zapomniała tej nocy… Uśmiechnęła się.
Kiedy więc zbliżała się zaplanowana godzina rozpoczęcia imprezy, wszyscy mieszkańcy już podeszli pod odpowiednie miejsce.
W tej wsi nie było sali na takie okazje. Najbliższy zdatny budynek znajdował się w sąsiedniej. Świeże powietrze i nadzieja, że nie spadnie deszcz musiały wystarczyć. Nikt jednak nie miał zamiaru narzekać. Teraz nie liczyły się warunki. Gdyby tak było każdy pewnie wolałby się wybrać do jakiegoś porządnego i pięknie przystrojonego lokalu.
Tutaj jednak za miejsce do tańczenie służył tylko specjalnie przygotowany prowizoryczny „parkiet” przykrywający trawę, który wykonano z pozbijanych razem desek, przykrytych gumolitem. Scena dla grajków zaś była wykonana z poukładanych równo drewnianych skrzynek na którą to „budowlę” nałożoną drewnianą płytę. Szczęściem było to, że wszystko się trzymało, co nie groziło wypadkiem muzyków. Gdzieniegdzie były rozstawione stoliku, które zajmowano za zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”..
Choć skromnie, ale zadbano też o klimat. Wokół tego prostokątnego placu na specjalnie wbitych wysokich palach powieszono lampki bożonarodzeniowe i lampiony. I nie dlatego, że organizatorowi tęskno było do Gwiazdki. Gdy tylko zaszło słońce nad głowami przybyłych zapaliły się tysiące małych, białych światełek.
Było dość jasno, by widzieć swoje stopy i nie deptać partnera w tańcu, a lekki półmrok sprawiał wrażenie nieco intymniejszej atmosfery.
Basia też , kiedy to wszystko zobaczyła była oczarowana. Był nawet szwedzki stół, przykryty białym obrusem do ziemi z jakimiś przekąskami, przygotowanymi przez Koło Gospodyń Wiejskich Wsi Krzeszyce! Nie zapomniano o mocniejszych napojach – polska wódka dobrego producenta i piwo.
Jacek zaś, choć chciał, by Basi było tej nocy przy nim dobrze, sam nie czuł się na tego typu, nieco staroświeckich zabawach. Teraz jednak miał przy sobie blondwłosą motywację. Idąc razem pod rękę, dziewczyna przystanęła, by jeszcze raz ogarnąć wszystko swoim rozanielonym wzrokiem.
Doszli na miejsce jako pierwsi. Zaraz za nimi znaleźli się Marek z Martyną. Państwo Kwiatkowscy mieli zamiar dojść nieco później, by dopilnować ich młodszego syna z kolacją.
– Nie spodziewałabym się, że będzie tu tak pięknie. – wykrztusiła wreszcie z siebie.
Dla niej całość prezentowała się niezwykle, niczym z amerykańskich filmów.
Jacek uśmiechnął się, choć nie miał w sobie tylu pokładów wrażliwości, by podzielać jej entuzjazm. Czasem potrzeby Basi wydawały mu się skrajnie minimalistyczne. Spojrzał Basi głęboko w oczy. Mógł w nich dostrzec podziękowania, że ją tu zabrał.
– Mi też się podoba. – odpowiedział.
Nie mniej niż podobała mu się Basia odsłaniającej co nieco sukience.
Nastolatka w tym czasie obserwowała osępiałego towarzysza, który od początku drogi nie spuszczał oka z Basi i jej starszego brata. Głębokie spojrzenia w oczy tej pary zdawał mu przewiercać dziurę w sercu. Nic jednak nie mówiła, by jeszcze bardziej nie psuć mu humoru. I choć bardzo chciałaby mieć Basię jako swoją przyszłą szwagierkę, bo nigdy nikogo takiego nie spotkała, uważała, że dużo lepiej pasuje do Marka.
Wiedziała to zanim prawda o nich wyszła na jaw. Widziała jak Marek patrzył na Basię i nawet trochę jej zazdrościła, nie potrafiąc zrozumieć dlaczego nie są razem. Kibicowała tej dwójce z całych sił, licząc, że może wreszcie zrozumieją ile dla siebie znaczą i się zejdą.
Chwilę później, zaraz po krótkim przemówieniu sołtysa, który życzył wszystkim dobrej zabawy, Basia i Jacek poszli zatańczyć taniec otwarcia. Marek i Martyna odeszli na bok, obserwując „tancerzy” z daleka.
– Mówiłem ci już, że pięknie dziś wyglądasz? – uśmiechnął się.
– Eee…parę razy? – oboje się zaśmiali.
– Szkoda tylko, że nie spięłaś włosów. – czym pozbawiła go potliwości pocałunków w szyję.
Uśmiechnął się to właśnie jej insynuując.
Co prawda miała długą, ale jakoś nigdy nie kwapiła się do tego, by jakoś ja eksponować, by podawać sobie walorów.
– A mi się tak podoba! A będziesz musiał się tym zadowolić. – uśmiechnęła się, ale w jej głosie dało się wyczuć stanowczość.
– W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach tak!
Markowi tak bardzo przeszkadzało to, iż Jacek obejmuje Basię, że jedyne, czego mu teraz życzył to skręcenia kostki. Sam chętnie mu by w tym dopomógł.
W pewnym momencie młoda Kwiatkowska, zauważyła osobę, jakiej nie spodziewała się tu zastać.
– O Boże, Marek! Witek tu jest! Schowaj mnie, by mnie nie widział! Schowaj! – prosiła, odwracając się twarzą do Marka, śmiesznie przy tym wymachując rękoma.
Choć była niższa od Marka prawie o pół głowy, skuliła się jeszcze bardziej, by stać się niewidoczną. Konfrontacja z byłych chłopakiem to nie to czego dziś chciała.
– Powiedź, kiedy przeszedł, ok.?
– Już. Nie ma go. – odpowiedział, a Martyna znowu stanęła obok.
– Uff. To dobrze. – odetchnęła z ulgą, uśmiechając się przy tym.
– Ale myślę, że i tak cię widział. – stwierdził Marek z lekkim uśmiechem, nie po to by ją zdenerwować, a dlatego, że cała sytuacja go trochę rozbawiła.
Zagrania nastolatków teraz wydawały mu się śmieszne. Jeszcze te desperacja w głosie Martyny… Dopiero niedawno zrozumiał, że dorosłym nie czyni dowód osobisty, a podejmowanie świadomych decyzji i pokorne przyjmowanie konsekwencji.
– Szkoda, ze nie widziałaś miny tego biedaka. Pomyślał sobie, że coś nas łączy. – niepotrzebnie wypowiadał na głos swoje myśli.
Martyna wzięła sobie te sowa zbyt dosłownie. Spochmurniała jeszcze bardziej.
– A nie? – teraz to ciśnienie Marka „lekko” skoczyło w górę.
O mało co a zrobiłby się blady jak ściana. Dobrze, że było ciemno.
Może i przyjął zaproszenie tej dziewczyny na tańce, ale nie pomyślał, że przypadkowo mogła to odebrać na poważnie. Nie darowałby sobie, gdyby złamał serce kolejnej dziewczynie, nawet jeśli tą traktował jeszcze jako dziecko. Może dlatego, że pomimo swoich siedemnastu lat wyglądała co najwyżej na piętnaście.
– Wiesz…Martyna… – kombinował jak najdelikatniej wyjaśnić nastolatce, że źle odebrała jego intencje.
Zniecierpliwiona sama dopytała.
– No jesteś moim kumplem, czy nie? – Marek uśmiechnął się z ulgą.
– Więc to o to chodzi…Jasne, że jestem! – potwierdził, uśmiechając się pięknie.
– O to, o to. A ty myślałeś, że o co pytam? – dopytała.
Na szczęście nie domyśliła się jakie chwilowe obawy w nim zasiała.
– Chyba widzę znów Witka… – szybko zmienił temat.
– Gdzie znowu?! – przestraszyła się ponownie.
Gdy nikogo nie zauważyła, zrozumiała, że to żart. Przewróciła oczami z niezadowoleniem, że dała się nabrać.
Marek za to znów zawiesił oko na tańczącej parze. Nie mógł ścierpieć, że Basia daje się Jackowi dotykać, szeptać coś do ucha. Czuł jakby Dumicz kradł mu jej uśmiechy, jakie teraz co rusz do niego posyłała. Jakby to do niego powinny być kierowane.
Do niego dawno tak szczerze się nie uśmiechała…
Nie mógł na to patrzeć, chciał stąd pójść, a jednocześnie byłoby mu jeszcze gorzej, gdyby miał teraz siedzieć w domu Kwiatkowskich i dawać pole do popisu wyobraźni.
Choć widok Basi z Jackiem przewiercał mu wątrobę, wolał mieć wzgląd na sytuację. Nie potrafił jednak cieszyć się szczęściem przyjaciółki…
– Może jednak do niego podejdziesz, co? – zaczął rozmowę z Martyną, by odwrócić uwagę od Basi. – Witek stoi koło tego stołu już od dobrych dwudziestu minut, udając, że wcale mu nie przeszkadza to, że tu ze mną jesteś. Chce podejść, ale nie wie jak ma cię przeprosić, a poza tym boi się, że go przegonię... – zainsynuował, spoglądając porozumiewawczo na Martynę.
Pomimo tego, ze widział napad złości tego chłopaka, musiało mu na niej zależeć. Są nawet trochę do siebie podobni. Oboje zrobili coś, czego żałują i nie wiedzą jak to naprawić.
– Ale ja z nim zerwałam i dobrze odnalazłam się w życiu singielki. Witek zachowała się jak dupek. Złamał mi serce, więc mam prawo o nim zapomnieć. Pokazał, że wcale nie jestem dla niego taka ważna, interesując się tą głupią Sonią…
– A myślisz, że gdybyś nie była stałby tu teraz sam, patrząc jak ty bawisz się z innym w roli pocieszyciela? Też znalazłby sobie następną…
– A ty na pewno mówisz teraz o Witku? – ta mała go przejrzała.
Zaśmiał się sam z siebie, wylewając odrobinę jadu. Martyna chwilę biła się z myślami.
– Czyli myślisz, że jednak powinnam mu wybaczyć i do niego wrócić? …A co jeśli znowu zrobi to samo? Znowu będę przez niego płakać?
– Nie zrobi, ma za dużo do stracenia. Nie warto ponownie ryzykować. – puścił dziewczynie oczko.
Ta cała w skowronkach, aż pocałowała Marka w policzek. Witka aż zapowietrzyło.
– Dzięki! Znowu mi pomogłeś. Naprawdę jesteś moim bohaterem! – aż sam się uśmiechnął, widząc promienny uśmiech na twarz Martyny.
Od razy potem pokierowała się w stronę swojego chłopaka.
– Tylko grzecznie! – krzyknął, mając pewność, że para się pogodzi.
Poczuł na sobie ripostujące spojrzenie w stylu „tylko mi nie ojcuj”.
W tym samym czasie piosenka do jakiej wszyscy tańczyli się skończyła. Człowiek z orkiestry ogłosił piętnastominutową przerwę. Basia, choć starała się to ukrywać czuła się już lekko zmęczona tymi obrotami i prawo i lewo, skocznymi rytmami.
Wzięła kilka głębszych oddechów, co nie uszło uwadze Jacka.
– Wszystko dobrze? Źle się czujesz? – zapytał z troski.
Czasami zaczynało jej to przeszkadzać jak w przypadku rodziców. Jacek też stał się nieco nadopiekuńczy, kiedy dowiedział się o jej cukrzycy. W tym właśnie różnił się od Marka. Ten, tkwiąc w swojej błogiej nieświadomości, zbyt wielką wadę przywiązywał do jej ogólnego bezpieczeństwa nic nie wiedząc o jej nieuleczalnej przypadłości. Dla niej czyniło to różnice. Troszczył się o nią, jednocześnie stawiając ją na równi z sobą, choroba nie była argumentem, determinującym go do takiego zachowania. Nie ograniczał jej. Pytał, czy chce jej się pić, chce jeść nie dlatego, że wiedział o jej wilczym pragnieniu i głodzie. Pozwalał wysypiać, gdy jest zmęczona, biegać co po chwila do łazienki nie dlatego, że akceptował to, iż czuje się księżniczką i ma dziecinne zachciankach. I nawet wtedy, kiedy złościł się na nią za te jej „dziwactwa”, nie ukrywał tego, tylko dlatego, że jest chora, a dlatego, że kończyły mu się dzienne pokłady cierpliwości.
Tylko wtedy, kiedy ktoś się nią troszczył tak mogła czuć się normalna i mogło jej się to podobać…
Teraz jednak to było zwykłe zmęczenie. Nic więcej. Mogłaby przysiąść, że on sam też ciężej oddychał.
– Nie. Nic mi nie jest. Tylko chce mi się trochę pić. – wyjaśniła dla świętego spokoju.
– Poczekaj, przyniosę Ci coś do napicia. – zaoferował się.
– Nie, nie trzeba, …naprawdę! – ostatnie dodała z naciskiem zniecierpliwienia, ale uśmiechnęła się dla niepoznaki.
Jacek odwzajemnił gest. By poniekąd uciec od trochę ją irytującego, bacznego spojrzenia Jacka, które mówiło: „czy aby na pewno nic nie potrzebujesz”, zerknęła mimochodem w bok.
Wtedy go zobaczyła. Stał tam i choć stał od niej kilka metrów, wpatrywał się nią jak zawsze, kiedy patrzył komuś głęboko w oczy.
Nagle wszystko przestało się liczyć. I sukienka, i orkiestra, i mężczyzna obok. Liczyło się, że go widzi, że jest...
– Basiu? – swoje imię usłyszała dopiero za trzecim podejściem Jacka.
– Tak? – odwróciła się w jego stronę, wymuszając na sobie uśmiech.
Swoja dłoń, mimochodem założyła na przedramię partnera.
Dumicz miał już ochotę spytać, co tak zaprzątnęło jej głowę, bo przecież obiecał sobie i jej, że ta noc będzie niezapomniana dla nich obojga, kiedy ich zalążek rozmowy przerwał dźwięk dzwoniącej komórki.
Wciągnął telefon z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz.
Mina mu momentalnie zrzedła. Po tym poznała, że to coś ważnego i musi odebrać.
¬– Przepraszam na moment. – powiedział.
– Jasne. – uśmiechnęła się delikatnie, by nie brał sobie tego do serca.
Orkiestra zaczęła znowu grać.
Kiedy tylko Jacek zniknął z jej pola widzenia, Basia zostając sama, skinęła palcem wskazujących na Marka, zapraszając go do tańca. Uśmiechnęła się przy tym, by nie odmówił.
Podszedł do niej po chwili. Piosenka jaka teraz zapraszała na „parkiet” była wolna i klimatyczna.
– Tylko się nie wykręcaj, że nie umiesz tańczyć. – zagroziła za żarty. – Nie wywiniesz mi się. Jesteś mi winny chociaż jeden kawałek. – uśmiechnęła się dla rozładowania sytuacji.
Uważają, że stoją tak zdecydowanie za długo, wreszcie przysunął się bliżej, obejmując przyjaciółkę w talii. Basia położyła swoją dłoń na ramieniu Marka.
Zaczęli stawiać kroki w tańcu. Delikatne, jakby prawie się nie poruszali. Wzrok oboje wbili początkowo w odległy punkt, nim spojrzeli sobie w oczy. Było w tym spojrzeniu cos magicznego. Może przez romantyczną piosenkę, a może przez to, że oboje dobrze czuli się w tym tanecznym objęciu.
– I widzisz? Wcale nie jest tak strasznie. Jakoś dajemy rade, choć oboje nie jesteśmy najlepszymi tancerzami. – zaczęła Basia neutralnie.
– Nie powiedziałbym. Tobie wychodzi to znacznie lepiej. – zaznaczył.
– A mówisz to z perspektywy obiektywnego obserwatora? – Basia przyjrzała się chłopakowi uważnie.
– Oczywiście. Do tego śmiertelnie poważnie! – oboje się zaśmiali, nie zaprzestając spoglądania sobie w oczy.
– Wygrałeś. Rok chodziłam na balet. Później mama stwierdziła, że lekcje gry na fortepianie będą dla mnie lepsze. – rozmawiali, ale praktycznie o niczym ważnym, niby swobodnie, choć wyczuwając jakieś dziwne napięcie rozmowa zbytnio się nie kleiła. Oboje wyczuwali, że podtrzymywanie tematu jest swoista ucieczką, od tego jaką przyjemność sprawie im ta bliskość.
W pewnym momencie jednak przestali słyszeć muzykę. Stawiali kroki intuicyjnie, nie zdając sobie sprawy jaki rytm dyktuje orkiestra. Między obojgiem nastała cisza, przerywana jednie głębszymi oddechami, zdawało się, że to było to, czego oboje teraz wzajemnie pragnęli. Basia nawet nie wiedząc kiedy, położyła głowę na ramieniu Marka, przymykając na moment oczy, jakby chciała zapamiętać tę chwilę, cieszyć się nią dwa razy mocniej. Poczuła silniejszy, pewniejsze objęcia marka, jakby chciał nim powiedzieć.
– „Po prostu tańczmy. Nie psujmy tego swoim gadaniem”.
Zgodziła się, a otwierając oczy, uśmiechnęła się z głęboko serca.
Podniosła głowę, spoglądając Markowi w ozy. To odwzajemnione spojrzenie stawało się coraz głębsze, jakby chcieli z nich wyczytać co teraz obije czują, jakąś ukrytą treść, drugie dno. Wtedy właśnie zorientowali się w tym samym momencie, że myślą o tym samym.
Świat wokół nich przestał mieć rację bytu, jakby nagle przestał istnieć, rozmył się w nicość i zostali tylko oni jedni.
Instynktownie przesuwali bliżej swoje twarze tak, by ich usta z pełną świadomości i chęcią złączyły się w wzajemnym, „równouprawnionym” pocałunku. Tak wyczekiwanym, że oboje czuli zabójcze uderzenia serca, krążenie krwi we własnych żyłach.
Przysuwali się do siebie powoli, chcąc jak najdłużej cieszy się oczekiwaniem.
Brakowało dosłownie milimetrów do połączenia ich warg we wzajemnej symbiozie, już prawie ich usta skleiłyby się w jedno, kiedy….
Wraz z końcem piosenki, czar chwili prysł jak banka mydlana.
Basia odskoczyła gwałtownie głową w bok, zdając sobie sprawę, że przez chwile znajdowała się w dziwnym transie. Poczuła się winna za to, czego pragnęła. Marek natomiast zdawał się nie rezygnować tak łatwo.
Powiedział „A”, zamierzał powiedzieć i „B”.
Tylko, że Basia nie była wolna, a przynajmniej starała się nie być, w czasie, kiedy jej serce zniewolone zostało już dawno uczuciem do innego z czym od jakiegoś czasu ostro walczyła. Do niego teraz należało a z tym pogodzić się nie mogła.
Co z tego, skoro pozwoliła, by ktoś oddał jej już swoje serce, a ona je przyjęła nie dając na razie nic z zamian oprócz siebie samej?
Wyrwała się szybko z objęć Marka, choć ten starał się ją jeszcze zatrzymać, chwytając za rękę. Spojrzała najpierw na trzymaną zachłannie, a może i desperacko dłoń, później w oczy przyjaciela, które mówiły:
¬– „Zostań, proszę.” – w całą pewnością, że Basia wie, co chce jej przez to pokazać.
Chciała, by w tych jej odczytał:
– „Nie mogę, bo ty sam nie wiesz jeszcze czego chcesz. Ty wcale nie chcesz mnie mieć. Boisz się po prostu, że mnie stracisz, a to samolubne!”
Poprosiła jeszcze, by nie burzył tego, co udało jej się zbudować wokół siebie, ciszą jaka teraz zrodziła się między obojgiem.
Ten jakby zdając sobie sprawę z tego o co go prosi, odpowiedział już na głos.
– Przecież ty wcale nie kochasz Jacka! Najbardziej podoba ci się w nim jedynie to, że się tobą interesuje, ale nic więcej! Wątpię nawet, czy go lubisz! – odpowiedział, dławiąc krzyk, jaki teraz najchętniej wyrwałby się z jego gardła.
– Co ty możesz wiedzieć, co ja czuje, co?! Nigdy tak naprawdę się to nie obchodziło, bo tak było wygodniej! Nie chciałeś widzieć i nawet nie starałeś się tłumaczyć sobie dlaczego tyle dla ciebie poświęciłam! Zgodziłeś się, bym z tobą pojechała, tylko dlatego, że miałeś dość samotności, nie dla mnie i naszej przyjaźni, bo przecież dopiero niedawno zdałeś sobie sprawę, że coś takiego między nami istnieje i ci na tym zależy! Dokładnie wtedy, kiedy pojawił się Jacek! Więc skoro chcesz nadal się ze mną przyjaźnić, nie zachowuj się jak egoista i nie mieszaj mi w głowie!
– Jesteś niesprawiedliwa! W dodatku tak się dałaś omamić, że nie widzisz, że Dumicz nas od siebie oddala! To on miesza ci w głowie nie ja, więc zapamiętaj sobie, że od zawsze byłaś dla mnie ważna! …I to nie tylko jako przyjaciółka! – wreszcie udało mu się to powiedzieć.
Basia prychnęła ironicznie, nie przywiązując do tych słów takiej wagi jaką chciałby.
– Teraz mi to mówisz? …Teraz, kiedy ktoś inny zdarzył już przekroczyć pierwszy linię mety, kiedy ty sam odpuściłeś i to na finiszu! – mimochodem silniej przycisnął jej rękę, czując eksplodujący wulkan w sobie.
– Martwię się o ciebie, nie rozumiesz? Nie widzisz, że on chce cię tylko przelecieć?! Chce cię do swojej kolekcji! – ten śmiały osąd powódek Jacka jeszcze bardziej rozłościł Basię.
Wyrwała się szybkim ruchem, wbijając w Marka ostrze swojego spojrzenia.
Oboje zdarzyli wziąć otrzeźwiający, głębszy oddech.
– A ty?...Czego chcesz…? – dodała już ciszej, a rozbiegane, zaskoczone spojrzenie Marka potraktowała jako odpowiedź.
Odeszła poszukać Jacka, by spędzi z nim resztę wieczoru. Cieszyła się, że nie był świadkiem ich kłótni.
Nie musiała długo czeka. Sam ją znalazł i podszedł.
„Show must go on.” – pomyślała z samozaparciem.
– Coś się stało? – zapytał troskliwie, czekając co na to odpowie.
– Nie. – uśmiechnęła się wesoło.
Jacek odwdzięczył się tym samym.
– Możemy wracać? – zapytała ze spuszczonym wzrokiem w dół.
Pokiwał głową. Przytulając Basie do boku, pokierowali się w stronę domu Kwiatkowskich.

*****

Końcówka zabawy, nie przeminęła Basi w tak przyjemniej atmosferze. Czuła się, jakby zamknięto ją w dusznej klatce w Z.O.O, a ona musi zabawiać zwiedzających pomimo tego, że nie ma na to ochoty.
Wymyśliła więc jakąś wymówkę, by wyszli z Jackiem wcześniej. Ból głowy i zmęczenie było więc idealnym powodem dla Jacka. Potraktował ja tak jak spodziewała się, że do zrobi. Zabierze do domu, martwiąc się o jej stan zdrowia. Nie mogła mu wytłumaczyć, że to nie choroba jej teraz dokucza, a wewnętrzne rozbicie, porównując się do przepołowionego piorunem w poprzek drzewa.
Nie obchodziła ją piękna, księżycowa noc, nie czuła chłodnego nocnego wiatru na odkrytych ramionach, owiniętych jedynie ozdobna chustą. Myślami była daleko.
– Ziemia do Basi? – Jacek pomachał Basi przed oczami. – Halo? Słuchasz mnie?
– Przepraszam. Zamyśliłam się. – uśmiechnęła się na przymus.
– To odprowadziłem cię do domu. Co jeszcze mam zrobić?
Basia udała, że się zastanawia.
– Nic. – odpowiedziała z uśmiechem. – Zrobiłeś już wystarczająco dzisiaj. Pojdę się przebrać w coś bardziej codziennego. Jestem trochę zmęczona. – oznajmiła, jakby nie miała zamiaru się jeszcze kłaść. Nic dziwnego, było dopiero po jedenastej.
– A co powiesz na mały spacer? Siedzenie samemu w pustym domu to chyba nie najlepszy pomysł. – zasugerował.
– No…Dobrze.
– Czekam. – uśmiechnął się.

Weszła do sypialni, zamykając za sobą drzwi. Na krześle leżały już jej jeansy, jakiś top i sweterek, na wypadek gdyby zrobiło się chłodniej. Przebrała się jak szybko potrafiła.
Perspektywa spaceru z Jackiem wydawała się jej bardzo pociągająca. Tylko przy nim starała się nie myśleć o Marku. Zwłaszcza o tym, do czego prawie by między nimi doszło. Na pocałunek nie pozwoliła sobie nawet jeszcze z Jackiem, a przecież są parą. A przynajmniej tak się zachowują i starają traktować, pomimo jakiejś bariery by pójść o krok dalej. Postanowiła jednak o tym nie myśleć i spędzić miłe chwile.
Na koniec przeczesała włosy, by wyglądały schludnie i wyszła.
Tymczasem Marek, błąkając się ścieżkami, wreszcie trafił do domu Kwiatkowskich. Jedyne o czym teraz marzył to sen, by zapomnieć o nieprzyjemnej rozmowie z Basią. Bardzo by chciał, by między nimi było jak dawniej, a nawet jeszcze lepiej. Chciał jakiejś zmiany, kroku z przód. Był na to gotowy, już tak.
Nie mniej jednak im bardziej się starał, tym tylko pogarszał wzajemne stosunki.
Czuł się za to winny. Zazdrość zżerała go od środka jak pasożyt, którego nie mógł się pozbyć. Przez nią też ją ranił. Ona go zaślepiła.
Nie potrafił pojąć jak Basia może się interesować Jackiem, nie potrafił znieść, że teraz z nim jest. Postarałby się nawet zniszczyć łączącą ich więź, gdyby nie fakt, że jego przyjaciółka wyglądała na szczęśliwą. Tylko myśl o jej szczęściu go powstrzymywała, by nie wyrównać rachunków.
Szedł właśnie z rękoma z kieszeniach i wzrokiem wbitym w dół, przygnębiony.
Od jakiś kilku minut jego jedynym zajęciem było kopanie dużego kamienia, idąc przed siebie. W głowie czuł olbrzymi tuman, którego postanowiło, że musi się pozbyć. Było to trudne, bo przed oczami co jakiś czas stawał mu obraz Basi, jaki zapamiętał z dzisiejszego wieczora. Musiał przestać myśleć…
Wyczuwając czyjąś obecność, przystanął nagle, prostując się. Zagryzł nerwowo zęby, nie potrafiąc uwierzyć w to co widzi. Fala wściekłości wlała się w niego potokiem.
Basia stała tam z Jackiem. Całowali się, objęci.
W jednej chwili miał ochotę zabić Jacka lub siebie. Jedno z nich jest na pewno piątym kołem w wozu w życiu Basi. Powoduje, że czuje się rozdarta.
Ona już wybrała kto.
On już wiedział kogo.
Wybrała Jacka.
Postanowił, że nazajutrz wyruszy dalej. Dojedzie wreszcie do Paryża.
Tam zacznie od nowa. Nowe państwo, nowe miasto, nowe życie.
Ona nie będzie już dłużej upierać, by mu towarzyszyć. Ma teraz kogoś, kto ja przed tym powstrzyma. Jego przyjaciółka wróci do rodziny, rodziców, a on nie będzie dłużej obarczać jej swoimi problemami…
On już postanowił. Zniknie z jej życia, by wymazała z pamięci to poświęcenie, tą chęć niesienia mu pomocy jakie zrodziło się pewnego dnia w jej chcącej zbawiać świat duszy.

Mija - 2009-09-29, 15:13

Nie, nie, nie! Ja się nie zgadzam! Marek nie może jej tak po prostu zostawić! :-o Zresztą w ogóle nie może!
Twins nie mogę się już doczekać cedeka :D

Stokrotka07 - 2009-09-29, 21:04

Oj, nie nie może się tak skończyć! Genialna część, ja z niecierpliwością czekam na cd ;-)
Ninuś - 2009-09-30, 15:33

łaaaaał! Kurcze a tak myslałam,że sie jednak nie pocałują na tej zabawie :-|
Nieeee! niech Marek nie wyjeżdża! Mam nadzieję, że Basia zdąży go złapać! Musi i licze na to!
tylko nadal zastanawia mnie to, co Zawada kombinuje... o co chodzi z tym Witkiem... ciekawe... :)
czekam na szybciutkiego ciągu dalszego! ;**

Sfora - 2009-10-02, 21:55

O.K. nie było mnie kupę czasu, ale wreszcie wszystko nadrobiłam...
Twins genialnie, ale przecież Marek nie może tak po prostu zrezygnować, niech o Baśke walczy!!! Ciekawa jestem co dalej z Zawadą, cóż on takiego wykombinuje... bo w to że odpuścił to nigdy nie uwierzę... A ten Stópka to grrrrr normalnie mnie wkurza i to bardzo!!!

Kasieńka - 2009-10-04, 07:42

Czytam wszystko na bieżąco :D Jesteście świetne :***
Kiedy będzie droga do miłości T&O albo coś wakacyjnego od Twins? :D

Ninuś - 2009-10-04, 10:26

Kasia my z utęsknieniem czekamy na CIEBIE! :*
Twins - 2009-10-04, 11:08

Cytat:
Kiedy będzie droga do miłości T&O albo coś wakacyjnego od Twins? :D


My próbujemy coś z Olką napisać :)

EDIT
Podpisujemy się pod tym, co mówi Ninuś. :)

isis - 2009-10-04, 17:21

Kasiu nie daj się prosić!
Czekam na coś nowego z Twojej strony!;)

Kasieńka - 2009-10-05, 16:04

Nie mam ani czasu, ani weny.
Czekam na inne pisarki :D

3M - 2009-10-05, 21:53

Dejz napisz jakoś w wolnej chwili ciąg dalszy aktoreczki :lol:
<prosi>
I bliźniaczki tego marka i baśke uciekinierów kończcie a potem CSa :P

Twins - 2009-10-06, 08:23

Najpierw napiszemy cedeka naszego z Olką ;)
Ninuś - 2009-10-08, 19:39

dobra! to może ja coś swojego dam...
Tylko od razu uprzedzam, że nie mam takiego wspaniałego talentu jak reszta pisarek, dlatego prosze o wyrozumiałość i nie bijcie mnie! :)
aaa i napisane to jest na podstawie książki (nie pamiętam tytułu)
Jak będziecie chcieli ciąg dalszy, to owszem wkleję, ale wystarczy jedno słowo i usunę tego posta :)

będzie smutno...

PROLOG
Wrzesień 2004
W kawiarni, w samym centrum warszawy siedzą dwie osoby. Ona, niska blondynka o dużych czekoladowych oczach, on przystojny brunet o niebieskim spojrzeniu. Siedzą i patrzą na siebie. On z uśmiechem na ustach, wyjmuje z kieszeni swoich nowych dżinsów, malutkie czerwone pudełeczko. Podaje je kobiecie. Ona zaskoczona odbiera prezent i otwiera go. Patrzy na mężczyznę przerażona. Nie wie co powiedzieć.
- Marek… Boże… - szeptała.
- Wyjdziesz za mnie? – zapytał. Kobieta zatopiła się w jego lazurowym spojrzeniu. – Basiu…
- Nie! – wstała. – Przepraszam Cię! – wybiegła z kawiarni.

ROZDZIAŁ I
Kwiecień 2009
Okęcie. Wylądował jego samolot. Nie był w Polsce 5 lat. Zaraz po odrzuconych przez nią zaręczynach wyjechał. Nie mógłby znieść jej obecności na komendzie. Na jej widok czuł jak stado motyli rujnuje jego żołądek. Nie zniósłby tego upokorzenia. Zadecydował wyjechać, choć kochał ją jak wariat. Pomyślał, że w taki sposób uda mu się o niej zapomnieć. Zostawił w Polsce najbliższych. Rodziców, przyjaciół, znajomych. Zostawił ją i dwóch najlepszych przyjaciół: Huberta i Adama. Ten pierwszy to miał dopiero szczęście. To z Hubertem Kalinowskim, jego byłym zawodowym partnerem związała się Basia. Nawet wyszła za niego. Nie miał do nikogo żalu. Mógł go mieć jedynie sam do siebie, że tak łatwo się poddał i po prostu wyjechał. Teraz dopiero tego żałował. Mógł rozegrać to inaczej. Mógł zostać w Polsce i walczyć o serce ukochanej. Może gdyby zobaczyła jak się stara, uległaby i związała się z nim. Teraz jest żoną jego najlepszego przyjaciela. Kiedy dostał od niego list, był w szoku. Napisał w nim, że jest bardzo chory i niedługo pewnie umrze. Jakiś czas później, nie zastanawiając się, kupił bilet do polski i przyleciał jak najszybciej mógł. Wrócił do swojej ojczyzny, tu był jego dom. Pojechał pod wskazany adres i zadzwonił dzwonkiem. Był to duży dom z dużym ogrodem, bardzo gustownie urządzonym. Dobrze wiedział, jak Basia kochała przyrodę, kwiaty i zieleń trawy. Ogromny ogród był największym marzeniem kobiety. Po chwili w drzwiach stanęła ona. Basia. Ta kobieta, w której zakochany jest i był na zabój. Teraz była inna. Smutna, ponura. Miała podkrążone, zaczerwienione oczy. Ubrana na czarno. Była wyraźnie zaskoczona jego obecnością. Nie widziała go ponad 5 lat. Nic się nie zmienił. Ten sam Marek Brodecki. W jego oczach zauważyła te same iskierki co kiedyś.
- Marek? – zapytała ledwo słyszalnie, mrużąc oczy.
- Witaj Basiu. – odparł równie cicho, uśmiechając się lekko. Jej wcale nie było do śmiechu. Nawet nie wiedział, czy ucieszyła się na jego widok.
- Wejdź… - wpuściła go do środka. Po chwili był już w salonie. Cały dom był bardzo gustownie urządzony. Pasował do charakteru i gustu Huberta jak i Basi.
- Dlaczego nie było Cię na pogrzebie? – zapytała oschle z wyrzutem.
- Jakim pogrzebie? – zdziwił się.
- To Ty nic nie wiesz? – z oczu wypłynęło jej kilka słonych łez. – Hubert zmarł tydzień temu. – zakryła dłonią usta i wybiegła gdzieś. Po chwili usłyszał trzaśnięcie drzwiami. Domyślił się od razu, że pobiegła do łazienki. Musiał odnaleźć to pomieszczenie. Udało mu się. Podszedł do drzwi i zastukał.
- Basiu, otwórz proszę! … Nie wiedziałem… Boże… Przepraszam! – oparł się o drzwi, zjeżdżając do pozycji siedzącej. Nabrał głębokiego wdechu w płuca, a po chwili wypuścił powietrze. Wiedział, że Hubert jest chory i to poważnie, że może umrzeć, ale nie spodziewał się, że nastąpi to tak szybko. Pragnął się tylko pożegnać z przyjacielem. Niestety nie zdążył.

olka - 2009-10-09, 13:55

Ninuś smutno jak narazie, ale zapowiada się całkiem ciekawie.
No i wreszcie coś drgnęło w tym temacie :D
Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.
Mam nadzieje, ze będzie nieco dłuższy. Super;*;* ;-)

Stokrotka07 - 2009-10-09, 18:48

Ninuś-oj naprawdę smutno, ale naprawdę zaciekawiła mnie ta historia ;-) czekam na dłuższy cedek ;-)
Kasieńka - 2009-10-10, 11:58

Ninuś pamiętam to opowiadanie z bloga :D Aczkolwiek z wielką przyjemnością czytam je po raz 2. :D Smutno się zaczyna :( I suuuper jest :*:*

Kto pisze? :D

isis - 2009-10-10, 15:33

Twins:
Ale się porobiło....mam nadzieje,że Basia nie pozwoli wyjechać Markowi.Kurcze niech oni się pogodzą!Skoro siostra Jacka uważa,że Basia i Marek są dla siebie stworzeni to oni muszą być razem!!!:)
Aj cudnie dziewczyny!!Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy!:)

Ninuś:
Zaczyna się bardzo ciekawie!Pisz szybko ciąg dalszy!:)

Ninuś - 2009-10-11, 12:37

no dobra, jak już zaczęłam to skończe. Części jest w sumie 8 więc spoko!
a tak w ogóle to to ma tytuł: 'Ostatnia wola' :)

Rozdział II
Bez problemu odszukał nagrobek zmarłego przyjaciela. Wieńce i znicze palące się, były jeszcze świeże. Czuł się okropnie. Ten człowiek, który leży przed nim dwa metry pod ziemią, był jego bratnią duszą. Byli najlepszymi przyjaciółmi, niemal jak bracia. Nie raz Hubert uratował Markowi życie na akcji, a i Marek ochronił Huberta. Teraz Brodecki nie mógł pogodzić się z jego śmiercią. Przecież on był młody, całe życie było przed nim. Zmarł szybko i nieoczekiwanie. Marek nie zdążył nawet się z nim pożegnać. Stanął przed jego grobem i przeżegnał się. Spojrzał tępo na te wszystkie piękne wieńce od najbliższych. Na jednej z grubych wstążek zauważył napis: „Kochanemu zięciowi na ostatnie pożegnanie. Janina i Jan Storosz. Śpij Aniele.” Zaraz potem w oczy rzuciła mu się największa z wiązanek. Była naprawdę piękna z grubą, białą wstążką. Podniósł ja do góry i przeczytał: „Na zawsze w moim sercu. Kocham Cię.”
- To pewnie od Basi. – pomyślał. Z boku zauważył malutką ławeczkę. Usiadł i nie wytrzymał. Rozpłakał się nad grobem przyjaciela.
- Dlaczego Ty?! Cholera…! – szeptał sam do siebie. Przed oczami przeleciały mu wszystkie wspomnienia związane z Hubertem. Dobrze pamięta, kiedy się poznali. To było kilka lat temu w kanciapie, na komendzie. Z Adamem poszukiwali kogoś do pomocy.
- Nazwałem Cię wtedy Żółtym Podlotkiem. – zaśmiał się przez łzy. – Nie dlatego, że Cię nie lubiłem, ale… strasznie się wymądrzałeś. Myślałeś, że skoro masz stopień komisarza, to wszystko Ci wolno… No dobra! – gadał dalej. – Nie lubiłem Cię na początku! Ale… wtedy jak… jak… „Czaja” mierzył do mnie tym karabinkiem i jak Ty go… Uratowałeś mi życie. – uśmiechnął się na chwilę. – Potem to już codziennie chodziliśmy na piwo. A potem jak Zawada awansował, to przyszła do nas Basia… - jej imię niemal wyszeptał. Zabrakło mu głosu. Łzy dusiły go w gardle. Ciężko i głęboko westchnął, a zaraz potem dalej kontynuował.
- A pamiętasz jak byliśmy źli na Adama, że nam babę przysłał? – zaśmiał się. – Założyliśmy się o nią. Kto pierwszy się z nią umówi, daje drugiemu swoje akta do wypełniania. Nienawidziliśmy tych papierzysk… Wtedy to ja okazałem się lepszy. A Ty się ze mnie śmiałeś, że zafundowałem jej kebaba nad Wisłą!... Umówiła się wreszcie z Tobą. Miałeś szczęście, bo to Ty się jej bardziej podobałeś. Moich kebabów już nie chciała!... Pamiętam, jak byłem zawiedziony, kiedy pochwaliłeś mi się, że spałeś z Baśką… Chciałem Cię wtedy udusić! Ona mi się podobała… Nawet się w niej zakochałem, ale… wolała Ciebie. Wiesz… nawet lepiej. Ty miałeś kasę, willę z wielkim ogrodem… A ja? Co ja mógłbym jej dać? Nie miałem nic… Hubi! – znów uronił kilka łez. – Gdybym wiedział… gdybym tylko wiedział, że już Cię… już Cię nie zobaczę… Nie wyjeżdżałbym… Szkoda, że nie mogę cofnąć czasu. Wypiłbym z Tobą ostatnie piwo… Cholera! Już mi Cię brakuje! – otarł ostatnią łzę i schował twarz za dłonie. Nawet nie usłyszał kroków nieopodal.
- Wiedziałam, że tu będziesz. – odezwała się Basia. Obrócił się natychmiastowo. – Twardziele nie płaczą przecież! – spojrzała na jego oczy.
- Wiedziałem, że choruje… Nie zdążyłem…
- Marek… - stanęła tuż za nim i delikatnie się do niego przytuliła. – Ja też za nim tęsknię… - już prawie płakała – Marek… Nie zostawiaj mnie. Wszyscy sobie pojechali, a ja zostałam… sama z tym wszystkim!
- Twoi rodzice nie zostali? – zdziwił się i spojrzał na nią z ukosa. Basia tylko usiadła obok niego i milczała. – Wiedziałem. – odezwał się po chwili ciszy. – Wiedziałem, że wygoniłaś wszystkich! Dzwoniłem do Ciebie z lotniska. Nie odbierałaś. Chciałaś być sama, tak?
- Jak Ty mnie znasz! – zaśmiała się przez płacz. Łzy lały jej się strugami. Nie potrafiła ich powstrzymać.
- Nie płacz! – szepnął i przytulił ją do siebie z całych sił. Przymknęli oboje oczy.
- Tak bardzo się cieszę, że jesteś! – wyznała mu szeptem prosto do ucha.
- Nie zostawię Cię.

olka - 2009-10-11, 13:11

Ninuś smutno :( Ale za to teraz bedą się nawzajem pocieszać :lol:
Fajne to opowiadanie, podoba mi sie! :mrgreen:
Czekam z niecierpliwością na kolejną część!
Super! ;*;*;* ;-)

Stokrotka07 - 2009-10-11, 18:25

Super część ;-) Smutna, ale jak to się mówi prawdziwych przyjaciół [i nie tylko :lol: ] poznaje się w biedzie ;-) świetna część! ;-)
Twins - 2009-10-15, 20:00

Ninuś, świetnie :D , tylko buuu! :( A niech się pocieszają! :D
Pisz jak najwięcej, także coś nowego :D
_________________________________________________


Kiedy wkleisz dalsza część opa? :D
My chyba jak zdjedziemy do domu na weekend się za coś weżniemy ;)

Ninuś - 2009-10-15, 20:08

wchodząc tu właśnie pomyślałam o tym :D
od razu 2 części dam i już.

Rozdział III
Dom Basi i Huberta był duży. Można by nawet rzec, że ogromny. Cóż się dziwić. Hubert odziedziczył go po dziadku kilkanaście lat temu. Cały dom liczył w sumie 4 sypialnie, wielki salon, 2 kuchnie, 2 łazienki i strych. Warto wspomnieć jeszcze o ogromnym ogrodzie na tyle domu. Basia poza praca w policji uwielbiała kwiaty. Kochała zieleń, przyrodę i naturę. Miała w ogrodzie naprawdę piękne okazy, które sama wyhodowała. Uwielbiała patrzeć jak rosną, jak rozkwitają, jak pięknieją. Nie miała swoich ulubionych kwiatów. Wszystkie były dla niej piękne i wyjątkowe. W swoim ogrodzie miała je całe mnóstwo. Jednak to, co podobało się Markowi w tym miejscu najbardziej, to była altanka pośrodku ogrodu, w której teraz siedział. Chwaliła się, że Hubert zbudował ją specjalnie dla niej, żeby mogła przesiadywać tu całe noce i dnie. Tu był jej raj. Ulubione miejsce. Stąd mogła obserwować swój ogród. Miała widok na wszystkie swoje roślinki. W środku altanki stała wygodna huśtawka, dwa fotele i stolik.
- Proszę. – przyszła do altanki z dwoma kubkami gorącej kawy.
- Dziękuję. – uśmiechnął się ciepło.
- Wsypałam cztery czubate łyżeczki cukru… tak jak lubisz.
- Pamiętasz jeszcze? – zaśmiał się.
- O starych nawykach przyjaciół się nie zapomina, nawet tych najdziwniejszych.
- Świetne miejsce. – skwitował, rozglądając się dookoła.
- Moje ulubione. Przesiadywaliśmy tu z Hubertem ciepłe wieczory…po pracy. – powiedziała z rozmarzeniem.
- Nie wierzę, że zbudował coś tak pięknego. – uśmiechnął się do niej ponownie i dał pierwszego łyka kawy. – I to w dodatku sam.
- Uparł się. Kiedyś powiedział, że jak będziemy starzy i pomarszczeni, to nasze wnuki będą tu co sezon odmalowywać. – i po raz pierwszy od dłuższego czasu, lekko uśmiechnęła się. Od tej chwili między Basią, a Markiem zapanowała niezręczna cisza. Po kilku chwilach, Basia obserwując swoje kwiaty, zauważyła psa, chodzącego po jednym klombie.
- Baster! – krzyknęła tak, że aż Brodecki podskoczył. – Przepraszam Cię Marek na moment. – wybiegła z altanki i udała się pod jeden z krzaczków. Brodecki dokładnie obserwował przyjaciółkę i był ciekawy co ona tam takiego robi.
- Niedobry jesteś wiesz? – krzyczała Basia. – Już, do domu! Ale już! – po chwili dało się ujrzeć pięknego spaniela biegnącego do altanki. Merdał radośnie ogonem i doczepił się do Marka.
- Hej stary! – pogłaskał go, a ten polizał go po buzi. W tym samym czasie wróciła zła Basia.
- Ładny piesek! – skomentował Marek. – Jak się wabi?
- Baster. Niegrzeczny cholernik! – spojrzała znacząco na psa. – Obżera moje narcyzy! Tak Ci smakują?
- Ej, Baśka! Nie krzycz tak, bo teraz to my oboje się trzęsiemy. – puścił jej oczko.

* * *

- Baśka, nie wiem jak już Ci dziękować. – wyszedł z łazienki z owiniętym na biodrach ręcznikiem i stanął przed nią. W tym czasie Basia zdążyła go zmierzyć od stóp do głów, zaciskając mocno zęby. Dopiero kiedy odwróciła wzrok od Marka i trochę ochłonęła, powiedziała.
- Po prostu posiedź ze mną czasem. – lekko się uśmiechnęła. Odpowiedział jej tym samym i wrócił z powrotem do łazienki. Basia znów odpłynęła gdzieś myślami. Odkąd w jej życiu zabrakło tego najważniejszego i najukochańszego, często zamyślała się i dosłownie jej nie było. Najczęściej jej myśli krążyły wokół Huberta. Starała Przypominać sobie i pamiętać każdą spędzoną z nim sekundę. W czasie tych przemyśleń powracała do chwil spędzonych na komendzie, a także do tych, które spędzali poza progami komendy. Nie chciała go zapominać. To on cały czas siedział jej w głowie. To on był tym jedynym, jej miłością. Nie mogła tak po prostu wymazać go z pamięci. Kiedy umierający, resztkami sił leżał w szpitalu, powiedziała mu, że nigdy o nim nie zapomni. Obiecała mu to i obiecała to sobie.
- Jestem. – powiadomił Marek, kiedy usiadł obok niej, na kanapie. – Może jesteś głodna? – zapytał.
- Wiesz czego mam najbardziej dosyć? – zignorowała jego pytanie.
- Czego?
- Tego, że nagle wszyscy są dla mnie tacy mili. Tak się o mnie martwą… „Basiu, dobrze się czujesz?”… „Basiu, chcesz chlebka?”… „Basiu, a może kocyk Ci dać?” – przedrzeźniała. Te właśnie słowa słyszała ostatnio od swojej matki, zaraz po pogrzebie.
- Słuchaj, zdarzyła się tragedia, martwią się o Ciebie! Tak było, jest i będzie. Nie możesz być o to wściekła! – wytłumaczył na spokojnie.
- Wszyscy wokół mnie skaczą! Nie rozumiesz, że to jeszcze bardziej mnie dołuje? – odparła drżącym, płaczliwym głosem. Jeszcze chwila i wybuchłaby. – Ja sobie poradzę! Nie musze być traktowana jak księżniczka! … A to, że jestem smutna i przybita, to chyba logiczne! Zmarł Hubert, mój mąż do cholery! – krzyknęła na cały dom i zerwała się z kanapy, biegnąc z płaczem na górę do swojej sypialni. Marek spuścił głowę. Dobrze wiedział jak Basia przeżywa śmierć Huberta. Nie był, a przede wszystkim nie mógł być zły, że na niego nakrzyczała. Przecież miała prawo. Miała prawo płakać i rozpaczać po stracie ukochanej osoby. Postanowił nie siedzieć z założonymi rękoma. Musiał coś dla niej zrobić, a jedyne co w tej chwili przychodziło mu do głowy, to przygotowanie kolacji. Od jego przybycia, nie zauważył, żeby coś jadła. W kuchni napatoczył się na psa.
- Ooo! Baster! Cześć. – pogłaskał go. Och chyba też odczuwał brak swojego pana. – Co powiesz na kolacyjkę? – pies zaskomlał cichutko. – Wiedziałem, że jesteś za!
Od razu zabrał się do roboty. Na szczęście produktów, których potrzebował, znajdowały się na wierzchu. Nie musiał grzebać Basi po szafkach i szukać. Masło, pomidory, szynki i ser, znalazł w lodówce, a chleb leżał w chlebaku z boku na blacie, obok lodówki. Narzędzia też znalazł szybko. Sprawnie pokroił pomidory na równe plasterki i obłożył nimi pierwsze cztery kromki. Na następne nakładał już szynkę z serem, a na kolejne dokładał jeszcze pomidory. Nim się obejrzał, stała przed nim spora kupka kanapek. Pozostawało mu jedynie wstawić wodę na herbatę. W pewnej chwili spojrzał na Bastera, który nie spuszczał z Brodeckiego oka. Z nim też się podzielił. W oczy wpadła mu puszka psiego jedzonka, schowana w oszklonej szafce. Zaraz potem musiał odszukać jego miskę, ale kiedy pies zauważył puszkę, pobiegł do swojej miski natychmiastowo. Stała ona tuż przy oknie. Nałożył mu połowę tego co było w puszce i pogłaskał zwierzaka. Ledwo usiadł do stołu i chwycił w dłonie pierwsza kanapkę, kiedy w drzwiach pojawiła się Basia. Stała cała potargana, rozmazana i zapłakana.
- Przepraszam Cię. – powiedziała chwiejnym krokiem.
- Daj spokój. – machnął ręką. – Siadaj i częstuj się. Zrobiłem specjalnie dla Ciebie. – usiadła.
- Dziękuję. – spojrzała w jego oczy. – Marek… przepraszam. Zachowałam się jak…
- Jak kobieta, która straciła męża. – dokończył za nią. – Masz prawo wybuchać… To dla nikogo nie łatwe. Jeśli całą złość masz dusić w sobie, to lepiej żebyś się wyżaliła. Ulży Ci… Dlatego nie przepraszaj mnie za takie rzeczy. Wyżywaj się na mnie ile wlezie! Bo ja Cię rozumiem, mi tez Hubert był bliski!
- Nie było Cię pięć lat! – wypomniała mu. Marek spuścił głowę i milczał.
- Odrzuciłaś moje oświadczyny.
- Marek, przecież wiesz… - przewróciła oczami.
- Tak wiem… Już wtedy kochałaś Huberta. – wyznał szeptem.
- To nie tak! – zaprzeczyła od razu.
- A jak? Sypiałaś ze mną, potem mnie rzuciłaś, a ja wyjechałem.
- Chciałam Ci wyjaśnić, ale Ciebie już nie było. Znalazłam tylko puste mieszkanie. – uroniła kolejna już tego wieczoru łzę.
- Przepraszam.
- Już za późno. Marek… to było dawno, nie wracajmy do tego. Proszę Cię.
- Okej… - uśmiechnął się tępo. Tak naprawdę nadal bolało go, gdy wtedy Basia go zostawiła. – Jedz.

Rozdział IV
Dni w Warszawie mijały bardzo szybko, a przynajmniej tak tylko wydawało się Markowi. Razem z Basią codziennie chodził na cmentarz do Huberta. Codziennie razem przesiadywali w altance. Bardzo dużo rozmawiali i miło spędzali czas. Marka martwiło jednak to, że Basia prawie wcale nie wychodzi z domu. Odmawiała wspólnych zakupów, nie miała ochoty na spacery po parku. Wychodziła jedynie na cmentarz i to w dodatku wieczorem, kiedy robiło się szaro. Kilka razy już chciał o to zapytać, ale nie chciał jej denerwować swoją ciekawością. Co jakiś czas, ktoś z rodziny przychodził do Basi w odwiedziny, ale ona nie miała na to najmniejszej ochoty. Nie chciała być nie miła, więc ze sztucznym uśmiechem na twarzy, przyjmowała wszystkich gości. Teściom Basi nie podobało się to, że pomieszkuje u niej Marek. Nie znali go praktycznie i byli temu przeciwni, lecz Brodecki zapewnił ich, że ją najlepszymi przyjaciółmi, a on niedługo i tak się wyprowadza.
Tego popołudnia, kiedy przyszła pani Janina, matka Basi, Marek zbiegł z góry niemal nagi, a zaraz za nim Basia w samym szlafroku. Mina pani Storosz była nie do opisania. Początkowo była poirytowana tym co zobaczyła, jednak Basia i Marek szybko wytłumaczyli się. Pani Janina dobrze znała Marka i pamiętała go, więc miała do niego pewien dystans. Cała trójka wypiła kawę w salonie, a potem Basia odprowadziła matkę do drzwi.
- Nie musiałaś tak na nią najeżdżać. – skomentował Marek, kiedy wróciła do kuchni z talerzem po placku. Odstawiła go na blat, obok zmywarki i spojrzała na przyjaciela.
- Marek, ja mam jej dosyć! – wykrzyknęła, przewracając oczami.
- Ty ostatnio masz wszystkich dosyć. – zauważył i odpowiedział jej w podobnym tonie.
- Bo wszyscy się nade mną litują. Mówiłam Ci już, że tego nie lubię.
- Tak mówiłaś, ale… Basia, to Twoja matka. Teraz martwi się o Ciebie jeszcze bardziej niż zwykle.
- To niech się nie martwi! Radzę sobie bardzo dobrze.
- Dlaczego Ty jesteś taka uparta? – zapytał, chwytając dwie szklanki. Następnie nalał do nich ulubionego soku pomidorowego i jedną podał Basi.
- To ona jest uparta. Ja chcę po prostu świętego spokoju! – wyjaśniła. – Gdyby Hubert żył, nie odwiedzałaby nas tak często.
- Nas?
- Przecież też tu mieszkasz…
- Tymczasowo. – uśmiechnął się i dopił sok. Uwielbiał smak świeżego pomidorowego soczku. Codziennie rano biegał do sklepu, tylko po to, aby ten sok smakował tak jak teraz – wyśmienicie. Na oczach Basi oblizał usta, by zlizać pozostałości po soczku. Spojrzała na niego z uśmiechem. Podobało jej się to, w jaki zmysłowy sposób to zrobił. I wtedy znowu w jej głowie tworzyły się obrazy Huberta i ich wspólnych obiadów. Czasem Hubert specjalnie się wygłupiał i jadł jak małe dziecko. Basia wybuchała śmiechem, a on zatykał jej buzię kolejnymi pocałunkami.
- Heeeej! Baśka mówię do Ciebie! – pomachał jej przed oczami ręką. Dopiero wtedy ocknęła się z letargu. – Ty mnie słuchasz, czy mnie nie słuchasz?
- Słucham, jasne, że… słucham. A co mówiłeś? – zapytała, krzywiąc się lekko.
- Mówiłem, że niedługo i tak się wyprowadzam.
- Co? Nie!
- Co nie?
- Nie możesz się wyprowadzić!
- Dlaczego? Mówiłem na początku, że będę Ci zawracał głowę dopóki nie znajdę sobie czegoś własnego. – przypomniał jej zasady umowy.
- Ale… - już chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów.
- Ale co? Baśka, tak się umawialiśmy! Już i tak jestem Ci bardzo wdzięczny za to, że mogę tu mieszkać tak długo. Wisze Ci przysługę.
- Kiedyś mi podziękujesz, a na razie masz mieszkać ze mną jeszcze długo! – powiedziała prosto i wyraźnie.
- Co to znaczy długo? – nie rozumiał. Przecież Basia dopiero co straciła męża, a w jej domu mieszka on. Co prawda nie był nigdy dla niej, ani tym bardziej dla Huberta obcy, ale jej teście uważali inaczej. Dobrze pamięta jak jakieś dwa tygodnie temu pogardliwie na niego spoglądali, kiedy wpadli z wizytą. Basia była w żałobie, opłakiwała bliską osobę, a to wszystko wyglądało tak, jakby był jej nowym facetem. Nie chciał, aby ludzie dookoła tak myśleli. Już i tak sąsiedzi Basi patrzyli się na niego jak na jakiegoś mordercę. Sam czasami dziwił się, że Kalinowska tak szybko wybaczyła mu tą pięcioletnią rozłąkę, kiedy się nie widzieli. Widać dla niej przyjaźń to coś ważniejszego, niż noszenie w sobie starych ran.
- Nie chcę zostać sama… - niemal wyszeptała, patrząc Markowi prosto w oczy. W tej chwili jemu przypomniały się dawne czasy. Przypomniał sobie, te poranki, kiedy po wspólnej nocy wpatrywali się w swoje oczy godzinami. Z uśmiechami na ustach, co jakiś czas skradali sobie czułe pocałunki. Byli wtedy tacy szczęśliwi, a może im się tylko tak wydawało? Jej wzrok hipnotyzował, nie potrafił oderwać od niego oczu.
- Nie będziesz sama.
- Będę. Bo Ciebie tu nie będzie. Zostanę sama…. w tym wielkim domu, nie mając się do kogo przytulić… A jak będą mi się koszmary śniły?
- Masz rację… Ale Baśka, jak to wygląda? Obcy facet w Twoim mieszkaniu! Wiesz jak na mnie ludzie patrzą? – zapytał z wyrzutem. Basia zmierzyła go wzrokiem i lekko się uśmiechnęła.
- No co ludzie myślą? To mnie nie obchodzi.
- Jesteś wdową… a ja? Kręcę się koło Ciebie jak jakiś piesek…
- Mam już psa! – zaśmiała się.
- Wiesz o co mi chodzi.
- Tak wiem i co z tego. Nie obchodzi mnie, co ludzie myślą. I Ty także się tym nie zadręczaj, hm? – podeszła do niego najbliżej jak się dało, uniosła się lekko na palcach i musnęła czule jego policzek. Marek instynktownie i bez zastanowienia przytrzymał ją w talii. Spojrzeli sobie w oczy. Wtedy Marek zaczął powolutku przybliżać głowę do jej. Basia w odpowiednim momencie zrozumiała co się dzieje.
- Co Ty robisz? – zapytała nijakim tonem, uwieszając wzrok na jego ustach.
- Nic… - puścił ją. – Przepraszam…yyy… - odeszła kilka kroków w tył. – Może… może obejrzymy coś w telewizji, co?
- Mhm… Dobry pomysł. – uśmiechnęła się.
Następne 2 godziny, Marek i Basia spędzili przed telewizorem. Co jakiś czas dyskretnie zerkali na siebie. Marek bardzo przejął się samopoczuciem Basi. Wcale się nie dziwił. On też był w paskudnym nastroju. Ani dla niej, ani dla niego ta sytuacja nie była prosta. Brodecki jednak miał swój cel. Pragnął, by Basia ułożyła sobie na nowo życie, bez Huberta. Nie mógł pozwolić na to, by zadręczała się do końca życia. Żałoba kiedyś w końcu musi jej przejść. Zdawał sobie sprawę, że ta chwila nie nastąpi szybko, ale obiecał sobie, że zrobi wszystko co w jego mocy, by Basia uśmiechała się już zawsze.
Chciał z nią rozmawiać. Chciał z nią pogadać o tym wszystkim, co działo się przed jego przyjazdem. Chciał się z nią ponownie zaprzyjaźnić.
- Jak myślisz? – ciszę panującą w pokoju przerwała Basia. Brodecki spojrzał na nią z boku. – Hubert jest szczęśliwy?
- Na pewno. – odpowiedział jej na poważnie. – I Ty też powinnaś.
- Ja już nie będę szczęśliwa. Nigdy…
- Nie mów tak. Masz całe życie przed sobą… Jeszcze się zakochasz… - zaczynał swoją wypowiedź, jednak Basia gwałtownie weszła mu w zdanie.
- Przestań! – wstała z kanapy i spojrzała na niego zaszklonymi oczami.- Jak Ty możesz?
- Ale o co Ci chodzi?
- Jak Ty możesz tak mówić? Przecież dobrze wiesz, że…- uroniła dwie łzy. – Nie chcę się zakochiwać już nigdy więcej!
- Basia… - chciał coś dopowiedzieć, lecz kolejny raz mu przerwała.
- Nigdy się już nie zakocham! Nigdy!

olaj93 - 2009-10-17, 19:47

Mam nadzieję, że z wyrozumiałością ocenicie moje pierwsze w życiu opowiadanie i mimo wszystko docenicie moją pracę. Jeżeli bedziecie chciały czytać dalszą część postaram się ją napisac a teraz oto opowiadanie :) Narazie bez tytułu

Nazywam się Magdalena ale w tym momencie jest to najmniej ważne gdyż opowiem wam historię młodziutkiej dziewczyny, która uświadomiła mi jak powinno wyglądać życie.Wszystko zaczęło się w Warszawskim szpitalu onkologicznym.Często źle się czułam, razem z moim narzeczonym Grzegorzem poszliśmy do lekarza . Doktor dał mi skierowanie właśnie do tego wyżej wymienionego szpitala gdyż okazało się, że potrzebuję specjalistycznego badania histopatologicznego. Byłam załamana. Badanie to miało pokazać czy w moim ciele nerwy uciska guz złośliwy czy łagodny. Mimo ogromnego strachu zgodziłam się. Podano środek usypiający. Kiedy się obudziłam na plecach w okolicy łopatki miałam bandażowy opatrunek, ze mną na sali leżała właśnie ona, dziewczyna ciężko chora. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że nie tylko ja przeżywam koszmar. Jednak inni przeżywali jesczcze większą osobistą tragedię. Wydawało mi się, że świat zawalił mi się na głowę, że moje życie jest najgorsze i że to wałaśnie ja najabrdziej cierpię. Wstyd aż się przyznać, ale cały czas prosiłam żeby mój narzeczony wszystko za mnie robił. Ja byłam przygnębiona, załamana i wiecznie histeryzowałam. On znosił moje grymasy z uśmiechem a wszystko to po to abym ja się lepiej czuła i uwieżyła, że wszystko dobrze się skończy. Basia Storosz bo tak się nazywała owa dziewczyna bez żadnego grymasu znosiła ból i wszystkie złe wiadomości jakie jej przekazywano. Mimo wszystkiego nie poddawała się i dzielnie walczyła o każdy dzień bycia na tym świecie sprzeciwiając się w ten sposób woli boskiej. Zauważyłam że Basia mimo iż nikt jej nie odwiedza wiecznie ma uśmiech na ustach. To ona była w dużo gorszej sytuacji ode mnie a jednak to nie ja podnosilam ją na duchu a ona mnie. W dniu którego nigdy nie zapomnę a mianowicie 27 maja otrzymałam wyniki. Strach mnie paraliżował a panna Storosz przekonywała, że wszystko dobrze się skończy w końcu otworzyłam kopertęa w niej był wynik. Tak jak przewidziała guz był łagodny i trzeba było tylko czekać aż bedzię można go usunąć podczas zabiegu. Dopiero wtedy zrozumiałam, że Bóg dał mi szansę, a ta dziewczyna nauczyła mnie cieszyć się każdą chwilą. Wyznaczono mi datę zabiegu, mimo niego razem z moim narzeczinym byłam cała w skowronkach. Te 2 tygodnie spędziłam w sali razem z Baśką. W tym czasie otrzymała ona wynik badań…

Twins - 2009-10-21, 19:28

Tak, jakby ktoś był zainteresowany to znalazłyśmy z Olką chwilę czasu, by wreszcie się zabrać za nową część. ;)
Ninuś - 2009-10-22, 17:28

no to bosko!

tylko żeby była DŁUUUUUGAAAAAA! :)

olka - 2009-10-22, 19:40

Ninuś, a kiedy twój cedek? ;-)
Ninuś - 2009-10-23, 08:58

Jak bedziecie chcieli czytać to dam dzisisiaj :)

a kiedy będzie wasza część?

olka - 2009-10-23, 13:37

Pewnie, że chcemy czytac, a przynajmniej ja bardzo chce, więc wklejaj kolejną część :-D
A nasza się pisze, myśle, że w weekend powinna się pojawić ;-)

Sfora - 2009-10-23, 20:51

Ninuś dawaj!!!
Twins i Olka czekam z niecierpliwością!! :mrgreen:

isis - 2009-10-24, 16:18

Dziewczyny nadrobiłam zaległości i jestem zachwycona!!:)
Rewelacyjne opowiadania-z niecierpliwością czekam na dalsze części;)

Ola i Twins czekam też na Wasze!!!!!!!Dajcie je jak najszybciej!!:)

olka - 2009-10-25, 22:45

Ninuś kiedy dasz ten cedek? Czekam! :-D
A tu nasze :-P


Bliźniaczki&Ola "Droga do Miłości"

Cz. 12

Gdy dotarł do firmy, widok, który tam zastał jeszcze bardziej go rozwścieczył. Jego syn w najlepsze flirtował z sekretarką. Oboje zapatrzeni w siebie, chichotali, co rusz posyłając sobie przeciągłe spojrzenia. Marek nachylał się nad jej biurkiem, ukradkiem zerkając w jej spory dekolt. Nawet jeżeli dziewczyna to zauważała, zachowywała się tak, jakby jej to zupełnie nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, specjalnie eksponowała swoje walory. Znał ten typ. Młoda kokietka, zaraz po studiach, której nie w głowie praca i kariera, ale wieczny flirt i zabawa. Potrafi kusić i czarować, a romans z żonatym szefem jest dla niej szansą na szybki awans społeczny. Pieniądze, luksus i nazwisko, to jedyne na czym jej zależy. A najłatwiej zdobyć je przez łóżko.
Jeszcze nie tak dawno sam niemal złapał się na haczyk. Miał wspaniałą żonę, którą kochał i był z nią szczęśliwy, a mimo to, dał się uwieść takiej samej małolacie. Teraz było to dla niego nie do pomyślenia, ale jeszcze pół roku temu, o mały włos nie zrujnował swojego małżeństwa. Na szczęście zdążył się w porę opamiętać. I to dzięki komu? Swojemu synowi, który sprowadził go wtedy na ziemie.
Marek był na niego wściekły. Zagroził, że jeśli ten natychmiast nie zerwie tej znajomości, on powie o wszystkim mamie. A ta nie zasługuje na to, by ojciec ją tak traktował. Stary Brodecki przejrzał na oczy. Jego przelotny flirt z sekretarką skończył się równie szybko, jak zaczął. I mimo, iż do zdrady, jako takiej nie doszło, to wciąż od czasu do czasu odzywały się jego wyrzuty sumienia. Dlatego teraz nie mógł pozwolić na to, by syn popełniał ten sam błąd. Basia, jak nikt inny zasługiwała na szacunek. Poza tym i tak już wystarczająco cierpiała przez Marka. Dość jej było trosk i upokorzeń. Nie mógł dłużej tolerować zachowania syna.
Szybkim krokiem ruszył w ich kierunku. Ci, zaabsorbowani sobą nawet go nie spostrzegli. Głośno odchrząknął, czym zwrócił ich uwagę.
- Musimy porozmawiać! – zwrócił się do syna, który tylko przewrócił oczami.
- Jestem zajęty – odparł, mając nadzieję, że ojciec odpuści. Nic z tego.
- Podrywaniem sekretarki? – stary Brodecki wypalił bez ogródek – Czy pani nie powinna pracować? – zapytał tym razem dziewczyny.
- Mam przerwę – rzuciła, jakby to wszystko wyjaśniało.
- W takim razie właśnie się skończyła. Do końca dnia chce mieć na biurku sprawozdanie finansowe wszystkich transakcji z ostatnich dwóch lat – oznajmił twardo, nie uznając sprzeciwu.
- Zleć to swojej sekretarce. Anita pracuje dla mnie – wtrącił bezczelnie młody Brodecki.
- Pozwolisz synu, że dopóki posiadam większość udziałów w tej firmie, to ja będę decydował o tym, kto dla kogo pracuje. Do gabinetu! – rozkazał nieco podniesionym głosem, ruszając przodem. Marek zaciskając pięści ze złości i nie mając wyjścia posłusznie ruszył za ojcem.
- Tutaj, w tej firmie należy mi się szacunek! – gdy tylko Brodecki junior zamknął za sobą drzwi, Krzysztof wybuchł – I nie masz prawa tak się do mnie odnosić w obecności personelu! Nie masz prawa podważać mojego autorytetu!! – krzyknął dobitnie nie panując już nad gniewem. Miał ochotę przełożyć syna przez kolano i porządnie złoić mu skórę. Nie miał pojęcia, jak do niego dotrzeć. Już dawno przestali ze sobą rozmawiać, robić razem cokolwiek. Praca była chyba ostatnią rzeczą, która ich jeszcze łączyła. Choć i na tym tle coraz częściej dochodziło do konfliktów. Ta niemoc, zupełny brak wpływu na Marka jeszcze bardziej doprowadzały go do szału.
Młody Brodecki też kipiał złością. Wszystkie frustracje i stresy w końcu znalazły upust, przelała się czara goryczy. Marek nie potrafił dłużej hamować emocji, musiał się wyżyć, a kłótnia z ojcem była świetnym sposobem.
- Nie traktuj mnie jak uczniaka! Już dawno skończyłem podstawówkę! – wyrzucił, przestając nad sobą panować. Te pouczające uwagi działały mu na nerwy. Arogancja ojca i poczucie, że jest tutaj bóg wie kim potwornie go irytowały. Może i był świetnym prezesem i architektem, ale w tej chwili Marek nie potrafił tego docenić. Był wściekły, miał do niego potworny żal i nie zamierzał tego ukrywać.
- Kazania o szacunku i autorytetach możesz sobie wsadzić! – wykrzyczał, totalnie nie panując nad nerwami, tym bardziej nie zważając na to, co mówi – A na szacunek trzeba zasłużyć! – palnął bez opamiętania, nie zdając sobie sprawy, jak bolesne mogły być dla ojca te słowa.
- Dosyć! – Krzysztof nie wytrzymał, uderzając pięścią w blat biurka. W gabinecie zaległa cisza. Obaj panowie mierzyli się wściekłym spojrzeniem. Brodecki nigdy nie przypuszczał, że kiedyś własne dziecko powie mu wprost, że go nie szanuje.
- Zawiodłem się na tobie – powiedział już spokojnie.
- Cóż, może najwyższa pora przywyknąć do rozczarowań – teatralnie rozłożył ręce.
- Nie chce tylko, żebyś popełniał te same błędy, co ja!
- O to się nie martw. I lepiej zajmij się własnymi sprawami. Jestem już duży i nie potrzebuje niańki – nie mógł powstrzymać się od złośliwości.
- Mnie możesz nie szanować, ale szanuj Basie, bo na to zasługuje. Dlatego nie rób czegoś, czego potem będziesz żałował! – rzucił na odchodne i opuścił gabinet syna.

(...)

Już dawno żadna rozmowa nie wyprowadziła go tak z równowagi!
- „Jakim prawem ojciec ma prawo wtrącać się w moje życie!” – myślał, ciągle wzburzony, bo to przecież zawsze siebie uważał za pana własnego losu.
Zero kontroli. Zero pouczeń. Nienawidził tego. I to jeszcze od kogo? Ojca, który zachował się jakiś czas temu tak samo… On nie robił nic złego. Przynajmniej starał sobie tak tłumaczyć niewinny flirt z sekretarka, która była od jakiegoś czas jedyną osobą, przy której mógł się poczuć swobodnie. Odprężał się, zapominając na moment o nieudanym i nie tak zaplanowanych życiu.
Z drugiej strony miał jednak rzeczywistość.
„Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.” – zawsze rodzice wmawiali, prawiąc kazania, które teraz wydawały mu się płytkie i denne. Odpierał zarzuty, gdy wszyscy uparcie chcieli mu wmówić, że to tylko jego wina, ponosi konsekwencje, poczyna do odpowiedzialności naprawiając błąd. A to przecież on był najbardziej poszkodowany.
Dlaczego nikt dla niego nie ma odrobiny współczucia, trochę ciepłego słowa pocieszenia w stylu jeszcze wszystko się ułoży, jeszcze będziesz cieszył się nowym dniem?
Stracił wszystko: miłość życia i szans na szczęście. Dlaczego nikt nie potrafił go zrozumieć? Nikt…
W głębi duszy czuł się samotny, wyalienowany, odrzucony i pusty. Żył z wielką pustką, jakby studnię bez dna, której nie mógł niczym wypełnić, wlać żadnego uczucia, żadnej emocji. Nieważne, czy były one pozytywne, czy nie. Wyrażały gniew, czy radość.
Już dawno przestał się buntować… Przestał walczyć, by cokolwiek dobrego wyszło z jego związku z matką swojego dziecka. Przestał walczyć, od początku zakładając, że im się nie uda. Nie chciał myśleć inaczej.
A teraz, kiedy zaczął powoli się staczać stracił nawet instynkt samozachowawczy. Podatny na wszystko dał się zniewolić chęci uwolnienia się od wszystkiego.
Sposób był jeden: picie.
Zaraz po kłótni z ojcem swoje pierwsze kroki skierował do pierwszego lepszego pubu, które poniekąd musiało spełnia jego oczekiwania. Nienawidził spelun. Nawet jeśli robił to samo, co niejeden pijak w przydrożnej knajpie. Spędził tam trochę czasu. Zaczął od piwa, tak oto dla relaksu, ale to nie wystarczało. Potrzebował czegoś mocniejszego. Przeszedł więc na czystą z tonikiem. Wlał w siebie parę kieliszków w samotności, starając się o niczym nie myśleć.
Ale wciąż przed oczami stawała mu twarz ojca, słyszał te same oskarżenia. Był wściekły. Nadal. I czuł jakby miał w sobie bombę z opóźnionym zapłonem. Musiał się przewietrzyć, ochłonąć, uspokoić. Pomyślał, że przejażdżka samochodem może w tym pomóc. Od zawsze to lubił. Szybką jazdę. Tak, kiedy tylko pozwalały mu na to okoliczności, wciskał trochę za mocno na pedał gazu niż przewidziane ograniczenia prędkości.
Co teraz mu może się stać?
Dostanie mandat? Ile? 100, 200 złotych? Czterysta? Żaden problem!
Pieniądze to nie problem. Ma ich dużo! Tyle, że może przekupić niejednego gliniarza tak, by nie dostać nawet punktów karnych!
Nie czuł się z resztą na tyle pijany. Miał się świetnie. Nie widział podwójnie, umiał policzyć do dziesięciu bez zająknięcia. Wszystko z nim dobrze, powtarzał sobie jak mantrę. Do domu z resztą nie jest aż tak niedaleko. Tylko do którego domu?
Od razu przypomniał mu się ojciec, który…
Wsiadł szybko w samochód i po tym jak siłował się z kluczykami od stacyjki, odjechał. Czul się pewnie za kierownicą. Łatwo wyjechał z głównych drogi i skręcił w stronę ich osiedla. Jechał dopiero co wyasfaltowaną ulicą, mijając domki jednorodzinne postawione już dawno lub inne nieco bardziej nowsze. Po drugiej stronie miał tylko las.
Mijał właśnie nowo postawiony duży blok mieszkalny, oddzielony ozdobnym płotem od drogi, trochę dalej od innych domów. Mieściło się tam także skrzyżowanie, którego droga prowadziła do innych zabudowań w głębi. Nie było jeszcze chodnika, tylko same pobocze. Sam suchy piasek.
Przejedzie tylko ten blok, minie dom sąsiada i już będzie na miejscu.
Tylko, że nagle stał się dziwnie senny, zaczęły go piec oczy… Miał problemy z koncentracją. Pomimo to jechał dalej.
W stronę bloku tymczasem szła matka z dzieckiem, wracali ze spaceru. Mała blond włosa dziewczynka skakała radośnie. Była strasznie żywa. Opowiadała o czymś mamie. Z naprzeciwka natomiast oprócz jadącego Marka, ktoś także zmierzał w stronę kobiety.
Dziewczynka dostrzegając w mężczyźnie kogoś znajomego zerwała się matce z uścisku ręki i z głośnym okrzykiem „Tato”, pobiegła w stronę czekającego.
Ten, także jak przerażona matka nie zdążyli zareagować.
Dziewczynka, zbyt ucieszona widokiem taty, nie zdawała sobie sprawy, że wbiega Markowi wprost pod koła.
Marek zdążył ją dostrzec, zatrąbił nawet, ale mógł się domyślić, że klakson nie podziała na umysł dziecka…
Kobieta zaczęła krzyczeć, nawołując dziewczynkę, by zeszła na bok. Przestraszony ojciec ruszył w stronę córki, ale i tak nie zdążyłby jej odciągnąć na bok, gdyby Marek w ostatniej chwili nie podjął jedynej, słusznej decyzji...
Przez moment czuł się tak, jakby sekundy przepływały mu jak kratki filmowe. Był wstanie zobaczyć te małe, bystre i przestraszone oczy, które tak właściwie nie wiedziały, co się za chwile ma stać. Nie mógł pozwoli, by te oczy zamknęły się na zawsze…
Naciskając na pedał hamulca do oporu, kręcąc kierownicą do oporu, skierował samochód prosto w leśny rów, zatrzymując się z mocnym uderzeniem o drzewo. Sam natomiast poczuł jak jego głowa odchyla się do tylu i gdyby nie poduszki powietrzne, które się otworzyły, uderzyłby z całym impetem nosem w deskę rozdzielczą.
Mężczyzna złapał równie przestraszoną dziewczynkę, chowając w bezpiecznym uścisku, słysząc jak jego pociecha się rozpłakała. Otrząsnął się jednak szybciej od swojej żony i podał blondyneczkę żonie i pobiegł w stronę samochodu, wyciągając z kieszeni komórkę. Ta uspokajała płaczące dziecko.
Mężczyzna obserwując szkody, zauważył, iż przód samochodu Marka był dosyć mocno zgnieciony…Zapowiadało się na coś poważnego.
Na szczęście jednak Marek nie strącił przytomności. Prostując się powoli na siedzeniu, z odparzeniami i lekkimi zadrapaniami, próbował pokojarzy, czy to co się przed chwila stało jest prawdą.
Pomrugał parokrotnie oczami, by obraz przestał być zamazany.
Wtedy usłyszał głos mężczyzny:
- Niech się pan nie rusza. Pogotowie już jedzie. – niedowidzącym spojrzeniem, zerknął na faceta i skinąwszy głową dał znać, że rozumie.
Opierając z powrotem głowę o poduszkę, przymknął oczy…
Jakiś czas później sanitariusz kończył doraźnie opatrywać rany Marka. Czekał na niego już policjant, by spisać zeznania i sprawdzić trzeźwość. Ten nawet nie zdawał sobie sprawy, co mu za to grozi.
Wszystko później działo się jakby poza jego świadomością. Niby funkcjonował normalnie, ale był w szoku. Myślami daleko poza to osiedle.
- Da pan radę wstać? Nie kręci się panu w głowie. Może pan mieć wstrząs mózgu. Zalecam, by pan pojechał do szpitala na kontrolę. – ten jednak tylko spojrzał na mężczyznę spłoszonym wzrokiem i mechanicznie podszedł w stronę funkcjonariusza.
Zachwiał się przy tym, ale nie dlatego, że zakręciło mu się w głowię, a dlatego, że nie patrząc pod nogi po prostu potknął się o kamień.
Gdy tylko wynik testu był jasny, Marek ciągle w transie słyszał jedynie podniesione krzyki matki dziewczynki, która słysząc ich o mało co ich dziecka nie potrąciłby pijany kierowca dostała szału.
Brodecki nawet nie zauważył jak podbiegła do niego z pięściami, nawet się nie bronił, gdy zaczęła go obkładać pięściami.
Powstrzymał ją mąż i jeden z policjantów, zaprowadzając kobietę do karetki, by podano jej coś na uspokojenie.
Marek zgodził się wsiąść do radiowozu, by pojechać na komisariat bez zająknięcia.
Jedno było pewne na sto procent: mógł pożegnać się z prawem jazdy. Z czym jeszcze? Nie miał nawet czasu o tym myśleć.
Z trudem udawało mu się skupić na pytaniach policjantów, opowiadając o całym zdarzeniu ze swojej perspektywy. Był jakby nie obecny duchem. Jego opowieść była chaotyczna, zbyt ogólna jak na policjantów, którzy chcieli znać wszystkie szczegóły wypadku. Marek utrzymywał przy tym uparcie, że nie jest pijany, ze pamięta co się stało i chce to już mieć za sobą, czym jeszcze tylko bardziej irytowali i tak wrogo do niego nastawionych mężczyzn.
Zniecierpliwieni funkcjonariusze, po kolejnym razie, kiedy Marek nie był w stanie się skupić, postanowili poczekać do rana i odwieść Marka na izbę wytrzeźwień. Ten wtedy zaczął się wykręcać, a nawet stawiać policjantom, krzycząc, że ma prawo do jednego telefonu. Tłumaczył, że jest nieco rozkojarzony tym wszystkim co się niedawno wydarzyło, ale wróci następnego dnia i odpowie na wszystkie pytania jakie tylko przed nim postawią. Zgodzili się, a Marek w wielkim skrócie był zmuszony telefonicznie opowiedzieć ojcu o wypadku i o tym, gdzie jest. Stary Brodecki zareagował bardzo impulsywnie, krzycząc, w czasie kiedy jego syn błagał, by po niego przyjechał i przekonał policjantów, by nigdzie go nie odwozili. W rezultacie zgodził się i po jakimś czasie dojechał na miejsce. W międzyczasie usiał jeszcze uspokajać żonę, która bardziej niż wypadkiem, przejęła się zdrowiem Marka, co było akurat w tym wypadku naturalne. Po zapewnieniach, ze z ich synem wszystko w porządku dała się przekonać, że jej obecność na komisariacie będzie niepotrzebnie dla niej stresująca.
Kiedy stary Brodecki został doprowadzony do pokoju, gdzie znajdował się Marek potrafił zahamować swoje zdenerwowanie co i zmartwienie. Chłopak siedział z podkulonym ogonem na krześle, a kiedy tylko z oddali dostrzegł zbliżającego się ojca, zobaczył światełko w tunelu. "On na pewni ich przekona" - pomyślał. Myśl o tym, że mógłby te moc spędzi na "wytrzeźwiarce" była dla niego zbyt upokarzająca, by mogła się ziścić. Tak jakby sama obecność na komisariacie nie wystarczała. Ci dwaj patrzyli na niego jak na tandetnego zabójcę! A przecież on nigdy by nie chciał skrzywdzić tej dziewczynki... "Sama prawie weszła mi pod koła!" - tłumaczył sam sobie, chcąc zagłuszyć sumienie. Wewnętrzny głos, który wręcz krzyczał: "Ty pijany kretynie, ciesz się, że tak to się skończyło, bo inaczej mógłbyś jeździć jedynie karetką więzienną!".
Jego walkę z samym sobą, przerwał stanowczy jak zawsze głos ojca. Głos, któremu nieliczni byliby w stanie się przeciwstawić. Czy zatem ma w sobie aż tak potężna naturę buntownika, czy to tylko głupota, tak samo wielka jak ta, że jego ojciec po tym jak go dzisiaj potraktował, przyleciał mu z pomocą? Stary Brodecki na swój honor przysiągł, że własnoręcznie doprowadzi jutra syna na komisariat w celu uzupełnienia zeznań. (choć najchętniej teraz udusiłby syna własnymi rękoma, za to jak bardzo wystraszył jego i matkę). Policjanci niechętnie, ale jednak przystali na tę opcję. Logiczne argumenty, także i prawne, sprawiły, że nie mieli kontrargumentów, by mu się przeciwstawić. Pobyt na izbie wytrzeźwień może i byłyby dla młodego Brodeckiego niezłą lekcją i nauczką, ale Krzysztof nie mógł z racji na żonę pozwolić na takie potraktowanie ich syna. Jemu by to nie przeszkadzało i nie wstawiłby się za nim, gdyby syn i jego żona nie poprosili go o pomoc.
Chwile później, oboje wychodzili bocznymi drzwiami, gdzie stało auto seniora. Szli w kompletnej ciszy, ale Marek wiedział, że tylko sekundy dzielą ojca od wybuchu szału. Żałował, że już zdążył wytrzeźwieć, nie pamiętałby tego, co pewnie zaraz mu nagada.
Oboje wsiedli tylko do samochodu, Marek oczywiście na miejscu pasażera, kiedy stary zacisnął mocniej palce na kierownicy, jakby to pomagało mu je trzymać na miejscu i ich nie użyć. Wziął głębszy oddech, by nieco się uspokoić. Marek natomiast spuścił wzrok, jak wtedy, gdy był małym chłopcem i potulnie czekał na pouczenie, żałując tego, co przeskrobał. Marek właściwie liczył na to, że zaraz ojciec zacznie się na niego wydzierać i zgadzał się z tym, że sobie zasłużył, ale...nie. Zamiast tego, zapytał:
- Coś ty narobił, Marek? - tonem łagodnym, zbyt spokojnym jak na niego, po takich wydarzeniach. Tym razem krzyk tu nie pomoże. Pierwszy raz w życiu nie wiedział co ma powiedzieć synowi, jak naprostować tą koślawa ścieżkę, którą teraz podąża. Spojrzał na syna, jednoznacznie dając znak by i ten odwzajemnił to spojrzenie. Marek czując je na sobie, bał się. Spojrzenie ojca w którym nie było furii, nie było gniewu, tylko próba zrozumienia, niedowierzanie i brak wiary w swoje rodzicielskie zdolności były dla Marka o wiele gorsze. Zawiódł ojca, zawiódł wszystkich. Powoli zaczął się stacza po równi pochyłej. I gdyby nie to, że o mało co by kogoś nie zabił, kogoś tak niewinnego o twarzy aniołka, nie zrozumiałby tego.
Marek przełknął ciężko ślinę, czując jakby miał w gardle wielką gulę. Chciał powiedzieć "Przepraszam". Przeprosi ojca, rodziców tej małej dziewczynki, ale nie potrafił...Wykrztusił z siebie tylko:
- Zawieź mnie do Baśki i nie truć się w głoszeniu kazań, ok?
W odpowiedzi otrzymał tylko wściekłe spojrzenie ojca, który nie tego się po nim teraz spodziewał i już bez słowa odpalił silnik i odjechał.
To był długi dzień. Po raz pierwszy tak bardzo cieszył się na powrót do domu. Był zmęczony, obolały i wciąż poważnie przerażony, choć próbował tego nie pokazywać. Zwłaszcza przed ojcem zgrywał luzaka, udając, że to co się stało, to nic wielkiego. Robił to chyba tylko po to, by go jeszcze bardziej wkurzyć. Udało się.
A tak naprawdę dalej był wstrząśnięty niedoszłym wypadkiem. Kiedy tylko pomyślał, co mogłoby się stać, gdyby nie zachował zimnej krwi i nie nacisnął hamulców… Doszłoby do tragedii i to wyłącznie z jego winy. A fakt, że był po spożyciu alkoholu jeszcze bardziej pogorszyłby jego sytuację. Sędzia z pewnością nie zainteresowałby się jego trudną sytuacją rodzina, uznając ją za okoliczność łagodzącą. Odsiedziałby parę lat za kratami, zadręczając się powracającymi wyrzutami sumienia i zmarnowanym życiem. I wtedy nawet ojciec by mu nie pomógł. Dziękował w myślach Bogu, że nie pozwolił, by ta straszna wizja się spełniła.
Podczas drogi powrotnej do domu nie mógł przestać myśleć o wypadku. Nie był w stanie prowadzić. Cały czas miał przed oczami postać tej małej, słodkiej blondyneczki i jej niczego nieświadome oczy. Kiedy tylko wspomniał o tych kilku sekundach znów w uszach słyszał przerażony krzyk matki, pisk hamulców. Obrazy jak na przyspieszonym filmie pojawiały się w jego głowie, która teraz pękała mu z bólu. Miał wrażenie, że świat wokół niego wiruje, a on jest w samym środku tego pędu.
Potrzebował ciszy. Potrzebował kogoś. Kogoś, kto zatrzyma ten wir, kto go wysłucha bez oskarżeń. Nawet nie zastanawiał się, czy może jej zaufać. Była pierwszą osobą, która teraz przyszła mu na myśl…
Czytała właśnie książkę i zajadała się czekoladą, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Nie była zdziwiona. Wiedziała, że to Marek. Pewnie zapomniał kluczy albo je zgubił. Westchnąwszy zdjęła z kolan koc i z trudem podniosła się z kanapy. Rosnący brzuszek był już sporym utrudnieniem w poruszaniu się po domu. Ostatnio przybrała kilka kilogramów przez rosnący apetyt. Gdy wreszcie doczłapała się do przedpokoju, otworzyła drzwi.
Prawie go nie poznała. Wyglądał fatalnie. Jakby postarzał się o 5 lat. Miał podkrążone, spuchnięte oczy, potargane włosy. Oświetloną twarz miał zmarszczona, spiętą. Był przy tym blady, prawie przezroczysty. I ten wzrok. Zagubiony w mroku, błądzący, biegnący gdzieś przed siebie. Wystraszony.
Marek był czymś zmartwiony lub zrobił coś bardzo złego i chcę ją teraz przeprosić. Wyglądał, jakby próbował jej powiedzieć coś ważnego, szukał zrozumienia.
Ale nie potrafił. Nic nie powiedział. Tylko stał nieruchomo.
Przystanęła z lekko rozchylonymi ze zdziwienia ustami. Zlustrowała męża dwa razy. Serce jej miękło, gdy tak na niego patrzyła, przewracając oczyma. Zalała ją fala współczucia. Co takiego się stało, że wrócił w takim złym stanie? Miała ochotę coś zrobić. Chciała go przytulić, dowiedzieć czegokolwiek. Tak bardzo chciała by jej zaufał, otworzył się przed nią. Poruszyła nieśmiało ustami, szepcząc po cichu jego imię.
Zrobiła odważny krok do przodu. Dopiero teraz zauważyła zszyty łuk brwiowy, zadrapania i odparzenia na policzku.
- Boże co się stało? Nic ci nie jest? – pytała pośpiesznie.
Instynktownie dotknęła jego policzka poniżej małego zadrapania i nagle znieruchomiała.
Poczuła jak przyciąga ją do siebie, przymykając oczy. Zamrugała kilka razy oczami z zaskoczenia, kompletnie zbita z pantałyku. Odwzajemniła niepewnie uścisk. Pogłaskała go delikatnie po placach. Trzymała go tak czując jak powoli się uspokaja.
Kilka minut później siedział pochylony na kanapie w salonie pogrążonym w ciemnościach. Tylko mała lampka oświetlała jego zamyśloną twarz. Dziewczyna podeszła do Marka, podała mężowi kubek z herbatką na uspokojenie i sama usiadła obok niego.
Kiedy długo milczał, postanowiła go zachęcić. Nie musiał jej się co prawda tłumaczyć, ale martwiła się o niego. Chciała wiedzieć co go tak wyprowadziło z równowagi.
- Marek… Zaufaj mi. Powiedz mi co się stało, proszę cię. – poprosiła szeptem. - …Coś z ojcem? – dopytała, ale on zaprzeczył ruchem głowy.
Zauważyła, jak przymierza się do rozpoczęcia rozmowy.
Nie popędzała go, nie nalegała by wreszcie to z siebie wydusił. Po prostu czekała.
Przyglądała mu się ze spokojem, cierpliwie czekając aż zacznie się zwierzać.
I nie wycofał się, ani nie zaprotestował, kiedy przeczesała niesforny kosmyk jego włosów. Kiedy wreszcie się odważył i zaczął mówić, dziewczyna nie przerywała mu.
Mówił wolno, z zawahaniem.
- … Jechałem za szybko, a ona nagle wyskoczyła mi pod koła. – Basia wzięła głębszy oddech, bojąc się tego, co za chwile powie, ale znalazła w sobie siły by wytrzyma tą chwilę niepewności. – Gdybym wtedy nie zahamował, gdybym jej nie zauważył… – jeszcze nigdy nie czuła takiej ulgi. - Była taka mała. … A ja… Bo ja…ja piłem, rozumiesz? Gdyby coś się stało…Gdybym… - z każdym kolejnym słowem widziała, jak ze sobą walczy.
Jak stara się przed nią hamować, ale emocje brały nad nim górę.
- Ale nie stało. – szepnęła uspokajająco.
Chwilę nic nie mówił, czując, jak dłużej nie wytrzyma.
- Ale mogło. O mały włos a … Zdążyłem w ostatniej chwili. To drzewo. Jak dobrze, że je zauważyłem, bo nie wiem co by… Boże, gdybym nie zahamował, gdyby ona przeze mnie… - nie był w stanie już mówić.
Rozpłakał się jak dziecko. Widząc jego łzy nie potrafiła by obojętna. Przytuliła go do siebie, głaszcząc po włosach. I po jej policzkach pływały już łzy.
- Co ja bym zrobił… - dodał jeszcze prawie niesłyszalnie i pozwolił, by kołysała go w ramionach.
- Wszystko będzie dobrze. Jestem przy tobie. – szepnęła przytulając się do jego włosów i pozwoliła mu się wypłakać w rękaw.
Gdy zasnął ze zmęczenia, okryła go kocem. We śnie wyglądał tak niewinnie. Uśmiechnęła się delikatnie, znów zgarniając kosmyk z czoła i zgasiła światło.
Miała ochotę tu z nim zostać, poczekać aż się obudzi, ale nie mogła myśleć tylko o sobie. Musiała dbać o dziecko i zapewnić mu kilka godzin odpoczynku.
Długo nie mogła zasnąć. Zastanawiała się nad tym, co wczoraj zaszło.
Nie wierzyła, że Marek kiedykolwiek się przed nią otworzy a jednak zrobił to. I to w dodatku obdarzył ją zaufaniem w tak poważnej sprawie. To musi cos oznaczać.
Czyżby zaczęli się do siebie zbliżać? Nie chciała sobie robić nadziei, ale gdzieś w głębi serca, po raz pierwszy odkąd jest żoną Marka, poczuła się potrzebna. Czuła, że jest potrzebna Markowi. Stała się jego oparciem, przyjacielem. Wczorajszy wieczór był przełomowy. Była tego pewna. Od teraz może być już tylko lepiej. Jeszcze nie jest za późno i wszystko się między nimi ułoży.
Z samego rana, kiedy tylko otworzyła oczy, pognała do salonu, zobaczyć, czy Marek jeszcze śpi. Zdziwiła się, kiedy zamiast Marka zobaczyła rozgrzebany koc na kanapie.
„Widocznie już wstał” – pomyślała niezrażona.
Była zbyt upojona radością, by móc się teraz przejmować. Zdążyła raptem poprawić nakrycie, kiedy się zjawił. Przywitała go uśmiechem.
Wyglądał znacznie lepiej niż wczoraj. Praktycznie w ogóle nie przypominał tego przybitego i wystraszonego mężczyzny. Znów miał coś dziwnego w oczach. Tę samą maskę, którą widziała każdego dnia. Dzisiaj była jednak zbyt zapatrzona, by to dostrzec od razu.
- Wstałeś już. – rzuciła radośnie, ale Marek nic nie odpowiedział, tylko poprawiał kołnierz od koszuli.
„Pewnie szykuje się do pracy. Jak dobrze, że o tym pomyślałam.”
– Dzwoniłam przed chwilą do twojego ojca. Powiedziałam, że nie przyjdziesz dzisiaj do pracy, bo źle się czujesz, więc możesz zostać dzisiaj w domu. – miała nadzieję, że się ucieszy i będzie z niej zadowolony, że tak o niego dba.
Było wręcz odwrotnie.
- Powiedziałaś mu?! – spytał z wyrzutem, bojąc się, że naopowiadała ojcu o wczorajszej chwili słabości.
Zaskoczona zamrugała oczami, nie spodziewając się takiego ataku.
- O …czym? – po jej minie zauważył, że ten wybuchł był niepotrzebny.
Złagodniał. A ona mu wybaczyła. Pewnie nadal był podenerwowany i jeszcze nie do końca potrafił się kontrolować.
- Nieważne. … Ale niepotrzebnie dzwoniłaś. Pójdę do pracy. – rzucił, unikając jej spojrzenia.
Nawet nie zauważył, kiedy do niego podeszła.
- Cieszę się, że lepiej się czujesz… - uśmiechnęła się do niego, wyciągając do niego rękę, ale zatrzymał ją w pół drogi.
- Nic mi nie jest. – zapewnił i zrobił kilka kroków w tył.
Zasmuciło ją te oschłe zachowanie.
- Myślałam, że po tym, co się wczoraj stało… - westchnął ciężko.
- A co się stało? – stała nieruchomo, nie dowierzając temu, co słyszy.
Brodecki, gdy spojrzał na zdezorientowaną dziewczynę poczuł małe wyrzuty sumienia, ale wolał to od razu wyjaśnić, by nie było między nimi nieporozumień.
- Dobra. Wyjaśnijmy sobie coś. Miałem wczoraj ciężki dzień, ok. Poryczałem się jak baba, a ty byłaś pod ręką… Ale dzisiaj jest lepiej. Jest dobrze. Już zapomniałem. Ty też zapomnij. – spojrzał jej jeszcze w oczy i zabierając do ręki marynarkę, wyszedł z domu.
Gdy tylko drzwi się za nim zatrzasnęły, Basia, jeszcze w szoku osunęła się na kanapę.

c.d.n

Ninuś - 2009-10-26, 22:29

Twins & Olka
Łaaaaaa! Kurcze Marek może coś w końcu zrozumie przez ten wypadek?
Może to go wreszcie odmieni i zacznie szanować Baśkę.
To, że jej się wyżalił, już coś oznacza!
Szkoda tylko, że na drugi dzień postapił... yyy... dziwnie?
No nic, czekam na następną część :)
GENIUSZE!! ;**;**;**

* * *

Uwaga bo nie sprawdzałam błędów...

Rozdział V
Marek obudził się w nocy. Nie pod wpływem koszmarów, ale przez ciche skomlenie dochodzące z sypialni Basi. Powoli wstał i podszedł do drzwi, by upewnić się co słyszy. Usłyszał cichy szloch Basi. Znowu płakała. Spuścił głowę i poszedł do niej.
- Basiu… - stanął w drzwiach do jej sypialni. Siedziała na środku wielkiego, małżeńskiego łoża w skromnej, nocnej sukience. W ręku mocno ściskała jasną, męską koszulę, a po jej policzkach spływały łzy, które rozmazały cały makijaż. Spojrzała na niego i pociągnęła nosem.
- Basiu, co się dzieje? – zapytał szeptem.
- Marek, to miejsce… Ja nie mogę tu żyć! – odparła już spokojniej.
- Co masz na myśli?
- Słuchaj… To się Tobie wyda głupie i nieprawdopodobne, ale… Boże, Marek ja go tu wszędzie widzę!
- Słucham? – nie rozumiał jej jeszcze.
- No…Tak sypialnia, jest okropna! Nie potrafię tu spać i przebywać! – Marek nadal patrzył na nią dziwnie. Przewróciła oczami i mówiła dalej. – Nie rozumiesz mnie? – pokiwał twierdząco głową. – Posłuchaj… Patrzę na to łóżko, a widzę Huberta jak śpi, jak… a nie ważne! Patrzę na szafę, a widzę jak on ubiera się do pracy, jak wyjmuje ubrania… Marek, ja po prostu widzę go wszędzie! Znaczy… wszystko tu mi się z nim kojarzy… Wszystko mi go przypomina!
- Już rozumiem. – przyznał i podszedł bliżej niej. Usiadł na skraju łóżka i spojrzał na nią potulnie. Tak bardzo pragnął, by już nie płakała. Rozumiał ją, lecz nie wiedział co tak naprawdę teraz czuje. Na pewno było jej ciężko, bardzo ciężko. Dotknął jej ramienia. Nie wiedział co ma jej powiedzieć, by znowu nie palnąć czegoś głupiego.
- Jak mogę Ci pomóc? – zapytał.
- Trzeba zniszczyć ten pokój. – odpowiedziała. Brodecki zmarszczył czoło.
- To znaczy?
- Zróbmy tu remont! Proszę! Chcę wyrzucić to łóżko, chce się pozbyć tej szafy, zapachu… - krzyczała. Marek nie widząc innego wyjścia, przytulił się do niej mocno, by się uspokoiła. – Marek, ja już nie mam sił…
- Musisz być silna. – wyszeptał jej tuż przy uchu. – Naprawdę chcesz zniszczyć ten pokój? Przecież masz tu najlepsze wspomnienia.
- Tylko dlaczego za każdym razem, kiedy tu przychodzę, widzę Huberta i wtedy… Łzy same lecą! A Ty powiedziałeś i prosiłeś, żebym nie płakała! – wypowiadając te słowa, oderwała się od Brodeckiego i spojrzała mu w oczy.
- Tak nagle się mnie słuchasz? – zażartował.
- Kogoś muszę! Bo inaczej zwariuję! I wiesz co?
- Co?
- Zwariowałabym bez Ciebie. Jesteś teraz moim najlepszym przyjacielem. – uśmiechnęła się serdecznie i wtuliła się w niego z całych sił.

* * *

Położył poduszkę obok swojej i poklepał po niej, aby puch w środku wypełnił puste miejsca. Uśmiechnął się pod nosem, ale chwilę potem spoważniał. Nie był pewny czy wytrzyma ze swoją prawdziwą, dawną miłością w jednym łóżku. Może dreszcze na jego plecach zanikłyby, gdyby Basia zakryła więcej ciała. On nadal coś do niej czuł. Nadal chciał ją pojąć za żonę. Nadal mu na niej zależało.
- Mam poczucie winy. – odezwała się, opierając się o futrynę drzwi. Odwrócił się do niej i zamarł. W tej kusej sukience nocnej wyglądała bardzo seksownie, dla niego, aż za bardzo. Nie mógł już na nią patrzeć. Nie dlatego, że mu się nie podobała, bo było całkiem odwrotnie, ale dlatego, że strasznie go pociągała. Przy niej się cały pocił. Czyżby nadal ją kochał?
- Jakie poczucie winy? – odwrócił się, by nie patrzeć już na jej zgrabne ciało i ścielił łóżko.
- Przeze mnie się nie wyśpisz.
- Wyśpię się. Nie martw się o mnie.
- Coś się stało? – zapytała, kiedy zorientowała się, że Marek wcale na nią nie patrzy i unika jej widoku. Ona wręcz nie mogła oderwać od niego oczu. Przecież był w samych bokserkach. Stał tyłem do niej. Miał identyczne plecy jak jej mąż. Może dlatego nie umiała na niego nie patrzeć.
- Baśka! – zawołał, kiedy spoglądała jak zahipnotyzowana na jego klatę.
- Tak?
- Kładź się i… śpij dobrze. – uśmiechnął się do niej. Już miał mijać ją w drzwiach, kiedy zatrzymała go, łapiąc za rękę.
- Gdzie Ty idziesz? – zapytała.
- Położę się do Twojej sypialni, skoro Ty nie możesz tam spać. – wytłumaczył. Jej mina zrzedła. Spodziewała się czegoś innego, aniżeli zamiany łóżkami.
- Myślałam, że… - zacięła się.
- Że co? Baśka… dobrze wiesz, że ja… - w porę się urwał. Nie chciał jej jeszcze mówić do czuje do niej, bo to byłoby jeszcze za wcześnie. Wyczekiwała jego odpowiedzi, patrząc się prosto w oczy.
- Że Ty co?
- Że ja w nocy kopię! – zaśmiał się, nie znajdując innej, rozsądniejszej wymówki. – Dobranoc.
- Dobranoc. – puściła jego rękę i odprowadziła go wzrokiem.

* * *


Nie spodziewała się po nim niczego. Nie oczekiwała niczego, bo nie chciała… Bo nie mogła. Była w żałobie, straciła męża. Jednak to, co było pomiędzy nią, a Markiem, było inne od zwykłej przyjaźni. Od razu, kiedy ujrzała go w drzwiach swojego domu, uczucie powróciło. Nie, to nie było do końca to, co czuła, kiedy byli razem. Jeszcze nie to. Ale było to coś na granicy pomiędzy przyjaźnią, a miłością. Nie umiała dokładnie tego nazwać, ale czuła, że powrót Marka wiele zmienił. Przy nim czuła się jakoś bezpieczniej. Mimo tego, że nadal strasznie tęskniła za Hubertem, coraz częściej się uśmiechała się. Nie płakała już całymi dniami i nocami. Rozmowy z Brodeckim podnosiły ją na duchu. Uwielbiała śmiać się z jego dowcipów i żarcików. Był zabawny, umiał rozśmieszyć ją do łez, tak jak kiedyś. Jednak nie wszystko było tak jak dawniej. Marek przecież zakochany w niej po uszy, starał się tłumić w sobie to jak najdłużej. Nie mógł jej powiedzieć o swoich uczuciach, a na pewno jeszcze nie teraz. To za wcześnie dla niej. Dopiero co odszedł Hubert. Musiał być cierpliwy. Hubert na pewno nie miałby za złe, gdyby Basia związałaby się w przyszłości z Markiem. Byli przecież przyjaciółmi, a Kalinowski dobrze wiedział, że Marek szalał za Basią. Dlatego przed swoją śmiercią wysłał do Brodeckiego list, w którym opisał wszystko.
Jego wzrok utkwił w suficie. Czuł się nieco skrępowany. Leżał właśnie w łóżku Basi i Huberta.
- Przecież… oni tutaj… - szybkim krokiem wstał z łóżka i popatrzał na pościel. Oddychał szybko, niemiarowo. Nie mógł tak po prostu tu spać. Na pewno nie w sypialni jego przyjaciół. Zabrał swoje ubrania z krzesła, obok pięknej toaletki i wyszedł z sypialni. Zszedł schodami na dół tak cicho, jak tylko potrafił. Przez ostatnie noce zauważył, że Basia budzi się pod wpływem najmniejszego hałasu w domu. Wpadł do salonu niczym błyskawica, nie robiąc zbędnego hałasu. Rozwinął koc, znajdujący się w rogu kanapy. Położył się, a głowę ułożył na miękkie oparcie sofy. Przykrył się kocem i zamknął oczy. Nie zasnął. Po kilku minutach usłyszał, że ktoś schodzi ze schodów. Nie trudno było mu się domyślić, że to Kalinowska. Zapaliła sobie jedynie malutką lampeczkę wiszącą tuż pod schodami, by dostrzec stopnie. W salonie panował półmrok, dlatego też nie zauważyła zasypiającego Brodeckiego na kanapie. Kiedy ten otworzył oczy, zobaczył jak Basia zakrada się dosłownie na paluszkach do kuchni. Nie widział co tam robiła, ale musiał to sprawdzić. Po cichutku wkradł się do kuchni i stanął u jej progu. Jeszcze chwilę obserwował Basię. Piła coś. Stała odwrócona do niego plecami, dlatego nie widział, co piła. Kiedy wreszcie odwróciła się w jego stronę, zamarł i rozdziawił buzię szeroko.
- Zwariowałaś? – podszedł do niej i wyrwał jej butelkę z ręki.
- Chce pić i będę pić! – powiedział krótko, stanowczo i na temat.
- Możesz pić, ale nie alkohol do cholery! – krzyknął na nią. – Długo to trwa?
- Co takiego?
- Twoje zakradanie się nocami do kuchni i upijanie się? No tak… Teraz już Wiem, dlaczego tak długo śpisz!
- Możesz na mnie nie krzyczeć!? – teraz i ona się uniosła. – Jestem już duża i mogę pić alkohol!
- Basia, nie! Tak, masz rację można pić alkohol, ale nie tak często jak Ty rozumiesz?
- Wcale tak często nie piję.
- Nie? Przecież Ty co drugi dzień jesteś nie przytomna! I tłumaczysz mi się, że… och nie wyspałaś się po prostu! Koniec z tym! Baśka, to jest świństwo!
- A co Ty tak się na tym znasz, co? – zapytała. Marek nieco uspokoił swoje nerwy i usiadł na krzesło.
- Ja też piłem. Zaraz po tym jak wyjechałem.
- Czemu?
- Ty się jeszcze pytasz czemu? – zakpił. – Nie pamiętasz? Odrzuciłaś mnie. Nie masz pojęcia co czuje odrzucony facet, który zakochał się na zabój.
- Marek… - westchnęła. – Ja… Nie wiedziałam, że Ty tak mnie…
- Nie? Baśka, nie bądź śmieszna, proszę Cię! Dobrze wiedziałaś, bo mówiłem Ci nie raz, jak bardzo Cię kocham! Oświadczyłem się, a Ty mnie olałaś!... Załamałem się i… zacząłem pić.
- Nie wiedziałam. – spuściła głowę. Było jej głupio. Jednocześnie miała żal sama do siebie, że Marek jeszcze przez nią cierpi. Mimo tego, że minęły lata, on dalej przez nią cierpiał. W pewnej chwili zdała sobie sprawę, że Marek tak po prostu ją kocha. Przecież zanim wyjechał, ciągle powtarzał, że ją kocha, że jest najważniejsza i najcudowniejsza. Byli ze sobą jakiś czas, a kiedy Brodecki chciał zapieczętować ich związek, ona dała mu zwykłego kosza.
- Nie ważne… Było minęło… - powiedział oschle, a zawartość butelki, wylał do zlewu.
- Przepraszam. – szepnęła skrępowana i zawstydzona. Było jej naprawdę głupio.
- Za co?
- Za wszystko.
- Na za wszystko, jest już za późno. Póki co masz mi obiecać, że… już nigdy nie weźmiesz do ust tego świństwa!
- Obiecuję. – powiedziała słabo, ze spuszczoną głową.
- Słucham?
- Obiecuję! – powtórzyła głośniej, uśmiechając się do niego.

* * *

Z samego rana Brodecki wyszedł z domu. Zamówił taksówkę i pojechał na komendę. W miejsce, gdzie spędził najlepsze chwilę swojego życia. To tu poznał Basię, Huberta i Adama. Tu miał najlepszych przyjaciół. Kochał pracę w policji. To było właśnie to, czym chciał się zajmować. O tej pracy marzył już jako mały chłopiec. Poszczęściło mu się. Skończył szkołę zaocznie i trafił do wydziału najlepszego gliniarza w stolicy. Tęsknił za policją, prawie tak samo jak za dawnymi znajomymi. Nie wiedział do końca, czy będą cieszyć się na jego widok i czy powitają go ciepło. W końcu nie było go tu 5 lat. To dużo. Pewnym krokiem wszedł do środka. Nic się nie zmieniło. Te same ściany, korytarze. Może personel komendy nieco się wzbogacił, ale znajomych twarzy nie brakowało. Koledzy, policjanci z piętra witali go radośnie. Niektórzy nawet przecierali oczy z niedowierzania. Jednak kiedy zbliżał się do pomieszczenia, w którym spędził piękne lata pracy, poczuł się, jakby był w domu. Jakby powrócił z wojny do ojczyzny. Uśmiechnął się, a strach odszedł w niepamięć. W swoim starym, malutkim gabinecie, zaraz obok jego dawnej kanciapy siedział Zawada. Zajęty był jakimiś papierzyskami i pewnie dlatego nie zauważył Brodeckiego.
- Cześć. – odezwał się wreszcie Marek.
- Brodecki? – Adam nie mógł uwierzyć. – Nie wierzę!
- To ja! – uśmiechnął się i okręcił dookoła.
- Schudłeś? – zażartował sobie komisarz.
- No i to jak!
- Od kiedy jesteś w Polsce? – zapytał zaciekawiony. – Siadaj! Zaraz kawę zrobię. Napijesz się pewnie ze starym kumplem, co?
- Jasne! – uśmiechnął się i usiadł po drugiej stronie biurka Zawady. Komisarz zrobił kawę.
- Dzięki.
- Słuchaj, to kiedy przyleciałeś? – zapytał ponownie Adam.
- 2 tygodnie temu.
- I dopiero teraz przychodzisz w odwiedziny? – Zawada miał nieco żalu.
- No przepraszam, ale… Musiałem pomóc… Basi… - spuścił głowę. Adam też posmutniał.
- Nie widziałem Cię na pogrzebie.
- Bo nie byłem… Adam, ja nie wiedziałem, że Hubert… że to nastąpi tak szybko!
- Był bardzo słaby już tydzień przed… śmiercią.
- Dostałem od niego list. – dał pierwszego łyka kawy. – Napisał, że jest chory i że chce mnie widzieć, zanim um… zanim umrze, ale nie zdążyłem. Ten list szedł do mnie 5 dni… O 5 dni za późno. Zaraz kiedy go przeczytałem, wsiadłem w samolot i przyleciałem, ale… - wyznał Marek.
- Rozumiem. Hubert też na pewno by zrozumiał. – dodał mu otuchy. Przez jakiś czas między panami nastała cisza. Żaden z nich nie wiedział, co powiedzieć temu drugiemu. W końcu Marek przerwał tę niezręczną ciszę.
- Adam… Powiem prosto z mostu. – Zawada spojrzał na niego wyczekująco.
- Słucham… mów, mów. –poganiał go.
- Potrzebuję roboty. – powiedział nieco speszony. Adam uśmiechnął się do niego.
- Wiedziałem, że kiedyś wrócisz.
- To znaczy, że…?
- Tak! To znaczy, że potrzebuję ludzi! Jak widzisz zostałem sam. Basia ma urlop na czas nieokreślony… A Szczepan i Zuzia to za mało.
- Zuzia? – skrzywił się Marek.
- No tak. Przydzielono nam ją jakieś dwa lata temu. Zuzia jest naprawdę fajna. – uśmiechnął się Zawada. – Na pewno się polubicie.
- To znaczy, że mnie przyjmujesz? – uradował się Brodecki.
- Ja tak, ale co na to Grodzki? Chodźmy… na pewno się ucieszy z Twojego powrotu.


Rozdział VI
Ryszard Grodzki – od wielu lat inspektor wydziały kryminalnego na Komendzie Stołecznej. Straszy człowiek, ale jakże mądry, wykształcony. Był niski i trochę gruby, a na nosie zawsze nosił okulary. Jak się okazało, nie był za bardzo zadowolony z powrotu Brodeckiego. Ten zawiedziony, stracił wszelkie nadzieję na zdobycie dawnej posady podkomisarza. Jednak po krótkim przemyśleniu zgodził się przyjąć Marka z powrotem, lecz pod jednym warunkiem. Marek musiał obiecać, że już nie wyjedzie tak nagle, bez powiadomienia, jak 5 lat temu. Po południu dostał wyrobioną odznakę, broń, a nawet karnety na strzelnicę. Grodzki musiał go najpierw sprawdzić. Czy dobrze radzi sobie jeszcze z bronią, czy nie zapomniał jak się strzela w dziesiątki. Brodecki nie zawiódł inspektora. Strzelał świetnie. Miał celne oko, prawie tak samo celne, jak obserwujący z boku Zawada. Ten był dumny ze swojego podopiecznego i w siódmym niebie, że jednak powrócił na Stołeczną. Brakowało Brodeckiego na komendzie. Był świetnym policjantem, świetnym przyjacielem i świetnym kompanem. Takich ludzi mu koło siebie brakowało.
- Adam! – do kanciapy wpadła aspirant Zuzia. Widząc Marka, pochylającego się nad kartką papieru przy jej biurku, skrzywiła się. – Przepraszam, kim pan jest? – spojrzeli na siebie dziwnie.
- Ja tu pracuję. – odpowiedział Marek.
- Na moim biurku? – nie ukrywała swojego poirytowania. Brodecki natomiast uśmiechnął się, domyślając się kim jest owa kobieta. Zmierzył ją wzrokiem i śmiał się jak głupi. Zuzia coraz bardziej się denerwowała. Chwyciła się obiema rękoma za boki i zezłoszczona czekała na jego odpowiedź.
- Ty pewnie musisz być Zuzia. – zaśmiał się.
- Tak i co z tego?
- Jestem Marek. – jako dżentelmen wstał z krzesła i podał jej rękę. – Marek Brodecki, podkomisarz.
- Zuzia Ostrowska. – uspokoiła się i ścisnęła jego dłoń. – Aspirant. – dodała. – Gdzie Adam?
- Musiał wyjść gdzieś. Dostał jakiś telefon… - wyznał. Zuzia podeszła do biurka obok, Brodecki zlustrował ją. – Słuchaj, ja już Ci zejdę!
- Nie, nie… Nie rób sobie kłopotu. Siedź już. Ja usiądę sobie tu. – uśmiechnęła się do niego. Zajęła miejsce na drugim biurku. Od razu wpadł jej w oko. Był młody, niewiele młodszy od niej, a przede wszystkim strasznie przystojny. Przez chwilę nie mogła oderwać od niego wzroku.
- To Ty! – krzyknęła w pewnym momencie. Spojrzał na nią jak na wariatkę.
- Tak, to ja… - odezwał się głupio.
- Nie… znaczy… to jesteś Ty! Ten Marek, który wyjechał, bo Baśka… znaczy… To o Tobie mi opowiadała! I Adam też… - wytłumaczyła.
- No tak… Nie da się ukryć. To ja. Ale… Basia o mnie opowiadała? – zapytał z lekkim uśmiechem na ustach.
- Tak… - odparła Zuzia i spuściła głowę.
- Co o mnie mówiła? – dopytywał się dalej. Był ciekawy.
- Mówiła, że… - zacięła się w pewnym momencie i przez chwilę nic nie mówiła. – Że fajny z Ciebie przyjaciel… - niemal szepnęła.
- No tak. Jesteśmy przyjaciółmi.
- Ale byliście jeszcze… - urwała w porę. – Nie Marek… sory, ja nie powinnam! Nie powinnam się mieszać do waszych spraw.
- Nie no spokojnie! Tak byliśmy… kiedyś. Ale teraz jesteśmy tylko przyjaciółmi, tak? – spojrzał na nią i puścił oczko. Uśmiechnęła się promiennie. Tę chwilę przerwał Adam, który wrócił do kanciapy.
- O! Już się poznaliście? – zauważył.
- Tak. – odparli niemal jednocześnie.

* * *

Wrócił do domu wieczorem, kiedy było już ciemno. Co prawda zasiedział się trochę u Adama, ale przecież panowie nie widzieli się kilka lat. Musieli jakoś nadrobić ten czas. Wchodząc do salonu o mało co nie przewrócił się. Znowu zakręciło mu się w głowie. Cóż się dziwić, skoro razem z Zawadą opróżnili kilka puszek piwa. Zaklął po cichu i położył się na kanapie. Rozwinął koc i już miał zamykać oczy, kiedy światło w salonie oślepiło jego oczy.
- Aaaaa… - zajęczał głośno. Ujrzał Basię w szlafroku, tupiącą nogą ze złości. – Basiuuu… A Ty nie śpisz?
- Jak widzisz? Gdzieś Ty był i dlaczego do cholery wyłączyłeś telefon? – krzyczała. – Wiesz jak się martwiłam?
- Ale nie było takiej potrzeby… - odparł, ułożył się wygodnie i zamknął zmęczone powieki. Basia podeszła do niego i nachyliła się , by powąchać jego oddech. Skrzywiła się bardzo.
- Wstawaj! – wrzasnęła wprost do ucha Marka, aż ten podskoczył.
- Zwariowałaś? – chwycił się za bolące ucho.
- Chyba Ty zwariowałeś. Wynoś się z mojego domu! – powiedziała srogo i pokazała palcem w stronę wyjścia. Popatrzał na nią jak na wariatkę.
- Słucham?
- Dobrze słyszysz! Wyjdź z mojego domu!
- Ale Basia… - nic z jej zachowania nie rozumiał.
- Masz 5 minut. Jak wytrzeźwiejesz to wrócisz, a teraz żegnam! – krzyknęła tak, żeby usłyszał. Spojrzał na nią swoimi niebieskimi oczami i nie spuszczał z niej oka. Zapatrzona w ten błękit, chciała odwołać swoje słowa, lecz po jakimś czasie opanowała się i nie zrobiła tego. Nadal była zła.
- Nie słyszałeś co powiedziałam? Wynoś się! – wrzasnęła. Może nawet było ją słychać po drugiej stronie ulicy.
- Ale Baśka, o co Ci chodzi, to nie jest tak! – próbował się tłumaczyć, lecz Kalinowska nie chciała słuchać.
- Gówno mnie to obchodzi! Wyjdź i wróć jutro! Trzeźwy! – po tych słowach odwróciła się na pięcie i weszła na górę zgaszając mu na złość światło. Niczym skopany pies, uszanował jej prośbę i opuścił dom. Czuł się głupio. Rzeczywiście wypił z Adamem o kilka piw za dużo, ale nie był pijany! Trochę nie rozumiał, dlaczego Basia się tak wścieła, jednak nie chcąc się z nią kłócić, posłusznie wyszedł z domu. Nie wiedział gdzie się podziać na tę noc. Wyszedł na ganek i rozejrzał się dookoła. Mimo, że był czas wiosenny, to noce nieco chłodne. Syknął z zimna, które poczuł pod stopami. Kafelki, którymi obłożony był ganek zdawały się lodowate, a on nie chciał już się wracać po buty. Wszedł do ogrodu na tyle domu i położył się na huśtawce w altance. To miejsce wydawało mu się jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji. Nie mógł zasnąć. Ciągle dręczyły go wyrzuty. Może rzeczywiście nie powinien tyle pić, może rzeczywiście śmierdział piwskiem na odległość. Basia miała prawo się wkurzyć. Jeszcze noc temu wyraźnie zabronił jej pić, a sam wraca późnym wieczorem do domu kompletnie zalany, według niej. Nie miał innego wyjścia, musiał jakoś zadowolić się wąską huśtawką.

* * *

Basia do późnej nocy biła się myślami, gdzie poszedł Marek. Może zbyt ostro go potraktowała? Może teraz gdzieś czeka na świt i marznie? Sumienie ją ruszyło. Naprawdę strasznie się o niego martwiła. Jednak po przemyśleniu całej sprawy, przyznała, że Marek nie powinien przychodzić do jej domu pod wpływem alkoholu. Nie ważne ile wypił. Poczuła od niego nieprzyjemny odór piwa i dlatego zareagowała tak groźnie. Miał prawo się na nią gniewać, oczywiście, że miał. Wstała z łóżka w pokoju gościnnym i podeszła do okna, który miał widok na ogród. Przyglądając się altance, dostrzegła jego bose stopy. Uśmiechnęła się szeroko i odetchnęła z ulgą. Nie odszedł daleko. Bała się, że może iść gdzieś do jakiegoś hotelu, czy gdzieś, ale nie… on wybrał huśtawkę w ogrodzie.
Wczesnym rankiem, kiedy już się ubrała, umyła, zaparzyła dwie kawy i udała się do ogrodu. Postawiła kubki na stoliku w altance i przypatrywała się Markowi. Jeszcze smacznie spał. Pamięta, kiedy jeszcze kilka lat temu spali razem. Ona budziła się wcześniej. Mogła tak godzinami się na niego patrzeć. Uwielbiała to robić. Po jakimś czasie Brodecki otworzył oczy. Widząc ją, uśmiechnął się szeroko. Wstał do pozycji siedzącej i złapał za jeden z kubków.
- Moja? – zapytał, żeby się jeszcze upewnić.
- Tak. – uśmiechnęła się delikatnie. Marek wypił kilka małych łyków. Tego mu było trzeba. – Marek, przepraszam Cię. – wyznała nagle Basia.
- Za co?
- Przecież wiesz. Przepraszam, że na Ciebie nakrzyczałam, że musiałeś tu spać. Naprawdę nie chciałam.
- Miałaś prawo. To ja nie powinienem był przychodzić wracać pod wpływem alkoholu. Wiem, że tego nie lubisz… cholera… mogłem też pomyśleć głową. – zaśmiał się.
- Dobra, nie mówmy już o tym, dobrze? Było minęło i nie wracajmy do tego.
- Jak chcesz… - uśmiechnął się i dopił swoją kawę. – Muszę przyznać, że kawę to Ty parzysz znakomitą. – pochwalił. – Naprawdę wyśmienita.
- Dzięki.
- A co chcesz dzisiaj robić?
- To znaczy?
- Chyba nie chcesz siedzieć cały dzień w domu, co? Czy chcesz? – zapytał, widząc jej nie wyraźną minę.
- W domu mi dobrze. – odparła niemal szeptem. – Tu czuję się najlepiej. Nie muszę nigdzie wychodzić.
- Nie chcesz wyjść do ludzi?
- Nie… Mam Ciebie… Ty też jesteś człowiekiem, nie? – puściła do niego oczko. – Pójdziesz ze mną po południu na cmentarz?
- Pewnie. A potem… zapraszam Cię na obiad, tak?
- Dobra!

* * *

Po południu Basia i Marek udali się na cmentarz. Ku zdziwieniu Marka, Hubert miał już nagrobek. Był piękny, marmurowy.
- Kiedy to zrobili? – zapytał z ciekawości.
- Wczoraj. Ładny, co?
- Świetny. – przyznał. Basia zapaliła wie znicze, a Marek zajął się grabieniem ziemi wokół nagrobka. Usiadła na chwilę na ławce obok i wpatrywała się w jego nazwisko. To samo nazwisko, które sama nosiła od kilku lat. Kiedy tylko Marek zakończył swoją pracę, dosiadł się do niej i objął ją swoim ramieniem.
- Kiedyś powiedział, że chce, żeby razem z nim leżała w grobie. – wspominała.
- To dlaczego nie ma miejsca dla Ciebie… - spojrzał na nagrobek, który był jednoosobowy.
- Rozmyśliłam się. – wyznała z ciężkim sercem.
- Jak to?
- Nie chcę być z nim pod jednym nagrobkiem… po prostu… ej, ale czy możemy zmienić temat? – posmutniała.
- No dobrze. Chodźmy już na ten obiad, zgłodniałem.
- Bo nie jadłeś śniadania! – zaśmiała się. – A chciałam Ci zrobić!
- Wtedy nie byłem głodny!
- A teraz jesteś, widzisz!? No dobra idziemy. Pa Hubert. – kiwnęła w stronę grobu.
Udali się do restauracji „Wenus” niedaleko centrum. To była jedna z ulubionych knajpek Basi. Często spotykała się tu ze swoją przyjaciółką. To tutaj plotkowały i miały czas tylko dla siebie. Teraz była tu z Markiem.
- To znaczy, że poznałeś już Zuzkę? – uśmiechała się, przegryzając kurczaka.
- Miła dziewczyna. – stwierdził.
- No… fantastyczna przyjaciółka. Może trochę szalona i roztrzepana, ale strasznie ją lubię. Jest dla mnie jak siostra i w ogóle… dobrze się rozumiemy.
- To dokładnie tak jak my. – skomentował z powagą.
- Tak…
- Przyjęli mnie. – palnął nagle. Basia spojrzała na niego, nie wiedząc o co mu chodzi. – No przyjęli mnie z powrotem na komendę. Jestem w waszym zespole.
- Co? – rozszerzyła oczy w uśmiechu. – Naprawdę? Będziesz z nimi pracować?
- Naprawdę. – przytaknął. Wtedy Basia wstała ze swojego miejsca i podeszła do niego, mocno przytulając go ze szczęścia. Bardzo się cieszyła, że będzie blisko niej.
- Poczekaj… - odepchnął ją delikatnie od siebie. – Szukam też mieszkania.
- Ale…
- Basia, nie ma żadnego ale… Już i tak mieszkam u Ciebie wystarczająco długo. Myślisz, że Hubert by chciał, żeby jakiś facet mieszkał z Tobą? – wytłumaczył na spokojnie.
- Ale Ty nie jesteś ‘jakiś facet’. Jesteś Marek i Hubert by to zrozumiał. Nie musisz się wyprowadzać. – mówiąc to, Basia spojrzała Brodeckiemu głęboko w oczy. Naprawdę nie chciała, by ją zostawił samą w takim wielkim domu. Kiedy on był blisko, nie czuła się już samotna. Z nim mogła pogadać w każdej chwili, a co więcej, mogła się do niego przytulać, wyżalać ile chce. Było po postu z nim lepiej.
- Mówisz tak tylko dlatego, że robię Ci kolacyjki, tak? – spojrzał na nią podejrzliwie.
- Niee… Wcale nie! – wyciągnęła w jego stronę język. – No dobra rozgryzłeś mnie.
- Ha!
- Nie możesz się wyprowadzić, bo kto by mi takie pyszne kolacje robił, hm?
- Będę wpadał co wieczór. – zaśmiał się.
- A śniadania kto mi będzie robić? – zrobiła minę zbitego psa.
- No jak to kto? Bozia dała rączki? Sama będziesz sobie robić.
- A obiadki? – Marek nie był w stanie odpowiedzieć, bo wybuchł śmiechem, a zaraz po nim Basia. W takiej miłej atmosferze zjedli wspólny obiad.
- A tak w ogóle, to Ty nie powinieneś być na komendzie? – przypomniało jej się dopiero.
- Nie… Mam dzisiaj wolne. A poza tym, to doskonale o tym wiesz, że gdybym był im potrzebny, to Adam by zadzwonił, prawda?
- Prawda!

* * *

Nastał wieczór. Po całym dniu wygłupów i rozmów z Markiem, Basia wzięła relaksacyjną kąpiel. Gorąca woda, duuużo piany i czuła się dobrze. Zmęczenie zniknęło, a ona mogła spokojnie się odprężyć. Przymknęła oczy i schowała nagie ciało pod warstwą piany. Widoczna była jedynie jej głowa i ramiona. Znów odpłynęła gdzieś myślami. Tym razem w roli głównej jej myśli wystąpił Marek, nie Hubert. Zaczęła zastanawiać się, kim tak naprawdę jest dla niej Brodecki. Przyjacielem, ale czy aby na pewno. Kiedyś byli w sobie zakochani. Całowali się, przytulali i zwierzali ze wszystkiego. Teraz też mogli zwierzać się, rozmawiać, ale na nic więcej nie mogli sobie pozwolić. A tak właściwie, to dlaczego nie? Przecież oboje są dorośli. Mogą robić co chcą. Kiedyś byli tacy, ale czy teraz wypadałoby im się pocałować? Przytulić, wziąć w ramiona? Nie tak jak przyjaciele, tylko jak zakochani, jak para, jak dwoje ludzi kochających się na zabój. Tylko czy Basia potrafiłaby na nowo być z Markiem? Nad tym najbardziej się zastanawiała. Czy to co kiedyś czuła do Brodeckiego, mogło przetrwać aż do dziś? A Hubert? Czy czuła do niego to samo, co wcześniej do Marka? Setki pytań przechodziło jej teraz przez głowę. Ona doskonale znała na nie wszystkie odpowiedź. Musiała podjąć jakąś decyzję, bo to chyba nie normalne, żeby tyle myślała o facecie, za którego kiedyś o mało co nie wyszła za mąż. Musiała zrobić coś ze sobą. Nie chciała do końca życia zostać sama. Żałoba po Hubercie kiedyś minie i co ona zrobi sama? Dla ochłonięcia przemyła twarz wodą. A może Marek okaże się tym jedynym? Hubert przecież też miał być tym jedynym, lecz choroba nieoczekiwanie go wykończyła. To nie on był jej księciem z bajki, którego zawsze chciała. Otworzyła oczy.
- Marek! – zawołała go po chwili. – Marek! Marek! Marek!
- Co się dzieje? Coś się stało? – odkrzyknął przez drzwi.
-Nie, ale… Nie mogę umyć pleców! Pomógłbyś mi? – zapytała z uśmiechem na ustach. Zaraz potem ujrzała Brodeckiego w drzwiach.
- Mogę Ci pomóc! – wyszczerzył się do niej i pod