Forum serialowe :)
O serialach, muzyce i wszystkim co nas interesuje :) :) :)

Nasza twórczość - Nasza Twórczość

Kasieńka - 2009-12-12, 14:08
Temat postu: Nasza Twórczość
Proszę pisać, a nie gadać :D
isis - 2009-12-13, 12:53

No to kto teraz pisze?;D
Ninuś - 2009-12-13, 14:08

Kasieńka napisał/a:
Proszę pisać, a nie gadać :D

Kasiu, doczekamy się czegoś Twojego??

olka - 2009-12-14, 18:41

Drobne przypomnienie, być może wkrótce pojawi się cedek. :-)

"Życie po życiu"

Część 1

Deszcz przeraźliwie bębnił o parapety warszawskich domów i mieszkań. Wielkie krople rozbijały się o szyby, strumieniami spływając z ich powierzchni. Padało od kilku godzin i nic nie wskazywało na to, by miało przestać. Słońce już dawno schowało się za horyzontem okrywając ziemie mrokiem, a porywisty wiatr targał gałęzie drzew, wyjąc przy tym niemiłosiernie. Chłodny, ponury wieczór nie napawał optymizmem.
Leżała nieruchomo w ciemnej sypialni wykończona wielogodzinnym, spazmatycznym płaczem. Skulona w kłębek, tuliła jego poduszkę, wdychała tak kochany zapach, który wciąż unosił się w powietrzu. Nie miała sił, ani ochoty, by wstać, zjeść, napić się, czy chociażby zmienić ubranie. Jej ciałem wstrząsały dreszcze, a każdy najmniejszy ruch wymagał ogromnego wysiłku. Podczas ceremonii pogrzebowej ledwo trzymała się na nogach. Tylko dzięki wsparciu rodziny i przyjaciół zdołała przetrwać. Gdy wchodzili do kościoła Adam mocno trzymał ją pod rękę, dodając otuchy. Pogrzeb był krótki i nieznośnie bolesny. Siedziała obok Zawady, a po jej twarzy spływały strumienie łez. Przyjaciele, rodzina, pracownicy - zjawili się wszyscy, płacząc otwarcie. Dzisiejszy dzień był gehenną. Nic już nie miało znaczenia. Marek odszedł. Odszedł, zabierając ze sobą miłość, śmiech, ciepło i marzenia. Odszedł na zawsze.
Miała wrażenie, że minęły wieki, zanim wrócili do domu. Natychmiast zabarykadowała się w pokoju nikogo nie wpuszczając. Chciała zostać sama. Chciała odejść, zapomnieć, zniknąć, nie czuć, nie myśleć. Ból był tak ogromny, tak porażająco silny, jakby coś rozrywało ją od środka, miażdżyło wnętrzności. Chwilami brakowało jej tchu, dusiła się, nie mogąc zaczerpnąć powietrza.
Pustym wzrokiem wpatrywała się przed siebie. Miała wrażenie, że cała jest z ołowiu, że sama także umarła. Czuła się pusta, obolała i poraniona. Cierpiało jej serce, ciało i dusza.
Sądziła, że to miłość na całe życie, chciała, by tak właśnie było. Przy nim po raz pierwszy czuła się naprawdę bezpieczna i kochana. Rozbawiał ją jak nikt, pocieszał, wspierał. Był przyjacielem, kochankiem, bratnią duszą. Ona była jego księżniczką, a on jej księciem w lśniącej zbroi. Przecież dopiero tak nie dawno się poznali. Jeszcze nie zdążyli w pełni nacieszyć się sobą, gdy los tak okrutnie ich rozdzielił. Wspomnienia nieustannie krążyły w jej głowie. Uderzały w nią jak tsunami, siejąc spustoszenie. Nie spała prawie od tygodnia, chodząc zmęczona i osowiała, nie umiała poradzić sobie z myślą, że jego już nie ma. Zamknęła powieki, pod którymi wezbrały kolejne łzy.
- Basiu ... – Zuzia, najlepsza przyjaciółka Storosz, lekko uchyliła drzwi wchodząc do sypialni. Ujęła łagodnie jej dłoń, siadając na brzegu łóżka. Tak niewiele mogła dla niej zrobić. Sama ledwo się trzymała – Basiek ... jakkolwiek to zabrzmi, muszę to powiedzieć.
- Daruj sobie zdanie „czas leczy rany”. Słyszałam je dziś setki razy – z ledwością wychrypiała.
- Skarbie tragedie dzieją się wszędzie. Tak. – kiwnęła głową, niepewna, czy powinna kontynuować. Basia spojrzała na nią załzawionymi oczyma, równocześnie marszcząc brwi.
- Nie potrafię wyobrazić sobie, jak bardzo cierpisz, jak ... jak bardzo jest ci źle. Tylko, że ... Basia, możesz zadawać pytania: dlaczego? Szukać przyczyn ... możesz wyobrażać sobie, co by było gdyby, ale ... Marek nie żyje. Koniec. A cała reszta nie ma znaczenia – rękawem swetra otarła łzę.
- Zuzia ... – wyszeptała, zanosząc się szlochem. Jak dziecko kiwała się na łóżku, bezbronna, słaba i zupełnie bezradna.
- Basia musisz zapomnieć o bólu, o strachu, cierpieniu ...
- Nie umiem, nie potrafię – wyłkała wtulając się w ramiona przyjaciółki.
- Kochanie, musisz. Musisz powoli zacząć wszystko od nowa. Proszę, nie wolno ci się poddać – powtarzała drżącym głosem, wciąż głaszcząc ją po głowię i tuląc jak dziecko. Śmierć Marka była ciosem dla wszystkich, jednak największym dla tej drobnej istotki. Martwiła się o nią. Basia wyglądała jak siedem nieszczęść. Jej organizm był słaby i wycieńczony. Zuzia wiedziała, że jeśli szybko się nie podniesie, konsekwencje mogą być tragiczne.
- Cii... nie płacz – mówiła do niej ciepłym, łagodnym głosem. Nie mogła patrzeć jak się męczy.
- Tak potwornie za nim tęsknie ... – wyszeptała zanosząc się płaczem. Zuzia mocniej przytuliła przyjaciółkę. Basia zamknęła oczy. Wspomnienia wirowały w jej głowie. Były tak wyraźne, tak realne, jak jeszcze nigdy dotąd. Oczami wyobraźni widziała każdy najdrobniejszy szczegół, pamiętała smaki, zapachy, czuła dotyk, słyszała głos. Na fali zmysłów przenosiła się w kolejne miejsca, wracała do chwil, gdzie byli razem, szczęśliwi, zakochani. Przypomniała sobie ich ostatnie spotkanie ... Była sobota. Siedzieli na podłodze oparci o kanapę, popijali wino i słuchali muzyki. Ogień wesoło trzaskał w kominku, a im nic więcej nie było trzeba. Gdy znowu ją pocałował, nie prostestowała, pragnęła, by nigdy nie przestał. W końcu zerknął na zegarek i wstał.
- Muszę już iść – niechętnie podniósł się z podłogi.
- Tak wcześnie? Dopiero dziesiąta – zrobiła minę małej, zawiedzionej dziewczynki.
- Dochodzi wpół do pierwszej – odparł - A jeśli zaraz stąd nie wyjdę, to się na ciebie rzucę, więc uważaj! – ostrzegł grożąc jej na żarty palcem.
- Zgwałcisz mnie? – zapytała żartobliwie, lekko przekrzywiając głowę.
- Brzmi zachęcająco, prawda? – w jego błękitnych oczach igrały figlarne iskierki.
- Wariat! – roześmiała się. Kochała to jego poczucie humoru.
- Być może, ale to dla ciebie zwariowałem – uśmiechnął się czule i podając rękę pomógł jej wstać z podłogi – Ostatni raz czułem się tak w podstawówce, wiesz?
- Tak? A co takiego działo się w podstawówce? – zapytała, delikatnie mrużąc oczy.
- Zakochałem się wtedy w jednej dziewczynie. Miała 14 lat i cudowny biust – dodał z rozmarzeniem.
- Aha. A ty ile miałeś lat? – zapytała z udawaną powagą.
- Hmm... chyba 9 – odrzekł po namyśle.
- W takim razie czuj się rozgrzeszony! – odparła z ledwością hamując śmiech – Zobaczymy się jutro? – dodała odprowadzając go do drzwi.
- Zadzwonię. Bardzo cię kocham – zapewnił, całując ją na pożegnanie... nie wiedziała, że widzi go po raz ostatni, nie wiedziała, że nigdy już nie zadzwoni.

Część 2

Zarzucając na siebie ciepły, bawełniany sweterek, wyszła z domu. Skierowała kroki w stronę cmentarza. Od dnia pogrzebu odwiedzała go codziennie przesiadując tam godzinami. Przynosiła świeże kwiaty, zapalała znicze i odmawiała krótką modlitwę, by potem, siadając na małej ławeczce, po prostu z nim rozmawiać. Mówiła mu o wszystkim. O tym jak bardzo za nim tęskni, jak bardzo go jej brakuje. Jak powoli uczy się żyć bez niego, choć to niewyobrażalnie trudne. Przesiadując na cmentarzu czuła, że w jakiś sposób wciąż jest z nim. Nie mogła go dotknąć, przytulić, pocałować ... ale wierzyła w jego ukrytą obecność i w to, że gdzieś tam, od czasu do czasu na nią spogląda. Tu przychodziło ukojenie, spokój i chwilowa beztroska. Tu nabierała sił. Każdego dnia powtarzała, że da rade. Obiecywała to samej sobie, ale przede wszystkim jemu. Ze ściśniętym gardłem przyrzekała, że wstanie z łóżka następnego dnia, zje śniadanie, wyjdzie do pracy. I chociaż przychodziło jej to z ogromnym trudem i wysiłkiem dotrzymywała słowa.
Z cichym „do zobaczenia”, bladym uśmiechem na ustach i ukradkiem spływającą łezką, ruszyła ku wyjściu z cmentarza. Łagodny wiatr smagał jej twarz burząc niedbale ułożoną fryzurkę, zaś świeże, wiosenne powietrze przyjemnie drażniło nozdrza. Przed cmentarną bramą zobaczyła zaparkowany znajomy samochód, a zaraz obok jego właściciela. Adam uśmiechnął się ciepło wychodząc jej naprzeciw.
- Wiedziałem, że cię tu znajdę. Jak się czujesz? – zapytał szczerze przejęty, obejmując ją ramieniem. Traktował Basie jak córkę i gotów był zrobić wszystko, by tylko poczuła się lepiej.
- W porządku – z wysiłkiem się uśmiechnęła – Dochodzę do siebie.
- Lepiej wyglądasz – zauważył – Obecność mamy i Agaty dobrze na ciebie wpływa.
- Tak, to prawda. Bardzo mi pomogły, ale kazałam im wracać już do domu. W Przemyślu bardziej się przydadzą - komisarz nie był do końca przekonany o słuszności tej decyzji
- Jesteś pewna? Może powinnaś była pojechać z nimi? Masz przecież urlop, zmiana środowiska, obecność rodziny na pewno dobrze by ci zrobiły – przekonywał.
- Nie Adam, to nie jest najlepszy pomysł. Poza tym chce już wrócić do pracy – westchnęła ciężko, mocniej obejmując się ramionami.
- Basiu ... – podjął łagodnie - Nie zrozum mnie źle, ale minęły dopiero dwa tygodnie.
- Więc nie powinnam pracować? – zapytała z odrobiną irytacji w głosie.
- Nie twierdzę, że nie powinnaś. Po prostu boję się, że może być jeszcze za wcześnie – odparł z troską.
- Wcale nie jest za wcześnie – uparcie kręciła głową, a w oczach znów zalśniły jej łzy – Co ja mam robić w domu? Siedzieć i rozmyślać? Przeglądać wciąż jego rzeczy? Czekać? Adam ... na kogo? Marek nie wróci ... mimo iż pragnę tego najbardziej na świecie, on nie wróci – dokończyła łamiącym się głosem.
To właśnie dziś rano uświadomiła sobie, że musi wrócić do pracy i to jak najszybciej. Musi to zrobić ponieważ tylko tam tak naprawdę go odnajdzie. Praca była jego żywiołem, jego pasją, kochał tę robotę. Dlatego ona musi wrócić, by codziennie móc odnajdywać go w niej na setki różnych sposobów. Układać jego nieśmiertelne mazaczki, wypełniać akta walające się jeszcze po jego biurku, a które i tak pewnie wypełniałaby za niego, gdyby ... W końcu dobrze pamięta jak Marek nienawidził papierkowej roboty. Za każdym razem, gdy przyszło im siedzieć w raportach jęczał i marudził godzinami, aż miała go serdecznie dość. Musiała wrócić. Komenda była dla nich obojga, jak drugi dom. Tam się poznali, spędzając razem cudowne chwile. To tam wszystko się zaczęło. Powrót do pracy miał być po części powrotem do normalności, bo czy może być w pełni normalnie bez niego? Chciała odzyskać wewnętrzną równowagę. Oderwać się, chociaż na chwile, od samotności, od wszystkich wspomnień, które zadawały niesamowity ból rozdrapując jeszcze niezabliźnioną ranę. Słusznie domyśliła się, że przyjaciel będzie próbował odwlec ją od tej decyzji, jednak nie mogła ulec.
- Dlatego w poniedziałek wracam do pracy. Już postanowiłam! – odparła pewnie z wysoko podniesioną głową. Adam przez chwilę miał wrażenie, że znów stoi przed nim ta sama Basia Storosz, jaką znał do tej pory. Silna, zdecydowana, a przy tym tak subtelna i wrażliwa. Jej oczy zajaśniały blaskiem, był to jednak zaledwie cień tego, jakim lśniły, nim przytłoczył je ciężar tragedii.

Część 3

Szła powoli. Ostrożnie stawiała każdy kolejny krok. Korytarz był ciemny. Pozbawiony okien, drzwi. Nie wiedziała dokąd prowadzi, mogła się jedynie domyślać. Sama w ciemnościach czuła się jak mała, zagubiona dziewczynka. Ogarniał ją coraz większy niepokój. Bała się. Podłoga złowrogo skrzypiała pod naciskiem butów. Głucha, przeraźliwa cisza napawała przerażeniem. Miała wrażenie, że zaraz z ciemności wyskoczy na nią jakiś potwór, albo duch. Gęsia skórka pojawiła się na ciele. Zimny dreszcz spłynął po plecach. Po omacku, trzymając się ściany szukała wyjścia. Czuła pod palcami chłodną, chropowatą powierzchnie. Co jakiś czas wzdrygała się z obrzydzeniem trafiając na gęste, zakurzone pajęczyny. Nie miała pojęcia gdzie jest, ani jak się tu znalazła. Czuła się jak w pułapce. Wytężając wzrok próbowała dostrzec w ciemności jakieś kształty, które powiedziałyby jej cokolwiek o tym ponurym miejscu. Drażniący, nieprzyjemny zapach wilgoci i stęchlizny krążył w powietrzu. Niemiłosierny zaduch, odór pleśni, to wszystko sprawiało, że robiło jej się niedobrze. To miejsce przesiąknięte było grozą. Kłębiło w sobie wszystkie negatywne emocje, wszystkie okropieństwa. Korytarz zdawał się ciągnąć, niczym labirynt bez wyjścia, bez możliwości ucieczki. Wyobraźnia zaczynała szaleć. W jej głowie budziły się najróżniejsze myśli, najstraszniejsze obrazy. Pragnęła się wydostać, znaleźć jak najdalej stąd, ale nogi same prowadziły ją na przód nie pozwalając zawrócić, ani nawet się zatrzymać. Szła coraz szybciej i szybciej. Coś pchało ją do przodu, jakaś siła, energia. Oddech przyspieszał, serce waliło jak oszalałe, ciało oblewały siódme poty. Czuła jak drży, jak wiotczeje, gnała bez opamiętania z zawrotną prędkością nie potrafiąc się zatrzymać ....
Drzwi. To pierwsze co zauważyła. Duże. Wielkie. Ogromne. Zakurzone, odrapane. Latami nie używane, jakby skrywały jakąś mroczną tajemnice. Jakby ktoś bał się, że uwolni złego ducha, gdy je otworzy. Obudziła się w niej nadnaturalna ciekawość. Wewnętrzny głos podpowiadał, że musi, że powinna je otworzyć. Wyciągnęła rękę dotykając klamki. Miała wrażenie, jakby ta, czekała właśnie na nią. Idealnie pasowała do jej dłoni. Nagle odpłynęły - cały strach, panika, przerażenie. Jej ciałem zawładnął błogi spokój. Ogarnęła ją dziwna ekscytacja, podniecenie. Naciskała klamkę nie mogąc się doczekać, co ujrzy po drugiej stronie. Towarzyszyła jej w tym dziwna euforia, czuła się jak po prochach. Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Zgrzyt zamka ... uchylenie drzwi ... pierwszy promień światła ... powoli wyłaniający się obraz ... Zobaczyła pokój ... kominek ... wesoło trzaskający ogień. Ucieszyła się na myśl, że będzie mogła się ogrzać. Zrobiła krok ... i wtedy go zobaczyła. Siedział tam. Na wyciągnięcie ręki. Na starym, zabrudzonym fotelu, zwrócony tyłem do niej. Widziała tylko kępę jego czarnych włosów. Zamarła. Serce podeszło do gardła, wzruszenie odebrało mowę. Nie wiedziała co się dzieje, i czy to, co się dzieje, dzieje się naprawdę. Stała tam nie mogąc się ruszyć. Patrzyła i niedowierzała. Z letargu wybudził ją głos. Jego głos. Głos, który tak dobrze znała i kochała. Ten, za którym tęskniła, który tak pragnęła usłyszeć.
- Poznajesz mnie? – przemówił, a pod nią ugięły się kolana.
- Marek? – wyszeptała, z trudem panując nad drżącym głosem.
- Czekałem na ciebie. Już zaczynałem wątpić, że się zjawisz.
- Ale ... ale jak to możliwe, że ty ... że żyjesz? – robiło jej się słabo, oddech stawał się coraz cięższy. Pomyślała, że jeszcze chwila, a zemdleje.
- Czyż nie tego właśnie chciałaś? – odezwał się po chwili, lecz w jego głosie wyczuła coś dziwnego. Był chłodny, stonowany ... demoniczny. Pozbawiony tego ciepła, z jakim zawsze się do niej zwracał.
- Nie o to ci chodziło?! – wymówił z naciskiem, podnosząc głos. Przestraszyła się. Czuła jak do oczu napływają jej łzy. Jeśli nie przestanie, zaraz się popłacze - Nie modliłaś się godzinami, bym wrócił, bym znowu był z tobą?! Zawsze liczyłaś się tylko ty i twoje potrzeby! Nie dawałaś mi spokoju! - nigdy nie zwracał się do niej w ten sposób. Nigdy nie krzyczał – Dlaczego cały czas mnie szukasz, skoro mnie już nie ma?!
- Ale przecież jesteś, widzę cię! – wyłkała desperacko, nie mogąc zrozumieć czemu Marek tak się zachowuje.
- Jesteś tutaj ze mną, rozmawiam z tobą, słyszę cię! – dławiła się łzami, jednak nie przestawała mówić - W każdej chwili mogę podejść, dotknąć cię, przytulić, nie jest tak? – w tym momencie zrobiła krok i zrozumiała, że naprawdę tak nie jest. Nie potrafiła się poruszyć. Jej nogi były przyszpilone do podłogi. Nie mogła ich oderwać, przesunąć choćby o milimetr. Marek wciąż był odwrócony tyłem. Tak bardzo pragnęła go zobaczyć, wiedzieć czy się zmienił, jednak nie mogła.
- Marek? – zapytała nie wiedząc co się dzieje. Przestała orientować się w sytuacji, miała nadzieje, że może on jej wszystko wyjaśni – Marek, dlaczego nie mogę się ruszyć? – pytała płaczliwym tonem, szarpiąc się na wszystkie strony, tak bardzo starała się uwolnić – Marek! – była coraz bardziej przerażona – Marek, pomóż mi! - czuła, że powoli zaczyna kostnieć całe jej ciało, drętwiała, zmieniając się w głaz. Jednak on nie reagował. Zamiast tego usłyszała jego szyderczy, złowrogi śmiech. W ułamku sekundy odwrócił się do niej ukazując przed nią swe makabryczne oblicze. Nie mogła na to patrzeć, zaczęła krzyczeć. Jego twarz pokrywały blizny, głębokie szramy i krwawe wybroczyny. Był blady i posiniaczony. Jego puste, martwe źrenice zdawały się przewiercać ją na wylot. Wyglądał jak monstrum. Przypomniała sobie sceny z filmu „Noc żywych trupów”, to coś wyglądało znacznie gorzej. To nie był już jej Marek. Zbliżał się, wyciągał po nią swe obślizgłe łapska. Czuła wstręt i obrzydzenie. Wrzeszczała w niebogłosy, błagała o pomoc, szamotała się, jak zwierze w potrzasku, póki strach jej nie sparaliżował. Nie mogła oddychać, ruszać się, nie mogła się bronić. Dosłownie patrzyła śmierci w oczy. Wiedziała, że za chwile zginie. To coś ją zabije, zarżnie, rozszarpie. Rozpłakała się jeszcze bardziej. Nie chciała umierać, nie teraz, nie tutaj, nie w taki sposób. . .
Obudziła się. Z krzykiem na ustach, ledwo łapiąc oddech. Rozdygotana, przerażona. Płakała. Nerwowo rozejrzała się po sypialni. Zerwała się z łóżka zapalając wszystkie światła. To był koszmar. Najstraszniejszy w jej życiu koszmar. Drżącą ręką wygrzebała z szuflady swój telefon, w pośpiechu wywalając jej zawartość na podłogę. Wykręciła znajomy numer, by zaraz po tym usłyszeć zaspany głos przyjaciela.
- Adam, przyjedź! – rzuciła natychmiast. Jej ciałem nieprzerwanie wstrząsał płacz – Błagam cię przyjedź!
- Basia, co się stało? – zapytał nie na żarty przejęty zachowaniem przyjaciółki. Nigdy nie słyszał jej w takim stanie. Gdy zamiast odpowiedzi dobiegł go jej spazmatyczny szloch, nie wahając się ani minuty, wskoczył w byle jakie ubranie, a zaraz potem wybiegł z domu. Łamiąc po drodze setki przepisów, zjawił się u niej w tempie ekspresowym. Otworzyła drzwi wpadając mu w ramiona. Jej rozdzierający płacz odbił się echem po klatce. Adam schował ją w swym niedźwiedzim uścisku i ostrożnie przesunął, zamykając za nimi drzwi. Nie miał pojęcia co takiego się stało, ale po głowie krążyły mu najczarniejsze scenariusze. Cała się trzęsła, przez myśl przeszło mu, że może powinien zabrać ją do szpitala.
- Basieńko, co się dzieje? – ojcowskim gestem odgarnął grzywkę z jej mokrego czoła. Patrzył na nią poważnym, zatroskanym wzrokiem.
- Adam ... ja przepraszam, ale to było straszne – wyszeptała.
- Co było straszne? – zaprowadził ją na kanapę, by mogła usiąść i się uspokoić.
- Ten sen ... myślałam, że Marek żyje ... byłam pewna, że żyje! – Adam zacisnął mocniej pięści słuchając jej w milczeniu – Wszystko wydawało się takie prawdziwe, realne ... cieszyłam się, że znowu jest ze mną ... a potem, a potem nagle skamieniałam ... nie mogłam się poruszyć, a on szedł, zbliżał się, wyglądał tak strasznie – mówiła chaotycznie wzdrygając się na samo wspomnienie – Myślałam, że mnie zabije, że tam zginę ... – rozpłakała się ponownie. Komiasrz przytulił ją mocno, głaszcząc po głowie, czekając, aż się uspokoi. Gdyby wiedziała ... Patrząc na jej rozpacz, na to jak bardzo cierpi, nienawidził siebie. Był wściekły, że nie może nic zrobić! W końcu rozluźnił napięte mięśnie i przywołując na twarz lekki uśmiech, spojrzał na nią.
- Lepiej? – jego głos brzmiał ciepło i łagodnie. Przytaknęła.
- Dziękuje! I przepraszam, że musiałeś w środku nocy pocieszać swoją rozhisteryzowaną przyjaciółkę – powiedziała głosem małej dziewczynki, posyłając mu pełne wdzięczności spojrzenie.
- Cała przyjemność po mojej stronie – uśmiechnął się, co ona odwzajemniła. Wzdychając, oparła głowę o jego ramię. Siedzieli jakiś czas w milczeniu.
- Adam? – miała zmęczony głos.
- Tak?
- Myślisz, że kiedyś zapomnę? – jej oczy momentalnie się zaszkliły – Że ból minie i zacznę normalnie żyć? Nie chce całe życie cierpieć rozdrapując stare rany – cicho szepnęła.
- Nie będziesz cierpieć, nie pozwolę na to – zapewnił, mocniej tuląc ją do siebie. Zamknęła oczy, jej oddech powoli się wyrównywał, odpływała, zwolna tracąc kontakt z rzeczywistością ... w końcu zasnęła.

***

Tego dnia wieczór był wyjątkowo chłodny. Nad Warszawę zawitały ciemne chmury, zwiastując opady deszczu i burzę. Wiatr złowrogo szeleścił koronami drzew, a niebo rozświetlały już pierwsze błyski. Szedł szybko, z rękami w kieszeniach i kapturem mocno naciągniętym na głowę, tak, by zasłaniał twarz. Co jakiś czas nerwowo oglądał się za siebie, chcąc mieć pewność, że nikt go nie śledzi. Okolica nie należała do przyjaznych i żaden trzeźwo myślący obywatel nie zapuściłby się tutaj, zwłaszcza o tej porze. Wszędzie roiło się od typów spod ciemnej gwiazdy. Począwszy od drobnych rabusiów, a skończywszy na prawdziwych zwyrodnialcach z kartoteką długą, jak kolejka Shinkensen. Nie przeszkadzało mu to, przeciwnie, było na rękę. Mimo to, ostrożności nigdy za wiele. Tym bardziej teraz, gdy musiał mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Zdążył wdrapać się na piętro starej kamienicy, gdy z nieba lunął siarczysty deszcz. Dotarł do pokoju i zabarykadował drzwi. Nie planował już dziś żadnych wycieczek. Jedna, goła żarówka oświetlała skromne wnętrze poddasza. Ściany, wcześniej zapewne lśniąco białe, teraz całkiem zszarzały zdając się błagać o odrobinę farby. Tynk odłaził płatami, a pożółkłych plam na suficie nie powstydziłby się sam Picasso. Warunki ekstremalne dla każdego alergika. Wilgoć, pełno kurzu, brud, duchota. Odrapane biurko i poplamiony tapczan stanowiły tu jedyne umeblowanie. Jeśli meblem można nazwać ten kawałek drewna wyżarty przez korniki i gąbkę z wyłażącymi sprężynami. Obraz nędzy i rozpaczy. Większość uciekłaby z krzykiem, ale nie on. Nie zależało mu. To miejsce idealnie nadawało się na kryjówkę, a właśnie tego teraz potrzebował. Musiał się gdzieś zaszyć i przyczaić. Zbyt wiele ryzykował. Wiedział, że nadszedł czas zmierzyć się z przeszłością.

c.d.n

Twins - 2009-12-14, 19:17

Ooooo!!! Olka, wreszcie się zdecydowałaś to skończyć! :D
Nie możemy się doczekać! :)
świetne to opo i Ty o tym wiesz ;D

olka - 2009-12-14, 19:41

Twins napisał/a:
Ooooo!!! Olka, wreszcie się zdecydowałaś to skończyć! :D
Nie możemy się doczekać! :)
świetne to opo i Ty o tym wiesz ;D


Zdecydowałam napisać cedek :576: Czy skończe? Okaże się... :lol:

Ninuś - 2009-12-15, 16:05

Olka! No coś nowego nareszcie!
Pisz, my czekamy :D ;*

isis - 2009-12-15, 19:12

Ooooo Ola wreszcie coś dała!;D
Rewelacyjne jest to opowiadanie!!!Pisz kolejną część!:)

olka - 2009-12-19, 22:12

"Życie po życiu"

Część 4 - Nowa

Trzy miesiące później...

Dokładnie tyle minęło od śmierci Marka. Przez cały ten czas Basia próbowała oswoić się z sytuacją, przyzwyczaić do myśli, że jego już nie ma. To wcale nie było łatwe. Zamknięta w ciasnych granicach bólu całkowicie poświęciła się pracy. Żyła w ciągłym napięciu, zmęczeniu i stresie, co wyraźnie odbijało się na jej wyglądzie. Cera straciła dawny blask, była ziemista i blada. Worki pod oczami mówiły same za siebie. Nie sypiała po nocach, żywiła się głównie kawą, potwornie schudła. Zarówno Adam, jak i Zuzia widzieli co się z nią dzieje. Ilekroć któreś z nich próbowało zwrócić jej uwagę, zapewniała, że wszystko jest w porządku, że radzi sobie. Oboje wiedzieli, że tak nie jest. Sama Storosz zdawała sobie z tego sprawę. Coś w niej pękło. Życie zostało pozbawione kolorów. Stało się pustą, monotonną egzystencją. Funkcjonowała wykonując szereg mechanicznych czynności, wcale nie czując się z tego powodu lepiej. Od czasu do czasu przyjaciołom udało się namówić ją na jakiś wspólny wypad, na który godziła się dla świętego spokoju. Jednak to nie była już ta sama Baśka. Nie tryskała energią, nie zarażała optymizmem. Na buzi gościł sztuczny uśmiech, lecz oczy wciąż były smutne.
Najgorsze były noce. Wtedy wspomnienia osaczały ją, jeszcze bardziej wyraźne i bolesne niż zwykle: jego spokojny oddech, gdy spał obok, sposób, w jaki ją obejmował, wyraz jego oczu, kiedy patrzył na nią krzątającą się po kuchni, zapach z jakim wracał z łazienki wykąpany i ogolony, wybuchy śmiechu podczas toczonych przez nich walk na poduszki....
Zabierała pracę do domu, chcąc odpędzić przeszłość. Miała nadzieje, że zatraci się w aktach, raportach i analizach. Bała się tych samotnych, ciągnących się z nieskończoność godzin.
Zacisnęła powieki i głośno westchnęła. Siedziała na tarasie w mieszkaniu najlepszej przyjaciółki. Zuzia obchodziła dziś swoje urodziny i bardzo zależało jej na tym, by Basia się pojawiła. Storosz nie chciała, nawet nie potrafiłaby jej odmówić. Nie była to żadna huczna impreza. Zwykłe, kameralne spotkanie w gronie przyjaciół, z dobrą muzyką i kieliszkiem wina w ręku. Okazja dobra do tego, by się spotkać, pożartować i powspominać stare czasy. Próbowała, ze wszystkich sił starała się uśmiechać, żartować, uczestniczyć w dyskusjach, zachowywać się najnormalniej w świecie. W głębi duszy miała największa ochotę wybiec stąd, wrócić do siebie i płakać w poduszkę. Ale zaciskała zęby i grała dalej. Wszystko po to, by jej przyjaciółka nie miała wyrzutów sumienia, że ją tu ściągnęła. To było święto Zuzi, jej dzień. Nie miała prawa psuć tego swoją rozmazaną buzią. Dlatego, jak tylko towarzystwo ruszyło na parkiet chcąc trochę popląsać, korzystając z okazji wymknęła się na taras, by móc w końcu odetchnąć. Siedziała tam dość długo nim Zuzka ją zauważyła. Bez słowa podeszła, podała jej kieliszek czerwonego wina i usiadła obok.
- Pamiętasz jak rok temu Marek z chłopakami, wystroili się w spódniczki, tańcząc dla mnie niczym rasowe baletnice? – cisze przerwała Zuzia, nie kryjąc rozbawienia. Baśka od razu się roześmiała.
- Nigdy w życiu się tak nie uśmiałam! – przyznała otwarcie.
- On to potrafił zorganizować imprezę. To były chyba moje najlepsze urodziny – pochwaliła Ostrowska.
- Był niesamowity – grymas bólu zagościł na jej twarzy.
- Wszystkim nam go brakuje. A ja rozumiem więcej, niż Ci się wydaje – uśmiechnęła się smutno patrząc gdzieś przed siebie – Nigdy Ci tego nie mówiłam, ale ... kiedyś byłam mężatką – Storosz spojrzała na przyjaciółkę totalnie zaskoczona.
- Nie miałam pojęcia.
- Byłam wtedy młodziutka – blado się uśmiechnęła – Mój mąż zginął w wypadku samochodowym. Droga, którą jechał była akurat w przebudowie. Kierowca ciężarówki prowadził zbyt szybko, nie zdążył wyhamować... samochód był sprasowany, jak naleśnik – w jej rzeczowym, na pozór obojętnym tonie, Basia wyczuła głęboko skrywany ból.
- Tak mi przykro. – nie spodziewała się, że jej przyjaciółka doświadczyła tak potwornej straty.
- Na początku miałam wrażenie, że bez niego umrę. Kiedy odchodzi tak bliska Ci osoba, tracisz wszystko. Wszystko co ważne, cały grunt pod nogami. Odchodzi ten ktoś jedyny, kto znał twój sposób myślenia. Wiedział kiedy się śmiejesz, płaczesz, złościsz... Nagle zostajesz sama i masz wrażenie, że już nikt nigdy nie będzie cię tak rozumiał.
- Myślisz, że w ogóle istnieje jeszcze ktoś taki? Ktoś komu naprawdę będzie zależeć? – Basia z trudem powstrzymywała łzy, myśląc „Czy jeszcze kiedykolwiek kogoś pokocham?”
- W końcu zawsze ktoś taki się znajdzie. Baśka, nie żyjesz na bezludnej wyspie. Może nie chcesz na razie o tym słyszeć, ale powinnaś wiedzieć.
- A co z Tobą? – zwróciła się do przyjaciółki.
- Pytasz, czy znalazł się ktoś taki? – Zuzia bardziej stwierdziła niż zapytała – No cóż, chyba tak naprawdę dopiero do tego dojrzewam, ale nauczyłam się żyć z tą moją tragedią. Ty też się nauczysz. – posłała jej pokrzepiający uśmiech i wróciła do salonu, nawoływana przez gości.

***

Był lipiec. Na zewnątrz panowała nieznośna duchota. Od tygodni na Warszawę nie spadła choćby kropla deszczu. Wysokie temperatury dały się we znaki nawet największym zmarzluchom. Ludzie zalegali w domach, korzystając z dobroci klimatyzacji i wiatraków. Co gorsza wieczorem wcale nie było chłodniej.
Opuścił kamienice grubo po północy. Zatrzymał się jeszcze przed bramą rozglądając na boki. Ulica była pusta. W pobliżu żywego ducha. Upewniając się, że jest sam wolno ruszył przed siebie. Opuszczony teren szkoły mieścił się trzy ulice dalej. Miał czas, nie musiał się spieszyć.
Rozgrzany beton parował, a gorące powietrze nie przynosiło ulgi. Świeżo założone ubranie zdążyło już przylgnąć do ciała. Skrzywił się na myśl o konieczności ponownej kąpieli w obskurnej łazience, jaka znajdowała się w kamienicy. Warunki tam były tragiczne, jednak nie to mu najbardziej doskwierało. Najgorsza była samotność, odosobnienie, całkowita izolacja na jaką był skazany.
Od miesięcy z nikim nie rozmawiał, nie widywał się. Całe dnie spędzał zamknięty w czterech ścianach, wychodząc dopiero po zmroku, gdy ulice pustoszały. Dziwił się sobie, że jeszcze nie zwariował. Ostrożność nakazywała unikać ludzi. Nie mógł dopuścić, by zobaczył go ktoś niepożądany. Wszędzie przemykał jak cień, szybko i niepostrzeżenie. Miał oczy dookoła głowy. Słuchał, obserwował, czuł w kościach, że wkrótce coś się wydarzy. Już dochodziły do niego pewne słuchy. Liczył, że informację, które dziś otrzyma pomogą mu w końcu odkryć prawdę.
Spojrzał na zegarek i przyspieszył kroku. Czuł przyjemne podekscytowanie. Nie potrafił pozbyć się uśmiechu, który błąkał się gdzieś w kącikach jego ust. Skręcił za rogiem poczty, wchodząc w wąską, brukowaną uliczkę. Kilka metrów dalej mieścił się plac budowy. Sprawnie wspiął się po siatce, przeskakując na drugą stronę. Minął jeszcze niski, ceglany murek, by chwile później znaleźć się na terenie szkoły.
Już z daleka dostrzegł samochód i stojącego obok mężczyznę. Uśmiechnął się lekko. Z rękoma w kieszeniach podszedł bliżej witając się z nim uściskiem dłoni.
- Na pewno nikt Cię nie śledził? – zapytał, by nie mieć wątpliwości.
- Chyba zapominasz z kim rozmawiasz.
- OK, wolałem się upewnić. Masz to, o co prosiłem? - chciał przejść do konkretów, jednak jego towarzysz zignorował pytanie.
- Wszystko w porządku? Nie wyglądasz najlepiej. – stwierdził lustrując go wzrokiem.
Faktycznie, nie wyglądał dobrze. Podkrążone oczy, blada, nieco zszarzała cera. Wyraźnie zmizerniał i schudł od czasu, gdy widzieli się po raz ostatni. Nic dziwnego, że przyjaciel zwrócił na to uwagę. On sam to zauważył, jednak zbył go machnięciem ręki.
- To nic takiego. Po prostu mało sypiam. Lepiej pokaż, co dla mnie masz. – niecierpliwił się coraz bardziej. Zgodnie z prośbą mężczyzna podszedł do auta, sięgając po coś na tylne siedzenie.
- Proszę. – podał mu białą, papierową teczkę wypchaną jakimiś papierami – Tylko tyle udało mi się zdobyć.
Dostrzegł lekkie rozczarowanie na twarzy kolegi. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak bardzo zależało mu na informacjach, o które go prosił. Żałował, że nie mógł mu bardziej pomóc.
- Nie wiele tego. – uśmiechnął się smutno – Ale i tak dziękuję. – zapewnił szczerze.
- To sprawa sprzed dwudziestu lat. Większość papierów poginęła. Trudno cokolwiek wygrzebać.
- Może na coś wpadnę. – mruknął bardziej do siebie, przeglądając pobieżnie zawartość teczki.
- Mam nadzieje, że to wystarczy. Jeśli pojawi się coś nowego, dam Ci znać.
- Dzięki. – spojrzał na kumpla i chwilę się zawahał – A co u...? Czy nadal...
- Jest w porządku. – zapewnił go, domyślając się o co chodzi. Dostrzegł grymas bólu na jego twarzy. Gdyby wiedział wcześniej, że wszystko będzie tak wyglądać, nigdy by się nie zgodził. Obiecał kryć przyjaciela, jednak cała ta sytuacją zaczęła coraz mniej mu się podobać. Chciał jeszcze raz przemówić mu do rozsądku.
- Słuchaj, może powinieneś... – zaczął, jednak on nie pozwolił mu skończyć.
- Nie. – rzekł twardo – Już o tym rozmawialiśmy i nie chce do tego wracać.
- Widzę jak się męczysz, to nie daje Ci spokoju.
- Nigdy go nie zaznam, jeśli nie zakończę tej sprawy. Wiem, że on wrócił. – dodał ciszej.
- Nawet jeśli masz rację, sądzisz, że poradzisz sobie sam?
Przez chwile milczał, z rękoma w kieszeniach i spuszczoną głową.
- Po prostu nie mogę tego tak zostawić. – odezwał się cichym, nieco ochrypłym głosem - Nie darowałbym sobie, gdyby przeze mnie zginęła kolejna, bliska mi osoba.
- Wiesz, że tamto, to nie była Twoja wina, nie mogłeś nic zrobić. – zapewnił z pełnym przekonaniem. Nie spodziewał się, że jego przyjaciel wciąż się tym gryzie.
- Być może – uśmiechnął się smutno. - Ale teraz mogę. I zrobię.
Zapanowała cisza. Panowie wymienili znaczące spojrzenia. Żaden wolał głośno nie mówić, co w tej chwili myśli. Jedno było pewne, to wszystko zaszło już za daleko, by się teraz wycofać. Nie było sensu dłużej o tym dyskutować. Obaj wiedzieli, że pora się pożegnać, mimo iż mieli sobie jeszcze mnóstwo do powiedzenia. Nie było czasu. Nikt nie mógł ich tutaj zobaczyć.
- Muszę lecieć.
- Kiedy się zobaczymy?
- Nie wiem – pokręcił głową, bezradnie wzruszając ramionami – Dam znać. Trzymaj się. – wyciągnął rękę, by móc uścisnąć dłoń kolegi.
- Ty też. I uważaj na siebie - przestrzegł. On tylko skinął głową i pomknął, znikając za ogrodzeniem.

(...)

Wróciła od Zuzki dosyć późno, z ulgą przekraczając próg własnego mieszkania. Nie zapalając światła, zdjęła buty i boso pomaszerowała w stronę łazienki. Po drodze zatrzymała się chwilę, zerkając na zdjęcie stojące na kominku, w salonie. Podeszła, by przyjrzeć mu się bliżej.
Wzięła do rąk stalową ramkę i czubkiem palców przejechała po Jego twarzy. Uśmiechnęła się przez łzy. Był taki pogodny, radosny, pełen życia. Szczerzył te swoje białe ząbki, w sposób, jaki najbardziej lubiła. To łobuzerskie spojrzenie, dwudniowy zarost... o tak, jej facet bez wątpienia miał to „coś”. Coś, czemu trudno było się oprzeć.
Ona sama dosyć szybko mu uległa. Ten sympatyczny łobuziak tak mocno zawrócił jej w głowie, że nie mogła spać, ani jeść. W każdej sekundzie jej myśli krążyły wokół niego. Wariowała widząc u jego boku inne kobiety, a gdy wreszcie miała go tylko dla siebie, oszalała ze szczęścia.
Nigdy nie sądziła, że można kogoś tak bardzo kochać. Być tak oddanym, poświęcić się całkowicie i bezgranicznie ufać. Będąc z Markiem czuła, że może wszystko. Stała się jeszcze bardziej pewna siebie i swoich możliwości. Może to banalne, ale on naprawdę dodawał jej skrzydeł. Wspierał, pomagał, zapewniał, że nie ma lepszych od niej. Wiedział jak i kiedy pocieszyć. Zjawiał się zawsze, gdy tego potrzebowała. Nie musiał nić mówić, ani robić, wystarczało jej to, że był.
Od jego śmierci czuła nieustanną pustkę. W domu, w pracy, wszędzie gdziekolwiek była. Zabrakło w jej życiu czegoś ważnego, czegoś, co, była pewną, nigdy już się nie powtórzy. Świadomość, że go nie ma, była tak potwornie bolesna, iż z trudem mogła oddychać. Została zupełnie sama, jak palec. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że ma przecież rodzinę, przyjaciół. Pamiętała. I była im dozgonnie wdzięczna, za całe wsparcie i cierpliwość jakie jej okazali. Jednak żadne z nich nie mogło zastąpić jej Marka. Nikt nie mógł.
Ścierając pojedynczą łezkę, która wymknęła się gdzieś ukradkiem, odłożyła zdjęcie na miejsce i podreptała prosto do łazienki. Wzięła szybki prysznic, założyła ulubioną piżamkę i z kubkiem ciepłej herbaty poszła do sypialni. Wiedziała, że nie zaśnie. Zwykle zasypiała wtulona w jego silne ramiona. Odkąd była tu sama, rzadko udawało jej się przespać całą noc. Wierciła się, przewracała z boku na bok lub budziła z krzykiem, po kolejnym koszmarze.
Wzięła do ręki książkę, sadowiąc się z nią na szerokim parapecie. Czując nagły dreszcz sięgnęła jeszcze po koc, niedbale zarzucając go na nogi. Pogrążona w lekturze, nie miała pojęcia, że z dołu ktoś pilnie ją obserwuje.

c.d.n

Twins - 2009-12-20, 11:35

WOW!!! Olka! ty wiesz, jak czekałyśmy na kontynuacje tego opowiadania! :D
jest intrygująco i z wątkiem kryminalnym, a to tygryski lubią najbardziej! =D
Biedna Basia :( , musi cierpieć. ale mamy już pewne podejrzenia, ale nie będziemy zdradzać! ;)
O stylu to nie trzeba się wypowiadać, jest świetny jak zawsze! Dalej!

isis - 2009-12-20, 15:43

Olka naraszcie!!!
Uwielbiam to opowiadanie!!
Kurcze tak bardzo żal mi Basi....niewyobrażam sobie bólu jaki musi odczuwać po śmieci ukochanego;(Dobrze,że ma przy sobie przyjaciół,którzy tak mocno ją wspierają.
Ale końcówka opowiadania strasznie za zaintrygowała!Pisz kolejną część!!!:):):)

Bliźniaczki,a Wy kiedy dacie coś swojego?:)

Twins - 2009-12-20, 17:18

Planujemy wam zrobić prezent na święta :D
Ninuś - 2009-12-20, 18:59

Twins napisał/a:
Planujemy wam zrobić prezent na święta :D

łooo jakieś nowe opowiadanie, czy kontynuacja starego? :)


Olka to opowiadanie jest rewelacyjne! Basi naprawde mi szkoda, strata Marka cholernie dużo ją kosztuje. Mimo,że minęło wiele tygodni, ona nadal cierpi... Dzieło! czekam na kolejne części z niecierpliwością :*:*

Daisy - 2009-12-26, 22:16

Twins napisał/a:
Planujemy wam zrobić prezent na święta :D


A ja czekam, i czekam... :lol:

isis - 2009-12-26, 23:23

Właśnie bliźniaczki!My tu ciągle czekamy na Wasze opowiadanie!!:)

A czy ktoś jeszcze tutaj pisze?:)

Ameliana1234 - 2009-12-26, 23:33

olka napisał/a:
Pogrążona w lekturze, nie miała pojęcia, że z dołu ktoś pilnie ją obserwuje.

Czyżby to była ta sam osoba, z którą wcześniej Adam rozmawiał? :)
Olka - ja Cię za to "Życie po życiu" uwielbiam! Po prostu uwielbiam! :D
Opowiadanie genialne jest i już doczekać ciągu dalszego się nie mogę. ;)

Daisy napisał/a:
Twins napisał/a:
Planujemy wam zrobić prezent na święta :D


A ja czekam, i czekam... :lol:

Bliźniaczki - ja już wczoraj chciałam się upominać, bo jak pod choinkę zajrzałam, to tworczości od Was nie dostałam! :lol:


Daisy - czytałam ostatnio na forum ifilm.pl Twoje opowiadanie z takim fragmentem:
Cytat:
- Jestem już! – komisarz wyszła ze swojego gabinetu i dołączyła z powrotem do przyjaciół. – Uzgodniliście już coś? Zamykamy go, czy wypuszczamy i dajemy ogon? - Basiu, tak długo rozmawiałaś przez telefon, że musieliśmy tę decyzję podjąć bez Ciebie… - odpowiedział słodkim tonem Zawada, opierając się o szafkę obok Storosz. – Wysłaliśmy za nim Szczepana i Zuzię. - Świetnie! – bąknęła i chwyciła za leżącą na oparciu krzesła kurtkę. – To ja jadę do domu! - A nie powiesz nam kto dzwonił? – kontynuował inspektor. - Zejdź ze mnie, dobrze…? - i wyszła, po chwili jednak wracając. – Marek chyba się przełamał. Odznaka i broń to był niezły pomysł… - mrugnęła [...]

i doszłam do momentu, w którym Basia tłumaczyła się Jackowi za to, że przyuważył ją z Markiem na strzelnicy... Gdzie ja bym mogła dalej przeczytać, bo szukałam, szukałam i kurcze znaleźć nie mogłam nigdzie, a ciekawa jestem, co będzie dalej. ;) Noo chyba, ze to był koniec, a ja go zwyczajnie nieuważnie przeczytałam... ;)

Daisy - 2009-12-26, 23:41

To nie jest koniec ;) Ale też opowiadanie nie jest skończone. Mogę Ci przesłać do momentu, do którego napisałam.
Ameliana1234 - 2009-12-26, 23:48

Czyli jednak dobrze załapałam, że w tym opowiadaniu nie powiedziałaś jeszcze ostatniego zdania. :D Byłabym zobowiązana.
Twins - 2009-12-27, 00:05

Cytat:
Bliźniaczki - ja już wczoraj chciałam się upominać, bo jak pod choinkę zajrzałam, to tworczości od Was nie dostałam!


Z prezentu na święta to raczej nici wyszły :lol: Ale do przyszłego roku powinnyśmy zdążyć :lol: Zaczęłyśmy dzisiaj, nie szło nam kompletnie ... :/

Ninuś - 2009-12-27, 12:39

Daisy napisał/a:
Mogę Ci przesłać do momentu, do którego napisałam.

yyy... chyba takiego Twojego opowiadania nie pamiętam... <mysli> czy mi tez mogłabyś przysłać?? ;-)

Bliźniaczki, no to macie jeszcze kilka dni hehe :mrgreen: pisać, nie marudzić :* :-D

olka - 2009-12-27, 19:56

Ja tez czekam na ten prezent od Bliźniaczek i doczekać się nie mogę 8-)
Przy okazji dziękuje ślicznie za wszystkie komentarze ;*;*;* :oops:
Widze, że większość już mnie rozgryzła w tym opowiadaniu :lol: A naiwnie łudziłam się, że troche was pozwodze :576: No trudno, chyba musze popracować nad budowaniem napięcia :lol:

Krymcia - 2009-12-27, 23:44

kiedyś mojej kumpeli odwaliło i napisała wiersz o mnie i o Zakościelnym ^^
jakoś tak tu pusto to pochwale się jej twórczością ( imiona zostały zmienione)
ostrzegam niektóre teksty są dziwne lekko mówiąc, ale mi i tak się podoba.
w końcu wiersz dla mnie..

*****

Była to znajomość niedorzecznie dziwna,
on był uczuciowy ona była zimna.
Poznali się przypadkiem na planie filmowym,
gdy kręcili scenę w spocie reklamowym.
Szła do garderoby po skończonym spocie,
nagle Marek krzyczy- "wracaj do mnie kocie".
Podeszła do niego, trochę zdruzgotana,
Marek nie wytrzymał, wziął ją na kolana.
Pocałował ją namiętnie w usta soczyste,
w jego sercu utkwiło uczucie ogniste.
Odepchnęła go mocno, z kolan zeskoczyła,
do garderoby pobiegła, przyjemność się skończyła.
W garderobie na łóżku jak długa leżała
i do poduszki przez całą noc szlochała.
Następnego dnia poszła do pracy,
Marek jej przyniósł śniadanie na tacy.
Gdy zjedli śniadanie, dalej film kręcili,
w ramach przeprosin dostała bukiet lilii.
Długo się nie gniewała na drogiego Maćka
(nie zmieniłam na Marek bo by się nie rymowało)
chciała w sobie poczuć jego długiego waćka.
Po skończonym filmie, zaprosił ją do domu,
uprawiali seks, nie mówiąc nikomu.
W pewnym momencie się opamiętała,
szybko się ubierając z jego domu zwiała.
Następnego dnia w pracy się nie pojawiła,
przez cały tydzień myśleli że, sobie z nich drwiła.
Niestety 24maja-gdy Maciek obiad je,
przychodzi list z napisem "Basia nie żyje".
Marek oszołomiony wstał prędko od stołu,
pobiegł do jej garderoby nie kończąc rosołu.
Niestety nikogo nie było, tylko zapach jej,
Marek uklęknął, było mu smutno bez niej.
Pytał ciągle:
"Dlaczego odeszłaś?"
"Czy mnie kochałaś?"
"Dlaczego milczałaś?"
Nie dostawał jednak żadnej odpowiedzi,
w jego oczach tylko obraz Basi siedzi.
Już dłużej nie mógł bez niej wytrzymać,
nawet swego serca nie chciał powstrzymać.
Wyjął pistolet, przyłożył do skroni
i na głos wykrzyczał "Niech mnie Pan Bóg chroni!".
Rozległ się strzał i słychać było krzyk,
który brzmiał tak: "Jesteś jak narkotyk!".
Pokochałem cię od pierwszego wejrzenia,
teraz idę do ciebie z własnego życzenia.
Po tym smutnym strzale, odnalazł ją,
teraz są razem i się kochają.

Twins - 2009-12-31, 18:06

Wymęczone...
Mamy tylko nadzieje, że ktoś pamięta.

Cena Niewinności , czyt. Marek więzień :lol:

ROZDZIAŁ ~~10~
Teściowa i święta.

Wreszcie z pełną świadomością Marek mógł powiedzieć, że w jego życiu zaczyna się układać. Coś może powoli, ale systematycznie zmieniało na lepsze, zaczynało poprawiać.
Zaznał spokoju, a Basia i dzieciaki, kiedy tylko mógł być przy nich, pomagali mu odciągnąć koszmar pobytu w więzieniu na nie zagrażającą jemu dalszemu funkcjonowaniu odległość.
Czuł, że oddycha. Pełną piersią. Nareszcie…
I nadal, szczęśliwy jakby był nowonarodzonym, pobierałby z powietrza taką ilość tlenu, jaką jego komórki nigdy nie byłyby w stanie wchłonąć, gdyby nie obecność kogoś, kto wyraźnie sprawiał, iż zaczynał dusić się we własnym domu.
Na samą myśl o matce swojej żony popadał w furie! Zrozumiał nagle, że w żartach o teściowych coś właśnie jest, coś prawdziwego i to wcale nie jest śmieszne. Nie dla niego. Nie w sytuacji, która zaczęła go już męczyć.
„Nikogo przecież nie bawiłaby obecność tego ubeckiego szpiega”! – pomyślał Marek któregoś z kolei zepsutego przez teściową dnia i zaczął już bez zbędnych tłumaczeń niemile się o niej wyrażać.
Nigdy jednak nie wypowiedział tych różnych epitetów na głos, by nie zrobić przykrości Basi. Podświadomie bał się, że jego żona stanie po stornie matki. W końcu płynie w nich po części ta sama krew i któregoś dnia te więzy musiałyby się w Basi odezwać. Więzy krwi to więzi krwi. Ale co on mógł o nich wiedzieć…
Marek, choć wiedział, że wymyślanie coraz to nowych przezwisk jest dziecinne, nie mniej jednak się powstrzymać. Zwłaszcza, kiedy upust wściekłości dawała świadomość, że teściowa nigdy nie jest w stanie odczytać jego myśli. Mógł sobie myśleć o zachowaniach „mamy” (do której zwracał się na per pani, gdy tylko nie było z pobliżu Basi), co mu się żywnie podoba. Czuł się wtedy lepiej.
Teściowa stała się dla niego na tyle uciążliwa, iż nie mógł czuć się swobodnie nawet w sypialni. Miał wrażenia, że ta kobieta, pozbawiona jakichkolwiek skrupułów, pewnego dnia zechce najść jego i Basię w łóżku. Musieli chować się po katach, byle tylko pozwolić sobie na chwilę czułości, jakby mieli znowu po szesnaście lat i robili coś wielce niedozwolonego.
Miał dość tej twarzy wyglądającej spod swoich wielkich binokli z ciągle skrzywiona miną. Ciągłych docinek, marudzenia pod nosem, zbawiennych rad, mądrości, pouczeń do których wygłaszania przypisywała sobie prawo z racji skończonych lat, jakby to przeżyła
Kto tu lepiej zna życie?
Ona, szczęśliwa mężatka, która całe spokojne i dostatnie swoje życie poświęciła wychowaniu dzieci i która o różnych okrucieństwach słyszała jedynie w telewizji?
Czy On – dziecko ulicy, która nauczyła go więcej niż tuzin wychowawców, który od wczesnych lat musiał o wszystko walczyć, a widział więcej niż niejeden pięćdziesięciolatek?
Dla Marka odpowiedź wydawała się oczywista. I o ile dawał spokój jeśli chodziło o niego, tak kiedy teściowa zaczęła się wtrącać w wychowanie j e g o dzieci, miarka się przebrała.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, pierwsze, które mógł spędzić tak jak marzył, ale Joanna zdawało się, że w każdym dniem czuje się u Brodeckich coraz pewniej. Zadomowiła i ani słowem nie wspominała o wyjeździe.
Marek jednak miał nadzieje, że przywołają ją do domu świąteczne przygotowania. Mylił się. Do Gwiazdki został tydzień. Szał przedświątecznych zakupów spadł na teścia. Joanna jedynie instruowała męża, co i gdzie ma kupić. Na tym jej rola się kończyła.
Marek współczuł teściowi, uważając za pantoflarza. Jednocześnie szanował go i szczerze gratulował, iż wytrzymał „z tą babą” tyle czasu. Dla niego było to niemal jak zdobycie olimpijskiego medalu w skoku o tyczce.
Takie zachowanie Storoszowej służyło jednemu. Chciała za wszelka cenę nakłonić córkę do odejścia od męża – mordercy, która to zaślepiona chorą miłością, nie dostrzega, iż trzyma pod dachem potwora.
Z marnym skutkiem. Basia przy każdej rozmowie na taki temat, powtarzała matce, ze bardzo kocha męża i nie wyszła za złego człowieka – jak grochem o ścianę.
Joanna się nie poddawała. Już jej w tym głowa, aby Basia zmądrzała. Przyjęła te misję bardzo poważnie. Przegrana oznaczała utratę honoru, upokorzenie. To nie było w jej stylu. Zawsze dostawała to, czego chce.
Marek tez był uparty. Można rzec, ze Joanna trafiła na równego sobie przeciwnika. Dlatego też Marek przy śniadaniu postanowił na nowo rozpocząć temat teściowej. Joanna jeszcze spała i Brodecki miał nadzieje, że tak jeszcze pozostanie. Ostatnio nie mieli nawet gdzie spokojnie pogadać, nie bojąc się, że ktoś ich podsłucha.
Basia ubrana jeszcze w biały puszysty szlafrok stała przy otwartej lodowce i wykładała właśnie masło, które zapomniała wcześniej wyłożyć na stół. Marek już przy nim siedział. i zrobił miejsce, odsuwając pusty jeszcze kubek na herbatę, Basia mogła postawić pudełko.
Kiedy się lekko nad nim pochyliła, mimochodem poczuł zapach jej ulubionego płynu do kąpieli. „Szlag by to... Rozmowa poczeka. Najpierw przyjemności. Chwila przyjemności”.
Basia uśmiechnęła się w jednym kąciku ust. „Tak, przytul mnie, teraz tylko tego potrzebuje.”
Nim się obejrzała, już siedziała Markowi na kolanach. Pochwycił ja na raz pewnie i mocno, jak zwierzynę łowną, której nie ma zamiaru wypuścić, dopóki się nią nie pożywi.
Przymknęła oczy, czując na sobie jego ciepły oddech. Delektowała się nim, Całował jej szyję, podchodząc wyżej w okolice ucha. Na jej twarzy pojawił się urwany, ale szczery uśmiech zadowolenia. Jego pocałunki były dla niej jak relaksujący masarz. Reagowało na nie cale jej ciało, które domagało się jeszcze więcej.
Bez żadnej gry wstępnej. Po prostu miała ochotę na seks z własnym mężem z którym od przyjazdu matki żyje w celibacie. Odwróciła głowę w stronę Marka, by wreszcie mógł pocałować ją w usta. Delikatnie i zachęcająco. Tylko, że jej wcale nie trzeba było zachęcać. Była gotowa zedrzeć z męża ubranie, jeśli tylko nie da jej tego, czego chce. Tak, jeszcze nosek i uśmiech Marka, któremu akurat teraz zebrało się na droczenie się z nią.
Otworzyła oczy, również się uśmiechnęła i sama delikatnie skubnęła wargami jego wargi. Pocałował ją zachłanniej, wtapiając palce w jej rozpuszczone blond włosy.
„Jeszcze chwila, a zrobimy to na stole.” – pomyślała, nie mając nic przeciwko.
Joanna jakby wiedząc o czym teraz myśli jej zięć i o jaką wulgarność nigdy nie podejrzewałaby własnej córki, wiedziała, że musi wkroczyć. Widziała już zbyt wiele. Wyzywając w myślach Marka od „niewyżytego goryla”, udając, że nie zauważa figli młodych (którzy i tak byli zbyt zajęci sobą), sięgnęła do zlewu po szklankę, która niby przypadkiem wypadła jej z ręki, rozpraszając kochanków.
Oboje odskoczyli od siebie natychmiast, spoglądając na Joannę. Basia ze zmieszaną mina, a Marek w wściekłością wyrysowaną na twarzy. Dla niego był to szczyt wszystkiego, by nawet o wpół do siódmej rano nie mógł chwili pobyć sam z własną żoną! Wiedział, że przerwała im specjalnie, ale jakoś nie czuł się tą sytuacją skrępowany.
Nawet cieszyłby się, gdyby teściowa przyszła trochę później… Może wreszcie zdałaby sobie sprawę, że gościnność ma swoje granice i zarumieniona spakuje walizki, wypierając z pamięci intymną sytuacje, której nigdy nie powinna być świadkiem.
Ale nie Joanna. Wycofywanie się to nie w jej stylu. Nie teraz. Ta scena tylko jeszcze bardziej utwierdziła ją w przekonaniu, iż Marek Brodecki nie nadaje się na mężczyznę dla jej kochanej, grzecznej córeczki. I pozwoliła zrozumieć nieco postępowanie Basi i powody dla jakich ciągnie to pomylone małżeństwo. Już wiedziała jak ma z nią rozmawiać…
Za to Brodecka nie bardzo wiedziała co powiedzieć. „Dzień dobry, mamo”, czy „Jak miło, że czujesz się jak u siebie w domu, ale mogłabyś mieć czasem większe wyczucie chwili”. Zdobyła się jedynie na…
– Eee…Dzień dobry. Napiszesz się kawy, …ma-mo? – skończyła ochryple.
Skąd ta chrypka? Zastanawiała się. Oddechu już dawno jej brakowało, ale teraz czuła, że nie może go nawet złapać, ani wypuścić. Uciekał od niej jak zając. Aż musiała chwycić się uspokajająco za szyję, by fala zawstydzenia minęła i mogła złapać pełen normalny wdech.
Joanna też wybrała maskę skrępowanej.
Choć cała reakcja całej trojki trwała bardzo krótko, Basi wydawało się, że sekundy upływają jak minuty. Z opóźnieniem dotarła do niej odpowiedź matki.
– Nie…Ja.. Nic nie chcę, przepraszam! – Joannie udawanie zawstydzonej wychodziło fantastycznie.
Wybiegła z kuchni jakby ktoś oblał ją wrzątkiem. Basia spojrzała porozumiewawczo na Marka.
– Myślisz, że jak wiele mogła zobaczyć? – zapytała cienkim głosem.
Brodecka przeżywała tą sytuację bardziej od matki.
– Nie wiem. I szczerze nic mnie to nie obchodzi.
– Jak możesz! Mama nie powinna tego zobaczyć…Boże…jaki wstyd! – dziewczyna schowała twarz w dłoniach, zastanawiając się jak teraz będzie patrzeć matce w oczy.
Ona przez trzydzieści lat małżeństwa jej rodziców nigdy nie nakryła w ich intymnych sytuacjach.
Nie ważne, czy była dzieckiem, czy dorosłą kobietą. Marek miałby na to jedną odpowiedź: „twoi rodzice najwyraźniej od bardzo dawna nie uprawiali seksu”.
Dlatego też postanowił nie kry swojego oburzenia.
– Oszczędziła by nam go, gdyby już dawno wyjechała! Siedzi nam na głowie już kilka tygodni, wchodzi jak do siebie, …zrzędzi! A ty… jej na to pozwalasz, bo też ani razu nie zwróciłaś jej uwagi! Dobrze, że mamy zamykaną sypialnie, bo i tam zaczęłaby nas szpiegować! – Marek już nie panował tan tonem z jakim rozmawiał z Basią.
Miał dość tego, że teściowa potrafiła doprowadzić jego żonę do takiego stanu. Może nie było widać na jej twarzy rumieńców, ale matka wprawiła Basię w poczucie winy za doprowadzenie do tak kłopotliwej sytuację. Nie mógł uwierzyć, że Baśka obwinia za to ich dwoje, a nie swoją kochaną mamusie, która teraz będzie ich unikać, robiąc z siebie poniekąd męczennicę.
Jego wściekłość była tak widoczna, że nie tylko podniesiony głos zdradzał jak teściowa go rozgniewała.
– Przestań! – nie podobało jej się, co wygadywał Marek.
Nieświadomie zaczęła bronić Joanny.
– Nie zrobiłaby czegoś takiego! Nie wiesz co mówisz! Nie znasz mojej matki tak samo jak ja! – sama nie panowała już nas tonem swojego głosu.
– Możliwe! Ale widzę co się dzieje! Już tobą zmanipulowała, że jeszcze chwila a obracasz się przeciwko mnie! O to jej chodzi, prawda? Chce nas skłócić, żebyś mnie zostawiła! – przybliżył się do Basi spoglądając prosto w oczy.
Cały był spięty, jakby mówił z zaciśniętymi zębami. Wzrok miał rozproszony, nerwowy. Często zmieniał kierunek patrzenia, zwężając szpary powiekowe. Ogarnęła go jakaś dziwna niepewność i targała złość. Wziął ciężko głęboko oddech, nic nie mogąc na to poradzić, iż myśl, że mógłby znowu stracić rodzinę tak nim wstrząsnęła.
– Marek… – przybliżyła się do męża, głaszcząc po policzku. – Nikt nie przekonałby mnie, bym od ciebie odeszła, jeśli sama bym tego nie chciała. Kocham cię i jestem z Tobą, bo tego naprawdę chcę…
– A twoja matka? Już się przez nią kłócimy, a nie chce wiedzieć, co będzie dalej, jeśli nadal będzie z nami mieszkać. Bo chyba każdy człowiek odróżniliby odwiedziny od wprowadzenia się.
– Obiecuje, że z nią porozmawiam na ten temat i zapytam jak długo planuje jeszcze u nas zostać. – uśmiechnęła się szczerze.
– Nie zostałaby tu minuty, gdyby cię tu nie było. Zatrzymała się u nas tylko po to, by was chronić.
– Chronić? Nas? To śmieszne. Niby przed kim? – nie rozumiała.
– Przede mną? – odpowiedział jakby odpowiedź była bardzo oczywista. – Może myśli, że dla zabawy leje żonę i znęcam się nad dziećmi. Jestem sadystą. – podniósł brwi, uśmiechając się w kąciku ust.
Basia poczuła się zmieszana. Normalnie przyjęłaby to jako kolejny żart marka, ale to nie był żart.
Marek podrapał się pokazowo po głowie.
– Jestem nawet pewny, że zastanawiał ją każdy siniak jaki tylko zdołała uchwycić wzrokiem zza tych swoich wielkich szkieł.
A może to jednak był żart?
Zaśmiał się.
Tak, na pewno żartował. Jej matka nie może tak myśleć o Marku. Na pewno tak nie myśli, bo w przeciwnym razie musiałaby ją uznać za wariatkę. Nie chciała tego.
– Wytłumaczę mamie, że jestem z tobą szczęśliwa i nie ma powodu do niepokoju. Troszczy się o mnie tylko… w trochę niewłaściwy sposób. Tyle lat dawałam sobie radę sama, więc pewnie nie potrafi zrozumieć, że potrzebuje cię bardziej od powietrza. – Marek uniósł zaciekawiony jedną brew.
– Nigdy mi tego nie powiedziałaś. Czy dopiero rozmowa o twojej mamie, musiała cię sprowokować do takich wyznać?
– Oj, tak mi się tylko powiedziało. – droczyła się. – Jesteś mi też potrzebny do innych rzeczy. Tam na przykład stoi pełny kubeł śmieci…
– Ychym… Chwile temu chciałaś, abym ci pomógł w jeszcze innych rzeczach…– znów nie wiadomo kiedy znalazła się w jego ramionach. Jej szyję drażnił ciepły oddech…
– Chciałabym was jeszcze…raz. – Joanna przerwała.
Marek tym razem miał ochotę udusić posiadaczkę tego grającego mu na nerwach głosu.
Przeklinając cicho i mrucząc pod nosem coś w stylu „tego już za wiele”, wymijając teściową, wyszedł z kuchni. Później Basia słyszała jedynie trzask drzwi wejściowych.
– Znowu zrobiłam coś nie tak?
Basia już teraz bez wahania spojrzała na matkę z utraconą dozą cierpliwości.
– A jak myślisz mamo? Rozmawialiśmy, a ty nam przeszkodziłaś. Marek tak samo jak ja poczuł się z tym źle.
– Rozmawialiście? Ładne mi rozmawialiście… – Joanna nie kryła swojego obrzydzenia.
Basia aż nie mogła uwierzyć w to co usłyszała. Marek w niczym nie przesadzał. Jej mama przechodziła sama siebie.
– Słucham?! Mamo! Jak możesz! Podglądasz nas?! – Joanna zignorowała jej oburzenia.
Podeszła do córki i chwyciła ją za dłoń, jakby to miało ja uspokoić. Mimo wszystko nie wyrwała jej.
– Obie jesteśmy dorosłe. – zaczęła z innej beczki.
– Dzięki mamo, że to przyznałaś. – czy ona stosowała właśnie ironię wobec matki?
Tak. I nawet wcale się tym nie przejęła. Zasłużyła sobie.
– Tak, jesteś dorosła. Więc mam nadzieje, że też tak porozmawiamy o tym wszystkim, co się z tobą dzieje.
– Ze mną? Nie przypominam sobie, by działo się ze mną coś co mogłoby cię zaniepokoić. Za to mnie martwi to jak traktujesz Marka. – przeszła wreszcie do rzeczy.
To było jedyne w czym się zgadzały.
– Właśnie o nim chciałabym z tobą pomówić.
Basia zamilkła, dając jej pierwszeństwo głosu.
– Otóż uważam, że nie jest odpowiednim mężczyzną dla ciebie, dziecko.
– To żadna nowość. Powiedziałaś tak, kiedy tylko pierwszy raz przyjechałam z nim na rodzinny obiad. Użyłaś wtedy tylko słowo „chłopak”.
– Tylko, że wtedy sytuacja była inna. Nie wydarzyło się, to…co się wydarzyło.
– Nie była inna. Kocham go tak samo jak wtedy, a może nawet jeszcze mocniej. I jest moim m ę ż e m. jest mi z nim dobrze. Naprawdę tego nie rozumiesz?
– Oczywiście, że rozumiem kochanie. Rozumiesz aż za dobrze. Jesteś młoda, nie chcesz być sama. A Marek…cóż. Może się podobać młodym kobietom. Zawrócił ci w głowie. Dlatego żałuję, że nigdy mi się nie zwierzałaś z tych spraw. – przeczesała kosmyk włosów córki za ucho. – I teraz nie rozumiesz, że miłość nie polega tylko na fizycznym zaspokojeniu. Zawsze przecież możesz sobie znaleźć kochanka, który zaspokajałby twoje potrzeby… – Basia otworzyła usta, nie mogąc się powstrzymać od komentarza.
– Zaraz, zaraz! Ty myślisz, że… Ty myślisz, że jestem z Markiem dla seksu?! Nie! To żałosne… Nic już więcej nie mów, proszę cię!
– Ty nie zadajesz sobie z tego sprawy! Mylisz miłość z pożądaniem.
– Ja nie wiem, co to jest miłość?! Ja?! A kto cale życie dawał mi do zrozumienia, że w małżeństwie istnieje tylko przyzwyczajenie! To nazywasz miłością?
– Źle to odebrałaś. – tłumaczyła się Joanna.
– Wystarczyło mi patrzeć na ciebie i tatę! – czyżby wreszcie to powiedziała?
Weszła w nią taka odwaga, by powiedzieć matce, to, czego nigdy nie byłaby w stanie, jakiej nigdy wcześniej nie czuła.
Tak, to nie rodzice nauczyli ja kocha innych tak jakby sama tego chciała. Zrobił to Marek, kiedy ją pokochał.
– Nic nie rozumiesz. Jesteś jeszcze taka młoda… – Basia czuła, że zaraz eksploduje.
– Nie rob ze mnie dziecka, jak za każdym razem, kiedy brakuje ci argumentów! I jeśli już tak bardzo interesuje cię moje życie erotyczne to tak! Pragnę swojego męża! Pragnę jak cholera! Uwielbiam się z nim kochać!
– Co on z tobą zrobił… – wtrąciła Joanna niemal łamiącym głosem, co nie wytrąciło Basi z pantałyku.
– I wiesz co, mamo? Żałuje bardzo, że nas nakryłaś, bo zapowiadała się niezła zabawa!
– Jaka zabawa, jaka zabawa?! Od kiedy stałaś się taka wulgarna?!
– Od kiedy przestałam być grzeczną córeczką, która tylko przytakuje rodzicom, nawet jeśli nie maja racji.
– To on cię buntuje przeciwko mnie?! Za co? Za seks na stole?! Chwile przyjemności! Tym cię do siebie przekonuje?
– Chwile przyjemności z mężczyzną, którego k o c h a m ! Ja nie wiem, jak ja mam ci to jeszcze wytłumaczyć! – załamała ręce.
Czy jej mama naprawdę miała tak marne pojęcie o szczerej miłości?
– Że też głupia na to idziesz!
– Nie wtrącaj się! Nie masz prawa! Bo to moja sprawa! Nie robię nic złego! – ta rozmowa nie miała przerodzić się w kłótnie, ale Basia nie potrafiła pohamować swojego oburzenia.
– Zrobi z ciebie dziwkę, zobaczysz! A kiedy przestaniesz mu wystarczać znajdzie sobie inną! Zostawi cię, samą z dziećmi! Takie życie wybierasz?!
– Twoje hipotezy są śmieszne! Marek to porządny człowiek! Kocha mnie, kocha dzieci! Nie wierzę, ze możesz być taka nieczuła i tego nie dostrzegać!
– Ten kryminalista mylił cię pozorami!
– Nie życzę sobie, byś w tym domu wyrażała się źle o moim mężu! A od dzisiaj masz dwa wyjścia: albo zaczniesz go akceptować i przestaniesz uprzykrzać nasze małżeństwo, albo wyjedziesz i zapomnisz, że masz córkę! Wybieraj! – równo z ostatnim zdaniem, wyszła z kuchni, czując, że i jej przydałby się uspokajający spacer.
Niedługo obudzą się dzieciaki, a ona nie może im się pokazać roztrzęsiona rozmową z ich babcią.
***

Jak dobrze jest poczuć się od czasu do czasu słabiutką kobietką, pomyślała Basia, a chytry uśmieszek zagościł na jej rozpromienionej twarzy. Bynajmniej nie czuła wyrzutów sumienia, kiedy jej mężczyzna wnosił ciężkie torby po schodach, a kiedy ona niosła raptem leciutką siateczkę z włoszczyzną. Była jednak na tyle współczującą żoną, że ukrywała uśmiech przed mężem, choć dałaby sobie głowę uciąć, że i tak się domyślił. Jednak jak przystało na dżentelmena, nie pisnął nawet słóweczka o tym, jak dał się wykorzystać.
Co dziwne Marek nawet nie zaprotestował, kiedy dziewczyna oświadczyła mu, że chce wybrać się do hipermarketu. A doskonale wiedziała, jak Marek nienawidził łażenia po sklepach. Miał też swoją teorię. Według niego różnica między czasem spędzonym na zakupach przez facetów, w porównaniu z godzinami, jakie tracą kobiety polega na tym, że mężczyzna wchodzi, kupuje co mu potrzeba i wychodzi. Kobieta zanim cokolwiek kupi, musi się najpierw porządnie zastanowić i porównać ceny. Marek z natury był strasznie niecierpliwy, więc nie raz wolał już zrobić to sam i wyręczyć niezdecydowaną Basię.
Ostatnio cierpiał na kolejny atak fascynacji swoją małżonką, że nawet nie potrafiłby jej niczego odmówić. Zrobiłby dla miej wszystko. A zwłaszcza nie pozwoliłby, żeby kobieta cokolwiek dźwigała w jego obecności. Z przyjemnością wypakował wszystkie pakunki z bagażnika, kiedy roztargniona dziewczyna, wyliczała na głos listę sprawunków, zastanawiając się, czy przypadkiem o niczym nie zapomniała. Odhaczała kolejno każdy produkt, kiedy nabrała pewności, że to mają. Tak jak każdą gospodynię domową ogarnęła ją gorączka przedświątecznych przygotowań w tym szczególnym, zimowym okresie.
– Makaron jest, grzyby są, kapusta… jest. – potwierdziła po chwili głębszego namysłu. – Ale czy na pewno to wszystko? – zwątpiła, będąc świecie przekonaną, że o czymś zapomni.
Właśnie dlatego nienawidziła robić zakupów w takich tłumach, jak dzisiaj, gdzie kolejki do kasy są kilometrowe, a sklepy przeżywają prawdziwe oblężenie klientów. Wszyscy tylko się gdzieś spieszą. Czuła się, jakby ktoś ją poganiał. A miała wystarczająco dużo stresów w pracy, żyła w ciągłym napięciu. Przynajmniej w domu nie chciała czuć presji.
Spojrzała na Marka, jak zwykle, kiedy miała wątpliwości. On jeden zawsze wiedział, co powiedzieć, by zniknęły. Patrzyła na niego ufnym wzrokiem zagubionej dziewczynki, która spodziewa się, że jej mentor zaraz udzieli odpowiedzi krótkiej, jednoznacznej, dostatecznie wyjaśniającej to, czego nie rozumie. Markowi wówczas wydawało się, że pokłada w nim wszelkie swoje nadzieje. Czuł się, jakby uważała go za najważniejszego na świecie, najmądrzejszego i tylko jemu wierzyła. Jakby dla niej liczyło się tylko to, co on powie a ona będzie temu bezgranicznie posłuszną.
To było niesamowite.
– Mamy wszystko co nam potrzeba. – uspokoił dziewczynę całusem w czoło. – A teraz otwórz jeśli nie chcesz, żebyśmy zbierali to wszystko z ziemią.
Gdy Basia zamknęła drzwi za Markiem, mężczyzna postawił torby w korytarzu. Od samego progu poczuli przyjemny zapach pieczonego mięsa i aromat innych smakołyków. Czyży czekał na nich przygotowany obiad? Marek do tego stopnia nie mógł uwierzyć w to, że teściowa zrobiła coś dla niego, że zignorował woń, uznając ją za wytwór pustego żołądka i zmienił temat. Zaczął w międzyczasie rozpakowywać torby.
– Myślisz, że dzieciakom spodobają się prezenty? – pochylony, odwrócony tyłem nawet nie zauważył, gdy z kuchni wyszła Joanna, odziana w fartuszek.
Wycierała ręce i uśmiechała się delikatnie.
Spojrzenie jej i córki spotkały się. Matka dziewczyny próbowała nie zwracać uwagi na jej pełną zdziwienia minę, choć nie dało się nie zauważyć, że Basia stała jak wryta. Milczała, rozszerzyła lekko usta, a oczy powiększyły jej się do wielkości największej monety. Otrząsnęła się dopiero po chwili i była zdolna odpowiedzieć na pytanie męża.
– Tak, pisały o tym w listach. – odparła zmienionym głosem, co natychmiast wychwycił.
Odwrócił się i ujrzał Joannę. Widział, jak próbuje przykryć uśmiechem pojawiający się grymas, ale i tak był jej wdzięczny, że przynajmniej próbuje być miłą.
– Zrobiłam dla was obiad. – odpowiedziała wreszcie kobieta, zwracając się tym razem do obojga, a nie, jak to zwykła robić, tylko do Basi. – Pomyślałam, że będziecie głodni, jak wrócicie z zakupów. – dodała potulnym głosem.
„Skąd ta nagła zmiana? – zapytał podejrzliwie Marek, o mały włos nie wypowiadając tego na głos. Jeszcze niedawno nie kiwnęła palcem, by pomóc Basi. Ba odkąd tu jest ani razu nic dla nich nie zrobiła, nie zapytała, czy czegoś potrzebują. Jadła, piła za ich pieniądze ani myśląc, by się do czegoś dołożyć. Może był w tym momencie niesprawiedliwy. W końcu to matka Basi i jest jej gościem, ale Joanna nadużywała ich gościnności.
Pomieszkiwała u nich kątem w nadziei, że Basia wreszcie zmądrzeje i wróci z nią, i dziećmi do Przemyśla. Z pewnością wkładała Basi do głowy różne oszczerstwa na jego temat, by obrócić Basię przeciwko niemu. Pewnego dnia Basia nie wytrzyma i zacznie w nie wierzyć. Za jej namową zostawi męża – mordercę, by teściowa wreszcie nie musiała czuć wstydu przed sąsiadkami. Tak to sobie zaplanowała.
Zmieniła taktykę, czy naprawdę się zmieniła? Nie, nie był naiwny. Znał się trochę na ludziach. Tacy, jak ona nie zmieniają się z dnia na dzień. Mają zbyt mocno zakorzenione poglądy, by mogły tak łatwo ulec zmianie. Nie da się ich wyrwać. Siedzą twardo.
Jeśli ta przebiegła wiedźma myśli, że dał się nabrać na jej gierki, to się mocno zdziwi. Odezwał się stanowczo i zdecydowanie, mierząc w nią ostrym jak brzytwa spojrzeniem, nad czym nie mógł zapanować.
– Nie, nie… – urwał nagle, gdy Basia weszła mu zdanie, nie pozwalając skończyć.
Gdyby Basia mu nie przerwała, powiedziałby „Nie, nie jesteśmy głodni. Zabieraj sobie ten twój pieprzony obiad ty…”. No, może pomijając ostatnie zdanie z czystej grzeczności.
– Nie musiałaś się kłopotać, ale z przyjemnością zjemy. – uśmiechnęła się odrodzicielki, a ona odpowiedziała tym samym.
Jej usta z cieniutkiej linii, wygięły się w małą owalną podkówkę. Tak, to można przyjść za kształt uśmiechu. Zważywszy na to, że Storoszowa rzadko się uśmiechała.
– Będzie za pięć minut. – to powiedziawszy, zniknęła.
Gdy Basia upewniła się, że matka niczego nie widzi, odwróciła się do Marka.
– Marek! – rzuciła karcącym szeptem, by nie zachowywał się jak dziecko.
Niemal wymusiła na nim, by poszedł za nią do jadalni, by usiedli razem do stołu.
– Ja naprawdę nie jestem głodny… – mruknął pod nosem, ale Brodecka udawała, że nie słyszy jego pokrętnych wymówek.
Pierwszy raz od dawna, jak nie pierwszy raz w życiu mają okazję zjeść wszyscy razem. Marzyła, by wreszcie usiąść do stołu z najbliższymi jej na świecie osobami, żeby nie musiała wybierać między osobami, które kocha. Gdyby ktoś postawił ją przed takim wyborem nie umiała by tak zdecydować, by nie bolało. Bolałoby tak samo.
Marek usiadł z nimi tylko ze względu na Basię.
O dziwo, obiad przebieg bardzo miłej atmosferze. Zupełnie inaczej, niż przypuszczał Marek. On spodziewał się totalnej klapy, gdzie każdy będzie milczał, udając, że jest tak bardzo zajęty jedzeniem. Natomiast było wręcz odwrotnie. Teściowa spisywała się bez zarzutu. Może nie była przesadnie miła, ale też nie sypała złośliwościami, jak asami z rękawa. Udało im się nawet zamienić parę słów. Dla Basi to wiele znaczyło. To siedmiomilowy krok w ich relacjach. Jak tak dalej pójdzie może spędzą nadchodzącą wigilię wszyscy razem?
Zachowanie teściowej zasiało w Marku ziarno niepewności. Czy to możliwe, by się tak pomylił? Źle ocenił matkę swojej żony. Nie była taką perfidną hipokrytką i starą wiedźmą, która ciągle knuje za jego placami, obmyślając, jak mu zaszkodzić. Późno zrozumiała swój błąd, ale nie jest jeszcze za późno, by cokolwiek zmienić. Może się nie polubią, ale może jest szansa, by nie rzucali w siebie mięsem, przy każdej okazji? Nie, przynajmniej na razie nie wyobraża sobie, by Joanna przestała patrzeć na niego tym wilczym spojrzeniem. Wówczas się go nie bała. Odważnie stawiała mu czoła. Jednak śmiać mu się chciało na wspomnienie strachu w oczach kobiety, gdy trzymał nóż do chleba. Nic nie szkodzi, że był tępy jak diabli. Nawet gdyby chciał, nie zrobiłby jej tym krzywdy.
Dwie dobre rzeczy wypłynęły z tego obiadu. Pierwsza to ta, że teściowa choć raz pokazała swoją lepszą stronę. A druga, ważniejsza, że Basia była szczęśliwa. Tak naprawdę szczęśliwa. Widział to w jej oczach. Nie był zazdrosny, że z nim nie jest aż tak szczęśliwa, jakby chciał. Doskonale wiedział, co poświęca będąc z nim. Ona też wiedziała. Ale wiedziała również jakim człowiekiem jest Marek, co może jej dać i co jest jej w życiu potrzebne do szczęścia. Z Markiem to wszystko miała. Właśnie dlatego za niego wyszła.
Mimo wszystko Marek czuł się zobowiązany. Mogli żyć tak jak dawniej. A jednak Joanna chociaż się stara. Mówią, że co nagle to po diable, ale… wolał jednak myśleć, że jej intencje są szczere. Są sami, więc to idealna pora na rozmowę. Basia po telefonie od Adama, jak zwykle wyszła w pośpiechu i pojechała prosto na komendę.
Zastał teściową pochyloną nad blatem stołu. Wycierała go modrą ściereczką. Przyglądał jej się wyczekująco. Kobieta, gdy tylko poczuła na sobie czyjś wzrok, podniosła oczy. Wtedy go zobaczyła. Jej spojrzenie było łagodniejsze od tego, do którego już przywykł. Odniósł też wrażenie, że teściowa jest lekko zaskoczona tym, że miał śmiałość się do niej odezwać.
– Chciałbym pani podziękować. – powiedział. – Tym obiadem sprawiła pani Basi ogromną niespodziankę. …Mnie też. – dodał po chwili zawahania.
Nie wiedział skąd w nim wzięła się ochota na szczerość. Kierował nim impuls. A może zrozumiał, że to może być jedyna taka szansa na wyjaśnienie sobie pewnych spraw.
Teściowa nic nie odpowiedziała. Nawet mu to odpowiadało. Powie to, co chce jej powiedzieć, a ona wysłucha tego w spokoju, przemyśli, nie będzie przerywała.
– Wiem, że pani nigdy mnie nie lubiła i nie akceptowała naszego ślubu. I poniekąd rozumiem pani obawy. Ktoś z domu dziecka, bez rodziców, bez przeszłości z marnymi szansami na dobrą przyszłość nie jest wymarzonym kandydatem na zięcia…
Zatrzymał się na moment, szukając potwierdzenia swoich słów w reakcji teściowej. Tak, jak się spodziewał, znalazł je. Joanna spuściła głowę, całkowicie zgodna z Markiem. Nawet nie próbowała zaprzeczać, co jeszcze bardziej utwierdziło go w tym przekonaniu.
– Basia zasługuje na kogoś lepszego. – kontynuował niezrażony. – Wiem o tym. Sam jej to mówiłem, ale nie słuchała. Wybrała mnie. I myślę, że jest ze mną szczęśliwa, tylko… nie do końca. Dzisiaj zrozumiałem jak bardzo chciałaby by było normalnie. Tym bardziej jestem wdzięczny za to, co pani zrobiła. Nawet jeśli zrobiła to pani tylko z powodu Basi.
Musi ją pani bardzo kochać, ale zapewniam, że obojgu zależy nam na niej tak samo. To pewnie jedyna rzecz w której się zgadzamy. Zrobilibyśmy wszystko, by była szczęśliwa. Dlatego chciałbym panią prosić, by pozwoliła mi pani zyskać pani zaufanie, a obiecuję, że pani nie zawiodę i…– nie zdążył powiedzieć nic więcej.
Storoszowa wybuchła, jak wzburzona butelka po coca – coli.
– Przestań! – krzyknęła z desperacją.
Marek natychmiast zamilkł. Zamrugał oczami kilka razy kompletnie zbity z pantałyku. Patrzył na kobietę z niezrozumieniem i
Co ją tak wyprowadziło z równowagi? Powiedział coś nie tak? Jeszcze przed sekunda był pewien, że odnaleźli wspólny język i wreszcie jakoś się dogadają. Czyżby miał mylne wyobrażenie o tym, co tu się dzieje do jasnej cholery?!
Stał i cierpliwie czekał, aż kobieta nieco się uspokoi i odzyska głos.
To jeszcze bardziej rozwścieczyło Joannę. Po tym wszystkim, co tu wygadywał, tych wszystkich bredniach, jakie próbował jej wmówić, ma jeszcze czelność stać się i się gapić? Powinien zejść jej z oczu. Natychmiast! Wystarczająco się już nasłuchała, by nie mieć ochoty go oglądać, a co dopiero zmusić się na jakąkolwiek z nim rozmowę.
Z każdym kolejnym słowem, jakim ją bombardował fala narastającej irytacji napinała jej mięśnie niemal do bólu. Paraliżowały jej ciało do tego stopnia, że nie była nawet zdolna mu na cokolwiek odpowiedzieć. Zrobiło jej się gorąco. Spalała się od środka. W pewnym momencie tak bardzo nie mogła tego słuchać, że wstrzymała powietrze. Prawie zapomniała, jak się oddycha. Poczerwieniała ze złości z braku tlenu. Poczuła obrzydzenie do tego człowieka, jego kłamstw. Była tak wściekła, że denerwowało ją w Marku dosłownie wszystko. To jak stoi, jak jest ubrany. A sam ton, barwa jego głosu doprowadzała ją do szału. Musiała to przerwać. Inaczej głowa jej pęknie. Dłużej tego nie wytrzyma. Wzięła głęboki oddech i krzyknęła na tyle głośno, by go odstraszyć. Chciała by zamilkł, by nie musiała go więcej słuchać. Tylko tego wtedy pragnęła.
Gdy ochłonęła, postanowił zapytać.
– Słucham?
– Nie rozumiesz? Zrobiłam to tylko dla Basi! Chciałam, żeby w to uwierzyła! – wykrztusiła wreszcie cała prawdę.
– Okłamała ją pani? – był zaskoczony.
Mimo, że wiedział, że to wszystko mogło być tylko obłudą, nie mógł uwierzyć, że jest zdolna do czegoś tak niesprawiedliwego.
– To ty bez przerwy karmisz ją kłamstwami. To dlatego nie chce od ciebie odejść. Sterujesz nią, jak ci się żywnie podoba, a ona ufnie w Ciebie wierzy. Ale musi w końcu przejrzeć na oczy! Już ja się o to postaram!
– I w tym celu oszukuje pani własną córkę? Daje złudną nadzieję na coś, co się nigdy nie stanie. Uważa pani, że to w porządku?! – podniósł głos.
Kompletnie nie rozumiał tej kobiety.
– Nie musiałabym tego wszystkiego robić, gdybyś zostawił ją w spokoju. – wycedziła przez zęby.
W tej chwili, gdy tak na nią patrzył, zastanawiał się dlaczego aż tak bardzo go nienawidzi i Storoszowa chyba zanosiła się, by wreszcie mu to wyjawić.
– Masz rację, nigdy cię nie lubiłam, bo od początku wiedziałam co z ciebie za ziółko. Miałam złe przeczucia. Ale nikt nie słuchał mojej intuicji. Obawiałam się, że któregoś dnia coś się stanie i jak się potem okazało miałam rację! Wyszło szydło z worka! Mąż mojej córki okazał się mordercą. – powiedziała z satysfakcją.
Wyglądała na zadowoloną z tego, że jej przypuszczenia się sprawdziły.
– Domyślam się, że ucieszyła panią wiadomość, że jestem w więzieniu. – nie chciał by nie miły, ale ta kobieta coraz bardziej działała mu na nerwy.
– Oczywiście, że się ucieszyłam! – wolałby jednak, by była na tyle taktowną, by nie powiedziała tego na głos. – Z tego związku nie mogło wyjść nic dobrego. – dodała.
– Ma pani na myśli swoje wnuki. – zagryzł zęby, by nie powiedzieć czegoś więcej.
Z trudem przeszło mu to przez gardło, ale miał nadzieję, że może to ją przywróci do porządku i skruszona zamilknie.
Jednak gdy tylko pomyślał, że ktoś mógłby tak pomyśleć o dzieciach, cały się trząsł. Nikt nie byłby w stanie nad nim zapanować. Wymierzyłby temu komuś surową nauczkę.
Z spodziewanym skutkiem Joanna po tych słowach zawahała się na moment, po czym sprytnie odwróciła kota ogonem.
– Oczywiście, że nie! To akurat jedyna dobra rzecz, jaką w życiu zrobiłeś. – tu uśmiechnęła się do niego znacząco.
Tak, dzisiejszego poranka musiała pomyśleć, że Basia jest z nim wyłącznie dla seksu. Świetnie. „Dzięki za uznanie, mamo” – pomyślał kąśliwie.
„Jedyna dobra rzecz… Jedyna dobra…”. Odbiło się echem w jego głowie. Jeśli chce, by poczuł się bezwartościowo, musi się bardziej postarać.
– To będzie wyłącznie zasługa Basi, że wychowa moje wnuki na porządnych ludzi, mimo, że mają takiego ojca… – zacisnął nerwowo pięść, aż kłykcie u dłoni pobielały.
– Równie dobrze można im pogratulować babci. – uśmiechnął się uroczo. – Poza tym myli się pani. Jestem niewinny i mam zamiar to udowodnić. – Joanna parsknęła śmiechem na słowo „niewinny”, co brzmiało jak .
– Niewinny? Daj spokój, chłopcze. Nikt ci w to nie uwierzy. I nie sądzę, by nawet Basia była na tyle naiwna i zaślepiona. Jest policjantką, była tam wtedy i widziała, jak mordowałeś tego biednego człowieka. – nie miał już siły na rozmowę.
Zaczynało brakować mu cierpliwości.
– Może mnie pani nienawidzić. Ale co w tym złego, że kocham pani córkę?!
– To, że to nieodpowiednia kobieta dla ciebie.
„Jakim prawem oceniasz kto jest dla mnie odpowiedni?!” – zripostował w myślach, nie zdając sobie sprawy, że wypowiedział to na głos.
Kobieta patrzyła na niego przenikliwie, ale uśmiechnęła się tylko na ten arogancki i niegrzeczny komentarz zięcia.
– Dobrze, jeśli jest naprawdę tak, jak mówisz, że ją kochasz… – zauważył grymas na jej twarzy, jakby mówiła o trędowatym. – to ty bądź na tyle rozsądny i sam odejdź. Zapomnij o niej. Basia tego nie zrobi… Jest za bardzo do ciebie przywiązana. Krępujesz ją. Uzależniasz od siebie, a ona boi się, że sobie nie poradzi. Wątpię, czy nawet cokolwiek do ciebie czuje.
– Od początku wiedziałem, co kombinujesz, gdy tylko przyjechałaś i zobaczyłaś, że do siebie wróciliśmy. Myślałaś, że Basia łatwo we mnie zwątpi, ale, gdy zrozumiałaś, że to nie takie proste, zgrywasz uprzejmą teściową, by stopniowo nastawiać ją przeciwko mnie. Nie wzięłaś jednak pod uwagę, że Basia zauważy, że to kolejna z twoich chorych gierek, by nas rozdzielić. – nie silił się już na uprzejmości. – Jeszcze dzisiaj z nią porozmawiam. Nie pozwolę, by dała się pani okłamywać.
– Nie zrobisz tego! – postawiła się.
– Grozi mi pani?! – krzyknął poirytowany jej bezczelnością.
To już szczyt wszystkiego. Ta kobieta nie zna granic.
– Jeśli piśniesz choć słowo o tym, o czym tu rozmawialiśmy…
– Nie dam się szantażować. – przerwał jej. – Przypominam, że znajduje się pani w moim domu i w każdej chwili mogę pokazać pani drzwi do wyjścia.
– Jeśli skąd obejdę to tylko z Basią i dziećmi.
– To się nie uda. – odparł stanowczo.
– Uda się, zobaczysz. Powiem jej, że to ty mnie szantażujesz, kazałeś odgrywać to przedstawienie, a ja musiałam to wszystko znosić, gdyż zagroziłeś, że skrzywdzisz ją lub dzieci. Dodam jeszcze parę historyjek, po których mi na pewno uwierzy. Znam moją córkę. W końcu nikt nie wytrzymałby życia w takiej niepewności zbyt długo…
To on nie wytrzymał. Doprowadziła go do stanu dzikiej furii. Tylko dzięki wyćwiczonej samokontroli trzymał się z dala od tej kobiety, którą miał ochotę rozszarpać. I miałby gdzieś, że to matka jego żony. Stracił do niej resztki szacunku.
Krzyknął doniośle.
– Ty stara, fałszywa wiedźmo!!! Wynoś się z naszego życia! – odwrócił się i oniemiał.
Ich spojrzenia się spotkały.
Stała tam i nie wierzyła własnym uszom. Nieważne, że słyszała tylko ostatni wycinek rozmowy. To jej wystarczyło. Weszła w głąb kuchni.
Zauważył, jak mu się przygląda z pogardą. Ściągnęła brwi, zacisnęła usta w wąską linijkę, a w oczach tańczyły jej chochliki wściekłości.
Nawet nie zauważyli zadowolenia na twarzy teściowej z tego, że córka weszła we właściwym momencie. Potoczyło się lepiej niż planowała.
– Słyszałaś co powiedział. – odezwała się Joanna po chwili krępującej ciszy. –Pozwolisz córeczko, by mnie tak traktował?
– Zostaw nas samych. – powiedziała, ale ton jej głosu nie miał ani krzty z ciepłego, aksamitnego, pełnego życzliwości głosu Basi.
To był beznamiętny, chłodny głos podkomisarz Barbary Storosz – bezkompromisowej i twardej policjantki – jakim zwracała się podczas przesłuchań do morderców, gwałcicieli.
Znał ten ton. Mówiła tak do niego, kiedy była naprawdę wściekła.
– Ale… – wtrąciła Storoszowa, ale Basia natychmiast ją uciszyła.
– Powiedziałam zostaw! – Joanna spojrzała na nią spod byka, ale posłusznie opuściła pomieszczenie, zostawiając ich samych.
Basia zamknęła za nią drzwi, by czasem nie korciło matki, by zajrzeć do środka.
Jakby to miało coś dać. Jak znał życie ta jędza stoi właśnie pod drzwiami i ze szklanka przy uchu podsłuchuje ich rozmowy.
Gdy Brodecka podeszła bliżej Marka, założyła ręce na piersi, jakby czekała na wyjaśnienia. Sposób w jaki na niego patrzyła ani trochę się nie zmienił. Dała mu do zrozumienia, że nie ominie ich rozmowa, a ona jest nieugięta.
– Nie patrz tak na mnie. – poprosił.
Nie mógł tego znieść.
– Słyszałaś tylko wycinek rozmowy. – sprytnie zauważył.
– Wystarczający kawałek, by mi się to nie spodobało. – zaznaczyła, z czym marek nie mógł się nie zgodzić.
Spuścił głowę ze skruchą. Może Basia ma racje, nie powinien się tak zachować, ale to nie tylko jego wina. Joanna wiedziała co powiedzie, by zakuło najmocniej. Po części sama się o to prosiła.
Twarz Basi natychmiast złagodniała.
– Marek, przecież to starsza kobieta. Jak mogłeś się tak zachować? – spytała spokojnie.
Nie miała zamiaru na niego krzyczeć.
– Sprowokowała mnie. – mówił unikając jej wzroku.
– Być może, ale to cię nie usprawiedliwia. Powinieneś ją przeprosić.
– Usprawiedliwia, jeśli zrobiłem to, bo chciała mną szantażować. – zmrużyła oczy, porzucając władczą postawę, jaką przyjęła do tej rozmowy.
Zauważył, jak rozszerza usta ze zdziwienia.
– Szantażować? – spytała zmienionym głosem.
– Zagroziła, że jeśli Ci powiem, że przy obiedzie odstawiła teatrzyk, naopowiada ci takich rzeczy, po których będziesz musiała jej uwierzyć. – wyjaśnił Basi w skrócie zarys rozmowy z teściową.
Basia przez cały czas przeczyła głową nie wierząc, że jej matka mogłaby ja tak okłamać, a co gorsza kogoś szantażować.
– Nie wierzysz mi. – rzucił z żalem, kiedy Basia długo milczała.
Stała zamyślona, spoglądając w nieokreślony punkt.
– Nie, to nie to. – odezwała się wreszcie i wróciła na ziemię. – Po prostu nie chce mi się wierzyć, że moja matka…Wiem, nie jest aniołem, ale żeby posuwa się do czegoś takiego? Czuje się, jakbym jej w ogóle nie znała. – posmutniała, co nie umknęło uwadze Marka.
Podszedł i przytulił ja od tyłu. Pocałował uspokajająco w skroń.
– Przykro mi, kochanie. Proszę cię, nie mów, że ci powiedziałem. Tak będzie lepiej dla was obu. Zaraz pójdę ją przeprosić, ale wiedz, że wcale nie żałuje tego, co powiedziałem. – doskonale zdawała sobie sprawę, że to wredne co zrobiła, ale mimowolnie się uśmiechnęła.
– Marek. – dała mu sójkę w bok.
Zamruczał jej do ucha, klepnął w pośladek i odszedł. Odprowadziła go wzrokiem do drzwi, kiwając przy tym głową.
On chyba nigdy nie dorośnie, pomyślała.
W korytarzu już czekała na nich Joanna. Patrzyła na Marka jeszcze ostrzej niż zwykle. Nie przejął się tym zupełnie.
– Przepraszam za to, co powiedziałem. – rzucił, po czym nie czekając na jej reakcję, wchodził schodami na górę.
Zostawił teściową w całkowitym osłupieniu. Po przeanalizowaniu sytuacji parsknęła i udała się w swoją stronę.

*****

Kiedy Brodeccy myśleli, że udało im się jakoś rozwiązać kłopoty rodzinne, które przerodziły ich dom w ring, poranek przyniósł z sobą kolejną rundę.
Wykończona Basia obudziła się dzisiaj później niż zwykle. Marek jeszcze spał, dzieląc z nią połowę łóżka. Ostrożnie zwlekła się z niego, odsuwając od siebie kołdrę i przykrywając męża. Siadając przetarła kark. Nie spała dzisiaj za dobrze. Czuła się zmęczona. Niestety jako matka nie mogła jej po sobie pokazać. Ma wolne. Pierwsze od bardzo dawna i jej dzieci z pewnością jej tego nie popuszczą. Poza tym jutro Wigilia. Jeszcze tyle do zrobienia…
By nie myśleć dłużej o tym, co ją dzisiaj czeka, założyła kapcie i szlafrok, i z zamiarem zrobienia śniadania, leniwym krokiem wyszła z pokoju. Po drodze zajrzała do bliźniaków. Zajrzała przez małą szparkę w drzwiach. Oboje spali jak małe aniołki. Kuba na prawym boku z jak zwykle rozkopaną kołdrą, a Gabi na plecach z rozłożonymi u góry rękoma.
Weszła po do pokoju. Przykryła syna i podniosła z podłogi ulubionego misia córki – Misia Zdzisia z jednym przyklaśniętym uchem. Wyszła bezszelestnie tak, że dzieciaki nawet tego nie zauważyły.
Nie miała pojęcia, że nie tylko ona jest dzisiaj takim rannym ptaszkiem. Joanna wstała jeszcze wcześniej. Wyszykowana, jakby wychodziła do Kościoła, siedziała w salonie i wyraźnie czekała, aż pojawi się ktoś z domowników.
Basia nie potrafiła opanować ziewania, schodząc z ostatnich stopni schodów. Zauważyła siedzącą matkę niemal natychmiast. Nie musiała do niej podchodzić. Stanęła orientując się, że to jej mama wstaje. Nachyla się i dopiero teraz zauważyła, iż Joanna ciągnie za sobą walizkę na kółkach, która skrzętnie była ukryta za kanapą.
Jej matka wyjeżdża? Nie chciała się z nią żegnać w niezgodzie, zwłaszcza tuż przed Świętami. Z nikim nie chciała się żegnać w złości. Zaczęła łagodnie:
– Nie chciałam, żeby tak wyszło. Ale może tak będzie lepiej, skoro nie potrafisz dojść z Markiem do porozumienia… Nie chciałam tylko, byś źle o mnie myślała w te święta. Wczoraj wszystkim nam puściły nerwy.
– Nie rozumiesz. Nie wyjadę stąd sama. Spakowałam już twoje rzeczy i dzieci. Jutro Wigilia i nie wyobrażam sobie, by zabrakło przy stole mojej córki i wnuków.
– Nie wyjadę bez Marka. – odpowiedziała stanowczo, spoglądając matce w oczy.
– Chcesz mi zrobi przykrość. Zranić? – głos Joanny niemal się załamał do płaczu.
Oczy miała lekko zaszklone, usta wygięte w grymasie bólu.
Dzisiaj nie widziała w matce tej dwulicowej kobiety, która jeszcze wczoraj wygadywała takie oszczerstwa o jakie nigdy wcześniej by jej nie podejrzewała. Przemawiała przez nią desperacja i strach, a także i miłość. Dlatego też nie potrafiła być teraz taka stanowcza. Postanowiła załatwi do delikatnie.
– Mamo, ale jak to sobie wyobrażasz? Mam zostawić męża i wyjechać z dziećmi? W Święta nikt nie powinien być sam. Źle bym się z tym czuła. Po za tym nie chcę go zostawić. To będą nasze pierwsze Święta w czwórkę. – uśmiechnęła się delikatnie, myśląc, że to ją przekona.
– A my z ojcem jesteśmy twoimi rodzicami i mamy prawo zaprosić cię na Święta, a Marek na pewno sobie poradzi, więc nie przyjmuje odmowy. – Basi czuła się zmieszana.
Już nie wiedziała jak delikatnie, ale i dosadnie uzasadnić matce, że nigdzie się z nią nie wybiera. Zamilkła, starając się ubrać zdania w odpowiednie słowa, nie chcąc urazić matki. Joanna przyjęła to za zgodę.
– Basia nigdzie nie jedzie. – przerwał im stanowczy, lecz opanowany głos Marka.
Wchodził po schodach w samych dżinsach, bez koszulki. Wychodząc z łazienki słyszał odgłosy rozmowy i zaciekawiony zszedł na dół. Na nieszczęście zdołał usłyszeć interesującą go część, by zadziałać.
– Wybacz, ale to nie tobie o tym decydować. No Basiu, bo spóźnimy się na autobus, a musicie jeszcze kupić bilety i…
– Basia nigdzie się z panią nie pojedzie. – powtórzył tak samo, mając nadzieję, że odmowa wreszcie dotrze do kobiety.
– Mamo, my zostajemy tutaj, naprawdę… – w ślad za Markiem poszła Basia, spoglądając na mamę z łagodnością.
Joanna zamilkła, spoglądając to na zięcia, to na córkę. Była bardziej zszokowana i zezłoszczona, niż przygnębiona. Potraktowała to jak kolejny atak. Zwykłe robienie na złość.
Nie czekając na żadna inną reakcję ze strony Brodeckich i nawet na krzyki córki, która próbowała ją zatrzymać i jeszcze raz z nią porozmawiać, wzięła w dłoń rączkę od swojej walizki. Nie obracając się za siebie, wyszła, trzaskając drzwiami.
Marek zdając sobie sprawę, że to była najcięższa decyzja w jej życiu, przytulił Basię przepraszając jakoby za to, iż musiała dokonać wyboru pomiędzy dwoma osobami, których kocha.

***

Chyba jeszcze nigdy w życiu nie cieszył się tak ze Świąt. Raz, że pozbył się wreszcie teściowej i miał święty spokój. Dwa, to pierwsze Święta, jakie spędzą w czwórkę oraz te pierwsze od bardzo dawna na wolności.
Wcześniej jakoś nie bardzo przepadał za świętami. Nie przepadał, to może za duże słowo, ale nie uwielbiał ich, jak inni. Nie odliczał dni od początków grudnia, nie zastanawiał się nad tym, co chce dostać pod choinkę. Nie czuł, że to jakiś szczególny czas, gdzie wszyscy są dla siebie mili i serdeczni ani nie był też specjalnie religijny. Cieszył się, że ma wolne od szkoły. Tyle. Może dlatego, że inne dzieci spędzały je z rodziną.
Ale w tym roku naprawdę się cieszył, gdy rano pojechali kupić choinkę, wspólnie ją ubierali, a potem przygotowywali wszystko do wieczerzy. Czuł nawet lekkie podenerwowanie, gdy dzieciaki siedziały nosem w szybie, wyczekując pierwszej gwiazdki.
Gdy wreszcie się pojawiła, połamali opłatek życząc Wesołych Świąt najpierw swoim dwóm pociechom, potem sobie.
Cieszę się, że jesteś. Kocham cię. – szepnęła mu do ucha radosna, szczęśliwa.
Też cię kocham, odpowiedział i pocałował ją z miłością.
Kiedy dzieciaki, siedziały pod choinką i rozpakowywały prezenty, nagle rozdzwonił się telefon komórkowy Marka.
A już myślał, że nikt nie zakłóci im tego dnia. Basia nie kazała mu odbierać, ale nie posłuchał. Przeprosił żonę i odszedł na bok. Numer był zastrzeżony, wiec miał pewne podejrzenia co do rozmówcy.
Brodecka westchnęła i zagadała do bliźniaków.
– No, pokażcie mamusi co wam Mikołaj przyniósł… – uśmiechnęła się, a dzieciaki równocześnie wyciągnęły ręce z prezentami.
– Tak? Czego znowu chcesz? – rzucił ściszonym tonem do słuchawki.
Stał przy oknie, z dala od pokoju, by tej rozmowy nikt nie usłyszał.
Zgadnij co robię? Obserwuję cię… – zabrzmiał jak głos psychopatycznego mordercy. – Widzę każdy twój krok… Stoisz właśnie w oknie z telefonem przy uchu, w czasie kiedy twoja piękna żona rozpakowuje prezenty pod choinką…A twoje dzieci są takie uśmiechnięte…
– Ty popaprańcu! – warknął. – Znajdę cię i przysięgam, że zabiję.
Już kiedyś to zrobiłeś. Przyznaj, że to nie jest takie trudne?… Ale zobaczymy kto kogo pierwszy załatwi. Masz ochotę na małe zawody? Ciesz się rodziną, póki jeszcze możesz. Być może nie uda wam się dożyć kolejnych Świąt, ani tobie ani twojej rodzinie. Wesołych Świąt…
Kiedy Marek szykował kolejną ciętą ripostę usłyszał dźwięk urwanego połączenia…
Basia po raz kolejny spytała, kto dzwonił. Musiał kłamać.
– To Adam. On i Lena życzą nam Wesołych Świąt. – odpowiedział, nie dając niczego po sobie poznać.
Basia niczego nie wyczuła. Był świetnym aktorem.
Adam, będę cię potrzebował, przyjacielu… – pomyślał.
Miał plan i był całkowicie zdecydowany, że chce to zrobić.

olka - 2009-12-31, 19:51

No i mamy cedek, ale jaki... <lol> Wow!
Matka Baśki jest niemożliwa. Normalnie kobieta przeszła samą siebie. :-x
Wcale nie dziwie się Brodeckiemu, że nie wytrzymał i nazwał ją starą wiedźmą :lol:
Całkowicie się z nim zgadzam. Joanna bezczelnie wtrąca się w życie córki, chcąc decydować za nią. Dobrze, że Baśka staneła po stronie Marka i nie dała się przekabacic matce.
No i jeszcze ten tajemniczy telefon na końcu. Ta sprawa jest naprawde interesująca. Intryga wychodzi Wam całkiem nieźle, bo wciąż nie mogę połapać się, kto, co i dlaczego :576:
Czekam z niecierpliwością na kolejny cedek, byle nie za długo :mrgreen:
MISTRZOSTWO! :*:*:*

isis - 2010-01-01, 23:16

O kurcze,ale się podziało! :lol:
Matka Basi przekracza już wszelkie granice...dobrze,że Basia powiedziała jej co o ty mwszystkim myśli;PJak można aż tak inwigilować własne dziecko! Nie dziwie się Markowi,że tak zareagował:/

Ach piszcie dalej!!! :)
To opowiadanie jest rewelacyjne!:):):)

Ninuś - 2010-01-05, 16:49

Więzień! :mrgreen:
superrrr! Zgadzam się, matka Basi to... wrrr krowa! Co ona sobie w ogóle wyobraża! To jest życie Basi i ona z tym zrobi co chce... wrr nienawidze jak sie rodzice tak wtrącają w życie swoich dzieci.
ge-nia-lne! :)

czekam na kolejne Wasze dzieła! :*:*
aa i miałabym prośbę... mogę prosić o całego Więźnia (do tej części) na PW? :mrgreen:

isis - 2010-01-06, 22:25

Kto pisze?:)
Ninuś - 2010-01-07, 15:45

ja bym proponowała, żeby Kasia worda odwiedziła :D no i Olka i Twins :D i najlepiej Daisy :)
pisać, pisać :-P

Twins - 2010-01-07, 16:38

Na nas na razie nie możecie liczyć. Zbliża się sesja, a wcześniej zaliczenia z ćwiczeń, więc...
Ale popieramy głosy za Daisy, Olą i Kasią :D

Ninuś - 2010-01-08, 20:52

Dobra, widze że tu totalne pustki, więc...
Znalazłam gdzieś cuś...
tylko sie nie śmiejcie, bo to stare opowiadanie jak świat :576:

Zaginiona.
1/3

- Cholera jasna! – tymi słowami Adam przywitał Jacka, który właśnie wszedł do kanciapy. Zmierzył inspektora pytającym wzrokiem i usiadł na miejscu Rafała.
- Adam, czy coś się stało? - zapytał prokurator.
- A tak, stało się! – syknął ze złości. – Baśka nie odbiera!
- No ale Adam spokojnie, może stoi w korku.
- Co stoi w korku, Jacek? Powinna tu być już godzinę temu!
- To może jedźmy do niej, może zaspała… Wczoraj mieliśmy ciężki dzień, w dodatku były jej urodziny…
- Wiesz… dobry pomysł. – przytaknął inspektor i oboje ruszyli na parking.


Tymczasem w jednym z mieszkań na Wolskiej budził się on. Marek Brodecki, niegdyś wzorowy i szalony podkomisarz, dziś spokojny i poważny szef ochrony jednego z najbogatszych ludzi w Polsce. Otworzył swoje zaspane oczy i spojrzał na osobę obok. Była to drobna blondyneczka o ślicznych, ogromnych, czekoladowych oczach. Jeszcze spała. Pocałował jej nagie ramię i wyszedł z łóżka. Założył na siebie jeszcze bokserki i wyszedł do łazienki. Po kilku minutach obudziła się Basia. Przeciągnęła się i rozejrzała dookoła. Zastanowiło ją to, gdzie jest teraz jej… no właśnie, kto? Kolega? Przyjaciel? Chłopak czy może kochanek? Sama jeszcze nie wiedziała jak ma traktować Marka, kim on w ogóle dla niej jest.
Usłyszała jednak dźwięk lecącej wody, więc od razu domyśliła się, że Brodecki bierze prysznic. Uśmiechnęła się pod nosem i ponownie położyła głowę na poduszce. Do teraz ma przed oczami cały wczorajszy wieczór i… noc.

Sprawa wreszcie zakończyła się sukcesem. To był bardzo ciążki dzień dla pracowników komendy stołecznej. Trudna sprawa, złe humory podwładnych, a do tego wkurzający i czepiający się byli agenci CBŚ. Nic dziwnego, że Basię zaczęła strasznie boleć głowa. Jednak kiedy zadzwonił telefon, ból ustąpił, jak za dotknięciem czarodziejskiej różyczki. Stało się tak za sprawą tego, że momentalnie spojrzała na wyświetlacz, z którego wyczytała jedno imię „Marek”. Odebrała natychmiast.
- Halo? – powiedziała radośnie do słuchawki.
- Ooo… czyżbym wyczuwał w twoim głosie nutkę dobrego humorku? – jak zwykle musiał się z nią podroczyć.
- A no i owszem. Co jest?
- Zapraszam cię dzisiaj…yyy… po prostu... Nad Wisłę. Co ty na to?
- Ale przecież już składałeś mi życzenia. – zaśmiała się. – Aaaa… już chyba wiem… Chcesz wybadać, czy nosze odznakę Super Gliny?
- No powiedzmy, że tak. To co? Przyjedziesz? – zapytał z niecierpliwością czekając na jej odpowiedź.
- Hmmm… Przyjechać mogę, tylko…
- Tylko co?
- Tylko co my będziemy robić?
- Nie martw się, coś się wymyśli…
- W takim razie przyjadę. O której?
- A o której kończysz?
- Hmmm… właściwie to już mam koniec, muszę jeszcze tylko napisać raport dla Jacka i jestem wolna.
- Jacka, Jacka… - przedrzeźniał, przewracając oczami. – To teraz pan prokuratorek jest ważniejszy ode mnie? – wyczuła w jego głosie żal.
- Marek… - głośno westchnęła. - Będę za godzinę, cześć! – powiedziała, by uniknąć odpowiedzi i rozłączyła się.
Przez całą godzinę siedziała w swoim gabinecie jak na szpilkach. Kiedy wreszcie wybiła godzina, na którą umówiła się z Markiem, jak na złość przyszedł do niej Dumicz.
- Czołem! Jak się czujemy, droga solenizantko? Jeszcze raz wszystkiego najlepszego. – wiwatował z gromkim uśmiechem na ustach.
- Dzięki. – odpowiedziała trochę zmieszana i złapała za swoją kurtkę.
- Wychodzisz już?
- Tak, tu masz raport z dzisiejszej akcji. – wskazała na paper leżący na biurku. – Do jutra. – i już chciała wychodzić, ale Dumicz złapał ją za łokieć.
- Basiu, poczekaj.
- Tak? – spojrzała na niego.
- Chciałem cie zaprosić na kolację. – wyznał całkiem szczerze i szybko.
- Ale Jacek… Ja już jestem umówiona.
- Chciałem tylko uczcić twoje urodziny. – spuścił głowę i ze smutkiem pokiwał głową.
- Przykro mi. Życzę ci miłego wieczoru, pa!- uśmiechnęła się i w takim właśnie nastroju opuściła komendę.
Dotarła nad Wisłę troszkę spóźniona. Brodecki czekał na nią już od kilku minut. Opierał się o swój nowy, sportowy samochód. Kiedy ją ujrzał, uśmiechnął się delikatnie, a zarazem uroczo. Wysiadła i podeszła do niego, również się uśmiechając.
- Dziś zaskoczył mnie twój telefon po raz drugi. – zagadnęła po chwili ciszy. On tylko uśmiechnął się i przytulił ją do siebie. Trwali tak kilka chwil, jednak gdy oderwali się od siebie, nadal trwała cisza.
- Czemu chciałeś się spotkać? – zaczęła ponownie rozmowę.
- Stęskniłem się. – odpowiedział krótko.
- I tylko dlatego?
- No może żeby uczcić twoje urodziny… - na twarzy pojawił się jeden z jego cudownych uśmiechów, pod wpływem którego Basi uginały się nogi. – No to może jedź za mną.
- A to… my gdzieś jedziemy?
- Tak.- powiedział i wsiadł do swojego auta. Zaraz potem Basia wsiadła do swojego i odjechali.
Brodecki zatrzymał się pod… swoim blokiem.
- Czemu nie wysiadasz? – podszedł do jej samochodu i zapytał, kiedy otworzyła szybę.
- To jest twój blok.
- Tak… wiem. – zaśmiał się. – Wysiadaj!
Tym razem spełniła jego prośbę. Wysiadła i oboje udali się do mieszkania Marka.
- Napijesz się czegoś? – zapytał, zdejmując płaszcz. Basia usiadła na kanapie w jego salonie i obserwowała zachowanie przyjaciela. On coś kombinował i dobrze o tym wiedziała. Za dobrze go znała, a poza tym zdradzała go mina. Miał dziwny wyraz twarzy, jakby się nad czymś zastanawiał, coś rozmyślał.
- Nie, dzięki. Lepiej mi powiedz co ty kombinujesz.
- Ja? – pokazał na siebie i zapytał głupio. – Nic nie kombinuję.
- Mareczku, nie zapominaj że cię znam i wiem kiedy coś kombinujesz, a kiedy nie. No dalej mów o co chodzi.
- O nic… - powiedział poważnie, lecz po chwili dodał. – No dobra… powiem ci… Tęsknię za policją. Strasznie tęsknię. Ty nawet nie wiesz… jakie to jest uczucie robić coś czego się w ogóle nie chce robić!
- To czemu to robisz… Mówiłam ci już, że możesz wrócić!
- Ale Adam… - zaciął się.
- Adam, Adam, a co cię obchodzi Adam? To ja byłabym twoją szefową! A Adam jest moim szefem, nie zapominaj o tym! I mogę zatrudnić kogo chcę, to znaczy… musze to z nim skonsultować, ale przecież byłbyś w moim zespole i wszystko było by dobrze! – tłumaczyła mu. – Tylko musisz się zdecydować.
- Baśka, to nie jest takie łatwe. – niemalże szepnął.
- Marek, nic nie jest łatwe. Jeśli masz jakieś wątpliwości co do Krawczyka, to… Pamiętaj, w każdej chwili możesz wrócić do nas. A Adamem się nie przejmuj, bo… Ty naprawdę uwierzyłeś w to, że on nie ma do ciebie zaufania?
- No właśnie… On mi nie ufa i to jest najgorsze!
- Ufa ci i przestań gadać głupoty! – krzyknęła mu prosto w twarz, coraz bardziej się do niego przybliżając. Teraz ich głowy dzieliły milimetry, a oni patrzeli sobie prosto w oczy. Nie mieli zielonego pojęcia ile tak trwali. Byli jak zahipnotyzowani.
W końcu Marek zrobił ten pierwszy krok i przymykając oczy musnął jej usta. Po chwili ona zrobiła to samo, aż w końcu oboje zatonęli w gorącym i namiętnym pocałunku.
- To taki prezent urodzinowy? - zapytała szeptem odrywając się od niego. Nie odpowiedział. Pocałował ją ponownie, jednak tym razem było bardziej uczuciowo i żarliwie. Nie opierała się nawet przez chwilę. Pragnęła tego od dłuższego czasu i tak naprawdę każda chwila z nim spędzona, była dla niej jak sen. Piękny sen. Złączeni w pocałunku, stracili poczucie czasu. Nawet nie spostrzegli kiedy znaleźli się na kanapie, leżąc jedno na drugim. Pieszczotą i pocałunkom nie było końca. Niespodziewanie Basia zaczęła go od siebie odpychać.
- Marek nie! Nie... Nie możemy... - zepchnęła go z siebie i usiadła, poprawiając włosy i bluzkę.
- Bas... ale... - Brodecki nic, a nic nie rozumiał jej zachowania.
- Nie! - pokręciła przecząco głową. - Tak nie można!
- Nie rozumiem... Przecież...
- Marek... nie można tak... tak... bez...
- Bez miłości? - dokończył za nią. Przytaknęła. - A co jeśli bym ci teraz powiedział, że cię kocham... ?

olka - 2010-01-09, 16:27

No w końcu coś się pojawiło. :-D
Ninuś świetnie! Nie czytałam tego jeszcze, a zapowiada się całkiem ciekawie.
Wklejaj szybko kolejną część :*:* Super! ;-)

isis - 2010-01-10, 12:43

Ninuś super!!:)
Mmmm uwielbiam takie opowiadania!:)
Zaczęło się baaardzo ciekawie :lol:
Dawaj szybko kolejną część!!:)

Twins - 2010-01-10, 14:21

Ninuś super!! :D Ratujesz nasze NT :D
Aż nas ściska, ze tu takie pustki, że chciałoby się coś napisać, a czasu niet... :-|
Zatem, jeśli o nas chodzi, to z Olka doszłyśmy do wniosku, ze po sesji. głowie z naszego powodu, bo mamy w tym rozpoczynającym się tygodniu 2 zaliczenia...

Ninuś - 2010-01-10, 17:42

dziękuję ;** to nic nadzwyczajnego... taki staroć... musze jedynie końcówkę poprawić, bo... jest beznadziejna :D

Twins, Olka - czekamyy :)

Zaginiona
2/3

- Przestań sobie tak ze mnie żartować dobra? To nie są tematy do żartów.
- Ale… Ja naprawdę! – spojrzał jej głęboko w oczy i za nic nie chciał się od nich odrywać. – Chyba musiałem być strasznie ślepy, żeby nie dostrzec, że mam taki skarb na wyciągnięcie ręki… Baśka… ja… Kocham cię! – wyznał, śmiertelnie poważny. Basia siedziała jak osłupiała. Nie wiedziała jak zareagować. Marek strasznie ją zaskoczył, nigdy nie myślała, że ta chwila nadejdzie. Długo mu nic nie odpowiadała, więc postanowił kontynuować. – Od momentu odejścia z policji strasznie za tobą tęskniłem… Wariowałem, gdy choć raz na dzień cię nie widziałem… Cały czas myślałem o tobie, aż w końcu doszedłem do wniosku, że… że cię kocham. Basia, proszę powiedz coś… - ona jednak milczała. Była w totalnym szoku, lecz odważyła się wreszcie.
- Ja…Już dawno zwątpiłam, że… kiedyś to się stanie… Myślałam, że jesteśmy tylko przyjaciółmi.
- I tak było, ale… Nie jestem w stanie nad tym zapanować. To uczucie jest silniejsze… - chwycił ją za ramiona i zmusił, by spojrzała mu w oczy. Uśmiechnęła się szeroko i przejechała dłonią mojego chropowatej brodzie, a następnie przytuliła go z całych sił do siebie. Przymknęła powieki, ukrywając łzy szczęścia. Zaraz potem oderwali się od siebie na chwilkę, tylko po to, aby ich usta złączyły się ponownie w namiętnym, prawdziwym pocałunku. Po niecałym kwadransie leżeli oboje w łóżku, prawie nadzy, nie zaprzestając całusów i delikatnych dotyków. Ta noc połączyła ich serca, ich dusze. Tej nocy stali się jednością i potwierdzili swoją miłość do siebie. Nie wstydzili się niczego. Zasnęli dopiero nad ranem, szczęśliwi, objęci i zaspokojeni.


Jej rozmyślenia przerwało wtargnięcie Brodeckiego do sypialni. Ubrany był jedynie w spodnie dresowe, a jego ciało ociekało jeszcze wodą. Wyglądał niezwykle, aż przegryzała delikatnie wargi na jego widok. Z wielkim uśmiechem podszedł do łóżka i pochylił się nad nią, skradając czułego całusa.
- Dzień dobry. I jak? – zapytał na przywitanie, a potem położył się naprzeciw niej i podparł na łokciu.
- A bardzo dobry! – uśmiechała się do niego przez cały czas. – I co dalej zamierzasz?
- Znaczy… Teraz? Dzisiaj?
- Tak. – zmrużyła oczy, wyczekując odpowiedzi.
- Hmmm… niech pomyślę. Może na początek… - zbliżał się do niej. – Jakieś pyszne… - zbliżał się coraz bardziej. Był tuż, tuż nad nią. – Śniadanko… A potem… - szybko, delikatnie musnął jej usta. – Może długi, bardzo długi… - pocałował jeszcze raz. – Spacer… - zaśmiała się głośno, kiedy swoimi pocałunkami zjeżdżał coraz niżej.



Zaniepokojeni i nieco zezłoszczeni Adam i Jacek stali właśnie na wycieraczce mieszkania Basi. Dzwonili dzwonkiem co chwilę, ale nikt im nie otwierał.
- Może już jest na komendzie? – zastanawiał się Dumicz.
- A może jej tam nie ma? Przecież dzwonię do niej cały czas… - odparł Zawada, trzymając przy uchu telefon komórkowy. – Nie odbiera… Co się z nią dzieje? – zmarszczył czoło i właśnie wtedy z sąsiedniego mieszkania, tuż naprzeciwko mieszkania Storosz, wyszła starsza pani.
- Basieńki nie ma. – odezwała się kobieta.
- Dzień dobry, a przepraszam, nie wie pani może, gdzie można ją zastać? – zapytał uprzejmie Adam.
- Nie wiem. W pracy pewnie. Ale wie pan co, Basia nie wróciła do domu na noc… Powiedziała wczoraj, że idzie na spotkanie z przyjacielem… - uśmiechnęła się promiennie starsza kobieta.
- Dziękujemy pani bardzo, miłego dnia. Dowidzenia. – pożegnali się i opuścili blok.
- Z przyjacielem? – zastanawiał się Jacek.
- Z Markiem. – domyślił się Adam.


- Strasznie nakruszyliśmy! – zauważyła, rozglądając się dookoła łóżka. Oboje z Markiem właśnie skończyli śniadanie.
- Przejmujesz się tym? – zapytał. – Bo ja nie… - uśmiechnęli się do siebie. Dla obojga było to coś nowego. Do tej pory nie sądzili, że jako przyjaciele mogą być razem, a jednak się udało. Teraz nie byli tylko przyjaciółmi. Byli kochankami, partnerami, swoimi drugimi połówkami.
- Która godzina, ja chyba jestem spóźniona!
- Dziesiąta… - powiedział bardzo spokojnie, obserwując ukochaną.
- Co??? – krzyknęła. Wstała z łóżka, okryta kołdrą i zaczęła szukać swoich ubrań.
- Basia! – Marek chwycił ją za rękę i przyciągnął z powrotem na łóżko, kładąc się bezpośrednio na niej. – Adam nie dzwonił, więc nie sądzę, żebyś była im do czegoś potrzebna. – przemówił i złożył na jej ustach namiętny pocałunek.
- A ty?
- Co ja?
- Nie jesteś potrzebny Krawczykowi? – zapytała ciekawa.
- Nie… Mam wolne.
- Szczęściarz!


- Ale Adam, nie widzę powodów, dla których Basia miałaby zostać na noc u Brodeckiego! – przez całą drogę do mieszkania Marka, Jacek marudził. Nigdy tak naprawdę nie przepadał za byłym podkomisarzem i nie ukrywał tego.
- A ja widziałem… przez cztery lata! – dodał ciszej.
- Co? Co masz na myśli?
- I tak nie zrozumiesz. – mruknął inspektor, kiedy byli już pod blokiem Brodeckiego. Weszli na górę i zadzwonili dzwonkiem.
- Marek jest pewnie w pracy! – odburknął prokurator. W duchu modlił się, aby tak było. Zrezygnowani już chcieli schodzić do samochodu, kiedy drzwi do mieszkania otworzyły się, a w progu stanął Brodecki. Zawada i Dumicz zmierzyli go wzrokiem od stóp do głów. Miał na sobie jedynie czarne bokserki, włosy rozchodziły się we wszystkie strony świata, a na twarzy gościł uśmiech zadowolenia.
- Cześć… Coś się stało? – zapytał niepewnie, dziwiąc się, że to akurat oni postanowili go odwiedzić.
- Cześć Marek. Szukamy Basi. Telefonu nie odbiera, to pomyśleliśmy, że jest u ciebie. – odezwał się Adam.
- Aha… yyy… - zmieszał się troszkę. Co prawda kłamać umiał, ale Adam za bardzo znał Marka. – No u mnie jej… nie ma. – spuścił głowę, żeby nie patrzeć im w oczy.
- A nie kontaktowała się z Tobą? – zapytał Zawada.
- Nie… - odparł Brodecki, niemal szeptem, nadal uciekając gdzieś wzrokiem.
- Na pewno? – popytał się Jacek, dotąd milczący.
- Tak na pewno! – były podkomisarz podniósł nieco ton. Od czasu pojawienia się prokuratora na komendzie, nie trawił go. Dogryzali sobie nawzajem i nie lubili się. Obaj panowie jednak nie umieli przyznać się do tego, że ich nie sympatia wzięła się ze wzajemnej zazdrości o Basię.
- Aha… Więc jeśli Baśka się do ciebie odezwie, to zadzwoń proszę. – rzekł Adam, uważnie przyglądając się Markowi.
- Okey! – pokiwał głową. – Cześć.
- Cześć, fajnie cię było zobaczyć. Narka! – pożegnał się inspektor. Jacek tylko spojrzał na Brodeckiego pogardliwym wzrokiem i obrócił się na pięcie, by zaraz za szefem zejść na dół. Tymczasem Marek zdążył zamknąć drzwi na klucz i wrócił do Basi. Opatulił ją swoimi silnymi męskimi ramionami i złożył na jej szyi namiętne pocałunki.


- Ty widziałeś, jak on nas przyjął? W jakim stroju? – żalił się Dumicz, po wyjściu z klatki Marka. - Jaki ten człowiek musi mieć tupet, żeby witać gości w bieliźnie? Ja rozumiem, szlafrok, koszula, ale bielizna? To po prostu przechodzi ludzkie pojęcie!
- Jacek, przestań! Wiesz jaki Marek jest. Pewnie ma wolne, zaspał. A ty w czym sypiasz? W szlafroku? – zaśmiał się Adam.
- Nie, oczywiście, że nie, ale… No chociaż by się troszkę ubrał!
- Eeee tam! – Zawada machnął ręką i w pewnej chwili stanął jak wryty i zapatrzył się w jedno konkretne miejsce na blokowym parkingu.
- Co jest Adam? – zapytał Jacek.
- Patrz… - pokazał palcem na czerwonego fiata, przypominającego auto Storosz.
- Myślisz, że to samochód Baśki? – zapytał głupio Dumicz.
- Nie myślę, ja o tym wiem i wiesz co? Myślę, że musimy jeszcze raz pogadać z Markiem.
- Sądzisz, że Baśka…? – nie dokończył zdania, patrząc na uśmiech Zawady.
- Nie sądzę, ja to po prostu wiem.


Zakochani nawet nie spodziewali się kolejnego nalotu prokuratora i inspektora. Opatuleni sobą, zapatrzeni w siebie, nie mieli najmniejszego zamiaru ruszać się z łóżka. Byli ze sobą naprawdę szczęśliwi i modlili się, aby nikt ani nic nie zakłóciło ich szczęścia.
- Ale jak to się pytali?
- No normalnie… Powiedziałem, że cię nie widziałem, że nie kontaktowałaś się ze mną i poszli! – wytłumaczył jej, a zaraz potem delikatnie przegryzł jej lewe ucho. Pod wpływem tej pieszczoty, zaśmiała się głośno.
- Będę musiała do nich zadzwonić… Nieeeee chceeee! – zajęczała.
- No to nie dzwoń!
- Adam na pewno się martwi.
- To niech się martwi… - zamruczał, drażniąc wargami jej szyję. – Jesteś komisarzem i chyba możesz pozwolić sobie choć raz na takie malutkie wagary, co?
- No tak, ale…
- Ale nie marudź, tylko chodź do mnie! – objął ją ramieniem i położył się na nią, przykrywając swoim ciałem. Pieszczotom, dotykom i czułym słówkom nie było końca. W pewnej chwili przerwał im dzwonek do drzwi.
- Znowu?
- Idź otwórz. – szepnęła.
- A może udajmy, że nikogo nie ma?
- Lepiej idź otwórz. A jak to coś ważnego?
- Nic ważniejszego od Ciebie na pewno nie. – skradł jej kolejnego całusa.
Mimo wszystko, poszedł otworzyć. Ociągał się nieco, ale poszedł żółwimi krokami.
- Chyba musimy porozmawiać. – powiedział Adam ze srogim wyrazem twarzy.

olka - 2010-01-11, 12:41

Ulala :lol: Jak widać kłamstwo ma krótkie nogi. Zwłaszcza wtedy, gdy okłamuje się najlepszego gline w mieście :576:
Nasze dwa gołąbki chciały gruchać, ale chyba bedą zmuszone zrobić przerwe :lol:
Ninuś świetnie! Powinnaś pisać zdecydowanie częściej ;-)
Czekam na cedek! :*:*:*

Ninuś - 2010-01-11, 16:34

olka napisał/a:
Powinnaś pisać zdecydowanie częściej ;-)

ja piszę caały czas, ale tylko na blogi...
kiedyś stwierdziłam, że to co ja piszę, to TU za bardzo sie nie nadaje... za cienka jestem :) ale bardzo dziękuję :*

olka - 2010-01-12, 01:08

Ninuś napisał/a:
kiedyś stwierdziłam, że to co ja piszę, to TU za bardzo sie nie nadaje... za cienka jestem


Troche więcej wiary we własne umiejętności ;-) Wpadam na Twoje blogi i nie uważam, by były kiepskiej jakości, wrecz przeciwnie :-D Moim zdaniem piszesz naprawde dobrze, a drobne niedociągnięcia są do wypracowania. Nie na darmo mówią, że praktyka czyni mistrza.
Czekam na kolejną część "Zaginionej" i liczę, że po niej znów pojawi się coś Twojego. Możesz nawet wkleić kolejne "wygrzebane" opko. Ja chyba nie miałam przyjemności przeczytać wszystkiego, a chętnie to zrobie :-D

isis - 2010-01-12, 19:41

Ninuś to opowiadanie jest świetne!:)
Z romansu Basi i Marka zrobiłaś niezłą sensację! :lol:
Dawaj kolejną część bo historia jest na prawdę bardzo wciągająca:)

Ninuś - 2010-01-13, 16:08

Dzięki dziewczyny, naprawdę dziękuję ;* zastanowie się jeszcze :) może kiedyś coś jeszcze tu dam :)
Tymczasem od kilku dni zabieram sie za tą końcówkę, ale nie idzie mi za bardzo... Spróbuje w weekend - ferie już będę miała to będzie git ;)


Kto pisze???

isis - 2010-01-14, 22:46

Ninuś kiedy kolenja część "Zaginionej?":)
Ninuś - 2010-01-17, 19:52

dobra... całkowicie zawaliłam końcówkę... jest beznadziejna, ale... przez kilka dni byłam strasznie naciskana na dokończenie tego opa no i w końcu napisałam coś... :/ Tylko proszę - nie bijcie mnie! :lol:

"Zaginiona"
3/3

Cała trójka weszła do niewielkiego salonu. Marek nerwowo drapiąc się w tył głowy nie wiedział co ma powiedzieć, nie wiedział jak się zachować. Adam dobrze go znał i na kilometr wyczuje kiedy będzie kłamał.
- Siadajcie, rozgośćcie się. Zrobić wam coś do picia? Kawy, herbaty? – zaproponował.
- Nie dzięki, tylko pogadać wpadliśmy. – rzekł Zawada, kiedy już wygodnie usiedli na kanapie. Oboje rozejrzeli się dookoła. W mieszkaniu panował niesamowity porządek. Brodeckiego znali już od długiego czasu i dobrze wiedzieli jaki z niego bałaganiarz.
- Posprzątałeś mieszkanie? – zapytał głupio Adam.
- Zawsze sprzątam! – oburzył się Marek.
- Dopóki byłeś policjantem, nie sprzątałeś raczej często…
- Adam o co ci chodzi?
- Krawczyk płaci ci więcej niż zarobiłbyś w rok w stołecznej. Zmieniłeś nie tylko wygląd, styl, ale i zachowanie. Gdybym nie widział cię jakiś dłuższy czas, nie poznałbym cię na ulicy. – rozgadał Adam. Mówił to całkiem szczerze. Nie miał Markowi za złe, nie zazdrościł mu tego co zarabiał jako ochroniarz, ale żałował, że nie miał Brodeckiego już w swoim zespole. Co jak co, ale policjantem był dobrym. Miał świetne oko, strzelał bezbłędnie. Był też szybki, sprawny. Takich policjantów w stołecznej brakowało. Niestety Marka decyzja była na razie nie odwołalna.
- Nie przesadzaj, na pewno byś mnie poznał. – Brodecki spuścił głowę i właśnie dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że siedzi wśród gości w samej bieliźnie. – Przepraszam, mam wolne…odpoczywam…
- Domyślamy się. – odezwał się wreszcie Dumicz. Panowie spojrzeli na siebie dziwnie. Od zawsze rywalizowali, choć nie byli tego świadomi. Walczyli o Basię jak lwy, lecz nie było tego po nich widać.
- Więc… w czym mogę wam pomóc?


Ciekawość zawsze była Basi złą stroną. Wścibska niekiedy wtykała nos w nie swoje sprawy. Teraz była ciekawa jakich gości ma Marek. Wstała z łóżka i owinęła się prześcieradłem. Podeszła do drzwi, które prowadziły na korytarz, ale usłyszała znajome głosy. Postanowiła bardziej przysłuchać się rozmowie. Uchyliła drzwi troszkę szerzej i słuchała.


- Chodzi o to, że martwimy się o Baśkę. Nie odbiera telefonu, nigdzie jej nie ma. – wyjaśnił Adam. – Może wiesz co się z nią stało?
- Już mówiłem. Nie wiem, nie dzwoniła do mnie. – odparł Brodecki, przegryzając dolną wargę. Oczy świeciły mu się niewiarygodnym malutkim światełkiem. Zawada już wiedział o co chodzi. Chciał jedynie, by Marek sam się przyznał.
- To dlaczego na parkingu pod blokiem stoi jej samochód? – zapytał tym razem Jacek. Były podkomisarz spojrzał na niego groźnie. Kilka chwil milczeli obaj, ale Marek w końcu odpowiedział.
- Była tu wczoraj. Trochę wypiliśmy, więc samochód musiała zostawić. Wystarczy?
- Marek co tu się dzieje? – Zawada powoli się niecierpliwił, dobrze wiedział, że jego przyjaciel kłamie. Tymczasem Dumicz zaczął rozglądać się po mieszkaniu. Na korytarzu, dostrzegł lustrzaną szafę, która odbijała wnętrze jego sypialni. Przeżył niemały szok, kiedy w odbiciu szafy dostrzegł postać Basi owiniętej prześcieradłem. Od dawna się w niej kochał, niemal od samego początku. Chciał o nią walczyć, a teraz kiedy widział jej nagie ramiona, rozczochraną blond czuprynę i to w dodatku w sypialni Brodeckiego, krew go zalewała. Głośno odchrząknął.
- Adam, chodźmy stąd! – gwałtownie wstał z kanapy i szturchnął inspektora.
- A co się dzieje Jacek?
- Przecież on… - prokurator wskazał na Brodeckiego. – On… - właściwie nie wiedział co powiedzieć. Że co, że ukrywa tu Baśkę? – On nic nie wie. Poszukajmy Basi gdzie indziej. Może u Zuzi…
- No ok., ale po co ten pośpiech…
- Chodźmy, do widzenia Marku. – zmroził jeszcze go wzrokiem i odwrócił się na pięcie.


- Jacek! Jacek, zaczekaj! – Zawada biegł za nim do samochodu. Dopiero po chwili w końcu go dogonił. – Jacek co się dzieje?
- Nic! – odparł nieprzyjemnie. Adam pierwszy raz widział go w takim stanie. Jeszcze nigdy Dumicz nie był tak zdenerwowany jak teraz. Aż sam Zawada bał się do niego podejść, odezwać.
- Jak to nic, przecież widzę! Co cię tak zdenerwowało u Marka?
- Mówię ci Adam, nic! Nie lubię Marka i tak naprawdę nigdy go nie lubiłem. Jego obecność działa mi na nerwy.
- Naprawdę?
- Tak.. Adam jedźmy na komendę. Jeśli Baśka będzie chciała to… przyjedzie na komendę sama.
- A jeśli coś jej się stało? Nigdy się tak przecież nie zachowywała. – pokręcił głową.
- Ja mam pewność, że nic jej nie jest. Na pewno jest bezpieczna i… dobrze się bawi. Adam uwierz mi, wiem co mówię, jedźmy na komendę.
- Dobra… Ale skąd ta pewność i skąd wiesz, że Baśce nic nie jest?
- Mam przeczucie. A telefonu nie odbiera, bo nie chce, by ktoś jej przeszkadzał.


Marek i Basia spędzili całe popołudnie w łóżku. Nie mogli się po prostu sobą nacieszyć. Ciągle im było mało. Mało bliskości i bycia ze sobą. Marek był w siódmym niebie móc mieć przy sobie kogoś takiego jak Basia. Była idealna, a on głupi nie widział tego przez ponad 4 lata. Może akurat tyle było im potrzebne by odpowiednio się poznać, by się zaprzyjaźnić, a dopiero potem być ze sobą. Może, teraz już go to nie obchodziło. Najważniejsze było to, że jest szczęśliwy u jej boku i ona jest szczęśliwa z nim. Tylko to na razie się dla niego liczyło.
- Powiedz mi… - odezwał się, bawiąc się jej kosmykami włosów. Ona leżała mu na piersi. Byli przytuleni do siebie tak, jakby chciano ich zaraz rozdzielić. – Ale tak szczerze… Ciebie i Dumicza coś łączy?
- Marek! – zaśmiała się głośno. Zaczęła śmiać się tak głośno, że pewnie słychać było ją w całej Warszawie. Przez kilka minut nie mogła się uspokoić, a Marek coraz bardziej się niecierpliwił. – Ty chyba zwariowałeś! – śmiała się nadal. – Ja i Dumicz? Hahaha!
- Baśka, ja pytam poważnie!
- Ale Marek… - uspokoiła się nieco, jednak uśmiech z jej twarzy nie znikał. – Nigdy mnie z nim nic nie łączyło i nie będzie łączyć.
- Byłaś z nim kiedyś na kolacji… - przypomniał sobie ich pierwszą randkę.
- No i co z tego? Byłam też z nim w kinie i nic się nie wydarzyło.
- Napewno nic? – zapytał, kiedy ujrzał jej minę.
- Prawie by się wydarzyło, ale… uświadomiłam go, że nic poza przyjaźnią z tego nie będzie.
- To dlaczego był taki zły, kiedy stąd wychodził?
- Nie wiem… Marek przestań o nim myśleć! – podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. – Masz przy sobie ekstra laskę, a myślisz o jakimś nędznym prokuratorku! Wstydź się!


Nieoczekiwanie zrobił się wieczór. Już trzecią godzinę pod blokiem Brodeckiego, stał srebrny samochód.
- Jacek to bez sensu! – uniósł się Zawada. Jak się okazało siedział na miejscy pasażera. – Nie sądzę, żeby Marek nas okłamał!
- A ja jestem pewien że nas okłamał! - powiedział już całkiem spokojnie Dumicz.
- Po co miałby to robić?
- Żeby ukryć Baśkę i mieć ją tylko dla siebie.
- Słuchaj… oni zawsze mieli się ku sobie. Tylko ślepy by nie zauważy, że coś pomiędzy nimi iskrzy. Jeśli są razem, to niech będą! Zawsze im kibicowałem, a poza tym pasują do siebie! – wyjaśnił Zawada.
- Ty, Adam? – Jacek spojrzał krzywo na inspektora. – Ty przypadkiem nie oglądasz za dużo romansideł?
- Po prostu znam życie i przez ponad 4 lata obserwowałem Basię i Marka.
- Zobacz! – wskazał na wychodzącą z bloku parę. To rzeczywiście byli Basia i Marek. Szli uśmiechnięci obok siebie. Bez obaw, że ktoś ich obserwuje. Weszli na chodnik i Brodecki objął ją swoim ramieniem, przytuliła się do niego. Wyglądali na bardzo szczęśliwych.
- Ruszamy. – zadecydował Zawada.
- Adam, gdzie ty jedziesz? – zapytał prawie krzykiem Jacek. Samochód komisarza podjechał pod chodnik, którym szła zakochana para. Uchylił okno od swojej strony.
- Dobry wieczór państwu. – uśmiechnął się chytrze. Baśka i Marek spojrzeli na niego zaskoczeni i dosłownie z prędkością światła odkleili się od siebie nie wiedząc jak się zachować.
- Cześć Adam… No ja przepraszam, ale źle się dzisiaj czułam i… - zaczęła się tłumaczyć zupełnie nie potrzebnie.
- Tak Basieńko, wiem…
- Ale Adam to nie… - próbował się tłumaczyć też Brodecki, jednak przyjaciel ostro wszedł mu w zdanie.
- Ty się lepiej nie odzywaj. Już mi starczy na dzisiaj twoich kłamstw. – Markowi zrobiło się głupio. Nie chciał okłamywać Adama, ale ta sytuacja była wyższej konieczności, a poza tym prosiła go o to Basia. Jej odmówić nie potrafił nic. – Chciałem Wam powiedzieć, że trochę się zawiodłem… - Adam przybrał groźną minę. Basia i Marek wystraszyli się nie na żarty. – Myślałem że dłużej się będziecie ukrywać… - uśmiechnął się szczerze. Młodzi odetchnęli z ulgą, natomiast Jacek przewrócił oczami i westchnął cichutko.
- Może wejdziecie na kawę? Pogadamy, co?


Pół godziny później cała trójka razem z ponurym prokuratorem siedziała u Marka w mieszkaniu.
- Mam w lodówce zimne piwo… chcecie? – zaproponował Brodecki.
- Nie dzięki, ja prowadzę. A ty Jacek? – zwrócił się do siedzącego obok kolegi. Dumicz dokładnie obserwował Basię. Ta sama spostrzegła już te spojrzenia. Czuła, że ma do niej żal. Dobrze przecież wiedziała, że Jacek ubiega się o jej względy. Mimo tego wybrała Marka.
- Nie… dziękuję. – odpowiedział smutno. Lekko westchnął, a jego wzrok opadł na podłogę. Basi zrobiło się strasznie głupio. Podejrzewała, że nastrój Jacka jest wywołany przez nią.
- Ja jednak zrobię herbatę. – odezwała się Storosz. – Chodź Jacek, pomożesz mi, bo panowie muszą sobie poważnie porozmawiać. – nie chętnie, bez słowa Dumicz wstał i udał się za Basią do kuchni. Tam dziewczyna odwróciła się na pięcie i spojrzała na prokuratora dość smutno.
- Co jest? – zapytał.
- To ja się właśnie pytam… Jesteś na mnie zły, tak?
- Basia, to nie tak.
- Ja wiem, nie jestem ślepa… Jeśli się na mnie zawiodłeś, to… bardzo Cię przepraszam. Prawda jest taka, że ja od zawsze… - zacięła się, zastanawiając czy nie powinna ugryźć się w język. – Ja go zawsze kochałam. A tobie poza przyjaźnią nie mogę dać.
- Wiem… - odparł cicho spuszczając głowę.
- Jacek ja nie chcę się przez to kłócić…Chcę się nadal z tobą tak dobrze dogadywać jak dotychczas.
- Ja też.
- Ale po pierwsze jeśli nie będziesz szanował Marka, to… ja wiem, że go nie lubisz, ale mógłbyś go chociaż zaakceptować… Nie mogłabym znieść waszych kłótni, odzywek, dogryzek…
- Rozumiem cię…
- Będziesz mógł żyć z tym? – zapytała, spodziewała się konkretnej odpowiedzi, jednak Jacek długo milczał.
- Nie wiem. – w końcu odezwał się. – Na pewno spróbuję. – wreszcie na nią spojrzał. Nawet lekko się uśmiechnął. Basia wyciągnęła ku niemu rękę.
- Zgoda? – zapytała, licząc na happy end. Dumicz chwilę na nią patrzył, a następnie uścisnął dłoń.
- Zgoda.
- Teraz chyba będziesz musiał pogadać z Markiem.
- Chyba nie mam innego wyjścia. – uśmiechnął się do niej po raz ostatni i odpuścił kuchnię. Po chwili do całej reszty dołączyła Basia. Zauważyła uśmiechy na twarzach zarówno Marka jak i Adama. Też się uśmiechnęła.
- No to chyba nasza zaginiona się odnalazła! – skomentował Adam. – Basiu, przynieś kieliszki musimy coś uczcić.
- Co takiego? – zdziwiła się.
- No jak co? – odezwał się w końcu Brodecki. – Musimy uczcić to, że jesteśmy razem, to że pogodziłem się z Adamem i to, że znaleźli cię całą i zdrową u mojego boku! – puścił oczko do ukochanej. – Aaa i jeszcze imieniny naszego uroczego prokuratora! – klepnął w ramię siedzącego obok Jacka. Ten spojrzał na inspektora spod byka.
- Adaaaam! Obiecałeś, że się nie wygadasz! – zajęczał Dumicz.
- No… wiesz, tyle radosnych nowin… wymsknęło mi się. – zaśmiał się Zawada a razem z nim Marek i Basia.

KONIEC

isis - 2010-01-19, 19:50

Ninuś bardzo przyjemne opowiadanie!:)Uwielbiam takie-krótkie,ale za to jakie treściwe;D
Super!:)

Czekam na kolejne;)

Pisze ktoś?:)

olka - 2010-01-20, 00:53

Ninuś świetnie! Nie ma to, jak szczęśliwe zakonczenie :D Uwielbiam takie.
Wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni, no, prawie wszyscy :lol:
Czekam na coś nowego, super! :** ;-)

Ninuś - 2010-01-24, 16:14

dziękuję ;**
Olka a kiedy Ty dasz następną cześć 'Życie po życiu'?

a w ogóle... pisze ktoś???

Daisy - 2010-01-26, 12:02

Córeczka, cz. 1
Za błędy językowe w angielskim nie odpowiadam


Po dwunastu latach spędzonych w Toronto, nie przypuszczała, że jeszcze tu wróci. Do Warszawy, do ojca, z którym co roku spędzała dwa tygodnie wakacji. Miała niespełna dziesięć lat, kiedy przeprowadziła się z matką do Kanady, więc ich kontakt ograniczał się wyłącznie do listów i telefonów, a dopiero później maily i rozmów na skype. I gdyby nie był teraz jej ostatnim krewnym, pewnie nie zdecydowałaby się na opuszczenie bądź, co bądź, rodzinnego miasta. Ale po śmierci matki nie potrafiła odnaleźć w tym wszystkim siebie. Samotność wybrała za nią. Z dnia na dzień porzuciła przyjaciół, chłopaka, i wróciła do Polski.
- Basia? Co ty tutaj robisz? Kiedy przyjechałaś? Dlaczego nie zadzwoniłaś?
Tymi wszystkimi pytaniami od progu została obrzucona przez swojego ojca. A tym większe było jego zdziwienie, że pojawiła się nie w jego domu, ale na komendzie, gdzie pracował.
- I’m sorry! I was hopping you'll be glad to see me back*.
- Oczywiście, że się cieszę! Tylko... – zamyślił się na chwilę, przyglądając się uważnie jej walizce i bagażowi podręcznemu. – Zaskoczyła mnie twoja wizyta. Mogłaś mnie uprzedzić. Przygotowalibyśmy się z Martą na twoje odwiedziny.
- I was afraid of calling you. I gonna stay for good**. - Wytłumaczyła, nieświadoma, że w pokoju sekcji pojawiła się czyjaś postać. Marek, oparty o blat oddzielajacy korytarz od pomieszczenia, przyglądał się rozmawiającym. W pierwszej chwili nie poznał odwróconej tyłem dziewczyny, ale język w jakim mówiła, głos i postura pozwoliły mu wybiec myślami w tył. Ostatni raz widział ją około pięciu lat temu, przy okazji jej ostatniej wizyty w Polsce. Od tamtej pory to Adam częściej odwiedzał ją, aniżeli ona jego. A sam z Zawadą pracował wtedy zaledwie pół roku, więc nie miał okazji poznać jej bliżej.
Była dokładnie taka, jaką ją zapamiętał. Urosła może dwa centymetry, tak że teraz mogła mieć na oko metr sześćdziesiąt. Smukła jak chłopiec, przypominała raczej wyrostka niż młodą kobietę. Miała długie do ramion, blond włosy, uczesane w koński ogon.
- ... Tymbardziej powinnaś zadzwonić! – Z zamyślenia wyrwał go oskarżycielski ton przyjaciela.
- I said sorry. Are you angry with me***?
Podniósłszy wzrok, Adam zauważył w progu Marka. Basia podążając za jego spojrzeniem, odwróciła się zatrzymując wzrok na nieznajomym - był typowy facetem, z modnie ostrzyżonymi ciemnymi włosami, opalony, prezentował się nawet atrakcyjnie.
- To Marek, mój przyjaciel. Możliwe, że go nie pamiętasz!
- Hi, I’m Basia! Nice to meet you! – Z uśmiechem na ustach uścisnęła jego dłoń. – I hope, you speak english!
- I hope, you speak polish! – mrugnął.
- Mówi...! – wtrącił komisarz, unosząc wysoko brwi, zaskoczony ich krótką, choć śmiałą konwersacją. – I będzie mówić, bo jesteśmy w Polsce, a nie w Kanadzie, prawda?
- I'm not sure, dad. I will have to, if you let me stay with you****.
- Skarbie, jesteś moją córką! – Otoczył ją ramieniem. - Jak bardzo byłbym na Ciebie zły, to i tak nie zmieniłoby żadnej decyzji w związku z Tobą. Cieszę się, że wreszcie zamieszkamy razem na dłużej, niż dwa tygodnie.

Było wpół do siódmej w piątek wieczorem, mniej więcej miesiąc po przyjeździe Basi, kiedy chłopcy po zakończonym kolejnym śledztwie wychodzili z komendy na cotygodniowe piwo w zaprzyjaźnionym barze po drugiej stronie ulicy. Wszystkie sprawy związane z pracą schodziły wtedy na dalszy plan, ustępując miejsca nie mniej ważnym męskim tematom, do których zaliczali rozmowy o sporcie, samochodach, panienkach, mimo, że Zawada od ładnych kilkunastu lat był szczęśliwym małżonkiem swojej żony oraz wszelkiego rodzaju problemach osobistych, których rozwiązywaniem zajmował się najlepszy przyjaciel.
- Dwa piwa poprosimy… - Marek złożył zamówienie i szybko zajął miejsce obok siedzącego już pod oknem komisarza. – Oglądałeś wczoraj…
- Nic nie oglądałem! – wtrącił natychmiast Zawada. – Mam jeden telewizor w domu. Nie byłem w stanie pokonać dwóch par damskich oczu świdrujących mnie na wylot. Skapitulowałem!
- A Paweł?
- Paweł nocował u kolegi.
- Ale chyba jest jakiś plus tej sytuacji. – Marek lekko się uśmiechnął, sięgając do ust kufel z napełnionym piwem. – Marta i Basia się dogadują.
- Zawsze się akceptowały – przypomniał. – Ale teraz… Wydaje mi się, że Basia tęskni za Anną. Dlatego swoimi uczuciami otoczyła Martę. Traktuje ją jak matkę. A Marta zawsze chciała mieć córkę.
- Jeszcze nie jesteście tacy starzy… - przypomniał koledze, obrywając za to od razu sójkę w bok. – No co?
- Teraz twoja kolej. – mrugnął. – A wracając do Baśki. Przekonałem ją i skończy studia. W Kanadzie zrobiła trzy lata tej śmiesznej fotografii. Zostały jej jeszcze dwa.
- No to świetnie! Może na uczelni się wreszcie wyżyje i przestanie celować w nas tym swoim obiektywem… Przepraszam, że to powiem, ale twoja córka jest typowym przykładem zespołu maniakalnego. Fotografuje wszystko i wszystkich.
- o! O wilku mowa… - komisarz głośno się roześmiał, wskazując na szybę tuż za ich plecami. Po drugiej stronie stała Basia, z aparatem fotograficznym w dłoniach, celując prosto w ich twarze. – Bądź dla niej miły! – pogroził.
- Cheese! – krzyknęła. I po chwili siedziała już obok ojca na kanapie. – Byłam na komendzie, ale was nie zastałam. Przypomniałam sobie jednak, że dziś piątek. Obowiązkowy, męski wypad ojca i wujka Marka!
- Nie jestem twoim wujkiem, to po pierwsze. A po drugie, jak zauważyłaś, to męski wypad, więc co tutaj robisz? – Zagadną zgryźliwie. – Nie odróżniasz waginy od członka?
- Marek! – komisarz nie mógł nie zganić przyjaciela, choć nie ukrywał przed sobą, że od jakiegoś czasu ich dokuczliwe docinki go bawiły.
- Okej, okej… po co te nerwy? – zachichotała, robiąc mu na złość kolejne zdjęcie. – I’m not stupid. Zobaczymy się w domu! – Na pożegnanie pocałowała jeszcze ojca w policzek i wyszła.
- Musiałeś? To nie jest Zuzia, tylko…
- Wiem, wiem, to twoja córeczka! – przewrócił oczami. – Ale nic na to nie poradzę. Taki już jestem. – wzruszył ramionami.
- Jeśli postępujesz tak z każdą kobietą, to nic dziwnego, że jeszcze nie znalazłeś sobie żony!
- Błagam, tylko bez ojcowskich porad… Zostaw je sobie dla Baśki i Pawła.
Przez następne kilka minut siedzieli w ciszy. Dopiero Adam, dopijając drugi z kolei kufel piwa, przerwał w dość nietypowy dla nich sposób. Myślał o tym już od zeszłego tygodnia, ale jakoś nie potrafił odnaleźć w sobie dość siły, aby poprosić o coś takiego. Zwłaszcza teraz, kiedy utwierdził się w przekonaniu, że oni nawet za sobą nie przepadają, nie mówiąc nawet o „lubieniu się”. Ale może to i lepiej? – pomyślał.
- Umów się z Baśką!
Marek w pierwszej chwili nawet się roześmiał, ale poważna mina przyjaciela natychmiast sprowadziła go na ziemię – to nie był żart.
- Muszę zapytać: To nie był żart?
- Może rzeczywiście źle dobrałem słowa. Umów nie miało znaczyć umów… Miałem raczej na myśli, żebyś ją gdzieś zabrał.
- A to jest jakaś różnica? … Adam, zwariowałeś?
- Chodzi mi oto, że Baśka od miesiąca mieszka w Polsce. Swoich wszystkich przyjaciół zostawiła tam. Nikogo tu nie zna! Całe dnie spędza sama, albo z Martą.
- Pójdzie na studia, to kogoś pozna!
- Marek, jest czerwiec, a studia zaczynają się od października.
- Trudno… - westchnął. – Przykro mi stary, ale nie zamierzam bawić się w niańkę. Baśka jest dorosła, i na pewno sama potrafi o siebie zadbać.
- Jesteście prawię równolatkami… Cztery lata to nie dużo. Zabierz ją do jakiegoś klubu, do kina, na kręgle, nie wiem co wy teraz młodzi lubicie najbardziej.
- Adam… nie znaczy nie.
- Jesteśmy przyjaciółmi czy nie? Nie możesz wyświadczyć mi przysługi? … Rzadko Cię o coś proszę.
- A ty myślisz, że Baśka będzie z tego faktu zadowolona? Że tatuś załatwia jej randkę z kolegą z pracy?
- To nie będzie randka. Może przy okazji pozna kogoś ciekawego... Poza tym nie musi o niczym wiedzieć. Zadzwonisz do niej i poprosisz o spotkanie, proste!
- No rzeczywiście, niemal przed chwilą skakaliśmy sobie do oczu, a teraz nagle dzwonię i zapraszam ją na kawę. Ona nie jest głupia, Adam.
- To jak wpadnie do nas jutro na komendę, to się troszkę postaraj i bądź nieco bardziej uprzejmy.
- Jasne!
Zapłacili i wyszli.
- Aha, tylko nie rób nic, żeby się w tobie zakochała… - pogroził przyjacielowi palcem. – Cztery lata to jednak za dużo jak na mojego zięcia.
- Może od razu spiszesz co mogę, a czego nie mogę w związku z randką z twoją córeczką… Tylko pamiętaj, że jeszcze się nie zgodziłem.
- Nie flirtuj z nią i trzymaj łapy przy sobie!
- A ty myślisz, że ona jest jeszcze dziewicą?
- Nie wiem i raczej nie chcę się dowiedzieć… Moja taksówka podjechała, do jutra!
- Do jutra! – westchnął i ruszył w przeciwnym kierunku, niż taksówka z komisarzem w środku.


_________________________________________________________
* Przepraszam! Miałam nadzieję, że się ucieszysz, że mnie znowu widzisz.
** Bałam się do ciebie zadzwonić. Zamierzam zostać na dobre.
*** Powiedziałam przepraszam. Jesteś na mnie zły?
****Nie jestem pewna, tato. Będę zmuszona, o ile pozwolisz mi z tobą zostać.

Twins - 2010-01-26, 12:18

:shock: :lol:
Aaaaaaaaaaa! SZOK! Normalnie szok!
Nawet nie wiesz jak się cieszymy, że you're back! :D
Historia jest rewelacyjna! Marek jest boski w tym opowiadaniu! :lol:
Bad boy :D Nie możemy się doczekać randki z Basią! :D
I chyba Basia się w nim zakocha. Ajjj
GENIALNIE!

Ninuś - 2010-01-26, 13:33

o Daisy powróciła!
Mamy tylko nadzieję, że to opowiadanie dokończy :)

Ciekawe: Basia córką Zawady, swatka z Markiem... Super!
To teraz czekamy na tą randkę, czuję, że będzie się działo.
Super!

isis - 2010-01-26, 17:25

Co za miła niespodzianka!:)
Nawet nie wiesz jak się ciesze,że dałaś nowe opowiadanie!:)
Mmmm już zapowiada się ciekawie :lol: Marek baardzo mi się podoba :lol:
Szykuje się kolejne genialne opowiadanie!:)
Czekam na kolejną część;)

olka - 2010-01-26, 21:30

O święty stefanie, szok! :559: Dejz, zwaliłaś mnie z nóg! :576: :576:
Już sam fakt, że pojawiło się coś Twojego jest porażający, a jeszcze to opo!
GENIALNE! <lol> Brakowało mi takich opek w NT - lekkich, błyskotlwych i zabawnych.
Tradycyjnie dialogi pierwsza klasa! Są świetne! Szczerzyłam się jak głupia czytając :lol:
W ogóle sama treść zapowiada się interesująco. Baśka w roli córeczki tatusia, Zawada bawiący się w swatkę i Marek, któremu to nie bardzo pasuje, narazie :lol:
Początek fantastyczny, mam tylko nadzieje, że na pierwszej części się nie skończy i doczekamy się rozwinięcia. Byłoby miło :576:
MISTRZOSTWO :*:*:*

Magdalena - 2010-01-27, 19:47

No nareszcie coś do poczytania :-)
Zapowiada się ciekawie :-) mam tylko nadzieję,ze nie będziemy musieli długo czekać na kolejna część :-)
Dobrze,że ten temat nadal funkcjonuje,bo już się bałam,że nam go zamkną :-P

A gdzie się podziały nasz bliźniaczki?? :->

Twins - 2010-01-27, 21:38

Bliźniaczki wracają po sesji :D
Będą myśleć nad jakimś cedekim <lol2>

Kasieńka - 2010-01-28, 14:45

Dejz Mistrzu Mój, wiesz, że opo kapitalne, ale kiedy cedek? :D :*
isis - 2010-01-28, 15:50

Mam nadzieje,że dzisiaj znajdzie się coś do poczytania;D

Daisy,Twins? :lol:
Można na Was liczyć?;)

Daisy - 2010-01-28, 17:40

Dzięki wielkie:* Bardzo się cieszę, że się podobało.
Na mnie możecie liczyć, ale najwcześniej w niedzielę ;) A teraz czekamy na Twins, Olkę, Ninę... i każdego, kto coś dla nas napisze.

olka - 2010-01-31, 15:30

Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta to opowiadanie :lol: Niedługo powinien być cedek.

Część 1.

Młoda dziewczyna stając przed lustrem przeciągnęła usta błyszczykiem i zatrzepotała rzęsami pokrytymi czarnym tuszem. Obejrzała się za siebie, czy nikt nie wychodzi z sypialni i chwyciła do ręki stojący na toaletce flakonik perfum swojej matki, sądząc po marce, drogich perfum. Podniosła do góry czarne włosy i związała je gumką. Stanęła jeszcze raz przed lustrem i rzuciła zalotny uśmieszek w swoim kierunku.
- Do kogo się tak uśmiechasz? - wysoki brunet zaspanym wzrokiem spojrzał na stojącą w korytarzu dziewczynę.
- Tak, po prostu... - wybełkotała, obciągając swoją kusą bluzeczkę i czym prędzej nakładając na siebie buty.
- Gdzie Ci tak spieszno? - mężczyzna ziewnął głośno, udając się do kuchni – Na dworze jest chłodno, włóż bluzę! - dziewczyna przewróciła tylko oczami, ale dla świętego spokoju nałożyła na siebie zbędny jej zdaniem ciuch, w duchu przysięgając sobie, że gdy tylko zniknie ojcu z oczu natychmiast schowa ją do torby.
- Idę do szkoły! - odpowiedziała szorstko, czym ściągnęła na siebie wzrok rodziciela.
- No chyba nie sądzisz, że TAK pójdziesz. - widać było, że natychmiast wybudził się z sennego odrętwienia.
- Tak, to znaczy jak?! - uniosła lekko głos poirytowana.
- Zmyj to z twarzy. Jak Ty wyglądasz? - Marek mówił jeszcze spokojnym tonem chociaż widać było, że zaczyna być coraz bardziej zirytowany.
- Nie mam najmniejszego zamiaru. Zresztą nie mam już czasu. - prychnęła, prowokująco rozsuwając zamek od bluzy.
- Masz natychmiast doprowadzić się do porządku.
- Ale o co Ci znowu chodzi?! Ciągle coś do mnie masz! - podniesiony głos dziewczyny ściągnął na korytarz także jej matkę.
- Co się dzieje? - Basia stanęła osłupiała.
- Nie wyjdziesz z domu, dopóki nie zmyjesz z twarzy tego.. czegoś! - Marek stracił cierpliwość.
- Właśnie, że wyjdę! Nie będziesz mi rozkazywał! – i nie czekając na reakcję rodziców Ada pospiesznie dopadła do klamki i wybiegła z domu głośno trzaskając drzwiami.
- Ty to widziałaś? – Marek w osłupieniu zwrócił się do żony – Wyszła!
- Oj Marek – Basia uśmiechnęła się łagodnie – Ona nie jest już małą dziewczynką, zaczyna dojrzewać, a odrobina makijażu jej nie zaszkodzi.
- Czyli co? Według ciebie zupełnie nie potrzebnie zareagowałem, tak? Mam pozwolić, żeby moją córka chodziła tak po ulicach? – Baśka przewróciła oczami.
- Twoja córka ma już 17 lat, niektóre dziewczyny w jej wieku zostają matkami! – dodała, z rozbawieniem obserwując reakcję męża, który o mało nie zakrztusił się własną śliną.
- Oszalałaś?! Jeszcze by tego brakowało! I jak zwykle jej bronisz! – odpowiedział z wyrzutem.
- Za to ty, jak zwykle przesadzasz! Chodź lepiej na śniadanie, bo spóźnimy się do pracy!

(...)

Energicznym krokiem i z zaciętą miną maszerowała w kierunku szkoły. Starała się wyładować swoją złość kopiąc po drodze jakiś Bogu ducha winny kamień. Poranna kłótnia z ojcem sprawiła, że jej dobry humor prysnął jak bańka mydlana. Była na niego wściekła. Jak zwykle musiał się do czegoś przyczepić. Miała po dziurki w nosie tych jego nieustannych kazań. Była już prawie dorosła, a on wciąż zachowywał się tak, jakby nadal miała pięć lat. Złowrogo mrucząc coś pod nosem nawet nie zauważyła, gdy dotarła na miejsce. Już miała przekraczać progi swojego liceum, kiedy usłyszała za sobą znajomy głos.
- Ada! – po drugiej stronie ulicy stała Gośka, szczupła blondynka, którą Brodecka poznała jakieś dwa tygodnie temu. Dziewczyny spotkały się w parku i od razu złapały wspólny język. Gosia okazała się dwa lata starszą, zapaloną fanką rocka i metalu. Swoją miłość do mocnych brzmień lubiła eksponować wyglądem. Zwykle ubierała się na czarno, nosiła glany i mocny makijaż. Tylko kolorowe bransoletki, których Gośka zawsze miała mnóstwo, rozświetlały tę ponurą całość – Ada! – dziewczyna ponownie jej pomachała.
- Cześć! Co tu robisz? – zdziwiła się obecnością przyjaciółki.
- Przechodziłam! – szeroko się uśmiechnęła – A ty coś taka odstawiona?
- Gocha, błagam! Przynajmniej ty nie zaczynaj! Wystarczy mi, że ojciec jak zwykle musiał się przyczepić! – rzuciła wyraźnie zdenerwowana.
- Dobra, wyluzuj! A starym się nie przejmuj, oni już tak mają! – mrugnęła do niej pocieszająco – Idziesz na lekcje?
- Niestety! – westchnęła – W dodatku czeka mnie dziś urocza lekcja z prof. Piotrkowską! Jak ja nie cierpię matmy! Mam tylko nadzieje, że ta stara rura odpuści sobie odpytywanie. Kolejna lufa raczej nie poprawi mi nastroju!
- Więc nie idź! – podsunęła Gośka beztrosko.
- Mam się zerwać z lekcji? – Ada nie wydała się przekonana do tego pomysłu.
- Czemu nie? Chodź z nami, właśnie umówiłam się w parku z moją paczką.
- Sama nie wiem, to chyba nie jest najlepszy pomysł – skrzywiła się. Już widziała minę ojca, gdyby się o tym dowiedział.
- Oj zobaczysz, że będzie fajnie! Poznasz resztę moich przyjaciół, a usprawiedliwienie jakoś sobie skołujesz! – przekonywała – Chyba lepsze to, niż kolejna pała! – dodała zachęcająco.
- Może masz rację – zastanowiła się chwile – No dobra, chodźmy! – postanowiła w końcu, po czym obie zadowolone ruszyły w stronę parku.
Około 16:00 srebrna toyota zatrzymała się na parkingu pod jednym z bloków na warszawskiej Ochocie. Basia z Markiem wysiedli z samochodu, wymienili uśmiechy i łapiąc się za ręce, ruszyli do klatki z literką E. Spokojnie wjechali windą na szóste piętro, wymieniając ukłony z napotkanymi sąsiadami.
- Umieram z głodu! Mam nadzieję, że Ada odgrzała obiad! - Marek odkluczając drzwi nie mógł powstrzymać się od komentarza - Chyba, że tego też zrobić nie mogła.
- Marek! - Brodecka rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie - Chociaż ty zachowuj się normalnie. Zaraz ci zrobię ten twój obiad - weszła do mieszkania, natychmiast zdejmując buty - Moje nogi! Aduś! - rozejrzała się po mieszkaniu, ale po dziewczynie nie było śladu - Chyba jej nie ma!
- No tak! Przecież ona wychodzi kiedy chce i przychodzi kiedy chce. Już ja z nią pogadam. - widząc, że Basia szykuje się do komentarza, natychmiast jej przerwał – Proszę cię, tylko jej nie broń!
Po mniej więcej pół godziny Basia postawiła na stole trzy talerze z zupą. Marek natychmiast zaczął napełniać pusty żołądek.
- Zajęcia skończyła o 14 jeżeli się nie mylę, spóźnia się już dwie godziny. – zerknął na zegarek kończąc pałaszować zupę - Co ona... - w tym momencie drzwi otworzyły się i do środka weszła dziewczyna ze zwiniętym rulonem białego papieru w dłoni. Na sobie miała zapiętą pod szyję bluzę i już znacznie łagodniejszy niż rano makijaż. Pospiesznie zasiadła do stołu.
- Mamuś przepraszam, ale zapomniałam, że na piątek mam do oddania pracę na sztukę. Nie miałam materiałów, musiałam jechać do Galerii! - Basia uśmiechnęła się delikatnie, a widząc zaciętą minę męża, tylko lekko pokręciła głową.
- Jak było w szkole? - Marek nie odwracał wzroku od córki.
- Normalnie! - wzruszyła szybko ramionami - Nudy! - prychnęła.
- I tylko tyle?
- A co mam ci powiedzieć?! - dziewczyna zdenerwowana odsunęła od siebie talerz z obiadem - Znowu się czepiasz! - wysyczała i odeszła od stołu.
- Ada, a obiad? - Basia zawołała za córką.
- Odechciało mi się jeść! - odkrzyknęła, a potem zza drzwi jej pokoju dobiegł ich dźwięk głośnej muzyki.
- Świetnie! - Brodecka wymownie spojrzała na męża i wyszła, zostawiając go samego.

Część 2.

Siedziała w łazience już dobre pół godziny. Wczorajsze sushi, które zamówili z Markiem tylko śmignęło jej przed oczami. Poprzysięgła sobie, ze już nigdy więcej nie spróbuje surowej ryby. Czuła się fatalnie. Przemyła twarz zimną wodą i wyszła z łazienki, zerkając jeszcze na zegar w korytarzu, który wskazywał dokładnie 5:20. Nie wracając już do sypialni ułożyła się na wygodnej sofie i nie wiadomo kiedy zasnęła.
Marek wyrwany ze snu przez jazgoczący budzik, leniwie przeciągnął się na łóżku i powoli podniósł powieki. Rozejrzał się nieprzytomnie po sypialni, zauważając, że nie ma w niej Basi, a w domu panuje idealna cisza. Naciągnął swoje już lekko sfatygowane dżinsy i poczłapał do salonu. Zwinięta w kłębek, przytulona do niewielkiej poduszki, słodko spała. Uśmiechnął się z rozrzewnieniem na ten widok i nie mając sumienia jej budzić delikatnie przykrył leżącym obok kocem.
- Marek? – usłyszał jej słaby głosik, gdy już chciał się odwrócić i odejść – Która godzina? – przetarła zaspane oczy.
- Dochodzi siódma! – usiadł na brzegu sofy – Dlaczego spałaś w salonie? Stało się coś?
- Źle się dzisiaj czuje, chyba strułam się tym twoim sushi! – szturchnęła go lekko w ramię – Daje słowo, jak żyje, nigdy więcej surowych ryb. – jęknęła.
- Faktycznie kiepsko wyglądasz – zaniepokoił się – Zostań w domu, a ja poproszę Adama o wolny dzień dla ciebie. – zakomunikował.
- Marek, proszę cię, to tylko zwykłe zatrucie. Połknę jakieś tabletki, wypije herbatkę i mi przejdzie. – zapewniła, gdy nagle ogarnęła ją kolejna fala mdłości i jak z procy pognała do łazienki.
- Baśka, zostajesz w domu. – Brodecki stanął pod drzwiami łazienki – Zawiozę Adę do szkoły, a jeśli nie będziemy mieć z Adamem żadnej sprawy, to może uda mi się urwać wcześniej! W porządku? – zapytał po chwili, gdy stanęła przed nim blada jak ściana, lekko chwiejąc się na nogach.
- Mhm – wymruczała markotnie – Chyba nie mam wyjścia. Poradzicie sobie?
- No jasne. Nic się nie martw, a najlepiej połóż i spróbuj zasnąć, dobrze? – pogładził delikatnie jej policzek, a potem skradając szybkiego całusa, skierował kroki do pokoju córki, by w końcu ją obudzić.

(...)

Kilka godzin później Ada wchodziła do klatki wyraźnie wściekła. Jak na razie wszystko układało się nie po jej myśli. Najpierw ojciec narobił jej obciachu, odwożąc do szkoły. Potem dowiedziała się o już wcześniej zaplanowanym sprawdzianie z rachunku prawdopodobieństwa na jutro, o którym kompletnie zapomniała, aż w końcu na godzinie wychowawczej poinformowano jej klasę o planowanej na przyszły tydzień wywiadówce. Zaklęła w myślach na samo wspomnienie. Przecież zerwała się kilka razy z lekcji i absolutnie nie mogła liczyć na usprawiedliwienie. W dodatku ostatnio nie szło jej za dobrze w szkole. Załapała kilka laczy, a to z kartkówek, a to z odpytywania. Wiedziała, co ją czeka - z ojcem nie ma żartów. Co innego, gdyby na zebranie poszła mama, ale to raczej mało prawdopodobne. Tata prawie zawsze zaliczał obecność, mama była chyba ze dwa razy. Weszła do domu z myślą, że będzie sama i w spokoju wszystko przemyśli, ale już w korytarzu usłyszała rozmowę rodziców. Skrzywiła się i rzuciła buty w kąt, tak, że odbiły się od ściany, po czym weszła do swojego pokoju, trzaskając przy tym drzwiami. Położyła torbę z książkami na ziemi i natychmiast włączyła swoją ulubioną płytę, podkręcając przy tym głośniki prawie do oporu. Rzuciła się na łóżko z niemrawą miną i próbowała wymyślić sensowne rozwiązanie, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Nie minęło kilka minut, a drzwi do jej pokoju otworzyły się z impetem. Spojrzała w ich kierunku - w progu stał ojciec.
- Ścisz to. - jego głos brzmiał wrogo, ale nie był to krzyk. Zignorowała go. - Powiedziałem, ścisz muzykę.
- Zrobię to, gdy będę chciała! - odpyskowała, rzucając mu kpiące spojrzenie.
- Ada nie przeciągaj struny. - uniósł się - Możesz nie szanować mnie, ale mama jest chora i potrzebuje spokoju!
- Wyobraź sobie, że ja też go potrzebuje! Będę robiła to, co mi się podoba!
- Dopóki mieszkasz pod moim dachem, będziesz robiła to, co ci mówię. - Marek ruszył w jej kierunku.
- Już niedługo. - wrzasnęła i wymijając go, wybiegła z pokoju. W korytarzu założyła buty i chwyciła kurtkę, po czym wyszła z domu, głośno trzaskając drzwiami.
Marek pokręcił głową z rezygnacją i wyłączył muzykę. Nie podobało mu się, że nie jest w stanie się z nią dogadać. Zawsze tworzyli zgrany duet, nikt nie był w stanie ich poróżnić, a teraz? Nie było dnia, by się nie kłócili. Spojrzał na zdjęcie stojące na komodzie, zrobione jakieś półtora roku temu. Ada uśmiechnięta, w jego niedźwiedzim uścisku - tęsknił za tymi chwilami, ale nie mógł tolerować jej opryskliwego zachowania.
Tymczasem dziewczyna zjechała windą na dół i włożyła kurtkę. Nie miała zamiaru przejmować się starym. Co on może wiedzieć?! Nie rozumie, że ona też ma problem, kto by się przejmował przeziębieniem matki. Przeklinała go w myślach całą drogę do parku. Pomimo chłodu, który czuła usiadła zła na ławce. Może być nawet chora, jej to nie przeszkadza. Ojciec i tak zawsze o wszystko się czepia, co by nie zrobiła, to jest źle! Krzyczała w myślach, dłubiąc przy tym butem w ziemi. Nagle przed jej oczyma wyrosły czyjeś nogi. Powiodła wzrokiem do góry, aż napotkała roześmianą twarz chłopaka. Odwzajemniła uśmiech, a serce podskoczyło jej do gardła z podekscytowania.
- Co tu robisz sama? - poznała go dwa dni temu, podczas jej kolejnych wagarów.
- Rozmyślam.- uśmiech nie schodził jej z twarzy.
- Mogę się przyłączyć? - skinęła głową, a Łukasz natychmiast usiadł na ławce. Podobał się jej - wysoki brunet, dobrze zbudowany, z piwnymi oczami. Trochę starszy od niej, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Poza tym tak świetnie pasował jej jego charakter. Miły, sympatyczny, no i troskliwy! Kto inny podszedłby i zapytał „co robi”. To nic, że jest bardziej rozrywkowy niż ona, przecież dla niego może się zmienić. Gdyby tylko chciał.
- A o czym myślisz? - puknął ją w ramię, co sprawiło, że ocknęła się z zadumy.
- Wkurzyłam się!
- No powiem ci, że nie jesteś oryginalna - roześmiali się - A co się stało? Problemy w budzie? - pokiwała głową.
- Trochę, ale największe na chacie... Ojciec się czepia... - spuściła głowę zrezygnowana.
- Żeby tylko ciebie! Starsi ludzie mają to do siebie, że wiecznie narzekają. - uśmiechnął się do niej życzliwie - Ale mam coś na poprawę humoru - popatrzyła na niego z zainteresowaniem.
- Łukasz....
- Jedno piwo ci nie zaszkodzi - wyjął zza kurtki puszkę.
- Nie piję...
- To chociaż spróbuj - podsunął jej bliżej, a ta zapatrzona w jego czarujący uśmiech, wyciągnęła rękę w stronę puszki.

(...)

Nie pomogła herbatka z cytrynką, kilka godzin snu i słodkiego nic nie robienia. Złe samopoczucie nie minęło. Może nie miała już zawrotów głowy i nie latała do łazienki po trzy razy w przeciągu 10 minut, ale jej żołądek nadal dawał o sobie znać. Następnego dnia po usilnych namowach Marka w końcu zgodziła się pójść do lekarza.
- Panie doktorze i co?
- Nie ma się czym martwić, to nic poważnego. – lekarz ciepło się uśmiechnął.
- Tak myślałam. Tylko niepotrzebnie zawracałam panu głowę, ale kiedy mój mąż się na coś uprze, to...
- Pani Basiu bardzo dobrze, że pani przyszła. Oto wyniki. – podał jej mały świstek papieru. Basia wzięła kartkę rzucając okiem i w pierwszej chwili nie mogła uwierzyć, w to co zobaczyła. To jakiś żart? Ona? Nie, to przecież nie możliwe.
- Ale... Czy to pewne? Może zaszła jakaś pomyłka? – zwróciła się do lekarza, który przyglądał się jej z lekkim rozbawieniem.
- Z całą pewnością nie.
- Więc... chce mi pan powiedzieć, że...
- ... że jest panie w ciąży. Tak.

Część 3.

Wróciła od lekarza z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony była szczęśliwa, że po raz kolejny zostanie mamą, ale z drugiej pełna obaw. Jak dotąd nie rozmawiali z Markiem o powiększeniu rodziny. Oboje byli zapracowani, mieli na głowie mnóstwo spraw, wydatków typu niespłacony kredyt za mieszkanie, raty za nowe kino domowe, na które Marek się uparł, twierdząc, że ich poprzedni sprzęt już się do niczego nie nadaje, a jak szaleć z kredytami, to szaleć. A dziecko, to przecież kolejne mnóstwo wydatków. Czuła się dziwnie zagubiona w całej sytuacji. Jak powiedzieć o tym Markowi, Adzie? No właśnie, Ada. Jej córka wchodziła właśnie w okres dojrzewania i młodzieńczego buntu. Jak zareaguje na wieść o tym, że za 9 miesięcy będzie miała rodzeństwo? Bezradna skuliła się na kanapie tuląc do siebie poduszkę. Leżała tak chwilę, gdy usłyszała zgrzyt klucza w zamku, a następnie dostrzegła Marka wchodzącego do salonu.
- Cześć! – przywitał się z nią buziakiem w policzek, siadając na brzegu sofy – Byłaś u lekarza? – dziewczyna pokiwała głową – Co powiedział?
- Marek? – usiadła po turecku wbijając w niego swoje wylęknione spojrzenie – Obiecaj mi, że będzie dobrze!
- Ale o co chodzi? – zmarszczył brwi, nie bardzo wiedząc do czego zmierza – Kochanie, coś się stało? – przestraszył się, gdy jej oczy lekko się zaszkliły.
- Powiedz, że sobie poradzimy! – mocno się do niego przytuliła.
- Poradzimy sobie, ale skarbie powiedz mi co się dzieje? – odsunął ją delikatnie od siebie.
- Jestem w ciąży! – prawie wyszeptała. Patrzył na nią przez chwilę, bojąc się, że się przesłyszał.
- W ciąży? To znaczy, że będę ojcem? – pokiwała głową. Na jego twarzy natychmiast zagościł szeroki uśmiech i nie mogąc się powstrzymać, chwycił w dłonie jej policzki składając na jej ustach żarliwy pocałunek.

(...)

Szła wolnym krokiem, szurając butami o chodnik. W ręku trzymała wodę truskawkową i ze skwaszoną miną otwierała sobie batonika. Wypadła jej środkowa lekcja, więc korzystając z okazji wyrwała się do sklepu. Nie mogła ścierpieć, że przed nią jeszcze trzy, drętwe godziny. Środek tygodnia, a gdzie tu myśleć o piątku! Jęknęła w duchu. Ostatnio z niczego nie była zadowolona. Włożyła do buzi resztkę batona i zgniotła opakowanie w ręku. Miała co prawda wyrzucić je do kosza, ale stwierdziła, że dostarczy pracy „panom- drogowcom”, siedzącym właśnie na krawężniku. Rzuciła szeleszczący papier na trawnik i skręciła w uliczkę, prowadzącą wprost do jej szkoły. Zwolniła jeszcze bardziej kroku, aby opóźnić dojście. Wychyliła z butelki łyk wody i już miała wejść na boisko, gdy dobiegło ją ciche gwizdanie. Odwróciła się instynktownie. Po drugiej stronie ulicy machały do niej trzy, znajome osoby.
- Siemano! - podeszła do nich.
- Co tam Piękna? - Łukasz uśmiechnął się szeroko.
- Nuda. Jeszcze mam 3 godziny! - jęknęła.
- Mamy propozycję nie do odrzucenia - tym razem odezwała się Kasia.
- No dawaj - Ada oparła się o ścianę budynku.
- Idziemy właśnie na skwerek trochę się rozerwać się, a ty idziesz z nami! - dziewczyna pokazała jej torbę pełną „prowiantu”.
- Nie, ja odpadam...
- No co ty! Dawaj, idziesz z nami! - najniższa z towarzystwa dziewczyna pociągnęła ją za rękaw.
- Nie, ja naprawdę pasuję. Chemica robi dziś sprawdzian. Zabije mnie.
- Nie bądź drętwa! - Kaśka puknęła ją w ramię.
- Słuchaj Aduś! - Łukasz objął ją ramieniem, co spowodowało u niej lekkie dreszcze - Masz dwie możliwości: albo zostajesz tutaj, idziesz do budy i umierasz z nudów, albo idziesz z nami i świetnie się bawisz. Sama wybieraj! - przeszył ją wzrokiem, na co Ada zesztywniała - Proponujemy ci zajebiaszczą zabawę. Idziesz? - wyciągnął w jej kierunku rękę, a dziewczyna mimo że wahała się, podała mu swoją dłoń.
Po chwili cała czwórka oddaliła się spod szkoły. Ada nie przejmując się niczym oddała się uciechom. Dopiero, gdy na dworze było zupełnie ciemno, a ją przeszywało zimno, zerknęła na zegarek. Dochodziła godzina 22, miała ponad sześć godziny spóźnienia. Pożegnała się szybko z przyjaciółmi i biegiem udała się do domu. Miała cichą nadzieję, że w domu będzie tylko matka, ale gdy otworzyła drzwi od razu stanęła twarzą w twarz z ojcem.
- Gdzie byłaś? - zapytał, krzyżując ręce.
- W bibliotece! - ugryzła się w język za swoje kłamstwo.
- O ile się nie mylę biblioteki zamykają o 18, a jest 22, więc? – podniósł ton, a w korytarzu natychmiast pojawiła się Basia.
- Potem poszłam do Agi! Zresztą nie muszę ci się tłumaczyć! - Ada przybrała bojową postawę i także uniosła głos.
- Ada... - Basia próbowała interweniować.
- Nie tym tonem! – zwrócił się do córki – A skoro tak stawiasz sprawę, to masz szlaban! Zero jakichkolwiek wyjść, zrozumiano?
- Mam to gdzieś! - odpyskowała i natychmiast zniknęła w swoim pokoju, zamykając drzwi na klucz. Marek przymknął powieki i mocniej zacisnął pięści starając się zapanować nad nerwami.
- Ta dziewczyna staje się nie do zniesienia. – warknął udając się do salonu – Nie broń jej! – zastrzegł, gdy Basia otwierała usta, by coś powiedzieć.
- Wcale nie zamierzam!
- Jesteśmy jej rodzicami, chyba należy nam się odrobina szacunku. Nie wiem już jak z nią rozmawiać.
- Dorasta, buntuje się przeciwko wszystkiemu. Nie pamiętasz jak byłeś w jej wieku?
- Doskonale pamiętam. Dostawałem wtedy niezłe baty od ojca, może jej też by się przydały!
- Zobaczysz, że niedługo jej przejdzie. To po prostu taki wiek. – stwierdziła Basia – Powiemy jej jutro? – uśmiechnęła się delikatnie, gładząc swój jeszcze płaski brzuszek.
- Jutro, przy kolacji! – na myśl o tej jeszcze nienarodzonej kruszynce, cała złość uleciała z niego w mgnieniu oka – Myślisz, że się ucieszy?
- Mam nadzieje! – westchnęła skradając mu szybkiego całusa.

(...)

Siedziała w swoim pokoju ze słuchawkami na uszach. Z iPoda wydobywała się muzyka. Przeglądała jakiś durny magazyn, co chwilę rzucając pod nosem jakieś komentarze do każdej ze stron, nie siląc się na pozytywy. Nuciła właśnie jedną ze swoich ulubionych piosenek Dżemu, gdy poczuła na ramieniu czyjś dotyk. Natychmiast odwróciła głowę.
- Co? - zwróciła się do stojącej nad nią matki.
- Chodź na kolację. - Basia uśmiechnęła się do córki i wyszła z pokoju. Za nią ociągając się poczłapała Ada. Usiadła przy stole, ale ze względu na obecność ojca, nie odezwała się słowem. Ciszę w końcu postanowiła przerwać Basia.
- Adeńko....
- Nie mów tak do mnie! - zastrzegła, gryząc paprykę.
- Dobrze. Aduś... - Basia wzięła głęboki oddech - Ja... to znaczy my... - Marek spojrzał na żonę, która potarła ze zdenerwowania czoło.
- Chcemy ci coś powiedzieć! - włączył się do dyskusji, ale obrażona dziewczyna nawet na niego nie spojrzała.
- Co takiego, mamo? - zaakcentowała ostatnie słowo, zupełnie ignorując ojca. Basia jeszcze raz wzięła oddech i pokrzepiona spojrzeniem Marka postanowiła wyrzucić to z siebie.
- Jestem w ciąży! - wypaliła.
Ada zaskoczona tym co usłyszała wypluła kolację do papierowej chusteczki.
- Co proszę? W ciąży? - odsunęła się od stołu, bezradnie opuszczając ręce.
- Tak. - Basia ponownie spojrzała na męża.
- Ciąża w tym wieku? Ocipiałaś?! Jak ja się w szkole pokażę?! W ogóle wy to jeszcze robicie?!
- Ada! - Brodecki w końcu się odezwał.
- To jakiś spóźniony prezent urodzinowy?! Przykro mi, nie trafiłaś w mój gust! - dziewczyna nie szczędziła przykrych słów.
- Ale Ada... – Baśka próbowała coś powiedzieć, jednak nastolatka nie pozwoliła jej dojść do słowa.
- Nie no ja zwariuję! Nie mogę w to uwierzyć! Przecież jesteś stara! Jak mogłaś?!
- Ada, licz się ze słowami! - Marek uniósł głos, wyprowadzony z równowagi.
- Bo co? Poza tym z tobą nie rozmawiam! - pokazała palcem na ojca - I w ogóle odczep się! Dajcie wy mi wszyscy święty spokój! - poderwała się od stołu i pobiegła do swojego pokoju.

c.d.n.

isis - 2010-01-31, 16:54

Ja doskonale pamiętam to opowiadanie;D
Heh młoda,gniewna :lol:

Czekam na kolejną część Olka:):)

Daisy,a co z Tobą?;D

olka - 2010-01-31, 19:54

Część 4 - Nowa!

Dziś miała na drugą lekcję, więc mogła legalnie dłużej pospać. Zresztą i tak nie miała zamiaru pójść do szkoły. Odkąd poznała Gośkę i jej paczkę, pojęcie „dobrze się bawić” nabrało nowego znaczenia. Wspólne imprezy, wypady na skwerek, wycieczki po klubach, kawiarniach stały się tradycją. Jej życie nareszcie przestało być monotonne, zerwała z przeciętnością. Nie była już nudną kujonicą ani córeczką tatusia. I podobało jej się to. Ponadto dzięki Gośce poznała Łukasza. Ilekroć go widziała jej serce fikało niebotycznego koziołka. To dla niego zaczęła stroić się i malować. Chciała, by widział w niej kobietę, a nie młodszą siostrę. Bez wątpienia był jej ideałem. Księciem z bajki, o którym zawsze marzyła. Męski, wysportowany, inteligentny, a przy tym zabawny. Pociągała ją jego pewność siebie i wrażliwość w jednym. Uwielbiała z nim rozmawiać i dzielić się spostrzeżeniami, zawsze potrafił doradzić i wysłuchać. Troszczył się, przepuszczał w drzwiach, ustępował miejsca. Wczoraj wieczorem, gdy siedzieli nad Wisłą, oddał jej swoją bluzę, widząc, jak trzęsie się z zimna. Jeszcze nikt tak jej nie traktował. Czuła się wyjątkowa.
Poczekała aż rodzice wyjdą do pracy, wzięła szybki prysznic, założyła ulubione dżinsy, bluzkę i chwytając plecak wyszła z mieszkania. Za radą nowych przyjaciół, nie wspomniała rodzicom o wywiadówce. Spokojna, iż nie musi rezygnować z dzisiejszych planów, wystukała krótkiego sms’a do Gośki. Obie miały spotkać się w „Iluzjonie”, nowo otwartym pubie na Szewskiej. Była już przy windach, gdy natknęła się na Kacpra, syna sąsiadki z piętra wyżej. Chłopak na jej widok wyraźnie się ożywił i szeroko uśmiechnął.
- Cześć Ada! – zagadnął wesoło. Był rok starszym, przystojnym blondynem. Nieco przydługie, lekko kręcone włosy nadawały mu chłopięcy wygląd, jednak spojrzenie błękitnych oczu, zdążyło już nie jednej zawrócić w głowie. Uśmiechnął się uroczo, ukazując rząd bielutkich zębów.
- Cześć! – burknęła przewracając oczami. Nie podzielała entuzjazmu kolegi.
- Dokąd się wybierasz? – zapytał, próbując przeciągnąć rozmowę. Zawsze zagadywał, gdy widział ją w pobliżu. Podobała mu się, ale nie miał odwagi się do tego przyznać.
- To chyba jasne. Do szkoły. – odparła chłodno, nie siląc się na uprzejmości.
- No tak. – zmieszał się nieco, słysząc opryskliwy ton dziewczyny - To może cię podwieźć? – zaoferował – Właśnie dostałem prawko. – pochwalił się, cały w skowronkach.
- Dzięki. Wole nie ryzykować jazdy z jakimś leszczem. – rzuciła chamsko, nie odwracając się w jego stronę. Chłopak spojrzał na nią z zaciętym wyrazem twarzy. Zawsze uważał swoją sąsiadkę za sympatyczną osóbkę, jednak tym razem, nie mógł tego o niej powiedzieć.
- Nie jestem jakimś leszczem. – wycedził - Często jeździłem na wsi, samochodem dziadków. Poza tym twój ojciec dawał mi kilka lekcji i dobrze o tym wiesz. – przypomniał, odpierając jej zarzuty.
- Co z tego. – rzuciła pod nosem – I tak wole jechać autobusem. – obdarzyła go wymownym spojrzeniem, mówiącym ni mniej, ni więcej, jak: „Spływaj” i naciskając zielony guziczek przy drzwiach windy, wskoczyła do środka.
- Świetnie! – mruknął do siebie, gdy zniknęła mu z oczu i chowając ręce w kieszenie, zły, podreptał na górę.

(...)

Było kilka minut po 18:00, gdy zaparkował pod budynkiem szkoły, do której uczęszczała jego córka. Rano otrzymał telefon od jej wychowawcy z informacją o planowanej na dziś wywiadówce. Ada o niczym nie wspominała, więc był nieco zaskoczony, jednak obiecał się stawić. Chciał wyrwać się wcześniej, ale akcja na Żoliborzu trochę się przedłużyła i był już spóźniony. Bez problemu odnalazł odpowiednią sale i wszedł do środka. Nauczyciel właśnie tłumaczył coś zebranym rodzicom, więc Marek nie chcąc przeszkadzać, szybko zajął miejsce w ostatniej ławce. Pan Kornacki, starszy już człowiek, lecz świetny wychowawca i pedagog, natychmiast go zauważył. Rozpoznał go od razu. Uczył również w gimnazjum, do którego wcześniej chodziła młoda Brodecka, więc często spotykał jej ojca. Marek pojawiał się w zasadzie na każdej wywiadówce, poza tym podobieństwo między nim, a Adą, było ogromne. Uśmiechnął się łagodnie i lekko skinął mu głową, co Brodecki także odwzajemnił. Głównym tematem dzisiejszego zebrania, była tygodniowa wycieczka do Belgii, na którą wkrótce mogli pojechać wszyscy pierwszoroczni. Co roku szkoła organizowała tego typu wyjazdy integracyjne. Każdy mógł lepiej się poznać, a przy okazji zwiedzić kawałek świata. Rodzicom należało przedstawić plan podróży, omówić z nimi koszty i resztę szczegółów. Po skończonej prezentacji wychowawca zakończył spotkanie, pozwalając rozejść się do domów.
- Panie Brodecki! – zwrócił się do Marka, gdy ten chciał opuścić klasę – Mogę na słowo?
- Oczywiście. – zgodził się natychmiast i zaraz stanął przy biurku pana Krzysztofa – O co chodzi? – zapytał krzyżując ręce na piersi.
- Chodzi o Adę. Prawdę mówiąc niepokoi mnie jej zachowanie. – nauczyciel wyznał szczerze, bez owijania w bawełnę.
- Jakie zachowanie? – podkomisarz zmarszczył brwi, nic nie rozumiejąc.
- Dotychczas nie było z nią żadnych problemów, jednak ostatnio wyraźnie opuściła się w nauce, zaczęła wagarować, dziś też nie pojawiła się w szkole. Ma kilka zaległych prac. – wyliczał Kornacki, wyraźnie zmartwiony postępowaniem swej podopiecznej – Ponadto nauczyciele skarżą się, że przeszkadza na lekcjach, rozpraszając uwagę całej grupy. Ostatnio pani Chwalik była zmuszona wpisać jej uwagę, wiedział pan o tym?
- Nie, ja ... nie miałem pojęcia. – wyznał zupełnie zaskoczony i nie przygotowany na takie informację. Czuł się zażenowany, było mu wstyd za swoją pociechę. Nie wiedział co zrobić, ani jak się zachować. Do tej pory Ada była wzorową uczennicą, zawsze pilnie przygotowana, uprzejma, koleżeńska, zbierała same pochwały. Nigdy nikt się na nią nie skarżył, o uwagach tym bardziej nie było mowy, a już wagary? To nie mieściło mu się w głowie. Sądził, że zna własne dziecko. Dzisiejszy wieczór uświadomił mu, że jest w błędzie. – Czy ... czy Ada będzie musiała powtarzać rok? – zapytał niepewnie, unikając wzroku nauczyciela. Czuł się głupio.
- Panie Marku, tą rozmową chce tylko zwrócić uwagę na problem. – wyjaśnił, widząc zakłopotanie młodego ojca. Lubił Brodeckiego. Wiedział, że ten troszczy się o rodzinę i kocha córkę, która jest jego największą dumą. – Nie mam zamiaru pana oceniać, ani broń Boże obwiniać. – zapewnił.
- Przepraszam. – uśmiechnął się smutno – Po prostu wydawało mi się, że ją znam.
- To mądra dziewczyna, ale zagubiona. Czy w domu coś się zmieniło?
- Nie umiem się z nią dogadać. – przyznał rozgoryczony – Ostatnio każda nasza rozmowa zamienia się w kłótnie. Nie dawno dowiedzieliśmy się, że żona jest w ciąży. – jego twarz na chwilę rozjaśnił uśmiech. Myśl o tej jeszcze nienarodzonej kruszynce, niosła ogromną radość. Nie potrafił się wtedy nie uśmiechać.
- W takim razie gratuluje! – nauczyciel wymienił z nim serdeczny uścisk dłoni – A co na to Ada?
Mina Marka natychmiast zrzedła. Doskonale pamiętał kolację z przedwczoraj i teatrzyk, jaki urządziła im nastolatka. Wciąż był na nią wściekły, zwłaszcza za to jak potraktowała Basie. Brodecki nie przypuszczał, że jego córka może być tak bezczelna w stosunku do własnej matki. Jego żona przepłakała pół nocy dotknięta słowami jedynaczki. Obawiała się, że Ada ma rację. Może faktycznie jest już za stara na kolejną ciąże. Jak zareagują inni, a jeśli sobie nie poradzi? Marek musiał ją solidnie przekonywać, że to wszystko bzdury, że jest piękną, atrakcyjną kobietą, za którą oglądają się wszyscy stażyści na komendzie. Nie ma lepszej i nigdy nie powinna w to wątpić, ani tym bardziej przejmować się słowami rozgniewanej i zbuntowanej nastolatki, której najchętniej złoiłby skórę. Zwłaszcza po tym, czego się dziś dowiedział.
- Cóż, nie przyjęła tego najlepiej. – „Delikatnie mówiąc” - dodał już w myślach, mocniej zaciskając pięści.
- Panie Marku wiem, że jest pan rozczarowany, ale proszę z nią porozmawiać. – wychowawca poklepał go przyjaźnie po ramieniu – A jeśli chodzi o powtórkę roku, to mamy jeszcze trochę czasu. Jeżeli Ada odpowiednio szybko się zmobilizuję, myślę, że nie powinna mieć problemów.
- Postaram się tego dopilnować. Dziękuję. – jeszcze raz panowie uścisnęli sobie dłonie, poczym Brodecki żegnając się, opuścił klasę. W drodze na parking cały czas myślał o tym, co powiedział mu nauczyciel. Był zawiedziony i zły. Nie przypuszczał, że Ada zacznie lekceważyć swoje szkolne obowiązki, w dodatku tak poważnie. Nie potrafił zrozumieć zachowania dziewczyny. Najbardziej bolało to, że ich okłamała. A przecież tyle razy obiecywali sobie wzajemną szczerość, tymczasem ani on, ani Baśka nie mieli o niczym pojęcia. Marek nie mógł na to pozwolić. „Już ja sobie z nią porozmawiam” przeszło mu przez myśl, gdy wsiadał do samochodu. Przekręcił kluczyk w stacyjne i ruszył, odjeżdżając w stronę Mokotowa.
- Hej, jesteś już? – przywitał żonę buziakiem, gdy parę minut po 19:00 znalazł się w mieszkaniu. Kiedy opuszczał komendę spiesząc się do szkoły, Baśka siedziała jeszcze w kanciapie nad jakimiś papierami dla Wiśniewskiej. W tej chwili stała przy zlewie płukając sałatę.
- Adam wygonił mnie do domu. Teraz, gdy dowiedział się, że jestem w ciąży, będzie mnie traktował, jak obłożnie chorą. – stwierdziła z miną obrażonej dziewczynki, układając zielone liście na kromkach chleba – A jak wywiadówka? – zapytała zerkając na niego przelotem.
- Kiepsko. – odparł, porywając ukradkiem plasterek rzodkiewki.
- To znaczy?
- To znaczy, że muszę z nią porozmawiać. – westchnął, opierając się tyłem o kuchenny blat – Jest u siebie?
- Nie. – postawiła na stole pełen talerz kanapek.
- A gdzie?
- Nie wiem. Nie zastałam jej, gdy wróciłam. Próbowałam dzwonić, ale nie odbiera. – napełniła czajnik i wstawiła wodę na herbatę.
- Smarkula. – syknął.
Był coraz bardziej wściekły, nie dość, że urządziła sobie wagary, to jeszcze nie odbiera telefonu.
- Marek! – upomniała go, posyłając spojrzenie, mówiące „Nie zaczynaj!” – Bądź dla niej wyrozumiały.
- Byłem, aż za bardzo! Ale od dziś koniec. Gdybyś słyszała, co powiedział Kornacki, przyznałabyś mi rację. – stwierdził święcie o tym przekonany. Miał prawo się złościć. Ada narozrabiała i nie pozwoli, by uszło jej to płazem.
- Więc może mnie łaskawie oświecisz. – rzuciła z odrobiną irytacji w głosie. Nie lubiła być niedoinformowana, a sądząc po minie jej męża, chodziło o coś poważnego. W tej samej chwili oboje usłyszeli otwierane drzwi.
- Zaraz się wszystkiego dowiesz. – powiedział to bardziej do siebie i udał się do przedpokoju. Baśka nie tracąc czasu podreptała za nim. Ada zdejmowała właśnie buty, gdy Marek, krzyżując ręce na piersi, stanął z boku opierając się o ścianę. Z trudem nad sobą panował.
- Gdzie byłaś? – zadał niby niewinne pytanie, czekając na odpowiedź. Próbował zachować, spokojny, niemal obojętny ton, jednak w środku, aż się w nim gotowało.
- W bibliotece. – odparła dziewczyna, nie zwracając na niego uwagi.
- Bardzo oryginalne. – prychnął złośliwie.
Zupełnie nie przejęła się tą uwagą ojca. Wywróciła bezczelnie oczyma, przygotowując się psychicznie na kolejną pogadankę tatusia. Ostatnio z jej starego zrobił się straszny zrzęda. Nic, tylko ciągle miał o coś pretensje. Z trudem wytrzymywała te jego zaczepki i srogą minę. Na samą myśl miała odruch wymiotny. Złośliwie pomyślała, że byłoby zabawnie, gdyby mu już tak zostało. To wredne, w końcu to jej ojciec - dotarło do niej z opóźnieniem, ale nic na to nie poradzi, że ma dosyć. Wcześniej zachowywał się inaczej. Lubiła spędzać z nim czas. Śmiali się z tych samych żartów, umieli ze sobą rozmawiać. Czasem lepiej niż z mamą. Dogadywali się, jakby byli rówieśnikami, jakby Marek nie miał tych 36 lat, na które i tak nie wygląda. A co najważniejsze: ojciec ją rozumiał. A teraz? Prawie go nie widywała, albo mijali się w korytarzu. W ogóle nie miał dla niej czasu. Ciągle ta praca i praca. Stała się od niej ważniejsza. A będzie jeszcze gorzej. Teraz, kiedy matka jest w ciąży, już w ogóle nie będzie wracał do domu, pracując za dwóch. Ada coraz częściej myślała, że ojciec był miły, kiedy potulna Adunia przynosiła najlepsze oceny i robiła to, co jej kazali, lecz od kiedy pokazała, że ma własne zdanie, jemu przestało się to podobać. „Co? Bo nie jestem już potulną córeczką tatusia? I dobrze! Koniec z Adą, jaką znałeś.” – pomyślała.
Próbowała nie reagować na ostre spojrzenie ojca, które wbił w nią, jak tylko wróciła, jednak w końcu zaczęło ją ono poważnie irytować. "Zły glina, dobre sobie." – zakpiła w myślach. Milczeniem mógł podbierać swoich przesłuchiwanych, ale z nią mu się nie uda. Zacisnęła zęby, jednak w końcu wybuchła.
- No co?! – warknęła tak oskarżycielskim i wulgarnym tonem, jakiego Marek jeszcze nigdy nie słyszał, nie u niej - Masz zamiar stać tu i się gapić? Co tym razem zrobiłam? – patrzyła na niego wrogo, sądząc, że chodzi o kolejną bzdurę, którą sobie wymyślił. Nie miała na to czasu.
- Byłem dzisiaj w szkole. – oznajmił chłodno, czekając jak zareaguje.
- Co? – prawie wyszeptała, natychmiast spuszczając z tonu.
Była kompletnie zaskoczona i skołowana. Takiego obrotu sprawy nie przewidziała. Przecież nie wspomniała słowem o wywiadówce! Jakim więc cudem ojciec się o niej dowiedział? Wolno przełknęła ślinę, próbując wziąć się w garść. Nie mogła mu pokazać, że się przejmuje, dlatego, szybko się wyprostowała i dumnie uniosła głowę, patrząc mu w oczy.
- Zresztą, co mnie to obchodzi. – wzruszyła ramionami. Doskonale grała rolę obojętnej i wyluzowanej.
- Myślałaś, że się nie dowiem? Twój wychowawca dzwonił rano. – z największym trudem zachowywał spokój.
- „K***a!” – zaklęła w myślach - I co ten stary cap ci naopowiadał? – rzuciła, zakładając ręce na piersi. Ona, podobnie jak ojciec, też ledwo nad sobą panowała.
- Wyrażaj się! – upomniał ją. Nie chciał wywołać kolejnej awantury, chociażby ze względu na Baśkę, której potrzebny był spokój, ale ta dziewczyna wcale mu tego nie ułatwiała.
- Bo co?! Zramolały piernik, który już dawno powinien być na emeryturze! – pyskowała dalej – Myśli, że jest wielkim pedagogiem i wszystko mu wolno! Tak na prawdę, to zwykły... – ugryzła się w język, pomijając kolejną obelgę. – Cokolwiek ci powiedział, mam to gdzieś! – warknęła i już chciała wyminąć ojca, by udać się na górę, ale Marek jej na to nie pozwolił.
- Nigdzie nie pójdziesz! - chwycił ją mocno za rękę, siłą ciągnąc do salonu.
- Zostaw mnie! – próbowała wyszarpnąć ramię, zupełnie daremnie – Mamo! – zwróciła się do rodzicielki, szukając u niej ratunku. Baśka przyglądała się całej sytuacji z szeroko otwartymi oczami. Nigdy nie widziała Marka tak zdenerwowanego. Nie popierała zachowania córki, jednak nie była w stanie pozostać obojętną, na jej błagalny ton.
- Marek, puść ją, proszę. – wtrąciła stanowczo, ale jej mąż nie zareagował.
- Niech się smarkula nauczy szacunku!
- Teraz szacunek chcesz wymusić siłą? Może mnie jeszcze uderzysz, co?! I tak nie zamierzam ci się tłumaczyć! – wykrzyczała, wściekle patrząc mu w oczy, gdy usadził ją na kanapie.
- Ada, uspokój się! – zaczęła Basia - Tata chce tylko porozmawiać. Bez nerwów! – dodała, wymownie patrząc na męża, by ochłonął. - Zresztą wam obojgu przydałby się zimny prysznic! – kontynuowała niezrażona - Od tych waszych krzyków rozbolała mnie głowa! – skarciła córkę i męża – I może mnie w końcu oświecicie, o co ta cała awantura, hm? Co takiego powiedział Kornacki? – przez te ich potyczki słowne, wciąż niczego się nie dowiedziała, za co najchętniej zdzieliłaby jedno i drugie po głowie. Jeszcze przed chwilą się przekrzykiwali, a teraz, jak na złość, żadne z nich się nie odzywało. Czekała. – No słucham!
- Nasza córka regularnie olewa szkołę. – podjął w końcu Brodecki po chwili ciszy - Pyskuje nauczycielom. – wyliczał spokojnym, opanowanym głosem - A jej przejście do drugiej klasy stoi pod znakiem zapytania. Widocznie ma ważniejsze rzeczy do roboty. – zakończył, ani na moment nie spuszczając oka z jedynaczki.
- Ada? To prawda? – Baśka sama niedowierzała. Patrzyła na dziewczynę wzrokiem pełnym zawodu i rozczarowania.
- Nic nie powiesz? – zapytał Marek z udawanym zdziwieniem - Jeszcze przed chwilą byłaś bardzo wyszczekana. – w głosie ojca zabrzmiała chłodna ironia.
Młoda Brodecka siedziała na kanapie z rękoma skrzyżowanymi na piersi i dumnie uniesioną głową. Odwrócona bokiem, nie patrzyła na rodziców. Nie mogła. Jej podbródek drgał niebezpiecznie, a oczy szkliły się łzami, jednak żadna z nich nie spłynęła po twarzy. Słowem się nie odezwała. Tłumaczenia nie miały sensu.
- Dobrze, skoro nie chcesz mówić, to posłuchasz. – Brodecki nie przejął się milczeniem córki – O wycieczce do Belgii możesz zapomnieć, to po pierwsze. – Ada natychmiast zareagowała.
- Nie zrobisz mi tego! – pokręciła głową, patrząc na ojca z przerażeniem. Przecież nie mógł. Wiedział, jak bardzo zależy jej na tym wyjeździe. Odkładała na niego od początku roku, sumiennie oszczędzając każde kieszonkowe. W styczniu z żalem zrezygnowała z obozu w Bieszczadach, tylko po to, by móc w czerwcu pojechać do Belgii. Nie, ojciec nie mógł jej tego pozbawić.
- Przykro mi. Sama na to zapracowałaś. – boleśnie przypomniał.
- Ale tato... – jęknęła płaczliwie, licząc na odrobinę wyrozumiałości. Nie tym razem, Marek był nieugięty.
- Nie zmienię zdania. – wiedząc, że go nie przekona, wściekle zagryzła zęby, roniąc pierwszą tego wieczora łzę. Nienawidził, gdy płakała, jednak mówił dalej – Po drugie masz szlaban, dopóki nie nadrobisz zaległości w szkole. Zero jakichkolwiek wyjść, zrozumiano? Po zajęciach masz wracać prosto do domu. – zaznaczył - A jeśli dowiem się, że znów wagarujesz, to osobiście będę woził cię do szkoły i czekał tam, aż nie skończysz lekcji! – zagroził śmiertelnie poważnie. Znała swojego ojca i wiedziała, że gotów jest to zrobić. – To wszystko. Zmykaj na górę. – zakończył cicho, cięzko wzdychając i opadł na fotel.
- Nienawidzę cię! – rzuciła na odchodne i zrywając się z kanapy, z płaczem pobiegła do siebie.
Brodecki uśmiechnął się smutno. Zabolało. Przez chwile w milczeniu wpatrywał się w przestrzeń, dopóki nie poczuł na ramieniu czyjejś dłoni. Brodecka przyglądała się mężowi, domyślając się, jak wiele musiała kosztować go ta rozmowa. Ada zawsze była jego oczkiem w głowie. Był na każde jej skinienie, a teraz brutalnie pozbawił ją czegoś, na czym jej cholernie zależało.
- Marek, ona wcale tak nie myśli. – zapewniła, czule gładząc jego włosy.
- Pójdę się przejść. – podniósł się, całując ją w czubek głowy. Nim zdążyła zareagować, wyszedł, odprowadzony jej zatroskanym spojrzeniem.

c.d.n

Twins - 2010-01-31, 20:25

Oj to Marek się zdenerwował. I miał prawo.
Ada zachowuje się jakby zjadła wszystkie rozumy...
Ale też córka nie daruje mu tej Belgii i może być jeszcze gorzej.
GE-NIA-LNIE! - (może jak przesylabizujemy, to nam w końcu Olka uwierzysz :lol: )
Nawet nie wiesz jak się cieszymy, ze wróciłaś do tego opowiadania! :D
Dalej! :D

isis - 2010-01-31, 20:41

Jezu Chryste co za dziecko!! :shock: :shock:
Nie dziwie się,że Marek tak bardzo się zdenerwował...ale coś czuję,że Ada zrobi wszystko aby wyjechać do Belgii.
Jak czytam to opowiadanie to sama mam ochotę rozerwać "kochaną"córeczkę tatusia :lol:
Olka super!!:)
Czekam na kolejną część:)

Twins - 2010-02-03, 13:58

PRZYPOMNIENIE:
Cz. 13

- Ale na pewno wszystko w porządku? – to było pierwsze pytanie jakie padło z ust Agaty, młodszej siostry Basi, gdy obie dziewczyny wróciły ze sklepu.
Dziewczyny rozpakowywały właśnie zakupy, wyjmując z ekologicznych toreb wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy do przygotowania czegoś pysznego z włoskiej kuchni i kładły na długim blacie w przestronnej kuchni młodych Brodeckich.
Basia udając, że jest zajęta, starała się nie zwracać zbytniej uwagi na to, co mówiła przewrażliwiona Agata. Miała po dziurki w nosie jej pytań. Słyszała je ze sto razy podczas drogi powrotnej. Ale nie miała jej tego za złe. Przyzwyczaiła się, że jej siostra często histeryzuje. W swojej trosce była niezwykle słodka, choć dla starszej siostry Agata sama potrzebowała ktoś, kto będzie się o nią troszczył, jak dzieckiem i okiełzna ten żywioł.
Śmiać jej się chciało na wspomnienie miny przerażonej Agaty, która urządziła panikę w centrum handlowym, gdy Brodecka gorzej się poczuła. Pewnie postawiłaby wszystkie oddziały w gotowości, gdyby przyszło jej rodzić między półkami z mlekiem, a działem mięsnym. Kilka mocniejszych skurczów wystarczyło, by przyszła ciotka zrobiła z igły widły i nie odstępowała siostry na krok.
- Tak. – odparła po dłuższej chwili. - Już ci to mówiłam. To normalne w końcowej fazie ciąży. Nauczysz się przy swoim. – zapewniła Agatę i zauważyła, że dziewczyna oddycha z ulgą.
- Nie, siostrzyczko. Rodzenie dzieci nie jest w moim stylu. Zostawiam to tobie. - uśmiechnęła się przebiegle. - I skąd ty to wszystko wiesz, co?
- Dużo czytam. – wyjaśniła w skrócie, gdy obie zaczęły kroić warzywa w kostkę na sałatkę ryżową.
- No tak. Siedzisz w tym domu sama jak palec… - odparła bezmyślnie, nie zastanawiając jak potraktuje jej słowa Brodecka. - Podziwiam cię, że tak to wszystko dzielnie znosisz i jeszcze nie zwariowałaś. – dodała jeszcze.
Basia nie dając po sobie poznać, że poczuła się niezręcznie, nic jej na to nie odpowiedziała i z klasą ucięła temat, zastępując go bardziej neutralnym.
- Miałaś świetny pomysł ze wspólnym gotowaniem. Dawno nie wychodziłyśmy nigdzie razem.
- Też się cieszę. Pamiętam, że w domu często coś razem pichciłyśmy. Było z tym tyle zabawy! – zachichotała, czym natychmiast zaraziła Basię.
Ostatnio nie miała zbyt wiele powodów do radości. Agata jest jaka jest, czasem potrafi być naprawdę irytująca, ale jeśli o rozweselenie Basi była w tym mistrzynią. Wystarczyło tylko spojrzeć na jej wiecznie roześmianą buzię, by samemu mieć ochotę się roześmiać. Dziewczyna zarażała ją swoim optymizmem.
Obiad przebiegł im w bardzo przyjaznej atmosferze. Nawzajem zachwalały swoje zdolności kulinarne, znacznie ulepszone od czasu ich pierwszej przygody z gotowaniem, gdy Basia miała zaledwie 8 lat, a Agata niecałe 4.
Objedzone pysznościami, których później będą sobie wypominać, żałując każdej dokładki, która mogłaby zakłócić ich dbałość o linię, ale zadowolone siedziały teraz wygodnie, oparte o kanapę.
- Nie będziesz mieć przez to problemów na uczelni? Wyciągnęłam cię na zakupy, a przecież już niedługo sesja… - przypomniała siostrze, która najwyraźniej nie chciała słyszeć o niczym, co kryje się pod słowem S E S J A. Żadnej nauki, zarywania nocy nad książkami, koniec z imprezowaniem…
Agata, wstrząsnęła głową i wzdrygnęła się, jakby Basia powiedziała coś bardzo obrzydliwego i odstraszającego.
- Chociaż ty mi nie truj… rodzice robią to przez ustanku. – przewróciła oczami.
- A dziwisz się? Zmieniałaś studia już dwa razy. Nic dziwnego, że boją się, że nie skończysz żadnego z kierunków.
- Czy to moja wina, że żaden nie spełniał moich oczekiwań? Wciąż szukam tego, co chce robi w życiu. A przenoszenie tez czegoś uczy. Poznaję inne aspekty, nowych ludzi.
- Kolejnych kumpli do imprez… - wtrąciła Basia, za co Agata spojrzała na nią wilkiem. - Z resztą mi się nie spieszy kończyć studia. – dodała, opanowując narastającą złość. - Patrz na siebie. Ledwo skończyłaś studia, dopiero zaczęłaś prace, a już chodzisz z brzuchem. Ja tak nie chcę. Lubię mieć kontrolę nad tym, co robię. Myślałam, że chociaż ty to rozumiesz… - przez moment zrobiło jej się naprawdę smutno, myśląc, że Basia mogłaby naprawdę nie akceptować jej sposobu bycia i stawać po stronie rodziców.
- No dobrze. Pogadam z rodzicami. – posłała siostrze promienny uśmiech. - Należy ci się trochę luzu. W końcu maturę znałaś najlepiej z klasy, chociaż do ostatniej chwili dręczyłaś nas, że oblejesz, bo się nic nie uczyłaś. Nieźle nas wtedy wystraszyłaś.
- To było w mojej intencji. – wyszczerzyła w uśmiechu śnieżnobiałe ząbki.
Agata nie przypominała z wyglądu typowej długonogiej blondynki, ale kiedy się uśmiechała, nikt nie mógł nie przyznać jej urody. A Basia, choć starsza od siostry 4 lata, przypominała w tej chwili jej siostrę bliźniaczkę. W rodzinie Storoszów była to bardzo charakterystyczna cecha, zwłaszcza wśród pań – młody wygląd mimo upływu lat, powolne starzenie. Złośliwe sąsiadki, które z zazdrością patrzyły na wciąż atrakcyjną, elegancką, pełną gracji matkę obu dziewcząt, fakt ten, że Storoszowa tylko troszkę się zmieniła od czasów wczesnej młodości, po twarzy której nie było objawów starzenia tłumaczyły doskonalą konserwacją i toną przeróżnych specyfików, które same używały. Z mniej efektywnym skutkiem. Tylko nieliczni wtajemniczeni w sekrety rodzinne wiedzieli, że długowieczność to zasługa genów, przekazywanych z dziada pradziada.
- Trzeba by było tu posprzątać… - mruknęła sennie Agata, która ni miała siły nawet wstać z kanapy po tak sytym posiłku.
Wiedziała, że nie pozwoli Basi samej zmywać w takim szczególnym stanie, ale okładała moment zmywania do czasu, kiedy nie strawi wystarczającej ilości, by chociażby móc poruszyć nogą. Tak dobrze jej się siedziało, wygodnie rozłożonej, że postanowiła trochę odpocząć. Oczy same zamykały się, powieki były takie ciężkie.
- Zaraz wstanę, daj mi chwilkę… - wyjaśniła jeszcze siostrze, zanim całkowicie odpłynęła. by przypadkiem dziewczyna nie pomyślała, że jest leniem i specjalnie się obija, by Basia zrobiła to za nią.
Brodecka zaśmiała się pod nosem, podtrzymując swoją tezę odnośnie Agaty i postanowiła sama zająć się brudnymi naczyniami.
- Nie wstawaj, ja to zrobię. – Agata tylko mruknęła coś niezrozumiane, co Basia potraktowała jako zgodę.
Basia wzięła do ręki jeden talerz, ale kiedy nagle poczuła mocne ukłucie w brzuchu, które stopniowo promieniowało na całe ciało. Kolejny skurcz, pomyślała. Spokojnie, oddychaj głęboko. Ból sprawił, że usiadła z powrotem na kanapie.
Zaraz przejdzie, pocieszała się, tak tłumacząc sobie, dlaczego ból jest znacznie silniejszy niż poprzednim razem. Próbowała wstać, co udało jej się dużo później niż normalnie. Nie będzie panikować. Czytała, że skurcze aż do porodu będą coraz mocniejsze i dłuższe. Nie było się czym przejmować.
Nieświadoma Agata w tym czasie mówiła coś przez sen.
- Jak dobrze, że nie zamierzałaś rodziłaś w sklepie… Odstraszyłabyś klientów…
Chwytając ręką za brzuch, przygryzła mocno język, by czasem nie wydał się z jej gardła jakiś niekontrolowany krzyk. Spaliłaby się ze wstydu, gdyby Agata była świadkiem jej jęków bez powodu. Znów podniosłaby niepotrzebny raban i tym razem musiałaby wymyślić coś naprawdę dobrego, by przekonać tego uparciucha, że wszystko w porządku.
Choć zły cisnęły jej się do oczu z niewyobrażalnego bólu, postanowiła, że nie będzie płakać. Jeśli teraz się rozklei, przy byle mocniejszym skurczu, co zrobi, kiedy naprawdę się zacznie? Musi wytrzymać. Pokazać swojemu dziecku, że jest silna.
- Już wyobrażałam sobie, te twoje krzyki…- ziewnęła Agata, nie przestając mówić dalej. - To byłoby nie do zniesienia…Ten ból…
Ból powoli ustępował, słabł, co znaczyło, że zaraz przyjdzie ukojenie. Maluszek odpuścił sobie tej zabawy, pozwolił Basi zaczerpnąć powietrza. Znów chciał wystraszyć mamusię, że chce już wyjść, z tymże teraz prawie dała się nabrać.
Wyprostowała się, robiąc malutki kroczek do przodu. Ucieszyła się, że zaraz poczuje się lepiej. Jeszcze tylko chwilka i…
Zgięła się nagle w pół, wypuszczając z ręki talerz. Roztrzaskał się w drobny mak. Nawet huk nie wzbudził w Agacie niepokoju.
- Basia, uważaj, to zastawa od ciotki Stasi… - Basia w tym momencie wyłączyła umysł na kolejne komentarze siostry. Wolała je całkowicie ignorować. Być może dlatego, że nie chciała powiedzieć jej coś niemiłego. Czuła narastającą złość, że dziewczyna nie zauważa, co się dzieje, a bez sensu byłoby krzyczeć.
Słyszała tylko oszalałe bicie swojego serca.
Co się dzieje, do cholery?! – pytała siebie w myślach. – Czemu tak boli?!
Miało dawno przejść. Zawsze przechodziło.
Przestań natychmiast! Mama ma już dosyć tej zabawy! To boli! Bardzo starała się nie obwiniać o to swojego maleństwa, ale coraz bardziej miała do niego pretensje.
Nigdy nie przypuszczała, że można czuć coś tak potwornego. Ból zęba, głowy, brzucha podczas tych dni – to w ogóle bolało?; ból ścięgna, kostki, barku, czy czegokolwiek co sobie w życiu nadciągnęła, złamała, skręciła, wybiła to nic w porównaniu z tym bólem. Miała ochotę krzyczeć, rzucać talerzami, płakać i kląć jednocześnie.
Pojawiał się nagle, trwał krótko, ale bardzo boleśnie, po czym ustąpił, by po chwili pojawił się kolejny atak. Jakby rzucało się na nią olbrzymie stado pasożytów, z tymże gryzły, szczypały po kolei, jeden do drugi.
Wrzasnęła niemiłosiernie imię siostry. Oparła się o ścianę i zjechała po niej w dół. Agata natychmiast otworzyła oczy i szybko zdała sobie sprawę z sytuacji.
- Basia! – krzyknęła, ale bynajmniej nie z przerażenia.
Jej krzyk był wyrazem lekkiego poirytowania jej zachowaniem. Był krzykiem karcącym i lekceważącym.
- Daj spokój. – dodała uspokajająco. - To tylko kolejny skurcz. Nie panikuj.
- Zamknij się! – krzyknęła w złości, aż Agata rozszerzyła oczy ze zdziwienia. Sam głos jej siostry doprowadzał ją do szału.
Młodsza natomiast zamilkła w przerażeniu i dezorientacji. Nie spodziewała się, by Basia potrafiła tak donośnie krzyczeć. Zwłaszcza na nią.
Kolejna fala bólu aż ją zamroczyła.
Jak tu duszno! Muszę stąd wyjść, bo zaraz się uduszę. Brała powietrze łapczywie, ale nic nie pomagało. Zaraz zemdleje. Z bólu i wycieńczenia.
Co się ze mną dzieje? Jestem na haju?
Kiedy odzyskiwała trzeźwość, znów ten przeszywający ból. Jakby ktoś dźgnął ją nożem, przewiercał jej wnętrzności. Ten ból… Skąd się wziął ten ból? Od czego tak boli?
Niedobrze mi. Muszę wezwać pomoc. Ktoś musi mi pomóc
Marek… Wypowiedziała nagle w myślach to dziwne imię, które w tej chwili nie miało żadnego znaczenia. Nie wiedziała co ze sobą niosło. Wzięło się znikąd.
Ale kim jest Marek?
Kimś bliskim, tyle zdążyła się domyślić. Bo to imię nie było zwykłym imieniem. Było imieniem nad wszystkie, które znała. Pewnie gdyby była w tym stanie przypomnieć sobie inne, nie zrobiłyby na niej żadnego wrażenia. Piotrek, Adam, Kamil... co za różnica. Jest takich tysiące. Ale Marek… tylko jeden. Marka zapamiętałaby do końca życia. Będąc w agonii szeptałaby to imię z uwielbieniem… i miłością?
Wolna od kolejnego skurczu nagle przypomniała sobie, kim jest owy Marek i kim ona jest. Zaraz, zaraz. Już pamiętam. Ah, tak! Nazywa się Basia Storosz, znaczy już Brodecka i ma męża, Marka właśnie, który nie kocha ani jej ani dziecka.
Czuła się taka bezsilna. Czy tylko ona zdała sobie właśnie sprawę, że rodzi? Już rodzi? Dwa tygodnie przed czasem? Będąc tu kompletnie sama? Była co prawda Agata, ale to tylko jej młodsza siostra. Jest tutaj sama, bez nikogo. Zdana wyłącznie na siebie. Czy naprawdę może liczyć tylko na siebie, bo Agata w niczym jej nie pomoże? Nikt jej nie pomoże?
Była z siebie dumna, że w takiej sytuacji wykazuje na tyle siły, by pomyśleć o osobie, o której powinna jak najszybciej zapomnieć. Przecież na Marka w ogóle nie mogła liczyć.
Przez chwilę miała mały zanik pamięci, ale już wszystko wracało. Wstawała, kiedy nagle poczuła mocniejszą falę skurczy, a każda kolejna pojawiała się bardzo szybko. Ból znacznie ograniczył jej zdolność myślenia, bo przez ostatnie kilka sekund była zdolna skupić się tylko na tym potworze rozrywającym jej ciało od środka, ale już wszystko w porządku. Otępienie odeszło. Przebudziła się. W tej chwili nawet żałowała, że nie mogła trwać w takim zawieszeniu. Myślenie o bólu, tym potworze, było jeszcze gorsze od samego bólu.
- Ba-sia? Basia! Co się dzieje? Boli cię? – Agata natychmiast podbiegła do siedzącej dziewczyny.
Zbladła bardziej od starszej siostry.
- Ja rodzę. Pomóż mi wstać. – poprosiła ledwo słyszalnym głosem.
Agata delikatnie podniosła siostrę, przytrzymując się.
- Co ja mam robić?! … Trzeba zadzwonić do Marka! Poczekaj, nigdzie nie idź! Idę tylko zadzwonić!
- Nie!! - zatrzymała ją. - Nie ma czasu!
Czuła, że ma go coraz mniej. Jej synkowi bardzo się śpieszy.
- Torba! Weź torbę. – poprosiła jeszcze, po czym, gdy uwolniła się od uścisku Agaty, powoli, nie wiedząc skąd wzięła tyle sił, dokuśtykała się do drzwi.

(...)

- Marek!
Usłyszał nagle swoje imię, które w brutalny sposób zakłóciło jego idealną harmonię. Był zmęczony, siedząc cały dzień nad niedokończonymi projektami i gdy znalazł chociaż chwilę, by oderwać się od analizy rysunku, znów musiał wrócić na ziemię.
Odetchnął ciężko, ale nie był zły. Ostatnio nawet polubił swoją pracę. Spodobało mu się, że koledzy po fachu zaczęli się z nim liczyć, a jemu samemu zaczęło sprawiać przyjemność dawanie coś od siebie. Wreszcie miał okazję się wykazać.
Podniósł głowę znad papierów.
- Tak? – zwrócił się łagodnie do sekretarki Anity, posyłając jej delikatny uśmiech.
Dziewczyna jednak nie podzielała jego entuzjazmu. Była oschła, zdystansowana i wyglądała na wściekłą. Jakby otrzymała przed chwilą nieprzyjemną wiadomość.
Miała zaborczą minę.
- Dzwonił przed chwilą twój teść. – odparła szorstko i uniosła wysoko brodę, jakby oświadczyła mu, że widziała go z inną kobietą i zamierza urządzić mu scenę zazdrości.
Marek zmarszczył brwi. Nie rozumiał zachowania dziewczyny. Co mogło tak zdenerwować Anitę, że patrzy na niego z wyrzutem?
- Storosz? – spytał nie spuszczając z niej wzroku.
Jednocześnie zastanawiał się nad telefonem teścia.
Był zaskoczony.
- Ale dlaczego do biura? Nie mógł na komórkę? – dodał, ale nie spodziewał się, że dziewczyna odpowie.
Stała z założonymi rękoma, usta zacisnęła w wąską linię.
- Nie wiem. Może ci się rozładowała. – rzuciła od niechcenia, udając mało zainteresowaną.
Znów przyjrzał się tej innej Anicie, od tej, którą dotychczas znał. Jakby rozmawiał z dwiema różnymi kobietami.
Z ciekawości sprawdził swój telefon. Po głosie dziewczyny, pewności, z jaką to mówiła, domyślił się, że to mogła by prawda. Faktycznie, był rozładowany.
- Padła. – rzucił dla wyjaśniania, gdy poczuł na sobie jej zniecierpliwiony wzrok, jakby na coś czekała.
Czekała na jakąś jego odpowiedź. To było coś dziwnego. Czuł, jakby wywierała na nim presję. Tylko jakie to mogło to by pytanie i jakiej odpowiedzi oczekiwała, że udzieli?
Potrząsnął głową, wracając do kluczowej sprawy.
- Dlaczego go ze mną nie połączyłaś? – spytał z lekką pretensją.
- Byłeś zajęty. – rzuciła krótko.
„No tak”, pomyślał. Anita ma rację. Był zajęty. Ale miał ochotę się z nią nie zgodzić, uznając w duchu, że nie był na tyle zajęty, by nie móc odebrać telefonu od teścia. Wolał to jednak przemilczeć, nie chcąc irytować dziewczyny. Po za tym pewnie nie chciała mu zawracać głowy głupotami. Gdyby to było coś ważnego, powiedziałaby mu.
Pewnie to nic ważnego, ale dla świętego spokoju dopytał.
- Co powiedział? To coś ważnego? – tym razem musiał poczekać dobre kilka sekund w niepewności, zanim usłyszał odpowiedź.
- Nie wiem czy ważnego. Dzwonił, by powiedzieć, że twoja żona jest w szpitalu. – wyjaśnił wreszcie z niesamowitą lekkością, bez jakiegokolwiek współczucia.
Jakby mówiła nie o człowieku, a rzeczach małoistotnych, jak na przykład o nowej szmince, którą wczoraj kupiła czy psie, którego potrącił samochód.
Marek poczuł lodowaty dreszcz, który przeszedł mu po plecach od karku, jeżąc mu włoski, aż po palce u stóp.
Wzrastał w nim niepokój.
- …Basia? Co z nią?!
- Zaczęła rodzić. – znów ten sam, beznamiętny ton.
Miało się wrażenie, że opowiada o bardzo nudnym filmie, na którym ostatnio była i za chwilę ziewnie, próbując nie zasnąć na stojąco.
- Jak to?! Już?! – jego głos przybrał ton prawie krzyku.
Widząc przerażoną minę Marka i to, z takim przejęciem to przyjął, dziewczyna zezłościła się jeszcze bardziej.
Czuła się… zdradzana.
Marek natomiast odszedł od Anity, by móc zebrać myśli. Odetchnął, przymykając oczy i odchodząc od okna, znów zwrócił się do sekretarki.
- W którym szpitalu jest?!
- Skąd mam wiedzieć?! – wybuchła, ale szybko się zreflektowała, zauważając jak mężczyzna przygląda jej się ze ściągniętymi brwiami. – Chyba do Bielańskiego… - rzuciła już potulniejszym tonem, dodając odrobinę skruchy.
- Chyba?! – tym razem to on się zdenerwował.
Jednak jego zachowanie było zupełnie usprawiedliwione.
- Przepraszam. – dodał, zauważając, jak ta delikatna dziewczyna cofa się o krok z wybałuszonymi oczami i miną spłoszonej sarenki.
Patrząc na nią, zebrało się Brodeckiemu na wyrzuty sumienia.
- Jestem zdenerwowany. – wyjaśnił, a dziewczyna tylko pokiwała głową, dalej udając, że jego podniesiony głos zrobił na niej wrażenie.
- Nic nie szkodzi. Rozumiem. – rzuciła ze spuszczonym wzrokiem, tym razem dając mu do zrozumienia, że jego zachowanie jej się nie podobało, ale mu wybaczyła.
Chwilę obserwował milczącą dziewczynę z poczuciem winy, ale po chwili odwrócił się i w pospiechu zaczął składać arkusze i papiery.
- Zajmij się tu wszystkim.
Dziewczyna dopiero po chwili zdała sobie sprawę z sytuacji. To nie tak miało być, pomyślała. Nie może jej teraz zostawić i jechać do niej. Nie pozwoli na to. To małżeństwo to fikcja, a to dziecko jest tylko niepotrzebną przeszkodą.
Gdy chciał już wychodzi, nagle stanęła w drzwiach, zagradzając mu przejście.
Spojrzał na nią wielkimi oczami.
- Co robisz? – spytał zaskoczony.
- Chcesz tam jechać? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
Marek zmrużył oczy. Nie podobała mu się ta rozmowa. I ten władczy, wręcz arogancki ton, z jakim do niego mówiła. Nie tak rozmawia podwładna z szefem.
To było odważne, by tak stanowczo i zdecydowanie postawić się pracodawcy, musiał przyznać i nigdy by się po niej tego nie spodziewał. Zawsze uważał ją za uległą dziewczynę, może nawet trochę głupiutką, ale w tym cały urok Anity. Była słodka. W innych okolicznościach nawet taki protest by go zafascynował, ale nie teraz.
Teraz Anita była dla niego impertynencka, butna i czuł, że chce mu rozkazywać, jakby był jej marionetką. A on nienawidzi, kiedy ktoś chce mu narzucić swoje zdanie, chce nim rządzić. Sam pociąga za sznurki. To on zawsze wywierał wpływ na ludzi. W tym na Anitę.
- O co ci chodzi? – spytał prosto z mostu. - Zachowujesz się, jakbyś… była zazdrosna. – zawahał się, nie będąc do końca przekonanym, czy dobrze rozeznał się w sytuacji.
- Nie jestem zazdrosna! – rzuciła twardo, rozwiewając jego przypuszczenia. – Po co chcesz tam jechać? Kim ona jest dla ciebie?
- Powinienem tam być. – nie chciał powiedzieć „muszę”, bojąc się, że może to zabrzmieć zbyt odpowiedzialnie… Jakby się angażował, przejął.
Jakby zaczęło mu zależeć.
- Chcesz jechać do żony, która cię nie rozumie?
- Nie może teraz być sama. Potrzebuje… kogoś. – wymyślił na szybko neutralny powód, by był wystarczający, by mógł jechać, a jednocześnie nie tak oczywisty.
- Nie jest sama. Ma rodzinę. – tłumaczyła dziewczyna, dalej starając się go tutaj zatrzymać, jakby od tego zależało wszystko.
- Ja też jestem jej rodziną. Czy mi się to podoba czy nie. Jadę! – udało mu się przejść przed zdziwi, ale zanim wyszedł, zdążył jeszcze usłyszeć słowa sekretarki.
- Ona cię wykorzystuje! Nie widzisz tego?! Ty wcale nie chcesz tego dziecka! – zatrzymał się nagle i spojrzał dziewczynie w oczy.
Miał minę, jakby ta dziewczyna splunęła mu w twarz i wyzwała od najgorszego. Wściekłość, którą teraz czuł, miał ochotę spożytkować na dziewczynie. Chciał nią mocno potrząsnąć i odepchnąć, by nigdy więcej nie weszła mu w drogę.
Powstrzymał się jednak przed tą niezwykle zachęcającą pokusą tylko z czysto dżentelmeńskiego szacunki do kobiet, zakazujący mu krzywdzić płeć piękną.
Nawet jeśli powiedziała coś, do czego sam nigdy by się nie przyznał, nie powiedział na głos, a co myślał jeszcze niedawno. Właściwie sam już nie wiedział, co myśli.
Być może to tak nim wstrząsnęło. I może dlatego nic nie odpowiedział tylko ruszył dalej, po serii kul, jakie cisnął w dziewczynę jednym, morderczym spojrzeniem...
Nie czekając na windę, zbiegł na dół po schodach z ledwością unikając upadku na zakręcie. Sam nie mógł pojąć, dlaczego tak mu spieszno. Przecież jeszcze nie tak dawno obiecywał sobie, że gdy nadejdzie ta chwila zachowa pełen spokój i... obojętność. Nie zacznie panikować, jak ci wszyscy ojcowie wyczekujący na porodówce. Ba! Planował nawet w ogóle się tam nie pojawić, jeśli naprawdę nie będzie to konieczne. W końcu nie sądził, by jego obecność Baśce w czymkolwiek pomogła. Zwłaszcza patrząc na to, jakie stosunki panują między nimi. Zapewne przy każdym innym czułaby się bardziej swobodnie, niż przy nim. Przez cały ten czas zakładał, że poród nie zrobi na nim krzty wrażenia. Znał dokładną datę. Dzień wcześniej miał odstawić Baśkę do szpitala, a potem spokojnie wrócić do domu i ewentualnie pojawić się u niej po wszystkim. A teraz? Kierowany jakimś wewnętrznym, pierwotnym instynktem pędzi tam jak szalony omal nie łamiąc po drodze karku.
Wybiegł przed budynek firmy gorączkowo rozglądając się w poszukiwaniu taksówki. Przeklinał własną głupotę, wciąż pamiętając o wydarzeniach sprzed dwóch miesięcy. Prowadząc pod wpływem procentów, omal nie doprowadził do tragedii. Ojciec wybronił go co prawda przed więzieniem, ale Marek i tak poniósł konsekwencje - stracił prawo jazdy. Do tej pory brak samochodu nie był dla niego specjalnie uciążliwy. Pokornie korzystał z taksówek, a czasem nawet metra, wiedząc, że w pełni na to zasłużył. Jednak w tej chwili miał ochotę po prostu wyjść na jezdnie, zatrzymać jakikolwiek wóz, wywlec z niego kierowcę i zwyczajnie odjechać. Na szczęście tak drastyczne środki okazały się zbędne, bo właśnie zatrzymała się przed nim taksówka.
Dotarcie na miejsce zajęło mu nieco ponad pół godziny. Na szczęście kierowca taxi okazał się na tyle wyrozumiały i uprzejmy, że w milczeniu znosił wszystkie uwagi Marka odnośnie umiejętności i tempa swojej jazdy. Brodecki rzucił mu na siedzenie banknot stuzłotowy i nawet nie czekał na wydanie reszty. Biegiem ruszył w kierunku drzwi frontowych. Wpadł do holu potrącając kilka przypadkowych osób, wyraźnie oburzonych jego zachowaniem na terenie szpitala. Zerknął na wielką tablicę informacyjną, zorientował się, na które piętro ma jechać i zręcznie manewrując przez zatłoczoną izbę przyjęć, w ostatniej chwili wślizgnął się do windy.
Jeszcze lekko dysząc dotarł na porodówkę, gdzie, jak się okazało czekali już wszyscy. Jako że zjawił się ostatni, ściągnął na siebie powszechną uwagę reszty zgromadzonych, którzy, delikatnie mówiąc, nie byli do niego zbyt przychylnie nastawieni. Zwłaszcza Karol – brat Basi - przesłał mu wyjątkowo wrogie spojrzenie, chyba wciąż pamiętając obelgi, jakimi Brodecki obrzucił jego siostrę. Dając do zrozumienia, że ma go na oku, uśmiechnął się nieco diabolicznie, doskonale wiedząc, jakie wywarł wrażenie. Nawet jeśli Marek próbował to ukryć.
Młody Brodecki faktycznie poczuł się odrobinę nieswojo widząc ten „tłumek” zebrany pod salą. Mimo to zachował fason, udając, że nie widzi tych wszystkich wrogich spojrzeń. Nie miał zamiaru dać im tej satysfakcji uciekając w popłochu, jak mała dziewczynka. Odważnie podszedł ku nim, z miejsca ignorując oskarżenia teścia, że nie można się było z nim skontaktować, krótkim stwierdzeniem:
- Padła mi komórka. – rzucił, nawet na niego nie patrząc – Co z Baśką?
- Jest już na sali. – poinformowała Agata dokładnie wtedy, gdy wszyscy usłyszeli wrzask – I chyba właśnie zaczęła rodzić...
Godziny, minuty, sekundy - wszystko ciągnęło się w nieskończoność. Marek ilekroć spoglądał na swój zegarek, miał wrażenie, że jego wskazówki w ogóle nie posuwają się naprzód. Czuł coraz większe zniecierpliwienie. Zresztą nie tylko on. Każdy siedział jak na szpilkach, w napięciu oczekując chwili, gdy wreszcie ujrzy nowego członka rodziny, w duchu modląc się jednak, by wszystko przebiegło bez żadnych komplikacji. Choć sądząc po wrzaskach jakie dochodziły z sali, w której leżała Brodecka, chyba nie wszystko szło tak gładko, jak się spodziewali.
Jeżeli drzwi od sali - dosyć grube - miały tłumić hałasy, to z całą pewnością w tym przypadku nie zdały rezultatu. Baśka darła się tak głośno, że ludzie stojący na korytarzu, z przestrachem w oczach zaczęli się powoli ewakuować. Rodzina co prawda zachowała zimną krew, aczkolwiek z największym trudem.
Marek nerwowo dreptał po korytarzu, a ilekroć słyszał wrzask żony zamykał oczy, czując na karku gęsią skórkę. Swoją drogą nigdy nie przypuszczał, że Baśka może tak przeklinać. Gdy padło kolejne kwieciste zdanie: „Ty sukinsynu, wyciągnij to ze mnie!!”, skierowane zapewne pod adresem lekarza, jak się domyślił, z trudem opanował przemożną chęć wybuchnięcia śmiechem. Jednak kolejne wrzaski dziewczyny, nie były już tak zabawne.
- Czy oni ją tam zarzynają?! – z obawą spojrzał w kierunku sali. Cała sytuacja przestawała mu się podobać. To trwało już zbyt długo. Chyba pozostali mieli podobne zdanie, bo na ich twarzach również malowało się coraz większe zdenerwowanie, a nawet strach.
- Jak długo może trwać poród?! – zapominając, że nie jest sam zaczął na głos wypowiadać swoje myśli – Baśka tak się darła, że już dawno powinna wypluć wnętrzności, nie wspominając o dziecku!
W dodatku nikt stamtąd nie wychodzi! Ktoś powinien tam wejść i sprawdzić, co się dzieje! – zakończył twardo.
Wciąż łaził od ściany do ściany ze wzrokiem wbitym w podłogę. Dopiero po chwili, jakby tknięty przeczuciem przystanął i spojrzał w kierunku reszty. Patrzyli na niego jak jeden mąż.
- Co? – rzucił pytaniem, niczego nie rozumiejąc. W końcu jednak doszło do niego, o co im chodzi. – Ale, żeee... że jak? Że niby ja? – zaśmiał się nerwowo, jednak widząc ich poważne miny, natychmiast przestał i tylko odchrząknął.
- W końcu jesteś ojcem, nie? – przypomniała mu Agata.
- Ciebie wpuszczą – dodał od siebie Karol.
- Poza tym, to twój obowiązek. – zakończył dobitnie Storosz.
Był bez wyjścia. Zerknął jeszcze na matkę, która posłała mu pokrzepiający uśmiech. Lekko skinęła głową, jakby na znak „Poradzisz sobie”. Ona, chyba jako jedyna ze wszystkich tu zebranych, była całkowicie po jego stronie. Bez żalów i pretensji o cokolwiek. Wierzyła w niego, za co Marek był jej bezgranicznie wdzięczny.
- Ok. W porządku. Wejdę tam. – w końcu przytaknął, próbując uspokoić nieco swój oddech, który nagle przyspieszył. Odwrócił się w stronę drzwi, stając do pozostałych plecami. Wciągnął głęboko powietrze i wolno wypuścił. Zacisnął pięści.
- Zrobię to! Po męsku! – mruknął pod nosem dodając sobie otuchy i ruszył do drzwi.
Wparował tam, jak do siebie. Bez pukania, bez ostrzeżeń. Po prostu wszedł do środka, nie pytając nikogo o zgodę. Jego nagłe wtargnięcie wywołało chwilową konsternację, lekarzy, pielęgniarek, a zwłaszcza Baśki. Wyczytał z jej twarzy, że był ostatnią osobą, której się tu spodziewała. Wszystko to trwało jednak zaledwie chwilkę. Głośny wrzask, a właściwie rozpaczliwy jęk, przepełniony autentycznym, fizycznym cierpieniem, który wyrwał się z gardła Brodeckiej, przywrócił wszystkich do rzeczywistości.
- Panie doktorze, proszę... – była już tak potwornie zmęczona, obolała, a przy tym bliska załamania, że z ledwością mogła mówić – Dłużej nie mogę.... nie dam rady...
Marek w tej samej chwili zrzucił z siebie marynarkę, w pośpiechu zakładając strój ochronny i w mgnieniu oka znalazł się przy niej.
- Dasz! – powiedział z taką pewnością w głosie, jakiej jeszcze nigdy u nikogo nie słyszała. Na pytanie „co ma robić”, szybko został poinstruowany przez lekarza. Żwawo więc wgramolił się na łóżko siadając tuż za Basią, pozwalając jej oprzeć o siebie ciężar ciała i jednocześnie mocno chwycić się za rękę. Gdyby kierował nim zdrowy rozsądek, zapewne nigdy nie pozwoliłby sobie na taką bliskość, ale w tej chwili robił wszystko automatycznie, zupełnie instynktownie. Nie myślał nad konsekwencjami, ani nad tym, jak może to zostać przez nią odebrane.
Jednak ona zdawała się być już tak wyczerpana, że zupełnie nie zwracała uwagi na to, co się dzieje. Jedyne o czym mogła myśleć, to, by ból minął jak najszybciej. Oblewały ją siódme poty, oczy piekły niemiłosiernie od ogromu łez. Było jej gorąco, duszno. Pomyślała, że zaraz zemdleje.
- Pani Basiu, proszę przeć! – ponaglał lekarz, jednak jego słowa zdawały się wcale do niej nie docierać – Pani Basiu!
- Baśka! – Marek zaczął do niej wołać z twarzą tuż przy jej uchu – Musisz przeć, słyszysz? Jeszcze chwila i będzie po wszystkim!
- Nie... – bezradnie kręciła opuszczoną głową, a łzy ciekły po jej policzkach.
- Ostatni raz! Zmuś się!
- Nie potrafię... nie mam już siły – ledwie wyszeptała. Myśl nawet o najmniejszym wysiłku, sprawiała cierpienie. Musiała się poddać, nie była w stanie dalej walczyć.
- Ożeniłem się z tobą dla tego dziecka, więc masz je teraz urodzić! – wrzasnął na nią. I chyba zrobił wrażenie, bo zerknęła na niego przez ramie, a potem, jakby korzystając z jakiejś nadludzkiej siły, po prostu zaczęła przeć...
Oboje krzyczeli z bólu. On, gdy wbiła mu paznokcie w skórę, raniąc aż do krwi. Ona, mając wrażenie, jakby ktoś chciał wyrwać jej macicę...
Usłyszeć płacz tego przed chwilą zrodzonego maleństwa, było najwspanialszą melodią dla uszu. Basia spocona, wyczerpana morderczym wysiłkiem, z ulgą odetchnęła, że to już koniec. Wciąż jednak nie mogła przesta szlochać, najwyraźniej nadal będąc w szoku. Marek również potrzebował chwili by ochłonąć. Wsparł czoło na czubku jej głowy, próbując uspokoić oddech i szybko bijące serce. Chwile później zsunął się z łóżka wciąż będąc w stanie lekkiego zamroczenia. Obrazy były nieco rozmazane, a dźwięki docierały w zwolnionym tempie. Dopiero głos lekarza przywrócił go do rzeczywistości.
- To chłopiec! – oznajmił.
Chociaż Basia już wcześniej doskonale znała płeć, dopiero teraz tak naprawdę to do niej dotarło. Mają syna! Zapominając o zmęczeniu z ciekawością podciągnęła się na łóżku, chcąc jak najszybciej dojrzeć tą kruszynkę. Za to Marek, zupełnie oniemiały stał w miejscu, co rusz patrząc to na Baśkę, to na lekarza. Nie potrafił wykrztusić słowa, czy zrobić choćby najmniejszego gestu. Nogi miał jak z waty i chyba nieco pobladł, ponieważ doktor zapytał, czy wszystko z nim w porządku. Wysilił się tylko na nieme skinięcie głową.
- Chce pan obejrzeć syna? – to pytanie całkowicie wyrwało go z letargu. Potrząsnął jeszcze głową, by zupełnie dojść do siebie, po czym ostrożnie spojrzał na Basie. Trzymała przy piersi maleńkie zawiniątko. Czuł, jak wielka gula rośnie mu w gardle, a oczy zaczynają piec niebezpiecznie. Czyżby się wzruszył? Nie, to przecież nie możliwe. To dziecko, tak samo jak jego matka, nie powinno go obchodzić. Przecież nie było jego. Tak przynajmniej przez cały ten czas sobie wmawiał. Został wrobiony i dał się usidlić jak ostatni frajer. Nigdy nie traktował ciąży Baśki, jako czegoś, za co powinien być odpowiedzialny. Przez te dziewięć miesięcy izolował się od niej zupełnie. Nie dbał o wyprawkę, nie interesowały go wizyty kontrolne, nie zastanawiał się, czy Baśka prawidłowo się odżywia, ani czy ciąża rozwija się bez komplikacji. Zachowywał się tak, jakby rosnący brzuch Baśki w ogóle nie istniał. Jednak teraz, w tym momencie wpatrując się w to dzieciątko, poczuł jak przepełnia go ojcowska radość i duma. Po raz pierwszy przyznał, że w tym chłopcu płynie również jego krew. Jest jego ojcem. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Był pewien... lecz wszystko na co było go stać, to po prostu odwrócić się i odejść.
Wyszedł z sali nie oglądając się przez ramię. W progu wpadł na wciąż wyczekującą rodzinę. Gdy się pojawił rzucili się na niego oczekując informacji. Marek jednak nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać z żadnym z nich. Przedarł się przez mur jaki stworzyli trącając łokciem teścia, który usiłował go zatrzymać i nie udzielając żadnych wyjaśnień, wybiegł ze szpitala. Nikt nie zauważył, że z trudem hamuje łzy.

(...)

„Witaj na świecie, malutki.” – takie oto słowa jako pierwsze wyszeptała Basia do swojego nowonarodzonego synka ze łzą szczęścia na policzku.
Sama się sobie dziwiła, że taka wielka miłość, radość i nieopisane szczęście spłynie jak miód na jej złamane serce potrafiąc posklejać je swoją słodyczą. Chciała by go przytulać, dotykać tych małych rączek, opiekować jak najlepiej tylko potrafi. Chciała je kochać najmocniej ze wszystkich jego bliskich, bezwarunkowo.
Dlatego też tak bardzo, każdego dnia pobytu w szpitalu nie mogła się doczekać chwili, kiedy pielęgniarka przyniesie jej synka na karmienie. Ciągle też stawał jej żywy obraz pierwszej większej wizyty jej rodziców, rodzeństwa i teściów. Wszyscy byli wtedy wniebowzięci, a ona sama czuła się pomimo wszystko szczęśliwa. Cholernie szczęśliwa…
Sala, jak na tak dobrą klinikę położniczą, była przeznaczona tylko dla niej. Dzieliła sama ten przytulny jak na warunki szpitalne pokoik. Ściany, pomalowane na ładny zielony kolor, nadawały miłą atmosferę temu miejscu. Obok łóżka stała kanapa, fotel, a w rogu na podwieszanej półce telewizor i nie jakiś tam stary, kineskopowy szmelc, a LCD’ ik z dostępem do kablówki. Całe pięćdziesiąt kanałów – od standardowych z małego pakietu, po nawet odkodowane HBO i Canal Plus. Wszystko, byle tylko młoda mama się nie nudziła.
Na półce po prawej natomiast stały różne prezenty, pośród których wyróżniał się wielki miś, od wujków dla siostry – mamy i jakieś książki dla umilenia jej czasu. Nie można było też nie zauważyć bombonierek i wielkiej laurki.
Basia oglądając te wszystkie upominki dla niej i dla dziecka jednocześnie była wzruszona, co i czuła, że wszyscy wykosztowali się niepotrzebnie. Czasem zapominała, że te dwie rodziny nawet nie odczuli tego finansowego wydatku.
Jednego zatem mogła być pewna na sto procent. Jej dziecku niczego nigdy nie zabraknie.
Chociaż…
Ciągle obawiała się jednego.
Myśl, że jej dziecko nie otrzyma tyle miłości od ojca na ile zasługuje przewiercała ją od środka. Już teraz wydawała jej się tak potworna, iż z trudem powstrzymywała się, żeby się nie rozpłakać.
Pomimo tego, że Marek jest tu teraz z nimi i nawet przyniósł kwiaty – piękne tulipany – wiedziała, że ten gest jest tylko grzecznościowy. Bo też nigdy nie usłyszy jakich banalnych, podtrzymujących na duchu słów jak:
„Kochanie byłaś bardzo dzielna, mamy ślicznego chłopca”; „Jestem z was dumny” - słów, które szeptają do ucha szczęśliwi tatusiowie swoim ukochanym.
Marek po prostu siedział na fotelu. Co prawda blisko łóżka, ale wydawał się izolować. Jakby był nieobecny, chciał mieć odrobinę przestrzeni i dawał sobie ją bez zapytania jak ona się z tym czuje.
Cała reszta, czyli rodzeństwo Basi, jej rodzice i rodzice Marka okrążyli łóżko jak konsylium lekarskie, wpatrzeni w malucha, jakiego do siebie tuliła.
Noworodek co jakiś czas poruszył rączką lub ziewał, jakby chciał dać do zrozumienia dorosłym, by nie zapominali o jego obecności. Chłopiec jednak nie miał powodów do obaw, bo rodzina nie odwracała od niego wzroku.
Co chwila z ust szczęśliwych babć, czy cioć, padały komplementy pod adresem małego. Wszyscy zastanawiali się do kogo jest podobny, wymieniając cechy, które mógł odziedziczyć zarówno po Basi jak i po Marku.
- Jest śliczny. Nie mogę się doczekać, kiedy zabiorę go na spacer po parku! – ekscytowała się Agata, uśmiechając się od ucha do ucha.
Basia miała wrażenie, że traktują jej syna jak zabawkę, którą wydzieraliby sobie nawzajem, gdyby tylko dostała się do ich rąk.
Czy to się nazywało zazdrością, matczyną nadopiekuńczością?
„On jest przecież taki malutki” – pomyślała znowu. Był dla niej kruszynką, którą sama bała się brać na ręce, by nie zrobić mu krzywdy, a co dopiero, gdyby dopadła go ta zgraja podglądaczy!
Zgraja podglądaczy? Czy aby na pewno wyraziła się tak o tej kochającej bandzie, która już tak mocno kocha jej dziecko?
Zachichotała w myślach z samej siebie. Powinna się przecież cieszyć, że to maleństwo jest tak przez wszystkich uwielbiane!
„Będzie szczęśliwy”, pomyślała wreszcie, odciągając złe przeczucia – „Musi być!”
- Jakie ma oczka. Podobne do tych Basi, nie uważacie? To spojrzenie Storoszów! – oznajmił, uśmiechający się Franciszek.
Duma wylewała się z niego strumieniami.
- A jak się ładnie uśmiecha. Dokładnie jak Marek. – dodała pani Maria, będąc przekonana, że tym razem to nie było ziewnięcie, a uśmiech jej syna.
Jej zdaniem był małą podobizną jej syna, gdy tylko przypomniała sobie Marka jako noworodka. Izabela natomiast zmrużyła oczy z lekką irytacją, przechylając głowę w stronę matki swojego zięcia. Otwierała przy tym usta z wyraźną ochotą by zaprotestować.
- Mamo?! – odezwał się jak dotąd milczący Marek.
Jego ton bynajmniej nie brzmiał jak prośba. Czuł, iż wojna wisi w powietrzu. Atmosfera wyraźnie się zagęszczała, a jemu samemu zaczynało już huczeć w głowie przekomarzań dwóch zazdrosnych babć.
Basia zmrużyła już jedno oko, czekając cierpliwie na odparcie argumentu. Widziała bowiem, że jej mama tak łatwo nie odpuści.
Jeszcze chwila, a zacznie się tu regularna wojna Storosz vs Brodeccy…
Ją samą zaczęła już irytować ta sytuacja…
Ucieszyła się więc, kiedy wreszcie zmieniono temat. Agata zawsze potrafi nieświadomie ją wyratować. Spoglądając na Marka w jego minie widziała tylko zniecierpliwienie. Z perspektywy Basi z resztą, Marek zdawał się być najmniej zainteresowany tym całym szumem wokół dziecka. Inni ojcowie byliby pijani ze szczęścia. Marek wydawał się być trzeźwy, nawet w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Tłumaczenie jednak było jedno: zero alkoholu, przynajmniej na jakiś czas. Po historii z wypadkiem miał dość wszelakich przygód.
Może był dzisiaj ponury, małomówny, ale to nie oznaczało, że się nie cieszył! Chłopak to przecież jego krew! Teraz o tym wiedział.
„Ale czy nie miałam prawa do wątpliwości? – usprawiedliwiał się.
„Oczywiście, że miałem”, odpowiadał sobie.
Może przez niego stracił wszystko, co wcześniej kochał, ale nie ma zamiaru odpuszczania sobie bycia ojcem. Już nie. Basia być może przywykła już do tego, że dziecko jest tylko jej, ale teraz to się zmieni. On przejmuje pałeczkę. I ma gdzieś gadki, że dziecko bardziej potrzebuje matki. Chce je wychowywać, bo już teraz zajmuje sporą część jego skrytych myśli.
Być może dlatego też z dużym opóźnieniem dotarło do jego świadomości pytanie tej najbardziej pyskatej i irytującej szwagierki z jaką przyszło mu się spowinowacić.
- A wybrałaś już imię dla mojego siostrzeńca? – zapytała wesoło.
W jednej chwila cała sala ucichła, a w oczach Marka szło dostrzec ożywienie.
Zaraz, zaraz… – coś Markowi się nie zgadzało.
„Dlaczego wszyscy wpatrują się w Basię jakby była jakimś guru?”, pomyślał. I jeszcze to „wybrałaś”… Nie spodobało mu się to.
Najwyraźniej nikt nie miał zamiaru liczyć się z jego zdaniem. Ba, nawet nie pytał o nie. Sam więc zaczął wpatrywać się w Basię, czekając na to co odpowie.
Basia poczuła się w tym momencie zmieszana. Nikt nigdy nie interesował się imieniem dla jej synka. A nawet gdyby zaklinała się, że nikomu go nie wyjawi przed porodem.
Czyżby teraz nadszedł czas, by wyjawić tą małą tajemnicę? Tajemnicę, którą zna tylko ona i ten maluch, którego teraz tak czule trzyma w ramionach?
- Ojj Basiu? Zamierzasz trzymać nas tak w niepewności? Pewnie już nie raz się nad tym zastanawiałaś i masz dla nas pewne propozycje, mam rację?– naciskał stary Brodecki.
Oczywiście, że miała propozycje! I to nie kilka, a jedną.
Jej dziecko miało już imię. Najpiękniejsze jakie tylko mogłaby dla niego wybrać, jakim tylko mogłaby go obdarzyć. Nie wyobrażała sobie, by mogło być inne. Imię to odbijało się teraz echem w jej głowie, a brzmiało jak kojący balsam dla uszu.
Wahała się jednak, czy je wyjawić. Poniekąd bała się krytyki, słów sprzeciwu.
„Niech już mówi do diabła!”, niecierpliwił się Marek.
Niech już rzuci swoją propozycję, on też znajdzie z kilka! Coś na pewno wybierze. Tak, on wybierze. Bardzo świadomie przypisywał sobie w wyborze imienia dla tego dziecka głos decydujący, podpierając go tym, iż jest jego ojcem, jakby to samo w sobie dawało mu to prawo. Baśka nie ma prawa z nim dyskutować i upierać się przy swoim.
Jego syn nie będzie Jeremiaszem, Erykiem, Ksawerym, Alanem, Erwinem, czy nazywać się jakkolwiek inaczej, byle tylko brzmiało oryginalne. Zdaniem Marka takie imiona wybierają tylko nieodpowiedzialne matki, które skazują dziecko na wymianie w podstawówce. No już, niech Baśka już mówi. Pośmieje się i odwiedzie ją od tego pomysłu i wybierze bardziej reprezentatywne, którego nie będzie musiał się wstydzić.
Dziewczyna nie widząc już dalej milczeć, tym bardziej, że wszyscy i tak myślą, że się z nimi droczy, zaczerpnęła głębszy oddech, by dodać sobie odwagi.
Spojrzała przy tym na synka, a ten jeszcze bardziej utwierdził ją w przekonaniu, że dokonała słusznego wyboru. Chłopiec ożywił się jakby chcąc dać znać, że jemu to imię bynajmniej się podoba.
Basia uśmiechnęła się w kącikach ust.
- Jan. – powiedziała głośno. – Mój syn będzie mieć na imię Jan. – powtórzyła jeszcze wyraźniej na wypadek, gdyby ktoś nie usłyszał.
Spoglądając po twarzach bliskich nie widziała żadnej kwaśnej miny, poza jedną zmarszczoną twarzą na której rysowało się zdziwienie i niepewność.
- Jan? Jak ten Jaś od Małgosi? …Chcesz dać mojemu synowi na imię Jan? – Marek teraz wyraźniej zarysował swoje niezadowolenie z dokonanego wyboru.
Oboje nawet nie zauważyli, kiedy zostali sami. Dano im wolną rękę do podyskutowania.
- Tak, Jan. – potwierdziła z pewnością siebie. – On już ma tak na imię od chwili, gdy tylko go zobaczyłam. Jakiś wewnętrzny głos powiedział mi, że tak musi być. Nasz syn to Jan. – mówiąc to uśmiechała się w kącikach ust jakby chcąc zarazić Marka tym samym uczuciem jakie wtedy czuła.
- To śmieszne! Naszpikowali cię taką dawką środków przeciwbólowych po których ja sam słyszałbym glosy! – nie podnosił głosu.
Mówił spokojnie, ale z naciskiem.
- Nie zrozumiesz tego!
- To prawda. Nie zrozumiem, jak można dać dziecku na imię Jan. Jest staromodne i nie podoba mi się! Jak będziemy się do niego zwracać? Jaś?
- Jaś. Janek. Jak chcesz.
- Widzę, że już zdecydowałaś. Szkoda tylko, że bez konsultacji ze mną. – tym naprawdę Marek ją zdenerwował.
Dlaczego czuje się urażony?
- Przecież cię to nie obchodziło! Nie obchodził cię ani Janek, ani ja! – wyrzuciła z siebie nie potrafiąc się powstrzymać.
- To nie prawda!– podniósł głos, gestykulując palcem.
- Nie krzycz, zasypia!
- To nie prawda. – powtórzył już ciszej. – Wiesz o tym! – teraz niemalże szeptał. – Miałem tylko pewne wątpliwości, które już się rozwiały. – ciągnął.
- Już się rozwiały… - powtórzyła z ironią.
Marek zmrużył oczy, nie spodobał mu się ten ton. Basia, by zakończyć ten temat, dodała:
- Dobrze, nie chce mi się o tym gadać. – z jej twarzy zniknęła złość, ale za chwile będzie musiała przykleić do niej uśmiech co nie będzie łatwe.
Między obojgiem zapadła krępująca cisza. Zapewne zaraz znowu zrobi się głośno za sprawą ich rodzin, którzy podobnie jak oni będą debetować nad słusznością jej wyboru. Jak tylko o tym pomyślała cała cierpła.
Ostrożnie poprawiła ułożenie dziecka, odwracając wzrok od Marka. Ten wyraźnie bił się z myślami. Odszedł na moment w stronę okna, zaciskając wargi w wąską kreskę i wrócił z potworem na miejsce w którym stał wcześniej.
- Ale dlaczego Jan? – zajęczał, wykrzywiając twarz w grymasie.
- Bo chciałam ci zrobić na złość! - odparła z wyraźną irytacją w głosie, mając po wyżej uszu jego marudzenia.
- To ci się udało - burknął do siebie, krzyżując ręce na piersi jak obrażony przedszkolaczek.
Milczał. Po chwili jednak znów podjął temat.
- Wiesz, że imieniny Jana są czterdzieści razy w roku? Chcesz, żeby nasz syn miał tak pospolite imię? Nie mogłabyś wymyślić czegoś bardziej oryginalnego?
- Nie, nie mogłabym! – fuknęła ze złością – Twój syn będzie miał na imię Jan i pogódź się z tym! – zmroziła go tak lodowatym i stanowczym spojrzeniem, jakiego jeszcze u niej nie widział. Z zaskoczeniem stwierdził, że trochę się przeraził. Mimo to próbował jeszcze zaprotestować, lecz natychmiast weszła mu w zdanie.
- Wolałbyś Xaviera?
- Oszalałaś?! – jego oburzenie było tak komiczne, że nie potrafiła się nie roześmiać.
Rozśmieszył ją, nawet jeśli tego nie chciał.
Pierwszy raz widział ją taką... wesołą. Aż sam się uśmiechnął, a kiedy weszli pozostali odwrócił się tyłem, by nikt nie zauważył, że sam miał ochotę się śmiać. Z siebie.

olka - 2010-02-03, 16:05

T&O - DROGA DO MIŁOŚCI

Cz. 14

Słońce świeciło wysoko, przedostając się przez zasłonięte firanki. Zegar ścienny wskazywał coś po siódmej. Wcześnie, zbyt wcześnie jak na jego gust. Nigdy nie wstawał prędzej niż po ósmej, wpół do dziewiątej, by dotrzeć do firmy kilka minut po, z godzinnym opóźnieniem, ale nie żeby się tym przejmował. Zostawał ostatnio najdłużej, tak, że wychodził prawie ostatni.
Na dodatek albo w salonie nadal było za jasno, albo jego oczy domagały się snu i to z przytupem. Przecierał je co jakiś czas, przerywając pracę głośnym ziewnięciem.
- Szlag, że też nie skończyłam tego wcześniej w firmie! - pomyślał poirytowany i po raz kolejny ziewnął.
Siedział właśnie przy biurku, które na jego potrzeby robiło teraz za stanowisko pracy i próbował się skupić nad dokonywanymi poprawkami nad projektem jednego z planowanych osiedli na obrzeżach Warszawy. Jego nowe, poważne zadanie. Przynajmniej z tego jednego się cieszył. Odkąd urodził mu się syn ojciec zaczął go poważniej traktować, zaczął liczyć się z jego zdaniem, mógł wreszcie poczuć, że nie jest tylko szeregowym architektem, ale jakoby współwłaścicielem i doradcą prezesa.
Skupianie uwagi nad rysunkiem nie szło mu jednak za dobrze. Nie było to łatwe. Nie po nieprzespanej nocy. I tym razem nie była to wina niewygodnej kanapy, na której w dalszym ciągu sypiał. Jaś dał mu w kość do tego stopnia, że przekręcał się z boku na bok, nawet zakrywał twarz poduszką, ale oka nie zmrużył. I pomimo, że to Baska powinna czuć się bardziej zmęczona, gdyż to ona całą noc nosiła małego na rękach, to właśnie Marek się nad sobą użalał. Usprawiedliwiał się przy tym, iż on tu pracuje na rodzinę i jego samopoczucie jest ważne.
Przeciągnął się jak rozleniwiony tygrys, rozgrzał palce, poprawił ułożenie szablonu na blacie i wziął ponownie do ręki ołówek. Kiedy miał postawić kreskę tuż dachem budynku na płaszczyźnie, którego przestrzenny obraz utworzył sobie w głowie, jego ręka osunęła się jakby spadla na klawisze pianina, robiąc przy tym krzywą, szpetną kreskę.
Jaś znowu się rozpłakał. Nie żeby winił dziecko za to, że płaczem wymusza swoje potrzeby, ale ile można tak płakać?
Jego głowa pękała, jakby rozkruszała się na nie równe połowy. Głosy słyszał jakby podwójne, wzmocnione, a nie był na kacu. Nie pije od dawna. Dźwięk płaczu stał się jeszcze głośniejszy, kiedy to Basia otworzyła drzwi i wyszła z płaczącym noworodkiem na rękach, próbując go uspokoić. Nie poddawał się, starał się pracować. Jego uwaga była jednak rozproszona, bo to spoglądał na plan, to ma Basię, kołyszącą w ramionach jego syna, coś do niego szepcząc.
Płacz jednocześnie to denerwował, co martwił. Winą za to w myślach obarczył matkę, która najwyraźniej nie potrafiła go dobrze uśpić. Łapał się na tym, że przyglądał się, w jego przekonaniu, jej marnym próbom, ucieszenia malucha. Drażniło go to, co Basia robiła, bo miał wrażenia, że Jaś beczy jeszcze głośniej, albo to, czego nie robiła, by przestał.
Uspokojenie dziecko powinno być dla matki jak zawiązanie sznurówek. Nie żeby on Bral na siebie brudna robotę. Basia miała wrażenie, że Jaś jest jego synem, tylko wtedy kiedy śpi, czy radośnie gaworzy, wtedy najchętniej nikogo by do niego nie dopuszczał. Miała ochotę mu to wygarnąć, nie cierpiała, kiedy tak patrzył jej na ręce ale nie teraz. Teraz najważniejszy był Jasiek.
Złapał się za głowę, wziął ponownie ołówek do ręki i kiedy miał nanieść kolejną kreskę, złamał grafitowy rysik, zbyt mocno go przyciskając. Kiedy nie mógł znaleźć temperówki, jego irytacja wzrosła do takiego stopnia, że gdyby na powrót miał 5 lat, położyłby się teraz na podłoże i tupał nogami, do czasu, kiedy rodzic nie uciszyłby jego histerii porządnym klapsem.
Z tym, że to on miał ochotę dać burę Basi za to, że jego syn tak płacze, a ona nic z tym nie robi. Zmartwił się. Pomyślał natychmiast, że jest chory, a Basia nawet nie kiwnie palcem, by zadzwoni po lekarza.
Jednym ruchem złożył projekt w rulonik i schował do specjalnej teczki. Wstał i podszedł bliżej Basi, wlepiając spojrzenie na Jasiu.
- Dlaczego on tak płacze? Dlaczego nic z tym nie robisz! Może jest chory!
- Nie jest chory. – skwitowała krótko jego uwagi.
Marek pogłaskał małego po główce.
- Nie możesz tego wiedzieć. – jego riposta spotkała się z niezadowoleniem Basi.
Czy Marek właśnie zasugerował, że jest zła matką, że nie potrafi należycie się nim zająć, że nie wie, czego teraz potrzebuje jej syn? Zagryzła zęby ze złości.
- Dzwonię to doktora Starzyńskiego. To znajomy ojca, poleci jakiegoś dobrego pediatrę.
- Nie! – zatrzymał się nagle w pół drogi ze słuchawką w ręce, kiedy miał już z pamięci wystukiwać numer.
- Nic mu nie jest! Nie jest chory! Całą noc nie spał przez kolkę. Teraz jak ty jest śpiący i ma humory. Pamiętaj, że o człowiek, tylko w mniejszej postaci. Ale to ty mam możesz wiedzieć. Ty do niego nie wstajesz… - zainsynuowała, podnosząc zadziornie jedna brew.
- Pracuje i muszę się wysypiać. Nie mogę się pokazywać taki jak dzisiaj w firmie. – Basia nie widziała przesadnej różnicy w jego wyglądzie.
Może był trochę rozczochrany, miał podkrążone oczy i nierówno pozaginane mankiety od koszuli, ale ona nie widziała powodu do paniki. Nikt z potencjalnych klientów, gdyby się dobrze nie przyjrzał, niczego by nie zauważył.
Za to ona sama nie miała nawet czasu przykryć pudrem sińców pod oczami. Wyglądała jak wstała. Z peruką włosów na głowie, gdzie każdy kosmyk odchodził w inną stronę. Marek przesadzał i to zdrowo. Czyżby dopadły go mroki „tacierzyństwa”? Stracił cierpliwość? Naprawdę ja tym zdenerwował, mimo, że jednocześnie wiedziała, że to zwykle marudzenia dorosłego, małego chłopca.
Jaś na szczęścia zaczynał się uspokajać. Kołysała go, by jak najszybciej zasnął i dał jej trochę odsapnąć.
- Ty musisz się wyspać? – niemalże wyszeptała, gdyż jej glos był ściszony i ochrypły, ale tak, by usłyszał. – A co ja mam powiedzieć?! – podniosła ton o nieco za mocno.
- W takim razie dzwonię do mojej mamy. Ona będzie wiedziała co robić. Widzę, że sobie nie radzisz. – dla Marka było to stwierdzenia faktu, dla Basi obelga.
Trzymając Jasia jedną ręką, podeszła do marka i wydarła mu słuchawkę.
- Nigdzie nie zadzwonisz! Doskonale daje sobie radę!
- Właśnie widzę… - odburknął pod nosem.
- Słucham?! Powtórz co powiedziałeś?
- Nic. – nie miał odwagi tego powtórzyć. – Kobieca duma, ok. Jak chcesz. Jeszcze będziesz chciała.
- Nie życzę sobie żadnej pomocy! Nawet z twojej strony skoro się do niej nie garniesz, jasne?!
- Przegięłaś! – odparł z wystawionym palcem wskazującym i wściekłym wyrazem twarzy. Wyminął ją bez słowa, zabierając projekt. Później słyszała już tylko trzask drzwi.

(...)

Wyglądał tak słodko, kiedy spał, że miała ochotę go nosić na rękach, tulić i całować godzinami. Już rozumiała fascynacje swoich zamężnych koleżanek, kiedy z uwielbieniem opowiadały o swoich pociechach. Wtedy była jeszcze panną, nie myślała o małżeństwie, a tym bardziej o dziecku. Nawet śmiała się z nich, że zwyczajnie przesadzają. Jednak teraz, kiedy obudził się w niej instynkt macierzyński i sama jest młodą mamą łapała się na tym, że zakochuje się we własnym dziecku.
Nachyliła się nad łóżeczkiem, poprawiła synowi kołderkę i spojrzała na niego ostatni raz. Na jej twarzy zagościł mimowolny uśmiech, pełen miłości. Po chwili wyprostowała się, nakręciła pozytywkę, która rozbrzmiała przyjemną dla ucha melodią i zgasiła światło. Wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi od sypialni. Nie chciała, by zbudził go przypadkowy hałas. Nie spała prawie całą noc próbując go uśpić i była strasznie zmęczona. Nie miałaby siły znów walczyć z synem. Powoli zaczęła się przekonywać, że ten mały łobuz będzie miał problemy ze snem. Przy okazji wzięła ze sobą pustą butelkę.
Wychodząc zauważyła, że światło w salonie jeszcze się pali. Widocznie Marek wziął na siebie zbyt dużo roboty tego dnia, że musi teraz siedzieć po nocach. Westchnęła i pokierowała się za odblaskiem rzuconym na podłogę. Od rana zbierała się w sobie, by z nim porozmawiać. W końcu muszą ustalić co dalej, a Marek od tygodni nic nie mówi. Musiała wiedzieć na czym stoi. Poczucie bezpieczeństwa było jej teraz bardzo potrzebne.
Gdy weszła czytał coś na laptopie. Zrobiła to tak cicho, że nawet się nie zorientował. Odwrócił głowę dopiero, gdy poczuł na sobie jej wzrok. Spojrzał nieśmiało w jej kierunku, ale szybko odwrócił głowę z powrotem w monitor.
- Mały śpi? – zapytał jak zwykle. Jego głos był nawet uprzejmy.
Gdy nic nie odpowiedziała, znów wymienił z Basią krótkie spojrzenie.
- Zaraz do niego zajrzę, tylko to skończę. – dorzucił i znów zaczął traktować ją jak powietrze, był zajęty robotą, ślęczał nad laptopem.
Nie wytrzymała. Od samego rana miała tego dosyć, ale teraz jej złość przybrała apogeum w swej mocy. Podeszła do ławy i zamknęła laptopa z hukiem.
To sprawiło, że natychmiast zareagował i spojrzał na nią gniewnie.
- Dlaczego to zrobiłaś? – zagrzmiał chłodnym barytonem, pełnym irytacji.
Nie spodziewał się odpowiedzi. Zdążył już poznać niektóre zagrania swojej żony.
- Muszę to skończyć na jutro. – rzucił, by mu nie przeszkadzała.
- Skończysz później. – odparła srogo, jej głos był zdecydowany i pewny siebie, nie znoszący sprzeciwu. - Chcę porozmawiać. – dodała.
Usłyszała jak ciężko wzdycha.
- Ok. – zgodził się dla świętego spokoju. – O czym?
- O tym, co teraz planujesz. – Marek zmrużył oczy z zaskoczenia i kilka razy zamrugał. - Nie rozumiesz o co pytam? – zdenerwowała ją ta mina. - Co planujesz w związku z Jasiem i… ze mną. – ostatnie dodała niepewnie, jej głos nagle osłabł.
Marek zamilkł, odwracając wzrok od zniecierpliwionej czekaniem dziewczyny.
- Co? Nie masz mi nic do powiedzenia? – zasypywała go pytaniami, na które nie miał gotowych odpowiedzi.
- A co chciałabyś usłyszeć? – wiedział, gdzie uderzyć, by zabolało.
Przełknęła ciężko ślinę, tracąc całą pewność siebie. Jej oczy znów były rozbiegane i wystraszone, jak u płochliwej sarenki. Jednak było w nich cos jeszcze. Pogodzenie z losem.
- … Chcesz się rozwieść. – bardziej stwierdziła, niż zapytała.
Od kilku dni podejrzewała, że Brodecki nosi się z zamiarem, by jej to tym powiedzieć, ale brakuje mu odwagi. Zauważyła, że ostatnio był jeszcze bardziej zamyślony niż zwykle. Pewnie miał dość tej sytuacji między nimi i uznał, że skoro po urodzeniu Jasia nic się nie zmieniło, nie warto ciągnąć tego w nieskończoność. To tylko meczy ich oboje. Jej tez jeszcze niedawno przeszło to przez głowę, ale jej rozsądek szybko zagłuszyło głupie serce, wciąż mając nadzieję, że jej mąż któregoś dnia ją pokocha. Tymczasem Marek przyglądał się dziewczynie w zdumieniu.
- Skąd ci to przyszło do głowy? – w jego głosie dało się wyczuć kompletny brak zrozumienia, dlaczego tak pomyślała. – Nie chcę rozwodu. – powiedział, po czym, kiedy w Basi zapłonęła iskierka radości, dodał: - Na razie. Nie rozwiodę się z tobą póki Jaś nie podrośnie. Chyba to ustaliliśmy? – udał zwątpienie w głosie, dziwnie się przy tym uśmiechając, ale dziewczyna to zignorowała. – Umowa, to umowa. – wzruszył ramionami.
Był dżentelmenem i jak każdy dżentelmen dotrzymywał danego słowa.
Małżeństwo, sakramentalne tak przyrównał do umowy.
Jestem częścią jakiegoś cholernego kontraktu. Świetnie. – pomyślała.
Doskonale pamiętała najważniejszy, a przy tym jedyny punkt tej umowy. Nie musiał jej tego przypominać. Pytając go, co ma zamiar zrobić pytała raczej o to, czy zamierza, by ich relacje dalej wyglądały w ten sposób. Nie wypowiedziała jednak swoich myśli głośno.
- Pamiętam. – zapewniła. – Kiedy to nastąpi? – spytała wprost.
Nagle wróciły jej siły, by znów być zadziorną.
- Słucham? – spytał, patrząc na Basie, jakby oszalała.
- Kiedy to nastąpi? – powtórzyła. - Jak mały będzie miał rok, dwa lata, trzy?
- O co ci chodzi?
- Chcę wiedzieć dokładnie, kiedy to będzie. – wyjaśniła spokojnie.
- Mam ci podać datę? Czy mogę ograniczyć się do roku?! – zdenerwowały go te podchody, nie miał pojęcia w co się z nim bawi.
- Rok wystarczy. Chcę wiedzieć, by się przygotować.
- Na co?
- Przygotować się na to, co powiem Jasiowi, kiedy zapyta dlaczego jego tatuś tak nagle wyprowadził się z domu. Przecież nie powiem, że mamusia i tatuś się umówili, że gdy będzie miał 4 latka nie będą już małżeństwem. – mina Marka gwałtownie zrzedła.
Odczuła satysfakcję, choć pod skórą serce chciało jej pęknąć na pół z żalu.
- Tak samo, jak nie powiem, że to całe małżeństwo było fikcją i tatuś tylko udawał szczęśliwego, a tak naprawdę ożenił się z mamusią tylko dla niego, nie próbując niczego zmienić. – Marek słuchał z otwartymi ustami, nie wiedząc co ma jej odpowiedzieć.
Wstał.
- Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? Masz do mnie pretensje, bo co? Bo cię nie kocham? Wiedziałaś o tym pakując się w to małżeństwo.
- Niczego nie rozumiesz - pokręciła głową, wbijając w niego pełne żalu spojrzenie. - Myślisz tylko o sobie. Nie widzisz nic, poza czubkiem własnego nosa! Liczysz się tylko ty i twoje potrzeby, twoje uczucia. Inni mogą się wypchać, prawda?! - mówiła coraz bardziej się unosząc. - Masz rację, wiedziałam w co się pakuje! Wiedziałam, że wychodzę za człowieka, który ma mnie za nic! Ale zrobiłam to! Zrobiłam to z myślą o dziecku, któremu pragnęłam stworzyć dom, pełną rodzinę. I jedyne o co mam do ciebie pretensję, to, to, że jesteś takim cholernym egoistą! - po czym wyszła trzaskając drzwiami.
Zrobiłam błąd mieszając w ten układ Jasia. Zamiast stworzyć synowi normalny dom, zrobiłam z naszego życia umowę, którą za parę lat rozwiążemy. – pomyślała.
Tak bardzo żałowała, że zgodziła się na to małżeństwo.
Marek długo bił się z myślami. Siedział przy świetle małej lampki, zastanawiając się nad tym, co mu powiedziała. Nie umiał się do tego przyznać, ale wiele z tego, co mówiła, było prawdą. Przez wiele miesięcy skupiał się na własnym cierpieniu po stracie Jagi. Nawet żeniąc się z Basią nie pomyślał o synu, tylko zrobił to z bezsilności, gdyż nie mógł dłużej przeciwstawiać się woli ojca.
Wstał dopiero, kiedy usłyszał kolejny w tym dniu płacz syna, który ucichł, zanim zdążył podejść. Chłopiec był niespokojny, ale przestał płakać w ramionach matki. Brodecki skrył się w przejściu, by Basia nie zauważyła, że się im przygląda. Siedziała tyłem na łóżku, obok dziecinnego łóżeczka, tuląc do piersi synka i cos czule do niego szepcząc.
Było ciemno, ale nie była głucha. Wiedziała, że tam stoi.
- Nie chce, by nasz syn czuł się winny, kiedy zobaczy, jak bardzo jego pojawienie się unieszczęśliwiło jego ojca…
- Nie obwiniam go za to, co się stało... ze mną i z Jagą. – powiedział pewnym głosem, wyczuła w nim szczerość i skruchę.
- Ale obwinisz mnie. – powiedziała, odwracając się do niego przodem i położyła małego do łóżeczka.
- To nie tak. Ale nie chcę o tym mówić… Zależy mi na Jasiu. – dodał, zmieniając temat, bo ten o Jadze był jeszcze zbyt świeży.
- Więc będzie lepiej, jak to skończymy. To i tak nie ma sensu. Sam to przyznałeś.
- Wtedy nie myślałem o nim. – sprostował. – Ze względu na Jasia powinniśmy się jakoś dogadać. Spróbować mu to jakoś wynagrodzić…
- Co masz na myśli? To, że nie będziemy kochającym się małżeństwem? – westchnął, gryząc się w język, by powstrzymać się od komentarza.
Nie odpowiedział.
- Miałem na myśli, że bez względu na wszystko powinniśmy być jak najlepszymi rodzicami. Wspólnie go wychowywać.
- To jest możliwe i z rozwodem. – zauważyła.
- Tak bardzo ci na nim zależy? – wiedział, że nie odpowie na to pytanie. – Poza tym dobrze wiesz, że to nie to samo. Nie chce być weekendowym tatusiem. Nie chcę, by jakiś inny facet… - ugryzł się w język.
A więc o to chodzi. Boi się, że ktoś zajmie jego miejsce.
- Nie chce, by w przedszkolu inne dzieci się z niego wyśmiewały. – dokończył. Spuściła wzrok.
Marek miał trochę racji. Ona też tego nie chciała. Poświęcając szanse na szczęście z kimś innym dla dobra ich syna, jest chyba dobrym rozwiązaniem.
- Chcę uczestniczyć we wszystkim, co ma związek z Jasiem. – dodał.
- Dobrze. Zgadzam się. – odparła, wiedząc do czego zmierza. – Dla Jasia.
- Dla Jasia. – powtórzył.
Na tym skończyli temat. Przez dłuższą chwilę oboje pochyleni nad łóżeczkiem obserwowali śpiącego chłopczyka. Chyba pierwszy raz, odkąd zabrali go ze szpitala. Kiedy jednak zrobiło się zbyt późno, Marek wyprostował się i zmierzał w stronę wyjścia z pokoju. Zatrzymała go Basia.
- Nie musisz przecież spać na kanapie. – powiedziała niepewnie, czując się trochę niezręcznie zwarzywszy na to, o czym przed chwilą rozmawiali.
Pewnie jeszcze kilka dni temu wyszedłby bez słowa, ale teraz było trochę inaczej. Basia zrozumiała, że on jej nigdy nie pokocha.
- Mały może się w każdej chwili obudzić. – dodała, a Marek odwrócił głowę w jej stronę.
Nic nie odpowiedział, tylko kiwnął głową. Chwilę potem leżeli w jednym łóżku, oddaleni od siebie do granic możliwości. Niewidzialna bariera przebiegała dokładnie przez środek łóżka i żadne nie miało ochoty jej przekraczać.
Obudził ich płacz syna około 4 nad ranem. Basia z trudem otworzyła oczy, spała może z godzinę. Nie mogła zasnąć, nieprzyzwyczajona do obecności Marka, mimo wszystko. Gdy chciała już wstawać, usłyszała szept Brodeckiego.
- Nie wstawaj. Ja to zrobię. – po chwili zaczął mieć wątpliwości, czy sobie poradzi, ale widział, że dziewczyna jest zbyt zmęczona.
Niepewnie podszedł do łóżeczka i wziął syna na ręce. Ponosił go z dobrą godzinę, próbując uspokoić. Obudził Basie tylko raz, pytając ile ma zagotować mleka.
Chłopiec po wybiciu całej butelki zasnął.
Poradził sobie. Poradził sobie i był z siebie dumny.

Cztery lata później

Ciepły, majowy dzień. Idealny na spacery. Nastrajał pozytywnie nawet największych ponuraków. Każdy kto mógł pędził do parku, nad Wisłę lub po prostu wychodził na miasto. Wszystko, byle tylko nie siedzieć w domu w tak piękną pogodę.
Tymczasem z kuchni Brodeckich wypływały wspaniałe zapachy. Basia w fartuszku krzątała się, to tu, to tam, od czasu do czasu zaglądając do garnka z zupą i pilnując pieczeni siedzącej w piekarniku. Marek obiecał dziś urwać się wcześniej z pracy i odebrać Jasia z przedszkola. Chłopiec rósł jak na drożdżach, z każdym dniem będąc coraz bardziej podobnym do ojca. Jedynie blond włoski przejął po mamie. Na wspomnienie syna, jej twarz rozjaśnił szczery uśmiech. Był takim żywym dzieckiem. Wszędzie było go pełno, a swoim gadulstwem potrafił zamęczyć. Miał niespożyte pokłady energii. Gdy wpadał do domu słychać go było już od progu. Trudno było za nim nadążyć, lecz kochała tego małego łobuza, jak nikogo innego na świecie.
Pojawienie się Jasia wyrwało ją z monotonii. Wniosło do jej życia radość, miłość, ciepło. Nie czuła się już samotna w czterech ścianach. Miała kogoś, kogo mogła kochać, nie kryjąc się z tym. I kto kochał ją. Choć na początku było jej trudno odnaleźć się w roli matki, teraz doskonale dawała sobie radę. Dzięki małemu nareszcie czuła się potrzebna. Ponadto przez te cztery lata, które minęły, bardzo się zmieniła. Wydoroślała, stała się bardziej odpowiedzialna. Z szarej, zagubionej myszki, zmieniła się w pewną siebie, atrakcyjną kobietę. Do tej pory nie miała zbyt wiele czasu dla siebie, w całości poświęcając go synowi. Obowiązki matki pochłaniały ją całkowicie, nie dając możliwości zajęcia się czymś innym. Jednak odkąd Jasiek zaczął chodzić do przedszkola, rzecz jasna prywatnego, mogła chwile odetchnąć i wrócić chociażby do pracy w fundacji swojej matki.
Jej życie zawodowe układało się świetnie, podobnie jak wychowanie syna, i choć powinna mieć wiele powodów do radości, całokształt psuła jedna, maleńka rysa, mianowicie jej relacje z mężem. Marek owszem, był wspaniałym ojcem, wręcz wzorowym. Może na początku trochę zagubionym, niepewnym i nieprzyzwyczajonym do nocnego wstawania, płaczu i masy nowych obowiązków związanych z opieką nad dzieckiem, jednak z każdym dniem, tygodniem czuł się coraz pewniej. Wspólnie z Baśką zaczęli dzielić się obowiązkami, uczyć od siebie nawzajem. Janek stał się jego oczkiem w głowie. Panowie uwielbiali wspólne zabawy, grę w piłkę, mogli to robić godzinami. Szaleli, śmiejąc się do rozpuku, układali klocki, puzzle, chodzili na basen, plac zabaw. Oczywiście, jako rasowi mężczyźni, oglądali mecze. Rozłożeni na kanapie, z „Kubusiem” w ręku śledzili prawie każde rozgrywki Ligi Mistrzów. Mały, choć ledwo odrastał od ziemi, już był zapalonym kibicem. Znał na pamięć prawie cały skład Realu Madryt, ulubionej drużyny tatusia, przez co napawał go dumą. Świetnie się dogadywali i Marek chyba jako jedyny potrafił utemperować nieco diabelski charakterek syna.
Niestety jako mąż nie sprawdzał się już tak przykładnie. Choć przez cztery lata ona zdążyła poznać go prawie na wylot - jego nawyki, przyzwyczajenia, zachowania, on wiedział o niej tak naprawdę niewiele. Zresztą nawet nie próbował jej poznać. Ich rozmowy ograniczały się wyłącznie do Janka. Był to chyba jedyny temat, na który potrafili rozmawiać spokojnie. Poza tym rozmawiali raczej niewiele, wyłączając te nieliczne spotkania u rodziców lub teściów, na których udawali kochające się małżeństwo. Trzymali się wtedy za ręce, uśmiechali, wymieniali czułe słówka, wszystko po to, by zachować pozory. Nie dać rodzicom powodu do zmartwień, albo co gorsza zmusić ich do interwencji, która już raz, jak wiadomo, skończyła się dla młodych fatalnie. Marek kochał syna, ale do Baśki nie czuł nic, może poza przyzwyczajeniem. Pogodził się z jej obecnością w domu, ale nie potrafił wykrzesać wobec niej żadnych cieplejszych uczuć. W firmie wciąż flirtował z sekretarką, która zagięła parol na młodego architekta. Anita była jego odskocznią, spotykali się od czasu do czasu, choć jak dotąd, prócz namiętnych pocałunków, nie doszło między nimi do czegoś więcej. Baśka dobrze wiedziała, że w życiu jej męża jest inna kobieta. Kilka razy na kołnierzu jego koszuli znalazła ślady szminki, poza tym zapach damskich perfum, z jakim czasem wracał do domu, nie należał do niej. I choć niekiedy miała ochotę wszystko mu wykrzyczeć, to jak bardzo ją rani, nigdy tego nie zrobiła. Cierpiała w milczeniu, pogodzona z losem, nie próbując walczyć o jego względy.
Smutne przemyślenia przerwało wtargnięcie panów Brodeckich. Oczywiście z małym na czele. Wbiegł do domu, już od progu krzycząc „Cześ Mamooo!”, choć nawet jej nie widział. Basia natychmiast powróciła do rzeczywistości, wyłączając palnik z gazem, na którym stała zupa. Tym razem pieczarkowa. Słyszała ich z korytarza. Janek próbował tłumaczyć coś ojcu, w czasie gdy ten ciągnął go do łazienki, by chłopiec umył ręce. Pokręciła z uśmiechem głową. Jej syn był strasznie roztrzepany. Nim się obejrzała wbiegł do kuchni rzucając się jej na szyję.
- Cześć łobuzie! – potarmosiła go po głowie biorąc na ręce – Jak było w przedszkolu?
- Do dupy. – rzucił rezolutnie, szczerząc zęby, jak gdyby nigdy nic, czym wprawił Basie w chwilowe osłupienie.
- Janek! – Marek zwrócił mu uwagę, przewracając oczami. – Całą drogę tłumaczyłem ci, że nie wolno tak mówić.
- Ale mi się zapomina. – usprawiedliwił się, słodko przeciągając literki.
- Następnym razem napisze ci to na czole. – mruknął bardziej do siebie, nalewając soku do szklanki, choć mały i tak to usłyszał, nie powstrzymując się od odpowiedzi.
- Na czooleee? – przeciągnął, marszcząc nosek - Przecież nie zobaczę. No i nie umiem czytać. – rozłożył ręce, kompletnie nie rozumiejąc swojego taty. Brodecki wziął głęboki oddech pozostawiając odpowiedz syna bez komentarza. Nie miał siły wdawać się w kolejną polemikę z tym małym dyskutantem. Basia, która do tej pory przyglądała się obu panom z rozbawieniem, zauważyła, że jej mąż jest wykończony.
- Dobrze, później sobie porozmawiacie. - postawiła chłopca na ziemi - Ręce umyte? – zwróciła się do syna.
- Tak! – pokazał mamie obydwie łapki.
- To zmykaj do stołu. Zaraz naleję ci zupy. - powiedziała z uśmiechem na ustach, a Jaś wesoło pobiegł do jadalni. Gdy zniknął im z oczu zapadła krępująca cisza. Basia wyciągała z szafek talerze i sztućce, natomiast Marek siedział przy stole od czasu do czasu na nią zerkając. Dzisiaj wyglądała jakoś inaczej, a może po prostu nigdy jej się nie przyglądał? Włosy spięte w ciasny kok, z którego niedbale wystawały pojedyncze kosmyki, odsłaniały jej zgrabną szyję. Luźny, beżowy sweter spływał na jej biodra. Opięte dżinsy i bose stopy prezentowały się nader kusząco. Zagryzł nerwowo wargi, jeżdżąc po niej spojrzeniem w górę i w dół. W myślach ganił sam siebie, za to, że nie potrafi oderwać od niej wzroku. Przecież to Baśka. Jego ... żona. Nigdy nie traktował jej, jak obiektu seksualnego pożądania. No może raz, ale był wtedy pijany. Owszem, nie była brzydka, lecz nigdy jej nie pragnął, nie aż tak. Przełknął ostrożnie ślinę, coraz mocniej zaciskając dłoń, w której trzymał szklankę. Czteroletni celibat dał mu się chyba we znaki. Jego wyobraźnia szalała. Baśka, odwrócona tyłem, nie miała pojęcia, co dzieje się z jej mężem. Beztrosko nalewała zupę dla swojej pociechy, gdy usłyszała trzask. Odwróciła się wystraszona. Spojrzała na Marka, rozlany sok i resztki potłuczonej szklanki. Przejęta, natychmiast do niego podbiegła.
- Cholera! – zaklął, nieco roztrzęsionym głosem.
- Nic ci nie jest? – chwyciła go za dłoń, dokładnie ją oglądając, nieco krwawiła – Marek, co się stało?
- Przepraszam, ja tylko ... – nie wiedział, jak powinien się tłumaczyć. Nie mógł przecież powiedzieć, że to przez nią. Biorąc głębszy oddech, próbował się opanować.
- Trzeba to opatrzyć. – pochyliła się, będąc jeszcze bliżej niego. Pomyślał, że jeszcze chwila i nie wytrzyma. Musiał się uspokoić.
- Nic mi nie będzie, to draśnięcie. – mruknął dziwnie chrapliwym głosem. – Lepiej odsuń się, bo się skaleczysz. – zwrócił uwagę na jej bose stopy i szkło na podłodze. Poza tym jej bliskość nie pomagała mu dojść do siebie.
- W szufladzie mam apteczkę, poczekaj. – zwinnie ominęła szklane kawałki, by znaleźć się przy kuchennym aneksie. Wyciągnęła potrzebne rzeczy. Jednak gdy spojrzała ponownie, w kierunku, gdzie jeszcze chwile temu siedział Marek, nikogo nie zobaczyła.

c.d.n

sysia16223 - 2010-02-03, 21:09

Dziewczyny cudowne! :-D
Marek się budzi :-)
Błagam piszcie szybko, bo rozbudziłyście moją ciekawośc i teraz już nie będe mogła spokojnie usiedziec :-P

Ninuś - 2010-02-04, 09:46

Twins & Olka
To opowiadanie jestb cudowne łaaaa!
no i nasz Mareczkowy wreszcie zaczyna chyba coś jarzyć :) szkoda, że dopiero po 4 latatch wspólnego zycia pod jedym dachem ale grunt, że w ogóle coś zaczyna...yyy czuć?
Bomba, czekam na cedek :)

isis - 2010-02-04, 19:49

Twins&Olka to opowiadanie jest boskie!!!;D
Czyżby Marek po 4 latach małżeństwa z Basią nagle zauważył w niej kobietę,a nie tylko osobę,z którą musi żyć pod jednym dachem?;>
Heh coś czuję,że ten obiad będzie dla nich lekkim przełomem:)
Super,super,super!!!!:)Już się nie mogę doczekać kolejnej części:):):)

Ninuś,a może Ty coś napiszesz hm?:)

Ninuś - 2010-02-05, 13:12

isis napisał/a:
Ninuś,a może Ty coś napiszesz hm?:)

oj nie, nie, nie na mnie zawsze można liczyć, ale nie tym razem...
kompletny brak weny i pomysłów....

isis - 2010-02-06, 16:30

Ninuś napisał/a:
isis napisał/a:
Ninuś,a może Ty coś napiszesz hm?:)

oj nie, nie, nie na mnie zawsze można liczyć, ale nie tym razem...
kompletny brak weny i pomysłów....


Buuu szkoda;P
Ale wierzę,że niedługo wpadniesz na kolejny pomysł i uraczysz nas swoim opowiadaniem:)

Pisze ktoś?;D

sysia16223 - 2010-02-07, 20:49

Nie wiem kiedy ja coś tu ostatnio wstawiłam :-P
Ale w sumie mam po nowym rozdziale i do Tajnych Agentów i do Lekarzy :-D

O ile jeszcze pamiętacie :-D

olka - 2010-02-07, 23:53

Sysia wklejaj te nówki i to migiem! :mrgreen: Ja pamiętam i chętnie przeczytam.
Ameliana1234 - 2010-02-08, 14:16

olka napisał/a:
T&O - DROGA DO MIŁOŚCI

Marecki mnie zaskakuje. :-) 4lata pod jednym dachem. Cóż, długo wytrzymali tak razem bez tego no... razem, a osobno jednak. :D
Ola, a jak tam Ci Zycie po życiu idzie? <ciekawski>

sysia16223 napisał/a:
O ile jeszcze pamiętacie :-D

O ja pamiętam! Ja! :-D Wiesz, ile ja się naszukałam, żeby tych Twoich Agentów przeczytać? Oj nie wyobrażasz sobie nawet :p I powiem szczerze, że nie wiem, czy wszystkie części co się dotychczas okazały, udało mi się przeczytać. Ale to nic, dawaj dalej. Przeczytam z chęcią. :mrgreen:

isis napisał/a:
Pisze ktoś?;D

Noo ja tam trochę, ale to by była kompromitacja dawać moje wypociny przy TAKIEJ twórczości jak wasza. ;) <skromny>

Twins - a Wy jak żyjecie? Bo powiem szczerze, że trochę tęskni mi się za "Ceną Niewinności". :)

olka - 2010-02-08, 17:51

Ameliana1234 napisał/a:
Ola, a jak tam Ci Zycie po życiu idzie? <ciekawski>


Wcale mi nie idzie :lol: Zbieram się, zeby to napisać, ale nie mam pomysłu. Licze, że mnie nagle oświeci :lol:
A Ty wklejaj swoje i to bez marudzenia. Czekam! ;-)


Sysia, gdzie Agenci albo Lekarze? :->

Twins - 2010-02-08, 19:46

Cytat:
Twins - a Wy jak żyjecie? Bo powiem szczerze, że trochę tęskni mi się za "Ceną Niewinności".


Twinsom jest ciężko się do niego zabrać :lol:
Ale może sie uda w tym tygodniu coś dać. Ale nie obiecujemy.

I nie wstydź się, wrzucaj! Chętnie poczytamy wszyscy! Na pewno jest świetne!

isis - 2010-02-08, 22:10

Właśnie!Proszę się tutaj nie wstydzić tylko wrzucać opowiadania! :lol:
Czekam dziewczyny!:)

sysia16223 - 2010-02-09, 06:55

To już chyba tu było :-D Ale nie wiedziałam od czego zacząc :-)
Chodzi o powrót z Hiszpanii :-D



Cz. XXI

Od ich powrotu minęły dwa tygodnie, ten czas młodzi spędzili raczej przy książkach. Ojcowie z obawy o swoje pociechy, odsunęły je od większości spraw, przydzielając im rzecz jasna dodatkowa ochronę. Jednak mimo obaw, nieprzyjaciel nie uderzał.... Nie można powiedzieć, by nasi zakochani byli zbyt szczęśliwy z większej ilości wolnego czasu. Nie czarujmy się przyzwyczaili się już do ciągłych akcji, biegania z bronią, czy bawienia się w aktorów. Codzienność wydawała się im nudna. Co ranek szkoła, a popołudnia spędzone wspólnie przy książkach.
-Tato zgódź się....- „jęczała” Basia, kręcąc się za Storoszem po domu. Przypominało to troszkę prośby małego dziecka, pragnącego dostać nową zabawkę, niż rozmowę dorosłej córki z ojcem.- Będziemy na siebie uważać...
-Nie ma mowy...- usłyszała w odpowiedzi.- Póki ta sprawa się nie wyjaśni, macie z Markiem szlaban... I dobrze o tym wiesz!
-Macie szlaban, macie szlaban...- mamrotała pod nosem, gdy ojciec ubierał buty- Szlaban dostaje się za karę! A myśmy przecież niczego nie zrobili!
-Bez dyskusji! Zostajesz, koniec i kropka!
-Wrrrrrrr... Zwariuje w tym domu....! -jej głos rozniósł się chyba po wszystkich pomieszczeniach, gdy wściekła na ojca tupnęła nogą- Pójdę do więzienia, bo za niedługo zabije tego gogusia, który udaje Jeamsa Bonda i chodzi za mną krok w krok!
Jakby na zawołanie za plecami Storosz pojawił się młody mężczyzna w garniturze i krótkofalówką przy pasku. Czego mu brakowało do pełni zawodowstwa? Ciemnych okularów! Ha, ale i takowe posiadał.. Choć w tym momencie znajdowały w kieszeni marynarki.
-Nie mówiłam! Tato, on za niedługo zacznie wchodzić ze mną do łazienki... Bo teraz, gdy się kąpie stoi jak piesek przed drzwiami!
-Córciu uspokój się, bardzo Cię proszę...- Spokojna odpowiedz ojca, doprowadziła Basie, do jeszcze większej wściekłości.- Pan Michał chce dobrze...
-Jak zajdę w ciąże, to mu podziękujesz!- rzuciła wściekła, wychodząc z kuchni.
-Proszę? Baśka, Basia.... Stój...!- ale tyle jej było. Wbiegła po schodach do swojego pokoju i nic nie robiąc sobie z nawoływań ojca, puściła głośno muzykę. – Jaka ciąża do cholery?
Wściekła mina zwrócona w stronę ochroniarza, nie wróżyła nic dobrego.
-Ja nie mam z tym nic wspólnego!

-Dzień dobry!
-Nie wiem, czy taki dobry!- odpowiedz jaką usłyszał Brodecki senior, rozbawiła go. Byli umówieni na partyjkę brydża w męskim gronie. Widząc jednak z jaką zaciętym wyrazem twarzy kolega zmierza ku niemu, domyślał się, że coś wyprowadziło go z równowagi.
-Też masz w domu cyrk?- zapytał przyjaciela.
-Cyrk? Mało powiedziane! To jest III wojna światowa....!- burknął Storosz zapinając pasy.
-Dziś Marek zarzucił mi, że traktuje go jak smarkacza i mu nie ufam...
-Nie wiem, czy chcesz usłyszeć co oznajmiła mi Basia...- odparł mu posępnie przyjaciel.
-Wal śmiało!- uśmiechnięty Artur, włączył się w ruch drogowy.
-Oprócz tego, że jestem tyranem, egoistą i że mam muchy w nosie....
-Co prawda, to prawda....-mruknął Brodecki.
-Artur, czy Marek lubi swojego ochroniarza?- zapytał niespodziewanie, nie zwracają uwagi na docinkę kolegi, co było raczej nie w jego stylu.
-Nie specjalnie, a dlaczego pytasz?
-No bo widzisz, Baśka dziś powiedziała mi.... No, bo ogólnie narzeka, na Michała, że natrętny, że to i tamto...iiii... Artur nasze dzieci się kochają u mnie w domu!
-U Ciebie też?- odparł spokojnie Brodecki, nie patrząc nawet w stronę Storosza.
-Powtórz, cholera!- warknął wściekły Jerzy.
-Piotrek, przyłapał ich kilka razy...
-Michał też...
-No i wiemy, dlaczego nasze dzieciaki nie przepadają za ochroną osobistą!


Dochodziła godzina 22, gdy Storosz senior wraz z przyjacielem weszli do jego mieszkania. Wieczór był udany, spędzili go wspólnie z Zawadą przy szachach i butelce whisky. Po długich rozmowach, przyjaciele uznali, że mają do pogadania ze swoimi dziećmi. Choć mieli nieco inne podejście do tej sprawy, mimo sugestii Zawady „ Nie wyjdzie to wam na dobre...”, postanowili dopełnić obowiązku rodzicielskiego jeszcze tego samego wieczoru. Okoliczności im sprzyjały, bo Brodecki junior przebywał właśnie u swojej dziewczyny.
Spokój. Tak przejawiał się obecnie dom Storoszów. Ale to tylko pozory. Gdy tylko przekroczyli próg przedpokoju, tuż przed ich nosem przeleciał kapeć, a później wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie.
-Marek proszę Cię, zabierz go ode mnie!- wrzeszczała Basia, zbiegając ze schodów zaraz za lekko poszczutym ochroniarzem. Z salonu wyszedł właśnie inny, uśmiechnięty od ucha do ucha.
-Mówiłem Ci Michał..- jego śmiech odbił się od ścian,- Po co się pchałeś?
-Piotr zamilknij!- teraz to i Marek, który zbiegł za Basią, włączył się do rozmowy. Natomiast ojcowie stali z boku przypatrując się zaistniałej sytuacji z otwartymi ustami. No cóż, zobaczyć swoje pociechy wpół rozebrane... Widok niecodzienny! Marek stał w samych jeansach, Basia na sobie miała swój przy- krótki szlafroczek.
-Zwariuje! Po prostu zwariuje!- stwierdziła Storosz, siadając zrezygnowana na schodku. Od razu obok niej znalazł się Marek całując ją w czubek głowy.
-Mogę Cię o coś zapytać? Michał, tak?- gdy goguś kiwnął głową, Marek kontynuował- Sprawia Ci to przyjemność?
-To nie tak...- zaczął, chcąc się usprawiedliwić.
-A jak do cholery?!- wrzasnęła Storosz, zrywając się z miejsca.- Wpieprzasz się do pokoju, zawsze wtedy, gdy zamierzamy się kochać! Brakuje Ci czegoś? Kup sobie pornosa!
W tym momencie rozmowę przerwał głośny, niepohamowany śmiech. Wszyscy spojrzeli w stronę drzwi i dopiero teraz zobaczyli w nich przybyszy. Osobą śmiejąca się był nie kto inny jak Artur Brodecki, w odmiennym nastroju był jednak Jerzy Storosz, przez jego wściekłe spojrzenie przemawiało wszystko. Basia zażenowana okryła się szczelniej szlafrokiem, a jej policzki pokryły się mocnym rumieńcem. Marek stał jak w letargu, wpatrując się wielkimi oczami w ojca. Przerażenie, wstyd, paraliż- to właśnie czuli młodzi. Wiedzieli także, że czeka ich poważna rozmowa, która nie koniecznie może być przyjemna.
-Won!- krzyknął Jerzy, pokazując ochroniarzom, by znikli z jego pola widzenia. Wściekłość jaka w nim narosła, mogła zostać źle wykorzystana. Gdy drzwi od dużego pokoju zostały zamknięte, zwrócił się do wciąż śmiejącego się przyjaciela- Zamknij się idioto! Jaki ty im dajesz przykład!
-Kocham twoją córkę Jerzy! Ona Cię przebija, pod każdym względem!- Brodecki senior nic jednak nie robił sobie ze oburzenia kolegi, wciąż nie przestając się cieszyć.
-Na górę!- warknął Storosz do młodych.

-Jesteście nieodpowiedzialni, lekkomyślni i...i...i.....
Czwórka ludzi, a dokładnie rzecz ujmując dwóch ojców i ich pociechy, znajdowały się w maleńkim saloniku mamy Basi, w którym przyjmowała swoje koleżanki na herbatę i „pogaduchy”. Teraz była to sala sądowa, istne piekło dla Basi i Marka, którzy ze spuszczonymi głowami słuchali, co mają do powiedzenia ich rodzice, a raczej pan Storosz.
-....i zakochani- dodał Brodecki senior, zapalając cygaro.
-Arturze, nie pomagasz mi!- warknął, łapiąc mocno powietrze.
-Jerzy, po prostu stwierdzam fakty!
-Wiesz do czego może doprowadzić ich postępowanie?- kłótnia miedzy przyjaciółmi odwróciła na moment uwagę prokuratora od oskarżonych. Basia cicho popłakiwała, trzęsąc się ze wstydu... Brodecki widząc w jakim stanie jest jego ukochana złapał ją za rękę i lekko ścisnął. Spojrzała na niego tymi swoimi wielkimi oczami.
-Nie płacz skarbie... Nic wielkiego się nie stało...- wyszeptał cicho, ściskając jej dłoń.
-On mnie zabije...- odrzekła dławiąc się łzami.
Nie zauważyli nawet, że rozmowa miedzy ich ojcami, nagle ucichła. Bowiem Brodecki senior widząc ten słodki obrazek, przyłożył palec do ust nakazując milczenie Jerzemu i wskazał na nich, a wtedy i Storoszowi przeszła złość.
-Zabezpieczacie się? –wypalił nagle.
-No wiesz, cholera Jerzy! – warknął Brodecki, robiąc kwaśną minę- Może jakoś delikatniej!
-Nie mrucz...! Zapytałem o coś! Marek?
-Yyyyy... No, no... Tak!
-To Dobrze, a teraz dajcie mi święty spokój!

olka - 2010-02-09, 16:36

Sysia, GENIALNIE! :D
Marek ma naprawde ojca luzaka, ze Storosza troche sztywniak, ale wyrabia się powoli :lol: A dzieciaki to już w ogóle.
Swoją drogą, nie dziwie im się, że nadają na ochronę, być pilnowanym przez 24h i nie miec ani chwili prywatności, to koszmar.
Czekam na cedek. :*:*:*
Dawaj teraz lekarzy :mrgreen:

mandzia - 2010-02-09, 20:17

Super ta kolejna część. Młodzi zaszaleli.
Wystarczy czekać na nastepną część ;-)


mam takie małe pytanko nie związne:
Kto z was korzysta z chomikuj.pl??
Piszcie na gg 5283542

isis - 2010-02-09, 22:21

Sysia rewelacja :576:
Teksty wszystkich bohaterów są powalające :lol:
Czytam to opowiadanie i od razu mam lepszy humor:)Jest przesympatyczne,optymistyczne i do tego bardzo zabawne!:):)
Super!!!
Czekam na kolejną część:)

sysia16223 - 2010-02-10, 22:40

Dziękuje dziewczynki :-) Ciesze się, że wam się podoba :-P

Ola i Bliźniaczki kiedy będzie kolejna część DROGI DO MIŁOŚCI :-P ?
ja chce już :-D Kocham to opowiadanie :-P

olka - 2010-02-11, 01:36

sysia16223 napisał/a:
Ola i Bliźniaczki kiedy będzie kolejna część DROGI DO MIŁOŚCI :-P ?


Trudno powiedzieć, nic jeszcze nie ustalałyśmy, ale pogadam z dziewczynami ;-)
A Ty wklejaj tych "Lekarzy", bo czekam i czekam. :lol:

sysia16223 - 2010-02-11, 20:14

Być może jutro wkleje :-)
Ola to proszę Cie pomęcz tam dziewczynki i dajcie nową cześć :-) Prooooosze :-P

Ninuś - 2010-02-12, 19:43

Sysia, to są 'Tajni agenci' tak?
boskieeee! :576: uwielbiam Twoje teksty i wklejaj szybko lekarzy noo!
a ten, noo... czy mogłabyś też dać jakieś przypomnienie? bo prawdę mówiąc nie mam tego u siebie, a nie pamiętam co było w ostatniej części. :): ) ;**


Nie wiem czy tu mogę, ale dobra: ryzyk-fizyk:
Kasieńka! Dlaczego skasowałaś bloga? :( :( :(

Krymcia - 2010-02-12, 21:15

Ninuś napisał/a:
Kasieńka! Dlaczego skasowałaś bloga? :( :( :(


jak to? ja perdziele... szkoda...

Kasieńka - 2010-02-12, 21:48

Odpowiedzi udzieliłam na PW i proszę o nie offowanie :)

Pisze ktoś?
Chciałam zaznaczyć, że czytam wszystko na bieżąco i jestem pod ogromnym wrażeniem :D
Zwłaszcza wciągnęłam się w DDM bliźniaczek i Oli :D
Wszystkie pisarki ŚWIETNIE!

isis - 2010-02-12, 22:36

Chętnie bym coś poczytała na dobranoc;)

Twins&Ola kiedy dacie "Drogę do miłości"?:)
Chce się wreszcie dowiedzieć kiedy Marek rzuci się na Basię :lol:

Krymcia - 2010-02-13, 00:28

bliźniaczki... ja nadal czekam na wasze (Jak to było mówione o nim na poczatku) "wakacyjne opko"

czyli "lek na całe zło"!

czekam(y)

Ninuś - 2010-02-14, 11:15

Kasieńka napisał/a:
i proszę o nie offowanie :)

sorkiiii.. :)



a tak w ogóle to ktoś pisze?
Daisy miała dać to nowe opowiadanie juz chyba tydzień temu... :(
Olka, jak tam?
Twins, poczytałabym sobie "Całkiem sam" :lol:

sysia16223 - 2010-02-14, 20:58

Tym razem jeszcze TA :-) Lekarzy obiecuje dodać, jutro, może we wtorek :-)
Ninuś napisz mi e-mail to Ci wyśle całość opowiadania :-)
Ola&Bliźniaczki ja czekam :mrgreen:


Cz..XXII

„Kwiecień plecień, poprzeplata, trochę zimy, trochę lata”. Ile w tym stwierdzeniu było prawdy. Nikt, kto wyjrzałby przez okno, nie określił by tego stanu przyrody wiosną. Od ponad tygodnia padało, temperatura również nie sprzyjała spacerowiczom. Szarość dni popychała ku rozmyślaniom.
Basia siedziała właśnie w swoim ulubionym fioletowym fotelu, który dostała od ojca. Nogi miała wyłożone na parapet i przypatrywała się kroplom spływającym po szybie. Właściwie miała się uczyć, ale jakoś jej umysł nie był skory do tego pomysłu. Sterta tak zwanych „kserówek” leżała obok i czekając na swoją kolejkę. Do matury pozostało jedynie dwa tygodnie, a ona wciąż czuła, że nie jest przygotowana. Uśmiechnęła się, poprawiając się w fotelu. Kto by pomyślał... Ma najwspanialszego faceta na świcie, kochaną rodzinę i wiele planów na przyszłość... Czuła się na prawdę, szczęśliwa. Jedyną rzeczą, która zakłócała jej idealny świat, był jej ukochany pan ochroniarz. Nie chodziło już o to, że był namolny, nudny i gburowaty... Ale on przypominał jej, że ktoś czyha na jej szczęście, by w jednej chwili ukraść, co ma najcenniejszego...
Nie mówiła nikomu o swoich uczuciach, bo i po co? Ojciec zaraz wszczął by panikę, dostała by kolejnego, może nawet bardziej nieznośnego opiekuna, mama pewnie zrobiła by awanturę, a Marek? Przy Marku nie czuła się zaniepokojona. Gdy on był obok, wszystko było jak w bajce... Uśmiechy, pocałunki, pieszczoty... Było im tak dobrze ze sobą, że na samą myśl o tym, by miałoby go nie być, przebiegał jej dreszcz po plecach.
-Córciu, co robisz?- Basia usłyszała głos matki za sobą i uśmiechnęła się. Nigdy nie puka!
-Uczę się, mamo...-odparła, podnosząc pośpiesznie kartkę z podłogi.
-Na pewno?- zapytała, lekko nie dowierzając pani Ewa.
-Cały czas...- wymruczała, krzyżując przy tym palce.
-To dobrze aniołku, bo my z ojcem wychodzimy... –stwierdziła pani Storosz, przyglądając się zwiędłym kwiatom- Kochanie, dlaczego ty ich nigdy nie podlewasz...?
-Gdzie wychodzicie?- zapytała Basia, nic sobie nie robiąc z narzekań matki..- Ostatnio częściej bywacie poza domem, niż w nim.
-Od kiedy tato przeszedł na emeryturę, mamy dużo więcej czasu dla siebie. Dziś w planach mamy kino.
-Super! A ja muszę siedzieć w domu i udawać, że się uczę...- mruknęła, wiercąc się w fotelu.
-Co mówiłaś, Skarbie?
-Że pogoda, to raczej wam się nie udała...- odparła od razu, uśmiechając się do matki.
-Na szczęście, budynki posiadają zadaszenie...- Storosz właśnie skończyła pracę, nad fiołkiem córki i wyprostowała się.- Nie czekaj na nas. Nie wiem, o której wrócimy.
-Tylko nie szalejcie, a jak wrócicie nie róbcie hałasu, aha...
-Coś jeszcze, królewno?- zapytał ojciec, który właśnie pojawił się w drzwiach.
-Właściwie to nic!- odparła, uradowana.
-Choć Kochanie, bo się spóźnimy.. Basiu ucz się...
-Tak, tato...
-...nie urządzaj imprezy...
-Tak, tato...
-...nie hałasuj z Markiem...
-Tak, tato...
-...i nie krzycz na pana Michała..
-Nie obiecuje!
-Widzie, że się rozumiemy!- powiedział, zadowolony, objął panią Ewę i już wspólnie wychodzili, gdy usłyszeli za sobą głos córki.
-Tato, postaraj się o brata!
-Baśka!- wrzasnęli chórem.

-Przepraszam kochanie za spóźnienie!- do Basinego pokoju, jak burza wleciał Marek. Uśmiechnięty od ucha do ucha z stertą podręczników w ręku.- Tak pada, że musiałem zwolnić!
-Z 200km/h na 100? – zapytała, gdy oderwał się od jej ust.
-Coś koło tego...- stwierdził, układając się na łóżku, tuż obok niej.- Czego się dziś uczymy? Złoty wiek Polski, rozbiory, Pierwsza wojna światowa?
-Rozbiory, poproszę...- powiedziała roześmiana, widząc jak jej chłopak z zaciętą miną przeszukuje podręcznik, w celu znalezienia wybranego okresu.- Strona 176, kochanie...
-Dziękuje...- odparł, otwierając w odpowiednim miejscu.- .. ale ty wiesz, że nie musisz się uczyć numeru stron?

-Nie wiem, jak ty jesteś w stanie zapamiętać to wszystko! Poprawnych odpowiedzi 49 na 50!- jęknął Brodecki, odrzucając na bok podręcznik z którego pytał od 30 minut Storosz.
-Teraz twoja kolej! Poproszę książkę z WOS-u!
-Nie ma mowy!- Brodecki zerwał się do pozycji siedzącej, gotowy do ucieczki.
-Znów nic się nie uczyłeś?- zapytała Storosz, kręcąc z niedowierzaniem głową- Jak ty chcesz zdać tą maturę? Zero odpowiedzialności, zero...
Nie dokończyła jednak swojego wywodu bo usta Brodeckiego w bliżej nie określony sposób znalazły się na jej ustach, a ona poczuła na sobie jego ciało. „Jak zawsze!” pomyślała. Sytuacja bowiem, powtarzała się ilekroć Storosz chciała powiedzieć jak bardzo nie podoba jej się lekceważący stosunek chłopaka, do matury. „Tym razem się nie dam!”. Zacisnęła mocno usta, nie pozwalając wedrzeć się językowi Marka i leżała nieruchomo. Brodecki widząc postawę ukochanej uśmiechnął się chytrze, podążając w dół po szyi Storosz. Całował każdy punkt na odkrytych ramionach dziewczyny, przytulając ją mocniej do siebie. Gdy dotknął językiem jej ucha, jęknęła cicho, wywołując tym samym jego uśmiech. Powolutku dotarł do jej ust, tym razem nie była oporna, oddawała pocałunki z taką samą żarliwością z jaką on jej składał. Poruszyła się gwałtownie pod nim, wprawiając go w kilko minutowe oszołomienie, spowodowane falą ciepła. Ohh! Jak bardzo chciał się z nią kochać! Zacisną zęby, zamykając przy tym oczy, jeśli za chwile nie przestaną, nie będzie się mógł powstrzymać. Widząc reakcje Brodeckiego, Storosz zaczepnie zamruczała mu do ucha.
-Basiu...- wyszeptał, zmienionym głosem.
-Słucham...- zapytała odgarniając, spadający mu na oczy kosmyk włosów. Widziała jego zamglony wzrok i rozumiała dokładnie, co jest tego przyczyną, ale dlaczego by się nie podroczyć?
-Jesteśmy sami...- wyszeptał wprost do jej ucha, gładząc jej włosy.-... nikt nas nie nakryje...
-Ale na czym?- zapytała zaczepnie, po raz kolejny robiąc gwałtowny ruch pod nim. Jęknął, chowając twarz w poduszkę.
-Nie baw się ze mną...- powiedział zachrypniętym głosem, przyciskając ją do materaca. Teraz i ją przebiegł dreszcz, który dokładnie wyczuł Marek. Idąc za ciosem, ponownie zaczął całować szyję ukochanej, jednocześnie podwijając jej bluzkę. Kolejny dreszcz przeszył jej ciało, gdy dotknął jej piersi. Zakołysała biodrami, dając mu wyraźny znak, czego oczekuje.
-Może jednak chcesz pouczyć się historii?- zapytał tuż, przed pocałunkiem.
-Nigdy w życiu!- odpowiedziała pewnie.
W tempie ekspresowym ściągnęli z siebie wszystkie ubrania i nakryli satynową pościelą Basi, napawając się swoją bliskością. Gdy Brodecki poczuł, że ukochana jest już gotowa, rozchylił jej uda i wszedł w nią jednym płynnym ruchem. Westchnęła, czując go w sobie. Kochali się bez zabezpieczenia, ale nie bała się. Ufała mu. Gdy lekko ochłonął, zaczął się w niej rytmicznie poruszać. Pchnięcia stawały się coraz szybsze i głębsze, przenosząc zakochanych jakby w inny wymiar. Storosz uniosła lekko biodra, wychodząc tym samym na przeciw ukochanemu. Przyśpieszone oddechy, pomruki oraz westchnienia zdradzały, jak jest im dobrze. Oplotła nogi wokół jego tali, przyciągając go bliżej siebie. Brodecki przyśpieszył jeszcze bardziej, dając widoczny znak , że już nie długa droga do osiągnięcia szczytu. Nie pamiętała ile czasu minęło, zanim wygięła się w łuk, odpływając do raju. Marek doszedł zaraz po niej, bezwładnie opadając na jej ciało. Leżeli z zamkniętymi oczami starając się odzyskać siły po szaleńczym tańcu. Pierwszy poruszył się Brodecki, otwierając oczy, pocałował ukochaną w czubek czoła. Delikatniej się z niej ześlizgnął i położył obok, wpatrując się przez wpół otwarte powieki na cud, który dostał od Boga. Jego cud!
-Kocham Cię....- wyszeptał, gładząc leciutko jej twarz.
Uśmiech leniwie zagościł na jej ustach.
-Mi czasem się też zdarza...- odparła.
-Zdarza?- powiedział zbulwersowany.- Nie odzywaj się do mnie!
Roześmiała się widząc jego minę. Był słodki, kiedy się denerwował. Już ona go udobrucha!
Zbliżyła się do niego, przesuwając jednocześnie dłoń po jego idealnym ciele. Stwardniał. „Cholera, co ona ze mną robi! Dopiero skończyliśmy” pomyślał. Spojrzał na nią i widząc jej iskierki w oczach, wiedział czym to się skończy.
-Mareeeek...- Wyszeptała kusząco.

Wybiła godzina 22.30, gdy stali w przedpokoju. Marek leniwie ubierał buty, a Basia stała tuż obok przyglądają się mu z uwagą.
-Aleś mnie wymęczyła...- stwierdził uśmiechając się do niej.-... trzy razy w ciągu 2 godzin. Zaczynamy się rozkręcać.
-Marek ciszej! Tutaj ściany mają uszy...- odparła, przewracając oczami.
-A niech pan Michał się dowie... Kocham Basie!- krzyknął na cały głos. Dziewczyna cicho zachichotała, widząc minę ochroniarza, który właśnie przechodził przez przedpokój.
Sekundę później drzwi wejściowe się otworzyły.
-My również to wiemy, Marku.- powiedziała śmiejąc się pani Storosz. Zaraz za nią w holu pojawił się pan Jerzy. Uśmiechnął się do młodziaków.
-Wychodzisz już, Marek?- zapytał.
-Tak, jest już późno...- odparł lekko zakłopotany Brodecki, posyłając mordercze spojrzenie Basi, która śmiała się cicho w kąciku.
-Michale, jak sprawowały się dzieciaki?- zapytał były agent.
-Grzecznie...- odpowiedział mu ochroniarz, który pojawił się, by przywitać swego pracodawcę.- Chyba się uczyli, prawda?
-Tak!- jednocześnie krzyknęli młodzi.
-Podejrzewam, że nie historii, a anatomii!

olka - 2010-02-17, 17:11

Sysia ratujesz NT :D Uwielbiam Agentów, są świetni!
Czekam teraz na Lekarzy ;-)

A my z Bliźniaczkami może bliżej weekendu napiszemy DDM, jeśli oczywiście czas pozwoli. Prosimy o cierpliwość. :lol:

isis - 2010-02-17, 18:45

Sysia podpisuję się pod Olką;)
Agenci rlz! :lol:

Olka&Bliźniaczki-nawet nie wiecie z jaką niecierpliwością czekam na Wasze opowiadanie!:)
Mam nadzieje,że dacie je na weekend;)

Kasieńka - 2010-02-22, 00:56

Agencie świetni :D Czekam na cedek :lol:

Kiedy można się tu spodziewać jakiegoś opowiadania? ;]

Twins - 2010-02-22, 13:27

No my z Olą jestesmy na etapie tworzenia :lol:
Może dzisiaj uda się dokończyć :)

isis - 2010-02-22, 19:35

Dziewczyn czekam na Wasze opowiadanie!!!
;)

olka - 2010-02-23, 23:55

T&O "DROGA DO MIŁOSCI"

Cz. 15

Gdy przyniosła mu do podpisania kilka projektów, nie przypuszczał, że rzuci się na nią jak wygłodniałe zwierze, a jednak. Nie potrafił się oprzeć. Bluzka z dekoltem i kusa spódniczka odsłaniająca jej długie, opalone nogi, podziały na niego, jak płachta na byka. Nawet nie potrafił powiedzieć, jak to się stało, że zaczął ją całować. Dziewczyna nie miała oporów, wręcz przeciwnie, jakby właśnie na to czekała. Jej uległość, brak zahamowań, to, z jaką pasją odwzajemniała jego pocałunki jeszcze bardziej rozbudziły jego apetyt. Jedną ręką obejmował ją w pasie, drugą zrzucił rzeczy z biurka, popychając na nie Anitę. Cicho jęknęła, gdy z dziką namiętnością wpił się w jej szyję, pocałunkami schodząc, aż do dekoltu.
- Nie wiesz jak długo na to czekałam. – mruknęła z na wpół przymkniętymi oczami, czując fale przyjemnych dreszczy.
- Zamknij się, proszę. – nie w głowie mu były miłosne wyznania. Brakowało mu seksu. Dopiero teraz dotarło do niego jak bardzo. Patrzył na Baśkę wygłodniałym wzrokiem z tego samego powodu. Przez czysto fizyczne porządnie. Nie myślał o konsekwencjach. W ogóle nie myślał. Wszystkie jego potrzeby obudziły się, wyrwane nagle z głębokiego snu. Liczyło się tylko ich zaspokojenie. Jego marynarka wylądowała na podłodze, podobnie jak żakiet dziewczyny. Nie obchodziło ich, że w każdej chwili ktoś mógł wejść do gabinetu. Zatracili się w pieszczotach i pocałunkach. Poczynali sobie coraz śmielej. Marek już prawie pozbył się koszuli, sięgając do zapięcia koronkowego stanika dziewczyny, w czasie, gdy ona dobierała się do paska jego spodni. Wszystko zmierzało w jednym kierunku i pewnie skończyłoby się wiadomym finałem, gdyby nie przeszkodził im telefon Brodeckiego. Początkowo chłopak nawet nie próbował oderwać się od sekretarki, ale natrętne urządzenie, nie dawało za wygraną.
- Nie odbieraj. – poprosiła, skradając mu kolejne pocałunki, gdy próbował ją od siebie odsunąć.
- Sprawdzę tylko kto to. – zapewnił sięgając po dzwoniącą komórkę. Imię na wyświetlaczu natychmiast sprowadziło go na ziemie. Chwile wpatrywał się w dotykowy ekran aparatu, by wreszcie odebrać. – Tak Basiu? Stało się coś?
Anita słysząc z kim rozmawia Brodecki, wściekle wywróciła oczami, zaciskając wargi w wąską kreskę. Ta mała ma świetne wyczucie czasu, pomyślała zjadliwie przeklinając ją w duchu.
- Wracaj do domu. – głos Baśki po drugiej stronie był stanowczy i opanowany – Mama dzwoniła. Wpadną z ojcem na obiad.
- Akurat dzisiaj? Przecież nie umawialiśmy się. – wizyta teściów nie była mu ani trochę na rękę. Kolejny rodzinny obiadek i zgrywanie kochającej się parki, uwielbiam to, pomyślał z przekorą.
- Ja ich nie zapraszałam.
- Ale to twoi rodzice. – zauważył z pretensją.
- I właśnie dlatego lepiej się staw. Czekam. Cześć. – tyle usłyszał, zanim się rozłączyła.
- Świetnie! – warknął pod nosem. Jego dobry humor wyparował jak kamfora. Schował telefon w kieszeń spodni, zbierając z oparcia krzesła swoją koszule.
- Możemy już wrócić do tego, co przerwaliśmy? – Anita objęła go w pasie, mrucząc mu wprost do ucha. Jednak Brodecki nie był już w nastroju na amory. Bez słowa odepchnął dziewczyna i zaczął się ubierać. – Marek, co ty robisz? – zapytała zdziwiona, nic z tego nie rozumiejąc.
- Jadę do domu. – odparł krótko.
- Chyba żartujesz! – nie kryła swojego oburzenia. Nie tak to sobie wyobrażała.
- Nie. Baśka dzwoniła. Musze wracać. Teściowie przyjdą na obiad.
- A co mnie to obchodzi?! Masz zamiar mnie tak zostawić?! – wbiła w niego wściekłe spojrzenie, ale gdy zauważyła, że jej krzyki nie robią na nim wrażenia, spróbowała z innej strony. Uspokoiła się i podeszła do niego, przysiadając na brzegu biurka, obok którego stał. – Marek, wolisz siedzieć przy nudnym obiadku, czy zostać tu ze mną? – kusząco zagryzła wargę ręką wodząc po jego brodzie i policzku.
- Powiedziałem już, że nie mogę, tak? Musze wracać. – strącił jej dłoń, nawet nie próbując być uprzejmym. Zerknął na zegarek, poprawił marynarkę i dopiął teczkę. – Gdyby dzwonił Morawski, połącz go na komórkę. To ważny klient. – dodał, kierując się w stronę wyjścia. Był już prawie za drzwiami, gdy odwrócił się jeszcze na moment, obrzucając wzrokiem gabinet – I ogarnij tu trochę.

(...)

Wpadł do domu mocno spóźniony. Wysiadając z samochodu, w biegu poprawiał kołnierz marynarki i źle przewiązany krawat. Miał w tym wprawę. Przez te 4 lata zdążył się już przyzwyczaić, że rodzice często przychodzili z niezapowiedzianą wizytą. Dopatrywał się w tym kontroli i sprawdzenia, jak sobie radzą. Zatem dość często musiał rzucać wszystko i wracać do domu, by nie nabrali podejrzeń. Basia nauczyła się przy nim doskonale kłamać, ale Brodecki wiedział, że te wizyty to tylko pretekst, by móc zwęszyć jakiś podstęp. Stosowali coraz sprytniejsze sztuczki, by ich zdemaskować. Wolał więc przy tym być, bojąc się, że jego żona mogłaby przypadkiem coś chlapnąć. On w przeciwieństwie do Basi sztukę oszukiwania, że w ich małżeństwie wszystko jest w porządku miał opanowaną do perfekcji. Ani razu nie dał się podebrać rodzicom. Traktował tą całą zabawę, jako swojego rodzaju gimnastykę.
- Są już? – zapytał szeptem, kiedy znalazł się w holu. Szczęście, że była tam Basia, a nie jej matka. Zasypywałaby go pytaniami dlaczego się spóźnił. Ale on miał już na to gotową odpowiedź: „Przecież to mama przyszła niezapowiedzianie”. Po tym zwykle dawała spokój.
- Tak. Czekają w salonie. Bawią się z Jasiem. – odpowiedziała tak samo cicho, by tylko ich nie usłyszeli. Często tak rozmawiali, gdy mieli gości. Mogli się założyć, że w tej chwili rodzice Baśki nadstawiają uszy, jak małe radary, by usłyszeć coś niepokojącego.
- Dobrze. Coraz bardziej zaczyna mi się podobać ta zabawa w teatrzyk. – zażartował, uśmiechając się przy tym promiennie i poprawił koszulę.
Basia nic nie odpowiedziała. Dobrze wiedziała, co teraz nastąpi. Mieli ustalony schemat każdej sytuacji, który zdążyli przećwiczyć po stokroć. „Teraz Marek wejdzie do salonu, powie: „Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie” i usiądzie wygodnie na kanapie. Po chwili przypomni sobie, że stoję w progu, uśmiechnie się i zwróci do mnie pieszczotliwie: Kochanie, mogłabyś mi zrobić kawy? Taką jak zwykle, a potem…
- Baśka? Idziesz? – jego głos wyrwał ja z letargu. Zamrugała oczami i spojrzała na niego. Stała cały czas w holu i musiała na chwilę odpłynąć myślami.
- Tak, tak… - mruknęła i miała pozwolić mu iść, kiedy przypomniała sobie o drobnym szczególe, na który zwróciła uwagę od razu, kiedy wszedł, a czego on najwyraźniej nie zdążył się pozbyć przez pośpiech. – Marek, zaczekaj! – odwrócił się i poczuł na swoim policzku jej delikatne dłonie. Spojrzał na nią, ale nie zabrał jej dłoni. Miał ochotę się uśmiechnąć i zapytać co chce zrobić, kiedy zaczęła ścierać tłusty, czerwony ślad szminki.
- Miałeś brudny policzek. – wyjaśniła, kiedy on dalej na nią spoglądał, a ona jak oparzona szybko zabrała swoją rękę, gdy policzek Marka był już czysty.
Spojrzała na swoją dłoń, a Brodecki za nią. Gdy się zorientowała, że jej mąż patrzy na czerwone smugi na jej palcach, szybko wytarła ręce w fartuszek.
- Teraz możesz iść. Szczęście, że ja to zauważyłam. Ale następnym razem powiedz tej pani, żeby używała jaśniejszej szminki. – uśmiechnęła się bliżej niezrozumiałym uśmiechem i ruszyła przed siebie. Marek zastygł w bezruchu, czując się… głupio? Nie rozumiał tego, ale poczuł wyrzuty sumienia, że wydało się to, co tak bardzo starał się ukrywać. Gdzieś podświadomie czuł, że to może zaboleć Basie, więc oszczędzał jej niepotrzebnych przykrości. Być może to, co łączyło go z Anitą nie można było nazwać romansem, a tym bardziej zdradą, bo do niczego nie doszło… Taki mały flirt w pracy pomagał mu się odstresować, ale jednak w jakiś sposób oszukiwał swoją żonę i nie było mu z tym tak dobrze, jakby chciał. Nie kochał jej i jak sobie życzył w duchu, wolał, by ona nie kochała jego – tak będzie dla nich prościej.
A co na to wszystko Basia? Domyślała się, że Marek kogoś ma. I to na długo przed tym, jak urodził się Jaś. Wyczuwała damskie perfumy Channel nr 5, gdy prała jego koszule - ona nigdy nie pozwoliła sobie na taki wydatek, mimo, że nie brakowało im pieniędzy. Wolała tą kwotę przeznaczyć dla synka… Ślady tej samej, paskudnej, zbyt czerwonej, jak na jej gust szminki, jak dzisiaj na policzku Marka były na kołnierzu jego koszuli dwa dni temu. Nawet pofatygowała się do sklepu, by zobaczyć co to za marka, denerwując się, że drogi proszek nie mógł sprać tych smug… Jak przystało na poczciwą żonę, nigdy nie przyznała się, że domyśla się, że jej maż ma kochankę. Dziwiła się tylko, że tą samą od 4 lat. Od czasu do czasu tylko chodziła zamyślona, czasem nie mogła zasnąć w nocy, roniąc parę niesfornych łez. Po pewnym czasie nie miała już siły nawet na to i wszystko jej zobojętniało.
- Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie, ale… - rzucił na przywitanie.
- …praca – dokończyła za niego formułkę, która wbiła się do jej pamięci, jak amen na końcu pacierza. Podziałało. Spojrzał w jej kierunku. Od dzisiaj chyba będzie tak robiła.
- Właśnie. – potwierdził i znów z uśmiechem zwrócił się do rodziców, a w tym czasie Basia zniknęła za drzwiami. – Długo czekacie? – zapytał po chwili zmieszania.
- Kawa… – usłyszał za sobą głos Basi i ledwo zdążył się odsunąć, kiedy kładła filiżankę na stoliku przed kanapą. Stanęła obok i zaczęła przysłuchiwać się rozmowie.
- Nie. Niedawno przyszliśmy.
- Co tam mistrzu? – zwrócił się do synka, który teraz siedział między dziadkami. Uśmiechnął się do taty pokazując szereg równych, białych mleczaków i podbiegł. Trzymał w dłoni jakiś samochód.
- Wszystko dobrze. Zobacz, co dostałem.
- Dostał już taki w zeszłym tygodniu. – zauważyła Basia z westchnieniem. Marek natychmiast zwrócił na nią uwagę, zastanawiając się co u licha wyprawia. Jakoś dziwnie się zachowywała.
- A co tam słychać w firmie?
- Wszystko w porządku… - odpowiedział w dalszym ciągu nieprzytomnie przyglądając się Basi. Coś w jej zachowaniu zaczynało go niepokoić. Stała z dziwnie nieprzytomnym wzrokiem.
- Basia?
- Tak? – o dziwo zareagowała od razu.
- Nie, nic. – uśmiechnął się. Po chwili Storoszowie i Brodeccy z synem siedzieli przy stole, zajadając się obiadem przygotowanym przez Basie. Zaczęto od rosołu, po coraz konkretniejsze dania. Nawet Marek musiał przyznać, że Basia coraz lepiej sobie radzi z gotowaniem.
- Pyszne. – pochwalił żonę, z lekkim uśmiechem. Cały czas nie spuszczał z niej oka, widząc, że nadal myślami jest nieobecna.
- Dziękuję. – odpowiedziała z podobnym uśmiechem, ale szybko spuściła wzrok z męża.
- Basiu, nie bądź taka skromna. Marek ma rację. Świetnie gotujesz. – odpowiedział ojciec dziewczyny, przyglądając się parze siedzącej naprzeciwko.
- Codziennie jej to powtarzam. – zawtórował Marek i uśmiechał się jeszcze szerzej. – Taka żona w domu to prawdziwy skarb. - nieoczekiwanie ujął jej dłoń i ucałował. Zesztywniała natychmiast i wysunęła jego dłoń z uścisku, robiąc małe zamieszanie stukotem sztućców na talerzu.
- Przesadzacie. To nic specjalnego. Lepiej pomówmy o czymś innym.
- Właśnie! Co tam u was słychać? – wyczuwając nadarzającą się okazję, matka Basi postanowiła zaatakować. - Ostatnio rzadko dzwonicie…
- Mamo, przecież wiesz, że pracujemy…
- Planujemy z Basią wycieczkę. – wtrącił się Marek, czując, że teściowa będzie drążyła temat, a jak widać Basia nie mała dzisiaj nastroju na gości.
- Wycieczkę? – zapytała zdziwiona dziewczyna.
- Oj, to miała być niespodzianka… - udał grymas, jakby miał zaraz ugryź się w język. – Na rocznice naszego ślubu…Zapomniałaś? To nasza piąta rocznica. – doskonale się przygotował na ten obiad, pomyślała.
- A gdzie? – zapytała ciekawsko Storoszowa.
- Nie wiem, może Egipt, Paryż… Basia zdecyduje, gdzie najbardziej chciałaby pojechać. Z pewnością coś dla zakochanych. – uśmiechnął się promiennie i przełożył rękę przez oparcie krzesła, przy którym siedziała Basia.
Uśmiechnęła się podobnie jak Marek. Chwile spoglądał na teściów. Połknęli haczyk. Był z siebie dumny.
- Jestem zaskoczona. Nie wiedziałam, że będziesz pamiętał… - powiedziała po chwili Basia, i spojrzała na niego zaskoczona, a jednocześnie …uradowana? Uśmiechnęła się, szczerze.
- Nigdy nie zapomnę dnia naszego ślubu, kochanie… - powiedział poważnym tonem. Może nieco zbyt poważnym i nie z tą intonacją, jaką chciałaby usłyszeć, ale rodzice tego nie zauważyli.
- A co z Jasiem? Chcecie go zabrać ze sobą? – dopytywała matka.
- No właśnie… chciałem was zapytać, czy mogę na was liczyć. To ma być podróż we dwoje, mama chyba rozumie, co mam na myśli… - Storoszowa otworzyła usta ze zdziwienia, czując się odrobinę skrępowana, że mówi o tym tak wprost. Nigdy nie śmiała się pytać o intymne sprawy jej córki, ale Marek wprost zaznaczył dlaczego nie chce zabrać ze sobą Jasia… To ich sprawy, pomyślała. Nie powinnam się do tego mieszać.
- Tak oczywiście. Jaś może zostać u nas.
- Świetnie. Chcę, by ta wycieczka była wyrazem mojej miłości. - spojrzał na dziewczynę siedzącą tuz obok niego i uśmiechnął się bezczelnym, cwaniackim uśmiechem, pełnym zadowolenia. Chwilę potem Basia poczuła na skroni jego ciepłe wargi w delikatnym muśnięciu. Nie ruszyła się, chociaż serce podeszło jej do gardła…
- Cieszę się, że tak dbasz o Basie – pochwalił zięcia Storosz.
- Basia zasługuje na wszystko, co najlepsze. – dodał Brodecki z pokorą. – A kto wie, może wrócimy z tej wycieczki we troje…
Wtedy usłyszeli mocne szurnięcie krzesła.
- Przepraszam na moment. – zwróciła się grzecznie do rodziców - Marek, mogłabym cię prosić? Pomożesz mi z czymś w kuchni…
- Oczywiście, kochanie. Zaraz przyjdę. – posłał jej równie słodki uśmieszek co przed chwilą jej ojcu.
- Nie wiedzieliśmy, że planujecie powiększyć rodzinę… - szepnęła Storoszowa niebywale zaskoczona taką nowiną.
- Basia się waha. Mówi, że nie jest gotowa na drugie dziecko, że to jeszcze za wcześnie, Jaś jest za mały, ale…przekonam ją. A teraz przepraszam. – wstał od stołu i pokierował się do kuchni.
Pierwsze co zobaczył, gdy się tam znalazł to lodowate spojrzenie Brodeckiej. Zmrużył oczy, nic z tego nie rozumiejąc. Gdy to zauważyła odpuściła, mocno wzdychając i zaczęła rozmowę:
- Wiem, że chcesz sprawiać pozory, ale nie musiałeś im kłamać, że planujemy… - zawahała się na moment, zastanawiając się, czy powinna to powiedzieć na głos - …powiększyć rodzinę.
- Pomyślałem, że to dobre kłamstwo, by dali nam spokój na jakiś czas.
- Dobre kłamstwo? – zapytała, pytając sobie w duchu, jak coś takiego mogło przyjść mu do głowy – Kłamstwo nigdy nie jest dobre! – zaznaczyła, ale Brodecki jej nie słuchał.
- Przyszło mi to do głowy, gdy wracałem z pracy. – „Gdy wracał od tej kobiety, poprawiła go w myślach. Może to ona mu to doradziła? – przeszło jej przez głowę. Z resztą co ją to obchodzi. To nie jej sprawa z kim się spotyka jej mąż…
- Zobaczyłem też datę na kalendarzu… - dodał, a ona natychmiast zrozumiała.
A już myślała… Miała cień nadziei… Ta romantyczna wycieczka tylko we dwoje w ich 5 rocznicę. Takie wypady zbliżają do siebie ludzi… nawet dla siebie tak odległych.
- … czyli tą wycieczkę też wymyśliłeś. – spytała wprost. Chciała by jej glos brzmiał normalnie, ale nie wyszło, jak planowała. Zadrżał.
- Chyba nie myślałaś, że mówię poważnie? – zmrużył oczy, badawczo się jej przyglądając. – Jestem zawalony robotą, a poza tym co byśmy tam robili sami? – zadumał się, po czym kręcąc głową, wyszedł z pomieszczenia.
Ciekawe co powiesz, jak zapytają o zdjęcia z wycieczki, pomyślała. Miała ochotę powiedzieć mu to w twarz, ale to i tak nic by nie dało.
Kolejny rodzinny obiad oboje mogli zaliczyć do udanych. Mistrzowskie przedstawienie dobiegło do końca. Brakuje tylko opuszczenia kurtyny, braw i oznak podziwu dla tej wyćwiczonej do perfekcji sztuki aktorskiej. Dostaliby Oskara jak nic, albo przynajmniej Telekamerę za doskonałe odegranie swoich ról kochających się żony i męża, bo miłości do dziecka nie udawali. Kochali je czysto i prawdziwie i to głównie dla Jasia ciągnęli ta szopkę. Teściowie niczego nie zauważyli, jak zawsze z resztą. Tkwią w przekonaniu, że w małżeńskie Brodeckich wszystko układa się jak najlepiej. Cholernie szczęśliwa rodzina, która, aż kąpie się w szczęściu. Są najwyraźniej na tyle ślepi, że wierzą w ten przesłodzony obrazek, albo na tyle rozsądni, że nie utrudniają im prowadzenia gry, wiedząc, że prędzej czy później zejdzie z afisza, pomyślała Basia zabierając ze sobą brudne talerze do kuchni, tłuste od sosu do Spaghetti. Jak dobrze, że nie muszę zmywać, dodała w myślach i włożyła naczynia do zmywarki. Westchnęła przy tym ciężko jakby przebiegła właśnie setkę na bieżni i wróciła do jadalni, by zabrać resztę ze stołu.
Marek siedział w tym czasie na kanapie, trzymając Jasia na kolanach. Tłumaczył mu, że słowa: „jasna cholera”, jakich użył przy babci i dziadku, kiedy wylał na siebie sok, i które musiał podsłyszeć wcześniej od niego w czasie, kiedy pracował nad projektem, są również dla niego niedozwolone. Nie zwracał uwagi na to, co robiła Basia, całą uwagę skupił na synu. Tylko Basia rzucała im szybkie spojrzenia i podsłuchiwała jakich tym razem Marek użyje argumentów, by ich dziecko wysławiało się należycie jak na czterolatka przystało. Ich syn był uparty i wyszczekany, trudno było mu cokolwiek przetłumaczyć. Cieszyła się, że przynajmniej dla Jasia jej „mąż” jest cierpliwy i wyrozumiały. Prawie nigdy nie podnosił głosu, czego nie może powiedzieć w dyskusji z nią. Ona też nie była święta, czasem i sama zamiast owijać w bawełnę, zaczynała rozmowę krzykiem. Ile jeszcze to potrwa? – już sama nie wiedziała ile razy zadaje sobie to pytania bez odpowiedzi. Wróciła więc do rzeczywistości. Zabrała biały obrus, teraz ubrudzony sokiem z czarnej porzeczki i wrzuciła go to pralki w łazience. Kosz na brudną bieliznę był pełen. Nie miała dzisiaj siły, ani ochoty robić prania. Z resztą nie miała na to czasu. Marek i mały Jaś wreszcie doszli do konkluzji.
- Więc teraz mi obiecasz, że już nigdy więcej tak brzydko się nie zachowasz i nie będziesz tak mówił, zgoda?
- Zgoda! – chłopczyk uśmiechnął się do taty, który cały czas utrzymywał z nim kontakt wzrokowy. Marek i Basia nigdy nie rozmawiali z synem w taki sposób, by chłopiec, skulony ze spuszczonym wzrokiem, siedział na kanapie wokół której krążyli jego rodzice i wysłuchiwał tego jak bardzo źle się zachował, i jak oboje najedli się za niego wstydu. Brodecki nie był swoim ojcem. Oceniał zachowania, nie ludzi.
Gdyby Basia nie widziała tego w jaki sposób Marek rozmawia z ich dzieckiem, pomyślałaby, że nie potrafi rozmawiać z kimkolwiek jak normalny człowiek.
- No to jak się mówi? – usłyszała Brodecka z kuchni, kiedy wycierała umyte talerze, które nie zmieściły się do urządzenia.
- Przepraszam.
- No dobrze, możesz iść się pobawić. Później do ciebie przyjdę. – chłopiec o wyglądzie aniołka, zeskoczył z kolan taty i pobiegł do swojego pokoju. Basia kończyła wycierać ręce. Rzuciła ręcznik na blat kuchenny, próbując się powstrzymywać i nie patrzeć na Marka. Miała ochotę… Ale i tak to by nic nie zmieniło. Wzięła głębszy oddech i już poczuła się lepiej. Następnym razem będzie go prędzej uprzedzać o wizycie rodziców.
Brodecki musiał chwile zebrać myśli, zanim podszedł do żony. To, co zrobiła dzisiaj… Musi jej podziękować w jakiś sposób, albo niekoniecznie dziękować. Po prostu cos powiedzieć, wytłumaczyć. O mały włos, a wszystko by się wydało i to przez niego.
Czekał spokojnie, aż Basia się do niego odwróci.
- Słucham? – odparła wreszcie, odwracając się do niego twarzą. Już dłuższą chwile wyczuwała jego obecność. Jeszcze nie potrafił się skradać niepostrzeżenie.
- Chodzi mi o to…O to, co widziałaś… To nie jest tak jak myślisz! – dlaczego podniósł glos? Denerwował się, ale czym? – Nie łamię umowy, nie zdradzam cię! – nie wiedział co ich umowa, ma do wierności (przynajmniej nie łamanej w sposób dosadny), ale po części jakoś to ze sobą łączył i miał nadzieję, że Basia też. Oboje nie chcieliby przecież komplikujących jeszcze bardziej sytuację plotek.
- A możesz mówić ciszej? Jaś znowu coś podsłyszy – Marek miał wrażenia, jakby Basia zignorowała jego słowa.
- Jasne. – tym razem szeptał – To co widziałaś – powtórzył się. – nie byłem z żadna kobietą, znaczy nie w taki sposób jak możesz myśleć. Przyszła do nas dzisiaj klientka, znajoma ojca. Przywitaliśmy się, to wszystko.
- A mówisz mi to dlatego, że…?
- Bo nie chcę, by między nami dochodziło do nieporozumień, na tym tle. Mi też zależy na dyskrecji.
- Dlatego wiedz, że ja nie mam zamiaru nikomu się poskarżyć, że masz inną kobietę – Marek zmrużył oczy. Już miał zaprzeczyć, powiedzieć: ”Przecież wiesz, że ja nikogo nie mam” – tak na wszelki wypadek, gdyby jednak Basia okazała się mściwa i powiedziałaby o tym swojej pyskatej siostrzyczce – jednak żona nie dala mu dojść do słowa.
- Praktycznie, oprócz Jasia nic nas nie łączy, nasze małżeństwo jest fikcją, podobnie jak ta cała głupia przysięga wierności, także to normalne, że oboje możemy kogoś mieć.
- To znaczy, że ty też…? – nie dokończył jednak na głos. Wyszedłby na głąba, który pomyślał, że Basia, ta Basia po przemianie, nie szukałaby dla siebie mężczyzny. Jak mógł pomyśleć, że będzie mu wierna? I dlaczego poczuł się dziwnie, kiedy mu o tym mówi? Duma. Tak, to na pewno to. Nikt, nawet facet w jego sytuacji, nie lubi być rogaczem!
- Nie, to znaczy tylko tyle, że nie musisz się przede mną tłumaczyć. Żyjemy w wolnym, czysto formalnym związku i możemy sobie darować takie tłumaczenia. Chcę tylko, by ta prawda nie wyszła na jaw, bo nie chcę pomyśleć jak zareaguje Jaś, kiedy dowie się w przedszkolu, że jego tata ma inną kobietę. Przynajmniej na razie niech to zostanie w tajemnicy.
Zaraz, zaraz – pomyślał – czyli jednak nikogo nie ma. Ale co mnie to obchodzi?
- Dobrze, rozumiem – powiedział. Żadnego „ale to naprawdę nie tak, że cię zdradzam, my tylko się całowaliśmy”.
- To wszystko? – zapytała jakby ta rozmowa była najzwyklejszą jaką przeprowadziła. Rozmowa o zdradzie to jak rozmowa co zrobić jutro na obiad, by smakowało Jasiowi.
- Tak – odpowiedział pewnie, choć co innego miał wcześniej na myśli.
- W takim razie wybacz, ale mam ważniejsze sprawy na głowie – równolegle z wypowiedzeniem ostatniego słowa zniknęła w drzwiach od łazienki. Nie dała nawet mężowi szansy zastanowić się, co jest aż tak ważne. Markowi wydawało się, że Basi gdzieś się śpieszy, ale jak wcześniej powiedział, poszedł do syna.
Oboje zdążyli zbudować już z dziesięć garaży z różnokolorowych klocków i przenieść się z budowlą i wszystkimi zabawkowymi samochodami do salonu, jak zażyczył sobie tego mały Janek, a Basia ciągle nie wychodziła z łazienki. Wcześniej słyszał chociaż szum wody z prysznica, ale tylko to. Jego żona nie należała do łazienkowych solistek. Teraz jednak zapanowała cisza przerywana cichym dźwiękiem z włączonego telewizora i pomrukami Jasia coś na podobieństwo „brumm brumm”. Marek nakładał chaotycznie jeden klocek na drugi, nie bardzo mogąc się skoncentrować na wykonywanej czynności. Bardziej zaabsorbowało go zastanawianie się, co takiego robi Basia. Nigdy tyle czasu nie poświęcała na tak banalne dla niego „szykowanie się”. On nawet nie wiedział, że z kimś się umówiła. Chociaż szybko odrzucił tą myśl jakoby Baśka miała teraz wyjść gdzieś z kimś na wieczór. Nigdy tego nie robiła, a i Jasia za niedługo trzeba będzie zagonić do snu. Jakoś nie potrafił sobie wyobrazić teraz Basi w maseczce z ogórków, inne kobiety tak, ale nie ją. To do niej nie pasowało. Uśmiechnął się do siebie, drwiąc z własnych głupich myśli. „Pewnie robi pranie”, pomyślał, choć nie słyszał włączonego urządzenia. Zwykle denerwował go dźwięk ubrań uderzających o bęben pralki, zwłaszcza, kiedy pracował w domu. Na szczęście chłopczyk nie zauważył, że jego tata odpłynął gdzieś daleko myślami, nie koncentrując się na zabawie z nim tak, jak wcześniej. Pochylony nad miniaturowym wozem strażackim „gasił” kolejny pożar.
Marek spojrzał na synka i już miał mu powiedzieć, że koniec tego dobrego i czas iść spać, kiedy zainteresował go dźwięk otwieranych dzwi w łazience. Spuścił wzrok, udając, ze mało go obchodziło to, jak długo tam siedziała. Podniósł głowę dopiero wtedy, kiedy stukot obcasów o panele ucichł, a Basia przystanęła tuż przed nim.
Najpierw zwrócił uwagę na jej buty. Szpilki, które ładnie wyeksponowały jej wysportowane, zgrabne łydki. Sukienka do kolan…Nie, była nawet krótsza, bo kończyła się przed kolanami. Mała czarna…z dekoltem? I zapewne z odkrytymi plecami. Marek nawet nie wiedział, że coś takiego wisi w jej szafie. Do tego jego „żona” upięła włosy jakoś tak oryginalniej, co pasowało do mocniejszego niż zazwyczaj makijażu.
Tak, Basia z pewnością się gdzieś wybierała i najwyraźniej nie miała zamiaru powiedzieć o tym mężowi. Kiedy Marek spojrzał na jej twarz, sprawdzała jeszcze uczesanie po bokach, jakby tym gestem chciała podkreślić to, że to ona tym razem ma zamiar spędzić miło czas, jakby robiła mu tym na złość.
Musiał w końcu zapytać:
- Wybierasz się gdzieś? – przyglądał jej się bacznie.
- Owszem. Jestem z kimś umówiona – odparła beznamiętnie, sięgając po torebkę.
- Z mężczyzną? – nie rozumiał jakim cudem udało mu się wypowiedzieć na glos swoje myśli.
- Tak, z mężczyzną – Marek przełknął mocniej ślinę.
Nie był zazdrosny, tylko zły, że zostawia go samego z Jasiem. Miał jeszcze dokończyć poprawki na jutro i zrobiłby to w firmie, gdyby nie…Anita.
- Będzie tam też jego żona. Oboje organizują bal dobroczynny. Zaprosili mnie na kolację, by omówić szczegóły – wyjaśniła, by pokazać, że nie jest pierwszą lepszą niezaspokojoną żoną, która szuka romansu z instruktorem fitness. – Poradzisz sobie z Jasiem? – było to pytanie retoryczne.
Basia przed wyjściem ucałowała jeszcze syna i zostawiła Marka samego w salonie.
- Ch… - nie dokończył, orientując się, że Jaś może to usłyszeć i zacząć powtarzać.
Co nie zmieniało faktu, że był wściekły. Musiał dokończyć poprawki… A samo usypianie Jasia zajmie mu z dwie godziny. Nie miał takiego talentu jak Basia. Na jednej bajce na pewno się nie skończy…

c.d.n

Ameliana1234 - 2010-02-24, 14:52

sysia16223 - Tajni Agenci... Fajnie dialogi układasz. Nie mogę się zdecydować na to, które lepsze. Czy te między młodymi, czy między starszymi. :lol: Ten pan Michał to niewdzięczną rolę ma. Zamiast wieczorem pójść się gdzieś rozerwać, to musi nad cnotą Basi i Marka czuwać. ;-)

Twins i Ola - Droga do miłości... Mam nadzieje, że BiM szybko ten teatrzyk, który odstawiają na potrzeby rodziców, na coś prawdziwego zamienią. Czyżbym tam gdzieś z boku dostrzegła nutkę zazdrości u Marka? Jeśli o sam tekst chodzi, to; dużo go jest. :-D Czekam na więcej, więcej.
I dziewczyny, wszystko wszystkim, ale żeby właśnie w takim momencie przerwać? Toż to nie do pomyślenia jest. Przecież ja spać teraz nie będę mogła. ;-)

isis - 2010-02-24, 18:42

Twins&Ola- kurcze oni to rzeczywiście aktorstwo mają opanowane do perfekcji...ciekawe co Marek wymyśli aby stworzyć pozory wspólnej podróży;P Chyba "przedobrzył" sprawę;)
Ale widać,że Marek jakby trochę zmieniał podejście do Basi....lekka nutka zazdrości chyba się wdarła w jego serce;)
Czekam na kolejną część!!!
Rewelacja!!:0

Sfora - 2010-02-25, 00:55

Uf dawno mnie nie było.
Ale za to mogłam sobie poczytać spory kawałek jednego z moich ulubionych opek, czyli Tajni Agenci...
A Droga do miłości... ciągle wyboista jak widzę, Marka to ja bym najchętniej kopnęła w dupe!

sysia16223 - 2010-02-25, 17:51

Aaaaaa... Kocham to opowiadanie! :-D
Marek jest idiotą :-P Wypadało by mu jakieś pranie mózgu przeprowadzić :mrgreen:
Mam nadzieje, że długo nas nie będziecie trzymać w niepewności? :-)

Kasieńka - 2010-02-28, 12:48

Bliźniaczki&Ola CUDO :D
Ten Marek tak mnie wkurza, że masakra :P Dobrze, że Basia zaczyna mu trochę robić na złość :lol:
Dziewczyny cedeka szybciutko! :)

isis - 2010-02-28, 13:04

Czy dzisiaj można liczyć na jakieś opowiadanie?;D
Bliźniaczki,Ola.Sysia?;D

sysia16223 - 2010-02-28, 22:06

Za wszelkie błędy z góry przepraszam :-D

Cz. XXIII

Piątek godzina 8:30, dom państwa Storoszów. Poligon. Dlaczego? Właśnie w ten dzień Basia wraz z Markiem odbierali świadectwa wraz z dyplomami, świadczące o ukończeniu szkoły, na uroczystej akademii w swoim liceum. Storosz, jak każda kobieta oczywiście, miała ogromny problem co włożyć na siebie, jak upiąć włosy oraz jaki makijaż będzie najbardziej odpowiedni. Ale w końcu po ponad dwu godzinnych przygotowaniach, stanęła gotowa przed Markiem.
-Jedziemy?- zapytała, wpatrzonego w nią chłopaka.
-Jesteś piękna...- powiedział głośno, resztę wyszeptał jej do ucha, tak by nikt nie usłyszał. Dziewczyna zachichotała, rumieniąc się lekko.
-O której wrócicie?- zapytała pani Ewa, gdy już wychodzili.
-Nie mam pojęcia...- Dziewczyna spojrzała na matkę, wkładając płaszczyk.- Dlaczego pytasz?
-Dziś na obiad będzie kurczak...
-Mamo proszę Cię!- jęknęła młodsza Storosz i zamknęła za sobą drzwi.
-Ah, te dzieciaki!

Do szkoły zajechali dość szybko i tam już się rozdzielili. Marek podążył do swojej klasy, ona do swojej. Ale zanim jednak Brodecki opuścił swoją ukochaną, skradł jej namiętnego buziaka na oczach wszystkich dziewczyn. Jęk zawiedzenia słychać było chyba u samego dyrektora. Pomachała mu na pożegnanie, słodko się uśmiechając i dołączyła do grupy swoich koleżanek z klasy, które na wstępie zbombardowały ją milionem pytań. Jednak miesiąc robi swoje, każda z dziewczyn miała tyle do powiedzenia, że nie kiedy nawet się przekrzykiwały.
Brodecki również wciągnął się w rozmowy ze swoimi przyjaciółmi. Wspominki wspólnie spędzonych lat, szalonych akcji powodowały co chwile głośne salwy śmiechu. Marek jednak rozglądał się badawczo za jedną osobą. Karolem. Ciążyło mu że jego przyjaciel stał się nagle wrogiem. Rozmawiał o tym z Basią i doszli do wniosku, że dziś oboje wyciągnął do niego rękę. W końcu Brodecki ujrzał znajomą sylwetkę, przeprosił kolegów i szybko ruszył w jego kierunku.
-Karol!- krzyknął, dobiegając do przyjaciela.- Cześć, możemy porozmawiać?
-O kogo ja widzę...- usłyszał w odpowiedzi Brodecki- Gdzie twoja piękność?
-Karol przestań, przyszedłem się pogodzić...
-Nagle sobie o mnie przypomniałeś?- ton głosu Bartnika nie wyrażał nic dobrego.
-Przecież byliśmy kumplami....-stwierdził Brodecki i wyciągnął do niego dłoń.- To jak zgoda?
-Dobre stwierdzenie, byliśmy...- opowiedział mu chłopak, mijając go pogardliwie.
Storosz, która obserwowała całe zajście przeprosiła koleżanki i ruszyła w stronę Marka. Stał przygnębiony, wpatrując się w oddalającego się Bartnika.
-Nie chciał się pogodzić?- zapytała, uśmiechając się pocieszająco.
-Nie bardzo...- odparł.
-Coś czuje, że to z mojego powodu....
-Nie mów tak!- zgromił ją Brodecki- Obraziłem jego dumę, to go boli.
-Nie wiem, przepraszam Cię kochanie, ale ja mu nie ufam...
-Basia!- ostry ton głosu ukochanego, wyrażał lekkie podirytowanie.
-Wiem, rozmawialiśmy o tym! Ale on dla mnie jest podejrzany... A teraz zostawiam Cię, wracam do klasy.
-Do zobaczenia- odparł, podążając ku swojej.
Minęło pół godziny, uczniom pozostało już jedynie 5 minut do rozpoczęcia uroczystości, więc tłocznie zrobiło się przy wejściu na sale, w której czekały na nich dyplomy.
Storosz pochłonięta rozmową z koleżankami, powoli przesuwała się w stronę drzwi. Uniosła głowę z nadzieją, że ujrzy gdzieś w tłumie Marka, ale nigdzie go nie było. Już miała wrócić do rozmowy, gdy dostrzegła stojącego na uboczu, opartego o ścianę Bartnika. Choć nie pałała do niego sympatią, ze względu na Brodeckiego, któremu po prostu brakowało dawnego kumpla, postanowiła zadziałać.
-Basia, co jest?- zapytały koleżanaki, widząc zamyślenie Storosz.
-Przepraszam was na moment...- obudziła się w końcu, zwracają się do koleżanek.- Muszę coś załatwić.
-Zajmiemy Ci miejsce!
-Dobrze, zaraz do was dołączę- uśmiechnęła się dziękując i ruszyła w stronę chłopaka. Gdy znajdowała się kilka kroków przed nim podniósł głowę, ich wzrok spotkał się. Spodziewała się pogardliwego spojrzenia, może nawet ciętej uwagi, ale zdębiała, gdy Karol uśmiechnął się do niej. Miała przygotowaną przemowę, którą miała mu zamiar wygłosić, ale jego przyjacielskie zachowanie kompletnie wytrąciło ją z kwestii. Stało lekko speszona, tym że wciąż nie może wykrztusić słowa, w końcu zdołała powiedzieć.
-Wiesz... Chyba, wiesz w jakieś sprawie przyszłam.
-Domyślam się- odparł spokojnie, patrząc jej prosto w oczy.
-Nie chce, by Marek kiedykolwiek mi wypomniał, że wasza przyjaźń zakończyła się przeze mnie...- zamilkła na moment, jakby czekając na jego reakcję. Milczał, dlatego pośpiesznie dodała- …wiem, że brakuje mu Twojego towarzystwa...
-Chyba nie potrzebnie wtedy tak na Ciebie nawrzeszczałem...- Przerwał jej, uśmiechając się do niej.- Wcale tak nie myślę... To były emocję..
-Tu nie chodzi o mnie Karol, a o Marka...
-Wiem! Ale Ciebie również chciałem przeprosić!- powiedział pośpiesznie, nerwowo zaglądając jej przez ramię.
-Mnie nie musisz przepraszać...
-Kurcze czekam na Huberta, nigdzie go nie widzę... Miał pomóc mi z prezentem dla wychowawczyni.- Bartnik zmienił temat, wciąż rozglądając się, w malejącym już tłumie.- Szlak go trafi!
-Jeśli chcesz, mogę go poszukać.
-Szybciej będzie jeśli mi pomożesz.- powiedział nieśmiało.
-Gdzie ten prezent?
-W szatni.
-Więc chodźmy, za moment rozpocznie się apel!

olka - 2010-02-28, 22:26

Dlaczego mam dziwne przeczucie, że ta szatnia i prezent, to tylko przykrywka? :->
Mnie też się ten cały Karolek nie podoba.
Sysia, Agenci są fantastyczni! Uwielbiam!
Czekam na cedek ;*
A kiedy dasz Lekarzy?

Sfora - 2010-03-01, 21:17

Sysia bosko no normalnie brak mi słów!!!
Ten Karolek to mi się nie podoba... Niech Basia ma się na baczności

isis - 2010-03-02, 22:52

Sysia za każdym razem jak czytam agentów to mam banana na buzi:)
Basia i Marek w tym wydaniu są po prostu fenomenalni!!!!:)Opowiadanie jest genialne-takie lekkie i przyjemne,a za razem intrygujące:):)
Czekam na kolejną część;)

Ninuś - 2010-03-04, 17:32

Dopiero teraz nadrobiłam...

Dziewczyny bomba!
Tajni Agenci. Mi się coś zdaje, że ten Karol najzwyczajniej w świecie jest zakochany w Baśce i tyle! Mam tylko obawy, że Marek też zjawi się w szatni i będzie... kłótnia?
czekam na kolejne części! :*
Droga do miłości.Taaa... aktorzy to z nich świetni, ale ileż można grać? Kiedyś wpadną, albo im się to znudzi a co wtedy? Ten Marek to mnie wkurza.... Ważniejszy dla niego jakiś projekt niż opieka nad synkiem... W końcu żyją w wolnym związku, Basia tez ma prawo wychodzić, umawiać się itd. nie powinien być zły na to. Jednak Brodecki, to Brodecki... Kurde a już miałam cichą, chwilową nadzieje, że Marek i Basia seryjnie pojadą na wakacje, a tu lipa...
chcę więceeej! genialnie ;*


ej, kto pisze????

sysia16223 - 2010-03-05, 20:27

Dokładnie dziewczynki pisze któraś? :-)
Poczytałabym chętnie

Olka, Bliźniaczki? :-D Można liczyć na DDM? :-P

isis - 2010-03-07, 14:07

Czemu tu tak pusto....?
Dziewczynki co się dzieje?Na prawdę nikt nic nie napisze?:)

sysia16223 - 2010-03-07, 23:28

Właśnie ja nie wiem isis :-(
Pustki straszne...

olka - 2010-03-08, 02:19

Stare i głupie, żeby zapełnić pustkę :lol:

1/1

Pierwsze promienie słońca wpadły do sypialni podkomisarzy budząc śpiącą Basie. Dziewczyna przetarła zaspane oczy, zerknęła na kalendarz i z szerokim uśmiechem na twarzy wyskoczyła z łóżka. Na paluszkach pobiegła do łazienki nie chcąc budzić Marka, a pół godziny później zabrała się za przygotowanie śniadania.
- Cześć skarbie! – Marek wszedł do kuchni jednocześnie ziewając. Podszedł do żony skradając jej szybkiego buziaka na dzień dobry – Co mamy na śniadanie?
- Naleśniki, tosty i jajecznice! – uśmiechnęła się promiennie układając wszystko na stole
- Mmmm... wygląda pysznie! – powiedział napełniając swój talerz – Jakaś specjalna okazja?
- A nie wiesz jaki dziś mamy dzień? – zapytała podekscytowana
- Noo, niedziela! Dzień słodkiego lenistwa, gdy nie musimy iść do pracy! – rzucił błogo się uśmiechając – Mam nadzieje, że Grodzki nas nie wydzwoni!
- No tak, niedziela! A coś więcej? – zapytała już lekko poirytowana jego niedomyślnością
- 13 stycznia! – stwierdził jak gdyby nigdy nic, biorąc do ust kolejny kawałek grzanki
- Czyli? – wbiła w niego swoje wyczekujące spojrzenie
- Czyli 13 stycznia! Dzień jak co dzień! – wzruszył ramionami wstając od stołu, gdy rozdzwonił się jego telefon w sypialni – Niech to nie będzie Grodzki! – rzucił i zostawiając ją z kwaśną miną, wyszedł z kuchni
- Dzień jak co dzień?! Przecież to moje urodziny! – jęknęła czego on już nie usłyszał.
Brodecki siedział na kanapie w salonie i pstrykał pilotem po kanałach. Basia tuż obok przeglądała jedno z babskich pisemek. Co jakiś czas posyłała mu wrogie spojrzenia, ale ten zapatrzony w szklany ekran zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy. W końcu zrezygnowana wstała z kanapy i podreptała do kuchni, skąd wróciła ze szklanką soku pomarańczowego. Usiadła z powrotem wygodnie i już miała wziąć łyk napoju, gdy podkomisarz zerwał się jak oparzony do pozycji stojącej. Ręka Basi zadrżała, a na jej białej bluzce pojawiła się plama.
- Marek! - wrzasnęła i ze zdenerwowaniem odstawiła sok na stolik.
- Przepraszam, kochanie! - Brodecki spojrzał na dziewczynę i podszedł do niej całując w policzek - Ale jak mogłem zapomnieć! Głupek! - puknął się teatralnie w głowę, po czym krzycząc coś, że zaraz wraca wybiegł z domu.
- Mój kochany głupek - Basia z lekkim uśmiechem na ustach poczłapała do sypialni. Wygrzebała z szafy najlepsze jeansy, czarną obcisłą bluzkę i szybko się przebrała. W końcu, gdy Marek już sobie przypomniał, co dziś za dzień musi jakoś wyglądać. Nigdy nie wiadomo, co przyjdzie mu do głowy. Na samą myśl o szalonych pomysłach swojego faceta zaśmiała się na głos, a słysząc dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza z uśmiechem wyjrzała na korytarz - I co, masz?
- Tak, mam. Na szczęście jeszcze był - Brodecki z zadowoleniem na twarzy zdjął kurteczkę i z dumą pokazał Basi swój nowy nabytek - Ha! Spławik gratis! - wykrzyknął uradowany, a Storosz widząc, że zamiast prezentu dla niej, w ręku trzyma Miesięcznik Dobrego Wędkarza, mało co nie zemdlała - Nie wybaczyłbym sobie, gdybym zapomniał o tym numerze - wyminął ją i udał się do salonu zagłębić w lekturze.
Basia ze łzami w oczach i spuszczoną głową znikła w kuchni by przygotować jakiś obiad. Nie tak to sobie wyobrażała. Miał być pyszny obiadek, do którego się nawet przygotowała, potem kino, kawiarnia i spacer w księżycową jasną noc - tak sobie wymarzyła ten dzień. W końcu co się jej dziwić? Każda normalna kobieta własne urodziny chce spędzić tylko i wyłącznie w ramionach swojego faceta. A Marek tak po prostu, najzwyczajniej w świecie zapomniał o nich. Nie kupił jej nawet głupich rajstop, czy chociażby o numer większych majtek. Z rozmyślań wyrwał ją zapach spalenizny. Natychmiast zestawiła garnek z kuchenki i nachyliła się nad czerwoną cieczą.
- Cholera! Przypaliłam! - sos miał teraz lekko brunatny kolor, ale niezrażona wzruszyła ramionami i postawiła talerze na stole.
Po kwadransie w kuchni zjawił się Brodecki i zasiadł do stołu z uśmiechem na ustach, ale szybko się go pozbył, gdy tylko widelec z makaronem znalazł się w jego buzi. Skrzywił się, lecz udając twardego jadł dalej.
- Co się dzieje? - zapytała Basia, uśmiechając się pod nosem, a widząc reakcję chłopaka - Nie smakuje Ci? Tak się starałam... - zrobiła smutną minę, na co Marek szybko się ożywił.
- Nie, nie! Jest pyszne, kochanie - przełknął ciężko ślinę - Tylko... nie przypaliło Ci się? - zapytał niepewnie na nią patrząc.
- Co?! Ja nigdy w życiu nic jeszcze nie przypaliłam! Nie możliwe... wydaje Ci się, lepiej jedz, bo Ci ostygnie - podsunęła mu talerz pod nos, a widząc, że skończył już swoją porcję natychmiast zerwała się od stołu - Dołożę Ci!
- Nie! - Brodecki odsunął szybko talerz od siebie - Było pyszne skarbie - podszedł i pocałował ją w skroń - Ale już nie mogę, dziękuję! - puścił jej oczko i wyszedł z kuchni.
- Na zdrowie kochanie! - krzyknęła za nim uśmiechając się szeroko, po czym zabrała się za sprzątanie ze stołu.


(...)

Było koło 19, gdy Brodecki wyszedł z domu, zostawiając Basię samą w tak magiczny dla niej wieczór. Przebrana w swoją ulubioną piżamkę siedziała właśnie na parapecie sypialni z kubkiem kakao w ręku. Obserwowała jak prawie w podskokach wsiada do swojego samochodu i z piskiem opon odjeżdża spod bloku. W oku zakręciła jej się łezka jednak postanowiła, że nie będzie płakać choć przyszło jej to z trudem. W końcu to nie koniec świata, jej facet tylko zapomniał o tak błahej rzeczy jaką są jej urodziny. Prychnęła z kpiną spoglądając na pisemko, które Brodecki kupił dziś w południe. W przypływie złości chciała je nawet podrzeć na strzępy, ale stwierdziła że kobiecie nie wypada. Zeskoczyła z parapetu i podeszła do stojącej na półce wieży. Włączyła ulubioną stację radiową, podgłosiła i skierowała kroki do łazienki, by zaczerpnąć relaksującej kąpieli...
W tym samym czasie Brodecki zaparkował samochód pod domem przyjaciela i udał się do środka z piwem i innym dodającym skrzydeł napojem w ręku. Nawet nie kwapił się z zapukaniem do drzwi, słysząc już przy wejściu podniesione głosy chłopaków. Gdy wszedł do salonu od razu na jego twarzy zagościł szczery uśmiech. Na stole stały miski z chipsami, orzeszki, paluszki i inne zakąski potrzebne do spędzenia jakże uroczego wieczoru w doborowym towarzystwie. Przywitał się z kumplami, a potem rozpoczęła się zacięta rozmowa na tematy tylko i wyłącznie męskie przy akompaniamencie rozgrywanego właśnie w telewizji meczu.
- Szefie, kurka! Właśnie się wyjaśniło, kto podkrada taśmę życia z toalety na parterze, kurka! - Szczepan wstał lekko oburzony i oskarżycielskim tonem wskazał na siedzącego Jacka.
- Ale Szczepan, o co Ci chodzi? - próbował się bronić prokurator - Ja powiedziałem tylko że raz, RAZ- zaznaczył - Papier wpadł mi do sedesu, ale to niechcący było, a Ty mnie zaraz o kradzież oskarżasz?! - Zawada z Brodeckim zanieśli się śmiechem, przysłuchując się rozmowie kolegów. Ale zaraz wzrok wszystkich skierował się na szklany ekran, bowiem właśnie pierwszy raz tego wieczoru do bramki wpadła piłka.
- No i widzisz co zrobiłeś?! - Żałoda znowu zwrócił się do Dumicza - Przez Ciebie nie widzieliśmy bramki! - Jacek już przygotowywał się do odparcia ataku, ale wynik meczu kolejny raz zmienił się - O kurka! - jęknął załamany aspirant, widząc jak ich ulubiona drużyna dostaję porządne baty.
- Panowie! – odezwał się Adam - To my z Markiem pójdziemy po jakiś środek przeciwbólowy - Brodecki podniósł się i podążył za kolegą do kuchni - Baśka została w domu, czy wybyła świętować? - Zawada wyjął z lodówki butelkę z przezroczystą cieczą.
- W domu jest, ogląda pewnie jakiś wyciskacz łez - zaśmiał się lekko w myślach przywołując widok zapłakanej dziewczyny na kolejnym romansidle.
- Pewnie Zuza do niej wpadła, zrobiły sobie babski wieczór i oblewają - zaśmiał się komisarz, rzucając przelotne spojrzenie Markowi.
- Nie sądzę, Szczepan mówił, że Zuzka leży chora w łóżku. Poza tym nie miałyby żadnej szczególnej okazji na takie szaleństwo.
- Jak to? Uważasz, że 26-ste urodziny Twojej żony to nic szczególnego? - na dźwięk słowa urodziny podkomisarz z wrażenia opadł na stojące obok krzesełko.
- Co? - zapytał prawie szeptem - Jakie urodziny? Baśka ma urodziny?
- Zgrywasz się? - Zawada pokręcił głową, patrząc na kolegę.
- Cholera! Zapomniałem! - Brodecki puknął się w głowę i gwałtownie wstał.
- Co? - Adam nie krył swojego rozbawienia - Zapomniałeś o urodzinach Baśki? Masz chłopie przechlapane! - poklepał go pocieszająco po ramieniu cały czas chichocząc.
- Adam, wymyśl coś! Przecież nie mogę tak tego zostawić. Muszę szybko coś wykombinować! - założył ręce na kark i nerwowo zaczął chodzić po kuchni.
- Kup jej jakieś skarpetki z froty czy coś, zapakuj i już.
- No chyba zwariowałeś!
- Wiesz Marek, liczy się gest - komisarz najzwyczajniej w świecie dobrze się bawił kosztem kumpla.
- Wiesz co? Wiesz co? - nagle zatrzymał się i spojrzał rozpromieniony na przyjaciela - Już wiem! Jestem genialny! - podleciał zadowolony z siebie do Adama i z całych sił go uściskał - Ja lecę! Cześć! – krzyknął i nie czekając na nic więcej, w pośpiechu zakładając kurtkę wybiegł z mieszkania komisarza nawet nie żegnając się z resztą towarzystwa. Wpakował swoje zgrabne cztery litery na miejsce kierowcy i z piskiem opon odjechał spod bloku kumpla...
W tym czasie Basia po relaksującej kąpieli siedziała w sypialni przeglądając jedno z babskich pisemek. To były najgorsze urodziny jakie miała! Jej własny osobisty mąż o nich kompletnie zapomniał, a najlepszą przyjaciółkę dopadła grypa, przez co nie mogły nawet urządzić wieczorku we własnym towarzystwie!
- Niee – jęknęła odrzucając gazetę na półkę i zrezygnowana opadła na łóżko z trudem tamując płacz. Nigdy nie wierzyła, że 13 przynosi pecha, a jednak! Nie mogąc się dłużej powstrzymywać nakryła głowę poduszką cicho szlochając.
- No tak! Jeszcze się komuś zachciało imprezować! – warknęła, gdy do jej uszu dobiegły pierwsze takty piosenki, ale zaraz... ten głos wydawał się jakiś znajomy, nawet bardzo znajomy... wstała i ostrożnie podeszła do drzwi balkonowych, a to, co, a raczej kogo zobaczyła na dole wprawiło ją w niemałe zaskoczenie. Marek, stojąc w otoczeniu mini zespołu śpiewał dla niej swoją „serenadę”.... z czego sąsiedzi nie koniecznie byli zadowoleni....

Dla Ciebie mógłbym zrobić wszystko
Co zechcesz powiedz tylko
Naprawdę na dużo mnie stać

Dla Ciebie mógłbym wszystko zmienić
Mógłbym nawet uwierzyć
Naprawdę na dużo mnie stać


... za to ona patrzyła na niego jak urzeczona, z szerokim uśmiechem na twarzy i łzami wzruszenia w oczach. Zniknął cały żal jaki do niego miała, całe rozczarowanie odeszło w niepamięć, liczyła się tylko ta cudowna chwila. Nigdy nie sądziła, że marzenie z dzieciństwa, kiedy ukochany książę podjeżdża na białym koniu, staje pod jej oknem i nuci miłosną balladę tylko dla niej, stanie się rzeczywistością...

Dla Ciebie zrywam polne kwiaty
Szukam tych najrzadszych
Naprawdę na dużo mnie stać

Najchętniej zamknąłbym cię w klatce,
Bo kocham na Ciebie patrzeć
Naprawdę na dużo mnie stać


... i nie ważne, że zamiast białego konia jest samochód marki Corolla, a książę trochę fałszuję. Ważne, że kocha tego wariata całym sercem, a on kocha ją i nigdy nie zamieniłaby go na lepszy model...

Dla Ciebie mógłbym zrobić wszystko
Co zechcesz powiedz tylko
Naprawdę na dużo mnie stać

Przez Ciebie wpadłem w głęboką depresję
Już teraz nie wiem kim jestem,
Bo naprawdę na dużo mnie stać


- Skończony wariat! – krzyknęła do niego chichocząc, gdy posłał jej całusa na odległość i teatralnie się ukłonił
- Ale kochasz tego wariata, a on kocha Ciebie! – odkrzyknął – Wszystkiego najlepszego kochanie z okazji urodzin! I przepraszam, że tak późno... mam nadzieję, że się na mnie nie gniewasz! – złożył ręce jak do modlitwy i posłał jej swoje maślane spojrzenie
- A gdzie prezent? – założyła ręce na piersi i udała niezadowoloną, ledwo hamując śmiech
- Myślałem, ze jedna piosenka wystarczy, ale jeśli nie, to masz mnie na całą noc! Zrobię ci na górze mini koncert życzeń! – krzyknął nie zważając na sąsiadów, którzy również podziwiali ten niecodzienny występ
- Marek! – pisnęła oblewając się rumieńcem, czego on z dołu nie dostrzegł – Marsz na górę!
- Wszystko, co każesz kochanie! – odkrzyknął i nie czekając dłużej wbiegł do klatki, a Basia? Nadal nie wierzy w pechową 13.

Krymcia - 2010-03-08, 16:34

nie no dobre to jest :-D
hahah najlepsze było z "taśmą życia"
noo padłam!

sysia16223 - 2010-03-08, 22:10

O jej
Jakie Kochane! :-D
Faceci ogólnie nie pamiętają o najważniejszych rzeczach. Wyniki meczów ulubionej drużyny to 6 lat wstecz recytują, a urodziny żony, czy rocznica ślubu to zbyt ciężkie dla nich :-P

Świetne! :mrgreen:
Ola a kiedy DDM? :-P

isis - 2010-03-08, 22:16

Olka boskie opowiadanie :576:
Marek to jednak umie wybrnąć z każdej kłopotliwej sytuacji :lol:
Super!!;);*

Kto pisze?:)

olka - 2010-03-08, 22:24

Cytat:
Ola a kiedy DDM?


Nie wiem, nie gadałam jeszcze z Bliźniaczkami, ale może bliżej weekendu weźmiemy się za cedek ;)

I dziękuje za komentarze :oops: Kochane jesteście ;***

sysia16223 - 2010-03-09, 21:49

Chętnie bym coś dziś przeczytała :-)
Zlituje się ktoś? :-D
Dziewczynki:***!

Ameliana1234 - 2010-03-09, 22:19

olka napisał/a:
Stare i głupie, żeby zapełnić pustkę

gdzie tam głupie? Fajne, takie nawet z "głębszym przekazem" :D
Kurcze, ile ja bym dała za taką serenadę <marzy>

Cytat:
Zlituje się ktoś? :-D

Sysia, Ty się na dnami zlituj i Agentów wrzucaj :p ;)

sysia16223 - 2010-03-13, 13:15

Jezu nikt nic nie pisze, co się dzieje? :-(
Dodać Agentów?

Kasieńka - 2010-03-13, 13:23

sysia16223 napisał/a:
Jezu nikt nic nie pisze, co się dzieje? :-(
Dodać Agentów?

Jeszcze się pytasz? :D
Dawaj szybko :D

sysia16223 - 2010-03-13, 14:47

Takie głupie :-/

Cz. XXIV

-Widziałeś Basię?
-Nie stary, sory!
Sala gimnastyczna, na co dzień wykorzystywana do zajęć wychowania fizycznego, w tym dniu służyła maturzystom jako aula. Trzeba przyznać, ktoś bardzo się postarał, bo w niczym nie przypomniała pomieszczenia związanego z wysiłkiem i sportem. Była przystrojona, a wolną przestrzeń zajęły krzesełka. Brodecki od 10 minut siedział wśród znajomych, oczekując, aż w końcu wszyscy wejdą i znajdą dla siebie miejsce. Zauważył klasę Storosz, ale po niej ani śladu, co zaczęło go lekko niepokoić.
-Gdzie ona się podziewa...- mrukną pod nosem, ponownie rozglądając się na boki.
Już miał ruszyć w zamiarze jej odnalezienia, ale dobiegł go głos dyrektora. Apel się rozpoczął.
-Cholera...- warknął, dość głośno. Wiedział, że nie wypada teraz wstać i „przeparadować” przed samym nosem grona nauczycielskiego. Wciągnął powietrze i oparł się o krzesło, starając się opanować dziwne uczucie paniki,jakie się w nim rodziło. Nie docierały do niego słowa wypowiedziane przez dyrektora, również okrzyki radości podczas wyczytywania klas nie robiły na nim większego wrażenia. W końcu jego dziwne zachowanie zauważył kolega.
-Marek, co jest?
-Nie nic, nic..
-No przecież widzę, stary!- odparł kpiąco na pomruk Brodeckiego.
-Nie wypatrzyłem nigdzie Basi... Jej klasa jest, po niej ani śladu.
-Marek, bab nie znasz!? Pewnie siedzi z kimś i plotkuje.
-Nie widziałem, żeby wchodziła.- powiedział nieprzekonany.
-A widziałeś, jaki był tłok?- Zaśmiał się kolega, klepiąc go po ramieniu.- O teraz nasza klasa... Jeeeahh!

-To zabierzmy ten prezent szybko i wracajmy.- powiedziała Basia wchodząc do wskazanej przez Bartnika szatni.-Gdzie on jest?
-Co takiego?- zapytał.
-Nie żartuj, no pytam gdzie położyłeś prezent?
-A tutaj!- Odparł sięgając do spodni i wyciągając zza paska pistolet.- Niespodzianka!

Dyrektor mówił od ponad 10 minut. Wyczytywanie zasług i osiągnieć uczniów. Przestrogi, które wymieniał bez ustanku, nudziły nawet grono nauczycielskie, a co dopiero uczniów. Siedzieli myśląc o niebieskich migdałach, gdy nagle drzwi wejściowe otworzyły się z impetem, spowodowanym silnym kopniakiem. Dyrektor przerwał i każdy z zaciekawieniem podążył wzrokiem w tamtą stronę. Po paru sekundach w drzwiach pojawiły się dwie postacie.
-Jezus Maria!- szepnął, przez zaciśnięte zęby Marek. Chaotycznie zaczął, pszeszukiwać swoją kieszeń od garnituru, w poszukiwaniu pager-a. Wystukał pośpiesznie czerwony alarm i wysłał wiadomość do Zawady. Widok, który zaszokował na pewna całą szkołę, sądząc po zdziwionych minach i jękach przerażenia, przyprawiał go o mdłości. O to na środku sali stał jego niegdyś najlepszy kumpel, a tuż przed nim z lufą przyłożoną do skroni jego miłość. Dziewczyna, bez której nie wyobrażał sobie dalszego życia. Pośpiesznie schylił się, sprawdzając dla pewności nogawkę, w której nosił małego glocka. Dobrze, że siedział na skraju bo do wyjścia z rzędu dzieliły go, jedynie dwie koleżanki. Wybauszyły oczy, gdy na czworaka przeszedł obok ich nóg. I wtedy właśnie usłyszał:
-Gdzie jesteś Brodecki?- jad w głosie Bartnika, był wręcz przeraźliwy.- Popatrz kogo Ci przyprowadziłem?
-Nie wychodź!- krzyknęła Storosz i za chwile poczuła mocne uderzenie, któro zwaliło ją z nóg. Upadła na kolana, sycząc z bólu.
-Zostaw ją!- Marek jak z pod ziemi pojawił się na przeciwko dawnego kumpla. Mówił spokojnym, rzeczowym tonem, choć w środku serce waliło mu jak oszalałe, z obawy o Basię- Przecież chodzi Ci o mnie. Nie o nią.
-Mylisz się!- syknął wściekle, celując na moment pistoletem w twarz Brodeckiego.- Oboje zasługujecie na cierpienie! Jak mogłeś mi to zrobić? Olać naszą przyjaźń i zadawać się z nią? Taaaaa... Cicho! Nie tłumacz, wiem wszystko! Zbliżyła was praca?! Jakie to romantyczne, prawda? Prawda Basiu!?
Krzyknął tak głośno, że wiele osób siedzących w pierwszym rzędzie wzdrygnęło się ze strachu. Bartnik w przypływie wściekłości jednym susem podskoczył do Storosz, łapiąc ją za włosy i wrzasnął w prost do ucha:
-Prawda?
-Zostaw ją Karol!- krzyknął Marek, nie mogąc pozostać obojętnym na widok bezbronnej ukochanej, szarpanej przez szaleńca.
-Zamknij się, jeśli nie chesz zobaczyć, jak umiera na twoich oczach!- powiedział, śmiejąc się złowieszczo.- Pytałem Basię! Powiedź mi kochana, jak to z wami było?
-Pierdol się!- usłyszał w odpowiedzi. Jęk jaki wyrwał jej się z piersi, gdy Bartnik uderzył ją kolbą od pistoletu, spowodował ruch Marka. Skoczył do przodu, sycząc z gniewu. Bartnik od razu podniósł broń na wysokość głowy Brodeckiego.
-Stój, bo nic z Ciebie nie zostanie!- powiedział już nieco mniej pewnie.
-Ty szmaciarzu!- warknął wściekły Marek.
-Nie prowokuj mnie!- krzyknął chłopak, machając bronią.- Zginąć może każdy! Chcesz tego?
-Marek zostań, jest ok..- usłyszał głos Basi, która postanowiła odezwać się, by uratować ukochanego, przed złą decyzją. Przecież uczyli się, jak mają postępować w takich sytuacjach. Spokój, opanowanie, jak najdłuższa negocjacja, która pomaga w razie nadejścia pomocy, no i nie prowokowanie sprawcy. Czemu on nie myśli trzeźwo?- pomyślała w duchu dziewczyna. Jednak dobrze wiedziała dlaczego- miłość. Ona przysłaniała mu rozsądek i kazała walczyć. Potrząsneła głową, starając się powrócić do pełni świadomości po uderzeniu i lekko się podniosła.
-O widze Mareczku, że Twoja ukochana to całkiem twarda sztuka!- stwierdził z uśmiechem Bartnik.- No tak! Przecież to wasza praca! Bieganie za takimi jak ja! Likwidowanie! Na przykład wasze amibtne zadanie w Hiszpani.
-To byłeś ty!- wyszeptała Storosz, kojarząc nareszcie wszystkie fakty.
-Ja!
-Zabiłeś niewinnego człowieka!- powiedziała patrząc na niego.
-To tylko wasza wina!- krzyknął wściekły.- Trzeba było stawić mi czoła!
Basia dyskretnie rozejrzała się w około. Musi być jakiś sposób, by szala przewagi przechyliła się na ich stronę. Spojrzała na Marka. Wymienili się pośpiesznym spojrzeniem, by nie wzbudzić podejrzenia Bartnika. W końcu Storosz nie pewnie odezwała się:
-Karol, zastanów się, co Ci to da?
-Nawet nie zaczynaj! Nie mam zamiaru wysłuchiwać kazania, że mam jeszcze szansę!- warknął.
-Wiesz, że zabicie nas, dostaniesz dożywocie!- powiedziała patrząc na niego- Mamy imunitet.
-Nikt mnie nie złapie!- roześmiał się- Zaraz, gdy z wami skoncze znikam!
-Nie uważasz, że troche za dużo światków, na możliwość ucieczki?
-Mam przyjaciół, którzy mi pomogą!
-Nasi nie odpuszczą.- dodała Basia.
-No tak! Wielcy agenci wynajmowani do wielkich zadań, czyż tak?- odparł złośliwie, pokazując w uśmiechu białe zęby.- To może niech wszysyc się dowiedzą? A więc droga szkoło! Tuż przed wami stoją tajni działacze! Mają na swoim koncie uratowanie prezydenta, załatwianie wielkich kontarktów miedzynarodowych, eliminowanie przeciwników! No Marek, przyznaj się grzecznie przed gronem nauczycielskim, ile to ich pupil zabił ludzi? Sporo prawda?
-Nie przeginaj... - Marka dłoń zaczeła niebezpiecznie drgac. Brodecki czuł na sobie spojrzenia całej szkoły i ciche pomróki. Przecież z Basią mają przewage nad nim. Wystarczy dobry ruch, a sprawa będzie załatwiona. Zrobił krok w lewą stronę i rozpoczął konwersacje.- Mam Ci przypomniec co zrobiłeś Ty? Zmasakrowane zwłoki w windzie...
Basia widząc poczynania chłopak zataczającego okrąg od razu podjęła grę.
-Obeserwowałeś nas, śledziłeś i wyciągałeś wnioski- stwierdziła.
-Byłeś w samolocie, przy recepcji i basenie.- tym razem dodał Marek.
-Przeszkodził Ci prawda?- szepneła.
-Szedłeś do nas!
-Wiedziałeś, że czujemy spisek!
Zdezoriętowany Bartnik wodził wzrokiem i rzecz jasna pistoletem od jednego po drugie. Poruszający się przy tym Brodecki utrudniał mu zadanie.
-Stój! - wrzasnął w końcu.- Stój bo ją zabije!
Ale nie zdążył. Storosz jednym uderzeniem w zgięcie kolana zwaliła go z nóg. Pistolet spadł na podłogę i wystrzelił. Kula z hukim uderzyła o ściane, wzbudzając przy tym panikę zebranych. Nim Bartnik zdążył zareagowac Marek stał nad nim z lufą wymierzoną prosto w jego głowe.

Ameliana1234 - 2010-03-13, 16:48

sysia16223, co tak krótko? tyle czasu czekałam na cd a Ty tylko tyle dajesz? :p Więcej, więcej <tłum skanduje> :D
co do samej treści - podoba się. To szkolenie to jednak przydatne było. ;) Już w poprzedniej części coś w powietrzu było, bo jakoś przekonać sie do Bartnika bardzo nie mogłam, a tu proszę... wyszło szydło z worka.

Ola&Twins - weekend mamy i na DDM czekamy :D
W ogóle to Bliźniaczki są gdzieś tutaj? Bo tak sobie myślę, że jakby znalazły trochę wolnego czasu, mogłyby spróbować Cenę niewinności dać ;)

isis - 2010-03-13, 21:55

Sysia genialnie!
Uuuu akcja w szkole była na prawdę mocna!Widać,że naszym bohaterom szkolenie bardzo się przydało;)
Czekam na kolejną część:)

Kto pisze?:)

olka - 2010-03-14, 01:18

Sysiu świetnie! :-D
Zrobiło się gorąco, ale na szczęścię dzieciaki opanowały sytuację.
Dobrze, że nikomu nic się nie stało.
Bede to wciąż powtarzać, uwielbiam to opowiadanie! :mrgreen:
Czekam na cedek ;***
A kiedy Lekarze? :roll:

Sfora - 2010-03-15, 22:29

Sysia to jest exstra!!!!
Tylko jak to teraz wszystko wytłumaczą nauczycielom i reszcie szkoły??
Pisz szybko cedeka!!

Reszta dziewczyn też niech się ruszy i coś napisze :lol:

Ninuś - 2010-03-16, 17:50

Łoo jaka ciakawa akcja! :)
na początku myślałam, że Karol chce po prostu uwieść Basię, a on wywinął taki numer, no nie pomyślałabym...
Sysia jesteś genialna, wiesz? ;* wklejaj kolejną część! Co się dalej działo?
Bo myśle, że Marek i Basia poniosą konsekwencje tego co stało się w szatni...


Dziewczyny kto pisze?

sysia16223 - 2010-03-16, 20:18

Bardzo wam dziękuje :-)
Niestety nowa część nie będzie szybciej jak na weekend :-) Matura za pasem i niestety trzeba troszkę przysiąść :-(

Ola ja przypominam Ci, że wciąż czekam na DDM :-D

Krymcia - 2010-03-17, 15:28

Pisze ktoś...?
Ola, Bliźniaczki?

Sysia nie wiem czy dochodzą do Ciebie moje wiadomości z Prośbą o przesłanie tego opka co tu zamieszczasz. Chętnie bym je przeczytała. moja poczta to Kryminalna_17@vp.pl
sorry z off

Ninuś - 2010-03-18, 09:45

Krymcia napisał/a:
Sysia nie wiem czy dochodzą do Ciebie moje wiadomości z Prośbą o przesłanie tego opka co tu zamieszczasz. Chętnie bym je przeczytała.

właśnie, właśnie ja też Cię na pw o to poprosiłam :)
jeśli byłoby to możliwe, to proszę jeszcze raz, dziękuje :)

Pisze ktoś????

Sfora - 2010-03-18, 17:00

Ej no co tak pustawo tu!!
Dziewczyny do roboty

sysia16223 - 2010-03-18, 20:33

Dziewczynki, ale przecież ja wam je wysłałam :-|
dostałam wiadomość i siadłam i powysyłałam...
Nie ogarniam :-/

Ninuś - 2010-03-19, 12:27

Sysia, ok spokojnie nie smutaj tutaj, Ninuś przeszuka poczte, może znajdzie :) dziękuję ;*
Krymcia - 2010-03-19, 14:45

sysia16223 napisał/a:
Dziewczynki, ale przecież ja wam je wysłałam

Do mnie nie doszło może spróbuj wysłać mam na sendspace.com a potem wysłać nam link

pojawi się coś?
w ten weekend?

isis - 2010-03-20, 08:45

Wrzuci ktoś jakieś opowiadanie?;D
Chętnie coś poczytam;D

Daisy - 2010-03-20, 20:27

Znalazłam coś. Coś, co pewnie nie było skończone. Ale znowu to tylko fragmencik, a jego koniec pozostawiam waszej wyobraźni :lol: mini mini mini, tak tylko, bo tu jakoś pustawo.


- Czego jeszcze chcecie? ... To Kucharski zlecił jej morderstwo! Macie jego odciski palców, fakt?
- A dzień później pływał w Wiśle, z poderżniętym gardłem ... fakt ... !
- Chcecie mi przyklepać zabójstwo tego popaprańca?
- Co my Ci chcemy zrobić? – Marek odwrócił głowę w stronę koleżanki, siedzącej na parapecie okna. – To dosyć dziwne! Facet zleca Ci zabójstwo kochanki, a na drugi dzień sam ginie! Nie uważasz?
- To już nie ja!
- Nie ja ... nie ja ... to może ja? – krzyknął. – Śpiąca królewna, któryś z krasnoludków?
Basia zeskoczyła z okna. Kiwnęła do Brodeckiego, że wychodzi, poczym znikła za drzwiami prowadzącymi za lustro weneckie. Tam siedzieli już Adam, Szczepan oraz prokurator Dumicz.
- Mam dosyć! ... Siedzimy tam z Markiem od godziny! Cały czas się zapiera! – wzruszyła ramionami, wyrywając Żałodzie z ręki kubek z kawą.
- Może mówi prawdę? – westchnął Jacek. – Przed zleceniem dostał zapłatę, więc nie miał powodów!
- Może ... – Zawada dopił kawę i wstał. – Jakbyście zareagowali, dowiadując się, że mąż ma kochankę? Hm?
- Co sugerujesz? – Basia zmarszczyła brwi.
- Ta sprawa jest jakaś dziwna! Facet ma żonę i kochankę, tak? – przytaknęli. – Zleca morderstwo kochanki ... po co?
- Bo żona dowiedziała się o tej drugiej? – dorzucił swoje trzy grosze Szczepan
- I chce zemścić się na mężu ... – powiedział komisarz. – Szczepan weźmiesz Zuzię i ściągniecie mi tu Kucharską! A ja przejadę się po wyniki daktyloskopii. Powinny już być!
- Tak jest ...
Basia i Jacek zostali sami. Oparci o biurko obserwowali przesłuchanie.
- Myślisz, że byłaby do tego zdolna, żeby zabić? Nie wierzę ... – Storosz pokręciła głową
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że masz kogoś? – Dumicz kompletnie ignorując jej pytanie, zadał swoje. I to nie całkiem związane ze sprawą, którą właśnie prowadzili.
- Co? – Baśka spojrzała na niego, za bardzo nie rozumiejąc o co mu chodzi
- Zaprosiłem Cię na kolację! ... Nie łatwiej byłoby mi powiedzieć, że masz kogoś? Zrozumiałbym przecież!
- Ale ... o czym ty mówisz? O kim?
- No o Tobie i Marku! – wskazał ręką na podkomisarza. – Podobno jesteście parą!
- Kto Ci to powiedział? – podkomisarz ani na chwilę nie ukrywała zaskoczenia
- Marek ... znaczy może nie powiedział. Tylko zakomunikował, że mam się trzymać od Ciebie z daleka!
- Co za parszywa świnia! - warknęła
- Słucham? – Dumicz zmrużył oczy, myśląc, czy aby na pewno dobrze usłyszał. – Czyli nie jesteście razem? ... Czy jesteście? Pogubiłem się już!
- Przepraszam Cię ... – rzuciła i zostawiając go samego, wyszła.

(...)

- Gdzie Adam? – zapytał podkomisarz, pojawiając się w kanciapie. Basia siedziała za biurkiem, przeglądając jakieś akta lub skrzętnie udając, że to robi. Jej głową bowiem zaprzątało w tym momencie coś zupełnie innego. – Baśka? – Marek zamachał jej przed oczami ręką ... Storosz podniosła głowę i spojrzała na niego ... – Gdzie Adam?
- Pojechał po wyniki daktyloskopii. Niedługo powinien wrócić!
- Mhm ... O! Kawa ... – podszedł do szafki stojącej za plecami Storosz. – Nie piłem jeszcze dzisiaj.
- Marek? – zagadnęła, odwracając się za nim
- Hm?
- Usłyszałam dzisiaj coś bardzo interesującego, wiesz? To dziwne, może ja nie wiem, nie zorientowałam się, ale ...
- No co? – usiadł na skraju jej biurka
- Czy my jesteśmy razem?

Twins - 2010-03-20, 20:49

Pamiętamy to! :mrgreen:
Jaka szkoda, ze go nie dokończysz... :-(
Genialne! :-D

olka - 2010-03-21, 01:13

Tez to pamiętam, ale nie mam, aż tak rozwiniętej wyobraźni :lol:
Dejz, mogłabyś to dokonczyć, chociaż jeszcze jedna cześć dopisać. :-P
Bo naprawde świetnie się zapowiadało :-D

Ninuś - 2010-03-21, 14:05

Daisy łoo jak miło :) hehe dobre, dobre!!! :D bo Mareczek jest zazdrosny, ot co :D
może dokończyłabyś któreś z Twoich niedokończonych?? np to o aktorce, albo 'Dwa światy', albo jakiekolwiek...
tęskni tu sie za Tobą :*

Twins, Olka, jak tam? :mrgreen:

isis - 2010-03-26, 19:26

Dziewczyny zlitujcie się....na prawdę nikt nic nie napisze?:(
olka - 2010-03-26, 20:42

Wklejam, żeby nie było pusto. Taki staroć :lol:

Cz.1

Wysoki, przystojny brunet wszedł do małej knajpki i rozejrzał się dokoła. Po chwili podszedł do stolika w rogu lokalu, gdzie czekał na niego kolega.
- I jak, zdałeś tego kolosa? - otrzymał pytanie, gdy tylko usiadł.
- Zdałem, nareszcie! Ale było ciężko – Marek odetchnął z wyraźną ulgą - A Ty cwaniaczku? Wszystko zaliczyłeś?
- Oczywiście! Ja zawsze wszystko zaliczam! - chłopak wypiął dumnie pierś.
- Ty?! Nie błaznuj Piotrek - Marek sprzedał kuksańca w bok kumplowi.
- Dobra, już dobra. Tak tylko żartowałem. Słuchaj, mam propozycję nie do odrzucenia!
- No ciekawe, co wymyśliłeś tym razem....
- Słuchaj, zbliża się długi weekend. Majówki i te sprawy. Wszystko zaliczone jak na razie to się czepiać nie będą. A ja mogę skołować klucze do domku w Bieszczadach... Co Ty na to?
- No wszystko było by w porządku. Ja zawsze jestem chętny na imprezy i inne.... rozrywki - obaj panowie wybuchli głośnym śmiechem - Tylko nie zapominaj, że ja się przeprowadzam.
- Jednak załatwiłeś te nowe lokum? - Piotrek oparł głowę na rękach - No opowiadaj.
- Załatwiłem. Mam się przenieść jak najszybciej, więc raczej zrobię to w pierwsze wolne. Sam rozumiesz, ale może dojadę do Was.
- No Stary! To jakaś parapetówa się szykuje!
- Zobaczymy! - Marek uśmiechnął się do kolegi i wziął do ręki szklankę z sokiem - A teraz zdrówko, za moje nowe, przytulne mieszkanko. Na razie soczkiem, ale później... - chłopcy puknęli się szklankami - Dobra, ja muszę spadać
- No ja też. Zaliczymy jutrzejsze kolokwium i mogą nam skoczyć – pożegnali się i obaj ze śmiechem wyszli na zewnątrz

***
- Nawet nie wiesz jak się cieszę! W końcu będę miała cztery kąty tylko i wyłącznie dla siebie! Cisza i spokój – westchnęła z rozmarzeniem drobna blondynka siedząc w małej przytulnej knajpce naprzeciwko swojej przyjaciółki
- Zobaczysz, że jeszcze będzie ci brakować akademickich imprez – rzuciła ze śmiechem Zuzia
- A tobie brakuje?
- Od kiedy jestem z Piotrkiem niczego mi nie brakuje – zamrugała oczami głupio się uśmiechając
- Wariatka! – zaśmiała się Baska
- Dobra, a teraz poważnie. Kiedy się wprowadzasz?
- Za kilka dni, chyba w najbliższe wolne
- Wreszcie będzie co oblewać! – zatarła szczęśliwa ręce – Chodź! – pociągnęła przyjaciółkę za sobą
- Zuzka, ale gdzie?!
- Trzeba ci coś kupić do nowego lokum, nie? – uśmiechnęła się do przyjaciółki i obie zadowolone ruszyły na podbój centrum handlowego.
Kilka godzin później Basia wciągając do windy dużą, wypchaną walizkę przeklinała swoją głupotę. Była zła, że sama musi targać wszystkie swoje bagaże i właśnie w tej chwili żałowała, że nie ma faceta. Na domiar złego ulewa, która rozpętała się przed chwilą, sprawiła, że nie miała na sobie suchej nitki.
- Do jasnej cholery! Czy ja zawsze muszę ściągać na siebie wszystkie nieszczęścia tego świata?! - zadała sobie to pytanie, gdy wreszcie udało jej się wejść do windy - Piętro numer sześć! No Baśka, za chwilę ujrzysz to swoje gniazdko!
Gdy drzwi otworzyły się, niepewnie wychyliła najpierw głowę, ale stwierdziwszy, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, wyszła i potykając się o walizkę podążyła dalej.
- Mieszkanie 26, mieszkanie 26 - idąc cały czas to powtarzała - O jest! Spokojnie, teraz klucze! - gdy otworzyła drzwi z jej buzi nie wydobył się żaden dźwięk. Rozejrzała się dokładnie po całym mieszkaniu - Boże, Baśka! Jest lepiej niż myślałaś! Aaaaa normalnie padnę zaraz! - zaciągnęła torbę do sypialni i zaczęła wyjmować rzeczy - Im szybciej zaczniesz, tym szybciej skończysz!
Marek wysiadł z taksówki i trzymając swoja walizkę szybko wbiegł do klatki chroniąc się przed padającym deszczem
- Wreszcie! – westchnął, wyjął z kieszeni skrawek papieru i upewniają się, co do numeru mieszkania, ruszył w kierunku windy. Wysiadł na 6 piętrze i skierował się do drzwi. Przekręcił zamek i niepewnie wszedł do środka
- No, no! – pokiwał z uznaniem głową – Całkiem nieźle! No to Mareczku, rozgość się! – powiedział sam do siebie zacierając ręce i kierując kroki w stronę sypialni. Jakież było jego zdziwienie gdy przechodząc koło łazienki usłyszał jakiś hałas. Nagle drzwi otworzyły się a zza nich wyłoniła się postać drobnej blondynki odzianej jedynie w przykrótki ręcznik.
- Aaaaaaaa!!! – głośny krzyk wydobył się z ust obojga, po chwili Baska zamknęła się znów w łazience a Marek stał w osłupienie gapiąc się na drzwi, jak ciele na malowane wrota. Nie minęła minuta, gdy pojawiła się w nich głowa Storosz z miną nie wróżącą niczego dobrego
- Kim pan jest?! I co do cholery robi w moim mieszkaniu?! – wysyczała przez zęby
- Pani mieszkaniu?! Tak się składa, że to MOJE – wyraźnie podkreślił ten wyraz – Mieszkanie!
- Mam pan natychmiast stąd wyjść bo wezwę policję!
- Proszę bardzo! Może sobie pani wzywać, pokaże im wtedy umowę wynajmu! – rzucił wściekle zakładając ręce na piersi
- O nie! Tak to my nie będziemy rozmawiać! – zatrzasnęła się z hukiem w łazience a po kwadransie wyszła z niej już w kompletnym stroju dołączając do Marka, który w tym czasie zdarzył rozgościć się już w salonie.
- Proszę Pana, nie wiem kim Pan jest i szczerze mówiąc nie bardzo mnie to interesuje, ale proszę natychmiast opuścić moje mieszkanie! - stanęła przed nim wściekła z rękoma na biodrach.
- Posłuchaj Słoneczko! To Ty masz się stąd wynieść i nie obchodzi mnie jak to zrobisz, dotarło? - podszedł do niej bliżej z ironicznym uśmiechem.
- Nie pozwalaj sobie! Powtarzam, to jest moje mieszkanie! I... - Marek nie pozwolił jej dokończyć.
- Drobna poprawka MOJE!
- Mogę pokazać ci umowę wynajmu! - Basia pobiegła szybko do torby i po chwili wróciła z kartką papieru.
- Ale co mi tu pokazujesz?! To nie jest umowa wynajmu, to jakaś fałszywka. Zobacz, to jest prawdziwa umowa! - sięgnął do kieszeni spodni i wyjął taką samą kartkę papieru, co Basia. Oboje pochylili się nad owymi dokumentami i zaraz też spojrzeli na siebie z przerażeniem.
- Nie! - zawołali jednocześnie.
- To jakieś nieporozumienie! Trzeba to wyjaśnić! - Basia bezradnie opadła na kanapę.
- Koniecznie! Nie mam zamiaru dzielić z Tobą lokum! - Marek zmierzył wzrokiem dziewczynę i lekko się skrzywił.
- To w ogóle nie wchodzi w grę... - Basia posłała mu pełne pogardy spojrzenie i znikła za drzwiami sypialni. Po chwili wróciła z telefonem w ręku - Ty czy ja?
- Co Ty czy ja?
- Trzeba zadzwonić i wyjaśnić tą sprawę - powiedziawszy to wykręciła numer.
- I co?
- Nic, nikt nie odbiera. Będę próbować do skutku! - po kilkukrotnym wykręcaniu tego samego numeru w końcu dała spokój - To nie ma sensu! Nie odpowiada.....
- Posłuchaj, może załatwimy to między sobą. Po prostu zabierz rzeczy i się wynieś - powiedział to bardzo spokojnym tonem, nie spuszczając jej z oczu.
- Słucham?! Nie no to jakiś żart! A gdzie ja się według Ciebie teraz podzieję?! No gdzie?! Przecież ja nie mam mieszkania! Poza tym zapłaciłam za rok z góry! - chodziła w kółko po salonie i wymachiwała ze złością rękoma.
- Za ile zapłaciłaś?
- Za rok, do jasnej cholery!
- No to pięknie! Bo ja też za rok! - Basia spojrzała na niego ze strachem - Pokaż tą umowę - chłopak jeszcze raz na nią spojrzał - No fantastycznie! Widzisz? Według tego, co jest tu napisane wynajęłaś to mieszkanie dwa dni po mnie!
- Ale jak to? - dziewczynie zaszkliły się oczy.
- No tak to, że ten facet nas po prostu oszukał! Jak go złapię to mu nogi z......
- No to co my teraz zrobimy?!
- Oboje mamy dokument wynajmu i oboje zapłaciliśmy, ja nie mam gdzie mieszkać i Ty też. No to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko.....
- Zostać współlokatorami! - Basia dokończyła za Marka i zaniosła się głośnym płaczem

Cz.2

Kilka godzin później Basia, tuląc do siebie poduszkę, siedziała cały czas na kanapie raz po raz zanosząc się płaczem. Marek z kolei odwrócony do niej tyłem stał przy oknie mrużąc ze złości oczy.
- I czego Ty beczysz?! - w końcu odwrócił się do niej - Lepiej pomyśl jak to sensownie odkręcić.
- A co ja mogę zrobić?! Przecież ten facet nie odbiera telefonów! A ja nie wiem gdzie on teraz mieszka! Może spieprzył już dawno na jakąś Riviere - dziewczyna znowu wybuchła głośnym płaczem.
- Nawet mi o tym nie mów! Nie no, ja sobie tego w ogóle nie wyobrażam! Boże, jaki kanał! - Marek znowu odwrócił się od dziewczyny.
- Ja tym bardziej! Więc żeby niczego nie utrudniać po prostu zabierz stąd swoje rzeczy i po sprawie!
- O czym Ty mówisz w ogóle?! - chłopak ze złości kopnął stojącą kanapę tak, że siedząc na niej Basia aż podskoczyła - Mam się stąd wynieść?! To mieszkanie kosztowało mnie kilka tysiaków! I nie zrezygnuję z niego, rozumiesz?! – wykrzyczał, co spowodowało, że Basia po raz kolejny zaszlochała - I przestań ryczeć!
- To nie wrzeszcz! A myślisz, że ja dostałam to mieszkanie w prezencie?!
- Nie mam bladego pojęcia. Może miałaś jakieś konszachty z tym facetem!
- Licz się ze słowami, bo nie ręczę za siebie! - poderwała się z kanapy ocierając łzy
- Dobra, wiesz co? Ta rozmowa do niczego nie prowadzi, pójdę się rozpakować - chwycił do ręki swoją torbę i skierował do sypialni.
- Hej! Zaraz! Moment! Dokąd Ty idziesz? - dziewczyna ruszyła za nim.
- Nie widzisz? Do sypialni. Rozpakować się.
- Ale to jest moja sypialnia!
- Słoneczko, to też jest moja sypialnia, więc przepuść mnie! - wyminął ją i złapał ręką za klamkę.
- Ale tam jest tylko jedno łóżko, więc wybacz......
- Słuchaj, przepuść mnie pókim dobry! - pchnął drzwi i wszedł do środka.
- Jeżeli zaraz stąd nie wyjdziesz, zacznę krzyczeć.
- Boże, dziewczyno! Ty jesteś niezrównoważona psychicznie! Dobrze, pójdę na ustępstwo. Spać mogę ewentualnie na kanapie i to tylko na razie. Ale musisz mi zrobić miejsce w szafie.
- Co?! Za jakie grzechy mam się z Tobą męczyć! - podeszła do komody i wyjęła zawartość jednej szuflady – Rozpakuj się! Więcej miejsca nie będziesz miał! - rzuciła ubrania na łóżko i z furią opuściła pomieszczenie

***
- Zuuziaa – jęknęła rozpaczliwie opierając głowę na ramieniu przyjaciółki i grzebiąc słomką w swoim napoju, kiedy następnego dnia spotkały się w kawiarni – I co ja mam zrobić?
- Sprawa się rzeczywiście troszkę skomplikowała...
- Troszkę?! To prawdziwa katastrofa! Miałam mieszkać sama a nie z jakimś... z jakimś gburem! – rzuciła wściekle opierając bezwiednie głowę na kawiarnianym stoliku i zakrywając ją rękoma – Dobij mnie!
- Oj Baska, czy ty czasem nie przesadzasz? Przynajmniej masz dach nad głową, mogło być gorzej – Zuzia próbowała pocieszyć przyjaciółkę – Poza tym może ten „gbur” jak go nazwałaś wcale nie jest taki zły? Przystojny? – wypaliła szczerząc się od ucha do ucha
- Zuzka! Ja tu mam poważny problem a Tobie jak zwykle tylko jedno w głowie!
- Dobrze, już dobrze! Nie denerwuj się tak! Zapłaciłaś za rok z góry, on też. Ty nie masz zamiaru rezygnować z mieszkania, on tym bardziej. Nie masz wyjścia, musisz przywyknąć. A kto wie? Może się polubicie? – dodała z dwuznacznym uśmieszkiem
- Prędzej mi kaktus na ręce wyrośnie! Ale ja się tak łatwo nie poddam, jeszcze zobaczymy czyje będzie na wierzchu! – zmrużyła oczy przybierając podstępny wyraz twarzy
- Baska? Co ty chcesz zrobić?
- Ja?!
- Już ja znam tą minę! Gadaj! Chcesz go odstraszyć, tak?
- Oj, zaraz odstraszyć. Po prostu uświadomić, jak się mieszka z prawdziwą kobietą! – obie wybuchły śmiechem

(...)

- Stary, mówię Ci jaka beznadzieja - Marek upił soku, siedzą w knajpce razem z Piotrem – Albo zabiję ją, albo siebie!
- Spokojnie Marek. To już byłaby desperacja.... - Piotrek poklepał go po plecach.
- Jezu! Ty nie wiesz, kto to jest! Jakaś wariatka!
- No co Ty, jest aż tak źle?
- Piotrek, to jest upierdliwa blondynka, która nie panuje kompletnie nad sobą! - chłopak oparł ręce o stolik.
- No, ale może chociaż ładna?
- Czy Ty jesteś poważny?! Ja Ci się tu zwierzam ze swoich problemów, a Ty mi się pytasz, czy jakaś kretynka jest ładna! - Marek skrzywił się na samą myśl o dziewczynie.
- Dobra, sorki. Nie wiedziałem, że to tak Cię urazi. Wiesz jakby nie było mieszkacie razem....
- Już niedługo - na buzi Marka zagościł uśmieszek.
- Co masz na myśli? Przecież z tego co mówisz, ona się nie wyprowadzi, Ty także. Oboje wpakowaliście w to mieszkanie sporą sumkę, więc co Ty mówisz? - Piotrek pochylił się nad stolikiem.
- To, że ona wyniesie się z tego mieszkania, tyle, że jeszcze o tym nie wie.....
- Marek, ja Cię proszę. Nie rób głupstw. Masz przed sobą jeszcze dwa lata studiów jak teraz ją zabijesz to....
- Piotrek co ty pieprzysz?! – spojrzał na kumpla jak na wariata - Przecież jej nie tknę.
- No to co Ty kombinujesz? - Piotrek był lekko zdezorientowany.
- Po prostu pokaże jej, jak to jest mieszkać z facetem. Takim jak ja - Marek uśmiechnął się szeroko.
- Boże, ona może tego nie przeżyć! - panowie stuknęli się szklankami zanosząc się głośnym śmiechem. Godzinę później oboje wrócili do mieszkania z grobowymi minami. Od momentu, gdy przekroczyli jego progi nie zamienili ze sobą słowa, wymieniając jedynie złowrogie spojrzenia. Basia zamknęła się w sypialni a Marek rozłożony na kanapie przerzucał kanały w telewizji. Znudzony, skierował kroki do kuchni w celu przygotowania dla siebie jakiegoś posiłku. Zaraz też dołączyła do niego Basia. Każdy zajął się swoją osobą próbując nie zwracać uwagi na ta drugą.
- Mógłbyś się przesunąć? – odezwała się Baska siląc się na uprzejmy ton – Chciałabym dostać się do szafki!
- Możesz chwilę poczekać? Zaraz skończę! – odpowiedział jej równie uprzejmie. Przewracając oczami usiadła przy stole zakładając nogę na nogę i obserwując każdy jego ruch
- Możesz się tak nie gapić? – zapytał podirytowany
- Miałeś zaraz skończyć! Ile mam jeszcze czekać aż upichcisz to arcytrudne danie jakim jest jajecznica? Ja też jestem głodna!
- To zrób sobie kanapki!
- Nie mam na nie ochoty! Chce naleśniki więc zwolnij kuchenkę!
- Bosh, proszę! Rób sobie te naleśniki! A żeby ci się przypaliły! – mruknął pod nosem czego ona na szczęście nie usłyszała. W tym samym momencie, kiedy Marek z talerzem w jednej ręce i kubkiem herbaty w drugiej odwrócił się w stronę wyjścia wpadł na Baśke wylewając na nią herbatę i wypuszczając z ręki talerz.
- TY IDIOTO!! Patrz jak łazisz! – krzyknęła Baska chwytając za ścierkę i wycierając swoja bluzkę – To moja najlepsza bluzka!
- To nie masz czego żałować! Poza tym, to Ty na mnie wlazłaś! Szczęście, że nie lubię gorącej herbaty, bo dopiero byś wrzasku narobiła! I jeszcze przez Ciebie wywaliłem kolację!
- A ja straciłam apetyt! – odwróciła się napięcie i wyszła z kuchni – I posprzątaj ten syf, który tam urządziłeś! – krzyknęła mu jeszcze z korytarza trzaskając drzwiami od sypialni...

sysia16223 - 2010-03-26, 23:25

Świetne! :-D
Wreszcie można było coś przeczytać :-P !
Coś tak czuje, że będąc sobie robić na złość, przypadkiem się w sobie zakochają :-P

Sfora - 2010-03-27, 17:06

Omm Przecież oni się tam nawzajem pozabijają!!! Albo zakochają!!!
Tak czy siak będzie niezły ubaw

Krymcia - 2010-03-27, 18:39

oj tak pamiętam to opowiadanie
jakiś miesiąc temu je czytałam
świetne jest i polecam wszystkim

isis - 2010-03-27, 22:41

Ola chociaż Ty!
Każde Twoje opowiadanie jest genialne!;D Stare,nie stary-wszystkie są świetne!;D
A to jest prze boskie :lol:

olka - 2010-03-28, 02:39

Dzięki dziewczyny ;*** Miło słyszeć, ze komuś te wypociny się podobają. :lol: Wkleje później kolejne 2 cześci ;-)
No i Wy tez coś piszcie, albo wklejcie starocie, jak ja. :lol: Chętnie poczytam.

Sysia, kiedy mozna spodziewać się Lekarzy? Bede męczyć! :-D

[ Dodano: 2010-03-28, 14:20 ]
Cz.3

Tydzień wspólnego mieszkania nie poprawił stosunków między Baska a Markiem. Ich relacje nie uległy ociepleniu nawet w najmniejszym stopniu, wręcz przeciwnie, było coraz gorzej. Będąc w swoim towarzystwie nie potrafili wytrzymać pięciu minut bez kłótni, docinków i wzajemnych pretensji. Oboje, delikatnie mówiąc, za sobą nie przepadali. Baska uważała Brodeckiego za niewychowanego gbura, bałaganiarza i kompletnego idiotę. On nie miał o niej wcale lepszego zdania. Dla niego Storosz była głupią, upierdliwą i rozhisteryzowaną blondynką. Większość czasu spędzali na uczelni lub w towarzystwie przyjaciół, siebie omijając szerokim łukiem, co mieszkając pod jednym dachem, siłą rzeczy, było trudnym zadaniem. Każde, na widok tego drugiego, dostawało wrzodów żołądka. Nic nie wskazywało na to by ich relacje w najbliższym czasie mogły ulec zmianie.
Marek tej nocy większość czasu pędził na intensywnym uczeniu się. Pochłonął górę notatek i przeczytał kilka rozdziałów podręcznika, a wszystko dlatego, że właśnie trwała sesja letnia. Kiedy skończył zakopał się w puchową kołdrę i odpłynął do krainy Morfeusza.
Basia wczesnym wieczorkiem zamknęła się w swojej sypialni i pogrążyła w lekturze ulubionej książki. Nie miała akurat egzaminu więc postanowiła się zrelaksować. Dlatego wcześnie rano wstała wypoczęta i poczłapała do kuchni, po drodze skrzywiła się jeszcze widząc śpiącego na kanapie współlokatora. Wyciągnęła z lodówki chłodne mleczko i nalała sobie do szklanki. Z wielkim uśmiechem na ustach wróciła do sypialni, wzięła ubrania i podreptała zrobić poranną toaletę. Po kwadransie odświeżona i pachnąca pojawiła się w salonie z odkurzaczem w ręku. Nie zważając na śpiącego Marka odsłoniła brutalnie zasłonki.
- No! Od razu lepiej! – powiedziała sama do siebie, chłopak tylko skrzywił się przez sen - W końcu trzeba posprzątać ten chlew! - nacisnęła stopą na odkurzacz i zaraz też po całym mieszkaniu rozległ się głośny warkot.
- Co jest do cholery?! - Marek zerwał się do pozycji siedzącej - Co Ty robisz?! - nie uzyskał jednak odpowiedzi, bo hałas zagłuszał wszystko - Co Ty wyprawiasz?! - podszedł do kontaktu i wyłączył odkurzacz.
- Ty jesteś głupi tak sam z siebie, czy ktoś Ci za to płaci? - dziewczyna posłała mu spojrzenie pełne ironii
- Słuchaj, nie chce mi się z Tobą kłócić. Nie spałem prawie całą noc, mam dziś egzamin, czy mogłabyś z łaski swojej odkurzyć później? - spojrzał na nią z wyczekiwaniem.
- Dobrze, odkurzę później! - Basia odwróciła się na pięcie i poszła do kuchnia.
Marek z powrotem, z wielkim uśmiechem nakrył się kołdrą.
- Odkurzyć mogę potem. Bo czemu by nie? - uśmiechnęła się do siebie pod nosem i zaraz też w mieszkaniu cudownie rozbrzmiał mikser. Chłopak zerwał się z kanapy i pognał do kuchni.
- Ty idiotko jedna! Nie rozumiesz jak się do Ciebie coś mówi?! - Marek z furią wyrwał jej robota z ręki.
- Ale o co Ci znów chodzi?! Chciałam upiec ciasto, na przeprosiny, ale widzę, że z Tobą nie da się mieszkać! - opuściła pomieszczenie zatrzaskują za sobą drzwi łazienkowe.
- Idź się utop! Nawet pies nie będzie po Tobie płakał! - Marek wrócił kolejny już raz na swoje legowisko. Ledwie przymknął oczy, a do jego uszu dobiegł kolejny szum, tym razem suszarki do włosów - Żeby Cię szlag trafił Storosz! Pożałujesz tego! - opadł ciężko na poduszkę, zaciskając ze złości pięści.
Kilka godzin później, Marek z rękami w kieszeniach przemierzał korytarz uczelni. Szedł wolno, bo nigdzie mu się nie spieszyło. Egzamin zdany, a do domu jakoś nie bardzo miał po co wracać. Nagle poczuł na ramieniu czyjąś rękę.
- Marek! Co jest stary? Wołam Cię i wołam, a Ty nic - Piotrek podał kumplowi dłoń.
- Daj spokój! Zmęczony jestem. Może gdzieś klapniemy, co? - Brodecki wskazał ręką na pobliski parapet.
- Boże, coś Ty taki zmarnowany? Kac raczej nie, bo sesja, panny na razie nie masz. Podkreślam, na razie! - roześmiali się - To co jest? Opowiadaj.
- Szkoda gadać. Ta cholerna idiotka mnie wykończy! - Marek zakrył twarz ręką.
- Taka ostra? – zapytał z głupim uśmiechem ale Brodecki nawet nie zwrócił na to uwagi
- Porządków jej się dziś zachciało, bladym świtem! Mówię Ci, oszaleje tam!
- Marek, no ale nie załamuj się! Przykręć jej troszkę śrubki i będzie dobrze! - chłopak poklepał go po plecach.
- Najchętniej bym tam nie wracał, mam tego dość!
- Ej, stary nie strasz mnie! Chyba nie chcesz popełnić samobójstwa.....- Piotrek spojrzał na niego przerażony.
- Piotrek ja nie zdążę, bo szybciej zejdę na zawał! - zrobił minę zbitego pieska - Muszę się na niej odegrać.
- Proszę, nie mów już nic więcej, bo wsadzą mnie za współudział!
- Nawet nie miałem zamiaru. Nie wiem tylko, czy podpalić mieszkanie, czy od razu ją utopić! - chłopaki wybuchli donośnym śmiechem - Niech zginie w płomieniach!
- Marek, tylko nie przesadź! Jeszcze będę Ci musiał przynosić krupnik w trojakach do pierdla! - Piotrek podchwycił żart kumpla.
- Krupnik czy żurek? Wszystko jedno! I tak pewnie będzie niezjadliwe! - Marek podniósł się z parapetu - Dobra, ja mykam. Może zdążę podsypać Baśce cyjanek zanim wróci - uścisnął dłoń kumpla po czym opuścił uniwerek. Wrócił do domu wieczorkiem, przekręcił klucz w zamku i cicho wszedł do mieszkania. Powiesił marynarkę w korytarzu, zdjął buty i szarpiąc się z krawatem powlókł się w stronę salonu. W łazience zobaczył palące się światło, co oznaczało, że Baska jest w domu. Z grymasem na twarzy skierował kroki do kuchni. Na stole stał kubek z ciepłym jeszcze kakao a obok walały się jakieś papierzyska. Marek wziął jedną kartkę do ręki, jak się okazało, były to notatki Storosz z wykładów. Nagle zrobiło mu się strasznie gorąco. Z perfidnym uśmiechem na ustach otworzył okno, ku jego zadowoleniu zaczął padać deszcz. Zebrał ze stołu wszystkie kartki i jednym sprawnym ruchem posłał jej w ciemną przestrzeń nocy.
- No! – klasnął w dłonie z uśmiechem, po czym wyciągnął z lodówki zimne piwko. Zaraz w progu zjawiła się Baska. Zerkała to na stół, to na Marka z rosnącym zdenerwowaniem
- Gdzie są moje notatki?!
- Co? Jakie notatki? – zgrywał głupiego
- Nie udawaj! Co z nimi zrobiłeś?!
- Ja?! Aaaaa, chodzi ci o te papierki, które leżały na stole?
- Brawo! Gratuluje spostrzegawczości, gadaj gdzie są!
- Wywiało – rzucił beztrosko rozkładając bezradnie ręce
- S-Słucham?!
- Był przeciąg, nie zdarzyłem złapać – wzruszył ramionami. Baska dopiero teraz zwróciła uwagę na otwarte okno. Wpatrywała się w nie z rozdziawioną buzią i szeroko otwartymi oczami
- Ty.... Ty.. Jak mogłeś?! To Twoja sprawka! Debilu wyrzuciłeś moje notatki!! Jutro mam egzamin, jak mam się Twoim zdaniem uczyć?!
- Jak się pospieszysz, to może zdarzysz jeszcze kilka pozbierać – z triumfalnym uśmiechem opuścił kuchnie
- Grrrrr...!!! Nienawidzę Cię! – krzyknęła za nim z furią w oczach
- I vice versa! – odkrzyknął i z zadowoleniem rozsiadł się przed telewizorem.

Cz.4

- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że ta sesja już za nami - zaraz po ostatnim egzaminie Basia udała się z Zuzią do knajpki - Teraz trzy miesiące słodkiego nic nie robienia! Czy Ty, wiesz co to znaczy?! - z rozpromienioną buzią spojrzała na koleżankę.
- Hmmm, domyślałam się. Impreza, kac, impreza, kac... - Zuzia zaczęła wyliczać na palcach.
- Ale Zuzka, po co od razu kac?! Może lekkie szumy w głowie! Ale czujesz ten klimat?! - Baśka przystanęła przed drzwiami pubu
- Dziewczyno, Ty powinnaś się cieszyć, że cudem zdałaś wszystkie egzaminy!
- Ale co Ty opowiadasz?! Jak to cudem?! Po prostu jestem niebywale inteligentna! A ten pajac pożałuje, że był wtedy przeciąg i moje notatki uległy samozagładzie! - na twarzy dziewczyny pojawił się chytry uśmieszek.
- Baśka, weź się uspokój, co? Może naprawdę był przeciąg! - Zuzia oparła się plecami o drzwi.
- Przeciąg?! Tak? A kto go zrobił? Zuzka, przeciągi same się nie robią!
- To chociaż bądź mądrzejsza! Przecież tak nie idzie mieszkać!
- Ale ja nie mam zamiaru z nim mieszkać! On jeszcze mnie popamięta! - Storosz złapała za klamkę - A jak będzie trzeba to w zimę będę zakręcała grzejniki! Niech sobie odmrozi..... stopy! - dziewczyny wybuchły śmiechem i w końcu weszły do środka.
- O nie! Czemu wszystkie stoliki zajęte? - jęknęła zrezygnowana Zuzka.
- Jest jeden wolny! Obok toalety... męskiej! - Baśka parsknęła śmiechem – Chodź, może kogoś poderwiemy!
- No co Ty?! Ja od jakiegoś czasu trwam w stałym, szczęśliwym związku!
- Jezzzu! Jaka z Ciebie sztywniara! - dziewczyny ponownie wybuchły głośnym śmiechem.
- Baśka, patrz, tam siedzi chyba Piotrek. Ale co on tu robi? Chodźże! - złapał koleżankę za rękę i poprowadziła do stolika swojego chłopaka - Cześć Piotrusiu! Co za spotkanie! - obie przywitały się z chłopcem.
- No mi też jest miło moje Panny! Ale to nie na egzaminku? Po knajpach się szlajacie?
- Piotrek, od kiedyś Ty taki bystry, co? Sam jesteś? - Zuzia usiadła obok niego
- No nie, jestem z... – i w tym momencie wyrósł przed ich stolikiem wysoki brunet. Zuzia rzuciła mu krótkie cześć i pomachała wesoło ręką natomiast Baska gapiła się na niego z rozdziawioną buzią
- To Ty! – powiedzieli równocześnie wywołując na twarzach swoich przyjaciół lekkie zaskoczenie
- Co tu robisz?! – Baska prawie krzyknęła
- O to samo mogę spytać Ciebie! Jestem z kumplem – wskazał głową na Piotrka
- Zaraz, zaraz... chyba nie chcesz powiedzieć, że... – nie skończyła bo w rozmowę natychmiast wtraciła się Zuzka
- Stop! Czekajcie, jak to? To wy się znacie?
- Czy się znamy?! Mieszkam z tą wariatką! – Marek posłał Baśce sztuczny uśmiech
- O wypraszam sobie! To ja muszę się z Tobą męczyć!
- Nikt ci nie każe! Możesz śmiało się wynosić!
- Twoje nie doczekanie! – wysyczała z wściekłością. Tą ich słowną utarczkę przerwała Zuzka
- Hej, hej, hej! Opanujcie się, nie jesteście tu sami! I bez gadania! – dodała, kiedy chcieli coś powiedzieć – Jak to mieszkasz? Więc to Ty jesteś współlokatorem Baśki? Baska dlaczego ja nie wiem, że mieszkasz z Markiem? Piotrek, Ty wiedziałeś?
- Nie miałem pojęcia, że mówiąc o upierdliwej blondynce Marek będzie miał na myśli Ciebie – zwrócił się do Baśki i wybuchł śmiechem
- Bardzo zabawne! – rzuciła z przekąsem, posyłając jednocześnie Brodeckiemu mordercze spojrzenie.
- Ale teraz, możecie się chyba zaprzyjaźnić, prawda? – Zuzka posłała im promienny uśmiech i pociągnęła swojego chłopaka na parkiet, zostawiając dwójkę „przyjaciół” samych...
Następnego dnia Basia przeciągnęła się leniwie i wytknęła głowę spod kołdry. Rozejrzała się dookoła z uśmiechem na ustach, który zgasł natychmiast gdy tylko zobaczyła, która jest godzina. Z obłędem w oczach wyskoczyła z łóżka i zaczęła szukać ubrań. Wciągając na siebie spodnie zastygła w bezruchu.
- Boże! Odbija mi, przecież mam wolne. Co ja w ogóle robię? - włożyła ponownie piżamkę i położyła się na łóżko - Poleżę jeszcze troszkę i pójdę coś zjeść.
Marka, który cały czas nocował w salonie obudziły trzaski dochodzące z sypialni. Skrzywił się i uniósł lekko na łokciach.
- Co ta wariatka znowu odstawia? - gdy tylko otworzył usta, poczuł przeszywający ból gardła - O cholera, chyba przeholowałem wczoraj z tym piwem - z trudem wstał z łóżka i lekko przygarbiony podreptał do kuchni - Takiego kaca to jeszcze nie miałem. Żeby w kości poszło?! - jego rozmyślania przerwały kroki w korytarzu - Jeszcze jej tu brakowało - wyjął mleko z lodówki i przelał do dzbanka.
- Dzień dobry – Basia przywitała się od niechcenia
- Dzień dobry - zachrypły głos współlokatora sprawił, że dziewczyna momentalnie na niego spojrzała.
- Co się stało? Jesteś chory?
- A co? Zadowolona byś była, nie? - Marek wstawił dzbanek do mikrofalówki.
- Marek, mógłbyś sobie darować. Próbuję być miła... - sięgnęła po płatki i położyła na stole, przy czym niechcący się o niego otarła - Jesteś rozpalony!
- Na pewno nie Twoim widokiem! - Brodecki postawił ciepłe mleko na stole i nasypał sobie płatków.
- Znowu próbujesz być zabawny? - uśmiechnęła się do niego z politowaniem - Zresztą przy poziomie Twojej inteligencji, czegóż chcieć więcej? - zalała płatki mlekiem.
- Nie mam zamiaru zagłębiać się z Tobą w dyskusje. Zimno jak cholera! - odsunął od siebie talerz ze śniadaniem i poczłapał do salonu.
- Bez mojej pomocy się wykończysz – szepnęła i z uśmiechem włożyła łyżkę do buzi. Gdy skończyła sprzątnęła ze stołu i raz dwa umyła naczynia. Wycierając ręce podeszła do okna. Uśmiechnęła się na sam widok słoneczka i ruszyła w stronę drzwi, zatrzymała się jeszcze na chwilę i spojrzała w stronę salonu.
- Marek, na pewno dobrze się czujesz?
- Na Twoje nieszczęście jeszcze nie umarłem! - wychrypiał spod kołdry.
- Idź w cholerę! - trzasnęła drzwi sypialni i w szybkim tempie włożyła na siebie ubranie. Zaraz była już z powrotem w korytarzu zakładając buty. Po chwili wybiegła z mieszkania zatrzaskując za sobą drzwi.
- Jeszcze raz i drzwi będą do wymiany - skomentował Marek, zanosząc się kaszlem.

(...)

- No hej Zuzia! Piotrka nie ma? – zapytała rozglądając się po mieszkaniu przyjaciółki
- Nie ma i wróci późno, więc mamy czas na babskie ploteczki – rozsiadły się wygodnie na kanapie – A co u Marka?
- Zuzka! Nie przyszłam tu żeby o nim rozmawiać!
- Wciąż nie możecie się dogadać? Baska, on jest naprawdę w porządku i w dodatku w Twoim typie – głupio się uśmiechnęła
- Tak? To dziwne, jakoś tego nie zauważyłam.
- To jak długo masz zamiar się z nim kłócić? Dobrze wiesz, że żadne z was nie zrezygnuje. Chcesz się tak męczyć przez cały rok?
- Zuzia daj już spokój! Ja próbowałam być miła, nawet zapytałam czy wszystko w porządku, bo rano coś kiepsko wyglądał, chyba się przeziębił, ale widocznie jemu nie zależy!
- Jest chory a ty zostawiłaś go samego?
- Nie jestem jego niańką! Dorosły jest, poradzi sobie! W ogóle to miałyśmy omawiać wyjazd na Mazury a nie gadać o Brodeckim!
- Dobra, już dobra! Nie wkurzaj się – puściła jej oczko - To co? Winko?
- Winko! – reszta spotkania upłynęła im w bardzo miłej atmosferze. Około 22 Basia pożegnała się z przyjaciółką. Po drodze myślała o tym co powiedziała Zuzia, może Marek rzeczywiście nie jest taki zły? Choć nie chciała się do tego przyznać, to ich ciągłe kłótnie coraz bardziej ją męczyły. Nie potrafili w spokoju zamienić dwóch zdań, wieczorami ona siedziała zamknięta w sypialni a on urzędował w salonie. Wizja takiego życia przez najbliższy rok, nie napawała optymizmem. Basia doszła do wniosku, że chyba najwyższa pora wyciągnąć rękę i spróbować zmienić ich relację w bardziej przyjazne. Przechodząc obok apteki wykupiła kilka najpotrzebniejszych lekarstw i szybkim krokiem powędrowała do domu. Korytarz oświetlony był tylko smugą bladego światła, które sączyło się z salonu. Na kanapie, przykryty po uszy kołdrą leżał Marek. Spał wtulony w miękką poduszkę, musiała przyznać, że wygląda słodko. Położyła torebkę z lekami na stole, zgasiła małą lampkę i cicho, delikatnie się uśmiechając, wyszła z pokoju...

Małgoś - 2010-03-28, 18:44

ijeee, Ola, dalej, dalej, dalej ! :D
świetne opowiadanie ;)

sysia16223 - 2010-03-29, 06:27

Ok rzucę później lekarzy :-D :-)

Olka Cudne to jest! :-P Im dłużej czytam, to bardziej mi się podoba :-) Dawaj szybciutko nową część :mrgreen:

olka - 2010-03-30, 17:13

Cz.5

Następnego dnia Marka obudziły pierwsze promienie słońca przedzierające się przez żaluzje. Leniwie podniósł się na łokciach i stwierdził, że czuje się jeszcze gorzej niż wczoraj. Potworny ból gardła, katar, kaszel i lekkie zawroty głowy sprawiły, że nie miał najmniejszej ochoty wstawać. Rozejrzał się po salonie dostrzegając na stole kilka opakowań leków. Zdziwiony zmarszczył brwi, nie przypominał sobie by ostatnio odwiedzał aptekę
- Kupiłam wczoraj wracając od Zuzi – usłyszał za plecami jej głos i odwrócił się w jej stronę – Jakieś witaminy, gripex, coś na katar. To ci się chyba przyda – lekko się do niego uśmiechnęła
- Yyy dzięki ale... nie musiałaś – odpowiedział trochę zmieszany
- Ok. – wzruszyła beztrosko ramionami – Następnym razem, pozwolę ci się wykończyć – zachichotała widząc jego zdziwione spojrzenie - W kuchni jest gorący rosół, babcia mi go zawsze robiła gdy byłam chora. Zjedz, połknij tabletki i najlepiej nie wychodź z łóżka. No.. to ja pójdę do siebie – odwróciła wzrok lekko speszona intensywnością jego spojrzenia
- Baska! – zatrzymał ją gdy już wychodziła – Dzięki... – posłał jej delikatny uśmiech, ona skinęła delikatnie głową i znikła mu z pola widzenia. Godzinę później widząc, że Marek śpi z zamiarem kupienia czegoś na kolację opuściła mieszkanie...
Marka obudził głośny dźwięk dzwonka. Podniósł się do pozycji siedzącej, jednak nie miał zamiaru wstać. Rozejrzał się po mieszkaniu, wzrokiem poszukując Basi.
- Mogłabyś otworzyć?! - odpowiedziała mu cisza, więc z ociąganiem wstał i mrucząc coś pod nosem poczłapał do drzwi.
- Co tak długo? Już myślałem, że wyciągnąłeś kopyta! - Piotrek wparował do mieszkania.
- Wejdź, nie krępuj się - Brodecki zatrzasnął drzwi i pobiegł z powrotem na kanapę.
- Jejku! Ty naprawdę jesteś chory. A już myślałem, że Zuzka bredzi.
- Daruj sobie! Jakieś cholerstwo mnie wzięło! - chłopak zarzucił na siebie kołdrę.
- Ty, a może masz te, no jak to się nazywa…. - Piotrek usiadł na fotelu.
- Stary nie myśl tyle, błagam. Nic mi nie będzie, zwykłe przeziębienie.
- Mnie to wygląda na coś poważniejszego.
- Piotrek, przestań. Przyszedłeś mnie załamywać? - jęknął zrezygnowany i znowu zaczął się rozglądać - Gdzie ona w ogóle jest?
- Ale kto?
- No jak to kto? Baśka! Nie ma jej przecież.
- Aaaa! Baśka! A co Cię to interesuje? Martwisz się? - Piotrek spojrzał na niego podejrzliwie.
- Nie, no coś Ty!
- Spotkałem ją na dole. Szła na zakupy, także nie będzie jej ładnych parę godzin.
- Weź otwórz okno. Duszno tu jakoś - Marek skrzywił się lekko.
- Stary, Ty chyba nie powinieneś być w przeciągach….
- Dobra tam! Otwieraj, nie marudź! - Piotrek z niechęcią otworzył okno - A teraz gadaj, co z tym spływem?
- No wygląda na to, że wszystko załatwione! Jedziemy w sierpniu, na całe dwa tygodnie! - chłopak, aż podskoczył z radości - Marek, co to będą za wakacje! Marzenie!
- Mam tylko nadzieję, że jak wrócę to będę miał gdzie mieszkać. I nie dostane nakazu eksmisji.
- Co Ty gadasz?! Już myślałem, że się dogadaliście. Mówię Ci ona nie jest taka zła. Jest dziewczyną owszem, ale to od razu jej nie dyskwalifikuje. Jest w porządku, znam ją trochę.
- Piotrek, ale Ty z nią nie mieszkasz. W sumie, to mogę jej się bliżej przyjrzeć. Może coś z niej będzie - zamyślił się.
- Poza tym… ten no…. śliczna jest….
- Ty! Zobaczysz powiem Zuzce! Ha! I Stary mam Cię! Wszystko jej powiem, chyba że zostaniesz moim służącym. Co Ty na to? - Marek zatarł ręce z chytrym uśmieszkiem.
- Boże! Mam przygłupa za przyjaciela!
- Ha Ha Ha! Cóż za wyszukany dowcip!
- Dobra, Marek, kuruj się! Ja lecę! - uścisnął kumplowi dłoń i wyszedł.
- No cześć - Brodecki wstał leniwie i zamknął okno - Rzeczywiście coś zimno! - skrzywił się i z powrotem zakopał w kołdrze.
Basia z trudem otworzyła drzwi, dźwigając torby pełne zakupów doczłapała się do kuchni. Zostawiła wszystko na stole i wychyliła się w stronę salonu.
- Marek? Wszystko w porządku? - nie odpowiedział jej, dlatego podeszła bliżej. Brodecki leżał przykryty po same uszy - Marek?
- Wszystko ok. Chyba…
- Jesteś głodny? Jest już po 17, więc może coś zjesz? - spojrzała na niego niepewnie.
- Nie dzięki, nie mam apetytu.
- Ale powinieneś coś zjeść. Może zrobię Ci chociaż kanapki, co? - usiadła na stoliku.
- Nie, Baśka. Nie jesteś moją niańką i nie musisz się mną zajmować. Poradzę sobie - wychrypiał.
- Jeny! Jak Ty w ogóle mówisz?! Dobra, nie nalegam. W razie czego będę u siebie - odprowadził ją wzrokiem, po czym znowu przykrył się po same uszy.
Basia opadła ciężko na łóżko z książką w ręku. Bezmyślnie wodziła wzrokiem po stronach, w końcu wstała i podeszła do okna. Ale i tu nie potrafiła się skupić. Wreszcie wyszła z sypialni i udała się do kuchni. Zaczęła rozpakowywać zakupy.
- Może zrobiłabym jednak ten obiad? Ciekawe, czy miałby ochotę na pomidorową? Zrobię mu, nie będę wredna - zastanawiała się cały czas, segregując produkty - Marek? - zawołała nieśmiało, ale stwierdzając, że może jej nie słyszeć, wyszła z kuchni - Marek? Śpisz?
- Nie, nie śpię - odpowiedział słabo
- Bo widzisz.... może miałbyś ochotę na... - przerwała widząc wypieki na twarzy i słysząc jego ciężki oddech - O Jezu, Marek! Co Ci jest? Jesteś cały rozpalony! - podeszła bliżej i dotknęła jego czoła - Musisz zmierzyć temperaturę! - pobiegła szybko do apteczki i zaraz była z powrotem z termometrem w dłoni - Proszę.
- Baśka, nic mi nie jest... Naprawdę - marudził biorąc od niej termometr.
- Cicho! Chociaż raz zrób co mówię! - nastała cisza, którą po dłuższej chwili przerwała Basia – Daj, wystarczy – odczytała temperaturę - 39,9! I Ty mówisz, że Tobie nic nie jest? Jesteś chory jak cholera! Nie ma co czekać, dzwonie po lekarza!
- Baśka nie! Daj spokój, nic mi nie będzie!
- Nie mam zamiaru Cię słuchać - chwyciła za telefon i wyszła do sypialni
Po około pół godzinie w mieszkaniu rozległ się dzwonek. Basia czym prędzej pobiegła do drzwi i je otworzyła. Na progu stał mężczyzna w średnim wieku ze skórzaną torbą w ręku.
- Dzień dobry! Pani Storosz jak rozumiem. To Pani dzwoniła?
- Tak, ja. Zapraszam do salonu - wskazała ręką drogę.
- A gdzie chory? - zadał pytanie w drzwiach salonu.
- Marek? Pan Doktor do Ciebie - powiedziała uprzejmie
- Dzień dobry! Widzę, że to coś poważniejszego - lekarz rozpoczął badanie, więc Basia postanowiła się ulotnić - Panie Marku, a gdzie Pan tak gardełko załatwił? - lekarz spojrzał na niego z wyczekiwaniem.
- No wiem.... bywało się tu i tam....
- No tak, tak.... jak ja to znam.... Nie podoba mi się to, angina jak się patrzy. Przepiszę Panu antybiotyk, który trzeba wybrać do końca. I jakiś syrop na ten paskudny kaszel - lekarz schował stetoskop do torby i wypisał receptę - Proszę to wykupić. Zdrowia życzę! - uścisnął Markowi rękę i wyszedł z mieszkania. Zaraz też w drzwiach pojawiła się Storosz.
- No i co?
- Nic. Mówiłem, że to przeziębienie.
- Oj, Marek, co powiedział lekarz?
- Mam anginę....
- Anginę?! To jest nic? - podeszła do niego bliżej - Masz jakieś lekarstwa?
- No coś tam mam.....
- To dawaj!
- Dobra, daj spokój! - przykrył się kołdrą.
- Daj receptę, pójdę do apteki – wyjęła mu z ręki odpowiednie świstki i wyszła zatrzaskując za sobą drzwi.
- Czy Ty nie umiesz zamykać ciszej? - skomentował z uśmiechem Marek
Minęło kilkanaście dni, Brodecki doszedł już w pełni do zdrowia więc oboje z Baśka dostali obowiązkowe zaproszenie na domówkę do Zuzki i Piotrka. Nie mając wyjścia szykowali się na imprezę do przyjaciół. Równo o 21 stawili się przed drzwiami swoich przyjaciół.
- Cześć! – Zuzia przywitała ich z uśmiechem – Wchodźcie! – gestem ręki zaprosiła ich do środka. Wchodząc przywitali się resztą znajomych. Wpadło jeszcze kilka osób, zabawa rozkręciła się na dobre, była muzyka, tańce, alkohol. Wszyscy świetnie się bawili, w rogu pokoju na kanapie Marek z Piotrkiem i resztą kumpli popijając schłodzone piwko zaśmiewali się do łez
- Maruś słyszałem, że mieszkasz w tym swoim gniazdku z jakąś babą, prawda to? – zapytał Marcin ich kumpel z roku
- Niestety, z Baśką Storosz! – kiwnął w stronę bawiącej się dziewczyny
- No stary, to niezła sztuka ci się trafiła. Ja bym wykorzystał okazję – Marcin i reszta zarechotali – Musi być niezła w te klocki
- Nie mam zamiaru tego sprawdzać, jest nieznośna! – rzucił przez śmiech
- Nie mów, że cię nie kusiło – szturchnął go lekko w bok
- Marek po ostatniej przygodzie z Renatką ma dość panienek, prawda stary? – Piotrek zaczął zbijać się z kumpla
- Wspomnij o tym jeszcze raz Zuzia nie będzie miała z Ciebie żadnego pożytku! – odgryzł się natychmiast rzucając w niego leżącą obok poduszką
- Dobra, przestaję! – uniósł ręce w geście poddania
- Słuchaj, jeśli Ty nie jesteś nią zainteresowany to ja chętnie do niej wystartuje! – rzucił pewnie Marcin, któremu alkohol dodał nieco odwagi
- Do Baśki?! – Marek rzucił Piotrkowi porozumiewawcze spojrzenie – Proszę bardzo! – dławił w sobie śmiech
- Patrzcie jak to się robi! – wypiął dumnie pierś do przodu i ruszył w stronę dziewczyn, chłopaki wybuchli zdławionym śmiechem. Marcin, zostawiając po drodze butelkę piwa na stole, stanął tuż za dziewczyną
- Cześć! – wyszeptał jej tuż nad uchem. Dziewczyna szybko odwróciła się w jego stronę – Jak się bawisz?
- Yyy.... świetnie! – Basia uśmiechnęła się trochę niepewnie
- Jestem Marcin – chłopak wyciągnął dłoń w jej kierunku – Kolega Piotrka, widziałem cię już kiedyś na wspólnej imprezie
- Baska, przyjaźnie się z Zuzią
- Jesteś tu sama? Zatańczymy?
- Wiesz..., dopiero zeszłam z parkietu, może później... – zaczęła się plątać – Zuzia mnie wołała! – rzuciła szybko i już chciała odejść ale poczuła na nadgarstku jego dłoń...

Marek z Piotrkiem obserwując poczynania kumpla składali się ze śmiechu
- Widziałeś to? Nie wiedziałem, ze z Marcina taki casanova – odezwał się Marek
- Ale jego wdzięki chyba nie działają na Baske, na kilometr widać, że chce zwiać – Piotrek pokładał się ze śmiechu

- Może pójdziemy w jakieś spokojniejsze miejsce? Pogadamy, lepiej się poznamy... – Marcin, któremu procenty nieco uderzyły do głowy, zbliżył się do niej na niebezpieczną odległość odgarniając kosmyk włosów z jej twarzy. Baska natychmiast strząsnęła jego rękę próbując wyrwać się z uścisku
- Jakoś nie mam ochoty, mógłbyś mnie puścić? – zachowanie chłopaka coraz bardziej ją irytowało
- Daj spokój! Nie bądź tak sztywna... – uśmiechnął się dwuznacznie, ponownie do niej zbliżając
- Spadaj! – odepchnęła go ale nagle poczuła jak ręką mocno obejmuję ja w tali i przyciąga do siebie
- Nie udawaj takiej niedostępnej – jego dłoń zjechała z pleców na jej pośladki – Święta nie jesteś...
- Puszczaj mnie! – próbowała się szarpać
- Nie słyszałeś co powiedziała? Koniec podrywu! – Marek stanął miedzy nim a Basią i odepchnął lekko chłopaka
- Przeszkadzasz mi, nie wtrącaj się! – warknął, próbując go odsunąć ale ponownie został odepchnięty przez Brodeckiego
- Chyba wyraziłem się jasno, zostaw ją!
- Bo co? Zmieniłeś zdanie i sam chcesz ja przelecieć?!
- Marcin daj spokój, jesteś pijany! – Piotrek próbował odciągnąć kumpla
- Ale co daj spokój?! Chce się zabawić! Baska, wyskoczymy na szybki numerek?
- Piotrek zabierz go bo mu przywalę – Marek, jeszcze spokojnie zwrócił się do kumpla
- Chodź, ty już się wystarczająco dzisiaj nabawiłeś! Odwiozę cię do domu! – Marcin zaczął się trochę szarpać ale w końcu Piotrkowi udało się go wyprowadzić.
- Wszystko ok.? – Marek zwrócił się do Storosz, która cały czas chowała się za jego plecami
- Tak, w porządku
- Przepraszam cię za niego. Przeholował z alkoholem, jutro pewnie nawet nie będzie nic pamiętał
- Zauważyłam, nie musisz mnie za niego przepraszać – nieśmiało spuściła głowę – Dzięki, że... dzięki, że mi pomogłeś!
- Nie ma sprawy – oboje unikali swoich spojrzeń – Ja będę się zbierał. Zostajesz czy wracasz?
- Zostanę jeszcze, pomogę Zuzi sprzątać
- No, to... do zobaczenia w domu – pożegnał się Marek ruszając w stronę wyjścia
- Na razie! – rzuciła Basia odprowadzając go wzrokiem...

Sfora - 2010-03-30, 20:37

Noo to między Baśką i Markiem zaczyna być lepiej... TO WSPANIALE!!!
Mam nadzieję na szybki cedek

A reszta też niech pisze!
Sysia gdzie są lekarze?? Miałaś wrzucić

Ninuś - 2010-03-30, 20:51

Olka to opowiadanie jest genialne!!!
przeczytałam całe dopiero teraz i naprawdę rewela! :576: idzie się pośmiać!
Cieszę się, że relacje Basi i Marka się polepszyły i oby to się nie zmieniło :)
a to wszystko przez tą jego chorobę, a Basia okazała się bardzo dobra opiekunką :D

PS czy to opowiadanie ma jakiś tytuł?

sysia16223 - 2010-03-30, 21:38

Ola szybciutko poprosze nową część :-D i TO już! :-P Cudowne! :-D

Dodaje lekarzy, ale kompletnie nie wiem która część była, a która nie wiec daje od początku :-D

Cz.1

Zrobiła sobie właśnie malutką przerwę. Do następnego pacjenta ma 2 minuty, a organizm domagał się bezwarunkowo małej czarnej. Od kiedy jej partner zawodowy doktor Janusz Zagrodnik, wyjechał wraz z żoną do córki do USA, miała istne urwanie głowy. Została jedynym lekarzem rodzinnym w te małej mieścinie, w której mieszkała. Nie narzekała, bo przecież kocha ten zawód ponad wszystko, zawsze chciała zostać lekarzem i jej marzenie się spełniło. Musiała jednak przyznać, że zaczyna nie radzić sobie z natłokiem pracy. Od rana do 14 przyjmowała pacjentów w przychodni, później jeździła na wizyty domowe, a noc, czas kiedy może odpocząć za zwyczaj spędzała na wezwaniach.
-Dzień dobry pani doktor!- do pomieszczenia weszła starsza kobieta. Basia dobrze ją znała i za razem bardzo lubiła.
-Dzień dobry pani Jadziu, proszę.- przyjaźnie zaprosiła kobietę.- Proszę usiąść. Co się dzieje pani Jadziu?
-Właściwie to nic pani Basiu...- zaczęła niepewnie.
-Wiec, co panią do mnie sprowadza?- zapytała lekko zdziwiona dziewczyna. Pacjęci, raczej nie przychodzą bez przyczyny.
-Chciałam zobaczyć jak się pani miewa.- Odparła spokojnie kobieta.
-Dziękuję, całkiem dobrze. Pani Jadziu, czy wszystko na pewno jest w porządku?
-Tak, jak najbardziej! Po prostu my martwimy się o panią!
-Kto?- zapytała zaskoczona.
-Jak to kto? Wszyscy! Przecież wiemy, jak pani ciężko pracuje!- odparła z ożywieniem kobieta.-Tak nie wolno! Pani Górnik mówiła, że jeździ pani na każde wezwanie. Pani Wolska znów szepnęła mi w tajemnicy, że gdy pani przyjechała do jej Pawełka, gdy miał gorączkę, była pani wręcz wyczerpana..
-Dosyć pani Jadziu!- Przerażenie na twarzy Basi, dokładnie odzwierciedlało jej uczucia. Czy wszyscy tutaj wiedzą, co i gdzie robi?- Na prawdę, nie ma się pani czym martwić.
-Pani Basiu, niech nie unosi się pani dumą! Przecież widzę jak pani wygląda! Bez urazy, ale te cienie pod oczami, mówią same za siebie!
-Dla pani uspokojenia, powiem, że już dziś przyjeżdża pomoc!
-Ohhh Nareszcie! Już miałam dzwonić do Janusza! Jak mógł panią zostawić tak samą?
-Pani Jadziu, dobrze pani wie, że pan doktor miał swoje powody!- skarciła ją Basia. W głębi ducha musiała jednak, jej przyznać trochę racji. Była wycieńczona! Ona Basia Storosz, która nigdy nie narzekała na trudy, padała z nóg! Na szczęście, po ostatniej rozmowie Janusz obiecał jej, że przyśle jej kogoś do pomocy. Jakiś przyjaciel rodziny. Nie ważne! Byle kto, aby pomógł.
-I widzisz kochanie?- powiedziała smutno starsza kobieta.- Ledwo tu siedzisz!
-Nie jest tak źle...- wreszcie się złamała, ileż można kłamać, prawda i tak gryzie.-.. ale cieszę się, że dziś dostanę kogoś do pomocy.
-W takim razie ja już będę uciekać, Basieńko!- Uśmiechnięta kobieta, ruszyła ku drzwiom.- Powiem wszystkim, że oczekuje pani kogoś. Wie pani, jakim szacunkiem panią darzymy!
-Dziękuje!- zawstydzona Basia, aż poczerwieniała i gdy kobieta rozłożyła ramiona, chętnie się przytuliła.- Do zobaczenia pani Jadziu!
Praca dziś dłużyła się niemiłosiernie. Od wyjścia ulubionej sąsiadki, Basia spędziła czas na badaniach, wypisywaniu recept i słuchaniu historii pacjetów. Jedyne o czym marzyła, to gorąca kąpiel i łóżko. Gdy wreszcie znalazła minutkę, dosłownie padła na krzesło. Nie długo było jej dane odpoczywać, bo do pokoju jak strzała wbiegła jej koleżanka, recepcjonistka Zuzia.
-Basiu spójrz przez okno!- krzyknęła podekscytowana- I to już!
-Co tam jest?- zapytała od niechcenia, przymykając ze zmęczenia oczy.- Niemcy, Rosjanie? A może UFO?
-Ah, głupia! Lepiej! Wstań i zobacz!
-Jeśli to nic związanego z pracą, to nie ma mowy!
-Ale ty nudzisz!- Podekscytowana pielęgniarka, złapała Storosz za ręke i pociągnęła ku górze- Patrz!
Na parkingu pod przychodnią stało nowiutkie Ferrari 599GTB. Baśka uśmiechnęła się w myśli. Boże jaka kobieta zna wszystkie modele samochodów!? Ona zna. Wystarczy tydzień, w otoczeniu jej brata Kuby, a z całkowitego nowicjusza stajesz się znawcą samochodowym. Od niechcenia spojrzała po raz kolejny na parking. Z samochodu wysiadł mężczyzna w ciemnych okularach. Pfff... Kolejny amant. Nie potrzeba jej takich. W ogóle faceci, dla niej nie istnieją! Żaden nie jest szczery i Basia dawno przestała wierzyć w to, że odnajdzie upragnioną miłość.
-Baśka, o czym ty do cholery myślisz! Mówię do Ciebie! Spójrz jakie ciastko!
-Nie widzę, chyba potrzebuje wizyty u okulisty.- skłamała od niechcenia.
-Ciekawa jestem, co ten bóg robi w naszej dziurze?
-Może się zgubił.- kolejne puste stwierdzenie. Na prawdę średnio ją to interesowało.- Zuziu mam pomysł! Idź do recepcji, on na pewno przyjdzie tam zapytać o drogę.
Oczy dziewczyny zrobiły się ogromne, jakby właśnie odkryła skarb. Basia po raz kolejny zaśmiała się w duchu, ale nie dała po sobie tego poznać. Lubiła Zuzie, ale jej zachowanie odbierała za naiwne. Przynajmniej zniknie z jej gabinetu, a ona spokojnie odpocznie.
-Jak pojedzie, przyjdę Ci opowiedzieć!
-Tak, właśnie o tym marze!- dziewczyna była tak podniecona, że nie usłyszała, nawet ironii w głosie koleżanki- Idź!
Gdy recepcjonistka zniknęła za drzwiami, odetchnęła z ulgą. Wreszcie! Ponownie opadła na krzesło i zamknęła oczy. Wrrr.... Zuzia leci z opowieścią.
-Pani doktor, pan doktor Brodecki do pani.

Cz. 2

Nie, tylko nie on! Marek Brodecki, największy przystojniak na roku. Pfff... Każda leciała do niego, dosłownie jak ćmy do światła. No nic dziwnego: zabójczo przystojny, bogaty. Co dziewczyna może chcieć więcej? Basia chciała. Nie ważne, jej rozterki sercowe dawno się skończyły. Zerwała się z krzesła i właśnie wtedy ujrzała go w drzwiach. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętała. Wysoki, dobrze zbudowany, brunet, niebieskie oczy i ten uśmiech, którym właśnie obdarzył Zuzie. Zero zmian! W zachowaniu oczywiście też! Piepszony kokieciarz. Aż w niej zawrzało, co ten nadęty koleś od niej chce.
-Dzień dobry, Basiu.- zaczął pierwszy, rzucając jej jedynie przelotne spojrzenie.
-Nie przypominam sobie, żebyśmy przeszli na "Ty"- odparła sucho, zła na koleżankę, która stała jak urzeczona. Jeszcze chwila i otworzy usta.- Co pana tu sprowadza, panie Brodecki?
-Obowiązki Basiu.- odparł, kręcąc się po gabinecie.- Wychodzi na to, że od teraz jesteśmy partnerami.
-Nigdy nie byliśmy i nie będziemy partnerami, panie doktorze!
-Chyba nic się nie zmieniłaś, wciąż ta sama służbistka.- odparł oglądając zdjęcia jej rodziny.- To twój brat? Jesteście bardzo podobni.
-Zuzia, czy mogłabyś nas zostawić samych?- Storosz mocno zaakcentowała, swoją prośbę.
-Tak.... Już.. Tak..- Pielęgniarka jąkając się zniknęła za drzwiami.
-A teraz panie Brodecki, słucham. Czego chcesz?- rzekła, siadając. Siliła się, by uspokoić swoje nerwy.
-Już powiedziałem. Przyjechałam tu na prośbę Janusza, podobno sobie nie radzisz.
-Phiiii... Też coś!- warknęła złowieszczo, zła za tą uwagę. Ona sobie nie radzi? Co za nietakt z jego strony.- Jak widzisz, radzę sobie świetnie, dlatego nie musisz sobie, więcej zawracać głowy. Wracaj do stolicy.
-Nie zachowuj się jak mała, rozkapryszona dziewczynka. Wiemy oboje, że jeden lekarz rodzinny to za mało.
-Jakoś dawałam sobie radę!- wręcz krzyknęła i ucichła, zawstydzona swoim wybuchem.
-Masz w domu lustro?- zapytał, odwracając się ku niej- Niewidomy, by zauważył, że jesteś na skraju wyczerpania.
-Jak śmiesz! -warknęła.- Nie życzę sobie, byś mnie oceniał.
Taaaaa... Nic się nie zmienił. Tak samo nadęty i cwany, jak na studiach. Już wtedy ich kontakty nie należały do dobrych. Ona zawsze była przykładną uczennicą, zero oblanych egzaminów, zero opuszczonych zajęć... Zero przyjaciół... A on! Dusza towarzysta, facet, który z jedną dziewczyną, nie pokazuje się dwa razy. Dla niego była jedynie molem książkowym i kujonem. Ale co ją to obchodzi!
-Nie oceniam Cie Basiu.- powiedział rzeczowym tonem.-Stwierdzam, że widać iż jesteś zmęczona.
-Nie potrzebuje Twojej pomocy!- powiedziała głucha, na jego argumenty.
-Ty dalej swoje?- zrobił zniecierpliwioną minę.- Obiecałam Januszowi, więc nie wyjadę, póki on nie wróci.
-Ja do niego zadzwonię! Wyjaśnię. Nie martw się, nie będzie Ci miał tego za złe.- wycedziła przez zęby. Dlaczego ten człowiek, ją tak denerwuje?
-Skończyłaś? Nie ruszę się stąd! Powiedź mi teraz jakie są moje obowiązki.
-Przestań! Sprawia Ci to przyjemność?
-Co takiego?- zapytał bezwstydnie patrząc jej prosto w oczy. Spojrzenie się przedłużyło, a ona jakby zapomniała języka w gębie. Boże, co on sobie pomyśli? A zresztą co ją to obchodzi? Już miała mu dociąć, gdy drzwi do gabinetu stanęły otworem. Zuzia!
-Pani doktor! Szybko, pani Dunaj przywiozła Mateuszka, spadł z konia. Ma pogruchotaną nogę.
Zerwała się tak szybko, że przez ułamek sekundy zobaczyła ciemność. Nie tylko,nie teraz! Nim zdążyła upaść poczuła silne ramiona, które sadzają ją ponownie na krzesło.
-Baśka, w porządku?- zapytał chłopak.- Jak się czujesz?
-Mateusz...- powiedziała zachrypniętym głosem.
-Ja się nim zajmę.
-Nie! To mój pacjent!
-Ok. Przyjdziesz, jak Ci przejdzie.
-Czyli już!
-Na pewno?
-Przestań, czeka na nas dziecko!
Chłopcem zajęli się oboje. To dziwne współpracowało im się dobrze. A przecież, tak się nie cierpią! Unieruchomili nogę, podali środki przeciwbólowe i wezwali pogotowie. Gdy ambulans odjechał, ponownie powrócili na ścieżkę wojenną.
-Dasz się zaprosić na lunch?- zapytał.- Umieram z głodu!
-Jestem w pracy.- odparła zostawiając go w tyle. Ruszyła do swojego gabinetu.
-Czy znasz inne słowo, oprócz "praca"?- zapytał ozięble, wchodząc za nią do gabinetu.
-Mam jeszcze dużo pra... Obowiązków! Czekają na mnie pacjenci w domach.
-W porządku, więc pojedziemy razem.
-Nie ma takiej potrzeby! Idź zjeść.
-Gdzie zaparkowałaś samochód?
Wychodzili właśnie z domu państwa Barczyńskich. Ostatnich na liście odwiedzin. Brodecki stał na schodach, przyglądając się swojej nowej partnerce. Czy to na pewno była ona? Zawsze pamiętał ją jako zimną, pozbawioną humoru i opryskliwą. Teraz zobaczył jej inną twarz. Ludzie tu, wręcz ją uwielbiali! Każdy z pacjentów witał ją ciepło proponując kawę i ciastka. Każdego pytała o członków rodziny, a oni chętnie opowiadali. Uśmiech nie znikał z jej ust. Teraz właśnie żegnała się z 4-letnim chłopcem, który za nic w świecie nie chciał wypuścić pani Basi z domu.
-Kochanie, obiecuję, że Cię odwiedzę za niedługo.- dziewczyna kucnęła koło malca, głaskając jego nadąsaną buzię.
Na prawdę miała podejście za równo dla najmłodszych, jak i dojrzałych pacjentów. Spokojnie wysłuchiwała relacji i udzielała, jego zdaniem, trafnych porad. Coś co jeszcze rzuciło mu się w oczy, to troska ludzi o tą drobną kobietę. Wręcz bombardowali go pytaniami, czy jest w stanie jej pomóc. Każdy właściwie powtarzał to samo: Pani Basi należy się odpoczynek!
-Dziękuje pani doktor- powiedziała matka malca, próbując odkleić go od Storosz.- Kubuś chodź, pani musi iść do domku wypocząć. Bo tak właśnie pani zrobi, prawda?
Basia roześmiała się szczerze, a Brodecki poczuł skurcz żołądka. Jak melodyjny był ten śmiech. Wyglądała przy tym jak anioł.
-Prosto do łóżka!- odparła wesoło.- Do widzenia kochanie.
Już za moment mknęli jej samochodem w stronę przychodni. Bo tóż obok stał jej służbowy dom, na tyle duży by pomieścić pięciu lekarzy, a przecież mieszkała w nim sama.
-Na prawdę Cię tu szanują.- powiedział, spoglądając jak płynnie prowadzi samochód.- Kto Cie tak nauczył jeździć?
-Brat.- odparła krótko.
-Nieźle! Może kiedyś się pościgamy?
-Po pierwsze nie jestem ryzykantką. Po drugie z twoim samochodem nie mam szans. Po trzecie...
-Jezu, trochę więcej ryzyka dziewczyno!
-Dla mnie ryzykanci to kompletni idioci!
-Jeśli nie zaryzykujesz, nie zasmakujesz życia.- odparł broniąc swoich racji.
-To twoje motto? W sumie można było się tego spodziewać. Zero stałości!
-A twoim mottem jest: memento mori?- rzucił złośliwie.- Wiesz w ogóle, co to przyjemność?
-Codziennie czerpie przyjemności...
-Na przykład?
-Yyyy... Na przykład praca...
Jego prychnięcie było tak głośne, że wręcz nie grzeczne. Co go obchodzi, co ona uznaje za przyjemność! Dla niej praca była relaksem. Ucieczką od myśli.
-Czy ty żyjesz tylko pracą?- jego pytanie zastygło w próżni, więc kontynuował- Od kąd tu przyjechałem, nie słyszę nic innego!
-To nie twój interes!
-Wydaje Ci się! Teraz z Tobą zamieszkam i...
-Chyba żartujesz! Nie ma takiej opcji! Znajdź sobie mieszkanie!
-Janusz zapewnił, że dom jest na tyle duży, że zmieszczę się wraz z całą rodziną.
-Rodziną?- zapytała naglę, zaintrygowana.
-Taka przenośnia.- odparł oschle.
-Ah...- zrobiło jej się głupio. Jak może być tak wścipska!?
-Skoro więc będziemy mieszkać razem, nie chce słyszeć jedynie o zawodzie, który wykonujemy.
-I tak nie zamierzam z Tobą o niczym rozmawiać!
-Będziemy się mijać w domu bez słowa?- zapytał, patrząc na nią z politowaniem.
Była zabawna. Zachowywała się tak nerwowo, jakby wspólne mieszkanie, było czymś w rodzaju getta.
-Właśnie tak!
-Zobaczymy...

isis - 2010-03-30, 21:40

Olka to opowiadanie mnie rozbraja! :576:
Rozmowy Basi i Marka są powalające :lol:
No,ale widać,że teraz idzie ku lepszemu;)Dawaj szybko kolejną część!!!!

olka - 2010-03-31, 12:15

Są moi Lekarze! Juupiiii! :lol: Sysia, to kolejne Twoje opo, które uwielbiam! :mrgreen:
Nie rozumiem czemu Baśka taka nerwowa, ja bym tam chciała mieszkać z takim Mareczkiem :lol:
Ale sądze, że Brodecki już znajdzie jakiś sposób, by ją do siebie przekonać hihi :D
Czekam na cedek! :**

No i dziękuje za komenatrze :*** A jeśli chodzi o tytuł tego opka, to umownie nazywa się ono "Lokatorzy" :lol:

sysia16223 - 2010-03-31, 18:48

Ola daj dziś nową część! Proszeeeeeee :-D
Albo Lokatorów, albo DDM :-P
Błagam! :-)

olka - 2010-03-31, 21:34

Cz.6

Następnego dnia Marek obudził się dość późno. Leniwie przeciągając się na łóżku, otworzył jedno oko i zerknął na zegarek. Było kilka minut po 10. Wciągnął na siebie spodnie i powoli ruszył w stronę sypialni. W domu panowała idealna cisza więc był przekonany, że jego współlokatorka jeszcze smacznie śpi. Nie pukając, wparował do środka i oniemiał. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to zgrabne pośladki Storosz ubrane w czarne koronkowe figi i ich właścicielka zakładająca właśnie górę od swojej bielizny. Dziewczyna słysząc otwierane drzwi odwróciła głowę do tyłu i zamarła
- Aaaa! Brodecki! – chwytając bluzkę, która leżała na łóżku starała się zakryć to i owo – No i co się gapisz?! Wyjdź stąd!
- Yyy ja tylko... przepraszam no, bluzę chciałem wziąć! – stał na środku pokoju lustrując ją wzrokiem od góry do dołu
- Nie umiesz pukać?! – wysyczała wściekła – Zabieraj tą bluzę i spadaj!
- Dobra, nie denerwuj się tak! – uśmiechnął się głupio – I tak wiele nie zobaczyłem... – wyciągnął z szuflady odpowiedni ciuch i skierował się do wyjścia. Chwytając za klamkę odwrócił się jeszcze raz w jej stronę
- Swoją drogą... ładna bielizna – rzucił i zniknął za drzwiami unikając lecącej w jego stronę poduszki
- Chrzań się! – wkurzona opadła na łóżko. Godzinę później w pełnym stroju skierowała kroki do kuchni, gdzie również siedział Marek. Minęła go bez słowa, wyciągając z lodówki sok i nalewając sobie do szklanki
- Oj daj spokój, obraziłaś się? – zapytał ze śmiechem – Nie ma się czego wstydzić!
- Wiesz co? Daruj sobie! – wzięła do ręki jabłko i skierowała w stronę wyjścia
- Dokąd idziesz? – zapytał widząc jak zakłada buty
- Mam sprawy na mieście! Wrócę późno! – odburknęła i wyszła trzaskając drzwiami, on tylko pokiwał głową i z talerzem kanapek usiadł przed telewizorem. Basia długo nie wracała, koło 23 Marek zaczął się poważnie o nią martwić. Kiedy kolejny raz podchodził do okna wyglądając Storosz usłyszał zgrzyt zamka w drzwiach. Wyszedł na korytarz i zobaczył w progu zapłakaną dziewczynę.
- Baska? Co się stało? – zapytał wystraszony podchodząc bliżej, Ona nic nie mówiąc wtuliła się w jego ramiona wybuchając płaczem. Marek przytulił ją mocno, delikatnie głaszcząc po głowie – Ciii... już dobrze, co się stało? – odsunął ją lekko od siebie i spojrzała w zapłakane oczy.
- Zasiedziałam się u koleżanki i kiedy wracałam do domu jacyś trzej faceci mnie napadli – wyszeptała cichutko – Okradli mnie i chcieli... ale ktoś szedł i ja wtedy uciekłam... – nieśmiało spojrzała mu w oczy
- Chodź, zrobie ci herbaty... – objął ją ramieniem i poprowadził do salonu. Chwile potem siedzieli obok siebie na kanapie nic nie mówiąc
- Jeden z nich przystawił mi nóż do gardła... – odezwała się cicho, ścierając pojedynczą łzę – Tak strasznie się bałam... – głos jej się załamał
- Hej, Basia... – uniósł dłonią jej podbródek by spojrzała mu w oczy – Już po wszystkim – uśmiechnął się lekko i przyciągnął do siebie a ona oparła głowę na jego ramieniu – A następnym razem, jak zasiedzisz się u koleżanki, po prostu zadzwoń. Przyjadę po Ciebie... – uniosła lekko głowę i spojrzała na niego
- Naprawdę? – zapytała głosem małej dziewczynki
- Naprawdę! – puścił jej oczko i promiennie się uśmiechnął. Nie wiadomo kiedy, nie odrywając się od siebie, zasnęli...
Rano skrzywił się lekko pod wpływem ostrych promieni słonecznych. Ziewnął i chciał przeciągnąć, ale poczuł na swym ramieniu jakiś ciężar. Basia, przytulona do niego, smacznie spała. Lekko się uśmiechnął i najdelikatniej jak tylko potrafił wysunął ją ze swych ramion i położył na kanapie. Przykrył kocem i na paluszkach udał się do kuchni. Stanął przy stole i rozejrzał dokoła
- No to może jakiś śniadanko? Tylko co by tu zrobić... - klapnął na krzesełko – Pascal ze mnie żaden, ale spróbować zawsze można. To może naleśniki z konfiturami? - podszedł do lodówki wyciągając jajka i mleko - Dobra, mąka jest to kręcimy! - zadowolony z siebie wziął do ręki mikser.
Hałas obudził Basię, która przetarła zaspane oczy i wolnym krokiem poczłapała do kuchni.
- Marek, co Ty wyprawisz? - zapytała zdziwiona, widząc Brodeckiego w fartuszku, przy garach, z robotem w ręku
- Co, nie widać? Śniadanie robię, a przynajmniej się staram. Idź, weź prysznic czy coś. Tylko szybko wracaj, zaraz będzie gotowe - dziewczyna nic nie odpowiedziała tylko odwróciła się i podążyła do łazienki.
Po około pół godzinie Marek postawił na stole talerz pełen cieplutkich i pachnących naleśników. Spojrzał w kierunku łazienki, gdzie nadal świeciło się światło. Podszedł do drzwi i delikatnie zapukał.
- Basiu, wszystko w porządku? Nie siedź za długo bo ci wystygnie...
- Zaraz wychodzę! – krzyknęła mu zza drzwi – Jestem! – po kilku minutach weszła do kuchni z mokrymi włosami i w ciepłym szlafroczku - Co jest? Skąd taka mina? - zapytała nakładając sobie naleśnika - Na pewno są dobre, nie przejmuj się – zachichotała puszczając mu oczko
- Mam nadzieję - szepnął pod nosem Marek i z przyklejonym uśmiechem na ustach przyłączył się do konsumowania
- Noo! Muszę przyznać, że były niezłe! - Basia odstawiła swój talerzyk i wstała od stołu - Jak skończysz to wstaw do zlewu, ja pozmywam. Trzeba się dzielić, nie? – uśmiechnęła się opuszczając kuchnie
- Co racja to racja! – przytaknął, nakładając kolejną porcję naleśnikow.
- Marek, musimy trochę posprzątać. Zobacz jak to wszystko wygląda, chlew jakiś! – Basia po zmyciu naczyń zjawiła się w salonie.
- Ale o co Ci chodzi? Jest dobrze... - Brodecki bezmyślnie gapił się w telewizor.
- Marek! Kurz powyżej jednego centymetra sam nie odpada, to jest udowodnione, także możesz przestać robić doświadczenia! – popatrzyła na niego wymownie - Ty sprzątasz salon, ja łazienkę – widząc jak się krzywi dodała – Dobra, pomogę Ci, ale potem Ty pomożesz mi w łazience.
- Ewentualnie może tak być... – westchnął smętnie
- Kuchnia z grubsza jakoś wygląda a do sypialni.... najwyżej zamknę drzwi - skrzywiła się lekko i pierwsze co zrobiła, to otworzyła okno.
- To ja pozbieram te ubrania - Brodecki leniwie podniósł się z kanapy i ledwie wziął do ręki bluzę rozległ się dzwonek do drzwi.
- Otworzę! A Ty zbieraj, zbieraj - zaśmiała się widząc zrezygnowaną minę chłopaka i podreptała do korytarza.
- O przepraszam, chyba pomyliłam mieszkania - na progu stała kobieta w średnim wieku - Ale to jest numer 26, tak? - kobieta zerknęła jeszcze raz na tabliczkę z numerkiem
- Tak, to jest numer 26. Mogę w czymś Pani pomóc? - Basia uśmiechnęła się serdecznie.
- Ja się nazywam Maria Brodecka, ten adres podał mi mój syn, ale widzę, że zaszła pomyłka - kobieta zaczęła się wycofywać.
- Nie, nie. Marek chodź tu szybko! Masz gościa! - zawołała zmieszana i po chwili w korytarzu pojawił się Brodecki
- Mama?! - chłopak z tego wszystkiego wypuścił trzymane w rękach ubrania – Proszę, wejdź do środka - Pani Brodecka stała na progu oniemiała.
- Mówiłeś, że będziesz mieszkał sam... – zmierzyła Basię surowym spojrzeniem
- Yyyy to ja... to ja pójdę do siebie – dziewczyna natychmiast ulotniła się do sypialni.
- Oj mamo, wejdź - Marek wszedł do kuchni, a za nim podążyła pani Maria - No, bo miałem mieszkać...
- Marek, ale jak tak można?! Bez ślubu z dziewczyną?! Nie tak Cię wychowałam! - Pani Brodecka podniosła głos.
- Ale mamo....
- Nie przerywaj mi teraz! Gdybym wiedziała, że wywiniesz taki numer, nigdy w życiu bym się nie zgodziła na to całe mieszkanie! Coś Ty najlepszego narobił?! Ona jest w ciąży, prawda? To trzeba zorganizować jakiś szybki ślub, póki jeszcze nie widać! Przecież tak dalej być nie może! - Pani Maria wypowiadała słowa z prędkością światła, uniemożliwiając synowi dojście do głosu - Niech się ojciec o tym dowie, a dopilnuję żeby się dowiedział! A byłeś taki przekonujący, gdy mówiłeś o tym mieszkaniu! Przecież ja nawet nie mam dziewczyny - mama Marka zaczęła naśladować syna - Tam będę miał spokój, chcę się uczyć! No pięknie, ładny mi spokój! Myślałeś, że się nie dowiem?!
- Ale mamo, to wszystko nie tak! - Marek wreszcie doszedł do głosu - Ta dziewczyna, ma na imię Basia i ona nie jest moją dziewczyną! Mieszkamy po prostu razem, dlatego, że... - tu zawiesił głos, zastanowił się chwilę co ma powiedzieć, bo na pewno nie to, że został oszukany - To jest kuzynka Piotrka. Zatrzymała się po prostu u mnie na kilka dni. Wyjedzie niedługo i będę mieszkał sam, mamo, przecież bym Cię nie okłamał - Marek uśmiechnął się słodko, w duchu przeklinając się, za to co robi.
- No dobrze... – pani Maria popatrzyła na niego niepewnie - Może rzeczywiście mówisz prawdę
Po chwili w kuchni słychać było już przyjemną rozmowę matki z synem. Pani Brodecka po około dwu godzinnej pogawędce wyszła z mieszkania. Gdy tylko drzwi się zatrzasnęły Marek oparł się o nie i z ulga wypuścił powietrze.
- Kuzynka Piotrka, tak? – w korytarzu stanęła Basie z rękami na piersiach - Nic lepszego nie mogłeś wymyślić?
- A Twoim zdaniem co powinienem powiedzieć?
- Moim zdaniem prawdę.
- Tak? A Ty powiedziałaś, że ze mną mieszkasz? - Marek spojrzał się na nią uważnie dostrzegając jej zmieszanie – Ha! Tak myślałem!
- Ojjj tam! Nie zmienia to faktu, że nadal mamy w domu burdel i to przez Ciebie! - wbiła mu palec w ramię.
- Przeze mnie? Przecież mieszkamy tu razem!
- Tak, ale przecież ja jestem tylko gościem - wypięła mu język znikając w salonie...

sysia16223 - 2010-03-31, 22:47

Ja chce więcej! :-D
to mnie wciągnęło jak narkotyk! :-P

isis - 2010-04-01, 08:37

Sysia lekarze są boscy!!! :576:
Twoje opowiadania są fenomenalne!!Ja chce więcej!:)

Olka-rozbrajasz mnie tym opowiadaniem :576:
Znajomość Basi i Marka przeszła na wyższy stopień wtajemniczenia-mówią już do siebie po imieniu,a nie jak przedtem "Ty idioto"albo "Wariatka" :lol:
Więcej,więcej,więcej!!!!!!

olka - 2010-04-01, 12:36

Cz. 7

Ostry dźwięk dzwonka sprawił, że Marek wychylił swoją rozczochraną głowę spod kołdry. Przez chwilę myślał, że to mu się śni, ale gdy po raz kolejny osoba stojąca pod drzwiami dała o sobie znać, leniwie poczłapał otworzyć.
- Dzień dobry! - na progu stała ładna, długonoga dziewczyna, która lustrowała wzrokiem, stojącego w samych bokserkach, Marka - Ojej, obudziłam Pana. Przepraszam, jakoś tak wyszło. Ale widzę że Pan nie zdążył się jeszcze wyprowadzić. Nie szkodzi ja poczekam - postawiła swoją walizkę w korytarzu i weszła dalej, zostawiając osłupiałego chłopaka.
Po pierwszym szoku Brodecki zamknął drzwi, pokręcił z niedowierzaniem głową i ruszył za przybyłym gościem.
- Przepraszam bardzo, ale to chyba jakaś pomyłka....
- Raczej nie. O co Panu chodzi? Miałam się dziś zgłosić więc jestem - dziewczyna usiadła na fotelu zakładając nogę na nogę.
- Ale jak to zgłosić? Biuro rachunkowe jest za rogiem... - Brodecki założył ręce na klatce piersiowej.
- Proszę Pana, my się chyba nie zrozumieliśmy. Właściciel tego mieszkania mówił....
- Ale to jakaś pomyłka! Właścicielem tego mieszkania jestem ja!
- Jak to Ty?! - dziewczyna zerwała się do pozycji stojącej - Przecież ja mam akt wynajmu! - wyciągnęła rękę z kartką, którą Marek natychmiast wziął i zaczął czytać. Z każdym kolejnym przeczytanym słowem na jego twarzy malowało się coraz większe przerażenie.
- Baśka! Baśka, chodź szybko! - opadł ciężko na kanapę drapiąc się przy tym po głowie.
- Co się stało? - w drzwiach pojawiła się zaspana Storosz
- Chyba mamy problem - podszedł do niej podając kartkę
Po kilku minutach Basia nerwowo chodziła po salonie, a kompletnie ubrany już Marek opierał się o ścianę, ze spuszczoną głową.
- Nie, no to nie może być prawda! Boże, to jakaś farsa! - Basia podeszła do Marka - Ty się na tym znasz, zobacz czy to nie jakaś podróba! - podała mu kartkę i popatrzyła w oczy z nadzieją.
- Już sprawdzałem. Oryginał - Brodecki zgiął akt własności na pół - Ale powiedz mi, kiedy Ty wynajęłaś to mieszkanie?
- Jakiś miesiąc temu, i miałam wprowadzić się właśnie dziś! - dziewczyna nie przejęta w ogóle sytuacją siedziała wygodnie na fotelu machając nogą.
- Posłuchaj... jak Ty w ogóle, masz na imię? - Basia podeszła bliżej dziewczyny.
- Gośka! – posłała Markowi promienny uśmiech
- No właśnie, więc posłuchaj Gośka! Zaszło jakieś nieporozumienie. Po prostu, jakby Ci to powiedzieć.... nie możesz się wprowadzić... - Baśka skrzywiła się lekko i z obawą zerknęła na chłopaka, który potaknął głową.
- Ale jak to?! - Gosia zerwała się z fotela - To jest także moje mieszkanie! I mam takie samo prawo jak wy, żeby tu mieszkać!
- Ale jak Ty to sobie wyobrażasz?! - Basia stanęła obok Brodeckiego - Marek, powiedz coś!
- Basia ma rację, to mieszkanie jest za małe. My się ledwie mieścimy, a co dopiero w trójkę....
- Ale Wy chyba nie rozumiecie, nic mnie to nie obchodzi! Ja za to mieszkanie słono zapłaciłam i nie wyniosę się. Chyba, że zwrócicie mi kasę - spojrzała na współlokatorów, dłużej zatrzymując wzrok na Marku. Uśmiechnęła się i wyszła na korytarz
- Marek, zrób coś! - jęknęła Basia opierając się o ścianę.
- A co ja mogę? - Brodecki opuścił bezradnie ręce patrząc jak Gosia ciągnie za sobą walizkę

(...)

- Bosh! Zuzka.... – dwie godziny później, Baska załamana opadła na kanapę w mieszkaniu przyjaciółki, bezradnie chowając twarz w dłoniach – Przecież ja zwariuje... – jęknęła spazmatycznie – Niedługo się okaże, że mieszka tam cały garnizon wojskowy! Niech ja tylko dorwę tego faceta w swoje ręce, to... – zmrużyła wściekle oczy i zacisnęła pieści.
- No to rzeczywiście kiszka. I co zamierzasz? Właściwie co zamierzacie? – zapytała Zuzka siadając obok przyjaciółki
- Ta ruda małpa się nie wyniesie! Ledwo przekroczyła progi mieszkania a już się panoszy! Grrrr!! Jak ja nienawidzę takich sytuacji!
- A co na to Marek?
- Marek, Marek, Marek – rzuciła przewracając oczami – Wystarczyła krótka mini, kilka uśmiechów i już jest po jej stronie! Gdybyś ją widziała... Mareczku to, Mareczku tamto – zaczęła przedrzeźniając nową „koleżankę” - A może pomógłbyś mi wnieść rzeczy? – w tym momencie Zuzka wybuchła śmiechem – Co?!
- Baska, czy Ty przypadkiem nie jesteś zazdrosna? – zapytała starając się opanować
- Ja?! Chyba żartujesz! Pff ... zazdrosna – prychnęła lekceważąco, zakładając nogę na nogę
- To dlaczego się tak wściekasz?
- Bo... bo... no a jak mam się nie wściekać, kiedy pod mój dach zwala się kolejny niechciany lokator?! Mamy z Markiem mało miejsca a teraz będzie go jeszcze mniej!
- Ciekawe czy reagowałabyś tak samo, gdyby to był jakiś przystojny blondyn?
- Oj Zuzka, przestań już i lepiej idź po to wino! – Ostrowska tylko zachichotała pod nosem i poczłapała do kuchni po butelkę czerwonego trunku...

Następnego dnia Marek, wcześnie rano udał się na miasto w celu zakupu jakiegoś mebla do spania. Biedaczek jedną noc mógł przekoczować na podłodze, ale kolejnych, jego kręgosłup na pewno by nie wytrzymał. Podobnie zrobiła Basia. Kilka minut po Marku ona również opuściła mieszkanie udając się z Zuzia na wycieczkę za miasto. Nowa współlokatorka została sama. Nudziła się, chodząc z kąta w kąta i lustrując wyposażenie mieszkania. Jej szczególną uwagę przykuł fotel w dość opłakanym stanie. Obeszła go z każdej strony uśmiechając się pod nosem.
- Ten salon może jeszcze jakoś wyglądać - na miejsce fotela postawiła stolik, dotychczas stojący obok kanapy – Dobra, trzeba teraz pozbyć się tego paskudztwa i kupić coś bardziej gustownego!
Dwie godziny później, targając przed sobą zieloną pufę weszła do mieszkania, za nią wkroczył krępej budowy mężczyzna trzymając drugi, taki sam mebel.
- Dziękuję bardzo, Panie Stanisławie. Naprawdę Pan mi pomógł, sama bym sobie nie poradziła - uśmiechnęła się do sąsiada.
- Nie ma za co, Pani Małgosiu, może jeszcze pomogę znieść Pani ten stary fotel? - sąsiad chwycił go i po chwili już go nie było.
- No to z głowy! Ha! Zmodernizujemy troszeczkę salonik – podśpiewując, zaczęła małe przemeblowanie.
W południe zamek w drzwiach wreszcie się przekręcił i w korytarzu stanęli roześmiani współlokatorzy Małgorzaty.
- A Wy tak razem na tych zakupach? – Gosia zmierzyła ich podejrzliwym spojrzeniem
- Nie! Spotkaliśmy się na klatce - Baśka parsknęła śmiechem.
- Co się śmiejesz? - dziewczyna spojrzała na nią jak na wariatkę.
- Nic. Po prostu Marek.... Marek opowiedz jej - Basia w tym momencie jeszcze raz wybuchła śmiechem i udała się do salonu - Co tu się stało?! – krzyknęła będąc w totalnym osłupieniu
- Co? Gdzie? - Marek słysząc przerażony głos koleżanki pojawił się w pomieszczeniu.
- No właściwie nic - Gosia uśmiechnęła się głupio - Postanowiłam unowocześnić trochę nasze mieszkanko!
- Ale kto Ci pozwolił w ogóle?! I gdzie jest do cholery mój fotel?! - Basia spojrzała wściekła na dziewczynę.
- No wyrzuciłam go! Ten rupieć i tak się do nieczego nie nadawał - oznajmiła zadowolona z siebie.
- Co zrobiłaś?! Jakim prawem?! To był mój fotel! Mój! Marek czy Ty słyszysz to?! - Storosz spojrzała się na chłopaka - No powiedź coś!
- Marek, podoba Ci się jak urządziłam nasz salon? - dziewczyna uśmiechnęła się do Brodeckiego.
- No... całkiem nieźle - Brodecki lekko odwzajemnił uśmiech Gosi – chociaż fotel też był w porządu
- W porządku?! Mam Ci przypomnieć kto najwięcej na nim przesiadywał?
- Oj Baśka, to tylko głupi fotel, nie wściekaj się tak - Marek chcąc załagodzić sytuację podszedł bliżej Storosz, ale ta wściekła odsunęła się szybko od niego.
- Głupi fotel?!
- Bosh! Dziewczyno jesteś przewrażliwiona, ten rupieć do niczego tu nie pasował! – wtrąciła się nowa
- Zamknij się! Nic mnie to nie obchodzi, ale ten mebel ma tu wrócić i to jak najszybciej! –wściekła zwróciła się do Małgosi - Nie wiem jak to zrobisz, ale widzę go za godzinę z powrotem!
- Gosiu, czym możesz zostawić nas samych? Chyba musimy pogadać - Marek widząc, że Basia nie uspokoi się tak szybko postanowił ewakuować stąd dziewczynę, bo może dojść do rękoczynów.
- Dobrze, już mnie nie ma – ślicznie się do niego uśmiechnęła i wyszła z salonu.
- Nic do mnie nie mów! Nic do mnie nie mów! – Baska rzuciła wściekle, jak tylko Marek próbował otworzyć usta – Wyrzuciła MÓJ ulubiony fotel i nie daruję jej tego! Ledwo się wprowadziła i już się rządzi!
- Ale czy Ty nie przesadzasz? Przecież nic się takiego nie stało! Spójrz na to z innej strony, mamy „nowy” salon za darmoszkę. A ten fotel i tak miałaś wyrzucić – wzruszył beztrosko ramionami
-Widzę, że nasza nowa koleżanka już Cię do siebie przekonała! – obrzuciła go pełnym jadu spojrzeniem – Ciekawe tylko, czy gdyby pozbyła się którejś z twoich rzeczy, byłbyś tak samo łaskawy!!
- Ale o co ci chodzi?!
- Mi?! O nic! Najzupełniej w świecie o nic! – krzyknęła i trzaskając drzwiami zamknęła się w sypialni
- I zrozum tu baby! – Marek przewrócił oczami i zrezygnowany opadł na kanapę...

isis - 2010-04-01, 20:26

Ale czad :lol:
Takiego obrotu akcji się nie spodziewałam :lol:
Heh teraz do kompletu rzeczywiście brakuje jakiegoś przystojnego blondyna :lol:
Gośka ledwo zamieszkała z Basią i Markiem,a już wprowadza swoje zasady gry;p
Oj ciekawe jak to wszystko się potoczy :lol:

Ninuś - 2010-04-02, 19:16

No nie powiem, ładnie się porobiło :D
ten właściciel mieszkania, który im wszystkim wynajął mieszkanie, to... naprawdę cwaniak! Żeby tak ludzi oszukać... a kto wie, może JESZCZE ktoś się wprowadzi :lol: to by były wtedy jaja! :576:
i strasznie się cieszę, że Basia i Marek dogadują się jako tako :)
ta Gośka... wwrrr rządzi się za dużo, niech spada na drzewo!

czekamy na następne części ! ;**

olka - 2010-04-03, 09:17

Dziękuje ;***

Cz. 8

Następnego dnia, Gośka wracając z zakupów koło 10 przekroczyła progi mieszkania. Zostawiła torby w korytarzu i skierowała kroki do salonu.
- Marek, panowie z meblowego przywieźli Twoje łóżko – usiadła na oparciu kanapy na której siedział chłopak i szeroko się uśmiechnęła.
- Już? - Marek podniósł się do pozycji pionowej mimochodem zerkając na opalone nogi koleżanki
- Czekają na dole - Brodecki po tych słowach wybiegł z mieszkania, a po niecałym kwadransie pojawił się z powrotem instruując pana Czesia i jego współpracownika gdzie mają postawić ten wygodny mebelek.
- Może, niech Panowie zaniosą je na razie do salonu - zadowolony Marek wskazał miejsce chwilowego postoju nowego mebla - Dziękuję bardzo, do widzenia – kilka minut później pożegnał panów uściskiem dłoni i wrócił do salonu obejrzeć dokładnie nowy zakup.
- Co się dzieje? - hałasy wyciągnęły Basię z sypialni - Kupiłeś łóżko? - stanęła obok Marka
- No - Brodecki popatrzył na nie z zachwytem - Super jest, nie?
- Mhm - dziewczyna pokiwała głową.- Tylko, gdzie je wstawisz?
- Pomyślałem sobie, że do tego wolnego pomieszczenia…
- Masz na myśli, tą rupieciarnie, na końcu korytarza? - Basia zerknęła na niego zdziwiona.
- A co? Zły pomysł?
- Tam jest potworny bajzel! Wiesz ile będziesz to sprzątał?!
- Oj tam, jest nas troję, poradzimy sobie – szeroko się do niej uśmiechnął
- Nie, nie, nie! – dziewczyna kategorycznie pokręciła głową – Na mnie nie licz! Nie mam zamiaru męczyć się z tymi pudłami!
- Ale Basia, w trójkę pójdzie nam znacznie szybciej – zrobił maślane oczy w jej kierunku
- A co mi z tego przyjdzie? – zapytała zakładając ręce na piersi
- Postawię ci za to piwo, co?
- Pff...
- Dwa piwa? – popatrzył na nią błagalnie ale nie widząc reakcji dodał – No dobra, dwa piwa i kolacja, może być?
- Plus dwa bilety do kina – dodała zadowolona – Pójdziemy sobie z Zuzią
- Czy Ty nie za wiele wymagasz?!
- Mam ci pomóc czy nie? To jak, zgoda? – uśmiechnęła się promiennie
- Zgoda! – rzucił zrezygnowany
- No! – klasnęła w dłonie – Bierzemy się do roboty!
Cała trójka zaraz ostro wzięła się do pracy. Marek powyciągał wszystkie kartony, stary zepsuty rower, telewizor i inne rzeczy, które uniemożliwiały wejście do środka pomieszczenia. Okazało się że ten pokoik tylko sprawiał wrażenie malutkiego, a spokojnie wystarczy miejsca na urządzenie wygodnej sypialni dla Marka.
- Trzeba ściągnąć resztę tych pudeł z góry - Gosia w swojej krótkiej sukience weszła na krzesełko, prezentując tym samym swoje wdzięki. Marek jak to facet, mając przed sobą takie widoki, nie był w stanie odwrócić głowy w innym kierunku.
- Uważaj, bo sobie podrzesz tą sukieneczkę - Basia dogryzła dziewczynie widząc, że Marek lustruje ją wzrokiem. Nagle krzesło niebezpiecznie się zachwiało a Gośka prawię straciła równowagę i gdyby nie szybka interwencja Mareczka, który w ostatniej chwili złapał dziewczynę, najpewniej wylądowała by na podłodze.
- Ojej, bym upadła! - zawołała obejmując go mocno za szyję
- Nie dalej niż na podłogę - Storosz mrukneła pod nosem poirytowana zachowaniem chłopaka, wpatrującego się cały czas w Gosię - Ja już chyba nie będę Wam potrzebna, prawda Marek? Z resztę na pewno sobie poradzicie! – obrzuciła ich wymownym spojrzeniem
- Już właściwie koniec. Przeciągnę jeszcze tylko łóżko i na dziś wszystko - obserwował cały czas Basię, która z zaciętą miną przyglądała się wynoszącej ostatnie kartony Małgosi.
- Łóżko, to podobno najważniejszy mebel w mieszkaniu mężczyzny - rzuciła z sarkazmem – Musisz je koniecznie wypróbować - odwróciła się podążając w kierunku sąsiednich drzwi, gdzie była jej sypialnia. Marek pokręcił tylko głową z uśmiechem i zabrał się za przetransportowanie mebla. Po 10 minutach dzisiejszy nabytek stał już w jego nowej sypialni, doskonale się prezentując.
- To co? Skończone? - Gosia opadła na łóżko - O! Jakie wygodne! - zalotnie się uśmiechnęła.
- Kanapa też niczego sobie. Idę wziąć prysznic – uśmiechnął się zostawiając ją samą.
Rano Baske obudziły hałasy dobiegające z korytarza. Przeklinając w myślach wygramoliła się z łóżka, zarzuciła na siebie szlafrok i wyszła z sypialni. W korytarzu zastała uśmiechniętego, zakładającego buty Brodeckiego.
- Mareeek! Ja Cię proszę, zachowuj się ciszej. Ludzie chcą spać - stała oparta o futrynę i wiązała sobie szlafroczek.
- Przepraszam Basiu, ale trochę się spieszę i to dla tego. A tak w ogóle dzień dobry - wyszczerzył zębiska w jej stronę.
- No dzień dobry, ale gdzie Ty idziesz tak rano?
- Do Piotrka, omawiać ten spływ kajakowy. Zresztą wcale nie jest tak rano, już po 10. Dobra lecę, będę po południu. Paa! – pożegnał się przyjacielskim buziakiem w policzek i szybko wyszedł z mieszkania.
- No paa! – powiedziała już tylko do siebie i kręcąc głową udała się do kuchni. Podgrzała sobie mleko i nałożyła płatków. Zajadając czytała kobiecy magazyn, gdy w pewnym momencie w kuchni pojawiła się Gosia, w króciutkiej koszulce.
- Cześć! - rzuciła szybko nawet nie spoglądając na Basię - Marka nie ma?
- Nie ma - Storosz odpowiedziała szybko, starając się skupić na czytaniu.
- To dziwne. Nic mi nie mówił, że gdzieś wychodzi... - Gośka spojrzała z wyższością na Basie, posyłając jej ironiczny uśmieszek.
- Nie mówił ci gdzie wychodzi?! Jak on mógł?! – zapytała Baśka z udawanym oburzeniem
- Nie bądź śmieszna!
- Kto tu jest śmieszny? Marek to dorosły facet i nie musi ci się tłumaczyć! – warknęła poirytowana
- Dlaczego ty mnie tak nie lubisz, co?
- Ale kochana, ludzie nie są do jedzenia... – rzuciła cynicznie
- Jesteś nie do zniesienia! Nie wiem jak Marek z tobą wytrzymuje, nie potrafisz mieszkać w grupie! - Małgosia założyła ręce na piersiach i z politowaniem patrzyła na Storosz.
- Tak?! Bo co?! Bo nie chodzę pół naga po mieszkaniu, nie wdzięczę się przed Markiem, dlatego tak uważasz?! - Basia uniosła głos
- Aaa i tu Cię boli! Bo podobam się Markowi, a Ty nie! Tego nie możesz przeżyć?
- Słuchaj, nie ośmieszaj się. Mieszkam z Markiem dłużej niż Ty i trochę lepiej go znam. I naprawdę daruj sobie takie teksty - Storosz skrzywiła się lekko.
- Zobaczysz, powiem o wszystkim Markowi! Pożałujesz, że mnie tak traktujesz!
- O co Ci chodzi?! Naprawdę jesteś aż tak głupia?! Najlepiej nie wchodź mi w drogę! - Basia wyminęła ją i poszła w kierunku sypialni – Aha i nie strasz mnie Markiem, bo się go nie boję - krzyknęła jeszcze z korytarza, trzaskając drzwiami od sypialni i rzucając się na łóżko.
- Jestem! – kilka minut po trzeciej Marek przekroczył progi mieszkania
- Cześć! – z kuchni wychyliła się głowa Gosi, która słodko się do niego uśmiechnęła
- Cześć! A Basi nie ma?
– Nie! Zjesz coś? Właśnie robię obiad
- Oj tak, jestem głodny jak wilk – chłopak wyjął z lodówki mineralke i usiadł przy stole – To co pani serwuje?
- Dzisiaj placki ziemniaczane – podsunęła mu pod nos talerz ciepłych placuszków
- Mmm, pachną świetnie!
- A jeszcze lepiej smakują – mrugnęła mu oczkiem
- To co? Mam nadzieje, że częściej będziesz robić takie domowe obiadki
- Jak ładnie poprosisz, to mogę ci jej serwować codziennie – usiadła naprzeciwko niego zalotnie przygryzając wargę – Marek tylko uśmiechnął się pod nosem nakładając sobie kolejną porcję placuszków – A gdzie wybyłeś tak z samego rana?
- Umówiłem się z przyjacielem, wybieramy się na spływ kajakowy
- Spływ kajakowy?! Naprawdę? Kiedy? – dziewczyna była wyraźnie podekscytowana
- Za trzy tygodnie, nie mogę się już doczekać
- Nawet nie wiesz jak ci zazdroszczę, też zawsze marzyłam żeby pojechać – westchnęła z nutką żalu – Pewnie jedziesz, ze swoją paczką
- No tak, mamy stały skład na takie wyjazdy – lekko się uśmiechnął
- A może mogłabym się z wami zabrać, hm?
- Wiesz, ostatnie wolne miejsce zarezerwowała już Basia więc... – odpowiedział trochę zmieszany
- Nie, jasne, rozumiem... – smutno się uśmiechnęła
- No przykro mi, może innym razem?
- Właśnie, innym razem, to bardzo dobre słowo! – do kuchni z reklamówką zakupów wkroczyła Baśka posyłają jednocześnie ironiczne spojrzenie - Marek pomożesz mi? – uśmiechnęła się, lekko przekrzywiając głowę
- Jasne! – chłopak zabrał od niej zakupy wykładając produkty na blat
- Wiadomo już kiedy jedziemy?
- Za trzy tygodnie! Pojedziemy na dwa samochody, Marcin załatwił fajne miejsca kempingowe! Będzie super!
- Już nie mogę się doczekać! Czuję że będę się świetnie bawić! – pisnęła radośnie. Gośka nie mogąc dłużej tego słuchać, wściekła wyszła z kuchni
- Jeszcze zobaczymy kto się będzie bawił – chytrze się uśmiechnęła...

Małgoś - 2010-04-03, 10:07

dobra, nie żebym też miała na imie Gośka i nie żebym też miała rude włosy, no ale nie lubie tej baby ! :lol:
i Baśki tekst "-Ludzie nie są do jedzenia." -genialny ! :D
dalszy ciąg poproszę ! ;d

isis - 2010-04-03, 21:42

Aj akcja coraz bardziej się rozwija :lol:
Ciekawe co też Gośka wykombinuje aby pojechać albo popsuć Basi wyjazd;P
Coś czuję,że będzie gorąco;>

Daisy - 2010-04-03, 21:54

Olcia, co ty nam tu wciskasz? :576: Znam to opowiadanie na pamięć!
Jestem spragniona czego NOWEGO! Kiedy twoje i Twins? ;)

olka - 2010-04-04, 06:56

Wciskam, żeby zapełnić pustki. Źle ci? :lol: Też mogłabyś coś wcisnąć.
A DDM będzie jak się napisze :-P Może się dziś zbierzemy, albo i nie :lol: Zobaczymy jak będzie ;-)

Daisy - 2010-04-04, 08:38

Ja to nawet nie mam co wcisnąć :576: Bo moje wszystkie opowiadania są na blogu.
olka - 2010-04-04, 09:41

Więc możesz wcisnąć coś NOWEGO lub dokończyć, któreś z niedokończonych, na pewno wszyscy się ucieszą :lol: Ja na pewno!
Święta są, więc trochę wolnego czasu na pewno masz :lol:

Ninuś - 2010-04-04, 09:47

olka napisał/a:
Więc możesz wcisnąć coś NOWEGO lub dokończyć, któreś z niedokończonych, na pewno wszyscy się ucieszą :lol:

taaaaaak! taaaaak! jestem za!
Daisy, jak tam? :-D

Daisy - 2010-04-04, 11:14

Wyszłam z wprawy :/

Ale mogę was pomęczyć czymś starym.
Znaczy Starym dalszym starego :576: Kapujecie, nie?

* * *

Budzik nie zadzwonił, więc było jeszcze przed siódmą. Za oknem świtało, a po mieszkaniu roznosił się zapach świeżo zaparzonej kawy. Kilkakrotnie zamrugała powiekami, czy to aby nie sen. Pamiętała wszystko! Każdy szczegół. Przyjacielskie przytulanki, przyjacielskie pocałunki, przyjacielski seks. Bo jak inaczej mogłaby to nazwać? Nie byli parą, nie było ich, tylko ona i on! Przyjaciele! Mimo tego nie żałowała… Miała jedynie lekkie wyrzuty sumienia!
- Jestem skończoną dziwką! – wyznała, siadając z westchnieniem przy kuchennym stole. Marek natychmiast na nią spojrzał. Miał na sobie jedynie niedbale wciągnięte sztruksy. Przygotowywał śniadanie.
- Dorabiasz sobie do pensji? – zażartował. – Na mnie nie licz. Jestem biednym stróżem prawa, z kredytem i alimentami na karku.
- To nie jest śmieszne! – ostrzegła.
- Już dobrze… - w geście poddania uniósł do góry ręce. – Co się stało?
- Marek no, proszę Cię! – wstała, podchodząc do okna. – Zachowałam się okropnie! W ogóle nie wiem, co mi strzeliło do głowy!
- Nadal nie rozumiem… - sięgnął po kanapkę.
- Możesz teraz nie jeść?! To jest naprawdę bardzo ważna sprawa! – krzyknęła. Podkomisarz zmarszczył brwi i szybko odłożył resztę śniadania na talerz. Rzadko widywał ją aż tak rozjuszoną, dlatego wolał nie ryzykować. Zwłaszcza, że obok niej, na blacie leżał zestaw kuchennych noży. – Marek kochaliśmy się! – dodała szybko na jednym wdechu.
- I co w związku z tym? … - nie odpowiedziała. – Mogę już? Strasznie głodny jestem!
- Ja zaraz zwariuję, przysięgam! – wyszła, wracając po chwili z powrotem. – Wykorzystałam Cię, przepraszam! Dawno nie miałam faceta, fakt, ale to nie powinno się tak skończyć! Jesteśmy przyjaciółmi.
- Wykorzystaj mnie znowu! W czwartek wieczorem!
- Dlaczego nie dzisiaj? – wypaliła, od razu orientując się o co takiego zapytała. Zmieszana, odwróciła wzrok. – Nie ważne! To nie powinno się zdarzyć! Rozumiesz?
- Dzisiaj mam nocny dyżur, ale mogę załatwić zastę…
- Nie! – weszła mu w słowo. – Żałujemy tego! Żałujemy, nigdy do tego nie wrócimy, zapomnimy! Zgadzasz się ze mną, prawda?

Kilka minut po ósmej dotarli na komendę. Jak zarządziła Storosz, pierwszy próg wejścia przekroczy Marek, a ona zaraz za nim – to tak na wszelki wypadek, żeby nikt niczego nie podejrzewał. Wystarczy, że ona czuła się źle z powodu skorzystania z usług seksualnych przyjaciela. Nie mogła pozwolić, żeby dowiedział się o tym ktoś jeszcze. Zwłaszcza największa gaduła wśród policjantów – Zuzanna Ostrowska.
- Baśka! – ten głos rozpoznałaby wszędzie. Pani aspirant stała przy automacie z kawą. – Jesteś nareszcie! Opowiadaj!
- Ale co? – udała, że nie rozumie.
- R a n d k a!
- Aaaaaa randka? Ta z wysokim, przystojnym blondynem? … Czy ta z Markiem Brodeckim? – z każdym kolejnym słowem jej głos nieco się podnosił. – W coś ty mnie wkręciła?!
- Marek mówił, że było miło!
- Marek?! Co Marek?! – zareagowała natychmiast. Przez głowę przeszła jej nawet myśl, że imię Marek działa na nią jak czerwona płachta na byka. – Co on Ci powiedział?!
- No właśnie nic! Więc może ty? Nie wymigasz się, więc słucham…
- Jestem dziwką! – powtórzyła słowa z dzisiejszego poranka.
- Proszę, czego to się człowiek o sobie nie dowie! – rzuciła Ostrowska. – Czyli spaliście ze sobą?
- Zwariowałaś?! – oburzyła się, w duchu modląc się, żeby brzmiało to przekonująco. – Był spacer, trochę rozmawialiśmy. A na koniec dałam się pocałować!
- W usta? – Zuzia aż podskoczyła, nie kryjąc podekscytowania.
- No co ty? W policzek!
- To rzeczywiście szczyt kurestwa!

Jeszcze przed południem dostali nową sprawę - zabójstwo nastolatki na Mokotowie. Leżała w parku, pod dębem. A Kryminalni ustawieni dookoła niej, obserwowali zwłoki i otaczającą ich z czterech stron świata okolicę.
- Smutne to! – westchnęła głośno Zuzia, pochylając nad ciałem. – Jesteś, jesteś… a tu boom i Cię nie ma. Giniesz śmiercią tragiczną, a my mamy pełne ręce roboty! I jaka to sprawiedliwość?
- A człowiek uświadamia sobie jak krótkie jest życie! – dodała trzy grosze Basia.
- Dlatego jak mówi moja babcia: Korzystaj z życia póki możesz! Baw się, szalej, ryzykuj, próbuj różnych rzeczy! – skomentował podkomisarz, stając tuż za podkomisarz. Od razu poczuła jego ciepły oddech na szyi i zapach perfum.
- Nie wiedziałam, że z Ciebie taki rozrywkowy facet! – Basia kątem oka spojrzała na przyjaciela. - Od kiedy?
- Niech pomyślę… - udał, że się zastanawia. - Od wczoraj?
- A ja uważam, że życie to bardzo poważna sprawa! – przerwał im nagle Adam, od dłuższej chwili przysłuchując się konwersacji całej trójki. – Trzeba żyć odpowiedzialnie. Odpowiedzialnie podejmować decyzje i nie unikać konsekwencji.
- A co ze spontanicznością? – zapytał Brodecki.
- Spontaniczność to czynności nieprzemyślane, bez świadomości, że nawet błaha decyzja może być brzemienna w skutkach. – ocenił komisarz. - Czy teraz możecie zabrać się za robotę? Zuzia pomóż Szczepanowi przesłuchiwać okolicznych mieszkańców i koniecznie taksówkarzy!
- Pięknie! – jęknęła Storosz. – To ja może…. To ja może pojadę zawiadomić rodzinę! Cześć! – i nie czekając na odpowiedź współpracowników poszła w kierunku samochodu. Po słowach Zawady jej podenerwowanie wzrosło do niebagatelna ogromnych rozmiarów, więc wolała się ewakuować, zanim przyjaciel odkryje, że coś jest z nią nie w porządku.
- Chyba coś ją gryzie… - Adam zwrócił się do Marka, obserwując oddalającą się podkomisarz. – Jedź z nią! Poradzę sobie tutaj. Spotkamy się na komendzie.
Brodeckiemu nie trzeba było dwa razy powtarzać. W mgnieniu oka znalazł się przy aucie i zajął miejsce pasażera.
- Jadę z Tobą. To rozkaz szefa!
- Jasne! – mruknęła. Przekręciła kluczyk w stacyjce, ale mimo tego nie odjechała. Kilkakrotnie uruchamiała i gasiła silnik, ale nie ruszyła nawet o centymetr. – Marek, przytul mnie! – wyszeptała nagle.
- Basia, co się dzieje? Nadal…
- Przytul mnie, proszę Cię! – Spełnił prośbę, otulając ją swoimi silnymi ramionami. – Nadal jest mi źle z powodu tego, co się stało. I jeszcze słowa Adama…
- A co on takiego powiedział?
- Decyzja brzemienna w skutkach… Nie chcę Cię stracić. Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Nie chcę, żeby wczorajszy seks nas poróżnił.
- Baśka, zwariowałaś? – złapał ją mocno za ramiona i odsunął, żeby móc spojrzeć jej prosto w oczy. – Byliśmy na randce…
- Przyjacielskiej, zainicjowanej przez Zuzię! – wtrąciła
- Byliśmy na randce… – powtórzył – I doprowadziliśmy do tego oboje, nie ty. Nie jestem na Ciebie w żaden sposób zły.
- Ale gdybym Ci nie powiedziała o moich problemach erotycznych sam na pewno nie wyszedłbyś z taką propozycją.
- Ale wyszedłem z kolejną… - mrugnął. – I nie żałuję… Bo chyba źle nam nie było, prawda?
- Marek… - podkomisarz odwróciła głowę, próbując ukryć rumieńce. – Czy ty naprawdę niczego nie rozumiesz? Potrzebują mężczyzny…
- Dziękuję Ci bardzo! – fuknął pół żartem, pół serio. – Teraz to już musimy się dzisiaj spotkać! Wiesz co ty zrobiłaś? Wiesz? … Właśnie obraziłaś moje męskie ego!
- Przestań! – roześmiała się. – Potrzebuję mężczyzny na stałe, nie przyjaciela do miłosnych igraszek! Dlatego zapomnimy o wszystkim i pozostaniemy wyłącznie przyjaciółmi. Wystarczy, że już czuję się, jak zdzira! A po kolejnym takim wyskoku nie mogłabym spojrzeć w lustro.
- Czyli jednak mnie wykorzystałaś… - westchnął. – Będę musiał to zgłosić.
- Marek! – oburzona szturchnęła jego ramię. – Obiecujesz, że już do tego nie wrócisz?
- Obiecuję! – wyszeptał, delikatnie przejeżdżając dłonią po jej policzku. Kciukiem pieścił jej podbródek i usta. – Ale najpierw musisz mi coś powiedzieć.
- Co takiego?
- W skali od 1 do 6, jaki dobry byłem? – Storosz rozszerzyła szeroko oczy i już miała otwierać usta, żeby porządnie na niego nawrzeszczeć, kiedy powstrzymał ją silnym i żarliwym pocałunkiem. Oddała pieszczotę. – Bo ty musisz jeszcze trochę poćwiczyć. Daję Ci wysokie cztery i pół.

olka - 2010-04-04, 12:53

Daisy napisał/a:
Wyszłam z wprawy :/


Bujać to my, a nie nas :lol:

A jeśli chodzi o stare, to...

Cytat:
- W usta? – Zuzia aż podskoczyła, nie kryjąc podekscytowania.
- No co ty? W policzek!
- To rzeczywiście szczyt kurestwa!


...ten kawałek mnie zawsze rozwala :576: :576:
MISTRZOSTWO ŚWIATA! :mrgreen:

Ninuś - 2010-04-04, 13:08

:576: Daisy to opowiadanie jest GENIALNE!
Świetnie jest poczytać je sobie jeszcze raz :D
a dokończysz je?

Sfora - 2010-04-04, 13:37

Daisy wróciła!!!! Jeny mam nadzieję że dasz szybko jakiegoś cedeka

Olka jak zawsze świetnie. Ta Gasia to mnie wpienia!!

Ninuś - 2010-04-04, 13:46

Dobra, daje to co na dniach sobie z nudów napisałam... Wiecie, ja to przy Was, Mistrzach to nikim tu jestem, ale co tam, trzeba zapełnić te pustki!

Żoną miałam być…
1/3

Żoną miałam być, miał być ślub
I wesele też
Już zaprosiłam gości
Kapela z rodzinnych stron
Miała tam grać, polkę na dwa
Matki pobłogosławiły dawno nam


Kościół parafialny pod wezwaniem św. Michała Archanioła w Warszawie od samego rana był prześlicznie przystrojony. Białe lilie, kokardki. Wyglądało na to, że właśnie dziś miał odbyć się ślub. Goście zgromadzeni w kościele z niecierpliwością czekali na moment, w którym na środek kościoła wyjdzie młoda para. Było już 5 minut po godzinie 16, więc niektórzy z nich nerwowo marszczyli czoło. Ceremonia powinna zacząć się już kilka minut temu, jednak nie widać było jeszcze głównych bohaterów tego dnia.
Tymczasem w kościelnej zakrystii kobieta w białej sukni, z długim welonem na głowie przemierzała całe pomieszczenie wzdłuż i wszerz. Była dość niską blondynką, oczy miała brązowe. Ręce skrzyżowała na piersiach i dosłownie odchodziła od zmysłów.
- Pani Barbaro, powinniśmy już zaczynać. – odezwał się ksiądz siedzący niedaleko wejścia do wnętrza kościoła.
- Błagam, niech da mi ksiądz jeszcze 5 minut! Mój narzeczony zaraz powinien się zjawić!
- Może coś się stało? – zapytał duchowny.
- Nie wiem… - odparła szeptem.
Jacek nie zjawiał się w kościele już dobrych kilka minut. Dziś miał odbyć się ich ślub, mieli stać się rodziną, małżeństwem. Nie wiedziała co się działo z jej narzeczonym, przecież widzieli się jeszcze godzinę temu, przed wyjściem z domu. Uśmiechał się do niej i powtarzał wciąż, jak bardzo ją kocha. Basia nie miała pojęcia dlaczego mężczyzna się spóźnia.
Wyciągnęła z torebki telefon i wydusiła jego numer. Nie odbierał, a chwilę potem włączyła się automatyczna sekretarka. Basia odchodziła od zmysłów, a goście zaczęli szeptać między sobą i także się niepokoić.

Był umówiony ksiądz
Bukiet mi przywieźli z białych róż
Welon już na głowie
Kościół pęka w szwach
Babcia we łzach, cichutko łka
Organista daje znak, a JEGO brak

W pewnym momencie do zakrystii weszła matka panny młodej.
- Basiu… Co się dzieje, gdzie Jacek? – zapytała.
- Mamo, wróć na miejsce, zaraz przyjadą! Marka i Adama też jeszcze nie ma… Boże… a jeśli naprawdę coś się stało? Zadzwonię do Adama. – wpadła na świetny pomysł. Złapała po raz kolejny za komórkę i zatelefonowała do przyjaciela.
- Adam? Bogu dzięki! Co jest, gdzie jesteście? Gdzie Jacek, powinniście już dawno tu być! Wiecie która jest godzina? Goście się martwią, nie wspominając już o mnie! – w ogóle nie dała dojść Zawadzie do głosu.
- Basiu, kochanie… uspokój się. Już do Ciebie jadę i wszystko Ci wytłumaczę.
- Ale Adam! – krzyknęła.
- Będę za chwileczkę to porozmawiamy! PA! – powiedział do słuchawki i rozłączył się. Basia miała złe przeczucia. Do jej oczu napłynęły łzy. Obawiała się, że Jacek nie daj Boże rozmyślił się, a ze ślubu nici.
- Basieńko, co się dzieje? – zapytała jej matka.
- Zaraz przyjadą, mamo, wróć do gości, proszę. – uspokoiła ją nieco. Pani Storosz posłuchała córki i weszła do środka kościoła. Ona sama spojrzała z przerażeniem na księdza, który oczekiwał jakichkolwiek wyjaśnień.
- Proszę księdza… Ja myślę, że… ślubu nie będzie. – powiedziała ciężko, uwalniając 2 gorzkie łzy na policzki. Chwilę potem usiadła na wolnym krzesełku i schowała twarz w dłonie.
Niedługo potem w pomieszczeniu pojawił się komisarz Zawada. Nie miał zbyt wesołej miny, był wręcz zasmucony. Zbyt wesołych nowin nie miał.
- Basiu, możemy porozmawiać na osobności? – zapytał, sugerując księdzu, że chce wyjaśnić pannie młodej co się dzieje. Niski, starszy ksiądz wyszedł więc z zakrystii.
- Adam co się stało? Gdzie jest Jacek?
- Basiu… Jacek nie przyjedzie, ślubu nie będzie! – powiedział prosto z mostu, dotykając jej ramienia. Spojrzała na niego z załzawionymi oczami.
- Bo..?
- Jacek się rozmyślił…

W mieszkaniu na Woli od kliku godzin paliło się słabe światło. Było cicho, chyba nawet zbyt cicho. Basia chciała być sama. Wygoniła z własnego mieszkania rodziców, braci i resztę gości, którzy chcieli dowiedzieć się dlaczego ślubu nie było. Ona nie miała sił tłumaczyć wszystkim, tego co się wydarzyło. Siedziała na parapecie z kubkiem lodowatej już kawy. Jej podpuchnięte oczy świadczyły jedynie o tym jak długo płakała. Przeklinała się w myślach jaką jest idiotką. Była zła na siebie, przecież miała szansę na lepsze życie z Jackiem, a tymczasem wszystko przepadło. Teraz już nic nie miało sensu. Życie jakie teraz sobie zafundowała nie miało najmniejszych szans na szczęśliwe. Ona już nigdy nie będzie szczęśliwa. Zepsuła wszystko, co mogła mieć. To była jej i tylko jej wina, że Jacek nie pojawił się w kościele.
Około 3 w nocy usłyszała pukanie do drzwi. Leniwie wyszła na korytarz i otworzyła gościowi. Na wycieraczce stała Zuzia, jej przyjaciółka. Zmierzyła Basię wzrokiem, która jeszcze nie zdjęła nawet ślubnej sukienki.
- Basia… - chciała coś powiedzieć, ale ta nie dała jej dość do słowa.
- Nie! Nie mówi mi, że Ci przykro, że szkoda, że wiesz jak się czuje! – zaczęła krzyczeć.
- Nie chciałam tego wcale mówić…
- Nie? To po co przyszłaś? Popatrzeć na pieprzoną idiotkę jak ja? Tak? – znowu wybuchła płaczem. Zuzia podeszła do niej i mocno ją przytuliła.
- Cicho… Wszystko będzie dobrze.
- Nic nie będzie dobrze, wszystko popsułam! – płakała Basia. – Jacek mnie nienawidzi, rodzina mnie nienawidzi, a ja nie mogę na siebie patrzeć!
- To nie jest tak… Jacek… on to zrozumie, przecież nie chciałaś tego co się stało!
- Nie chciałam, ale to zrobiłam! Jestem beznadziejna Zuzia! – płakała nadal.
- Powinnaś się przespać.
- I tak nie zasnę! Jestem idiotką!

Na drugi dzień Basia obudziła się strasznie zmęczona, nie wyspana i w nie najlepszym nastroju. Zuzia czuwała przy niej całą noc, w końcu też zasnęła na kanapie.
- Cześć. – przywitały się przyjaciółki. – Jak się czujesz? – zapytała Zuzia, robiąca śniadanie.
- A jak mam się czuć? – usiadła na krześle przy stole i podparła się na łokciach. – Beznadziejnie…
- Jacek dzwonił, powiedział, że wpadnie w południe.
- Co? – nagle się ożywiła. Spojrzała na Zuzię z iskierkami w oczach.
- Myślę, że przyjdzie zabrać swoje rzeczy. – przyznała się bez bicia. – Basia… Nie powiem, że źle zrobiłaś, nie chcę Cię potępiać, ale spróbuj go zrozumieć… jak on miał zareagować? Myślałaś, że jak się dowie, to tak po prostu się z Tobą ożeni?
- Nic nie myślałam, bo miałam nadzieję, że Jacek się nigdy nie dowie, a przynajmniej nie teraz!
- Kiedyś musiał…
- Ale… Zuzka jak on się dowiedział? Tego naprawdę nie rozumiem! Przecież tylko ja o tym wiedziałam, Ty wiedziałaś… - zamyśliła się.
- I… Marek. – dokończyła za nią Zuzia. Dziewczyny spojrzał na siebie.
- Marek… - szepnęła sama do siebie. – Idiota!!!!!!!! – krzyknęła Basia i wybiegła do łazienki. Po chwili Ostrowska usłyszała dzwonek do drzwi. Otworzyła bez zastanowienia. Gościem Basi okazał się Marek. Stał tam trochę mizerny, trochę zawiedziony i zły.
- Cześć, jest Basia? – zapytał.
- Jest, ale… Myślę, że to nie jest najlepszy pomysł… Nie teraz. – powiedziała Zuzia nieco przyciszonym głosem, żeby tylko Basia nie usłyszała jego głosu.
- Zuzka, ja musze z nią pogadać!
- Marek… To Ty powiedziałeś Jackowi, że… - nie dokończyła, ponieważ w drzwiach pojawiła się wściekła jak osa Basia. Uśmiechnęła się ironicznie do Brodeckiego.
- Ooo Mareczek! Jak miło, proszę wejdź! – zaprosiła go. Brodecki udał się od razu do salonu, jednak Zuzia zatrzymała na moment Basię na korytarzu. Chwyciła ją za łokieć.
- Baśka, co Ty kombinujesz? – zapytała Ostrowska.
- Jak to co? Zabiję go! Zniszczył mi życie! – odparła ze złością i weszła do salonu.

olka - 2010-04-04, 14:18

Ninuś bosko! No proszę, miał być ślub, ale nie było, nie żeby mi było specjalnie przykro z tego powodu :lol:
Brodeckiemu pewnie się teraz porządnie oberwie. Baśka jest wściekła jak osa.
Ale najważniejsze, to sobie wszystko wyjaśnić :lol:
Czekam na cedek, BRAWO! :***

Daisy - 2010-04-04, 17:06

Ninuś napisał/a:

- Baśka, co Ty kombinujesz? – zapytała Ostrowska.
- Jak to co? Zabiję go! Zniszczył mi życie! – odparła ze złością i weszła do salonu.


:576: :576: :576:
Takie akcje uwielbiam!
Tylko co się stało? Szybko poproszę cedek! Szybko! Szybko!

Cytat:

- Myślę, że przyjdzie zabrać swoje rzeczy. – przyznała się bez bicia. – Basia… Nie powiem, że źle zrobiłaś, nie chcę Cię potępiać, ale spróbuj go zrozumieć… jak on miał zareagować? Myślałaś, że jak się dowie, to tak po prostu za Ciebie wyjdzie?


Ninuś proszę Cię, zmień to! Facet nie może wyjść za kobietę, tylko się z nią ożenić ;)

Ninuś - 2010-04-04, 19:33

Poprawione :576: dzięki Daisy, nie zauważyłam nawet :D :D

dzięki ;*


kto pisze??

Daisy - 2010-04-04, 19:55

Nie wiem czy napiszę dalej - muszę pomyśleć, bo bez pomysłu ani rusz!

* * * * *

Po służbie, Basia wróciła natychmiast do domu. Wprawdzie planowały wspólnie z Zuzią spędzić wieczór razem, przy świetle świec i czerwonym winie, ale po nagłym telefonie, aspirant musiała natychmiast zrezygnować z babskiej imprezy. Dlatego Storosz, jedynie w towarzystwie swojego kota, przygotowywała teraz kolację… Myślami błądziła jednak zupełnie gdzie indziej.
- Cztery i pół… Phi, jeszcze żaden facet nie powiedział mi, że jestem dobra na cztery i pół. I co do jasnej cholery miało znaczyć to poćwiczyć? Co poćwiczyć? – w przypływie niepokoju sama nie wiedząc kiedy, wykręciła numer Brodeckiego. Nie miała pojęcia, co mu powie, o co zapyta, ale była wściekła. Na niego - za tą słabą jej zdaniem ocenę, i na siebie, że nie postarała się na tyle, aby mógł ocenić ją na więcej.
- Cześć moja najlepsza przyjaciółko… nie od miłosnych igraszek! – przywitał się.
- Dlaczego nie 5? – po tym pytaniu usłyszała tylko jego gromki śmiech. – A właściwie nie 6?
- O ile mnie pamięć nie myli, to mieliśmy do tego nie wracać. Prosiłaś, a ja obiecałem. Coś się zmieniło?
- Oczywiście, że nie! – cały czas trzymała się swojej wersji. Nie ulegnie, nie będzie dziwką, nie da mu satysfakcji. – Tylko pytam… z czystej ciekawości.
- Oczywiście! – wyraźnie z niej kpił, czego nie znosiła.
- Wiesz co? Zapomnij w ogóle, że pytałam! … Masz nockę? – zmieniła szybko temat na nieco bezpieczniejszy.
- Zawsze mogę znaleźć zastępstwo!
- Phi, życzę owocnej pracy podkomisarzu Brodecki. Dobranoc! – Marek nie zdążył odpowiedzieć, usłyszał tylko dźwięk przerwanego połączenia. Zaklął i zeskoczył z blatu oddzielającego korytarz od pokoju sekcji.
- Marek, ty jeszcze tutaj? Przecież mówiłem, że wezmę za Ciebie nocną zmianę! – zza zakrętu korytarza wyłonił się szczupłej budowy policjant – Arek. Pracował w drugim zespole, będącym również pod nadzorem inspektora Grodzkiego. – Co? Panienka zmieniła zdanie? – zadrwił.
- Powiedzmy, że jest trudniej niż się spodziewałem… Ale mam wszystko pod kontrolą. Zadzwoni! – zapewnił. – Musi tylko co nie co przemyśleć.
- Skoro tak mówisz, miłej zabawy! – mrugnął, poklepał kolegę po ramieniu i zniknął. A Brodecki zabrał swoje najpotrzebniejsze rzeczy i opuścił gmach komendy. Nie miał zamiaru wracać do pustego mieszkania. Spacerował jedną z głównych ulic miasta i czekał. Czekał na sygnał z jej strony, bo jak sobie założył nie zamierza naciskać. Basia musi go poprosić, a on wtedy zmierzy się z jej problemami. W końcu są przyjaciółmi i mogą na sobie polegać, więc dlaczego miałby nie pomóc? Zwłaszcza, że i jemu podobał się pomysł o cichym, przyjacielskim związku ze Storosz.
- Dlaczego nie dzwonisz? – po godzinie chodzenia w kółko, przysiadł na ławce. Nie wierzył, że jest na tyle silna, aby zrezygnować. – Dlaczego? – i jak na zawołanie rozbrzmiała się jego komórka. Zadowolony spojrzał na wyświetlacz – „Adam dzwoni”. Przewrócił lekceważąco oczami, poczym odrzucił połączenie. Nie mógł pozwolić, aby ktokolwiek inny zajmował linię. Musiała być wolna, żeby Basia mogła swobodnie się do niego dodzwonić.
Tymczasem podkomisarz Storosz ostatnią godzinę spędziła w wannie. Relaksacyjna, gorąca kąpiel choć na moment pozwoliła jej się odprężyć i zapomnieć o demoralizującym stosunku z Brodeckim. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na telefon, aby myślami powrócić do ostatniej nocy, dzisiejszego dnia i niedawnej rozmowy. Wzięła do ręki aparat i odszukała odpowiedniego wpisu…
- Zadzwonić czy nie zadzwonić? – przygryzła delikatnie dolną wargę i pewna siebie wykręciła numer. Czekała dłuższą chwilę, ale nikt nie odbierał. Usłyszała za to znaną melodyjkę, dochodzącą z korytarza klatki schodowej. Zdziwiona, po cichu podreptała do drzwi i spojrzała przez wizjer. Widziała go, jak się rozgląda i jak szybko sięga po telefon…
- Brodecki, słucham? – udał, że nie wie, kto dzwoni.
- Co tak poważnie komisarzu? – zachichotała, nie spuszczając z niego oka. – Słuchaj, dużo o nas myślałam, rozpatrzyłam wszystkie za i przeciw i… jestem pewna swojej decyzji.
- Mhm! – szeroko się uśmiechnął. – Mów dalej.
- Czytałam w Cosmo, że zrobiła się moda na singli. Dlatego uznałam, że to nie ma najmniejszego sensu, bo moje zapotrzebowanie na seks jest zacofane! A ja, jak wiesz jestem nowoczesną kobietą!
- Co ty bredzisz? – jęknął
- Nie rozumiesz? To jest tak, jak z ubraniami… Teraz modne są rurki i trampki, a za rok będą szpilki i kraciaste spódniczki.
- Aha! Czyli kiedy mogę się odezwać?
- Ale skarbie, wpadać to ty możesz do mnie o każdej porze dnia i nocy. Posiedzimy, porozmawiamy. Zaparzę Ci nawet kawy… takiej, jaką najbardziej lubisz. Z podwójnym cukrem.
- Nadmiar kawy wypłukuje magnez z organizmu! – warknął nieprzyjemnie, a Basia nie mogąc dłużej wytrzymać, wybuchła śmiechem. Rozłączyła się i otworzyła szeroko drzwi.
- Czy ty naprawdę myślisz, że ja mam czas na czytanie Cosmo? Co ty tutaj robisz?
- Bardzo śmieszne! – skrzywił się. – Przesłuchuję twoich sąsiadów. Jestem na służbie i ciężko pracuje w przeciwieństwie do Ciebie!
- To może zrobisz sobie pięciominutową przerwę? – mrugnęła zachęcająco i wróciła do mieszkania…
[...]
- Kawa… dla Ciebie! – Basia ostentacyjnie pochyliła się przed Brodeckim. Miała na sobie tylko frotowy szlafrok, luźno przy tym związany, dlatego wzrok podkomisarz natychmiast zwróciły uwydatnione, nagie piersi przyjaciółki. – Z podwójnym cukrem i śmietanką. Twoja ulubiona!
- Dzię… - zamilkł, słysząc swój chrapowaty głos. – Dziękuję! – powtórzył już nieco pewniej, szybko odwracając spojrzenie. – Robisz to specjalnie, prawda?
- Co takiego? – udała, że nie rozumie.
- Nie, nic… - pokręcił przecząco głową. – Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem? Nie kładłaś się jeszcze spać?
- Brałam prysznic!
W pokoju paliły się tylko świece. Basia i Marek siedzieli na kanapie, popijali czerwone wino i zanosili się śmiechem. I gdyby nie płeć męska, którą stanowił podkomisarz Brodecki, Basia mogłaby nazwać ten wieczór babskim. Bo który z mężczyzn, zwłaszcza policjantów, plotkuje, rozmawia o facetach i zdzirowatych koleżankach? Chyba tylko gej, którym Marek nie był na pewno. Był za to jej najlepszym przyjacielem, z którym bez skrępowania rozmawiała na wszystkie tematy tabu.
- A czy to nie ja zawsze powtarzałem Ci, że nie pasujecie do siebie z Jackiem? – udał, że się zastanawia, wyraźnie się z niej nabijając. – I miałem rację! Ha!
- Ale na jego łóżkowe ekscesy przynajmniej nigdy nie narzekałam! – szeroko się uśmiechnęła, kiedy zmrużył złowieszczo oczy. – Ha!
- Storosz, nie przeginaj… - twarz Marka wyrażała w tej chwili najwyższy stopień zniesmaczenia, dlatego szybko zmienił temat, biorąc do ręki leżący na komodzie wazonik. – Co to właściwie jest?
- To? – upewniła się, w duchu nie mogąc powstrzymać śmiechu. Nie przypuszczała, że Marek jest także uczulony na męskie imię Jacek. Zazwyczaj reagował tak tylko wtedy, gdy prokurator Dumicz kręcił się gdzieś w pobliżu. Ciekawe dlaczego? – Kryształowy wazon, który Zuzia odziedziczyła po babci. Pożyczyła mi, kiedy powiedziałam jej o moich problemach z facetami. Podobno ma nadprzyrodzone zdolności.
- Tak? Niby jakie? Ma odstraszać gości? – spojrzał na przyjaciółkę, jak na wariatkę.
- Ma przyciągać… facetów!
- Jasne, będą się pchali drzwiami i oknami.
- Tak? To zobaczymy… Mówię Ci, zaraz się jakiś facet koło mnie zakręci. A ty jeszcze przyjdziesz mnie błagać, żebym Ci pożyczyła. Na kobiety też działa.
- Oczywiście… - rozłożył szeroko ręce, uznając że z wariatkami się nie dyskutuje. – A od dawna go masz? Bo na kobietę raczej nie wyglądam.
- Ty chyba nie myślisz, że… - parsknęła. – Że on Ciebie?
- Nie, skąd. A ten wczorajszy seks to taki… trochę lesbijski był, nie?
W tym momencie do drzwi ktoś zadzwonił. Basia ruszyła do przedpokoju. Odsłoniła wizjer, popatrzyła, zasłoniła, po czym oparła się plecami o drzwi.
- Kurka… - szepnęła w stronę Marka. – To działa!
- Co? – odpowiedział tym samym tonem, idąc w jej kierunku. – Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że za drzwiami stoi facet?
- Caaaaały, z krwi i kości. – rozmarzyła się. – Marek wyjdziesz przez balkon, to pierwsze piętro, nic Ci się nie stanie.
- Oszalałaś?! Nigdzie nie idę! Pokaż! – lekko ją odepchnął i sam spojrzał. Po drugiej stronie stał wysoki blondyn, w garniturze i długą, czerwoną różą w dłoni. Było ciemno, ale udało mu się dojrzeć jego twarz. – To Dumicz!
- Co takiego? Odsuń się! – Basia wepchnęła się między Marka a drzwi i spojrzała ponownie. – Rzeczywiście, to Jacek! – cały czas szeptali. – Co on tu robi? Przecież wyraźnie mu powiedziałam, że między nami wszystko skończone i nie ma na co liczyć!
- Więc nie otwierajmy! – zaproponował.
- Ale może to jednak coś ważnego? Sprawa? – wzruszyła ramionami.
- I przynosiłby ze sobą kwiatki? Jaki on milutki… - rzucił sarkastycznym głosem. – Nie ma Cię w domu! … Zostaw! – wyszeptał ostro, kiedy złapała za klamkę. Przytrzymał jej rękę, jednocześnie łapiąc mocno w pasie. Stali tak blisko siebie, że czuł jej zapach. Czuł jej delikatną skórę, kiedy z ramienia zsunął się szlafrok. Przejechał po nim szorstkim od zarostu policzkiem, a następnie delikatnie musnął ustami…
- Marek, co ty robisz? – zapytała niepewnie, przyjmując na siebie kolejną porcję jego pocałunków. – Marek, obiecaliśmy sobie! Marek… proszę Cię! – silnie odwrócił ją w swoją stronę i spojrzał prosto w oczy.
- Miałem skrzyżowane palce! – uśmiechnął się i odwiązał sznurek od szlafroka. Po chwili stała przed nim już kompletnie naga. – Od godziny siedziałaś obok mnie nie mając niczego pod spodem?
- Brałam kąpiel, zanim przyszedłeś! – zakłopotana sięgnęła dłonią po pasek jego spodni. Powiódł wzrokiem i będąc już pewnym jej decyzji, jej prośby, która tliła się gdzieś w kąciku jej oczu, przylgnął do niej, popychając na drzwi.

olka - 2010-04-04, 20:49

Mam głęboką nadzieje, że doznasz olśnienia! :lol: Opowiadanie jest nieziemskie! :*
isis - 2010-04-05, 17:47

Ooo matko jaki wysyp opowiadań :576:
Hhehe super!;D

Daisy ja podobnie jak Ola mam nadzieję,że napiszesz kolejną część tego opowiadania!
Ono jest boskie!!:)

Ninuś-ooo Baśka teraz pokaże na co ją stać :lol:
Nie zazdroszczę Jackowi :lol:
Dalej!!!

Ola,a kiedy kolejna część Twojego opowiadania?;D

olka - 2010-04-05, 18:04

Cz. 9

Baska, pochłonięta lekturą ulubionej książki, leżąc wygodnie na łóżku oddawała się błogiemu lenistwu. Jej spokój zakłóciło ciche pukanie do drzwi.
- Proszę! – krzyknęła z lekkim grymasem na twarzy
- Nie przeszkadzam? – w drzwiach pojawiła się czarna czupryna Brodeckiego
- Właź! – Marek natychmiast usadowił się na łóżku koleżanki
- Co robisz? – zapytał z uśmiechem
- Czytam, gdybyś jeszcze nie zdążył zauważyć – rzuciła posyłając mu krótki uśmiech
- A ja się nudzę! – zrobił minę obrażonego chłopca - Gośka gdzieś wyszła, Ty zabarykadowałaś się w sypialni, nikt o mnie nie pamięta! – wygiął usta w podkówkę, na co Basia parsknęła śmiechem
- Biedaczek! – dodała ze śmiechem – Więc co proponujesz?
- Głodny jestem! Idziemy coś zjeść? Tu niedaleko otwarli jakąś nową knajpkę
- W sumie ja też trochę zgłodniałam – rzuciła masując się po brzuszku – Dobra, ale Ty stawiasz! W końcu wisisz mi kolację, nie?
- Oczywiście! To ja czekam w salonie, tylko się pospiesz – mrugnął jej oczkiem
- Daj mi kwadrans! – rzuciła z uśmiechem
15 minut później w świetnych nastrojach opuścili mieszkanie. Weszli do małej, przytulnej knajpki zajmując stolik przy oknie w rogu sali. Wnętrze było gustownie i przyjemnie urządzone.
- Fajnie tu! – pochwaliła Basia rozglądając się dokoła – To co zamawiamy? – sięgnęła po kartę – Spagetti?
- Jestem tak głodny, że zjadłbym konia z kopytami!
Jakiś czas później oboje delektowali się posiłkiem, śmiejąc się i rozmawiając. Zupełnie zapominając, że siedzą tu już ponad godzinę.
- Ale się objadłam! – Baska pogłaskała się po brzuchu – Było pyszne!
- Musimy tu częściej wpadać
- Ja bardzo chętnie, jeżeli tylko znów za mnie zapłacisz – wyszczerzyła się w jego stronę
- W takim razie, w najbliższym czasie na to nie licz – wypiął jej język – Mój studencki budżet został dziś zdrowo nadszarpnięty
- Trzeba było tyle nie jeść! – zachichotała. Kilkanaście minut później opuścili lokal, wolnym krokiem kierując się w stronę domu.
- Powiedziałaś rodzince o tym przekręcie mieszkaniowym?
- Jeszcze nie. Wczoraj, kiedy odebrałeś telefon, dzwoniła moja siostra. Wiesz ile musiałam się namęczyć by uwierzyła, ze jesteś moim sąsiadem, który akurat wpadł na kawę? Agata ma niewyparzony język, na pewno wypaplałaby rodzicom
- Ale kiedyś będziesz musiała im powiedzieć – zaśmiał się – Nie wolno tak kłamać koleżanko Storosz – pogroził jej palcem z udawanym oburzeniem
- A Ty, kolego Brodecki? Jeden nalot mamusi już miałeś, skąd wiesz, że nie zrobi ci drugiego, hm? Wtedy możesz się tak łatwo nie wykręcić, w końcu masz teraz na głowie dwie kuzynki kumpla – zaśmiała się wystawiając mu język
- Nie zrobi, nie martw się. Ostatnio była kilka dni u ciotki w Warszawie i stąd całe to zamieszanie, z Sopotu nie jest blisko, więc zawsze mnie uprzedza
- Twoi rodzice mieszkają w Sopocie?
- Mhm – kiwnął głową – Prowadzą tam pensjonat, więc w razie potrzeby mogę załatwić Ci zniżkę na nocleg – stwierdził z uśmiechem
- Będę o tym pamiętać! Kocham Sopot! Mieszkałam tam przez 15 lat
- Naprawdę? – był wyraźnie zaskoczony
- Uwielbiałam spacerować po molo wsłuchując się w szum fal – rozmarzyła się - Znałam na pamięć każdy zakamarek tego miasta – smutno się uśmiechnęła – Dawno tam nie byłam...
- Dlaczego?
- Po śmierci taty wszystko się zmieniło, przeprowadziliśmy się do Przemyśla. Mama bardzo to przeżyła i nie chciała wracać do przeszłości...
- Przykro mi, nie widziałem...
- Nie szkodzi – posłała mu blady uśmiech – Ale dość już tego ponurego nastroju. Za trzy tygodnie jedziemy na spływ, to chyba będą najlepsze wakacje jakie miałam od lat!
- Moje też! A pomyśleć, że tak się wykręcałaś – sprzedał jej w bok małego kuksańca
- Wtedy jeszcze cię nie lubiłam!
- A teraz lubisz? – zapytał z chytrym uśmiechem na twarzy
- Teraz, to ja Cię toleruję! – zaśmiała się głośno i szybko wbiegła do klatki zostawiając go samego.
Następnego dnia rano oboje wyszli z mieszkania zaraz po śniadaniu. Wybrali się do centrum handlowego, by kupić parę rzeczy w związku ze spływem. Gosia została sama, z czego nie była zbyt zadowolona. Z braku zajęcia wyskoczyła do pobliskiego warzywniaka, kupiła jakieś warzywa i zabrała się za przygotowanie zupy. Przed południem usłyszała przekręcany klucz w zamku.
- Cześć Gośka! Już jestem! - w kuchni pojawił się Marek z torbą w ręku.
- No cześć - dziewczyna promiennie się uśmiechnęła – A gdzie Baska?
- Spotkała przyjaciółkę więc ruszyły na podbój sklepów z ciuchami – podszedł do niej zaglądając do garnka - Co tam masz? Zupkę? A dostanę troszeczkę? - zrobił błagalną minę siadając przy stole
- Ty oczywiście. Specjalnie zrobiłam więcej, bo wiedziałam, że jak wrócisz na pewno będziesz głodny - dziewczyna postawiła mu talerz przed nosem. Pochylając się jednocześnie zaprezentowała mu swój spory dekolt.
- Yyy.. dziękuję - uśmiechnął się nieśmiało, ale wzrokiem powędrował za bluzkę koleżanki
- I jak, smakowało? – zapytała kilka minut później, siedząc na przeciwko Marka
- Było pyszne! - Brodecki podniósł się i wstawił talerz do zlewu - A teraz idę do siebie, dziękuję.
- Marek! - zawołała za nim, gdy wyszedł już z kuchni - Bo pomyślałam sobie, że warto byłoby powiesić u Ciebie jakieś firanki w oknie - uśmiechnęła się do niego szeroko i znikła w salonie - Mam tu nawet takie zgrabne - wróciła po chwili trzymając w ręku biały materiał.
- Skoro tak... - nie dane było mu dokończyć, bowiem Gosia pobiegła już do jego pokoju
Gdy Brodecki wszedł do pomieszczenia stała na krzesełku i usiłowała dosięgnąć karnisza. Chłopakowi w ogóle nie przeszkadzał fakt, że Gosia wyciąga się jak tylko może. Miała na sobie krótką spódniczkę, która odsłaniała jej zgrabne i opalone nogi. Marek, jak to facet, oczywiście musiał zawiesić na nich oko. W pewnym momencie krzesełko niebezpiecznie się zachwiało. Dziewczyna wydała z siebie pisk, co sprawiło, że Marek wrócił do rzeczywistości. Natychmiast rzucił się z pomocą ale zrobił to tak niefortunnie, że chwilę potem oboje leżeli na podłodze. Gośka wylądowała na Marku więc nic sobie nie potłukła.
- O Boże, przepraszam – odezwała się lekko speszona
- Nic nie szkodzi – wyjąkał Marek, dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy. Gośka zaczęła zbliżać swoją twarz ku niemu, kiedy ich usta dzieliły zaledwie milimetry, w drzwiach stanęła Baśka, patrząc na nich z rozdziawioną buzią.
- O! Widzę, że przeszkadzam – wyjąkała chwilę póżniej
- Basia?! Nie, nie! Mieliśmy drobny wypadek - Brodecki szybko zerwał się z podłogi stając w bezpiecznej odległości od Małgosi
- Wypadek? Aha.. rozumiem – obdarzyła ich wymownym spojrzeniem – Przykro mi, że wam przerwałam, ale ja też tu mieszkam – uśmiechnęła się sztucznie
- Chciałaś coś? – rzuciła Gośka z wyraźnym zniecierpliwieniem – Jesteśmy... troszkę zajęci
- Nie wątpię! – warknęła poirytowana – Nie przeszkadzajcie sobie! – odwróciła się napięcie i wyszła trzaskając drzwiami
- Ale Baśka! - Brodecki wybiegł za nią – To nie tak jak myślisz!
- Marek, daj spokój! To, co ja w tej chwili myślę, jest naprawdę mało istotne – i nie czekając na jego reakcję zamknęła mu drzwi od sypialni, tuż przed nosem
- Ale...
- Daj, spokój, nie tłumacz się jej - Gosia stała oparta o futrynę zalotnie się uśmiechając. On tylko przewrócił oczami i mamrocząc coś pod nosem skierował kroki do swojego pokoju. Rano, przeciągnął się leniwie w łóżku, przetarł zaspane oczy i skierował kroki do kuchni, gdzie już krzątała się Basia.
- Co robisz? Śniadanko? A załapie się? - Brodecki zasiadł do stołu szczerząc się przy tym wesoło.
-To Gosia ci nie zrobiła? – uśmiechnęła się cynicznie
- Baska, o co ci chodzi?
- O nic! – kpiąco się uśmiechnęła – Tylko myślałam, że skoro robi ci domowe obiadki, to śniadania też ci serwuję, może nawet do łóżka...
- Nic mnie z nią nie łączy, jeśli o to ci chodzi! – odezwał się nieco poirytowany
- Nie no jaaassne! – rzuciła ironicznie nawet na niego nie spoglądając – To, że w nocy niczego nie słyszałam nie znaczy, że nic nie robiliście!
- Co Ty sugerujesz? - na twarzy Marka malowało się coraz większe zdenerwowanie - Ja w nocy spałem!
- Spałeś? – zaśmiała się z politowaniem – Sam czy ktoś Cię ululał?
- Taak – warknął – Sapkowski! Czytałem go przed snem! Jak masz coś do mnie, to mi to powiedz, a nie snuj głupich podejrzeń! – posłał jej wrogie spojrzenie i wściekły opuścił kuchnie. Basia odprowadziła go tylko przejętym spojrzeniem, ganiąc się w duchu za swój niewyparzony język. Musiała przyznać sama przed sobą, że tym razem chyba przesadziła...

isis - 2010-04-06, 20:03

Uuuu widać,że Gośka próbuje wszystkiego aby zakręcić wokół swojej osoby Brodeckiego;P
Hehe podoba mi się postawa Marka-mimo,iż nie musiał tłumaczy się Basi,że między nim,a nową współlokatorką do niczego nie doszło :lol:
Dalej!!;D

Kto pisze?;D

sysia16223 - 2010-04-07, 06:32

Nadrobiłam wszystko :-D

Daisy- Dzieciaki rozrabiają po godzinach :-) Niech Tylko Jacuś wkroczy na 3 minuty w życie Basi, a Marek zachowuje się jak kogut :-P Czekam na kolejną część :-)

Ninuś- Musiało być gorąco miedzy Brodeckim, a Storosz skoro odwołano ślub z tego powodu :-) a skoro to Maruś doniósł, to chyba coś do Baśki czuje :-D Dawaj szybciutko nowe :-) :-P

Olaaaa- Kochana co tu się nie dzieje :-P Jakaś Gosia się pojawiła i do tego miesza :-D Coraz bardziej mi się to podoba :-P Nie wiem czemu mam wrażenie, że ona się jakoś wkręci na ten spływ :-/ Mam nadzieje, że mnie moja intuicja zmyli :-P Aha Niunia nie myśl, że ja zapomniałam o DRODZE DO MIŁOŚCI wciąż czekam! :-P Super!

isis - 2010-04-08, 21:22

Kto pisze?;D

Daisy,Ninuś,Sysia,Olka?;D

Ninuś - 2010-04-12, 15:19

Pamiętacie mnie jeszcze????

kiedy kolejne części Waszych opowiadań, np 'Droga do miłości', o tym jak Marek, Basia i Gośka mieszkali pod jednym dachem, o lekarzach, o tajnych agentach i wszystkie inne nie dokończone, o Twinsach już nie wspominając (bo czekamy na nie i czekamy i rozmyślamy czy się w ogóle kiedyś doczekamy)
nie dobra, już nic nie mówię... ;-)


'Żoną miałam być'
2/3

Marek nie spodziewał się niczego. Jak gdyby nigdy nic usiadł na kanapie i czekał na swoją przyjaciółkę.
- Zuziu… mogłabyś? – Storosz zasugerowała, by Zuzia opuściła jej mieszkanie.
- No dobra, to ja idę. Uważajcie na siebie, cześć. – i wyszła.
- Basia, musimy pogadać. – odezwał się poważnie Brodecki.
- Tak, musimy pogadać… ale… - zaczęła łagodnie. – Pozwól, że najpierw rozkwaszę Ci dziób! – krzyknęła. Brodecki zdziwił się troszkę, jednak rozumiał jej reakcję.
- Basiu…
- Nie, nie, nie, nie, nie… Tylko nie mów do mnie Basiu! – wrzeszczała jak opętana.
- Ja Ci to wyjaśnię!
- Nie chcę słuchać Twoich tłumaczeń! Zniszczyłeś mi życie!!!! To przez Ciebie nie jestem teraz w podróży poślubnej i przez Ciebie nie jestem szczęśliwa z Jackiem! … Zabiję Cię! Zabiję!!!!!!!!!!!! – Storosz nie wytrzymała. Rzuciła się na Marka z pięściami, jednak ten jako facet o wiele silniejszy od kobiety, chwycił ją za nadgarstki i mocno przytrzymał. Chwilę się jeszcze szarpali, zanim Basia się nieco uspokoiła. Zaczęła płakać.
- Basiu, ja musiałem mu powiedzieć! – odezwał się wreszcie, nadal trzymając ją za ręce.
- Nie musiałeś! – wyłkała.
- Męczyłem się z tym… Wychodząc za Jacka oszukiwałabyś nie tylko jego, ale i siebie!
- Dlaczego to zrobiłeś, co? Przecież byłam taka szczęśliwa… chciałam tego ślubu! Wszystko przez Ciebie! – mówiła przez płacz. Nie potrafiła opanować, ani powstrzymać łez. Tak bardzo bolało ją to co zrobił Marek. Kiedyś byli przyjaciółmi, więc nie spodziewała się po nim takiego świństwa.
- Basiu, Basiu, Basiu… - próbował ją uciszyć. – Basiu… Zrobiłem to, bo…
- Bo co? Bo chciałeś się zemścić? UDAŁO CI SIĘ! – wrzasnęła ile miała tylko sił w gardle i wyrwała się z jego uścisku, uciekając do łazienki. Brodecki usiadł na kanapie i schował twarz w dłonie. Nie wiedział już czy dobrze zrobił. Gdyby wtedy wiedział, że teraz Basia będzie go tak bardzo nienawidzić, nie mówiłby nic Jackowi, a ona byłaby panią Dumicz. Jednak takie rozwiązanie nie byłoby zgodne z jego sercem.
Basia wyszła z łazienki w pełni gotowa na poważną rozmowę. Stanęła w progu i przez chwilę patrzyła na Brodeckiego.
- Powiesz mi wreszcie, dlaczego powiedziałeś Jackowi, że… spałam z Tobą? – odezwała się po jakiejś chwili. Spojrzał na nią.
- Powiedziałem mu, bo… nie mogłem już dłużej tego ukrywać. – odpowiedział szczerze.
- Ale dlaczego teraz? Dlaczego nie wcześniej? Przecież… mogliśmy to wszystko jeszcze odwołać… a tak… cała rodzina dowiedziała się… takie upokorzenie.
- Nie chciałem, żeby tak to wyszło.
- A co Ty myślałeś? Że jak powiesz Jackowi 2 minuty przed ślubem, to on się ze mną ożeni?
- Chciałem mieć po prostu czyste sumienie… - wyznał spuszczając z niej wzrok. Basia milczała, a on dodał po chwili. – Nie mogłem pozwolić Ci tak po prostu odejść z nim…
- Że co proszę? – myślała, że źle usłyszała. W tym momencie Brodecki wstał i podszedł do niej.
- Zależy mi na Tobie, zrozum to! – spojrzeli sobie w oczy i przez jakiś czas tak po prostu na siebie patrzeli. – Basia… To co się zdarzyło między nami… to tylko dowód na to, jak bardzo jesteś dla mnie ważna! Nie mogłem tak spokojnie patrzeć na to, jak Dumicz mi Ciebie zabiera!
- A nie pomyślałeś o tym, że ja właśnie chcę, aby on mnie zabrał?
- Kocham Cię. – wypalił z nagła patrząc jej prosto w oczy.
- Boże jakim Ty jesteś egoistą! Zniszczyłeś mi życie, bo nie chciałeś, żeby Jacek mnie zabrał! – podsumowała. – A nie przyszło Ci do głowy, że go kocham?
- I tak Ci nie wierzę w to! - zamilkł. – To dlaczego… dlaczego wtedy…
- Co? – zapytała. – Dlaczego wskoczyłam Ci do łóżka?
- Tak… Chcę wiedzieć, dlaczego mnie uwiodłaś, zrobiłaś nadzieję na coś i odeszłaś! Chcę to wiedzieć! – podniósł nieco ton.
- Ja Ci zrobiłam nadzieję? Na co?
- Na to… że… może kiedyś…
- Przestań! Dobrze wiesz, że ta noc, to po pierwsze: nie ja uwiodłam Ciebie, ale Ty mnie! Po drugie: nie umawialiśmy się na nic! I po trzecie, najważniejsze: ta noc, to był kolosalny błąd! Zdradziłam Jacka, przyznaję… ale nie wiedziałam, że Ty zdradzisz mnie! Przecież jesteś moim przyjacielem! Przyjaciele się nie zdradzają!
- I sypiają ze sobą… - mruknął pod nosem. – Ale stało się, a to oznacza, że nie jesteśmy przyjaciółki… Już nie!
- Ooo właśnie! Już nie jesteśmy przyjaciółmi, bo Cię nienawidzę! Jesteś zdrajcą! – wykrzyczała mu prosto w twarz. – I wynoś się z mojego mieszkania, nie chcę Cie widzieć przez resztę życia! Dla mnie nie istniejesz! – i opuściła salon, udając się do drugiego pokoju.

Cały wieczór spędziła na łóżku. Nie miała sił, ani ochoty na nic. Ciągle jedynie płakała, snuła się po domu jak cień. Bez Jacka i tak nic nie miało już sensu. Zdradziła go z Markiem i bardzo podle się z tym czuła, ale czasu niestety cofnąć już nie mogła. Około godziny 22 usłyszała dzwonek do drzwi. Nie chciała wstawać z łóżka i słuchać np. od Zuzi, czy kogokolwiek innego, który właśnie stoi na wycieraczce, jaką jest idiotką. Jednak kiedy dzwonek powtórzył się jeszcze kilka razy, nie wytrzymała i poszła otworzyć. Za drzwiami stał poważny jak nigdy Dumicz. Wysoki, przystojny mężczyzna, jak zwykle w ciemnym garniturze i okularami na nosie. Stał i patrzył na nią przez chwilę, lecz zaraz odwrócił wzrok.
- Przyszedłem po swoje rzeczy. – oznajmił twardo. Nic nie mówiąc wpuściła go do środka. Przeszedł od razu do sypialni, zauważył porozrzucane i zużyte chusteczki higieniczne. Jednak otworzył swoją szufladę i zaczął wyciągać z niej ubrania. Minęło zaledwie 15 minut, a on był już gotowy do wyjścia. Wszedł do salonu, gdzie przy oknie stała Basia i spojrzał na nią.
- Szczoteczkę wyrzuciłem, kupię sobie nową… - odezwał się, ale Basia nie zareagowała. – Pójdę już.
- Zaczekaj! – odwróciła się i zbliżyła do niego. – Możemy porozmawiać?
- Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł. – odpowiedział szczerze.
- Jacek proszę! – spojrzała na niego tak, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem. Dumicz, jako człowiek szlachetny, nie mógł tak dłużej na nią patrzeć, nie na Basię. Zgodził się na rozmowę. Usiedli obydwoje przy stoliku. On na kanapie, ona na fotelu, naprzeciw.
- Słucham? Co chciałaś mi powiedzieć? – zapytał, by jakoś zacząć.
- To co powiedział Ci Marek…
- Basia… Nie chcę drugi raz tego słuchać! Ta rozmowa nie ma sensu.
- Jacek, ja nie chciałam tego! On… mnie uwiódł! Przecież dobrze wiesz, że nigdy bym Ciebie nie zdradziła!
- Ale zdradziłaś! – przerwał jej gwałtownie, krzycząc.
- Przepraszam! Ja nie wiem co wtedy mną kierowało… Kocham Cię, naprawdę!
- Nie…. Nie mogę tego słuchać! – wstał i stanął w drzwiach. – Mógłbym Ci wiele wybaczyć, naprawdę wiele… Ale zdradziłaś mnie z Markiem i to w dodatku 3 dni przed naszym ślubem! – zaczął głośno krzyczeć. Storosz spuściła głowę ze wstydu. – Jak mogłaś w ogóle kochać mnie i zdradzić? Nie rozumiem Cie Basia! A może ja Ciebie w ogóle nie znam…? Może masz siostrę bliźniaczkę i nikt nic o tym nie wie?... – Basia nadal milczała. Nie wiedziała co powiedzieć. Było jej tak cholernie wstyd. – Wiesz co… Nie mogę nawet na Ciebie patrzeć!
- Jacek błagam! Wybacz mi, to był błąd! Kocham Cię, proszę wybacz mi! Daj mi jeszcze jedną, ostatnią szansę!
- Nie Baśka! – kategorycznie zaprzeczył. – Nie umiem Ci wybaczyć! Dużo myślałem nad tym, ale… nie potrafiłbym Ci już zaufać… Chcę o Tobie zapomnieć Baśka!
- Jacek błagam! – wybuchła płaczem, nie umiała się powstrzymać. – Ja tego żałuję, Jacek błagam! Dajmy sobie ostatnią szansę!
- Nie!
- Błagam!
- Nie kocham Cię, bądź szczęśliwa z… nim. Cześć! – powiedział szybko i opuścił jej mieszkanie. Basia jeszcze przez chwilę wpatrywała się w miejsce, w którym stał Dumicz. Zaraz potem dosłownie zaczęła krzyczeć z żalu. Oparła się o futrynę i zjechała do pozycji siedzącej, wylewając hektolitry gorzkich łez.

Sukienka samotnie w szafie lśni
Nie założy jej już nikt
Nie dowie się, czemu tak stało się
Zamiast ‘tak’ on powiedział ‘nie’
Zamówiłam pogodę na ten dzień
A i tak znów padał deszcz
Nikt nie widział mych łez
Gdy mówiłeś że:
Nie pokochasz nigdy mnie, na dobre i złe

olka - 2010-04-12, 22:56

Ninuś cudownie! :D Kurcze, Baśka ostro potraktowała Brodeckiego :roll: ale mam nadzieje, że w koncu przejrzy na oczy i dotrze do niej, że też go kocha :lol: Nie moge się doczekać kolejnej części. Pisz szybciutko ;***

Cz. 10

Przez kolejne dni atmosfera w domu była cieplutka jak zimnica. Baśka i Marek nie potrafili ze sobą normalnie rozmawiać, od czasu do czasu wymieniając jedynie ukradkowe spojrzenia. Gosi, sytuacja miedzy nimi jak najbardziej odpowiadała. Cały czas wdzięczyła się przed Brodeckim, tym samym doprowadzając Storosz do białej gorączki. Baska nie przestała dogryzać Markowi a on miał już tego powyżej uszu. Spływ kajakowy zbliżał się wielkimi krokami i choć żadne nie chciało się do tego przyznać, miało cichą nadzieje, że wspólny wyjazd naprawi to, co znów się popsuło. Dwa tygodnie bez nowej „koleżanki”, miały być dla Baśki balsamem dla duszy i szansą poprawienia relacji między nią a Markiem. Bądź co bądź, to głównie ona wywoływała kłótnie między nimi a jej urażona duma, nie pozwalała na wypowiedzenie prostych słów „przepraszam” jakie od kilku dni cisnęły jej się na usta, jednak zawsze więzły w gardle, zmieniając się w uszczypliwe uwagi. Marek nie mógł zrozumieć jej zachowania. Za każdym razem, gdy próbował z nią porozmawiać, Baśka go zbywała, co kończyło się kolejną kłótnią. I tak było przeszło tydzień, w tym czasie Gosia obserwowała ich z wyraźną satysfakcją, próbując jak najbardziej dogryźć Storosz i zbliżyć się do Brodeckiego. Szansą na zawężenie jej znajomości z Markiem, mógłby być spływ...
- Marek, co robisz? - głowa Gosi pojawiła się w drzwiach sypialni Marka.
- A nic ciekawego, czytam sobie - Brodecki uśmiechnął się życzliwie i gestem ręki zaprosił dziewczynę do środka – Stało się coś?
- Nie, nie. Tak chciałam z Tobą pogadać...
- Aha... - chłopak nieśmiało zwiesił głowę - A o czym?
- Właściwie o niczym konkretnym - przysunęła się do niego jeszcze bardziej, tak, że teraz stykali się ramionami - Kiedy jedziecie na ten spływ?
- No jeszcze troszeczkę. A co, będziesz tęsknić? – zapytał przewrotnie
- Szczególnie za Tobą i mam nadzieję, że Ty za mną też – spojrzała mu prosto w oczy - Będziesz tęsknił?
- Oczywiście, jesteś moją koleżanką....
- Marek, a czy na pewno nie znajdzie się dla mnie miejsce? Popatrz, zostanę tu sama jak palec. Nie będę miała, do kogo nawet się odezwać. Nie sprawię kłopotu, obiecuję. Będę siedziała cicho - spojrzała się na niego smutno.
- Tak, ja wiem, ale mamy komplet. Nawet w bagażniku się nie zmieścisz. Przykro mi...
- Ale Marek, to ja mogę dojechać autobusem, albo pociągiem! - zawołała uradowana.
- Gośka, przykro mi. Wiem, że chcesz jechać, ale ja nic na to poradzić nie mogę...
- Nie no, rozumiem, trudno... Zawsze chciałam uczestniczyć w spływie, ale nigdy nie miałam okazji.. - zrobiła żałosną minkę
- Szkoda, że nie mówiłaś wcześniej. A tak, już wszystkie miejsca zaklepane. Ewentualnie mogłabyś się wkręcić gdyby ktoś zrezygnował, w co raczej wątpię
- A Basia? - skrzywiła się na wspomnienie o dziewczynie
- Co Basia? - chłopak przyjrzał się jej uważnie.
- No, czy Basia jedzie?
- Oczywiście, już zaopatrzyła się w cały sprzęt! - zaśmiał się na samo wspomnienie wspólnych zakupów, na które udali się wraz z Zuzą i Piotrkiem.
- No tak! - podniosła się z łóżka i powędrowała do drzwi - Ale Mareczku, pamiętaj, że gdyby jednak ktoś zrezygnował to ja się piszę od razu!
- Oczywiście, będę pamiętał. Jesteś pierwsza na liście - uśmiechnął się ciepło.
- No to idę. Nie przeszkadzam Ci już – mrugnęła do niego oczkiem i zamknęła drzwi. Powędrowała do salonu, rozsiadając się na kanapie - A ja myślę, że jednak pojadę - uśmiechnęła się do siebie tajemniczo - I chyba wybiorę się jutro na zakupy. A nóż widelec, ktoś zrezygnuje – chytrze się uśmiechnęła...

(...)

Brodecki wszedł do pubu rozglądając się dookoła. Okręcał się w jedną i w drugą stronę, aż w końcu dostrzegł w tłumie machającą w jego kierunku rękę. Podszedł bliżej witając się z kumplem
- I co tam? - Brodecki zasiadł do stolika.
- A w porządku. Zuzia mnie dokarmia, sprząta, czegóż chcieć więcej? - Piotrek zaśmiał się radośnie, a zaraz zawtórował mu Marek.
- Sprowadziłeś sobie kobietę do domu do sprzątania? Myślałam, że Twoja wyobraźnia jest bardziej rozwinięta – szturchnął go z uśmiechem w ramie
- Spokojnie, już ja wiem jak zapełnić jej czas wolny! – po tym stwierdzeniu obaj wybuchli śmiechem - A co u Ciebie? Ty to masz raj na ziemi. Dwie panny pod dachem.... bajka....
- Taaa.... Tylko ja chyba do niej nie pasuję...
- Stary, co Ty gadasz?! Laski jak się patrzy, musisz nimi tylko odpowiednio pokierować - Brodecki rzucił mu groźne spojrzenie, na co chłopak ściszył głos - Czy coś?
- Piotrek, znowu gadasz od rzeczy - jęknął.
- No dobrze, koniec żartów. O co chodzi tym razem?
- O Baśkę! Jakoś dziwnie się zachowuje. Nie jest już taka jak przedtem...
- Przedtem? To znaczy przed czym?
- No przed przyjściem Gosi, jakoś się dogadywaliśmy. A teraz dogryza mi na każdym kroku, albo w ogóle się nie odzywa. Mówię Ci, humorki to ona ma....
- No to rzeczywiście lipa... a rozmawiałeś z nią chociaż?
- Ba! Żeby to raz! Wścieka się i tyle, mówi, że wszystko w porządku. A z Gosią mało co się nie pozabijają, strach je zostawić same! Nawet teraz zastanawiam się, czy jak wrócę, nie będę musiał identyfikować ciał! - upił łyk soku i zaśmiał się nerwowo.
- Co Ty mi tu opowiadasz jakieś historie ze strefy 11? Mam nasłać na nią Zuzkę? Może troszkę ją przytemperuje, co? - Piotrek spojrzał się z politowaniem na zestresowanego kumpla.
- I myślisz, że to coś pomoże?
- No tak, myślę... spróbujmy chociaż. Bo boję się, że w takiej atmosferze, nabawisz się wrzodów żołądka, albo kij wie czego jeszcze!
- Dobra, niech ją Zuzka wybada. Mam nadzieję, że wyciszy się do spływu, bo nie mam zamiaru jej tam wysłuchiwać.
- Spokojna głowa. Ja mam nadzieję, że pogoda się poprawi, bo jak na razie jest fatalnie - wyjrzał za okno, gdzie zbierały się deszczowe chmury - To co? Po piwku, czy lecisz do swoich niewiast?
- No co Ty?! Dobrze wiesz, że ja nie odmawiam kumplom - chłopcy ponownie zawtórowali sobie śmiechem, chwile potem popijając złoty napój. W tym samym czasie w mieszkaniu Basia leżała wygodnie na tarasie z książką w ręku i mp3 w uszach a Gosia urzędowała w kuchni. W domu panował względny spokój, ale jak to bywa, ta sielanka nie mogła trwać wiecznie. Majewska wolnym krokiem weszła do salonu, na niebie zbierały się czarne chmury i tylko patrzeć jak zacznie padać. Dostrzegła uchylone drzwi balkonowe i w tej samej chwili w jej głowie pojawił się diabelski plan. Korzystając z tego, że Basia ma w uszach słuchawki i na pewno jej nie słyszy, jednym sprawnym ruchem zatrzasnęła drzwi, a potem z triumfalnym uśmiechem na ustach opuściła mieszkanie...

Ninuś - 2010-04-13, 08:52

Olka
Kurde co ta wredna Gosia kombinuje, he? :roll:
Mam nadzieję, że jednak nie pojedzie na ten spływ, bo jeśli pojedzie, to ja wszystko widzę cienko... i relacje między Basią a Markiem i w ogóle całą tą wyprawę...
ale czuję, że będzie sie działo, więc wklejaj następną część! Genialne!!! ;*;*;*

sysia16223 - 2010-04-13, 21:30

Nawet nie chce mówic co bym z tą słodką Gosią zrobiła :-/ Mam nadzieje, że Baśka się nie rozchoruje :-/ A jak się rozchoruje to niech z nią Mareczek zostanie :-P

Ola błagam nowa część! :-P

olka - 2010-04-14, 11:52

Dzięki dziewczyny ;***
Sysia, Ninuś kiedy wasze?

Cz. 11

Mała kropelka deszczu, która spłynęła na dłoń Baśki, sprawiła, że dziewczyna oderwała się od czytanej lektury i zerknęła w niebo. Nad jej głową kłębiły się burzowe chmury. Zamknęła książkę, wyłączyła mp3 i z grymasem niezadowolenia na twarzy skierowała się w stronę drzwi. Jak tylko przed nimi stanęła zastygła w przerażeniu
- Niieee – jęknęła kręcąc przy tym głową. Drzwi były zamknięte! I co w tym strasznego? Pewnie nic, gdyby nie fakt, że z powodu braku klamki po jednej stronie, można je otworzyć tylko z wewnątrz. Podbiegła do szyby usilnie próbując dostać się do środka, jednak rezultat był żaden. Nikt nie słyszał jej krzyków i wołania o pomoc. Na domiar złego rozpadało się na dobre a ona stała uwięziona na tarasie bez możliwości schronienia się przed deszczem. Dlaczego nikogo nie ma w domu? Marek wyszedł przed południem ale była Gośka
- Gdzie podziała się ta zołza?! – warknęła sama do siebie i nagle ją olśniło – Zaraz, zaraz... przecież wiedziała, że jestem na tarasie... wiedziała również, że drzwi się zatrzaskują! – mówiła do siebie czując narastającą w niej złość – Nie było przeciągu a same zamknąć się nie mogły!! – Trzęsąc się z zimna i wściekłości zsunęła się bezradnie po ścianie, modląc się w duchu by jak najszybciej ktoś ją uwolnił. Kilka godzin później Gosia zadowolona przekroczyła progi mieszkania, zdjęła buty, powiesiła swój płaszczyk, strzepując z niego ostatnie krople deszczu, i poprawiając swoje bujne loki ruszyła w stronę salonu. Widząc na tarasie przemoczoną Baskę ledwo wstrzymywała śmiech. Robiąc przerażoną minę ruszyła do drzwi w pośpiechu je otwierając.
- Boże Baśka, co ci się stało? – złapała się dłonią za usta. Rola zdziwionej i przejętej koleżanki wychodziła jej wręcz idealnie
- Co mi się stało pytasz?! – zacisnęła zęby powoli zbliżając się w stronę Majewskiej – Ja ci zaraz pokaże co mi się stało, Ty ruda małpo!! – bez słowa ostrzeżenia rzuciła się na Gośkę. Emocję kumulowane w sobie przez wiele tygodni w tej jednej chwili wybuchły ze zdwojoną siłą.
„ Ałłaa! Moje włosy!” „Podarłaś mi bluzkę” „Jesteś stuknięta!!” „Odechce ci się ze mną zadzierać!!” takie i inne wrzaski wydobywały się z salonu. Dziewczyny szarpały się jak tylko mogły i żadna nie zamierzała zrezygnować...
W tym samym czasie, Marek wysiadł z windy i szukając kluczy w kieszeniach spodni, zmierzał holem w kierunku mieszkania. Na całym korytarzu słychać było niemiłosierne wrzaski, co zwróciło jego uwagę. Myśląc, że pewnie jakieś młode małżeństwo przechodzi swój pierwszy kryzys w związku, wzruszył tylko ramionami ruszając dalej. Jednak, gdy zatrzymał się przed wejściem do swojego mieszkania z przerażeniem stwierdził, że to jednak nie młode małżeństwo. Przyłożył głowę do drzwi i zaraz przypomniał sobie niedawną rozmowę z Piotrkiem...

- No przed przyjściem Gosi, jakoś się dogadywaliśmy. A teraz dogryza mi na każdym kroku, albo w ogóle się nie odzywa. Mówię Ci, humorki to ona ma....
- No to rzeczywiście lipa... a rozmawiałeś z nią chociaż?
- Ba! Żeby to raz! Wścieka się i tyle, mówi, że wszystko w porządku. A z Gosią mało co się nie pozabijają, strach je zostawić same! Nawet teraz zastanawiam się, czy jak wrócę, nie będę musiał identyfikować ciał! - upił łyk soku i zaśmiał się nerwowo.


Czym prędzej odkluczył zamki wbiegając do środka. Wparował do salonu i ogarnął wzrokiem całą sytuację. Widząc jak dziewczyny szarpią się nie tylko za ubrania, ale i za włosy natychmiast zareagował. Złapał Basie w pół odciągając od Gośki i stając między nimi, tak, by nie dopuścić do kolejnego starcia
- Co wy robicie?! Czy wyście kompletnie powariowały?! Co wam odbiło?! – wydarł się na całe gardło przerywając ich dotychczasową sprzeczkę
- Kretynka! Jeszcze mnie popamiętasz! – warknęła Baśka
- Trzęsę się ze strachu! – rzuciła ironicznie, na co Baska znów wystartowała do niej z pazurami
- Hej, hej, hej! – Marek skutecznie ją zatrzymał – Uspokójcie się!! I jak Ty w ogóle wyglądasz? Jesteś cała mokra... – popatrzył na Basię z politowaniem – Co tu się stało?!
- Ta wariatka się na mnie rzuciła! – odezwała się Gośka
- Bo ta jędza zamknęła mnie na balkonie! – wskazała głową Majewską – A potem wyszła sobie, jak gdyby nigdy nic!
- Gośka to prawda? – Marek zmierzył ją surowym spojrzeniem
- Wcale nie! Wypraszam sobie! – oburzyła się dziewczyna
- Nie udawaj głupszej niż jesteś! Drzwi same się nie zamknęły!! – wydarła się Baśka
- Pewnie był przeciąg a Ty wszystko zwalasz na mnie! Trzeba było tam nie przesiadywać! Sama jesteś sobie winna!
- Grrrr! Powyrywam ci te rude kłaki! – Baśka kolejny już raz chciała dobrać się do swojej „koleżanki” ale Marek w porę zainterweniował
- Ty jesteś nienormalna, powinnaś się leczyć! – zaśmiała się cynicznie
- Zamknij się! – krzyknęła Basia
- Sama się zamknij!
- Obie się zamknijcie!! – wrzasnął Marek gromiąc ich spojrzeniem, co spowodowało, że nagle ucichły - Słychać was w całym bloku! Nie obchodzi mnie która zaczęła i dlaczego, ale to nie powód, żeby urządzać taki cyrk!
- Ale... – odezwały się obie
- Nie chcę tego słuchać! Ty – zwrócił się do Baśki – Lepiej weź gorącą kąpiel, bo się jeszcze przeziębisz! A Ty – wskazał palcem na Gosie – Idź się doprowadź do porządku, bo wyglądasz okropnie – spojrzał na jej potargane włosy i rozerwaną bluzkę. Dziewczyny obrzuciły się złowrogim spojrzeniem po czym z fochem wymalowanym na twarzy opuściły salon. Marek ciężko opadł na kanapę łapiąc się za głowę
- Skaranie boskie z tymi babami! – westchnął ukrywając twarz w dłoniach.

Ninuś - 2010-04-14, 14:21

Olka hahaha wiedziałam, że wreszcie do tego dojdzie :576: rzucą się na siebie jak dwie wściekłe lwice :lol: Biedny Mareczek, rzeczywiście ma skaranie boskie z tymi babami
więcej chcę! ;***

Gdzie resztaaaa????



ja nie mam dokończonego... prawdopodobnie w piątek dokończę i wrzucę :)

isis - 2010-04-14, 21:21

Aaa dziewczyny rewelacja!!
Olka i Ninuś ratujecie NT!!:) Oba opowiadania są rozbrajające :lol:
Czekam z niecierpliwością na kolejne części;)

sysia16223 - 2010-04-15, 14:06

Dooobrze :-D Baśka agresje złapała :-P No ciekawa jestem co będzie dalej :-) Pisz szybciutko! :mrgreen:
mandzia - 2010-04-15, 21:16

Normalnie rewelacja. :-D Nie moge się doczekać kolejnej części. Mam nadzieję, że szybko dodasz. Na pozostałe dziewczyny też mam szanse liczyć?? :?:
olka - 2010-04-16, 18:08

Cz. 12

Kolejny dzień zaczął się dosyć spokojnie. Marek przygotowywał śniadanie, Gośka wyszła wcześnie rano twierdząc, że ma do załatwienia kilka spraw na mieście a Basia jeszcze smacznie spała. Było po 11 gdy zaspana, w śmiesznej piżamce z misiem, wkroczyła do kuchni.
- Nasza śpiąca królewna wstała. Fajna piżamka! – rzucił w jej kierunku tłumiąc w sobie śmiech
- Daruj sobie! – usiadła przy stole ukrywając twarz w dłoniach. Nie czuła się dziś najlepiej i nie miała ochoty wdawać się z nim w kolejną słowną utarczkę.
- Wszystko w porządku? – trochę zaniepokoiło go zachowanie koleżanki – Baska! – zawołał ponownie nie widząc reakcji z jej strony
- Co? Tak, tak wszystko OK. – widząc z jaką troską jej się przygląda blado się uśmiechnęła
- Na pewno? Nie wyglądasz najlepiej...
- To nic takiego, musiałam się chyba przeziębić. Wezmę aspirynę i do jutra mi przejdzie – wymamrotała podchodząc do szafki z lekami. Już wyciągała po nie rękę, gdy nagle zrobiło jej się ciemno przed oczami...
Obudziła się w swojej sypialni. Widząc pochylającego się nad nią obcego mężczyznę nie wiedziała, co się dzieje
- Co się stało? Kim pan jest?
- Spokojnie, jestem lekarzem – mężczyzna ciepło się uśmiechnął – Zemdlała pani, zresztą przy takiej temperaturze nie ma co się dziwić. Ma pani prawie 40 stopni gorączki i zapalenie oskrzeli. Nieźle się pani załatwiła, pogoda tego lata jest wyjątkowo paskudna i trzeba uważać
- Ale jak to zapalenie oskrzeli?
- Przepisze pani odpowiedni antybiotyk i myślę, że za tydzień wróci pani do zdrowia. Przez ten czas proszę nie wychodzić z łóżka.
- Ale ja jutro mam spływ kajakowy! – jęknęła żałośnie
- Przykro mi, ale będzie musiała pani zrezygnować. Zapalenie oskrzeli to nie żarty, nie wolno tego lekceważyć!
- A nie da się jakoś szybciej tego wyleczyć? – zapytała głosem pięcioletniej dziewczynki patrzą błagalnie na doktora – Tak, żebym mogła pojechać?
- Pani Basiu, myślałem że jest pani dorosła – lekarz pokiwał głową z politowaniem
- Tak tylko zapytałam – mruknęła pod nosem z obrażoną miną
- To ja się żegnam i życzę powrotu do zdrowia! – jak tylko lekarz opuścił mieszkanie, Marek, który czekał do tej pory w salonie natychmiast zjawił się w sypialni Baśki.
- I jak się czujesz? – zapytał siadając na brzegu jej łóżka – Wiesz jak mnie wystraszyłaś? Nie wiedziałem co robić...
- Przepraszam – leciutko się uśmiechnęła
- A co powiedział lekarz?
- Nic! – wyraźnie posmutniała
- Jak to nic? Basia, co jest?
- Nie jadę na spływ, mam zapalenie oskrzeli. Przez tydzień mam nie opuszczać łóżka – powiedziała płaczliwym tonem – To wszystko przez ta rudą lafiryndę!
- Basia...
- No co?! Tylko jej nie broń!
- Przecież nic nie mówię, poza tym zdrowie ważniejsze
- Jassne! Łatwo ci mówić, bo to nie Ty zostaniesz sam przez dwa tygodnie, nudząc się jak mops i walcząc z zapaleniem oskrzeli...
- Nie martw się, jak dojdziesz do siebie zorganizujemy jeszcze jeden spływ – uśmiechnął się pocieszająco – A teraz się kuruj, a ja skoczę do apteki po twoje leki – powiedział i z prędkością światła wyleciał z mieszkania.
Późnym wieczorkiem Gosia pojawiła się wreszcie w domu, trzymając w ręku torbę z zakupami. Weszła do salonu i ciężko opadała na kanapę.
- Gosia? Coś Ty taka nie wyraźna? - Marek pojawił się w salonie.
- A nie nic. Zmęczona jestem po prostu. Robiłam drobne zakupy - wskazała na kilka wypchanych toreb.
- Drobne.... właśnie widzę - Brodecki lekko się zaśmiał.
- A... a jak Basia? - Gosia z trudem zadała to pytanie.
- No ma zapalenie oskrzeli, dostała jakieś leki i musi to wyleżeć....
- Oj, jaka szkoda... - Majewska uśmiechnęła się pod nosem
- No i nie da rady pojechać na biwak. Szkoda, bo wszystko już ustalone.
- Nie jedzie? - Gośka poderwała się z kanapy i stanęła obok Marka.
- No, właśnie nie. No i w takiej sytuacji zwalnia się jedno miejsce - Brodecki spojrzał na rozpromienioną koleżankę - I jeżeli masz jeszcze ochotę i nic sobie nie zaplanowałaś, to możesz do nas dołączyć...
- Pewnie! Przecież wiesz, jak bardzo chcę jechać! Jest! - dziewczyna z radości aż podskoczyła - Ale będzie super! Dobrze, że zrobiłam jednak te zakupy!
- Tak, tak... - Marek pokiwał lekko głową mało zainteresowany paplaniną koleżanki.
- Już nie mogę się doczekać! Ależ będzie zabawa! Dzięki Marek! - Majewska rzuciła się mu na szyję, po czym szybko oderwała się i odstawiając taniec radości pobiegła do łazienki, krzycząc coś o jakiejś maseczce przed wyjazdem.
- No, nie wątpię że zapewnisz nam atrakcje... - Brodecki jakoś nie pałał wielkim entuzjazmem na myśl o towarzystwie Gosi - Może jakoś wspólnymi siłami damy radę - wyłączył światło w salonie i udał się do swojego pokoju przygotować wszystko na wyjazd.

(...)

- Basiu! My już idziemy – następnego dnia głowa Marka pojawiła się w drzwiach pokoju Storosz – Poradzisz sobie? - podszedł bliżej siadając na brzegu łóżka
- Dam sobie radę, mną się nie przejmuj - wychrypiała.
- Jesteś pewna? Bo jak chcesz, to ja mogę zostać...
- Marek nie przesadzaj, wystarczy już, że ja nie jadę - uniosła się lekko na łokciach z uśmiechem na twarzy - Zresztą już mi chyba lepiej - na potwierdzenie zaniosła się kaszlem.
- No, tak. Właśnie widzę - chłopak ze śmiechem pokręcił głową.- W takim razie zbieram się. Będę dzwonił - pochylił się nad nią chcąc pożegnać buziakiem w policzek ale dziewczyna szybko się odsunęła
- Nie, bo się zarazisz. Daj łapę - uścisnęli sobie dłonie i Brodecki skierował kroki do wyjścia – Miłej zabawy!
- Nie dziękuję – mrugnął do niej - A Gosi niczego nie będziesz życzyć?
- Taaak, żeby złapała wilka, albo kleszcz jej wszedł w d... w pośladek. Tego jej życzę z całego serca Marek pokręcił głową ze śmiechem, pomachał jeszcze na pożegnania i zniknął jej z pola widzenia. Chwilę potem Baśka słyszała już tylko trzask drzwi i odgłosy przekręcanych klucz
Brodecki z koleżanką stanęli przed blokiem wypatrując samochodów znajomych. Nie czekali długo, bowiem zaraz zajechały dwa auta. Z jednego wygramolił się Piotrek.
- Cześć Stary! Gotowi do drogi? - chłopak uścisnął dłoń Brodeckiego.
- Oczywiście! To jest właśnie Gosia – przedstawił swoją współlokatorkę, która przywitała się szerokim uśmiechem.
- No to wbijajcie się do środka. U nas jest tylko jedno wolne miejsce więc Marek zabierzesz się z nami a Gosia pojedzie z resztą ekipy, w porządku? - Brodecki pokiwał głową - To jedziemy bo nie mamy dużo czasu. Już jesteśmy spóźnieni.
Załadowali torby do bagażników i wsiedli do środka. Czasu stracili jeszcze sporo, stojąc w warszawskich korkach, ale jakoś z wielkim trudem minęli wreszcie zatłoczone miasto. Gdy tylko wyruszyli Brodecki utkwił swój wzrok za szybą samochodu. Zadawać by się mogło, że jest bardzo zauroczony krajobrazem, jednak on myślami był daleko. Przy pewnej drobnej osóbce, która została w domu, zdana na siebie. Z zamyślenia wybudziło go lekkie szarpanie za rękaw.
- Marek, a jak Baśka? - zapytała Zuza - Bardzo chora?
- Ma zapalenie oskrzeli, a sama wiesz najlepiej jak ona lubi leżeć. Ale gdyby pojechała skończyłoby się jeszcze gorzej
- No tak, to zrozumiałe. Jednak szkoda, że nie jedzie. Ona tak się cieszyła na ten wyjazd. Marek, a zabrałeś aparat? Marek? - Zuzia ponowiła pytanie, nie widząc reakcji ze strony kolegi. Marek chyba nawet jej nie słyszał. Ocknął się dopiero wtedy gdy Zuzka pomachała mu ręką przed oczami – Halo! Ziemia do Marka! Coś ty tak odpłynął?
- Co? A nie... wiecie co? Zatrzymajcie się tu!
- Marek dobrze się czujesz? Gdzie ci się tu zatrzymam, po co?
- Piotrek zjedź na pobocze, ja wysiadam.
- Ale, że co proszę? Jak to wysiadasz?
- Normalnie, nie jadę! Zmieniłem zdanie, zatrzymaj się – Piotrek zjechał na pobocze gasząc silnik
- Ale co? Chcesz wracać do Wawy? To może cię chociaż podrzucimy, co?
- Nie, nie trzeba i tak już wystarczająco czasu straciliście. Poradzę sobie
- Na pewno?
- Spokojna głową, jedzcie i bawcie się dobrze – uśmiechnął się przyjaźnie wyciągając swoje bagaże z samochodu. Pożegnał się z przyjaciółmi, których kilka minut później stracił z pola widzenia...

sysia16223 - 2010-04-16, 19:00

Aaaaaaa.... :-D Szok! Dobrze :-) Ola błagam dodaj następną cześć jeszcze dziś! Prosze, prosze. prosze, prosze :-D Normalnie nie wytrzymam

:*:*

olka - 2010-04-16, 20:32

Sysia, na Twoje specjalne życzenie :lol:

Cz. 13

Basia wygrzebała się spod kołdry i spojrzała na zegarek. Było parę minut po godzinie 15, skrzywiła się i burcząc coś pod nosem oparła się plecami o zagłówek swojego łóżka. Wyciągnęła rękę i na ślepo zaczęła „macać” swoją szafkę nocną. Wreszcie lekko się uśmiechnęła i jej dłoń z książką wróciła na kołdrę. Otworzyła ją i ledwie zdążyła przeczytać dwie strony, a książka znowu z hukiem powędrowała na stolik.
- Nie, no nie! Kurcze! Właściwie to, o co mi chodzi? - zapytała sama siebie z grymasem na twarzy - Przecież wszystko jest w porządku. Ciepłe łóżeczko, chata wolna, to o co chodzi? - upiła łyk wody stojącej w kubku na stoliku – Przecież ja tu zwariuję z nudów! – opadła ciężko na poduszkę i nakrył się kołdrą zanosząc się kaszlem. Ale za chwilę z powrotem jej głowa wyłoniła się na powierzchnie, słysząc zgrzyt zamka w drzwiach – Z tego wszystkiego zaczynam świrować - ale mina zrzedła jej jeszcze bardziej słysząc kroki w korytarzu.
- No cześć, biedaczku! - w drzwiach pojawiła się głowa Brodeckiego.
- Marek?! Co Ty tu robisz? Czegoś zapomniałeś? - dziewczyna nie ukrywała swojego zdziwienia.
- Niczego. A co? Nie cieszysz się, że mnie widzisz? - wszedł dalej z rękoma założonymi na piersi - Nie mów, że się nie stęskniłaś?
- Ja? W ogóle! Ale dlaczego wróciłeś?
- A zdrówko, jak? - zasiadł wygodnie na jej łóżku, ignorując jej pytanie.
- Nigdy nie czułam się lepiej – rzuciła szybko na odczepne - Ale ty mi powiedz co tutaj robisz?!
- Pomyślałem, że przyda ci się towarzystwo – mrugnął do niej oczkiem – Poza tym, mam okazję na rewanż – ślicznie się uśmiechnął – Ty się mną zajmowałaś kiedy byłem chory, więc teraz moja kolej
- I zrezygnowałeś ze spływu tylko dlatego, żeby się mną opiekować? – zapytała nie kryjąc zaskoczenia
- W końcu trzeba sobie pomagać, prawda? A na spływ pojedziemy innym razem. To Ty sobie leż, a ja zrobię Ci gorącej herbaty, co?
- Bardzo chętnie! – po jej słowach Brodecki zniknął za drzwiami i po niecałym kwadransie wrócił ponownie z tacą w ręku, którą postawił na łóżku obok Basi
- Pomyślałem też, że jesteś głodna, co prawda, to tylko zupka instant, ale lepsze to niż nic - podał jej kubek a sam wziął drugi i z uśmiechem przyglądał się jak łapczywie upija łyk zupy
- A jak Ty właściwie się tu z powrotem dostałeś? I Co zrobiłeś, że nie ma z Tobą Gosi? – lekko się skrzywiła parząc sobie język
- Uważaj gorące! – zaśmiał się lekko – Gośka jechała w drugim samochodzie, poza tym Piotrek wysadził mnie przy wylotówce
- Jechałeś tu aż z wylotówki?!
- Widzisz jak się poświęcam? – wypiął dumnie pierś do przodu - Najpierw na stopa podjechałem do centrum, a potem to już poszło lekko. Ale kobieta, która mnie podwoziła patrzyła na mnie takim wzrokiem... Myślałem, że się na mnie rzuci! – zrobił przerażoną minę, na co dziewczyna zaniosła się śmiechem - Śmiej się, śmiej! Wiesz co ja przeżyłem?
- Oj tak wyobrażam sobie jakie to było traumatyczne przeżycie – ledwo się opanowała
- No właśnie! Dobra, idę przynieść Ci syropek i kolejną porcję tabletek, a Ty tu na mnie grzecznie czekaj - zabrał z jej ręki pusty kubek i skierował się do wyjścia.
- Nawet nie zamierzam się stąd ruszać – powiedziała odprowadzając go ciepłym spojrzeniem.

(...)

- Maareek! – następnego dnia, głośne wołanie Basi wybudziło go z bardzo przyjemnego snu. Zerknął na zegarek, było kilka minut po ósmej. Wszystko byłoby ok. gdyby nie fakt, że położył się jakieś 3 godziny temu. Leniwie podniósł swoje cztery litery kierując się do sypialni koleżanki – Mareeek! – usłyszał ponownie
- No idę, już idę – wymamrotał do siebie nieprzytomnie – Co jest? – zapytał przekraczając progi pokoju Storosz
- Chce mi się pić – powiedziała z miną małej dziewczynki
- Baska... – jęknął – Nie mogłaś z tym poczekać chociaż godzinkę?
- Nic nie poradzę, że chce mi się pić akurat teraz, to przyniesiesz mi czy nie?
- Przyniosę... – rzucił kierując się w stronę kuchni. Jakąś godzinę później gdy delektował się poranną kawą i przeglądał prasę do jego uszu ponownie dobiegło wołanie koleżanki
- Maaareek!!
- A podobno ją boli gardło – mruknął do siebie – Co? – zapytał zjawiając się w progu sypialni
- Pójdziesz do sklepu? Chusteczki mi się skończyły – leciutko się uśmiechnęła
- A nie masz zapasowych?
- Gdybym miała to bym Cię nie wysyłała, prawda?
- Z tobą nigdy nic nie wiadomo, daj kasę!
- Ale ja jestem spłukana – zrobiła niewinną minkę
- No dobra, może jeszcze wygrzebię coś z portfela
- Tylko kup całą paczkę. Albo najlepiej dwie, żeby nie chodzić dwa razy, aha i jak możesz wejdź do apteki, ok.? Tabletki na gardło też mi się skończyły – ślicznie się do niego uśmiechnęła
- Wracam za 20 min – rzucił tylko i wybiegł z mieszkania. I tak przez kilka kolejnych dni Marek spełniał zachcianki Storosz, których z dnia na dzień było coraz więcej. Baska nie wychodziła z łóżka i miała tego już po dziurki w nosie, co objawiało się ciągłym narzekaniem i marudzeniem.
- Marek!! – na sam dźwięk swojego imienia chłopak skrzywił się przewracając oczami
- Byłem u Ciebie jakieś pięć minut temu, co znowu?
- Nudzi mi się! – założyła ręce na piersi robiąc minę naburmuszonej dziewczynki
- Baśka! – chłopak był lekko poirytowany zachowaniem przyjaciółki
- No co?!
- Przecież przyniosłem ci tonę książek z biblioteki, pożyczyłem nowe składanki od kumpla. Grałem z tobą w karty, chińczyka, domino, kółko i krzyżyk, państwa-miasta chwilę temu skończyliśmy grać w statki, a ty ciągle marudzisz!
- Ja marudzę?! Gdybyś leżał całymi dniami w łóżku jak ja, też byś narzekał! A poza tym miałeś się mną zająć!
- Miałem się zająć, tak?!
- Tak! – krzyknęła – I masz to zrobić teraz, zaraz, tu!!
- Jesteś pewna?
- Tak!
- OK.! Sama tego chciałaś! – podszedł do niej szybkim krokiem i żarliwie pocałował. Baśka totalnie oszołomiona natychmiast poddała się jego pieszczocie oddając pocałunek z taką samą siłą jak on. Chwilę potem oderwali się od siebie ciężko oddychając
- Czy taka forma rozrywki pani odpowiada?
- Jestem całkowicie za! – i nie czekając dłużej tym razem to ona wpiła się namiętnie w jego usta. W szybkim tępię pozbyli się swojej garderoby zupełnie zapominając o bożym świecie i całkowicie poddając się fali uczuć jakie wybuchły w ich obojgu. W tej jednej chwili liczyli się tylko Oni, nikt poza tym. Godzinę później leżeli mocno w siebie wtuleni z błogim uśmiechem na ustach
- Widzisz? Gdybyśmy się wcześniej spiknęli nie musiałbym kupować nowego łóżka – powiedział całując delikatnie jej nagie ramię
- Że też o tym nie pomyśleliśmy – zachichotała
- No, ale teraz mamy przynajmniej dodatkowy, wolny pokój – uśmiechnął się ślicznie
- Taa z którego Gosia zapewne zrobi sobie sypialnie – przewróciła oczami – Musimy się jej pozbyć!
- Basia czy Ty troszeczkę nie przesadzasz? – zapytał tłumiąc w sobie śmiech na widok jej zaciętej miny
- Ani trochę! Nie pozwolę, żeby ta ruda wywłoka pożerała cię wzrokiem!
- Kochanie, ale ona w ogóle nie jest w moim typie
- Taak? Więc jaki jest Twój typ?
- Tylko i wyłącznie drobne blondynki o cudnych brązowych oczach i cholernie seksownych pośladkach! – skradł jej szybkiego buziaka w szyję
- Drobne blondynki mówisz? O seksownych pośladkach? To chyba nie ma takich wiele!
- Fakt! Ale na szczęście mam pod ręką taki jeden egzemplarz w którym jestem szaleńczo zakochany – stwierdził poważnie, patrząc jej prosto w oczy
- To dobrze! Bo ten egzemplarz jest cholernie szczęśliwy i chce żeby tak było zawsze – wyszeptała mocno wtulając się w jego ramiona. Chwilę potem oboje spokojnie zasnęli...
Pierwsze promienie słońca sprawiły, że oboje nie spali już od kilku godzin leniwie wylegując się w łóżku. Marek bawił się kosmykami włosów Basi, a dziewczyna lekko chichotała.
- Basiiuu? A może byśmy tak, gdy już wyzdrowiejesz, wybrali się na jakiś biwak? - chłopak uśmiechnął się słodko.
- Biwak mówisz?
- Mhm – pokiwał głową - Już sobie to wyobrażam... sami, zaszyci w leśnej gęstwinie... Czujesz ten klimat?
- Mogę się nad tym zastanowić, ale pod pewnym warunkiem! - Basia podparła głowę ręką.
- Proponuję ci uroczy wyjazd ze mną, a Ty mi stawiasz warunki?
- Skoro nie chcesz – opadła na poduszkę udając obrażoną
- No dobra, nie bocz się już tak – złożył na jej ustach delikatny pocałunek – Więc co to za warunek?
- Ja wybieram miejsce! - wykrzyknęła dziewczyna z zadowoleniem na twarzy.
- W porządku! Ale nie myśl sobie, że już zawsze będę ci tak ulegał! – pogroził jej palcem ze srogą miną
- Nawet przez myśl mi to nie przeszło – zachichotała pod nosem – To co? Może jakieś śniadanko? – popatrzyła na niego wymownie, po czym Marek bez słowa dał buzi swojej dziewczynie i opuścił sypialne. Jakiś czas później z kuchni wydobywały się przyjemne zapachy. Basia uśmiechnęła się sama do siebie i już miała wstać by pomóc Markowi ale jej palny pokrzyżował dzwoniący telefon.
- Halo! - zawołała radośnie widząc kto dzwoni.
- No cześć Kochana! - wesoło przywitała się Zuzia - Widzę, że humorek dopisuje. A myślałam, że będziesz obłożnie chora. W końcu to poważna choroba - w słuchawce dało słyszeć się śmiech.
- Zuzka! Jak możesz, ja naprawdę jestem chora! Leże w łóżku cały czas....
- Sama? - Zuzia nie dała jej dokończyć.
- Oczywiście, że sama! A z kim niby?!
- Nie no, dobrze już. Nie bulwersuj się tak. A Marek szczęśliwie wrócił?
- Tak, szczęśliwie – Basia starała się ukryć zdenerwowanie wywiadem przyjaciółki
- A dotrzymuje Ci towarzystwa? Na pewno ma wiele ciekawych pomysłów... - dziewczyna po raz kolejny zaniosła się śmiechem.
- Zuzia, o co Ci chodzi?
- O to, że Marek postawił na nogi połowę wycieczki, tylko po to, by wrócić do Ciebie! Czy to nie dziwne? - Zuzia cały czas mówiła ze śmiechem.
- Ja nie wiem o co Ci chodzi, ale mnie i Marka nic nie łączy.....
- Gotowe Kochanie! - w tym momencie Brodecki wparował do sypialni Storosz z tacą w ręku.
- Aha, no tak. To zdrowiej Kochanie - w słuchawce dał się słyszeć jeszcze tylko donośny śmiech dziewczyny, która chwilę potem się rozłączyła...

sysia16223 - 2010-04-16, 20:54

łiiiii :-D Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam :-) ! Niech tylko Gosiaczek prosiaczek wróci :-P Będzie ciekawie :-)

Dziękuje:***

mandzia - 2010-04-18, 16:00

SUUUUUUUUUUUUUUUUUUUPER!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :))))))
Nie spodziewałam się, że akcja potoczy się, ąz tak szybko. Mam nadzieję, że jak wróci Gosia to będzie się tez dużo działo!! :lol: :))))))

Actress - 2010-04-18, 16:16

olka napisał/a:
Sysia, na Twoje specjalne życzenie :lol:

Ola, a na moje też można wrzucić? ;) Też 2części od razu. ^^ Bo reakcji Goszy jestem b.ciekawa. :D A i czytałam wcześniej Twoje i Twins opowiadanie jedno. Niedokończone. Też tutaj na forum. Można i na nie liczyć?

Kasieńka - 2010-04-18, 17:19

Kiedy Droga do miłości? :D
Ninuś - 2010-04-18, 19:02

Olka no wiedziałam, że kiedyś tak to się zakończy :D
jestem ciekawa jak zareaguje na to wszystko Gosia :lol:
genialnie! Czekam na kolejne części :*

olka - 2010-04-18, 20:13

Kasieńka napisał/a:
Kiedy Droga do miłości? :D


Yyyy.... tak prawde mówiąc, to nie wiem. :lol: Mamy z Twinsiakami ułożony plan do kolejnej części, tylko jakoś czasu nie ma, żeby ją napisać. One mają teraz jakiś egzamin, ja z kolei musze się zabrać za prace zaliczeniową, no ale może bliżej weekendu coś wykminimy ;)

Narazie wrzucam stare.

Cz.14

Przez kolejnych kilka dni Marek i Basia nie odstępowali siebie na krok. Wspólne posiłki, a gdy Basia wydobrzała, także wspólne spacery, wypady na basen, czy za miasto były na porządku dziennym. Brodecki pewnego pięknego dnia postanowił zabrać nawet dziewczynę do swojego rodzinnego domu, ale niestety jak się okazało, jego rodzice wyjechali na urlop. Jednak chłopak niezrażony tym, zdążył zapowiedzieć się na inny termin. Sam nie nalegał na wizytę w domu Basi, a i ta zbytnio się do tego nie kwapiła. Nie naciskał jej, dobrze wiedział, że nie lubi mówić o swojej rodzinie, ale gdy tylko nadarzyła się sposobność dokładnie zlustrował jej album
Uwielbiali przebywać w swoim towarzystwie, siedząc na balkonie, czytając i zarazem podziwiając zachody słońca. Tak spędzali niemal każdy wieczór.
- Mareek..... dużo Ci jeszcze zostało? - Basia odłożyła swoją książkę na bok, siedząc na leżaku, oparta plecami o chłopaka.
- Właściwie, nie. Kończę rozdział - zaczytany Brodecki przyciągną dziewczynę jeszcze bliżej siebie - A Ty?
- Ja już skończyłam i mi się nudzi - Storosz zrobiła smutną minkę - Nie wiedziałam, że jesteś takim molem książkowym.
- Poczekaj sekundkę, zaraz skończę - pocałował ją w głowę i dalej pogrążył się w lekturze. Jednak szybko się od niej oderwał słysząc dźwięk otwieranych drzwi.
- Czeeeść! - w korytarzu rozległ się głos Gosi.
- O niieee! - jęknęła Basia i podeszła do barierki.
- Cześć Gosiu! Jak było? - Brodecki z uśmiechem na twarzy przywitał dziewczynę.
- Suuuper! Żałuj, że nie pojechałeś! Było fantastycznie! - dziewczyna z rozmarzeniem na twarzy zaczęła opowiadać swoje wrażenia.
- No tak. Ale my też spędziliśmy miło czas - chłopak puścił Baśce oczko.
- Oooo! Widzę, że Baśka już zdrowa. Jednak znalazło się lekarstwo na Twoją dolegliwość! A myślałam, że medycyna będzie bezsilna! - Gosia stała oparta o drzwi z ironicznym uśmiechem.
- Ja widzę, że Ty też w jednym kawałku. Nie pogonił cię żaden dzik, niestety! - Basia odwzajemniła uśmiech - No tak, ale z Twoim jadem nawet ostre kły dzika nie mają szans - Gosia już ruszył do przodu, ale Brodecki wiedząc z doświadczenia, co za chwilę może mieć miejsce, poderwał się z leżaka.
- Yyyy, dziewczyny może wystarczy, co? - podszedł bliżej Storosz i spojrzał jej w oczy - Basiu, pamiętasz miałaś iść oddać Tomkowi, jego płyty. Pójdziemy razem i tak mam do niego sprawę. A Ty Gośka możesz spokojnie się rozpakować - popchnął lekko Baskę do przodu w kierunku wyjścia zostawiając Majewską samą na balkonie...
Następnego dnia, Gośka ubrana jedynie w króciutką koszulkę nocną wparowała do kuchni. Uśmiechnęła się od ucha do ucha na widok krzątającego się tam Marka
- Cześć Mareczku! – rzuciła słodko na widok swojego współlokatora, który miał na sobie tylko bokserki – Jak się spało? – przechodząc obok przejechała mu ręką po nagim ramieniu
- Wyśmienicie! – westchnął z rozmarzeniem na wspomnienie kolejnej nocy w sypialni swojej dziewczyny – A Tobie?
- No cóż, czuję się bardzo samotna... – obdarzyła go wymownym spojrzeniem, na co Marek nieco speszony odchrząknął tylko odwracając głowę – Kanapkę? – próbował zręcznie zmienić temat jednak dziewczyna zupełnie ośmielona zbliżyła się na niebezpieczną odległość. Brodecki cofnął się lekko trafiając na lodówkę stojącą za jego plecami. Gośka nie przestając patrzeć mu w oczy, delikatnie ugryzła kanapkę, którą on cały czas trzymał w dłoni
- Pyszna... – kusząco oblizała wargi
- Eeee.. – tyle zdołał z siebie wydusić, gdy naglę tę uroczą atmosferę przerwało głośne chrząknięcie. Brodecki widząc swoją dziewczynę, która stała za nimi z rękami na piersiach i miną nie wróżącą niczego dobrego, głośno przełknął ślinę
- Widzę, że znowu wam w czymś przeszkodziłam – stwierdziła sarkastycznie
- Masz fatalne wyczucie czasu – Gośka zmierzyła ją groźnym spojrzeniem. Basia nic sobie z tego nie robiąc w dwóch krokach podeszła do Marka wieszając mu się na szyi
- Dzień dobry kochanie – skradła mu szybkiego buziaka – Mnie też poczęstujesz kanapeczką?
- Dla Ciebie mam cały talerzyk – uśmiechnął się ślicznie
- Przepraszam, co tu się dzieje?! – odezwała się dotąd milcząca Gośka, która obserwowała ten obrazek z nieciekawym wyrazem twarzy
- Gosiu ale o co ci chodzi? – zapytała Baśka z przesadną uprzejmością, przytulając się do Marka
- Jesteście razem?! – nie mogła w to uwierzyć
- Jak widać! – Baśka uśmiechnęła się z wyrazem triumfu – Coś nie tak?
- Wszystko OK.!! – rzuciła i wściekła wybiegła z kuchni. Jak tylko znikła im z pola widzenia, Basia natychmiast oderwała się od Brodeckiego mierząc go podejrzliwym spojrzeniem
- No co? Nie patrz tak na mnie, nic nie zrobiłem! – chłopak uniósł ręce w geście poddania – Ona się do mnie przylepiła!
- Nie chodź goły po mieszkaniu, to może będzie mniej bezpośrednia! – odwróciła się napięcie i już chciała odejść gdy poczuła jak łapie ją w pasie całując w tył głowy
- Uwielbiam jak się złościsz – wyszeptał jej do ucha – Jesteś wtedy jeszcze bardziej pociągająca
- Nie podlizuj się... – uśmiechnęła się do siebie nie mogąc ukryć zadowolenia
- Gdzież bym śmiał – zjechał pocałunkami na jej szyję
- Mareeek – zachichotała gdy zaczął dobierać się do jej bluzki – Jeszcze ci mało? – zapytała przekornie
- Muszę dbać o kondycję – i nie zważając na jej protesty zaciągnął w kierunku sypialni...
Gośka mimo wszystko nie zrezygnowała z adorowania Marka. Dwuznaczne spojrzenia, uśmieszki, to wszystko doprowadzało Baśke do szewskiej pasji. A co na to Mareczek? Starał się unikać sytuacji gdzie byłby z Gosią sam na sam ale jakoś marnie mu to wychodziło. Wieczorem kończył brać prysznic wesoło podśpiewując coś pod nosem, zakręcił kurki z wodą, odsunął kabinę wychylając się po ręcznik kiedy w lusterku dostrzegł postać stojącą za nim. Szybko odwrócił głowę
- Gośka?! – krzyknął widząc swoją koleżankę, która stała jak gdyby nigdy nic w krótkim ręczniku, oparta o pralkę
- Czekam aż skończysz – uśmiechnęła się mierząc go wzrokiem, Marek porwał ręcznik wiszący obok i obwiązując się nim w pasie wyszedł z kabiny
- Mogłaś poczekać na zewnątrz! – rzucił z pretensją
- Oj Marek, nie złość się – przejechała palcem po jego umięśnionym torsie
- Marek nie widziałeś mo... – Baska wparowała do łazienki i widząc swojego chłopaka i Gośke jedynie w ręcznikach, w dość bliskiej odległości zaniemówiła – Mogę wiedzieć co to ma znaczyć do cholery?!
- Jak to co? Bierzemy prysznic – posłała w jej kierunku kpiący uśmiech
- Marek? – przerzuciła wściekłe spojrzenia na chłopaka
- Baśka to nie tak! Ja właśnie wychodziłem... – i woląc się nie narażać szybko opuścił łazienkę
- Zbliż się do niego, a cię zatłukę! – wysyczała wściekła
- Co? Boisz się, że może mi się nie oprzeć? – spojrzała na nią wyraźnie z siebie zadowolona – Weszłabyś tu chwilę później a kto wie, co byś zobaczyła... – rzuciła znikając pod prysznicem. Baska stała chwilę z otwartą buzią nie mogąc uwierzyć jak ona może być aż tak bezczelna. Z furią zatrzasnęła drzwi od łazienki kierując się do sypialni. Godzinę później leżała na łóżku ze wzrokiem wbitym w sufit gdy usłyszała ciche pukanie do drzwi. Domyślając się kto stoi za nimi, szybko wzięła do ręki leżące na półce czasopismo i zaczęła je przeglądać
- Mogę? – zapytał ale nie dostał żadnej odpowiedzi. Uśmiechnął się do siebie widząc jej naburmuszoną minę, podszedł bliżej łóżka i zajął miejsce obok niej. Leżał tak chwilkę, ale widząc, że dziewczyna w ogóle nie reaguje na jego obecność, wyrwał jej z ręki magazyn i rzucił na podłogę.
- Co Ty robisz?! - widać było, że Storosz nie jest w najlepszym humorze.
- Ja? Nic! - z szerokim uśmiechem na twarzy przysunął się bliżej całując jej ramię, wystające spod luźnej bluzeczki
- Marek przestań! – odepchnęła go od siebie zakładają ręce na piersi z wściekłą miną
- Basia co jest? Gniewasz się na mnie? - zapytał słodkim głosikiem i musnął jej policzek – Przecież nic nie zrobiłem
- Nie, jasne że nie!
- Ale Baśka o co ci chodzi?
- O to, że ona na chama Cię podrywa, a Ty udajesz, że tego nie widzisz! A może Tobie się to podoba, co? Podbudowuję Twoje męskie ego! – była strasznie wkurzona i nie miała ochoty tego ukrywać – Ciekawe, co by było gdybym weszła kilka minut później, może miałabym ciekawsze widoki!
- Baska zwariowałaś?! – krzyknął poirytowany – O co Ty mnie podejrzewasz?!
- O nic! Ale mógłbyś jakoś zareagować, nie tylko stać i szczerzyć się jak głupi!
- Więc, co Twoim zdaniem powinienem zrobić?!
- Marek nie wiem! Ale czy ty nie widzisz do czego ta sytuacja prowadzi?! Nie chce się z tobą kłócić... – dodała spokojnie spuszczając smutno głowę
- Skarbie wiem, przepraszam... – uniósł dłonią jej podbródek gładząc delikatnie jej policzek – Kocham cię! – szepnął lekko się uśmiechając
- Ja ciebie też i dlatego nie chce, żeby ktoś lub coś, to zepsuło
- Nie zepsuję, obiecuję ci to! – wyszeptał składając na jej ustach namiętny pocałunek.
Tej nocy długo nie mogła zasnąć, rozmyślając nad tym co dziś zaszło. Ta dziewczyna strasznie działała jej na nerwy i perspektywa dalszego mieszkania z nią pod jednym dachem, po prostu nie wchodziła w grę. Ufała Markowi ale nie jej, zdawała sobie sprawę, że ona łatwo nie zrezygnuję. Musiała coś wymyślić, żeby jak najszybciej rozwiązać tą beznadziejną sytuację a na tą chwilę jedyny pomysł jaki przyszedł jej do głowy to eksmisja Gosi. To byłoby najlepsze rozwiązanie. I najlepiej zacząć zajmować się tym już od jutra. Im szybciej tym lepiej. Trzeba zadbać o to, żeby dziewczyna się nie nudziła...

Cz.15

Kilka tygodni później atmosfera w domu nieco się poprawiła. Baska i Marek spędzali ze sobą mnóstwo czasu a Gośka przestała nachalnie adorować chłopaka, chociaż nie kryła, że nadal jej się podoba. Ku zadowoleniu Basi coraz częściej wychodziła na miasto wracając dopiero wieczorami.
- Dzień dobry! – przywitała się niechętnie widząc w kuchni swoją współlokatorkę – Ty jeszcze w domu? Myślałam, że cię nie zastanę...
- Na przyszłość tyle nie myśl, ja się dzisiaj nigdzie nie wybieram – rzuciła z cynicznym uśmiechem
- Jaka szkoda – zrobiła smutną minkę – No, ale ja dzisiaj wyciągnę Marka na miasto, poszalejemy sobie. Może wybierzemy się na romantyczną kolację? – westchnęła popijając łyk świeżo parzonej kawy. Jak tylko poczuła w ustach gorzkawy smak natychmiast pobladła na twarzy i łapiąc się za buzię pobiegła pędem do łazienki
- To chyba nici z kolacji – zachichotała Gosia odprowadzając Storosz kpiącym spojrzeniem ... ... ...
- Basiu wszystko ok.? – Marek już od kilkunastu minut stał pod drzwiami łazienki, próbując dostać się do środka
- Tak, tak... – dobiegł go słaby głos Basi a chwile potem stanęła przed nim blada dziewczyna
- Baska, na pewno dobrze się czujesz? Nie wyglądasz najlepiej
- Musiałam się chyba czymś zatruć – blado się uśmiechnęła – Wczoraj z Zuzią jadłyśmy chińszczyznę. Położę się i mi przejdzie
- Może jednak zadzwonię po lekarza?
- Marek nie przesadzaj, naprawdę już mi lepiej... – spojrzała na niego z lekkim uśmiechem
- Martwię się o Ciebie – powiedział z troską przejeżdżając dłonią po jej policzku
- Nie musisz, nic mi nie jest – odpowiedziała z bladym uśmiechem – Pójdę się położyć... – skierowała się w stronę sypialni odprowadzona jego zatroskanym wzrokiem

(...)

Kilka dni później Marek umówił się z Piotrkiem na spotkanie.
- Cześć! Jak tam? - Piotrek podał rękę uśmiechniętemu kumplowi.
- W porządku! W jak najlepszym porządku! - rozsiadł się wygodnie na krzesełku i podobnie jak jego towarzysz zamówił sobie piwko
- Ano widzisz! A jeszcze do niedawna była idiotką, histeryczką i jakimś wybrykiem natury!
- Oj tam, bez przesady – Marek skrzywił się delikatnie
- No dobra. Ale opowiadaj, miłość kwitnie? - Piotrek nachylił się w stronę kolegi i czekał na odpowiedź.
- Żebyś wiedział! Jest nam razem dobrze i czuję, że się powoli od niej uzależniam - Brodecki uśmiechnął się pod nosem..
- Ale Cię wzięło! Zaraz może się oświadczysz? - Piotrek roześmiał się serdecznie.
- Wiesz, że nie jest to głupi pomysł? - na te słowa towarzysz Marka zachłysnął się piwem - No, co Ty Stary! Żartowałem! Jesteśmy jeszcze za młodzi na takie deklaracje. Trzeba się bawić i korzystać z życia nie? - Brodecki upił napoju i zaśmiał się z miny kolegi.
- Kurka, jakie Ty gadki strzelasz. Nie poznaję Cię.
- Ja siebie też nie! Czasami to aż się boję, wiesz że chciałem zabrać ją do siebie do domu?
- Stary, chyba przesadzasz. Chcesz ją odstraszyć?
- E tam, bredzisz! - Brodecki machnął ręką i znowu umoczył usta w piwie.
- No nie zdziw się jak Cię wykopie. Nie staraj się aż tak, zachowuj się na luzie. Sam powiedziałeś, że chcecie się bawić.
- A Ty, co? Może postaw mi jeszcze tarota, albo powróż z fusów, co? - chłopcy roześmiali się głośno - Żeby Zuza słyszała jakiś Ty mądry
- Pfff.... Powiedz lepiej co u Baśki? Jak po chorobie?
- Wszystko dobrze! Ostatnio tylko ma jakieś kłopoty z żołądkiem. Mdli ją i przesiaduje w toalecie, ale tak to w porządku.
- A, to pewnie po tych antybiotykach co brała. Wiesz, organizm musi się oczyścić, odreagować jakoś - Piotrek zatopił rękę w miseczce z orzeszkami - Słuchaj, a co powiecie na małą domówkę u nas. Tylko nasza czwórka. Zrobimy sobie imprezkę na zakończenie wakacji, hm?
- No! Powiem Baśce i się zmówimy dokładnie. W końcu musicie opowiedzieć jeszcze wrażenia z obozu
- A było na co popatrzeć! - Piotrek zaniósł się śmiechem - Ale Ciebie to już nie dotyczy. Ty zajęty jesteś.
- A Ty niby wolny? Zuzia też tak uważa?
- Zawsze potrafisz człowieka sprowadzić na ziemię.
- Muszę dbać, żeby mój kumpel nie zszedł na złą drogę. A teraz chodź, idziemy do Tomka. Miał mi oddać płytki - chłopaki zapłacili i w dobrych nastrojach opuścili lokal.
W tym samym czasie kiedy Marek dobrze się bawił Zuzia pocieszała zrozpaczoną przyjaciółkę
- A jak się okaże, że Ty masz rację? – wyszlochała jej w rękaw
- Baska nie panikuj! Przecież ja tylko tak.... żartowałam, noo... – próbowała pocieszać przyjaciółkę, w duchu karcąc się za swój niewyparzony język
- Zuzka ja nie chceee – rozpłakała się jeszcze głośniej
- Baska nie becz! Przecież nie masz pewności, mdłości to jeszcze żaden dowód! Co innego gdybyś miała np. wzmożony apetyt, zawroty głowy, humorki no i gdyby ci się spóźniał a tak nie jest, prawda? – zapytała z nadzieją w głosie. Baska popatrzyła na nią, by po chwili wybuchnąć głośnym płaczem – Masz?!
- Mhmmm – rozpaczliwie pokiwała głową – I co teraz będzie?
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Robiłaś test?
- Nie, zwariowałaś?!
- To na co czekasz? Idziemy do apteki a jak nie będziesz chciała, to sama ci go kupie!
- Zuzia ale ja się boje! A jak się okaże że naprawdę jestem w ciąży? – spojrzała na nią wystraszonym wzrokiem
- Musisz mieć pewność, potem będziemy się martwić – pogładziła ją po ramieniu lekko się uśmiechając – W ogóle najlepiej byłoby gdybyś poszła do lekarza...
- Nie, do lekarza nie! Zróbmy ten test! - Baśka wytarła łzy i wzięła głęboki oddech - Pójdziesz do apteki? Proszę.....
- Dobra, to lecę!
Wybiegła z mieszkania w ekspresowym tempie i po niecałym kwadransie była z powrotem, trzymając w ręku małą torebkę.
- Proszę. Są trzy różne, żeby była większa pewność. Zapraszam - popchnęła koleżankę w kierunku łazienki, a sama poszła do kuchni nalewając w dwie szklanki soku i podśpiewując po nosem wróciła z nimi do pokoju koleżanki. Upiła trochę, ale zaraz odstawiła szklankę widząc w drzwiach Basię.
- Już?? - zdziwiła się.
- Niee, nie mam odwagi... - po policzkach Storosz znowu zaczęły płynąć łzy.
- Baśka nie rycz już! Idź, zrób te testy i miej to z głowy! - złapała ją za rękę i zaprowadziła z powrotem do łazienki - W razie czego wołaj.
Zuzia jeszcze przez chwilę stała pod drzwiami, nasłuchując czy koleżanka sobie radzi, ale stwierdziwszy, że wszystko w porządku wróciła do pokoju. Usiadła wygodnie na łóżku i zajadając chipsy zaczęła przeglądać czasopismo.
- I co?! - zawołała, gdy po jakimś czasie Basia pojawiła się w sypialni - Jaki wynik?? - Storosz opadła na łóżku i podała jej test. - Pozytywny?! Nie, niemożliwe. Pokaż tamte - pogodny wyraz twarzy Zuzi szybko się zmienił - O cholera! To Cię urządził...

sysia16223 - 2010-04-18, 22:38

o kurdeee :-D Dzidziuś na horyzoncie? :-) A to dopiero! Nie mogę się doczekac nowej części :-)

Na DDM również czekam :-)

isis - 2010-04-19, 13:28

Uff nadrobiłam!!!
Olka to opowiadanie jest miażdżące! :576:
Marek to potrafi znaleźć ciekawą rozrywkę dla Basi,gdy ta się nudzi;P
Hihi i wreszcie się zeszli!Super!!!Mam nadzieje,że jak Gośka dowie się,że Basia jest w ciąży to da im święty spokój chociaż znając ją pewnie coś wymyśli;P
Czekam na kolejną część;)
A i mam nadzieje,że Droga do miłości również szybciutko się ukaże;)

Kto jeszcze pisze?:)

Sfora - 2010-04-19, 15:28

Ola normalnie jesteś genialna!!!
Basia jest w ciąży jupi teraz to Gośka niech spływa... Mam nadzieję że Basia powie Markowi, bo potem to jakieś nieprzyjemnie sytuacje mogą wyjść

Actress - 2010-04-19, 17:19

Gośka - wredna małpa. Wszystko, wszystkim, ale jej jawnym zainteresowaniem Markiem, jestem zbulwersowana! I zniesmaczona zarazem. Toż to tak być nie może. Mieszkają sobie razem, i zamiast się wzajemnie miłować, to oni się nie miłują. Trzeba to jakoś zmienić! Morał z Twojego opowiadania fajny znalazłam - życie na kocią łapę z potencjalnym kandydatem na ojca własnego dziecka najczęściej kończy się ciążą. A tak na serio, Ola - podoba mi się styl tego opowiadania. Lekko i szybko je się czyta. Podoba mi się. jak będziesz, wklejaj następną część, bo ciekawa jestem reakcji Brodeckiego. No i Gosi oczywiście.

Cytat:
Kto jeszcze pisze?

Ja pisze. Jak się nie zawstydzę, w weekend dam.

Sysia, na Tajnych agentów czekam. ;)

isis - 2010-04-20, 20:29

Actress w takim razie czekam na opowiadanie!:):)

Ninuś,Sysia,a co z Wami?:)

Ninuś - 2010-04-21, 15:48

Olka, oo to się teraz naprawdę porobiło, Baśka w ciąży... Jestem ciekawa co na to Marek, aż się obawiam reakcji Gosi ;-) A może to fałszywy alarm? Czekam na więcej Mistrzu! ;*

Actress - wklejaj, nie czekaj! Ratuj NT! ;*


mam nadzieję, że nikt nie będzie niemile zaskoczony ostatnią częścią:
'Żoną miałam być...'
3/ 3
Basia Storosz cierpiała jeszcze jakiś czas. Nie wychodziła z domu, nie spotykała się z nikim, nie przyjmowała gości. Prawie nie jadła, nie sypiała. Wyglądała po prostu jak wrak człowieka. Nie była już normalną kobietą, nic dla niej nie miała już sensu. Codziennie ktoś chciał się do niej dostać, porozmawiać, pocieszyć. Nie otworzyła nikomu, nie rozmawiała, a przyjaciele to rozumieli, choć bardzo chcieli pomóc.
Od kilku dni Basia nie wychodziła z domu. W końcu nie wytrzymała, musiała wyjść do ludzi. Choć na jej twarzy nie było nawet cienia uśmiechu, szła sobie beztrosko chodnikiem. Tak po prostu, jak gdyby nigdy nic się nie stało, a ona byłaby najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. To były jednak tylko pozory, ponieważ jej serce, humor i sens życia były rozdarte na miliony kawałeczków, których raczej nie dało się już poskładać. Jej życie legło w gruzach przez jedną felerną noc z Markiem. Setki razy starała się zrozumieć samą siebie dlaczego postąpiła wtedy tak, a nie inaczej.

Rozmawiali, śmiali się, pili… Nie pili zbyt dużo, Basia nie była pijana, wypiła zaledwie 2 drinki i to w dodatku słabe. Marek wypił 3 piwa i też nie był jeszcze pijany, myślał racjonalnie.
- Kocham Cię Basiu, wiesz? – odezwał się, trzymając w ręku ostatnie piwo.
- Wiem, ja też kocham swoich przyjaciół. – uśmiechnęła się szeroko, trącając go w ramię.
- Ale… Ja nie kocham Cię jak przyjaciółkę… Kocham Cię jak kobietę! – spojrzał jej głęboko w oczy i ani myślał odwracać wzroku.
- Ale Marek, co Ty gadasz?
- Zakochałem się w Tobie już jakiś czas temu… Proszę Cię, nie wychodź za Jacka!
- Żartujesz tak? – zaśmiała się.
- Nie, kocham Cię tak mocno, że jestem w stanie zepsuć Ci ślub!
- Marek, to nie jest śmieszne! Ja muszę wracać do domu! – wstała z jego kanapy i złapała za swoją torebkę.
- Nie pozwolę Ci! – mruknął do siebie, wstał, podszedł do niej i czule pocałował. Basia opierała się tylko przez pierwszych kilka sekund, ale zaraz całkowicie oddała się pocałunkom Brodeckiego. Całował ja tak czule jak jeszcze nigdy nikt. Z jednej strony bardzo delikatnie, jakby była najdelikatniejszą istotą na ziemi, jednak z drugiej strony był tak namiętny i zachłanny, jakby chciał ją pożreć. Uwielbiała takie pocałunki. Jacek tak jej nigdy nie całował.
- Zostań ze mną! – wyszeptał, kiedy w końcu się od niej oderwał. Spojrzała na niego z diabelskimi iskierkami w oczach. Zatopili się w swoich spojrzeniach na bardzo długą chwilę. Storosz nie miała pojęcia co się z nią dzieje, całkowicie straciła rozum. Prawda, że podkochiwała się w Marku już jakiś czas, ale była zaręczona z Dumiczem! Na dodatek za 3 dni miał odbyć się jej ślub. To przez Marka, on zawsze działał na nią tak, że sama nie wiedziała jak się nazywa. Zawsze zastanawiała się co on ma takiego w sobie, że ona świruje. Czy to zasługa jego nieziemskich, błękitnych wręcz oczu, czy to ten łobuzerski uśmieszek tak działał na kobiety? A może wszystko razem?
- Marek! Nie, ja nie mogę! – oderwała się od niego, kiedy już leżeli w samej bieliźnie na jego łóżku.
- Basiu, kocham Cię, nie pozwolę tak łatwo Ci odejść! – wyznał, a sekundę później całował jej szyję.
- Przecież ja wychodzę za mąż! – szeptała przymykając ciągle oczy. To co robił Brodecki sprawiało jej niemałą przyjemność.
- W czym on jest lepszy ode mnie? – zapytał nagle, przerywając czynność i spojrzał jej w oczy. – Jest lepszy w łóżku? Lepiej całuje? Wiem, że na pewno nie kocha Cię tak mocno jak ja! Basiu, przyznaj się, że Ty go wcale nie kochasz! Wiem to!
- Przestań! – wyrywała się z jego uścisku.- Musze wracać do domu!
- Do tego sztywniaka? Basiu, przecież to nie Twój typ!
- Skąd wiesz kto jest moim typem!
- Wiem, że ja nim jestem! A skoro Dumicz to zupełne przeciwieństwo mnie, to wniosek nasuwa się sam! Wy do siebie nie pasujecie, przecież… Ty i on to kompletnie inne bajki! Kocham Cię i chcę z Tobą spędzić resztę życia!
- Marek, przecież… - zabrakło jej słów.
- Widzisz! Widzisz! Jednak się nie pomyliłem! Ty mnie też kochasz, ale chcesz o mnie zapomnieć przy nim! Wiem to! – ucieszył się jak małe dziecko. – Oh Basiu, jak ja Cię kocham!!!


Znalazła się nad Wisłą. To tu przychodziła zawsze, kiedy miała jakiś problem. Wtedy pokazał jej to miejsce Adam, a niedawno ona Markowi. Tu było cicho i mogła w spokoju pomyśleć o wszystkim. Dopiero teraz dochodziło do niej to, co wydarzyło się tamtej nocy. Marek miał rację. We wszystkim co mówił miał rację. Sama Basia nie chciała się do tego przyznać. Już bardzo dawno temu pogodziła się z tym, że Marek nigdy nie będzie jej. Teraz on wyznał jej miłość jak gdyby nigdy nic, kiedy ona właśnie chciała sobie ułożyć życie bez niego. Zawsze miała pecha w życiu. Nie tylko w miłości, ale i na co dzień. Zazwyczaj źle lokowała uczucia i to właśnie przez to zawsze tylko cierpiała.
- Wiedziałem, że tu będziesz, skoro nie ma Cię w domu. – usłyszała znajomy głos za plecami. Odwróciła się gwałtownie.
- Co tu robisz? Łazisz za mną? Odczep się! – podniosła ton.
- Nie… Słyszałem, że Jacek się wyprowadził.
- Przez Ciebie, a w ogóle co Cię to obchodzi? – zaczęła krzyczeć.
- Nie krzycz Basiu. – poprosił łagodnie, lekko się uśmiechając.
- Jak mam nie krzyczeć!? – znowu zaczęła płakać. – No jak!?
- Kochanie… - Brodecki podszedł do niej i przytulił do siebie. Nie opierała się. Wypłakała się na jego ramię. Stali tak przez kilka bitych minut, dopóki nie zaczął padać deszcz. – Chodźmy stąd, zaraz się rozpada. – uśmiechnął się do niej i zaprowadził do swojego samochodu. Do mieszkania Marka dotarli w 15 minut a do tego czasu rozpętała się istna ulewa. Basia nigdy nie lubiła deszczu, dlatego chciała jak najszybciej dostać się do domu.
- Dlaczego nie wychodzisz? – zapytał, kiedy spostrzegł, że Storosz nawet nie odpięła pasów.
- To Twój blok, a nie mój. – powiedziała twardo, patrząc przed siebie.
- Basiu, nie marudź… Zrobimy sobie gorącą herbatę, usiądziemy i porozmawiamy, dobrze?
- Nie! Nie mam ochoty z Tobą gadać, odwieź mnie do domu!
- Basiu, pada straszny deszcz, jest ślisko, a poza tym… spójrz na siebie… masz mokre ubranie, jeszcze się rozchorujesz! Przyjdziemy do mnie, ubrania wyschną i sobie wrócisz do domu, ok.? – zaproponował. Basia zgodziła się, jednak była pełna obaw. Nie miała ochoty przebywać z Brodeckim pod jednym dachem i to w dodatku u niego.

Zaopatrzeni w kubki gorącej herbaty, siedzieli na kanapie. Marek na jednym krańcu, ona na drugim owinięta kocem. Nie bardzo wiedział co powiedzieć, czy w ogóle coś powiedzieć, czy lepiej siedzieć cicho. Bał się, że znowu na niego nakrzyczy.
- Dobra… jeśli już mamy być szczerzy to powiem Ci skąd wiem, że mnie kochasz. – odezwał się w końcu.
- O wreszcie mnie jaśnie pan oświeci! – zironizowała. Odwróciła do niego głowę. Marek też na nią spojrzał. Milczał jeszcze chwilę, zastanawiając się jak zacząć.
- Czytałem Twój pamiętnik. – wyznał prosto z mostu. Basia gapiła się na niego jak na wariata.
- Proszę? – krzyknęła. – Co czytałeś?
- Znalazłem go na biurku na komendzie. Nie mogłem się powstrzymać i zajrzałem… - Storosz spuściła głowę. Teraz już nie miała argumentów, by zaprzeczyć. To co znajdowało się w jej pamiętniku było najszczerszą prawdą.
- I co? – zapytała. – Jesteś z siebie zadowolony?
- Tak. – odpowiedział szczerze. – Bo odeszłabyś z nim, nadal kochając mnie. Cierpiałabyś, myślałabyś o mnie kochając się z nim…
- Nie bądź bezczelny! – zagroziła.
- Napisałaś tam taki śliczny fragment… Kiedy go przeczytałem, zrozumiałem wszystko i zagrałem va bank. Poszedłem do Jacka i wszystko mu powiedziałem…
- Jaki fragment? – zapytała szeptem.
- To szło jakoś tak: „za tydzień mój ślub. Nie tak miało być… codziennie wyobrażam sobie i mam nadzieję, że obudzę się przy Marku, a nie przy tym sztywniaku w goglach. Nienawidzę siebie. Nienawidzę Marka, że wyrył mi tak głęboką bliznę w sercu o nazwie ‘Marek’. To jego kocham, to za nim szaleję, to przez niego mam motyle w brzuchu, to o nim śnię po nocach i to z nim chcę stanąć na ślubnym kobiercu. Nie z Jackiem. Nie będę z Jackiem szczęśliwa, nigdy, chcę do Marka!!!” – zacytował, patrząc się na nią bez mrugnięcia okiem. Basia nie potrafiła teraz wykrztusić z siebie słowa. Z jednej strony było jej strasznie głupio, że Marek dowiedział się o tym w taki, a nie inny sposób. Z drugiej tak bardzo go nienawidziła.
- Nie musisz się już bronić. Wiem wszystko… Opisałaś tam wszystko co czujesz do mnie, co czułaś po naszym pierwszym spotkaniu, co czułaś po Malcie… Po prostu wszystko! I nie wmówisz mi, że jest inaczej i że mnie nienawidzisz, bo Ci nie wierzę! Wiem, że masz teraz wielką ochotę się na mnie rzucić, zedrzeć ze mnie ubrania i…
- Przestań! – przerwała mu. – I co z tego, że tak jest? I co z tego, że masz rację?
- Jak to co z tego? – zaśmiał się. – Śmiało możesz to zrobić…
- Ty jednak jesteś głupi!
- Ale mnie kochasz! – uśmiechnął się do niej szeroko.
- Tak i to nie ma znaczenia! Zniszczyłeś mi ślub! Wiesz co teraz myśli o mnie jego rodzina? Jego matka, która mnie bardzo lubiła, która wierzyła, że to właśnie ja dam Jackowi szczęście? – Basia nie wytrzymała. Wstała z kanapy, nie zwracając uwagi na to, że jest jedynie w jego ciut za długiej koszulce i zaczęła się wydzierać. – A pomyślałeś jak ja będę musiała się tłumaczyć moim rodzicom, moim gościom? Gdyby nie Ty…
- Gdyby nie ja… Nie miałabyś po co żyć. – powiedział uradowany i zmierzył kolejny raz długość jej nóg. – Czy Ty wiesz kochanie, że nie masz nic pod spodem? – Storosz już nie umiała dłużej zachować powagi, prychnęła śmiechem. Brodecki wstał, zbliżył się do Basi i objął ją w talii. Spojrzał jej w oczy, a po chwili namiętnie pocałował. Basia nie opierała się ani chwili, oddała się całkowicie pieszczocie. Nie minęło wiele czasu, kiedy Marek zawędrował ręką na pośladki ukochanej, odsuwając koszulę nieco do góry. Basia pisnęła i oderwała się od Marka.
- Ty chamie! Tylko jedno Ci w głowie!
- Ale podoba Ci się! – uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Phi, mógłbyś się bardziej postarać, to by mi się bardziej podobało.
- To masz jak w banku, tylko musielibyśmy się przetransportować do tamtego pokoju… - wskazał ręką na sypialnię.
- No to let’s go!

Kto z miłości jeszcze nie umarł nie potrafi żyć
Moje serce kiedyś złamane mocniej kocha dziś

KONIEC

olka - 2010-04-21, 20:28

No to let's go :576:
Brodecki naprawde ma tylko jedno w głowie, ale chyba taki już jego urok :lol: Swoją drogą, jaki był pewny siebie.
Ninuś świetnie! :-D Nie ma to jak szczęśliwe zakonczenie. Czekam na kolejne opo.
Super ;***

sysia16223 - 2010-04-23, 13:23

ostatnie słowa- the best! :-P
Niunuś cudne to było :-) Mareczek mały kleptoman skoro zakosił Basi pamiętniczek :-)

isis - 2010-04-23, 13:47

Aj jakie słodkie zakończenie :lol:
Nina świetne opowiadanie!:)Z wielką przyjemnością je przeczytałam:)
Czekam na kolejne!!:)

olka - 2010-04-23, 19:59

Cz. 16

Baska od pół godziny leżała skulona na łóżku, w otoczeniu zużytych chusteczek higienicznym raz po raz pociągając nosem i przecierając zapłakane oczy. Zuzia starała się ją w jakiś sposób pocieszyć ale nic nie skutkowało dlatego gdy Basia się już odrobinę uspokoiła ponownie postanowiła z nią porozmawiać
- Basia zobaczysz, jeszcze wszystko się ułoży...
- Zuzka, co się ułoży? Przecież ja nie mogę urodzić tego dziecka! Jak ja powiem o tym swojej rodzinie? Co ze studiami? Nie nadaje się do roli matki, nie teraz!
- Baska ale przecież nie jesteś sama! Masz mnie, Marka... No właśnie, kiedy zamierzasz mu powiedzieć?
- Nie wiem... – spuściła smutno głowę – Ale on nie może się dowiedzieć że jestem w ciąży, dopóki sama nie będę absolutnie pewna. Nikt nie może wiedzieć... – nie wiedziała tylko, że całą rozmowę słyszała Gośka...
Dwie godziny później gdy Zuzia pożegnała się z przyjaciółką Basia przyłożyła głowę do poduszki próbując zasnąć ale w jej głowię plątało się tysiąc myśli na minutę. Jak to teraz będzie? Przecież ona kompletnie nie jest gotowa na dziecko, szybko starła wypływającą z pod powieki łzę. Dotknęła lekko swojego brzucha przymykając oczy w tym momencie do pokoju wparował uśmiechnięty od ucha do ucha Marek
- Hej skarbie! – rzucił się na łóżko kładąc obok niej i skradając słodkiego całusa – Jak się czujesz?
- Cześć! Dobrze – uśmiechnęła się szeroko nie dając poznać po sobie, że coś jest nie tak
- Byłem u Tomka, nie uwierzysz co się stało! Magda jest w ciąży!
- Co?! – Baśka ciężko przełknęła ślinę
- Byłem tak samo zaskoczony jak Ty
- A jak... a jak Tomek to przyjął?
- No nie był zadowolony i wcale mu się nie dziwie. Dziecko w tym wieku? Kiepska sprawa, zamiast się uczyć on będzie zmieniał pieluchy. Najgorsze jest to, że chciał zerwać z Magdą, już od jakiegoś czasu im się nie układało a teraz jest uwiązany na całe życie
- No, to rzeczywiście kiepsko – sztucznie się uśmiechnęła
- Chłopak ma przee... przerąbane jednym słowem. Dobrze, że nam to nie grozi... – zbliżył się do niej pieszcząc pocałunkami jej szyję
- Tak, nie grozi... – wyszeptała ze szklankami w oczach...

(...)

Zuzia po raz kolejny nerwowo przemierzała korytarz przychodni. Odkąd jej przyjaciółka znikła za drzwiami gabinetu zdążyła już przeczytać wszystkie ulotki i ogłoszenia znajdujące się na korkowej tablicy. Właśnie miała zgłębić się w lekturze gazetki przyniesionej dopiero co przez jedną z pielęgniarek, gdy drzwi gabinetu otworzyły się i na korytarzu pojawiła się Basia.
- No i co? - Zuzia prawie podbiegła do koleżanki - Baśka, gadaj!
- No co! Pobrali mi krew i kazali czekać. Zeświruję chyba zaraz. Zuza, chodźmy może na jakieś ciacho, czy coś. Muszę coś zjeść - ruszyła do przodu zostawiając zdziwioną koleżankę w tyle.
- Mam złe przeczucia - Zuzia mruknęła jeszcze pod nosem i dołączyła do Storosz.
Po kwadransie Basia ocierając jeszcze chusteczką buzię usiadła na krzesełkach przed gabinetem.
- Dlaczego to tak długo trwa? - Storosz oparła głowę o ramię przyjaciółki.
- No Baśka, a myślałaś, że co? Módl się lepiej, żeby Ci nie wykryli przy okazji czegoś innego!
- No Zuzka, Ty to potrafisz człowieka podbudować! Dziękuję Ci bardzo! - Basia poderwała się z krzesełka i już miała nagadać coś jeszcze koleżance, gdy z gabinetu lekarskiego wyszedł mężczyzna i gestem ręki zaprosił ją do środka
Dziewczyna bez słowa podążyła do pokoju, by po chwili wyjść z niego z pliczkiem kartek w ręku.
- No! Gadaj że wreszcie! - Zuzia natychmiast dopadła do koleżanki.
- Kurcze, no! Jestem w ciąży - na policzkach Basi zaszkliły się łzy.
- Basiuu.... nie płacz.... musisz po prostu teraz pogadać z Markiem. Na pewno wszystko się ułoży zobaczysz - przytuliła płaczącą dziewczynę - Nie płacz...
- Zuza, ale on nie chce.... nie, nie powiem mu....
- O nie! Tak nie można! Do tego trzeba dwojga, tak? To pójdziesz teraz ładnie do domku i powiesz mu o wszystkim! - pociągnęła zdecydowanie koleżankę za rękę i poprowadziła do wyjścia.
Basia weszła po cichu do mieszkania i od razu powędrowała do sypialni. Uchyliła drzwi z przyklejonym do twarzy uśmiechem, ale pokój okazał się być pusty. Zdziwiona poczłapała do kuchni.
- Cześć - skrzywiła się na sam widok współlokatorki - Marka nie ma?
- A co? Zginął Ci gdzieś?
- Słuchaj, nie mam nastroju na kłótnie, także daruj sobie, ok.? - opadła ciężko na krzesełko.
- W porządku. Po prostu nie wiem gdzie on jest. A coś Ty taka blada? - Gosia zlustrowała ją.
- Nic. Jakoś nie za dobrze się czuję.
- No i pewnie, tak teraz już będzie - Majewska uśmiechnęła się pod nosem.
- Co powiedziałaś? - Basia z przerażeniem spojrzała na dziewczynę.
- Tak sobie gaworzę głośno... o Twojej ciąży - tym razem na ustach Gosi pojawił się już szeroki uśmiech.
- Skąd o tym wiesz?! - wykrzyknęła Basia, zdziwiona do granic możliwości.
- Nie denerwuj się, to szkodzi dziecku. Posłuchaj, czy Ty nie uważasz, że zmarnujesz tylko Markowi życie? Dziecko w tym wieku? Myślisz, że Marek się ucieszy? Nie sądzę. Poza tym ile, wy jesteście razem? Miesiąc, dwa? I taka wpadka....
- Zamknij się! - Storosz poderwała się z krzesełka.
- Co? Prawda w oczy kole? Może i Marek zostanie z Tobą, ale nie z własnej przyjemności. Myślisz, że na dzień dzisiejszy jego plany wybiegają aż tak daleko w przyszłość? Zastanów się, dziewczyno! - Basia odwróciła się i wybiegła z pomieszczenia. Zatrzasnęła drzwi i rzuciła się na łóżko gorzko płacząc. Po chwili jednak otarła łzy i wyciągnęła z szafy wielką torbę, do której włożyła wszystkie ubrania. Zamknęła ją i już miała wychodzić z pokoju, ale zawróciła i z szuflady Marka wyciągnęła bluzę. Włożyła ją na siebie i ścierając łzę z policzka opuściła mieszkanie...

Sfora - 2010-04-23, 20:14

Olka genialnie
Ta Gośka to... no normalnie brak mi na nią cenzuralnych słów, a tu przeklinać nie wolno!
Niech Baśka nie słucha tej szmaty i powie Markowi prawdę.

Ninuś - 2010-04-24, 10:51

Olka wiedziałam, że ta jędza coś wykombinuje, że potem Basia będzie cierpieć... Ciekawe co zrobi Marek na wieść o tym, że Basia się wyprowadziła...
wklejaj szybko kolejne części ;**

isis - 2010-04-24, 18:44

Kurcze,ale ta Gośka jest głupia...i ona myśli,że takim gadaniem zdobędzie Marka?
Mam nadzieje,że Basia nie wyprowadzi się na długo...Marek jej na to na pewno nie pozwoli!:)
Czekam na kolejną część;)

sysia16223 - 2010-04-25, 19:42

Wrrrr... Głupia zołza :-/ Sądzę, że mimo wszystko Marek będzie szczęśliwy :-) Czekam na kolejną część :-D

A Co z DDM? :-) jak wam idzie współpraca? :-P

olka - 2010-04-25, 19:56

sysia16223 napisał/a:
A Co z DDM? jak wam idzie współpraca?


Narazie dziewczyny mają egzaminy na uczelni, więc nie piszemy. Prawdopodobnie zaczniemy dopiero w weekend majowy.

Cz. 17

Późną porą Marek pojawił się wreszcie w mieszkaniu. Zdjął buty i powędrował do sypialni swojej dziewczyny. Krzyknął jeszcze krótkie „cześć” do siedzącej w salonie współlokatorki i z uśmiechem na twarzy otworzył drzwi. Zdziwiony nieobecnością Basi, rozsiadł się wygodnie na łóżku z książką w ręku. Postanowił poczekać na nią przy jakiejś przyjemnej lekturze. Już miał zagłębiać się w jej treść, gdy jego wzrok przykuły uchylone drzwiczki szafy. Wstał natychmiast i zajrzał do środka. Szafa była pusta, podobnie jak basina część komody. Potarł wierzchem dłoni czoło i szybko wybiegł do salonu.
- Gośka! - dziewczyna zaraz podniosła na niego wzrok - Nie widziałaś Basi?
- Była tu jeszcze jakieś.... - spojrzała na zegarek - ... 3 godziny temu.
- Co się tu stało?!
- Nic się nie stało, co się miało stać?
- Więc dlaczego jej nie ma?! - chłopak zaczął nerwowo chodzić po salonie.
- Nie mam pojęcia! I prawdę mówiąc nie wiele mnie to obchodzi, więc przestań się na mnie wydzierać!
- Pytam tylko – odpowiedział już spokojniej - Gdzie ona jest? Zabrała wszystkie swoje ubrania? Wiesz coś?
- Nie! Była tu, ale jak zwykle w ogóle się do mnie nie odezwała, zamknęła się w waszej sypialni i po chwili wyszła z torbą. Trzasnęła drzwiami i tyle ją widziałam.
- Ale jak to wyszła? Tak po prostu wyszła? - Brodecki spojrzał na nią z przerażeniem.
- I co Cię tak dziwi? Mówiłam, że jest niezrównoważona
- Ale dlaczego? Co się stało? Ty coś wiesz, prawda?
- Marek, powtarzam Ci, że nic nie wiem. Zresztą w ogóle się nią nie przejmuj. Jak jej przejdzie to wróci z podkulonym ogonem - uśmiechnęła się do niego szeroko.
Marek zignorował kompletnie komentarz dziewczyny, ale szybko wyciągnął z kieszeni swój telefon i wybrał numer Basi. Po kilku sygnałach odezwała się poczta głosowa na co chłopak tylko zaklął.
- Co? Nie odbiera? - Gosia przyglądała się chłopakowi, śmiejąc pod nosem.
- Coś się musiało stać.... Goska ja Cię proszę, przypomnij sobie! Może Baśka mówiła Ci coś przed wyjściem? Dziwnie się zachowywała?
- Ona zawsze zachowuję się dziwnie, poza tym czym Ty się tak przejmujesz?! Jak sobie poszła to niech idzie, widocznie ma cię w nosie, skoro nawet Cię nie poinformowała.
Brodecki pokręcił tylko głową podchodząc do okna. Postał tam chwilę, po czym mrucząc cos pod nosem wybiegł z mieszkania...

(...)

Szła wąskim chodnikiem taszcząc swoją torbę podróżną, Z jej oczu, co chwilę wypływała pojedyncza łza. Przechodzący obok ludzie mierzyli ją dziwnymi spojrzeniami ale ona nie zwracała na to uwagi. W głowię huczały jej wciąż słowa Gosi. Nie będzie rujnować Markowi życia, nie chce, by był z nią z litości czy poczucia obowiązku. Wczoraj sam dał jej przecież do zrozumienia, że nie wyobraża sobie takiej sytuacji. Złapię pierwszy autobus do Przemyśla i wyjedzie nic mu nie mówiąc. Z takim postanowieniem ruszyła w kierunku dworca. Był późny wieczór, była zmęczona i śpiąca. Stres, nerwy spowodowane wydarzeniami ostatnich dni nie wpłynęły dobrze na jej samopoczucie. Nagle poczuła jak świat dokoła zaczyna wirować a obrazy zachodzą mgłą. W uszach rozbrzmiał jej przeraźliwy pisak opon a potem była już tylko ciemność...

Marek stanął pod drzwiami jednego z mieszkań i głęboko odetchnął, po czym nacisnął dzwonek. Usłyszał drobne kroki w przedpokoju i zaraz drzwi ustąpiły.
- Cześć Marek! - Zuzia wesoło przywitała kumpla - Wejdź, zaraz zawołam Piotrka.
- Ja właściwie przyszedłem do Ciebie... - Brodecki wkroczył do środka, ciekawsko rozglądając się po mieszkaniu - Jest może Baśka?
- U nas? Nie, a co się stało? - Zuzia zrobiła niewyraźną minę, domyślając się o czym będzie rozmowa.
- Zuźka, widziałaś się dziś z Baśką, prawda?
- No, tak. Byłyśmy razem na mieście...
- Mówiła Ci coś?! Powiedz mi, Ty na pewno coś wiesz! - Marek zdenerwowany uniósł głos.
- Ale co się stało? Dlaczego jesteś taki zdenerwowany?
- Posłuchaj, Baśka zabrała swoje rzeczy i wyniosła się! Nie odbiera telefonu, nie wiem gdzie jest! - spojrzał przerażonym wzrokiem na koleżankę - Zuzia, proszę Cię powiedz mi, gdzie ona jest??
- Marek, ale ja nie wiem.... - ich głośna rozmowa zwabiła do salonu Piotrka.
- Cześć Stary. Coś Ty taki nie wyraźny? - podszedł do Marka i poklepał go po ramieniu.
- Piotrek, Baśka znikła.... - głos Marek załamał się - A Zuza mi nie chce powiedzieć, gdzie ona się podziewa... - Piotrek natychmiast spojrzał na swoją dziewczynę.
- Ale przecież ja nie wiem... ja nic nie wiem, naprawdę.... - Zuzia opadła na kanapę.
- Zuzka, pomyśl trochę. Skup się! Może Baśka coś wspominała? - Piotrek pochylił się nad nią.
- Nie! Nic kompletnie! Rozmawiałyśmy tylko o dziecku... - Zuzia w tym momencie zawiesiła głos.
- O czym rozmawiałyście? - Marek przybliżył się jeszcze bardziej do kanapy i już miał znowu coś powiedzieć, gdy zadzwonił jego telefon - Halo! - cały czas obserwował Zuzię, która wyraźnie odetchnęła - Ale co się stało?! - Marek zaczął nerwowo chodzić, po pomieszczeniu - Nic jej nie jest? Gdzie ona teraz jest?! - przerażony zaczął zadawać mnóstwo pytań - Dziękuję, zaraz będę! - rozłączył się szybko.
- Co jest, Marek? - Piotrek spojrzał zdenerwowanego Marka.
- Wiem gdzie jest Baśka. Na razie! - tyle zdążył im powiedzieć i z prędkością światła opuścił mieszkanie. Pół godziny później przerażony wpadł na izbę przyjęć natychmiast zaczepiając siedzącą tam pielęgniarkę
- Podobno przywieziono tu młodą dziewczynę z wypadku! Gdzie ona jest?!
- Zaraz chwileczkę, kim pan jest?
- Marek Brodecki! Jestem jej chłopakiem, niech mi pani powie, co z nią! - w tym momencie podszedł do niech lekarz
- Przepraszam, co tu się dzieje?
- Panie doktorze, co z Basią? Basią Storosz, przywieziono ją tu z wypadku!
- Aaa pani Basia! Proszę się nie martwić, na szczęście, to nic poważnego. Ma kilka powierzchownych stłuczeń – lekarz uśmiechnął się przyjaźnie – Z dzieckiem też wszystko w porządku!
- Z dzieckiem? – zapytał zaskoczony – Przepraszam, jakim dzieckiem?
- Noo z pańskim jak sądzę, pani Storosz jest w 6 tygodniu ciąży, nie wiedział pan?
- Zaraz... ale przecież.... jak to możliwe? – założył ręce na kark nerwowo przechadzając się po korytarzu
- A tego już chyba nie musze panu tłumaczyć – lekarz dziwnie na niego popatrzył
- Mogę do niej wejść? – zapytał gdy doszedł do siebie
- Proszę, sala numer 12
Niepewnym krokiem przekroczył próg sali. Leżała z głową odwróconą do okna tak, że nie widziała jak wszedł. Cichutko pociągała nosem przecierając zapłakane oczy, wydała mu się taka krucha i bezbronna
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zapytał ściągając na siebie jej wystraszone spojrzenie
- Marek? Co tu robisz?
- Chciałaś to ukryć? Liczyłaś, że nigdy się nie dowiem? – zasypał ją pretensjami ignorują jej wcześniejsze pytanie
- Marek ja...
- Myślałem, że mi ufasz!
- Bo tak jest! – spojrzała mu w oczy
- Więc czemu nic nie powiedziałaś?! Dlaczego zabrałaś rzeczy i odeszłaś bez słowa? Wiesz jak się martwiłem?
- Przepraszam... – wyszeptała spuszczając pokornie głowę – Po prostu nie chce zmarnować ci życia...
- Słucham? O czym Ty w ogóle mówisz?! – po raz kolejny tego dnia przeżył szok
- Marek, ja niczego od Ciebie nie oczekuje. Nie musisz czuć się do czegokolwiek zobowiązany, nie potrzebuję litości...
- Baska, nie wiem skąd u Ciebie tak idiotyczne pomysły – spojrzał na nią nie kryjąc zdziwienia - Może to wynik ciąży, ale chyba nie myślisz, że ja Cię teraz zostawię?!
- Marek posłuchaj...
- Baśka kocham Cię! Nie pozwolę Ci odejść... znaczy Wam – uśmiechnął się lekko spoglądając na jej brzuch
- Marek, ale teraz wszystko się zmieni, nie rozumiesz?! Nasze studia, plany! Jak powiemy o tym rodzinie?! Przecież my nawet nie jesteśmy małżeństwem! Co z mieszkaniem, przecież będzie dla nas za małe! Co będzie jeśli sobie nie poradzę?! Nie jestem gotowa do roli matki! – z każdym wypowiedzianym zdaniem na jej policzkach pojawiało się coraz więcej łez
- Basia wiem że się boisz! Ja też, ale razem sobie poradzimy! – ścisnął mocniej jej dłoń patrząc jej prosto w oczy
- Obiecujesz? – zapytała drżącym głosem niepewnie zagryzając wargę
- Obiecuję! Wszystko będzie dobrze! – mocno ją do siebie przytulił
- Kocham Cię Marek!
- Ja Ciebie też – mrugnął do niej – I mam nadzieje, że to będzie syn!

9 miesięcy później...

Marek siedział ze spuszczoną głową i starał się ukryć zmęczenie. Nudny wykład sprawił, że Brodeckiemu mimowolnie zamykały się powieki. Co chwilę jednak siedzący obok Piotrek szturchał go łokciem, co powodowało, że chłopak jeszcze nie zasnął na dobre.
- Chłopie, co Ty taki nie do życia dziś? - Piotrek szeptem zwrócił się do kolegi.
- Daj spokój stary, Baśce o drugiej w nocy zachciało się jagodzianki. Musiałem gnać pół dzielnicy do nocnego - Piotrek ledwie stłumił śmiech - Ale pocieszam się, że to wszystko dla dobra mojego dziecka.
- No wiesz, trzeba się czasem poświęcić... - Piotrek urwał zdanie, pod wpływem ostrego wzroku wykładowcy - Dobra cicho, bo zamiast do sklepu, będziesz latał na Stadion i to nie kupować tylko sprzedawać! - Marek zaśmiał się cicho, ale szybko spoważniał czując jak w kieszeni wibruje mu komórka - Marek, weź to wyłącz, bo naprawdę nas zaraz wykopią
- Musze odebrać! A jak to Basia? Może źle się czuje.... - telefon nie ustępował i dzwonił już któryś raz, gdy Brodecki w końcu schował się za plecami jednego z kolegów i nacisnął zieloną słuchawkę – Halo? – wymówił szeptem – Co?! – krzyknął tak głośno, że zwrócił na siebie uwagę wszystkich, włącznie z wykładowcą, który zmierzył go wściekłym spojrzeniem
- Brodecki! – syknął – Co Ty sobie wyobrażasz?!
- Yyyy... – spojrzał na niego przerażony – Baska rodzi... – przełknął ciężko ślinę
- Słucham?! – docent spojrzał na niego jak na wariata
- Moja dziewczyna właśnie rodzi! – krzyknął i nie czekając dłużej szybko skierował się do wyjścia
- Marek! – krzyknął za nim Piotrek
- Co?! – chłopak zatrzymał się tuż przy drzwiach
- Łap! Będzie szybciej! – rzucił mu kluczyki od swojego samochodu
- Dzięki! – i nie zatrzymując się już wybiegł z sali. Błyskawicznie pokonał trasę dzielącą uczelnię i szpital, wpadając na izbę przyjęć z obłędem w oczach. Odszukał szybko piętro, na którym znajduje się oddział położniczy i już zmierzał do sali skąd dobiegały krzyki, gdy ktoś brutalnie go zatrzymał łapiąc za kołnierz kurtki.
- A dokąd to kochaniutki?! Bez obuwia ochronnego?! Wynocha mi stąd, ja się tu męczę i sprzątam, a taki tu przyjdzie i znowu zachlapie podłogę! - przysadzista pani salowa stała z rękoma na biodrach i wlepiała w niego wściekły wzrok.
- Proszę Pani, ja nie mam teraz czasu na jakieś foliowe skarpety czy coś! - Brodecki już chciał ruszyć do przodu, ale ciężka ręka kobiety znowu go zatrzymała.
- Z powrotem chłopczyku, powiedziałam! Dziecięcy piętro wyżej! - i już otwierała usta, by znowu coś powiedzieć, ale spostrzegła zmierzającego w ich stronę doktora.
- O Pan Marek! Jak dobrze, że Pan jest. Ale teraz szybciutko, bo Pańskiemu dziecku bardzo się spieszy na ten świat! - lekarz poklepał przerażonego Marka, po plecach i zaprowadził na salę porodową.
- Baśka! - Brodecki dopadł do swojej dziewczyny - Jak się czujesz?
- Pomijając fakt, że coś rozrywa mnie od środka, doskonale! Aaaaa! - głośny krzyk Storosz sprawił, że chłopak aż się skulił
- Nie denerwuj się! Wszystko będzie dobrze. Bardzo boli? - Marek otarł pot z czoła Basi.
- Niieee skąd! – odpowiedziała z sarkazmem i ponownie wrzasnęła, co spowodowało, że Brodecki zrobił się blady jak ściana...
Po trzech godzinach bólu, wrzasków i morderczego wysiłku, w sali wreszcie rozległ się płacz dziecka. Kiedy wzięła w ramiona swoją małą córeczkę nie była w stanie pohamować wzruszenia. Uczucia jakie nią wtedy miotały były nie do opisania. Potworna ulga, radość, ogromna miłość do tej małej istotki ale jednocześnie strach i obawy czy na pewno sobie poradzi, czy oboje sobie poradzą.
- Jest śliczna! – Marek jak zaczarowany wpatrywał się w swoje maleństwo, które słodko drzemało w ramionach mamy – Dziękuję!
- Za co?
- Za ten mały skarb – dotknął malutkiej rączki tego maleństwa – Nigdy nie sądziłem, że w wieku 24 lat będę najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem!
- Nie żałujesz? – zapytała zabawnie przekrzywiając głowę
- Niczego! – odpowiedział pewnie, chwile potem zatapiając się w jej ustach...

The End

Epilog

Basia z torbą pełną zakupów weszła do mieszkania. Od razu przy samych drzwiach przywitały ją głośne krzyki i Marek, który od razu do niej dopadł.
- Baśka, już myślałem, że zabłądziłaś! Dawaj to, co masz! - zabrał jej z rąk pakunki i udał się do kuchni, gdzie zaraz zbiegła się dwójka rozwrzeszczanych istot.
- Mamo powiedz coś! Krzysiek zabrał mi moją szczoteczkę do zębów! - na środku kuchni stała ośmioletnia dziewczynka.
- Krzysiek, oddaj Julce jej szczoteczkę - Basia wyjmowała produkty z toreb, a Marek układał je do szafek.
- Przecież to jest moja szczoteczka! Niebieska, tak? A ona ma różową! - przystojny chłopak oparł się o blat stołu - Zresztą ja nie mam czasu na pierdoły. Za pół godziny mam trening, także ja się z państwem żegnam - podszedł do matki, ucałował ją w policzek, po czym znikł.
- Mamo, no! Przecież ja nie zdążę na zajęcia! A dziś ćwiczymy nowy układ! - dziewczynce zaszkliły się oczy.
- Julka, zamiast marudzić, poszłabyś do łazienki i wzięła sobie nową szczoteczkę. Zaraz przyjedzie mama Madzi i nie będzie na Ciebie czekać - do rozmowy wtrącił się Marek i pod wpływem jego karcącego spojrzenia dziewczynka opuściła pomieszczenie. Basia uśmiechnęła się z ulgą do męża.
- Mamo! Krzysiek blokuje łazienkę! Nie zdążę no! - Julka stała pod drzwiami i tupała ze złości nóżką.
- Krzysiek, długo jeszcze? - Basia wychyliła się z kuchni.
- W tym domu nie ma człowiek ani chwili prywatności! - chłopak wyszedł z łazienki i biorąc torbę na ramię wparował jeszcze do kuchni - Gdzie jest mineralka?
- Kurcze, zapomniałam... - jęknęła Basia.
- Mamo! Przecież prosiłem Cię! Co ja teraz zrobię?! Umrę z pragnienia!
- Krzysiek, nie przeginaj! Dostaniesz kasę i kupisz sobie sam! - po raz kolejny dzisiejszego dnia Marek wtrącił się do dyskusji i wręczył synowi banknot dziesięciozłotowy.
- No dobra, ewentualnie mogę przystać na taką propozycję. Dobra ja lecę. Pa! - krzyknął jeszcze i tyle go widzieli.
- Jedno z głowy – Marek mrugnął do Basi – Julka pospiesz się! Masz jeszcze 10 minut!
- Idę, już idę! – mała wparowała ponownie do kuchni – Mamo gdzie moje nowe adidasy? Przecież musze w czymś tańczyć!
- W twoim pokoju! – powiedziała Basia
- Ale już szukałam! Tam ich nie ma!
- Kochanie – Basia kucnęła przed dziewczynką – Jeszcze wczoraj je tam widziałam a gdybyś bardziej dbała o porządek nie miałabyś problemu z ich znalezieniem!
- Właśnie, mama ma rację! Wczoraj o mało nie zabiłem się o twoje rolki! – wtrącił się Marek
- Się patrzy pod nogi – mruknęła mała, czego jej tatuś na szczęście nie usłyszał – To w czym mam jechać?!
- Weźmiesz stare – Baska sztucznie uśmiechnęła się do córki
- Stare?! – jęknęła mała
- Na przyszłość nauczysz się sprzątać! A teraz ubieraj buty bo właśnie podjechała mama Magdy!
Chwile później ostatnia pociecha opuściła dom a w domu zapanowała błoga cisza
- Nareszcie spokój! – Basia ciężko opadła na kanapę w salonie przymykając oczy
- Przez najbliższe trzy godziny jesteśmy sami – spojrzał na nią z szerokim uśmiechem – Musimy to jakoś wykorzystać – i nie czekając dłużej zamknął jej usta namiętnym pocałunkiem
- Mareek – zachichotała gdy zjechał pocałunkami na jej szyję. Te uroczą chwilę przerwało głośnie trzaśnięcie drzwiami, a zaraz potem do salonu wpadła ich najstarsza pociecha
- Grrrr! Zaraz mnie szlag trafi! – dziewczyna z furią opadła na fotel nie zważają na zdziwione spojrzenia rodziców
- Kaska?! Co Ty tu robisz? Przecież miałaś być w Krakowie – zapytał zaskoczony Marek – I co się w ogóle stało?
- Nie uwierzycie jaki kanał! – zrezygnowana ukryła twarz w dłoniach
- Mów wreszcie! - Basia poprawiła się na kanapie.
- Słuchajcie, wpadam do mojego nowiutkiego mieszkanka, a tam ulokował sobie już miejsce jakiś nadęty facet! A gdy pokazuje mu akt wynajmu, ten wyciąga dokładnie taki sam! Beznadzieja! - dziewczyna oparła się ciężko o fotel.
- Jak to?! - Basia spojrzała znacząco na męża.
- No tak! Ten cały właściciel to jakiś oszust! Kurka, że też mnie się to przytrafić musiało! - Kasia wyszła z salonu zostawiając zdziwionych rodziców samych.
- No, ale Kaśka! Przecież tak być nie może! - Basia szturchnęła Marka w bok, aby ten zabrał głos.
- No właśnie! Trzeba to jakoś załatwić! - Brodecki spojrzał na wchodzącą do salonu córkę.
- Co załatwić? - Kasia upiła soku ze szklanki.- Ja zapłaciłam za rok z góry i się nie wyniosę! A on? On również kategorycznie odmówił! Twierdzi, że też dał roczną zaliczkę. Poza tym z nim nie idzie się dogadać!
- Ale musisz z nim porozmawiać! - Basia uśmiechnęła się pod nosem.
- Mamo! Ja nie będę rozmawiać, a tym bardziej mieszkać z... z jakimś.... gburem! To jakaś katastrofa! Nie miałam w planach dzielić mieszkania z tym idiotą!
- Lepiej zastanów się, co on o Tobie myśli! - Marek spojrzał znacząco na rozbawioną żonę.
- Ale tato! Postaw się w mojej sytuacji! - w tym momencie Basia parsknęła śmiechem - To nie jest śmieszne! Dzielę mieszkanie z jakimś niewychowanym bałaganiarzem! Dobijcie mnie! - opadła na fotel oblewając się przy tym sokiem – Kurcze!
- Ale może się jeszcze polubicie? - Basia podała dziewczynie chusteczkę - Prawda Marek? - Brodecki skinął lekko głową wyraźnie niezadowolony z całej tej sytuacji.
- No co Wy! Szybciej mi kaktus wyrośnie! Już ja mu pokażę jak to jest mieszkać z prawdziwą kobietą! - tym razem to Marek szturchnął żonę w bok.
- Baśka, czy Ty to słyszysz? - szepnął do niej wykorzystując sytuację, że Kasia zajęta była wycieraniem spodni - Wiesz jak to się może skończyć, jeżeli ona pokaże mu, że naprawdę jest kobietą?
- Ale o co ci chodzi? – spytała wyraźnie rozbawiona
- Chyba najwyższy czas uświadomić jej kilka faktów.

Sfora - 2010-04-25, 22:04

O rany Olka jesteś wielka!!!!!!!!
Epilog jest genialny... Kasia (zakładam że najstarsza z pociech) wpadła tak jak rodzice, niezła powtórka z rozrywki :mrgreen:

sysia16223 - 2010-04-26, 08:07

Olka No to ładnie :-) Baśka z Markiem wiedzą co to znaczy :-D Ale śmiesznie mają w tym domu. Trzeba im było jeszcze bliźniaki dowalić na sam koniec :-D By był chaos totalny :-)
isis - 2010-04-26, 09:57

O matko!Genialny epilog!! :576:
Historia lubi zataczać koło :lol: Wesoła rodzinka,nie ma co :lol:
Ciekawe czy z resztą rodzeństwa będzie podobnie;P
Olka świetne opowiadanie!

olka - 2010-04-26, 10:57

Dziękuje ;***
Ninuś - 2010-04-26, 14:28

:576: Olka jesteś Mistrzem!!!
hahahaha! nieźle to wszystko się potoczyło, a historia lubi się powtarzać :D
na szczęście mamy happy end, genialnie!
czekamy na coś nowego (stare też może być) :lol:

Daisy - 2010-04-26, 21:29

To teraz poprosimy DDM :lol:

I Ninuś też! Dalej! Dalej! Dalej!

* * *

Ja szukam czegoś starego :577:

Twins - 2010-04-26, 21:30

Ty lepiej się zabierz za coś nowego :lol: skoro już tu zagościłaś :D
Daisy - 2010-04-26, 21:31

Przechodzę WYPALENIE ZAWODOWE :576:
Twins - 2010-04-26, 21:36

Ale nie w NT :D :lol:
Tutaj jedynie można się wywalić twórczo, tudzież popaść w mały, krótkotrwały kryzys twórczy i szybko wrócić do twórczej pracy :576:

Daisy - 2010-04-26, 21:41

To u mnie krótkotrwały znaczy - ponadroczny, albo lepiej... niekończący się ;)

A tak serio... taka prawda! Coś przeminęło, a ja razem z tym! Nie nadaję się już do tego. Czekam na wenę, która nie wraca.... :/ Nie mówię nie na 100%, ale nie chcę się zmuszać. Czekam...!

sysia16223 - 2010-04-27, 21:36

Przypomnienie i taka tyci-pyci kolejna część :-D Ah! Już dawno doszłam do wniosku, że jestem analfabetką, więc z góry "Wielkie Przepraszam" za błędy :-)

TA
Cz. XXIV

-Widziałeś Basię?
-Nie stary, sorry!
Sala gimnastyczna, na co dzień wykorzystywana do zajęć wychowania fizycznego, w tym dniu służyła maturzystom jako aula. Trzeba przyznać, ktoś bardzo się postarał, bo w niczym nie przypomniała pomieszczenia związanego z wysiłkiem i sportem. Była przystrojona, a wolną przestrzeń zajęły krzesełka. Brodecki od 10 minut siedział wśród znajomych, oczekując, aż w końcu wszyscy wejdą i znajdą dla siebie miejsce. Zauważył klasę Storosz, ale po niej ani śladu, co zaczęło go lekko niepokoić.
-Gdzie ona się podziewa...- mrukną pod nosem, ponownie rozglądając się na boki.
Już miał ruszyć w zamiarze jej odnalezienia, ale dobiegł go głos dyrektora. Apel się rozpoczął.
-Cholera...- warknął, dość głośno. Wiedział, że nie wypada teraz wstać i „przeparadować” przed samym nosem grona nauczycielskiego. Wciągnął powietrze i oparł się o krzesło, starając się opanować dziwne uczucie paniki,jakie się w nim rodziło. Nie docierały do niego słowa wypowiedziane przez dyrektora, również okrzyki radości podczas wyczytywania klas nie robiły na nim większego wrażenia. W końcu jego dziwne zachowanie zauważył kolega.
-Marek, co jest?
-Nie nic, nic..
-No przecież widzę, stary!- odparł kpiąco na pomruk Brodeckiego.
-Nie wypatrzyłem nigdzie Basi... Jej klasa jest, po niej ani śladu.
-Marek, bab nie znasz!? Pewnie siedzi z kimś i plotkuje.
-Nie widziałem, żeby wchodziła.- powiedział nieprzekonany.
-A widziałeś, jaki był tłok?- Zaśmiał się kolega, klepiąc go po ramieniu.- O teraz nasza klasa... Jeeeahh!

-To zabierzmy ten prezent szybko i wracajmy.- powiedziała Basia wchodząc do wskazanej przez Bartnika szatni.-Gdzie on jest?
-Co takiego?- zapytał.
-Nie żartuj, no pytam gdzie położyłeś prezent?
-A tutaj!- Odparł sięgając do spodni i wyciągając zza paska pistolet.- Niespodzianka!

Dyrektor mówił od ponad 10 minut. Wyczytywanie zasług i osiągnięć uczniów. Przestrogi, które wymieniał bez ustanku, nudziły nawet grono nauczycielskie, a co dopiero uczniów. Siedzieli myśląc o niebieskich migdałach, gdy nagle drzwi wejściowe otworzyły się z impetem, spowodowanym silnym kopniakiem. Dyrektor przerwał i każdy z zaciekawieniem podążył wzrokiem w tamtą stronę. Po paru sekundach w drzwiach pojawiły się dwie postacie.
-Jezus Maria!- szepnął, przez zaciśnięte zęby Marek. Chaotycznie zaczął, przeszukiwać swoją kieszeń od garnituru, w poszukiwaniu pager-a. Wystukał pośpiesznie czerwony alarm i wysłał wiadomość do Zawady. Widok, który zaszokował na pewna całą szkołę, sądząc po zdziwionych minach i jękach przerażenia, przyprawiał go o mdłości. O to na środku sali stał jego niegdyś najlepszy kumpel, a tuż przed nim z lufą przyłożoną do skroni jego miłość. Dziewczyna, bez której nie wyobrażał sobie dalszego życia. Pośpiesznie schylił się, sprawdzając dla pewności nogawkę, w której nosił małego glocka. Dobrze, że siedział na skraju bo do wyjścia z rzędu dzieliły go, jedynie dwie koleżanki. Wybauszyły oczy, gdy na czworaka przeszedł obok ich nóg. I wtedy właśnie usłyszał:
-Gdzie jesteś Brodecki?- jad w głosie Bartnika, był wręcz przeraźliwy.- Popatrz kogo Ci przyprowadziłem?
-Nie wychodź!- krzyknęła Storosz i za chwile poczuła mocne uderzenie, któro zwaliło ją z nóg. Upadła na kolana, sycząc z bólu.
-Zostaw ją!- Marek jak z pod ziemi pojawił się na przeciwko dawnego kumpla. Mówił spokojnym, rzeczowym tonem, choć w środku serce waliło mu jak oszalałe, z obawy o Basię- Przecież chodzi Ci o mnie. Nie o nią.
-Mylisz się!- syknął wściekle, celując na moment pistoletem w twarz Brodeckiego.- Oboje zasługujecie na cierpienie! Jak mogłeś mi to zrobić? Olać naszą przyjaźń i zadawać się z nią? Taaaaa... Cicho! Nie tłumacz, wiem wszystko! Zbliżyła was praca?! Jakie to romantyczne, prawda? Prawda Basiu!?
Krzyknął tak głośno, że wiele osób siedzących w pierwszym rzędzie wzdrygnęło się ze strachu. Bartnik w przypływie wściekłości jednym susem podskoczył do Storosz, łapiąc ją za włosy i wrzasnął w prost do ucha:
-Prawda?
-Zostaw ją Karol!- krzyknął Marek, nie mogąc pozostać obojętnym na widok bezbronnej ukochanej, szarpanej przez szaleńca.
-Zamknij się, jeśli nie chcesz zobaczyć, jak umiera na twoich oczach!- powiedział, śmiejąc się złowieszczo.- Pytałem Basię! Powiedź mi kochana, jak to z wami było?
-Pierdol się!- usłyszał w odpowiedzi. Jęk jaki wyrwał jej się z piersi, gdy Bartnik uderzył ją kolbą od pistoletu, spowodował ruch Marka. Skoczył do przodu, sycząc z gniewu. Bartnik od razu podniósł broń na wysokość głowy Brodeckiego.
-Stój, bo nic z Ciebie nie zostanie!- powiedział już nieco mniej pewnie.
-Ty szmaciarzu!- warknął wściekły Marek.
-Nie prowokuj mnie!- krzyknął chłopak, machając bronią.- Zginąć może każdy! Chcesz tego?
-Marek zostań, jest ok..- usłyszał głos Basi, która postanowiła odezwać się, by uratować ukochanego, przed złą decyzją. Przecież uczyli się, jak mają postępować w takich sytuacjach. Spokój, opanowanie, jak najdłuższa negocjacja, która pomaga w razie nadejścia pomocy, no i nie prowokowanie sprawcy. Czemu on nie myśli trzeźwo?- pomyślała w duchu dziewczyna. Jednak dobrze wiedziała dlaczego- miłość. Ona przysłaniała mu rozsądek i kazała walczyć. Potrząsnęła głową, starając się powrócić do pełni świadomości po uderzeniu i lekko się podniosła.
-O widzę Mareczku, że Twoja ukochana to całkiem twarda sztuka!- stwierdził z uśmiechem Bartnik.- No tak! Przecież to wasza praca! Bieganie za takimi jak ja! Likwidowanie! Na przykład wasze ambitne zadanie w Hiszpanii.
-To byłeś ty!- wyszeptała Storosz, kojarząc nareszcie wszystkie fakty.
-Ja!
-Zabiłeś niewinnego człowieka!- powiedziała patrząc na niego.
-To tylko wasza wina!- krzyknął wściekły.- Trzeba było stawić mi czoła!
Basia dyskretnie rozejrzała się w około. Musi być jakiś sposób, by szala przewagi przechyliła się na ich stronę. Spojrzała na Marka. Wymienili się pośpiesznym spojrzeniem, by nie wzbudzić podejrzenia Bartnika. W końcu Storosz nie pewnie odezwała się:
-Karol, zastanów się, co Ci to da?
-Nawet nie zaczynaj! Nie mam zamiaru wysłuchiwać kazania, że mam jeszcze szansę!- warknął.
-Wiesz, że zabicie nas, dostaniesz dożywocie!- powiedziała patrząc na niego- Mamy immunitet.
-Nikt mnie nie złapie!- roześmiał się- Zaraz, gdy z wami skończę znikam!
-Nie uważasz, że trochę za dużo światków, na możliwość ucieczki?
-Mam przyjaciół, którzy mi pomogą!
-Nasi nie odpuszczą.- dodała Basia.
-No tak! Wielcy agenci wynajmowani do wielkich zadań, czyż tak?- odparł złośliwie, pokazując w uśmiechu białe zęby.- To może niech wszyscy się dowiedzą? A więc droga szkoło! Tuż przed wami stoją tajni działacze! Mają na swoim koncie uratowanie prezydenta, załatwianie wielkich kontraktów międzynarodowych, eliminowanie przeciwników! No Marek, przyznaj się grzecznie przed gronem nauczycielskim, ile to ich pupil zabił ludzi? Sporo prawda?
-Nie przeginaj... - Marka dłoń zaczęła niebezpiecznie drgać. Brodecki czuł na sobie spojrzenia całej szkoły i ciche pomruki. Przecież z Basią mają przewagę nad nim. Wystarczy dobry ruch, a sprawa będzie załatwiona. Zrobił krok w lewą stronę i rozpoczął konwersacje.- Mam Ci przypomnieć co zrobiłeś Ty? Zmasakrowane zwłoki w windzie...
Basia widząc poczynania chłopak zataczającego okrąg od razu podjęła grę.
-Obserwowałeś nas, śledziłeś i wyciągałeś wnioski- stwierdziła.
-Byłeś w samolocie, przy recepcji i basenie.- tym razem dodał Marek.
-Przeszkodził Ci prawda?- szepnęła.
-Szedłeś do nas!
-Wiedziałeś, że czujemy spisek!
Zdezorientowany Bartnik wodził wzrokiem i rzecz jasna pistoletem od jednego po drugie. Poruszający się przy tym Brodecki utrudniał mu zadanie.
-Stój! - wrzasnął w końcu.- Stój bo ją zabije!
Ale nie zdążył. Storosz jednym uderzeniem w zgięcie kolana zwaliła go z nóg. Pistolet spadł na podłogę i wystrzelił. Kula z hukiem uderzyła o ścianę, wzbudzając przy tym panikę zebranych. Nim Bartnik zdążył zareagować Marek stał nad nim z lufą wymierzoną prosto w jego głowę.


Cz. XXV

Nie wiedzieli ile minęło czasu, gdy drzwi do auli ponownie się otworzyły i pojawili się w nich ich ojcowie z Zawadą i całą chmarą AT-eków, uzbrojonych w karabiny. Marek po lekkiej szarpaninie z Bartnikiem, zdążył go zakuć. Nie byli pewnie, czy lepszym wyjściem jest wyprowadzenie go przed gmach szkoły i tam zaczekanie na wsparcie, czy pozostanie w bezpiecznej, lecz pełnej szmerów i zdziwiony, niekiedy nawet wrogich spojrzeń. Problem rozwiązali za nich ojcowie.
-Wszystko w porządku?- Storosz znalazł się przy córce, czule ujmując jej spuchniętą już buzie.- Lekko dostałaś.
-Tato jest w porządku!- szepnęła, wysuwając się z objęć ojca, speszona zaciekawionym wzrokiem nauczycieli.
-Marek, co to do cholery ma być?- Storosz najwidoczniej nie podzielał uczuć zmieszania córki, bo krzyknął na cały głos do ziecia stojącego z Zawadą.- Jak jej pilnujesz?
Młody Brodecki przewrócił oczami, tak jednak, że zobaczył to jedynie Adam, który by ukryć parskniecie zasymulował kaszel.
-Tato!- uprzedziła go Basia.- Opanuj się! Spójrz ile tu jest ludzi, wystarczy nam szopki jak na jeden dzień!
-Córuś...- ale nie dokończył, bo Storosz jak torpeda, ulotniła się z sali. Zabierając przy tym Marka.
Panowie stanęli na środku, by szybko się skonsultować i podjąć decyzje. Sytuacja musiała być wyjaśniona, było zbyt dużo świadków, by sprawa mogła obejść się bez echa.
-Kto mówi?- zapytał Zawada.
-Ja nie, Storosz to ty byłeś od myślenia.- powiedział z swą lekkością Brodecki senior.
-Jak zawsze, gdy trzeba ratować Ci tyłek!- warknął w odpowiedzi.
-Wypraszam sobie, przypomnieć Ci, ile razy wyratowałam Cie z opresji. Pamiętasz 1973?
-Panowie!- Zawada wiedział na co się zanosi, więc wolał uciąć dyskusję zawczasu.- Nie czas na kłótnie!
-Taki cwany jesteś Brodecki, to proszę! Produkuj się.- mruknął Storosz zakładając przy tym ręce.
-A proszę Cie bardzo, na pewno wyjdzie mi lepiej niż tobie.
-Niedoczekanie!
To były słowa które Artur usłyszałam stojąc już przy mikrofonie. Miał ochotę zaśmiać się na głos. Ale to zdecydowanie zdziwiłoby zebranych, którzy bacznie mu się przyglądali. Dlatego odchrząknął i zaczął.
-Z pewnością są państwo zaszokowani i nie dokońca rozumieją, zaistniałą sytację, ale postaram się ją państwu przybliżyć.
Rozpoczął uroczyście Brodecki.
-Nie bardzo wiem od czego zacząć.
-Ale ja wiem. - przy drugim mikrofonie pojawił się Storosz.- A więc...
Brodecki z Zawadą wymienili rozbawione spojrzenia. Gaduła!

Sfora - 2010-04-29, 14:59

Sysia racja to było za krótkie!!!
Ale tak ogólnie to fajnie...

-Ale ja wiem. - przy drugim mikrofonie pojawił się Storosz.- A więc...
Brodecki z Zawadą wymienili rozbawione spojrzenia. Gaduła!


to mnie rozwaliło ci trzej to po prostu genialny kabaret :mrgreen:

olka - 2010-04-29, 17:59

Zgadzam się. Starszyzna w tym opie wymiata! :576:
Sysia domagam się cedeka, byle był dłuższy od poprzedniego :D
Super! :***

isis - 2010-05-07, 21:11

Może ktoś wrzuci jakieś opowiadanie? :lol:

Ola&Bliźniaczki obiecałyście,.że coś dacie;)
Ninuś,Sysia co z Wami?:)

Twins - 2010-05-07, 21:20

Bliźniaczki mają zaliczenia i wyszły z wprawy :lol: Nie potrafią już :576:
olka - 2010-05-07, 23:50

Twins napisał/a:
Bliźniaczki mają zaliczenia i wyszły z wprawy Nie potrafią już :576:


One tylko tak gadają :lol: Zaciągne je przed worda, tylko niech już wszystko pozdają, bo potem bedzie na mnie. :576:

A ja wiem, że was nękam tymi starociami, zamiast wrzucić coś nowego, ale zaczełam ZPZ, tylko mam dopiero kawałeczek i starsznie wolno mi idzie. :lol: Więc narazie stare, żeby chociaż zapchać pustkę. :lol:

"Zuzia"

Cz.1

- Zuzia kochanie pospiesz się! – młoda blondynka stała w przedpokoju, z czarną skórzaną teczką, co chwile spoglądając na zegarek i zerkając w stronę schodów na których kilka minut temu znikła jej pociecha – Spóźnimy się!
- Już idę mamo! – dziewczynka zbiegła szybko po schodach stając obok Basi i w pośpiechu zakładając buty – Musiałam zabrać plastelinę, pani w przedszkolu powiedziała, że dziś będziemy lepić zwierzątka! Najładniejsze zostaną wybrane na wystawę, wiesz? Ulepić ci jakieś? Dla Marka też zrobię, jak wrócę z przedszkola to mu zaniosę, na pewno się ucieszy!– mała była wyjątkowo żywym dzieckiem, zawsze uśmiechnięta i rozgadana. W domu było jej pełno.
- Chodź już kochana gaduło, bo naprawdę się spóźnimy – Basia z uśmiechem poczochrała córkę po głowie pomagając założyć jej plecak – Mam dziś w kancelarii dużo pracy, dlatego odbiorę cię z przedszkola i zawiozę do babci, dobrze?
- Ale miałyśmy iść dzisiaj na lody – mała wyraźnie posmutniała
- Skarbie wiem – kucnęła przed córką chwytając ją za rączki – Naprawdę żałuję, ale przecież możesz wziąć na lody babcie, hmm?
- Z babcią to nie to samo!
- Obiecuję, że wezmę sobie wolny weekend i spędzimy go razem, co ty na to? – Basia sama wychowywała córkę, starała się jej poświęcać jak najwięcej czasu jednak nie zawsze było to możliwe.
- Na pewno? – zapytała Zuzia delikatnie mróżąc oczy i opierając ręce na biodrach
- Na pewno! – odpowiedziała Basią ledwo powstrzymując śmiech, widząc poważną minę swojego dziecka – A teraz idziemy! – obie w pośpiechu wyszły z mieszkania...

W pokoju unosił się jeszcze zapach dnia wczorajszego. Jak miewał w zwyczaju często pracował w nocy, by móc rozkoszować się w spokoju dniem i czerpać z niego przyjemności. Praca była tym, czemu oddawał się z niezwykłą pasją. Uwielbiał swój zawód. Od zawsze chciał projektować ogrody, dlatego też zaraz po studiach Marek poświęcił cały swój czas na realizację swojego marzenia. A, że był sam sobie panem, większość swojej pracy wykonywał w domu, od czasu do czasu wychodząc na spotkania z potencjalnymi klientami. Wiódł proste życie samotnego mężczyzny. Lubił być niezależny, odpowiedzialny tylko sam przed sobą. Dobrze czuł się w towarzystwie dzieci, które czasami przypominały jego swoją nieporadnością. Był człowiekiem cichym, troszkę nieśmiałym, który nigdy nikomu nie wchodził w drogę, a którego jedynym towarzyszem była roczna suczka o imieniu Lady. I to właśnie ona zrobiła mu pobudkę o nieludzkiej, dla Marka porze, domagając się wyjścia na spacer.
- Boże, miej litość! - wyjęczał z pod kołdry - Nie możesz poczekać jeszcze godziny? - w odpowiedzi usłyszał tylko jęczenie zwierzaka, dlatego chcąc czy nie chcąc musiał "zwlec" się z łóżka - Nie myśl, że wyjdę z Tobą tak bez śniadania czy czegokolwiek. Najpierw zrobię sobie porządną kawę.
Jak powiedział tak też zrobił. Po chwili w całym domu unosił się zapach świeżo parzonej kawy. Usiadł sobie spokojnie przy stole i nie zważając na pojękiwania psiaka delektował się smakiem czarnego napoju, po wypiciu wstawił kubek do zmywarki i udał się do łazienki. Drzwi zawsze zostawiał otwarte, jako że mieszkał sam, nikomu to nie przeszkadzało, a on mógł utrzymywać kontakt wzrokowy ze zwierzakiem. Odkręcił wodę i sepleniąc zaczął sobie podśpiewywać, myjąc przy okazji zęby.
- Jak poczekasz jeszcze 15 minut i pozwolisz wziąć mi prysznic, to.... - zastanowił się chwilę - To kupię Ci krakersy, hmm? - w odpowiedzi pies zamerdał tylko ogonem, a on z uśmiechem zniknął za kabiną prysznica.
Marek wiedział jak "rozmawiać" z Lady. Uroczy Golden Retriever, którego był właścicielem wprost uwielbiał słodkości, którymi Brodecki czasami wynagradzał go, za dobre sprawowanie. Tak jak obiecał po kwadransie wyszedł z łazienki i od razu ruszył do przedpokoju, po czerwoną smycz psa.
- Lady, chodź, idziemy. Mam nadzieję, że nie przyniesiesz mi wstydu - poklepał suczkę po pyszczku po czym wyszedł z domu zamykając drzwi na klucz...
- Zuzka, poczekaj, słyszysz?! - Basia wkładając klucze do teczki, próbowała ogarnąć wzrokiem biegającą po trawniku córkę - Zuzka!
- Mamo, chodź szybciej, bo się spóźnimy - mała stanęła obok samochodu.
- No idę, już idę, musiałam zna..... Zuzka, gdzie Ty biegniesz?! - Basia nie dokończyła zdania, bo zauważyła, jak jej córka z prędkością światła oddala się od niej.
Dziewczynka nie zważając na wołania mamy, podążała w kierunku wysokiego bruneta, który właśnie wychodził z sąsiedniej furtki.
- Cześć Marek! - podbiegła do niego z uśmiechem od razu rzucając się na psa.
- Cześć ślicznotko! Co słychać? Dawno u mnie nie byłaś - przykucnął tak jak ona i delikatnie pogłaskał ją po główce.
- Nie miałam czasu - odpowiedziała poważnie, cały czas bawiąc się z psem - Ale nie gniewasz się na mnie?
- No pewnie, słoneczko, że nie. A Ty gdzie się wybierasz?
- Do przedszkola. Ładną mam sukienkę? - dziewczynka okręciła się w kółko prezentując swoją kreację.
- No piękną, Zuziu. Ale uważaj, bo się pobrudzisz - zwrócił jej delikatnie uwagę, gdy ponownie ukucnęła głaszcząc przy tym psa.
- E tam. Marek?
- Słucham słoneczko?- uśmiechnął się do niej szeroko, na co ona odpowiedziała tym samym.
- A co powiesz na to, jakby tak Lady miała szczeniaczki? Wzięłabym wtedy sobie jednego, co? - Marek słuchając jej uważnie ledwo powstrzymywał śmiech - Marek, proszę zgódź się. Ja tak bardzo chcę mieć pieska, przecież wiesz - zrobiła smutną minkę, na co Marek nachylił się nad nią i szepnął coś do uszka. Dziewczynka natychmiast się rozweseliła.
- Ale szczegóły obgadamy, jak do mnie wpadniesz, hmm? - puścił do niej oczko.
- Na colę i chipsy? Tak jak zawsze? - Zuzia zmrużyła zabawnie oczy oczekując odpowiedzi.
- No pewnie, to jest to co tygryski lubią najbardziej - wybuchli głośnym śmiechem, ale ich wzrok szybko skierował się na pewną osobę, która nie ukrywała wcale swojego zdenerwowania.
- Zuzka, co Ty wyprawiasz?! Wstań natychmiast. Teraz to już na pewno się spóźnimy.
- Witaj Basiu.- Marek nieśmiało się przywitał.
- Cześć Marek, przepraszam Cię, ale my się śpieszymy. Chodź Zuza.- złapała małą za rękę i szybko udała się do samochodu. Dziewczynka zdążyła tylko krzyknąć "Cześć" do swojego przyjaciela i pomachać mu łapką.
Wieczorem Basia razem z córką właśnie wracały do domu. Parkując na podjeździe, Baśka zobaczyła znajomy samochód po drugiej stronie ulicy. Jak tylko wysiadła uśmiechnęła się do mężczyzny opierającego się o maskę.
- Cześć - podszedł do niej skradając buziaka w policzek – Czekałem na ciebie, proszę – podał jej jedna czerwoną różę
- Dziękuje, piękna!
- Tak samo jak Ty! – rzucił szarmanckim tonem delikatnie się nad nią nachylając
- Komplemenciarz! – zachichotała Basia. Zuzia, która do tej pory stała z boku i uważnie przyglądała się mamie i jej nowemu „koledze” tylko przewróciła oczami i czując, że zanosi się na dłuższą konwersację odwróciła się napięcie i pomaszerowała prosto do domu Marka. Na podwórku małą powitała Lady, która na jej widok wesoło zamerdała ogonem. Zuzka pewnie wkroczyła do mieszkania.
- Cześć Marek! – rzuciła od progu od razu zajmując miejsce obok niego na kanapie.
- No czeeeść! A ładnie to tak wchodzić bez pukania? – zapytał z uśmiechem dając jej lekkiego pstryczka w nos
- Przepraszam! Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że bardzo się spieszyłam bo mam dla ciebie prezent! – odpowiedziała mała z pełną powagą, wywołują u Marka zduszony atak śmiechu. Natychmiast zaczęła szukać czegoś w swoim plecaku – Jest! – krzyknęła triumfalnie wyciągając z niego mały plastikowy pojemnik – Zrobiłam to dzisiaj w przedszkolu! Podoba ci się? – Zuzka patrzyła na niego z wyczekiwaniem lekko przygryzając wargę. Tymczasem On wpatrywał się uważnie w dziwny, plastelinowy kształt spoczywający na jego dłoni
- Jest... hmm bardzo oryginalne! – wydusił – A co to?
- No wiesz?! – mała pisnęła z oburzeniem – Przecież to Lady!
- No tak! Jak mogłem wcześniej nie zauważyć? Chyba nie znam się na sztuce
- Chyba tak – Zuzia bezradnie rozłożyła ręce
- W każdym razie dziękuje, postawię ją na honorowym miejscu – mrugnął do niej wywołując na jej buzi szeroki uśmiech – A ty nie powinnaś być już w domu? Mama wie, że jesteś u mnie? – zapytał podejrzliwie
- Mama rozmawia teraz z Kamilem
- Kamilem?
- To jej nowy chłopak – westchnęła – Też jest adwokatem jak mama. Poznali się w sądzie – dziewczynka wykrzywiła buzię w śmiesznym grymasie – Nudny! Zupełnie nie wiem co ta kobieta w nim widzi! – mała pokręciła głową z rezygnacją, wpatrując się w ekran telewizora
- Mhm – Marek tylko tyle zdołał z siebie wydusić
- Będę się zbierać! Jutro wpadnę, mogę? – delikatnie przekrzywiła główkę słodko się do niego uśmiechając
- No jasne, że możesz! – poczochrał ją po włosach
- A zrobimy tą pizze co kiedyś?
- Zrobimy, a teraz zmykaj, bo mama będzie się martwić – mała z prędkością światła opuściła mieszkanie. Brodecki podszedł do okna dostrzegając swoją uroczą sąsiadkę w towarzystwie przystojnego blondyna – Kamil... – mruknął pod nosem kierując się w stronę łazienki.

Krymcia - 2010-05-08, 11:22

Olka, ja to opowiadanie po prostu kocham! Z resztą jak wszystkie Twoje.
jak skończyć wklejać to opo to wrzuć "Kleszcza" błagam!

[ Dodano: 2010-05-08, 23:33 ]
Twins, tak wgl to ja chciałam przypomnieć wam o waszym jak to było powiedziane na początku- Wakacyjnym opowiadaniu...
"lek na całe zło" na nadal czekam na ciąg dalszy. ruszać tyłk... palce i mózg i pisać...

Ninuś - 2010-05-09, 14:07

Olka!
To opowiadanie jest przeeee! Ta Zuzia taka szalona, mała, rozbrykana hahaha! Genialne!
Z początku nie wiedziałam o co tu chodzi, ale już wieeem! Marek to sąsiad Basi i Zuzi, prawda? i pewnie się w niej podkochuje tak? Taaaak, ja wieeeem, że tak! W końcu to Brodecki :lol:
Wklejaj szybko kolejne części! :*:*

isis - 2010-05-09, 16:36

Ooo jak ja lubię to opowiadanie :lol:
Mała Zuzia rządzi :lol: Dawaj kolejną część;)

olka - 2010-05-10, 12:15

Dzięki :***

Cz. 2

- Czarna czy brązowa? - Basia pojawiła się w drzwiach pokoiku Zuzi z dwiema sukienkami w ręku.
- Czarna chyba, chociaż nie! Brązowa, albo nie! Czarna!
- Zuzia, zdecyduj się! Mam mało czasu, za 20 minut będzie po mnie Kamil. To jak? - zamachała jej wieszakami przed nosem.
- Czarna, ale nie wiem po co się tak stroisz, mamo. Na pewno będzie nudo - czując na sobie groźny wzrok matki, dziewczynka szybko dodała - No co? Mam chyba prawo wyrazić swoją opinie? Nie lubię go! - tupnęła ze złości nogą.
- Gdy go bliżej poznasz, na pewno zmienisz zdanie. – rzuciła szybko, wybiegając do łazienki.
- Mamusiu, a co ja będę robiła, kiedy Ciebie nie będzie? - dziewczynka pojawiła się tuż za nią i zajęła miejsce na brzegu wanny, spuszczając przy tym smutno główkę - Może pójdę do Marka! - mała ożywiła się do tego stopnia, że o mały włos wpadłaby do wanny - Pobawię się z Lady!
- Zuziu, nie. Marek ma na pewno bardzo dużo pracy. A Ty mu będziesz tylko przeszkadzać.
- Mamusiu, proszę! Zadzwoń do Marka i zapytaj się czy mogę do niego przyjść jak Ciebie nie będzie. Na pewno się zgodzi - Basia na te słowa wreszcie odwróciła twarz od lustra i widząc przejęty wzrok córeczki ukucnęła przy niej.
- Kochanie, nie możesz iść do Marka. Przecież on ma swoje życie i nie może się Tobą zajmować....
- Ale przecież my się przyjaźnimy - do Zuzi nie docierały argumenty matki.
- Nie, nie zgadzam się. Dziś zostaniesz z Anią. Już do niej dzwoniłam i powinna zaraz być. Do Marka pójdziesz innym razem - Basia powiedziała to tak stanowczo, że mała nie dyskutowała więcej.
- To może chociaż pożyczę od Marka Lady, co? - wpadła na pomysł wychodząc z łazienki.
- O nie! Tylko nie to. Ten pies na pewno ma pchły! I rozsieje je po całym naszym domu - Basia przerwała wkładanie sukienki i ponownie pochyliła się nad dziewczynką.
- Nieprawda! Przecież Marek ją kąpie i....- Zuzia przerwała swoją wypowiedź bowiem w całym domu rozległ się ostry dźwięk dzwonka. Basia szybko pobiegła otworzyć. W progu przywitał ją Kamil z bukietem żółtych tulipanów.
- Już jesteś?
- Nie mogłem doczekać się kiedy cię zobaczę – rzucił jednym ze swoich stałych tekstów wręczając jej kwiaty i witając się buziakiem w policzek
- Poczekasz na mnie chwile w salonie? Zaraz będę gotowa – Kamil wszedł w głąb mieszkania rozsiadając się na sofie, tymczasem Basia znikła za drzwiami łazienki. Siedział wygodnie na kanapie co chwile zerkając na zegarek. Nawet się nie spostrzegł kiedy zaraz obok niego pojawiła się mała osóbka, mierząc go przenikliwym spojrzeniem. Zuzka usadowiła się na sofię, tym samym zwracając na siebie jego uwagę.
- O! Cześć mała – uśmiechnął się krzywo – Co tam?
- Gdzie zabiera pan moją mamę? – zapytała z miną aniołka choć, pod tymi blond loczkami już zaczynały pojawiać się różki
- Na kolację!
- Do tej nowej restauracji, Czerwonej Róży?
- Tak, do Czerwonej Róży!
- Dam panu radę – zbliżyła się do niego, mówiąc konspiracyjnym szeptem – Mama nie lubi jak się za nią płaci! Jest bardzo samodzielna, więc pod żadnym pozorem proszę jej tego nie proponować! Aha i jeszcze jedno, niech pan nie pozwoli jej zamówić czegokolwiek z ziemniaczkami! Jest na nie uczulona, chociaż będzie zaprzeczać! Po nich dostaje strasznej wysypki, okropnie to wygląda – mała skrzywiła się teatralnie – Nie chciałby pan jej widzieć w takim stanie! No! To życzę miłej zabawy – z diabelskim uśmieszkiem pobiegła na górę zostawiając Kamila w lekkim osłupieniu. Dopiero głos Basi przywrócił go do rzeczywistości.
- Jestem gotowa! Możemy iść! – on tylko niepewnie się uśmiechnął i ruszył w kierunku drzwi – Zuzia kochanie ja już wychodzę! – krzyknęła do córki zakładając swój płaszczyk, dziewczynka natychmiast zbiegła na dół – Ania właśnie przyszła, czeka na Ciebie w salonie. Bądź grzeczna!
- Mamo, przecież ja zawsze jestem grzeczna – zamrugała oczkami
- O 10 masz być w łóżku, jasne? Paa! – cmoknęła córkę w policzek i wyszła z mieszkania. Mała szeroko się uśmiechnęła i natychmiast pobiegła na górę. Wzięła do ręki książkę, która na swoich kolorowych stronach, przedstawiała urocze pieski. To był jeden z wielu prezentów jakie dostała od Marka. Jej przyjaciel wiedział o wszystkich marzeniach jakie miała. O tych większych i tych mniejszych. Jednym z takich marzeń była chęć posiadania psa. Niestety mimo wielu próśb, Basia kategorycznie nie zgadzała się na szczeniaka, co wywoływało wielokrotnie u dziewczynki "morze" łez.
Siedziała właśnie nad książką, wpatrując się cały czas w jedną i tą samą stronę, na której pokazany był mały, czarny labrador. W pewnej chwili przypomniała sobie, że w plecaku, który był w salonie zostawiła, przyniesiony dziś z przedszkola, album o zwierzętach. Po cichutku zeszła więc na dół, a to, co zobaczyła wywołało na jej ślicznej buzi uśmiech. Na kanapie bowiem, z czasopismem w ręku, twardo spała Ania. Zuzia, nie zastanawiając się długo podreptała na paluszkach do drzwi i zamknęła je najciszej jak mogła.
Marek, jako że w południe oddał swojemu klientowi ostateczną wersję projektu dużego ogrodu, a z kolejnym spotykał się dopiero jutro, postanowił odprężyć się przy którymś z filmów ze swojej bogatej kolekcji DVD. Wlał sobie do szklanki mleczka, a na talerzyk położył kilka ciasteczek. Rozsiadł się wygodnie na kanapie i ledwie co umoczył usta w mleku usłyszał dźwięk dzwonka, co o tej porze wywołało u niego ogromne zdziwienie. Podniósł się jednak leniwie i podążył do drzwi.
- Cześć Marek! - na progu stała, uśmiechając się do niego malutka blondyneczka.
- Cześć słoneczko! A co Ty tu robisz o tej porze? Mama wie gdzie jesteś? - ukucnął i delikatnie złapał ją za rączki.
- Nie, ale nie przejmuj się. Mamy nie ma w domu. To co? Wpuścisz mnie, czy mam stać tu całą wieczność? - zadziornie przekrzywiła główkę, na co Marek głośno się roześmiał i ręką zaprosił ją do środka.
- Mamy nie ma? A gdzie jest?
- Ech! Na kolacji z tym całym Kamilem.
- Aha, na kolacji - lekko się skrzywił, ale szybko przybrał pogodny wyraz twarzy - To pewnie będzie się świetnie bawić.
- Raczej nie - rzuciła szybko Zuzia z lekkim uśmieszkiem na ustach.
- Dlaczego nie??
- A nie, tak sobie głośno myślę. Maarek? - jak miała w zwyczaju mocno się do niego przytuliła.
- Słucham Cię skarbie? - uwielbiał z nią przebywać, dziewczynka zawładnęła jego sercem w całości.
- Pamiętasz, co mi powiedziałeś dziś rano?
- Oczywiście, że tak. Czy ja Cię kiedyś okłamałem?
- No pewnie, że nie. Przecież jesteśmy kumplami, prawda? - uśmiechnęła się i poklepała go po ramieniu.
- Prawda! - zaraz też przybili sobie "piatkę" zaśmiewając się przy tym do łez - Obiecuję Ci, że dostaniesz swojego wymarzonego psiaka.
- Trzymam Cię za słowo. A teraz musisz mi wybaczyć, ale ja już sobie pójdę. Ania może zauważyć, że mnie nie ma. A wtedy będę miała przechlapane - dziewczynka ze zwieszoną głową udała się w stronę drzwi - A Ty co? Nie idziesz ze mną? Pozwolisz kobiecie samej chodzić po nocy?! - zapytała z oburzeniem na co Marek serdecznie się roześmiał.
- Oczywiście, że nie! Miałem właśnie Ci to zaproponować.
- No masz szczęście - złapała Marka za rękę
Przed domem dała mu mocnego całusa w policzek i pomachała. Tak jak wyszła po cichu, tak też weszła. Zajrzała jeszcze do salonu, gdzie siedziała Ania. Nie spała już, ale była tak zajęta lekturą, że nawet nie zauważyła jej nieobecności. Skierowała się więc po schodach do swojego pokoju z uśmiechem zatrzaskując drzwi.
Minęła zaledwie godzina kiedy Baśka wściekła przekroczyła progi mieszkania. W salonie na kanapie siedziała Anka przeglądając jakieś czasopismo
- Już po randce? – zapytała na widok wchodzącej Storosz
- Nawet mi nie przypominaj! Boże, co za kretyn z tego faceta! – zrezygnowana opadła na kanapę – Nie dość, że nawet za mnie nie zapłacił, to jeszcze usilnie starał mi się wmówić, że mam uczulenie na ziemniaki! W efekcie straciłam pół swojej pensji i w dodatku jestem głodna! – wysyczała kipiąc ze złości. Tymczasem na schodach, kucając przy balustradzie i słysząc całą rozmowę, Zuzia ledwie powstrzymywała śmiech.
- Żegnaj panie nudny! – wyszeptała do siebie zacierając ręce a słysząc, zbliżające się kroki szybciutko pobiegła do swojego pokoju, wtulając się w misia i spokojnie zasypiając z uśmiechem na ustach...

Krymcia - 2010-05-10, 14:15

nie no ja tą małą kocham po prostu, taka agentka z niej jest że szok w ogóle...

wklejaj więcej części!

Ninuś - 2010-05-10, 14:38

hahaha jaka ta Zuzia sprytnaa! Złote dziecko, naprawdę! Ciekawe co jeszcze wymyśli :576:
Olka ratujesz NT, genialnym opowiadanieeem!!! Ty ratowniczko nasza muuuach ;**Wklejaj szybko ciąg dalszy! :)

isis - 2010-05-10, 14:41

Co za sprytne dziecko z tej Zuzi :lol:
Charakterek to ona ma...pewnie po mamie :lol:
Czekam na kolejną część!;)

Ninuś,a Ty coś piszesz?:)

olka - 2010-05-10, 22:44

Właśnie, Ninuś? :D Ja chętnie coś poczytam :D
Sfora - 2010-05-11, 13:54

Ale z tej małej spryciula... czyżby zamierzała doprowadzić do tego, że Mareczek zaprosi Basieńkę na randkę?
Jeju już nie mogę doczekać się cedeka!!

Ninuś - 2010-05-11, 15:26

isis napisał/a:
Ninuś,a Ty coś piszesz?:)

olka napisał/a:
Właśnie, Ninuś? :D Ja chętnie coś poczytam :D

dzięki dziewczyny, ale w najbliższym czasie na mnie nie ma co za bardzo liczyć.
mam sajgon w szkole, bo ostatni miesiąc przed praktykami....

olka - 2010-05-13, 12:06

Cz. 3

Zgodnie z obietnicą złożoną córce, Basia wzięła wolny weekend by móc go spędzić razem z Zuzią. Panie najpierw postanowiły wybrać się na zakupy, wiadomo jak to kobiety. Były wspólne lody, basen i plac zabaw, gdzie dziewczynka szalała na huśtawkach czy zjeżdżalni przyprawiając często mamę o szybsze bicie serca. Mała tego dnia aż promieniała szczęściem. Po całodniowych szaleństwach obie postanowiły wybrać się na spacer do parku. Słońce powoli znikało za horyzontem a one, trzymając się za ręce i wcinając watę cukrową spacerowały alejkami rozmawiając właściwie o wszystkim i o niczym.
- No i widzisz? Miałam rację z tym Kamilem – mała z zadowoleniem przypomniała matce o nieudanej randce – Od razu wiedziałam, że nie jest mężczyzną dla Ciebie – powiedziała z pełną powagą
- No co Ty nie powiesz? – rzuciła z nutką ironii – To co? Mam ci teraz przedstawiać każdego mojego faceta i poddawać go twojej ocenie, tak?
- Tak byłoby najlepiej! – westchnęła
- Więc jaki według ciebie powinien być mężczyzna dla mnie, hmm?
- Przystojny, żebyś miała na czym zawiesić oko. Miły i inteligentny, koniecznie z poczuciem humoru. Powinien też dobrze zarabiać, mieć psa i lubić dzieci, czyli mnie! – zakończyła swój wywód patrząc na Basię z uśmiechem – I to tylko niektóre z jego zalet!
- No to chyba będziesz musiała zmienić swoje wyobrażenia
- Dlaczego?
- Bo ideały nie istnieją, moja panno!
- Przecież ideał, masz pod nosem! – wymruczała do siebie puszczając się biegiem wzdłuż alejki...

Tymczasem u Brodeckiego

- Lady, chodź. Ja zrobię sobie przerwę w pracy, a Ty sobie pobiegasz - Marek nachylił się nad psem i zapiął mu na szyi smycz.
Miał niedaleko do parku, dlatego zawsze udawał się tam z psiakiem. Przychodziło tu mało ludzi, więc mógł z czystym sumieniem pozwolić suczce się wybiegać. Odpiął jej smycz i z uśmiechem przyglądał się jak z radością pobiegła przed siebie, a on może chwilę posiedzieć i porozmyślać. Już miał siadać na ławeczce, gdy coś, a raczej ktoś rzucił mu się na szyję, mocno do niego przytulając.
- Maarek! - tym kimś była jego mała sąsiadka.
- Cześć Słoneczko! - pogłaskał ją czule po włoskach - Jesteś tu sama, czy z Anką?
- Nie! Dziś jestem z Mamą - dziewczynka pokazała paluszkiem w stronę drobnej kobiety, która szła w ich kierunku - Tam idzie!
- Zuzia, tyle razy cię prosiłam, żebyś mi nie uciekała! - w głosie Basi była nutka surowości, ale szybko przybrała pogodny wyraz twarzy i spojrzała na wpatrującego się w nią bruneta - Witaj Marku, co słychać?
- Dzień dobry, Basiu. Wszystko dobrze. Wolny weekend? - zapytał jednocześnie kucając obok małej.
- Tak, obiecałam go Zuzi, dlatego jesteśmy tutaj - nastała krępująca cisza, którą zakłócał tylko szum drzew.
Zuzia zauważyła biegającą niedaleko Lady i oddaliła się. Basia natomiast cały czas przyglądała się sąsiadowi z uśmiechem na ustach, a on stał z głową zwieszoną i grzebał butem w piasku. W pewnym momencie Baśka głośno krzyknęła, co spowodowało, że chłopak przestraszony uniósł głowę.
- Zabierzcie stąd tego psa! - dziewczyna stała nieruchomo, a suczka chodziła wkoło niej i wąchała ją.
- Mamo, nie bój się, to przecież Lady! - Zuzia podbiegła zaraz do matki i chwyciła psa za obrożę.
- Zabierz ją! Przecież wiesz, że nie znoszę psów!
- Basiu, spokojnie. Ona nie gryzie. Tym bardziej, że Cię zna - Marek natychmiast pochylił się i zapiął smycz, odciągając zwierzaka na bok.
- Przepraszam, ja po prostu panicznie boję się psów - Basia zaśmiała się i z zakłopotaniem spojrzała na sąsiada.
- Nic się nie stało. To... to dlatego nie pozwalasz mieć Zuzi psa? - nieśmiało zapytał błądząc wzrokiem po trawie.
- Tak, dlatego też. Ale przede wszystkim dlatego, że nie miałby się kto nim zajmować - dziewczyna lekko się uśmiechnęła i przyciągnęła do siebie córkę.
- Aha. Ale pamiętaj, że jestem cały czas w domu i mogę w każdej chwili Ci pomóc, także z psem - Marek pierwszy raz się do niej uśmiechnął.
- Tak wiem i dziękuję Ci - tym razem ona spuściła głowę - Naprawdę nie gryzie? - zapytała wskazując na suczkę.
- Naprawdę - chłopak podszedł bliżej z psem tak by mogła go pogłaskać. W parku spędzili jeszcze trochę czasu, a potem razem poszli w kierunku osiedla. Przy furtce mała pożegnała się czule najpierw z Markiem, a potem z Lady, wieszając się jej na szyi, co pies zniósł nadzwyczaj spokojnie. Basia uścisnęła sąsiadowi dłoń i weszła razem z córką do swojego domu.
Cały niedzielny ranek panie postanowiły spędzić w łóżku. Obudziły się dość wcześnie, bo jeszcze przed dziewiątą i razem zadecydowały, że obiadem nie będą przejmować się w ogóle, gdyż zamówią sobie pizze, rujnując przy tym doszczętnie swoje zdrowie. Obie właśnie leżały pod cieplutką kołdrą w sypialni Baśki, gdzie ta czytała małej jedną z baśni Andersena. Błogi spokój jaki panował w całym pomieszczeniu zakłócił dźwięk telefonu. Zuzia wydała z siebie jęk, a Storosz chcąc czy nie chcąc ruszyła do natrętnego przedmiotu.
- Halo!- rzuciła ostrym tonem - Mamo! Spokojnie, co się stało? Nic jej nie jest? Wszystko w porządku? - z każdym usłyszanym słowem Basia była coraz bardziej przerażona - Dobrze, zaraz będę!
Jak szalona zaczęła biegać po całym domu, wykrzykując coś niezrozumiałego do córki o jakimś wypadku. Widząc popłoch matki Zuzia domyśliła się, że ma jak najszybciej się ubrać.
- Idziemy, mamo? - dziewczynka stanęła przed nią już kompletnie ubrana z plecakiem w ręku.
- Matko! Przecież ja nie mogę Cię zabrać! Co ja z Tobą zrobię? - klapnęła zrezygnowana na kanapę zakrywając twarz rękoma - Czekaj, zadzwonię do Ani, może przyjdzie.....- ruszyła do telefonu, ale zanim wykręciła numer opuściła bezradnie ręce – Zapomniałam! Przecież Anka pojechała na weekend do Zakopanego.....
- Mamo, to w takim razie ja zostanę z Markiem - mała prawie krzyknęła z radości.
- Nie możesz zostać z Markiem, on na pewno nie ma czasu.....
- A masz lepszy pomysł? - dziewczynka podeszła do matki i złapała ją za rękę - Nie ma nad czym się zastanawiać. Po prostu nie masz innego wyjścia, musisz zaprowadzić mnie do Marka - stwierdziła z zadowoleniem kierując się w stronę drzwi. W drodze do swojego sąsiada Basia jeszcze próbowała wymyślić inne miejsce, gdzie Zuzka mogła by przeczekać jej nieobecność, ale gdy nic sensownego nie przyszło jej do głowy, a mała właśnie nacisnęła dzwonek, zrezygnowała.
- Cześć Maarek - Zuzia od razu wskoczyła mu na ręce i ucałowała gorąco w policzek.
- Cześć słoneczko! - uśmiechnął się do niej i przerzucił swój wzrok na matkę dziewczynki - Witaj Basiu.
- Cześć Marek! Słuchaj, ja wiem, że nie powinnam, Anki nie ma, moja siostra miała wypadek i muszę jechać do Łodzi z matką, przedszkole zamknięte, bo przecież jest niedziela - nie patrząc na niego wyrzucała z siebie słowa z prędkością światła - Jednym słowem czy Zuzia może zostać u Ciebie? - spojrzała wreszcie na niego z miną męczennicy.
- No pewnie! Będziemy się świetnie bawić, prawda? - mała odpowiedziała tylko skinieniem głowy.
- Ale na pewno to nie kłopot? Boże, przepraszam, naprawdę nie mam innego wyjścia, nie mogę jej z sobą zabrać.....- zbierało się jej na płacz.
- Naprawdę to żaden kłopot. Jedź i o nic się nie martw. Poradzimy sobie - Brodecki delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.
- Wrócę najszybciej jak tylko będę mogła.... Dzięki Marek - uśmiechnęła się do niego po czym szybko udała do samochodu.
Chłopak zamknął drzwi i przykucnął przy dziewczynce, która z wielkim uśmiechem na buzi stała i wpatrywała się w swojego przyjaciela.
- To co ślicznotko? Zostaliśmy skazani na siebie - przybili sobie piątkę i z radosnym śmiechem pobiegli do salonu.
Gdyby Basia wiedziała, co pod jej nieobecność wyczyniała jej córka, zeszłaby z pewnością na zawał. Najpierw w przypływie radości, że może z Markiem spędzić cały dzień urządzili sobie bitwę na poduszki, która zakończyła się prawdziwym obrazem nędzy i rozpaczy, bowiem cała sypialnia Marka była w białym puchu. Od nadmiaru uderzeń poduszki po prostu nie wytrzymały i podarły się w strzępy. Potem oboje udali się do kuchni przygotować jakiś obiad. Robili to tak intensywnie, że chłopak w pewnej chwili sam zgubił się we własnym domu. Cała kuchnia była w mące, jajkach, sosie pomidorowym i innych niezbędnych rzeczach potrzebnych do przygotowania pizzy. Po obiedzie udali się z Lady na spacer, cały park wypełniały radosne krzyki małej. Po zabawie w berka, chowanego, po grze w klasy, zmęczeni w końcu udali się do domu.
Było już ciemno, gdy Zuzia z Markiem ciężko opadli na kanapę po dniu pełnym wrażeń.
- Mam dość - chłopak wysapał, gdy mała zasypała go kolejną porcją łaskotek.
- Maarek? A wiesz, że wtedy wieczorem jak byłam u Ciebie to Anka nawet nie zauważyła, że mnie nie było? - Zuzia z dumą opowiadała o swoim wyczynie.
- Taak? Ale następnym razem, jak mama gdzieś wyjdzie z Kamilem, to bądź grzeczna i nie uciekaj, dobrze? - Marek uśmiechnął się i pogłaskał ją po główce.
- Nie będzie następnego razu.....
- Dlaczego nie? - chłopak ożywił się lekko i z wyczekiwaniem spojrzał na małą.
- Bo mama już się z nim nie spotyka. Mówiłam, że to będzie niewypał - Zuzia doskonale wiedziała dlaczego jej mama odesłała z kwitkiem Kamila, z czego on nie zdawał sobie sprawy.
- Aaahaa - Markowi kamień spadł z serca, od dawna podobała mu się Basia, ale nie miał odwagi zrobić pierwszego kroku - No to mama będzie musiała poszukać sobie innego chłopaka.....
- Oby nie! - krzyknęła dziewczynka i ponownie rzuciła się na Marka serwując mu niemiłosierne łaskotki.
- Zuzka! Przest.....- zabawę przerwał im dzwonek do drzwi - Idę otworzyć, to pewnie mama, a Ty ogarnij tu trochę, bo jak to zobaczy to się załamie – Brodecki podreptał do drzwi i szybko je otworzył
- Jestem! - z uśmiechem na ustach do przedpokoju weszła Basia.
- No cześć. I jak siostra?
- Na szczęście to nic poważnego. Ma złamaną rękę i kilka zadrapań.... więcej strachu było... - dziewczyna zwiesiła głowę - Przepraszam jeszcze raz, za tą poranną akcję z Zuzą....
- Daj spokój, uwielbiam z nią przebywać. To świetny dzieciak. Zresztą bardzo grzeczna jest - Marek z obawą spojrzał za siebie, gdzie przez otwarte drzwi sypialni dostrzec można było pobojowisko. Basia na szczęście tam nie patrzyła - Wejdź zrobię kawy, czy coś....
- Nie... Dziękuję Ci bardzo. Zabiorę tylko Zuzię i idziemy, bo już jest naprawdę późno - na te słowa dziewczynka pojawiła się koło niej z plecakiem w ręku puszczając oczko przyjacielowi - Mam u Ciebie dług...- uścisnęła mu dłoń i otworzyła drzwi, Zuzka ucałowała go gorąco i przytuliła się do psa po czym radośnie wybiegła z domu zostawiając ich samych - Dziękuję jeszcze raz...
- Daj spokój Baśka. Drobiazg...
- Śpij dobrze. Cześć! - zrobiła krok w jego kierunku i musnęła go delikatnie w policzek po czym szybko zatrzasnęła drzwi, zostawiając go samego w osłupieniu.

Kilka tygodni później...

- Baśka? A co to za przystojny brunet, z którym widziałam cię niedawno na mieście? – Magda, najlepsza przyjaciółka Basi, właśnie napełniła kieliszki czerwonym trunkiem. Dziewczyny urządziły sobie babski wieczorek przy winku i dobrej komedii romantycznej
- A ty nie powinnaś zajmować się swoim Jackiem?
- Oj nie marudź tylko mów! Gdzie się poznaliście? Kto to?
- Ma na imię Marcin i jest pediatrą. Poznałam go w przychodni gdy byłam z małą na szczepieniu!
- Chyba ja też zmajstruje sobie taką Zuze, skoro można wyrwać takie ciacha! – po tym stwierdzeniu obie wybuchły śmiechem – To coś poważnego?
- Jeszcze nie wiem, ale mam nadzieje, że tak! – szeroko się uśmiechnęła, nie wiedziała tylko, że całą rozmowę słyszał mały skrzat, w którego blond główce już rodził się plan, jak pozbyć się kolejnego adoratora mamusi.
- A na kolejne szczepienie pójdę z Markiem! – wymruczała pod nosem i powędrowała na górę...

Ninuś - 2010-05-13, 15:11

a ta Baśka to naprawdę ciekawe miejsca ma na poznawanie nowych facetów :D
Olka to opowiadanie jest przeee! Jeszcze! Jeszcze! Ja jestem tylko ciekawa co Zuzia wykombinuje, żeby zeswatać Marka ze swoją mamą :lol: Na razie to Basia się nieco przekonała do psa, zobaczymy co będzie dalej! Bomba!!! ;***

Gabrysia - 2010-05-13, 18:53

Chciałam powiedzieć że na te forum trafiłam z miłości do Kryminalnych i właśnie Waszych opowiadań... Gościem na tym forum już jestem nie wiem od kiedy ale dopiero teraz miałam odwagę chęci i czas się zarejestrować. Chcę również powiedzieć że ubóstwiam Was za to że próbujecie i tym bardziej że wychodzi Wam to niesamowicie. Tyczy się to osób które piszą i które kiedykolwiek napisały jakieś opko. Jesteście Wielkie :*

A co do opowiadania Olki... to muszę powiedzieć że Marek w ttym opowiadaniu nie jest hmmm.. Markowy a Zuzia no cóż taki mały diabełek ale z anielską duszą... Ogólem opowiadanie jest KAPITALNE!!! Czekam na c.d.

isis - 2010-05-14, 20:00

Heh to dziecko mnie rozwala :576:
Basi chyba dany jest tylko jeden mężczyzna :lol:
Dawaj kolejną część!;)

Ninuś - 2010-05-20, 17:13

Kto pisze????????

Olka gdzie jesteś??? Sysia!? Twins'y!???
Może Kasia coś napiszę, eej noo!

isis - 2010-05-20, 18:11

Ninuś napisał/a:
Kto pisze????????

Olka gdzie jesteś??? Sysia!? Twins'y!???
Może Kasia coś napiszę, eej noo!


Właśnie...gdzie są wszystkie pisarki?;P

Sfora - 2010-05-20, 22:13

No i się cośik pusto zrobiło :-(
isis może ty coś skrobniesz?

isis - 2010-05-20, 22:21

Sfora napisał/a:
No i się cośik pusto zrobiło :-(
isis może ty coś skrobniesz?


Nie!;P
Ja mam ścisły umysł i nie nadaję się do pisania opowiadań!;P
Myślę,że lepszym pomysłem będzie jak Olka i Bliźniaczki coś wrzucą;D

Sfora - 2010-05-21, 14:24

Oj przestań przecież nie może być aż tak źle...
a co do Olki i Bliźniaczek to się zgadzam mogłyby dziewczyny wziąć się do roboty i coś nam zaserwować

olka - 2010-05-21, 15:14

Cz. 4

Ku niezadowoleniu Zuzi, Baśka nadal spotykała się z Marcinem i wszystko wskazywało na to, że ta znajomość nie zakończy się szybko. Przystojny pediatra coraz częściej pojawiał się u boku Storosz. Wspólne randki, kwiaty, spacery – atrakcyjna pani adwokat wyraźnie wpadła mu w oko. Po jednej z kolacji Marcin właśnie odprowadzał Basię do domu
- To był naprawdę cudowny wieczór! Dziękuje! – powiedziała z uśmiechem, gdy zatrzymali się tuz pod jej drzwiami.
- Cała przyjemność po mojej stronie – szeroko się do niej uśmiechnął
- W takim razie do zobaczenia
- Nie zaprosisz mnie na kawę? – zmniejszył odrobinę dzielącą ich odległość
- Marcin, to chyba nie jest najlepszy moment, wiesz, Zuzia i..... w ogóle – zaczęła się nerwowo tłumaczyć
- Ok. – wzniósł ręce do góry w geście poddania – Rozumiem – posłał w jej kierunku delikatny uśmiech
- Może innym razem
- Ale na to chyba mogę liczyć... – nachylił się składając na jej ustach nieśmiały pocałunek. Basia nie protestowała zarzucając mu ręce na szyje...

W tym czasie u Marka

Chłopak siedział na kanapie i próbował ogarnąć wzrokiem biegającą wesoło Zuzię i swojego psa. Co chwilę jego twarz rozjaśniał uśmiech, gdy widział jaką radość sprawiają dziewczynce wspólne zabawy z suczką.
- Zuziu! Chodź, powinienem Cię już odprowadzić! Późno - wyciągnął rękę do małej, którą ta natychmiast złapała i oboje wyszli z domu.
- Maaarek? - dziewczynka słodko się do niego uśmiechnęła.
- Słucham Słoneczko?
- Weźmiesz mnie na barana? - małej z radości aż zaświeciły się oczy.
- Muszę się zastanowić - zrobił poważną minę, ale widząc grymas smutku na twarzy dziewczynki ukucnął przy niej - Wskakuj!
- Jest! - podskoczyła z radości i wdrapała się na niego - Tylko mnie nie upuść!
- Spokojna głowa. Mam wprawę…
- Ciężko Ci? - zapytała poważnie, a Marek tylko stłumił w sobie śmiech - Powiedz, ciężko? Jak tak, to przejdę na dietę - po tym smutnym stwierdzeniu chłopak wybuchnął śmiechem - I co się śmiejesz? Zrezygnuję dla Ciebie z chipsów i naszej pizzy! - zadeklarowała mała.
- Zuzka, co za poświęcenie, ale może byś tak się mnie złapała, co? Bo jeszcze mi spadniesz - Marek z dziewczynką cały czas stali na jego ganku i toczyli interesującą dyskusję - A gdzie właściwie jest Twoja mama?
- Ech, lepiej nie pytaj - machnęła ręką - Poszła na kolację z Marcinem…..
- Z Marcinem, a kto to? - chłopak skrzywił się na samo słowo Marcin.
- Jej nowy chłopak ale mam nadzieję, że niedługo.
- Dlaczego? Nie lubisz go? - w kącikach jego ust pojawił się lekki uśmieszek.
- Nie za bardzo. Jest sztywny, nie lubi pizzy i przede wszystkim nie ma psa - wyliczała Zuzia, a z każdym jej słowem Marek coraz bardziej się rozpogadzał.
- Aha! Czyli idealny kandydat według Ciebie powinien posiadać psa, tak?
- Dokładnie tak. I mam nawet jednego takiego już na oku…- dziewczynka przerwała widząc swoją mamę w objęciach Marcina. W jednej chwili zmierzyła ich oboje złowrogim spojrzeniem
- Cześć mamo! – wykrzyknęła, sprawiając, że Baśka natychmiast oderwała się od niego jak oparzona. Spojrzała w stronę córki a widząc ją w towarzystwie swojego sąsiada, który patrzył na nich z niemałym zaskoczeniem, nieśmiało spuściła głowę
- Yyyy Zuzia, kochanie a co ty tu robisz? To znaczy, co wy tu robicie?
- Byłam u Marka! Świetnie się bawiliśmy! – spojrzała wymownie w stronę nowego partnera mamy
- Marcin poznajcie się, to Marek mój sąsiad. Marek to jest Marcin.. – nie skończyła
- Twój chłopak! – rzucił, mocno ściskając dłoń Kamińskiego – Marek Brodecki!
- Marcin Kamiński, miło mi! Basiu, to ja już pójdę – pocałował ją jeszcze w policzek – Zadzwonię do ciebie!
- Będą nam naprawiać telefon, nie wiem czy pan się dodzwoni! – rzuciła Zuzka za co natychmiast została zgromiona surowym spojrzeniem matki
- Yyyy mimo wszystko będę próbował – odpowiedział niepewnie i rzucając tylko krótkie „dobranoc” zniknął im z pola widzenia
- Zuzka! – wysyczała przez zęby
- No co?! – mała popatrzyła na nią z oburzeniem
- Pogadamy w domu! Marsz na górę! – posłała jej mordercze spojrzenie – Dzięki, że ją przyprowadziłeś! – zwróciła się tym razem do Brodeckiego
- Nie ma sprawy!
- To dobranoc – lekko się uśmiechnęła
- Dobranoc... – szepnął już tylko do siebie odprowadzając ją wzrokiem.
Basia zatrzasnęła za sobą drzwi, opierając się o nie przymknęła na chwile oczy i wzięła głęboki oddech. Po chwili na schodach słychać było jej ciężki krok. Zatrzymała się w drzwiach pokoju córki i zawahała przez moment, ale stanowczym krokiem weszła do środka.
- Zuza! Prosiłam Cię o coś? - powiedziała ostro na co dziewczynka aż podskoczyła.
- Ale o co chodzi? - z miną niewiniątka zapytała mała.
- Posłuchaj mnie Kochanie – Storosz pochyliła się nad córką – Ja też mam prawo do własnego życia. I mimo, że kocham Cię najbardziej na świecie, nie pozwolę żebyś zachowywała się tak w stosunku do moich kolegów. Następnym razem będę musiała Cię ukarać.
- Przepraszam Mamusiu, tak wyszło - dziewczynka zwiesiła smutno głowę.
- Dobrze już, a teraz kładź się, jest naprawdę późno - Basia zatrzymała się jeszcze w progu i posłała małej buziaka
Kilka dni później, w piątkowy wieczór Basia szykowała się na małą parapetówkę u nowych sąsiadów.
- Mamo ale dlaczego ja nie mogę pójść z Tobą?! – zapytała mała z żalem w głosie
- Już ci mówiłam, to nie jest przyjęcie dla dzieci, i nie dyskutuj ze mną więcej! – powiedziała zapinając kolczyk
- Ale ja chce! – mała ze złością tupnęła nogą – Marek też będzie!
- Skarbie, Marek jest dorosły. Zostaniesz z Anią
- A ty idziesz z tym całym Marcinem, tak?! – Zuzią wyraźnie się skrzywiła wypowiadając jego imię
- Nie mam czasu teraz o tym z Tobą rozmawiać, i tak jestem już spóźniona – słysząc dzwonek do drzwi uśmiechnęła się, w pośpiechu dopinając sukienkę – Nie rozrabiaj, niedługo wrócę – skradła małej buziaka i szybko zbiegła na dół...
Basia z Marcinem wkroczyli powoli do dużego salonu, w którym kręciło się sporo osób. Jak miała w zwyczaju ciekawsko rozejrzała się po pomieszczeniu, cały czas trzymając swojego towarzysza za rękę. Spojrzała po twarzach gości, większość osób znała tylko z widzenia, wiedziała gdzie kto mieszka, jak się nazywa, ale z żadnym z nich nie zamieniała więcej niż jednego słowa. Jej wzrok zatrzymał się nagle na przystojnym brunecie stojącym koło okna. Skinęła do niego głową z uśmiechem i ciągnąć Marcina za rękę ruszyła w jego kierunku.
- Cześć Marek! Co słychać? - uścisnęła mu serdecznie dłoń.
- Cześć Basiu, wszystko dobrze - uśmiechnął się do niej szeroko i wyciągnął rękę w kierunku jej towarzysza - Witam!
- Dobry wieczór- mężczyźni przywitali się z przyklejonymi uśmiechami.
- To ja was na chwilę zostawię samych, a pójdę przywitać się z Gosią - na te słowa panowie spojrzeli z przerażeniem na Basię, która niczego nie robiąc sobie z ich min odeszła w stronę znajomej.
- Hmmm, ładna dziś była pogoda, prawda? - zarzucił tematem Marcin, na co Marek się skrzywił.
- Tak, tak. Wręcz idealna.... – zapadła chwila krepującej ciszy, którą ponownie przerwał Kamiński
- A pan czym się zajmuję?
- Projektuje ogrody, za to pan z tego, co słyszałem jest pediatrą
- Tak, poznałem Basię właśnie w przychodni. Jest Pan jej bliskim sąsiadem?
- No tak, mieszkamy zaraz obok siebie... często widujemy się w ogrodzie i w ogóle - rozmowa jakoś się nie kleiła.
- Basia to wspaniała kobieta, nie sądzi Pan? - Marcina spojrzał z wyczekiwaniem na rozmówcę.
- Oczywiście - Marek był doszczętnie zirytowany rozmową z chłopakiem sąsiadki na szczęście Baska szybko pojawiła się ponownie.
Zabawa rozkręciła się na całego. Basia cały czas bawiła się z Marcinem i najwyraźniej świetnie czuła się w jego towarzystwie. Marek obserwował ją ukradkiem, trzymając się raczej z boku towarzystwa. Z kieliszkiem czerwonego wina w ręce, wyszedł na werandę by zaczerpnąć świeżego powietrza. Oparł się o barierkę i zaczął rozmyślać. Nie trwało to długo, bowiem usłyszał kroki i zaraz też w drzwiach pojawiła się jego urocza sąsiadka.
- O! Marek! A co Ty tu tak sam robisz? - podeszła do niego bliżej chwytając jedną ręką barierkę.
- Tak sobie stoję. Duszno się zrobiło...
- No tak, ja też przyszłam zaczerpnąć świeżego powietrza
- A gdzie Marcin? – zapytał z nadzieją, że może sobie poszedł
- W toalecie!
- Aha – zapadła niezręczna cisza
- Ładną dziś mamy noc, taką pogodną - błądził gdzieś wzrokiem by tylko nie spotkac jej spojrzenia
- Mareek? Miałam Cię już o to dawno zapytać, ale jakoś nie miałam okazji...- zwiesiła głowę - Czy Zuzka... czy ona.... nie męczy Cię za bardzo? – spojrzała na niego ale napotykając jego spojrzenie, natychmiast spuściła wzrok
- Nie, dlaczego? Uwielbiam ją, to świetny dzieciak - Basia szeroko się uśmiechnęła - Wygadana...
- Oj Tak! Czasami nawet aż za bardzo.. - oboje roześmiali się – Mała bardzo Cię lubi! Wychowuję ją sama – blado się uśmiechnęła i zaczęła bawić paskiem od sukienki – I chyba brakuję jej męskiej ręki...
- Masz świetną córkę i jesteś wspaniałą matką... – patrzyli sobie głęboko w oczy i nagle czar prysł
- O Basieńko, tu jesteś! Wszędzie cię szukam – Marcin objął swoją partnerkę w pasie i ostentacyjnie pocałował ją w policzek – Wracamy do środka? Zrobiło się chłodno
- Tak, tak! Właściwie to powinniśmy się już zbierać, dochodzi północ
- No rzeczywiście zrobiło się późno! Ja też będę już leciał! Dobranoc Basiu – Marek pożegnał się, zostawiając ich samych..

Cz. 5

- Dlaczego nie zadzwoniłaś, że przyjeżdżasz? Odebrałbym cię z dworca! – Marek uściskał serdecznie siostrę na powitanie
- Chciałam ci zrobić niespodziankę! – Kasia weszła w głąb mieszkania od razu kierując się w stronę kuchni
- No i ci się udało. Na długo wpadłaś? – zapytał opierając się o framugę drzwi
- A co? Już chcesz się mnie pozbyć? – puściła mu oczko
- Przecież wiesz, że możesz zostać ile zechcesz
- Wiem ale wpadłam tylko na jeden dzień. Jutro wracam
- Czemu już jutro?
- Mam praktyki w prosektorium – szeroko się do niego uśmiechnęła i zatrzepotała rzęsami
- Ty i ta twoja medycyna – westchnął – Jesteś głodna? – zapytał podchodząc do lodówki
- Potwornie!
- Zamówię pizze i pogadamy, co? Bo u mnie w lodówce jest samo światło
- Czytasz w moich myślach!
Kilkanaście minut później siedzieli w markowym salonie zaśmiewając się do łez i wcinając pizze.
- Matko, już nie mogę! – Kaśka skończyła ostatni kawałek i ciężko opadła na kanapę
- Ty? Od kiedy tyle jesz? Może ty w ciąży jesteś? – zapytał Marek, za co zarobił mocnego kuksańca w bok
- No dziękuje ci bardzo! Jeszcze mi powiedz, że jestem gruba! – rzekła z udawanym oburzeniem
- Żartowałem! Co w domu?
- Wszystko dobrze. Swoją drogą, to mógłbyś wpadać częściej
- Wpadnę, już niedługo
- Sam? – zapytała podejrzliwie
- Coś sugerujesz?
- Ja?! Nie, ale mógłbyś przedstawić nam w końcu jakąś laskę. Masz kogoś? – zapytała z entuzjazmem
- Kaśka, proszę cię!
- No co?! To chyba normalne, że chce wiedzieć, czy mój najukochańszy braciszek się z kimś spotyka
- Najukochańszy, bo jedyny! – zaśmiał się – A żeby zaspokoić twoją ciekawość, mówię nie! Jestem sam...
- Ale jest ktoś, kto ci się podoba. Mam rację? – podejrzliwie zmrużyła oczy
- Wiesz, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? – rzucił w nią poduszką
- Oj Marek, no! Powiedz... – spojrzała na niego maślanymi oczami – Jak ma na imię? Czym się zajmuje? Jaka jest? Będzie coś z tego? – obsypała go lawiną pytań z niegasnącym uśmiechem na twarzy
- Dziewczyno spokojnie!
- No mów! – ponagliła go
- Ma na imię Basia, jesteśmy sąsiadami. Jest adwokatem i ma śliczną córeczkę...
- Ma dziecko?
- Zuzka – zaśmiał się – To genialny dzieciak! Gdybyś ją poznała, od razu byś polubiła, jest wspaniała, zresztą jak jej mama... – rozmarzył się
- Ty się zakochałeś! – wykrzyknęła nagle
- Co?! Chyba zwariowałaś! Po prostu...
- Po prostu wpadłeś po uszy! Znam cię nie od dziś, mnie nie oszukasz!
- Nawet jeśli, to nic z tego nie będzie – odpowiedział zrezygnowany
- Dlaczego?
- Jest już zajęta...
- Mareczku, nie ma wagonu, którego nie da się odczepić – przerwała mu, rzucając z uśmiechem. On tylko wymownie na nią popatrzył
- Poza tym traktuje mnie tylko jak dobrego sąsiada!
- To rusz ten swój zgrabny tyłeczek i spraw, żeby to się zmieniło! Jesteś świetnym facetem więc jej to pokaż! Rozsiej czar, zarzuć sidła, zawalcz o nią! – tym razem to ona rzuciła w niego poduszką
- Dobrze, już dobrze! – serdecznie się roześmiał
- Będę trzymać za ciebie kciuki! A teraz puść jakiś fajny film...

Tymczasem w sąsiednim domu...
- Marchewka jest, pietruszka, pieczarki są, seler?…. seler jest!. No to chyba wszystko - Basia stała przy kuchennym blacie i wyjmowała produkty potrzebne do przygotowania obiadu, była tak zajęta, że nie zauważyła stojącej w drzwiach córki.
- Mamo? A co Ty robisz? - dziewczynka z zainteresowaniem podeszła do stołu i usiadła wygodnie na krzesełku.
- Jak to co? Nie widzisz? Obiad...
- Widzę, ale dlaczego wyjmujesz tego wszystkiego aż tyle? I jeszcze to - Zuzia wskazała rączką na seler - Przecież wiesz, że nie lubię…
- To polubisz... muszę to dodać do zupy - Storosz nie zwracała większej uwagi na paplaninę córki.
- Zupy? - mała skrzywiła się - A nie możesz zrobić po prostu pizzy, takiej jak Marek? - na samą myśl o przyjacielu Zuzia uśmiechnęła się.
- Nie, ponieważ dziś na obiedzie nie będziemy same - Basia zaczęła obierać pieczarki
- Nie?? A z kim? Nie mów! - dziewczynka zeskoczyła z krzesełka i podbiegła z radością do matki - Zaprosiłaś Marka! Jest!
- Nie Marka! - roześmiała się widząc jak córka podskakuje wesoło.
- Nie Marka?? To kogo? - mała zwiesiła smutno głowę.
- Marcina. Dziś na obiedzie będzie u nas Marcin.
- O rany! Tylko nie to! Przecież byłam grzeczna, dlaczego mnie tak karzesz?
- Zuzka, nie przeginaj! Masz być dla niego miła, zrozumiano? - Storosz ukucnęła przy córce - Zuza! Słyszysz mnie?! - ponowiła pytanie, gdy dziewczynka nic nie odpowiedziała.
- Słyszę! Ale nic nie mogę Ci obiecać! - mała ze zdenerwowania zacisnęła piąstki i podążyła w kierunku wyjścia.
- Ej! Zuzia! Pamiętaj, co Ci kiedyś mówiłam. Masz być grzeczna! - Basia pogroziła małej palcem, na co ta odwróciła się napięcie i pobiegła do swojego pokoju.
- Jeszcze mnie popamięta! Pff Marcin! To jest wojna, przetrwają najsilniejsi! - zatrzasnęła z hukiem drzwi i rzuciła się ze złością na swoje łóżko.
Było koło drugiej, gdy Marcin przekroczył progi mieszkania swojej dziewczyny. Obie panie już na niego czekały, choć tylko jedna z nich pałała entuzjazmem.
- Basiu, to dla Ciebie! – wręczył jej mały bukiet ślicznych słoneczników – A to, dla tej młodej damy – wyciągnął zza pleców białego pluszowego misia i kucnął przed Zuzią – Proszę!
- Jestem już duża i nie bawię się misiami! – stwierdziła z pełna powagą mierząc go wyniosłym spojrzeniem, po czym szybko znikła w salonie. Marcin wstał trochę zakłopotany i spojrzał na zawstydzoną Basię
- Przepraszam cię za nią! – zaczęła się nerwowo tłumaczyć - Miś jest śliczny i na pewno jej się spodoba..
- W porządku, nie tłumacz się, rzeczywiście, to już duża dziewczynka – zaśmiał się by rozładować lekko napiętą atmosferę. Kilka minut później zajęli miejsca przy stole a Basia na chwilę znikła w kuchni. Zuzka bacznie obserwowała Kamińskiego a chłopak od czasu do czasu nerwowo się do niej uśmiechał
- A ty Zuziu ile masz lat? – w końcu postanowił przerwać ciszę
- Kobiety o wiek się nie pyta!
- No tak! Jak mogłem zapomnieć – uśmiechnął się krzywo, na szczęście Basia przyniosła pierwsze danie
- Mmm ładnie pachnie! – zachwycił się Marcin
- Mam nadzieje, że będzie ci smakować! – Basia nalała każdemu zupy.
- Normalnie, to mama nie gotuje! Nienawidzi siedzieć w kuchni! – odezwała się Zuzia ściągając na siebie gromiące spojrzenie matki
- Zuzka! – wysyczała przez zęby – Nie słuchaj jej! – zaśmiała się nerwowo – Ona tylko tak żartuje!
- Wcale nie! Sama mi mówiłaś, że twój facet musi umieć dobrze gotować, bo ty tego nie cierpisz!
- Może wystarczy już tej szczerości, co?! – dziewczynka tylko wzruszyła ramionami. Reszta obiadu przebiegła w miarę normalnej atmosferze. Godzinę później Basia razem z Marcinem siedzieli w salonie karmiąc się wzajemnie deserem owocowym i co chwile wybuchając śmiechem. Zuzia jak tylko odeszli od stołu, bez słowa pobiegła na górę do swojego pokoju.
- Mam nadzieje, że zaprosisz mnie jeszcze kiedyś do siebie na obiad.... albo na kolacje – chłopak zbliżył się do niej i pocałował w szyję
- Marcin! – zachichotała, lekko go od siebie odpychając
- Słuchaj, może wybierzemy się w weekend gdzieś za miasto, sami. Co ty na to? – posłał w jej kierunku promienny uśmiech
- W weekend? Nie wiem, wiesz... Zuzia, nie będę miała jej z kim zostawić...
- A ta Ania, tak? Jej opiekunka, nie możesz poprosić by z nią została?
- Anka to jeszcze nastolatka, nie mogę obarczać jej opieką nad Zuzką. Co innego kilka godzin ale nie cały weekend...
- Skarbie, nie zrozum mnie źle, ale chciałbym w końcu pobyć z Tobą sam na sam dłużej niż dzień
- Może innym razem, dobrze?
- Skoro tak wolisz – odpowiedział trochę zirytowany
- Hej, cieszmy się chwilą – Basia zbliżyła się składając na jego ustach delikatny pocałunek, Marcin natychmiast przejął inicjatywę, jednak nie nacieszyli się sobą zbyt długo.
- Ałłaa – syknął i natychmiast złapał się za twarz, mała, dobrze nabita piłka do kosza trafiła go w samo oko
- Przepraszam! – Zuzia z triumfalnym uśmiechem zwróciła się w ich stronę
- Zuzka! Tyle razy ci mówiłam, żebyś nie grała w domu!
- Przecież przeprosiłam! Nic takiego się nie stało, to tylko piłka!
- Chyba będzie lepiej, jak już pójdę! – Marcin wstał kierując się do wyjścia
- Ale zostań jeszcze! – Basia próbowała go zatrzymać
- Wpadnę innym razem! Dzięki za obiad i niezapomniane wrażenia – zwrócił się do małej ze złośliwym uśmiechem. Gdy tylko za Marcinem zatrzasnęły się drzwi, Basia błyskawicznie znalazła się w pokoju córki. Rozejrzała się po nim, ale nigdzie nie było małej. Wyszła więc i już miała schodzić na dół, gdy zobaczyła, że w łazience świeci się światło. Podeszła natychmiast, złapała za klamkę i popchnęła drzwi, ale te nie ustąpiły.
- Otwieraj Zuza! W tej chwili! - Basia stała przytupując z nogi na nogę ze zdenerwowania.
- Nie mogę! Przyjdź później...
- Nie pogarszaj swojej sytuacji! Masz natychmiast wyjść!
- Zaraz! Poczekaj!
- Moja cierpliwość się kończy! Wychodź!! - Storosz podniosła głos co spowodowało, że drzwi się otworzyły, a w nich stanęła dziewczynka z miną niewiniątka - No! Co masz mi do powiedzenia?? - Zuzia cały czas stała ze smutną miną - No słucham!
- Przepraszam. Jakoś tak wyszło....
- Tak wyszło! Prosiłam Cię przecież. Upominałam jeszcze dziś rano! A Ty co? Czy do Ciebie nie dociera, że nie możesz się wiecznie wtrącać w moje życie?! Dlaczego to robisz??
- Nie chciałam.... Przepraszam, Mamusiu..... jest mi przykro....
- Mi też jest przykro. I jest mi wstyd, Zuziu. Jest mi po prostu za Ciebie wstyd. Nie tak Cię wychowałam. Myślałam, że jesteś grzeczną, mądrą dziewczynką. Ale chyba się przeliczyłam....- Basia ze zrezygnowaniem opuściła ręce.
- Mamusiu...- mała pociągnęła noskiem.
- Nie Zuziu, teraz jest już za późno. Ostrzegałam Cię - Storosz gwałtownie się odwróciła i odeszła od córki, na schodach jednak przystanęła - Tak jak mówiłam. Masz szlaban! I nie ma ale! Żadnych wyjść z domu, spacerów, czy odwiedzin Marka, aż do odwołania! Czy to jasne? - nie czekając na odpowiedź dziewczynki zbiegła szybko po schodach.

Ninuś - 2010-05-21, 17:00

Olka! Ooooj jak mi przykro że pan Marcinek oberwał piłką od Zuzki :lol: moja krew!! :-P
no to ładnie się porobiło... Siostra Marka ma racje, niech walczy, a nie dusi to w sobie!
haha Zuzia mnie powala na kolana!!! :lol: Ciekawe co tym razem wymyśli,bo pomysłów na rozrabianie jej nie brakuje!

Klaudia - 2010-05-21, 18:24

Zuzka mnie normalnie rozwala! Cudo, nie dziecko! xD


już się zastanawiam, jak wybrnie z tego szlabanu...;D

isis - 2010-05-23, 09:03

Zuzia widzę coraz bardziej się rozkręca :lol:
Z jednej strony żal mi Basi bo dziewczyna nie może sobie spokojnie na randki pochodzić,ale z drugiej strony jej córka robi to wszystko dla jej dobra,prawda? :lol:
Czekam na kolejną część;)

3M - 2010-05-23, 14:47

Olaaaa dawaj dalej :P
Jej córka ma najlepszego kandydata dla mamusi. Co się dziwić że szaleje. LOL

fuera. - 2010-05-24, 23:08

Jestem praktycznie rzecz biorą nowa i jeżeli nie macie nic przeciwko zamęczę Was moim opowiadaniem.Było one stworzone dawno temu na podstawie oglądania Kryminalnych.
Będzie się składało z 4 części.Miłej lektury ! ;]

* * *
Zawsze sama chciałam decydować o sobie. 1/4
Stała dopalając papierosa do końca.Kolejny trup , kolejna sprawa.Ale tym razem inna.
Wszystko się popieprzyło.Wszystko.Masa odcisków.Jej kumpel.Ona
Jej broń.Jej odciski.Jej odznaka.Wszystko.Wszystko , na co pracowała od 14 roku życia miało legnąć w pieprzonych gruzach.Ale wróćmy do początku.
Przyjechała lekko spóźniona na miejsce zbrodni.Dzień jak co dzień w stolicy.
-Łukasz co mamy ? -spytała Baśka wchodząc do pomieszczenia
-To co zawsze.Morderstwo.- powiedział wymijająco Łukasz , nie patrząc na Nią.
-Łukasz , no mów..!
-Basiu , idź do Adama on Ci wszystko powie.
Poszła , zdenerwowana.Przecież pracowała w Stołecznej od 5 lat do cholery !
-Adam ?! O co chodzi do cholery !? Łukasz mi nie chcę powiedzieć co mamy ?!
Nie rozumiem.
-Basiek..Jurek Mruk został zabity z Walthera P-99 ..
-Yyy..to taki sam model jaki ja mam.
-Wiem , Baśka.Łuski , które znaleźliśmy były w bazie.
-No mów , czyje ? Sprawa , jest banalnie prosta.Tylko aresztować tego idiotę który zabił Mruka
i po sprawie.
-Baśka , to była Twoja broń ...- Adam cicho westchnął .-Oddaj mi odznakę i kajdanki.Jesteś podejrzana o zabicie Jurka Mruka.
-Co ?! Przecież wiesz , że mi zabrali broń! Adam..Marek ? - próbował wyjaśnić , szukając poparcia u swojego partnera.
-Baśka..wiesz , że nic nie możemy zrobić.Góra zarządziła.
-Pierdolę górę.Wyjaśnie to z Wami czy bez Was.- odwróciła się na pięcie i wyszła.
Adam zdążył za Nią krzyknąć :
-Masz się stawić na przesłuchanie na Komendę ! O 16:00 !
Usłyszała jeszcze tylko to.I postanowiła , że pokażę i Adamowi i Markowi , że jest niewinna.

* * *
Tadam ! Pierwsza część.Krótka , bo krótka ,ale mam nadzieję , że się spodoba.

olka - 2010-05-25, 01:00

Fuera, fajne się zapowiada. Baśka podejrzana o morderstwo? Tego chyba jeszcze nie było. Czekam na ciąg dalszy ;)
Krymcia - 2010-05-25, 13:54

eee. fajne.
ogólne dobre wrażenie.
olka napisał/a:
Baśka podejrzana o morderstwo? Tego chyba jeszcze nie było

Dokładnie. Gratuluje pomysłowości i oryginalności :-P

Kasieńka - 2010-05-27, 22:14

A kiedy Droga do miłości? :D
olka - 2010-05-27, 23:45

Kasieńka napisał/a:
A kiedy Droga do miłości?


Powiem szczerze, nie wiem. Nie możemy się zgrać. Brakuje nam mobilizacji.

isis - 2010-05-30, 20:12

Wrzuci ktoś jakieś opowiadanie?:)
Twins - 2010-05-30, 20:20

yhym...
Wiemy, dawno nas tu nie było...
Ale jak już ktoś pyta, żeby wrzucić jakiś staroć, to proszę...
Pewnie nie pamiętacie ;-) :lol:

Za błędy tradycyjnie przepraszamy :lol:

I

Chciało jej się pić. W miejscu, gdzie zatrzymała się na małe wakacje zabrakło wody mineralnej. Ona była od niej wręcz uzależniona. Wsiadła więc na rower i pojechała do najbliższego sklepu, oddalonego o kilka kilometrów. Jechała poboczem wesoło podśpiewując piosenkę z MP3, jaka wpadła jej w ucho.
Nie znalazła się tutaj, na Pojezierzu Wielkopolskim, przypadkiem.
Organizm tej dziewczyny rodem z Przemyśla, studentki Uniwersytetu Warszawskiego domagał się zbliżenia się z przyrodą. Nic z tym zatem dziwnego, że Basia Storosz przyjęła zaproszenie koleżanki Małgosi, która zaoferowała jej spędzenie razem trochę więcej czasu.
Ona nigdy nie mieszkała na wsi, dlatego też wszystko tutaj ją fascynowało. Ranne pianie koguta, szelest żyta, szczekające psy, czy pasące się krowy. Wszystko wydawało się jej takie dziewicze, jakby nic nie potrafiłoby przełamać mitu wsi spokojnej, wsi wesołej.
Wszędzie panował ład i harmonia.
Był czerwiec, blisko kalendarzowego lata.
Czuła się tu dobrze. Nabierała sił i odpoczywała po ciężkim semestrze, przepełnionym intensywną nauką. Zaraz po zaliczeniu sesji na same piątki, bez poprawek, wyjechała ze stolicy, zostawiając daleko za sobą swój akademik. Jej rodzice także przyczynili się do decyzji o wyjeździe. Traktowali tą już dwudziesto trzy letnią dziewczynę jak małe dziecko.
Nie potrafili pozbyć się swojej nadopiekuńczości. Chuchali i dmuchali, byle tylko nic nie stało się ich kruszynce. Z tym akurat mieli rację.
Basia należała do osób niskich i drobnych. Była bardzo zgrabna, niektórzy powiedzieliby, że jest szczupła, nawet chuda. Nawet bardzo. Nawet za bardzo. Przy tym jednak wydawała się być bardzo wysportowana. Rybaczki uwydatniały jej umięśnione łydki, a kiedy naciskała na pedały roweru było nawet widać jak równo pracowały. Nie było na tej dziewczynie ani grama tłuszczu, jak gdyby wszystko spalała bez żadnego wysiłku. Każda modelka pozazdrościłaby jej figury.
Jej urodę natomiast można przyrównać do sasanki. Jest równie niespotykana, niecodzienna, jak ta przepiękna, wieloletnia roślina. To blondynka o prostych włosach za ramiona. Jej duże oczy w kolorze czekolady posiadały przy tym taki magmatyzm, że jedno głębsze spojrzenie, wystarczyło, by się w nich zakochać. Ona sama była skromna i zakompleksiona. Miała już jednak za sobą takie dni w których nie potrafiła zaakceptować siebie takiej, jaka jest. Polubiła się taką. Na nowo stała się wesoła i uśmiechnięta. I znów mogła nucić beztrosko piosenki.
Nawet nie zauważyła, kiedy dojechała do już na miejsce. Był to niewielki drewniany sklepik i tawerna. Dalej ulicą już gęściej stały świeżo postawione domy. Przed stała ławka na której siedzieli trzej mężczyźni. Nie wyglądali na przyjaznych. Byli to osiedlowe pijaczki, którzy już nie odróżniali dnia od nocy i każda godzina była dobra, by się napić.
Sprzedawczynie nawet nie reagowały, ze ci trzej spożywają alkohol przed sklepem, nie uznając go za miejsce publiczne.
Basia zapięła rower i weszła do sklepu.
– Dzień dobry. – przywitała się w uśmiechem na ustach.
– Dzień dobry. – odpowiedziała jedna z kobiet, ta starsza.
Zmierzyła Basię swoim badawczym spojrzeniem.
W miejscach takie jak te, każda nowa twarz wzbudzała zainteresowanie. Tutaj wszyscy się znali z dziada pradziada. „Dziewczyna z miasta” – taką łatkę przypięły jej kobiety już na samym wstępie. Zastanawiały się czyją może być krewną.
Basia w tym czasie chwilę rozglądała się po asortymencie.
– Poproszę wodę mineralną. – wybudziła tym zdaniem panie z zamyślenia.
– Złoty pięćdziesiąt. – Basia ściągnęła czerwony plecak i wyjęła z niego portfel.
Wyciągnęła równowartość w monetach.
– Coś jeszcze podać?
– Nie dziękuję. Woda mi wystarczy. Do widzenia. – pożegnała się.
Wzięła do ręki butelkę i wychodząc ze sklepu od razu zrobiła dużego łyka gasząc potworne pragnienie.
Podeszła z powrotem do roweru, by go odpiąć i wrócić z powrotem do domu Małgosi.
Nie zauważyła nawet, że trzej mężczyźnie nie siedzieli już na ławce. Dostrzegli Basię niemal od razu, kiedy wchodziła do sklepu. W tych krótkich spodenkach i obwisłym t-shirt’cie stanowiła dla nich smakowity kąsek.
Kiedy podniosła głowę stali tuż obok niej. Aż podskoczyła lekko przestraszona.
Od razu poczuła woń wódki. Ich oddechy były obrzydliwe. Robiło jej się niedobrze.
Nienawidziła jak ktoś śmierdział wódką.
– A do…do- tąd to panienka się wy…wy-biera? – wybełkotał jeden z nich.
Ledwo stał na nogach.
Basia pocieszała się tym, że nic nie mogą jej zrobić w biały dzień. Była nawet pewna, że sprzedawczynie to widzą. Tylko dlaczego nie reagują jak nagabuje ją trzech pijanych facetów?
– To ile chcecie na tą flaszkę? – była już gotowa da im wszystkie drobne, byle tylko pozwolili jej przejść.
Tylko, że nie o wódkę tu chodziło. Gdy się do niej przysuwali, przesuwała się automatycznie do tylu za sklep. A tam na pewno nikt by jej nie zauważył.
– Śliczniutka jesteś… – dodał inny, któremu nie plątał się tak język.
– Odsuńcie się zacznę krzyczeć! A wtedy nic ode mnie nie dostaniecie… – dodała, już szykując swoje struny głosowa na wydanie głośnego krzyku.
Wtedy jak na zbawienia podszedł do niej i pozostałej trójki młody chłopak.
– Co jest, panowie?! Chyba nie naprzykrzacie się tej pani? – ci od razu zwrócili na niego swoją uwagę.
– My?! – wszyscy wybuchli śmiechem.
– A gdzie tam! – dodał kolejny.
– Dobrze, dobrze, policja. Zmywać mi się stąd jeśli nie chcecie mandatu za picie przed sklepem!
– Panie władzo, my tu grzeczniutko na ławeczce siedzimy!
– Na ławeczce… – zakpił nieznajomy.
Nim się obejrzał cała trójka zniknęła im z pola widzenia. Basia odetchnęła z ulgą.
Naprawdę się ich przestraszyła, wiedząc jednocześnie, że jej krzyk by ich spłoszył. Domyśliła się jednak, że nie mógłby być policjantem. Był za młody i nie miał przy sobie pączków, bo tez taki amerykański obraz mundurowego wytworzyła w swojej głowie. Cała trójka jednak musiała go uznać za gliniarza na wakacjach po cywilnemu. A jak wiadomo, ten jest zawsze na służbie.
Chłopak nie spuszczał wzroku z Basi. Przyglądał jej się uważnie. Ona sama natomiast najprędzej dostrzegła dżipa jakim przejechał, z kajakiem na dachu. Dopiero potem jego akwamarynowi oczy. Nigdy wcześniej nie widziała t a k i c h oczu.
– Wszystko w porządku? Nic ci nie zrobili? – zapytał z troską w głosie.
– Chyba mieli nadzieję, że do flaszki trafi się im coś ekstra. Ale zaczęłabym krzyczeć. Naprawdę umiem bardzo głośno krzyczeć. – zapewniła swojego wybawiciela.
– Nie wątpię. Tym bardziej, ze twój głos jest teraz tak cienki jak u pisklaka. – zaśmiał się, co jej się wcale nie spodobało.
– Byś się zdziwił… a tak w ogóle to dzięki za pomoc. – tym bardziej szczerze się do niego uśmiechnęła.
– Nie ma problemu. Fajny rower. – zaśmiała się.
Nie było w nim nic fajnego. Najwidoczniej chciał tylko przedłużać ich rozmowę. O dziwo nie miała nic przeciwko. Jeszcze nigdy wcześniej nie rozmawiała z tak przystojnym facetem.
Jedynie wzdychała do nich na szkolnych korytarzach, nie mając odwagi podejść.
– Jestem Marek. – o dziwo pierwszy jej się przedstawił i podał rękę.
Marek był brunetem, o krótkich włosach. Zdawało jej się, że dopiero co wyszedł od fryzjera. Miał zniewalający, nawet zawadiacki uśmiech, który już przyprawił Storosz o miękkie kolana. W dodatku musiał mieć sporo kasy. Markowe ciuchy, nowy samochód, do tego jeszcze jaki!
– Baśka. Miło było cię poznać. – również się przedstawiła.
– Czekaj, czekaj. Śpieszysz się gdzieś? – zapytał, kiedy już szykowała się, by wsiąść na rower i odjechać.
– Nie…Właściwie nie. Ale za to ty pewnie jedziesz na spływ. – bardziej stwierdziła, niż zapytała.
– Teraz to ja cię zdziwię, ale też nie. Może…Może w ramach podziękowania dałabyś się zaprosić na mały spacer, brzegiem jeziora, co?
– Sama nie wiem…
–…Dawno z nikim nie gadałem. – dodał, ale kiedy zorientował się, że powiedział za dużo, skrzywił się.
Szybko jednak przybrał znowu sympatyczny wyraz twarzy.
Basia natomiast czuła się zmieszana tym zaproszeniem. Ona, taki chłopak i spacer? Nie przypuszczałaby nigdy. Nie mogła jednak nie przyjąć tej propozycji.


*****

Dróżka, którą szli była strasznie zarośnięta. Pokrzywy miały już pół metra długości, a wydeptany szlak był prawie niewidoczny od traw i mchów. Pewnie nikt nie chodził tu od bardzo dawna. Musiała uważać, by nie potknąć się o wystające kamienie wielkości ręki.
Cały czas szli wzdłuż jeziora w cieniu wysokich, leśnych drzew. Słyszała szum delikatnych fal na jeziorze i przepiękny śpiew ptaków. W pewnym momencie, gdzieś na drzewie dostrzegła rudą wiewiórkę. Niestety, nie zdążyła zrobić zdjęcia. Aparat schowała głęboko w czerwonym plecaczku, z którym się nigdy nie rozstawała. Poza tym zwierzę poruszało się zbyt szybko i po paru sekundach widziała już tylko delikatnie poruszaną trawę.
Wiał straszny wiatr, kołysząc gałęziami tych ogromnych sosen, co zwiększało jeszcze bardziej uczucie chłodu przy zaledwie dwudziesto pięcio stopniowej temperaturze. Była wdzięczna losowi, że miała na sobie, przewiązaną w pasie, zwiewną kurteczkę, ale nie chciała jej zakładać, by nie wyjść przed chłopakiem na mięczaka. Nie trudno się było domyślić, bo po kilku minutach na jej ciele pojawiła się gęsia skórka, co nie umknęło uwadze jej towarzysza.
– Zimno ci? – zapytał troskliwie, spoglądając na nią zza swoim pleców.
– Nie. – skłamała ze spuszczona głową.
Na co dzień nie miała tego w zwyczaju, ale niecodziennie spotyka się takiego chłopaka, jak Marek. Chciała więc zrobić na nim jak najlepsze wrażenie, udając twardzielkę.
Nie myślała w tym momencie, że może się przeziębić.
Chłopak nie nabrał na jej liche kłamstwo, ale nie dał tego po sobie poznać. Zdusił napad śmiechu i odwrócił głowę, badając przenikliwym spojrzeniem teren.
Nigdy zanadto nie popisywała się przed żadnym mężczyzną. Przy Marku czuła się na tyle skrępowana, że zaprosił ją na spacer, że wolała ukrywać przed nim swoje słabości, by być dla niego odpowiednią towarzyszką w tej nieznanej wyprawie w dzicz.
Ukrywała zmęczenie.
Marek szedł przodem, torując dziewczynie drogę. Oglądał się jednak za siebie w regularnych odstępach czasu, upewniając się czy dziewczyna gdzieś nie zaginęła. Czuł się za nią odpowiedzialny. Był nawet tak miły, że gdy przedzierali się przez wąski odcinek lasu z niższymi drzewkami, unosił niesforne gałęzie na swoją wysokość, by żaden „kijaczek” nie skaleczył jej w oko ( a był od niej wyższy o ponad całą głowę, że musiała mocno zadzierać swoją, by spojrzeć w te jego piękne oczy).
Wyglądał, jakby dobrze znał te strony. Co jakiś czas przystawał i wypatrywał jakiegoś znaku na pniu drzew, czy przypadkowym kamieniu.
Podobało jej się to dokąd idą, choć nie miała pojęcia gdzie właściwie ją zabiera. Czuła jednak, że to miejsce będzie wyjątkowe.
Po drodze ominęli kilka pomostów dla wędkarzy, ale pogoda nie zachęcała do łowienia ryb. Spotkali zaledwie dwóch. Być może dlatego, że połowa z nich była podtopiona. Poziom wody musiał wzrosnąć pod wpływem deszczów, jakie padały przed ostatnie kilka dni.
Jednak ten, na który ją zabrał był niesamowity. Wychodził w głąb jeziora, skąd widok na falującą taflę i ciemnozielony las po drugiej stronie brzegu był uroczy, a stopnie wyglądały na stabilne. Były zbudowane z mocnego drewna.
– Chcesz go wypróbować? – spytał, czym obudził dziewczynę z letargu.
– Na pewno jest taki mocny, na jakiego wygląda? – dopytała, domyślając się, że ta czarna woda nie jest wynikiem zanieczyszczenia wód, a głębokości.
Nie uzyskała odpowiedzi. Zamiast tego, chłopak wszedł i zaczął po nim skakać.
– Widzisz? Mocny, jak czołg! Wskakuj!
Po chwili siedzieli już po turecku naprzeciwko siebie, co jakiś czas spoglądając na jezioro. Basia dłubała coś patykiem, unikając jego wzroku. Bała się, że jak go podniesie, ich spojrzenia się spotkają, a jest jeszcze stanowczo za jasno, by ukryć rumieńce. Czuła, ze odkąd tu przyszli cały czas się jej przygląda, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Przeciwnie, czuła przyjemne mrowienie w okolicach podbrzusza i gilgoczące „motylki”.
– Długo tu jesteś? – odezwał się pierwszy, przerywając krępującą ciszę.
– Od dwóch tygodni. A ty? – dodała, spoglądając na niego nieśmiało.
– Od dwóch dni.
– Może dlatego wcześniej cię tu nie widziałam. – wyrwała się, ale zdała sobie sprawy, że palnęła głupotę.
Spojrzał na nią z półuśmiechem.
– Wiesz, nowa twarz rzuca się w oczy. – ratowała się. - Zwłaszcza w tak małej wiosce.
– No tak. – zgodził się i spojrzał przed siebie. – Czym się zajmujesz?
– Studiuję psychologię w Warszawie, ale pochodzę z Przemyśla.
– Czyli jesteś z miasta. – wywnioskował.
– No tak. – powtórzyła za nim, z lekkim ociągnięciem. – To ważne? – spytała mrużąc oczy.
– Nie. – zaśmiał się aksamitnym głosem. – Po prostu nie wyglądasz na dziewczynę, która na co dzień żyje w biegu ruchliwej ulicy pełnej spalin samochodowych.
– Po prostu ostatnio zwolniłam trochę tempa. A właściwie to mama wysłała mnie na wakacje, mówiąc, że potrzebuję odpoczynku.
– Dużo się kujesz? – zrobiła wielkie oczy ze strachu, co ze zdziwienia, jakby Marek właśnie ujawnił jej największy sekret.
– Nie! – odparła spanikowana.
– Założę się, że masz same piątki w indeksie. – odpowiedział z pewnością w głosie.
Nagle odetchnęła z ulgą.
– Aaaaa…No, dobrze. Zdemaskowałeś mnie. – po raz pierwszy się uśmiechnęła. – Mam. Nie lubię imprezować, to wszystko. Jestem raczej nudna.
– Wcale nie. – zaprzeczył. – Pewnie twój chłopak jest dumny, że ma tak zdolną dziewczynę. – uśmiechnął się ponownie, ale dziewczyna spuściła wzrok.
– Nie mam chłopaka. …A nawet gdyby był, pewnie by tu ze mną przyjechał.
– Ale twoi rodzice na pewno są z ciebie dumni. – zreflektował się.
– Tak. – uśmiechnęła się na wspomnienie rodziców. – Są bardzo dumni. A ja tylko tak mogę im jakoś podziękować za to, ile dla mnie zrobili. Byłam trudnym dzieckiem.
– Nie wierzę.
– Może dlatego, że jedynym całą uwagę i siły skupili na mnie a przez to mam cechy typowego, rozpieszczonego jedynaka.
– Nie jesteś rozpieszczona. – nie zgodził się. – Raczej zakompleksiona. – spojrzała na niego gwałtownie, wybałuszając oczy.
Widząc jej obrażoną minę nie potrafił się powstrzymać. Złoszcząc się nadymała buzię jak dziecko, a w oczach tańczyły błyszczące ogniki.
Wybuchł śmiechem.
– Nie wiem co cię tak śmieszy. To wcale nie jest śmieszne.
– Jesteś zabawna po prostu. – odparł, dalej się śmiejąc.
– Chyba zbyt żałosna i banalna, że po tym, jak mnie wyśmiałeś, jeszcze tu z tobą siedzę. – odparła, udając obrażoną. – Powinnam sobie pójść.
– To dlaczego tu jeszcze jesteś?
– Bo wiszę ci przysługę? Tylko dlatego znoszę twoje nieładne zachowanie. Poza tym wyprowadziłeś mnie gdzieś na manowce i nie bardzo wiem, jak stąd trafić do mojego domu.
– Jeśli przestaniesz wreszcie mnie do siebie zniechęcać, obiecuję, że odprowadzę cię pod sam blok, umowa stoi? – położył dłoń na piersi, a drugą uniósł w górę. – Słowo harcerza! – przygryzła dolną wargę, udając, że się zastanawia.
– Zgoda. – odpowiedziała, patrząc chłopakowi w oczy i uśmiechnęła się delikatnie.
– Właściwie to ja nic o tobie nie wiem. Ciągle tylko ja gadam, pewnie masz mnie dość.
– Nie. – zapewnił, czując się dużo lepiej w rozmowie na jej temat niż swój.
Rozmów na swój temat unikał.
– Opowiedz mi coś o sobie. – zaproponowała. – Czym się zajmujesz?
– …Studiuję, prawo. – odparł dopiero po chwili, ze spuszczonym wzrokiem. – Tam, gdzie ty. I też mam wakacje. … Wiesz co, ściemnia się. Lepiej będzie, jak wrócimy. – zmienił nagle temat, czego nawet nie zauważyła, bo sama przypomniała sobie, że powinna już iść.
Jednak chwila rozstania z Markiem wcale jej się nie podobała. Chciałaby lepiej go poznać. Właściwie to spodziewała się, że z chwilą, kiedy staną przed jej blokiem, może już nigdy więcej go nie zobaczyć. Na sama myśl coś mocno ją ścisnęło w środku.
Posmutniała.
– Może posiedzimy jeszcze chwilkę? Dopiero ósma. – zaproponowała nieśmiało, patrząc w jego oczy.
Nie mogła się nim oprzeć. To one ją urzekł od pierwszego wejrzenia.
– Ale… – szybko zrozumiała, że Marek może mieć dość jej towarzystwa i chce jak najszybciej zakończyć ten wieczór.
– Właściwie masz rację. Właściwie to ja… ja się trochę śpieszę. Tak, śpieszę się. – odparła podnosząc się na nogi, unikając spojrzenia chłopaka.
Marek zorientował się co mogła sobie pomyśleć. Znów miał ochotę się zaśmiać, ale wyprzedzając jej kolejne zdanie złożone, powiedział:
– Też jeszcze bym tu został, ale po ciemku nie znajdę symboli, jakie zostawiłem na pniach drzew. Może nie wyglądam, ale jak wiesz jestem tu zaledwie od dwóch dni i nie znam jeszcze dokładnie tych okolic. A chyba nie chcemy błądzić?
– No…Raczej nie. – odparła weselej.
Teraz rozumiała czego tak szukał w lesie. Zaśmiała się w duchu. Pozory mylą.
– A co, jeśli ich nie znajdziesz? – zapytała, kiedy oboje szli obok siebie na pomoście.
Zakłopotało go to pytanie. Ten opcji nie brał pod uwagę zapraszając ją tutaj.
– Yyyy… – zająkał się, a tym razem ona wybuchła śmiechem.
Nabijała się z niego tak samo, jak niedawno on z niej.
Po pół godzinie dotarli na miejsce. Pożegnał się z Basią szybkim „Dobranoc”, a gdy już myślała, że wraz, gdy zniknie za zakrętem, jej sen się skończy, krzyknął: „Do jutra!” .

Ninuś - 2010-05-30, 20:25

łaaaaa Bliźniaczki!!!!!! ;*

od początku? ok i to dobre :D to jest 'Lek na całe zło', tak?

wklejajcie następne! ;*

Twins - 2010-05-30, 20:26

Tak, tak :lol: Meczymy was starociami, wiemy :lol:
3M - 2010-05-30, 22:19

Ja bym zamiast tego przypomnienia to ciąg dalszy wolała :P
Kasieńka - 2010-05-30, 23:58

No jak wrzucacie przypomnienie to kontynuacja jest obowiązkowa :D
isis - 2010-05-31, 06:50

Podpisuję się pod dziewczynami! :lol:
Kontynuacja musi być! :lol:

Twins - 2010-05-31, 12:29

Dzięki wielki! ;-** :D
Najpierw musimy sobie przypomnieć co miało być w kontynuacji :lol:

[ Dodano: 2010-05-31, 13:31 ]
II

Miała cudowny sen. Bardzo przyjemny. Tej nocy niespodziewanie przyśnił się jej Marek, ten tajemniczy chłopak, którego poznała zaledwie parę godzin temu.
Najbardziej zapamiętała jego oczy, może dlatego we śnie wydały jej się takie prawdziwe. Miał przepiękne oczy. Niezwykłe. Odcień wody morskiej z błękitem nieba. Ale nie tylko kolor ją urzekł. Miały niesamowitą głębie i magnetyzm. Przyciągały ją, fascynowały. Gdy w nie patrzyła czuła, jakby była pod wpływem hipnotyzera. Dreszcz przechodził po jej plecach, serce uderzało szybciej. Zastygała w bezruchu, jak lodowy posąg. Te oczy. Onieśmielały ją bardziej niż jego zniewalający uśmiech czy aksamitny głos.
Obudziła się z szerokim uśmiechem na ustach, rześka jak poranek, wspominając właśnie jego oczy. Otworzyła delikatnie powieki, mrugając dwa razy i przeciągnęła się w pościeli, próbując odgarnąć od siebie myśli o tym chłopaku. By je trochę zagłuszyć wsłuchała się w śpiew ptaszków za oknem i szum wiatru.
Bezskutecznie.
Od wczoraj nie mogła przestać o nim myśleć. Gdy się położyła wciąż echem odbijało się w jej uszach zbawienne „do jutra”. Z jednej strony chciała szybko zasnąć, by przywitać nowy dzień i znów się z nim spotkać. Z drugiej nie mogła zmrużyć oka z podekscytowania.
W jego towarzystwie czuła się wyjątkowo dobrze. Zapominała o pragnieniu, jakie jej zazwyczaj dokuczało i ogólnym zmęczeniu ostatnimi miesiącami. Przy nim odzyskiwała siły. Był jak zastrzyk energii. Jej lekiem. Znów miała ochotę się uśmiechać.
Wstała radosna, wesoła jak skowronek i od razu podbiegła do okna. Miała to szczęście, że jako gość otrzymała pokój z poddaszem. Otworzyła je na oścież i wyjrzała przez nie, oglądając przepiękny widok lasu i błękitnego nieba. Odsłoniła jeszcze rolety, by wpuścić do pokoju więcej światła i stanęła na środku pomieszczenia, pogrążona w zadumie. Westchnęła teatralnie, kiedy nagle przypomniała sobie o czymś ważnym.
– Rower! – krzyknęła, zdając sobie sprawę, że zostawiła go pod sklepem.
Wcześniej kompletnie o nim zapomniała zajęta spacerem z Markiem. Najgorsze jest to, że nie przypięła go dla bezpieczeństwa. Pewnie dawno go ukradli te menele spod sklepu.
Puknęła się w głowę za swoją nieodpowiedzialność.
Spożyła w biegu niezbędną do funkcjonowania ilość węglowodanów, jaką zalecono jej w codziennej diecie i pożegnawszy się z Małgosią wyszła przed dom.
Przystanęła jak wryta ujrzawszy rower, który wczoraj przez głupotę zostawiła trzy kilometry stąd, a który spokojnie stał teraz obok samochodu.
Już wiedziała czyja to sprawka. Wiedziała komu ma podziękować. Uśmiechnęła się szeroko i wsiadła na niego, jadąc, jak co dzień rano po buteleczkę mineralnej.
Udała się do tego samego sklepu, mając nadzieję, że ponownie, przez przypadek, spotka swojego wybawiciela.
Niestety, nie spotkała go.
Może tylko jej się przyśnił?
Nie miała pojęcia, gdzie ma go szukać. Nie wiedziała gdzie się zatrzymał. Nie wiedziała o nim nic. Przez to wszystko zapomniała wczoraj go zapytać, gdzie się spotkają. „Co za idiotka” – pomyślała.
Upiła łyk wody i zawiedziona usiadła na ławeczce przed sklepem. Nie wiedziała ile tak przesiedziała w milczeniu. Cały czas zastanawiała się, czy kiedykolwiek jeszcze go zobaczy. Znał co prawda jej tymczasowy adres, ale czy przyjdzie?
Czując ubytek cukrów we krwi, a przede wszystkim hormonu szczęścia, wyciągnęła ze swojego plecaczka czekoladowego batonika i ugryzła kęs, by ulżyć sobie w smutku.
Nim się obejrzała, pochłonęła całego.
To nie zaspokoiło jej głodu. Weszła ponownie do sklepu i poprosiła o kolejnego.
Pech chciał, ze przypadkowo upuściła portfel, z którego wysypały się monety.
– No kurde! – zaklęła i przykucnęła, by pozbierać pieniądze.
Zajęta zbieraniem nawet nie zauważyła, że ktoś uprzejmy jej pomagał. Zorientowała się dopiero, gdy przypadkiem dotknęła czyjejś dłoni.
Uniosła wzrok i od razu rozpoznała jego twarz.
Fala szczęścia spłynęła na jej serce.
– Lepiej uważaj gdzie co gubisz, bo pieniądze nie leżą na ulicy. – zażartował.
Kto, jak kto ale on nie powinien jej robić uwag na ten temat. Właśnie patrząc na niego, mogła śmiało stwierdzić, że pieniądze same wybierają sobie właściciela, wskakując do kieszeni.
Najwyraźniej jej kieszenie nie bardzo lubią, że same od niej uciekają.
– Dzięki. Zapamiętam. – mruknęła i wstała na równe nogi. – Ale jak widać od każdej reguły jest wyjątek. – ugryzła się w język.
Nie to chciała powiedzieć.
Jeszcze się obrazi i pójdzie? Nie wybaczy sobie tego.
Już szykowała się, by obrócić to w żart, kiedy rozniósł się jego śmiech.
– To widać? Niestety, to się tyczy bardziej mojego ojca, niż mnie. Ale dzięki, że mi wreszcie powiedziałaś, co o mnie myślisz. – znów się roześmiał
– Ale ja wcale tak nie myślę. – broniła się.
I wcale nie żartowała.
– Uważasz mnie za nadzianego bubka, przyznaj się! – nalegał, ciągle się śmiejąc.
Jej nie było wcale do śmiechu. Nie chciała, by tak odebrał jej zdanie o nim. Wcale tak o nim nie pomyślała. Nigdy.
– Nie! – zaprotestowała wreszcie. – Naprawdę.
– Dobra, dobra. Wiem, co widzisz. Chodź, bo ta pani nam się ciekawsko przygląda. – szepnął, zauważając wzrok ekspedientki i dotknął delikatnie jej ramienia, by się ruszyła.
Poddała się bez najmniejszych oporów.
– No, więc teraz jestem gotów wysłuchać twojego zdania. – odparł, gdy znaleźli się przed sklepem.
Rozluźnił się, przygotowując na każde, nawet najgorsze słowo.
– Ale o czym? – udała idiotkę, by odwlec to w czasie.
– O mnie. Chce wiedzieć co o mnie myślisz. Wal śmiało, wszystko zniosę. – zamilkła z przerażenia, nie mogąc wydusić z siebie słowa.
Zauważając, że solidarnie z zasadami dobrego wychowania, nie ma zamiaru mu tego powiedzieć, postanowił jej to ułatwić.
– Ok. Pomogę ci. Czy jak pierwszy raz mnie zobaczyłaś w objechanym jeepie, z kajakiem na dachu ani razu nie pomyślałaś o mnie „nadęty bufon”? – pokręciła głową. – Ani razu? – znów zaprzeczyła skinieniem głowy. – Ani przez chwileczkę, chwilunię? Nic?
– Ani przez sekundę. – dodała od siebie.
Marek uśmiechnął się i wsparł ręce na biodra.
– Cholera, dobry jestem! – pochwalił sam siebie, a Basia zmrużyła oczy nic z tego nie rozumiejąc.
– Próbujesz się odciąć od stereotypów? – wywnioskowała ze śmieszną miną.
– Ba. I jak widać po Tobie jestem w tym genialny. – wypiął się z dumą.
Zapadła chwila milczenia, w czasie której oboje na siebie patrzyli.
– Masz ochotę na spacer? – zaproponowała nieśmiało, nie chcąc się z nim rozstawać.
Chciała przedłużyć to spotkanie jak najdłużej się dało.
– Tylko nie tak daleko, bo muszę wrócić za dwie godziny do domu. – tym bardziej, że miała tak mało czasu, chciała te dwie godzinki wykorzystać jak najpełniej.
– Właściwie to… – przerwała mu nie pozwalając dokończyć, kiedy wyczuła, że chce się wykręcić.
Niepotrzebnie się odzywała.
– Ale jak nie dzisiaj, to może być jutro… albo kiedyś. – nie chciała wyjść na zdesperowaną.
W odpowiedzi znów się zaśmiał.
– Właściwie to planowałem dłuższą wycieczkę, ale możemy to przełożyć na jutro, co ty na to? – wpatrywała się w niego w milczeniu.
Czyżby naprawdę byli umówieni na jutro?
Miała ochotę skakać z radości i miałaby w nosie, że się by przy tym zmęczyła. Co tam zmęczenie, kiedy byli umówieni na jutro.
– Zgoda. – odparła z uśmiechem.

*****

Od tego czasu spotykali się regularnie. To rano w sklepie, na spacerze, czy w lesie nad jeziorem. Basia podejrzewała nawet, że Marek specjalnie przecinał jej drogę, by tylko się z nią zobaczyć i chwile porozmawiać. Jednocześnie nie potrafiła pojąc dlaczego tak jest.
Czyżby mu się spodobała?
Nie, tą możliwość odrzuciła już na wstępie. Jak myślała, nie miała w sobie nic, co mogłoby zainteresować takiego faceta. Nie była ani przesadnie piękna, ani też nie miała mu zbyt wiele do powiedzenia. Była taka…przeciętna, nijaka. Właśnie n i j a k a. I pomimo tego, iż jak widziała, Marek doskonale zdawał sobie z tego sprawę, kontynuował ich znajomość.
„Albo jest ślepy, albo spostrzegawczy”. – myślała.
Spostrzegawczy dlatego, iż jak sama tłumaczyła, może w jej nijakości dopatrzył się tego, czego ona w sobie nie widzi. A ślepy, ponieważ musi być bardzo głupi, by nie widzieć jak bardzo jest nijaka.
Im bardziej próbowała rozgryźć tego chłopaka, tym więcej pytań pozostawało otwartych, a ona pomimo ciągłego główkowania nie potrafiła znaleźć nań odpowiedzi. Aż w pewnym momencie przestała się zastanawiać i doszła do wniosku, że powinna się cieszyć, że spotkała na swojej drodze Marka Brodeckiego.
Tak jak poprzedniego dnia, Marek spotykając aranżowanym przypadkiem Basię, zaprosił ją na spacer do lasu. Zawsze, kiedy się widzieli był samochodem. Poznała go to kajaku na dachu. Z reszta tutaj piętnastoletnie auto było uznawane za prawie nowe. Ten Marka wyjechał z salonu co najdalej dwa lata temu i stanowił niezłą atrakcję dla tubylców. Nic w tym dziwnego, skoro Brodecki to typowy mieszczuch z kupą forsy na koncie. Ona pomimo tego, że mieszkała w stolicy, nie uważała się za milionerkę. Prowadziła życie bardzo przeciętnego studenta: wiecznie głodna i bez pieniędzy. Przynajmniej nie miała ich tyle, by nimi szastać na prawo i lewo.
Jak sądziła Marek na pewno nie zatrzymał się w żadnym z pobliskich domków letniskowych. Namiot kompletnie nie wchodził w grę. Z tego, czego Storosz zdążyła się dowiedzieć, jakieś godzinę drogi stąd jest większe miasto z hotelem trzygwiazdkowym. Jak dla takiego asa finansowego to i tak „warunki polowe”. Do tego musi tutaj codziennie dojeżdżać, bo widocznie upodobał sobie to miejsce, tą wioskę.
A może kogoś?
I znów wróciła go punktu wyjścia. Zadumana siedziała po turecku na pomoście, kompletnie nie słuchając tego, co mówił Marek. Wróciła na ziemie, dopiero wtedy, gdy przypomniała sobie, że odkręciła butelkę wody, by zgasić pragnienie, które znowu dało o sobie znać.
– Przepraszam. Mówiłeś coś?
– Nic ciekawego. Zastanawiałem się tylko dlaczego siedzisz tak nieruchomo i w ogóle nie kontaktujesz. – uśmiechnęła się.
– Już tak czasem mam, że się zamyślę. – wyjaśniła kiepsko, nie chcąc się przyznać, ze myślała o nim.
– A mogę chociaż wiedzieć o czym…o kim? – podniósł znacząco jedną brew.
– Myślałam o tym, jakim cudem mój, nie mój, pojęcie względne. Yyy, ale jak ten rower znalazł się z powrotem pod domem Małgosi, hym? – zacisnęła zabawnie powieki.
– Yyy…Nie mam pojęcia. – nie był zbytnio przekonujący.
– Dziękuję. Kolejny raz uratowałeś mi życie. – dodała już bardziej na poważnie.
Tym razem on się delikatnie uśmiechnął. A potem odpowiedział:
– Nic wielkiego. I tak nikt by nie ukradł tego grata!
– Ha ha ha, bardzo śmieszne! – nie potrafiąc się powstrzymać uszczypła go.
– Ała! To boolało! – poskarżył się jak mały chłopiec.
– Doprawdy? Nie bardziej niż ukłucie maleńką igiełką! – droczyła się dalej.
Widocznie Markowi się to spodobało, bo nie zamierzał poprzestać na jej racji.
– To była wielka igła! O l b r z y m i a. – podkreślił.
Basia w jednym momencie spochmurniała. Jak pomyślał Marek miała już dosyć tych przekomarzań. Postanowił więc szybko zmienić temat, by jej nie zdenerwować. Co za dużo to niezdrowo. Nie musiał jednak, bowiem to Basia pierwsza wznowiła ich rozmowę.
– Właściwie to ty mnie o wszystko wypytujesz, a o sobie nie mówisz prawie nic… - musiała wreszcie mu się pożalić.
Te chciała się dowiedzieć o nim czegoś więcej, a tak bardzo był oszczędny w mówieniu o sobie. Może nie byli na tym samym poziomie w drabinie społecznej, ale mógłby się przed nią bardziej otworzyć. Ona tak postąpiła i liczyła z jego strony na wzajemność.
– Ty jesteś ciekawsza. A ja lubię słuchać. – odparł wymijająco, mając nadzieję, że ta odpowiedź ją zadowoli.
Mylił się jednak, że tak łatwo odpuści. Nie miała tego w planach.
– Mimo wszystko chciałabym byś powiedział o sobie coś więcej… – odpowiedziała mając tylko nadzieje, że go nie urazi swoją nachalnością.
Zamilkł, zastanawiając się co tak właściwie ma jej powiedzieć.
– Ale jeśli nie chcesz, nie mów. Zrozumiem. – zapewniła dla jasności.
– Nie, nie o to chodzi. – wytłumaczył.
Basia odetchnęła z ulgą. Jednak nie chodziło by trzymać się na dystans.
– A o co? – szybko ugryzła się w język.
Marek przetarł twarz, próbując jakoś żebrać się w sobie, żebrać myśli. Ciągle w swojej tajemniczości był dla Basi fascynujący.
¬¬¬– Może się przejdziemy? – dodał „ni z gruchy ni z pietruchy”.
Basia spuściła smutne oczy.
Jednak nie była na tyle interesująca, by mógł jej się zwierzyć. Poczuła się jak idiotka, jak naiwna idiotka. Bo jak też mogła pomyśleć, że może być z tego coś więcej? Jest z b y t nijaka by mogła jemu się spodobać, by komukolwiek się spodobać.
Miała ochotę puknąć się w czoło za to, że zbyt szybko się we wszystko angażuje. Żałowała, że i teraz się pośpieszyła. Zdążyła już go za bardzo polubić...
– Ok. Możemy… – odpowiedziała posępnie, a Marek tylko skrycie się zaśmiał.
Wstała jako pierwsza, i nawet nie miał okazji podąć jej reki.
Szli dalej wzdłuż jeziora. Marek jak zawsze pierwszy, wskazując drogę.
– A nie interesuje cię nawet dokąd cię prowadzę? – zapytał zdziwiony zaufaniem jakim go obdarzyła.
Teraz mógłby z nią zrobić wszystko i nikt by się o tym długo nie dowiedział. Naiwność młodych dziewczyn nieraz go poważnie przerażała. I wcale nie było mu z tym do śmiechu, tym bardziej, że na to nie ma lekarstwa.
Basia natomiast tylko wzdrygnęła ramionami. Marek pokręcił głową z dezaprobatą. Na szczęście dla chłopaka tego nie zauważyła. Nie musiałby jej wyjaśniać dlaczego go tak to irytuje.
– Chodź. – popędził ją by się nie ociągała.
Jeszcze tego by brakowało, by się zgubiła, a ten musiałby jej szukać.
¬– Pokaże ci inne ładne miejsce.– dodał, by jej nie przestraszyć.
Domyślił się bowiem, że mógł zasiać w dziewczynie ziarnko niepewności.
– A daleko jeszcze?
– A co? Już jesteś zmęczona? – nie ukrywał uśmieszku pod nosem, kiedy na nią zerknął.
– A skąd! Chce tylko wiedzieć. To wszystko. – w rzeczywistości nie była w pełni sił.
¬– Zaraz będziemy. Trochę spaceru po lesie dobrze ci zrobi.
Już o nic więcej nie pytała, tylko dziarsko kroczyła wyznaczona przez Marka ścieżką. Gdy wreszcie doszli, Basia zauważyła rozbity namiot, jego samochód i kolejny pomost wychodzący na jezioro.
Zmrużyła zaskoczona oczy. Niemożliwe, by tutaj się zatrzymał…

III

Już sama nie wiedziała jak ma to potraktować. Jak na osobę nadzianą miał zbyt niekonwencjonalny nocleg. No chyba, że jak pomyślała Basia, Marek jest amatorem świeżego powietrza. Bo co by innego? Jak inaczej to wytłumaczyć?
Jeszcze jedynie tak, że Brodecki wcale n i e j e s t nadziany.
I wcale ten samochód nie musi należeć do niego. I wcale też nie musi być tak uczciwy na jakiego wygląda…
Musiała wziąć głębszy oddech, czując, że jej organizm dostaje ataku tachykardii. Serce waliło jej jak młotem. Jednocześnie jednak ucieszyła się, jeśli miała by do czynienia z przeciętnym studentem, takim jak ona. Oczywiście pod warunkiem, że nie ma na sumieniu kradzieży tak luksusowego auta.
Marek w tym czasie obserwował dziewczynę bardzo dokładnie. Chciało mu się śmiać, widząc jak tak nagle zaniemówiła i znieruchomiała. Poczekał spokojnie, aż sama się obudzi z tego dziwnego odrętwienia. Kiedy jednak to nie następowało, sam się odezwał:
– Nie tego się spodziewałaś, co? – zapytał, ledwo powstrzymując się od śmiechu.
– Nie, tylko…Trochę mnie zaskoczyłeś… – wyjaśniła nieskładnie.
Nadal obstawiała opcję, że Marek pomimo dużej ilości zer na koncie lubi świeże powietrze. Było to dla niej bezpieczniejsze, niż złudne nadzieje, że spotkała kogoś „normalnego”.
– Spodziewałaś się pięciogwiazdkowego hotelu, przyznaj się! – nic nie odpowiedziała, ale domyślił się, że to milczenie jest właśnie odpowiedzią. – Wiem, że jak na nadzianego bubka to dość skromne lokum.
– Mi się podoba! – dodała, by nie pomyślał, że leci na jego kasę.
Miała mu powiedzieć, ze skakałaby z radości, gdyby okazał się być średniakiem?
¬– Wierzę. – zapewnił, już bardziej na poważnie.
Basia nigdy nie wyglądała mu na kokietkę i intrygantkę. Była na to zbyt nieśmiała.
¬¬¬– Rzeczywiście bardzo ładne miejsce. – potwierdziła rozglądając się po okolicy.
– Dzięki. Sam je wybrałem! – zaśmiała się z jego miny i wypiętej klatki piersiowej, gdy to mówił.
– Może rozpalimy ognisko, a potem zrobimy sobie mały wieczór zwierzeń? – zaproponował, a ona nawet, gdyby jej zaproponował cokolwiek innego, nie potrafiłaby mu odmówić.
Nie mogła tez uwierzyć, ze właśnie jej to zaproponował. Najwidoczniej przyszedł jego czas na zwierzenia. Uśmiechnęła się do siebie, gdy nie patrzył. Może jej powie jak to z nim właściwie jest.
– Fajny pomysł. – odpowiedziała wreszcie.
Ognisko, ona, Marek i światło księżyca? Mogłaby się dać pokroić!
– To ja idę nazbierać chrustu a ty tu zostań i nigdzie się nie ruszaj. – wolał ją uprzedzić, by nie wpadła na tak genialny pomysł, by pójść z nim.
Zdążyła pokiwać tylko głową nim Marek zniknął w gęstwinie lasu.
Basia poczekała aż zniknie zupełnie w jej pola widzenia. Gdy tak się stało szybko ściągnęła z pleców czerwony plecak. Odpięła szybko zamek, szukając w pospiechu czegoś w środku. Bardzo się śpieszyła, by nie nakrył ją Marek. Zacisnęła w garści coś na kształt szczypawki.
Kiedy jednak usłyszała za sobą szelest trawy, szybko schowała ją na miejsce i z powrotem zapięła plecak jak gdyby nie chciała by ktokolwiek się dowiedział co trzyma w środku.
Nie myliła się. To był Marek. Wrócił się, proponując, by poszła z nim.
– A może masz ochotę na jeszcze jeden spacer, co? – zapytał.
– Nie. Poczekam tutaj. – zapewniła, mając nadzieję, że nie będzie nalegał.
Chociaż i tak propozycja była dla niej kusząca.
– Jak chcesz. – odpowiedział i z powrotem zniknął.
Również i Basia bojąc się, że znowu się cofnie, wzięła do ręki ten sam plecak i kicając jak sarenka, schowała się za jednym z pni drzew. Marek w tym czasie dzielnie zbierał chrust do rozpalenia ogniska.
Kiedy wrócił obładowany zeschłymi gałęziami, Basia siedziała na pomoście, wpatrzona w spokojną toń wody. Wydawała się być zamyślona, zatem sam zabrał się do rozpalania. Poszło mu to na tyle szybko, że zawołał towarzyszkę, kiedy ogień był już dość duży. Przypomniał sobie bowiem, że sama się przed nim przyznała, że czasem się zamyśli. Ta sytuacja wydała mu się podobna. Gdy usłyszała nawołania Basia podeszła do niego powoli.
Połać błękitnego nieba przecinały pomarańczowo-różowe plamy. Zmierzchało.
To była idealna pora na rożne opowieści. Może nie o duchach, by się bała, ale na zwierzenia mogła się zgodzić. Usiadła obok Marka, ale w dość sporej odległości zachowując między nimi pewien dystans.
Ten od razu podał jej kiełbaskę utkaną na patyku. Już całkiem się ściemniło, a jedynym oświetleniem było światło jakie rzucał żar ognia.
Oboje byli dziwnie milczący. Basia czekała, aż on pierwszy zacznie coś opowiadać. Ten jednak nadal się nie odzywał. Czekała.
– Nie jest ci zimno? – nie takiego pytania się spodziewała.
– Trochę… - uznała, że nie ma po co kłamać.
Było jej cholernie zimno. Marek pomimo krótkich spodenek, miał grubą bluzę na długi rękaw. Ona nie zabrała nawet kurtki, nie myśląc, że znowu zabawi z nim do wieczora.
Wstał więc i poszedł do samochodu. Wyjął swoją bluzę, a gdy wrócił podał ją Basi.
– Trzymaj. Przeziębisz się.
Tak, w jej przypadku byłoby to raczej nie wskazane. Katar i kaszel to dla niej nic przyjemnego.
– Dzięki. – odpowiedziała.
Jeszcze nigdy nikt nie troszczył się o nią tak nie nachalnie. Nawet nie wiedziała komu ma być za to wdzięczna.
Znowu między obojgiem zapadła cisza.
Marek odstawił od ognia swoją kiełbaskę i sprawdził palcem, czy jest gotowa. Musiał się oparzyć, bo syknął i zaczął nim potrząsać w powietrzu z nieciekawą miną. Po jego doświadczeniu wolała by ta jej spaliła się na wiór. I tak nie będzie jej jeść.
Gdy kiełbaska Marka ostygła, zaczął ją jeść, a gdy zorientował się, że Basia nie ma takiego zamiaru zapytał:
– Aha…Rozumiem. Dbasz o linię, tak? – zaśmiał się.
Przecież tej dziewczynie przydałoby się trochę przybrać na wadze!
– Można tak powiedzieć. – odpowiedziała niejednoznacznie.
¬¬– Tłusta kiełbaso, a kysz! – teraz i ona się zaśmiała i wzdrygnęła ramionami. – Ale poczekaj. Mam cos ekstra. – znowu wstał i pognał do samochodu.
Nawet się nie spostrzegła, jak zamachał przed jej nosem szaszłykiem, gotowym do ognia. Podał dziewczynie.
– Dzięki. – uśmiechnęła się nieśmiało w jego stronę.
Już nie potrafiła tak czekać. Jak zaraz nie zacznie się zwierzać sama go o to poprosi. On jednak nadal się rozglądał, czy natykał kolejnego szaszłyka. I to nawet nie dla siebie, tylko dla niej.
Chce ją utuczyć?
Czuła się podenerwowana. Facet wyraźnie gra na czas.
Nie wytrzymała.
– Powiesz mi coś wreszcie! – naskoczyła na niego nagle i w mig pożałowała.
Marek zrobił wielkie oczy z zaskoczenia. Basia myślała, że zaraz spali się ze wstydu. Chciała już coś powiedzieć, kiedy wybuchł gromkim śmiechem. Chwile mu zabrało, nim zdołał się uspokoić.
Zacisnęła nerwowo powieki, gdy to nabijanie się z niej trwało zbyt długo.
– Przepraszam. Po prostu… - znów zachciało mu się śmiać. – Po prostu nie wiedziałem, że tak bardzo na to czekasz.
– Nie aż tak, ale już ci mówiłam, że chciałabym byś powiedział o sobie coś więcej. Sam to dzisiaj zaproponowałeś…– przypomniała mu.
– Nie wiem, czy chcesz to słyszeć.
– Chcę. – zapewniła, pierwszy raz spoglądając mu prosto w oczy.
– No dobrze. – już myślała, że rozwinie, ale znowu na chwilę zamilkł.
Tym razem miała jednak pewność, że zacznie. Westchnął i odparł:
– No to mam dwadzieścia cztery lata. Mieszkam od urodzenia w stolicy. Jestem jedynakiem, tak jak ty. Nie studiuje prawa. – oczy Basi przybrały rozmiar pięciozłotówki.
Nie studiuje, to znaczy, że nie ma takiej potrzeby. Ma pieniędzy jak lodu dla siebie i swoich wnuków. I dla wnuków, swoich wnuków też. Przyszło jej na myśl słowo „leń”, ale nie wiedziała jeszcze, czy pasuje do kontekstu.
Mimo wszystko już wiedziała, ze jest leniem. Nic nie robi, tylko rozbija się namiotem. Gdy się ma pieniądze, wykształcenie jest niepotrzebne, by być prezesem, czy politykiem. W razie czego można zapłacić za papierek. Miała ochotę mu to wszystko wygarnąć, jednak jeszcze się powstrzymywała.
Marek natomiast widząc jej otwartą buzię ze zdziwienia, którą mogłaby połknąć muchy dodał:
– To znaczy nie studiuje j u ż prawa. – wyjaśnił.
Ale co to dla niej zmieniało? Nadal był leniem. Nie zdał sesji, bo się nie uczył.
– J-ak to? – zapytała nieśmiało. – Wyrzucili cię? Oblałeś?
– Można powiedzieć, że sam je rzuciłem. Nie stawiłem się na ważny egzamin i mi podziękowali. – zaśmiał się.
¬– To nie jest śmieszne. – nie rozumiała w co w tym takiego śmiesznego!
Widząc jej zbulwersowaną minę, bał się odezwać. Jeszcze była gotowa go skrzyczeć.
– Nie musisz mi tłumaczyć dlaczego. Rozumiem. Znudziło ci się. Stać cię na inne studia. – była zła.
Miała ochotę przestać z nim rozmawiać i sobie pójść. Jeszcze chwila a złapie się na tym, że przestaje być dla niej tak fascynujący jak pół godziny temu.
– Nie, nic nie rozumiesz. Widzisz tylko to co widzisz – kolesia w adidasie i zajebistego dżipa. …A co jeśli byłbym spłukany?
– Jesteś bankrutem?! …No ja wiedziałam, że niektórych ludzi pieniądze nie chcą się trzymać! – znowu go rozśmieszyła.
A powinien był się tym zmartwić. Było to prawdą. Przed nim pieniądze ostatnio uciekają z krzykiem.
– I z czego się śmiejesz? Zamiast zacząć oszczędzać, to ty jeszcze balujesz nad jeziorem! – zwyzywała go.
– Nie to nie tak. To inna historia. Długo by opowiadać. – zmrużyła zaciekawiona oczy.
– Jak chcesz, to mów. Ja też lubię słuchać. – tym razem znowu ich spojrzenia się spotkały.
Oboje na chwile zamilkli, wpatrzeni w swoje źrenice. Naprawdę chciała, by jej wszystko opowiedział. Niczego innego nie pragnęła, by tylko obdarzył ją zaufaniem.
Spuściła nagle wzrok, kiedy poczuła w kieszeni w spodniach wibrującą komórkę. Na ekranie pojawił się napis: „mama”.
Odebrała.
– Tak, mamo? – nie była zadowolona, że im przerwała. – Tak. Dobrze, mamo! Przepraszam, ale wiesz jak mnie denerwują te pytania. Nie jestem małym dzieckiem. Umiem o siebie zadbać. Co? …Aaaa zrobiłyśmy sobie z Małgosią grilla. Tak, jej rodzice tez tu są. Wie, co wolno mi jeść, a czego nie! Pić też nie będę. Pozdrów tatę, cześć! – rozłączyła się.
Marek w tym czasie wstał i wyciągnął dwie puszki piwa. Jak mógł o tym zapomnieć.
– Proszę.
– Dzięki, ale naprawdę nie będę pić.
– Ok, tylko myślałem, że robisz wszystko odwrotnie niż mówisz mamie. – trochę się z niej nabijał.
– Podsłuchiwałeś? ... Z resztą nieważne.
– Mama nie musi o wszystkim wiedzieć.
– Wiem o tym! – oburzyła się. – Wolę by się nie martwiła. Jest przewrażliwiona i nadopiekuńcza. Ale rozmawialiśmy o Tobie, nie o mnie. Dlaczego „rzuciłeś” studia? – zapytała.
– Uznałem, że to nie to, co chcę robić. Nie chcę zostać przylizanym prokuratorem pod krawatem z okularkami na nosie i neseserkiem. Nie interesuje mnie ciepła posadka po znajomościach.
No tak! Dopiero teraz skojarzyła. Przecież nazywa się Brodecki. Czytała kiedyś o prokuratorze Krzysztofie Brodeckim. Chodziło o sprawę seryjnego mordercy w Warszawie. Cała Polska tym żyła.
– Widziałaś może film Gliniarz i prokurator? – pokręciła głową na „nie”. – Mam zamiar po wakacjach wstąpić do policji. – nie może powiedzieć.
Zaimponował jej tym, że chce zacząć od nowa na własny koszt.
– Brawo! Podoba mi się, panie przyszły władzo. – oboje się zaśmiali. – A twój ojciec nie miał nic przeciwko? Jest bardzo znanym i szanowanym człowiekiem.
– Nic mnie to nie obchodzi! – oburzył się, jakby ten temat podnosił mu ciśnienie. – Ja mam swoje życie, on ma swoje. I tak jest zajęty swoją nową młoda żoną. – wyczuła w jego głosie niechęć.
Wiedziała, że ukrywa cos jeszcze, nie powiedział jej wszystkiego.
– Wyjechałeś, by odpocząć od marudzenia, tak? Bo domyślam się, że lubisz kajaki! – tak, rozszyfrowała go.
– Nie, to też było inaczej… Właściwie to… – zaśmiał się, dalej mówiąc przez śmiech. – …sprowokowałem go do tego, by mnie wyrzucił z domu! – wybuchł ponownie, jakby właśnie usłyszał dobry żart, a Baska zastygła w bezruchu.
– Cooo??? – nie była w stanie w to uwierzyć. – Wyrzucił cię?
– No to co słyszysz. Powiedziałem wreszcie co o nim myślę, a ten kazał mi się wynosić. Trochę go poniosło, albo to ja tak dobrze umiem grac ludziom na nerwach, ale w każdym razie tym lepiej dla mnie. Nie pytaj dlaczego tak zrobiłem. Miałem swoje powody. Wyjaśnię ci przy innej okazji. – puścił jej oczko, jakby miał zamiar jej później opowiedzieć ciąg dalszy jakieś opowiastki, dobranocki, czy czegokolwiek innego, a nie historii swojego życia.
– Ale masz się za co utrzymać, to pół biedy. Znajdziesz inne mieszkanie. – próbowała go pocieszać, ale on wcale nie był tym faktem załamany.
– No z tym tez nie jest za wesoło. Zdążyłem jedynie opróżnić jedno z kont, zanim zablokował mi kartę. Musiał się nieźle wpienić. – ta sumka musiała być okrągła jak pomyślała Basia, skoro tu z nią siedzi taki beztroski. – Nie jest tego za dużo. Było jakieś parę tysięcy, ale wszystko z tego przeważnie poszło na benzynę i jedzenie. A teraz trzeba na nie zarobić, a nocleg to, to, co widzisz. Dżip lub namiot! – była tym wszystkim zdumiona.
¬¬– Nie wierzę…Byliśmy tak blisko twojego namiotu, a ty mi nic nie powiedziałeś. Tylko dopiero teraz…
– A co? Miałem zaprowadzić cię na chatę? Co byś sobie o mnie pomyślała! – zaśmiał się znowu.
– Nie żartuj, to poważna sprawa. Od jak dawna tak…żyjesz? Dojechałeś tu aż spod Warszawy? – zadawała pytanie za pytaniem.
– Nawet nie wiesz jaka to frajda! Zatrzymujesz się gdzie chcesz, śpisz gdzie chcesz! Widzisz to, co chcesz! Jeszcze nigdy tak dokładnie nie zwiedziłem tego pięknego kraju! A robię tak od połowy kwietnia i mi się nie nudzi!
– Ja rozumiem, że to dla ciebie przygoda życia, spodobało ci się życie tułacza, ale człowieku kiedyś skończą ci się pieniądze i co wtedy?! Pójdziesz pod most! No pomyśl trochę.
– Wiem, dlatego mam plan. – pochwalił się.
– Jaki?
– Siostra mojego ojca mieszka w Paryżu. Chyba nie wyrzuci swojego chrześniaka! – nie miała na niego siły.
– Chcesz jechać aż do Paryża! Nie, ty chyba kompletnie zwariowałeś…
– Co prawda byłem tam tylko raz, nie znam jej dokładnego adresu, ale poradzę sobie. – Basia schowała twarz w dłoniach.
Jeszcze nigdy nie spotkała osoby z tak luźnym podejściem do ważnych spraw.
¬¬– Właściwie to jesteś pierwszą osobą z która dłużej gadam i nie zapytałem tylko o drogę. – spochmurniał nagle.
Właśnie teraz dotarło do niego dlaczego nie ruszył już dalej. Polubił ja, nawet bardzo. Traktował ją nawet już nie tylko jak koleżankę, ale nawet jak przyjaciółkę. Chyba nawet nie musiał jej tego mówić, ona traktowała go tak samo. Miał nadzieję, ze tak samo… To przyjaźń z Basią go tu trzymała, a można i powiedzieć, że hamowała. Musiał podjąć jakąś decyzję…
Otworzył zamyślony puszkę piwa i popił, spoglądając gdzieś w dal.
Później, gdy nie pilnowany ogień całkowicie dogasł, odprowadził Basię pod dom Małgosi. Oboje jednak myli dziwnie milczący.

*****

Byli umówieni przed sklepem o wpół do trzeciej, zaraz po obiedzie u Małgosi. Czuła, że i tak nie będzie mogła nic przełknąć z podekscytowania kolejnym spotkaniem. Najchętniej wykręciłaby się z tego całego obiadu, wsiadła na rower i ile sił w nogach podeptała do jej ukochanej wioski, by znów przypadkiem spotkać Marka.
Nie mogła się doczekać.
Siedząc w towarzystwie rodziców i samej Małgosi miała wrażenie, jakby siedziała na igłach, a nie miękkiej poduszce przymocowanej do krzesła. Wierciła się, zmieniała pozycję.
Nic.
Ciągle to drażniące uczucie, te ukłucia, do których jednak była już przyzwyczajona. Umiała je na tyle ignorować, żeby mogła się skupić na odliczaniu czasu.
Co chwila spoglądała na ogromny zegar, stojący w jadalni, ale jego wskazówki ciągle stały w miejscu! Zezłoszczona tym, że być może specjalnie się nie poruszają, gdy na nie patrzy, odwróciła wzrok. Wymieniła szybkie spojrzenie z kawałkiem świeżo upieczonej ryby i ponownie spojrzała na zegar. Znów to samo.
Ten zegar się zatrzymał! Albo zwyczajnie popsuł. I wcale by się nie zdziwiła, bo ten zabytek ma co najmniej 100 lat! A może zbyt często na niego patrzyła?
Wzięła głęboki oddech, by się uspokoić. Nerwy mogłyby jej w tym momencie jedynie zaszkodzić, a przecież musi być gotowa na spotkanie.
Byli umówieni.
Byli umówieni?
Zaraz, zaraz. Dotychczas nigdy nie umawiali się na spotkanie. Odbywało się to raczej przypadkiem. Przynajmniej ona chciała w to wierzyc, choć teoria Marka, że umie jej czytać w myślach i doskonale wie, kiedy ona pojawi się dokładnie w tym samym miejscu co on wydawała jej się nieźle naciągana.
Coś było nie tak. Umówił się z nią, kiedy wcześniej nigdy tego nie robił. Nigdy wcześniej nie mówił jej wprost gdzie i kiedy będzie na nią czekał. Zawsze, gdy się żegnali, rzucał na odchodne zwykłe „Dobranoc” lub zbawienne „Do jutra”. Ale nic więcej.
Czasami była na niego zła, że jest tak tajemniczy. Ale w swojej tajemniczości był jeszcze bardziej fascynujący. Mimo to nie raz chciała, by łaskawie powiedział gdzie tym razem idą, gdzie się spotkają. Przynajmniej miałaby czas się dostatecznie przygotować. Jednak wizja takiego oczekiwania, jak teraz też nie wydawała jej się zbyt różowa. A nawet podobało jej się, że nie wie, gdzie i kiedy go zobaczy. Miała tylko określony teren do zbadania, teren, gdzie najczęściej się pojawiał, więc nie do końca było też tak, że ich spotkania były jedną wielką niewiadomą. Nie wiedząc kiedy go spotka, miała również większą motywację, by zatroszczyć się o swój wygląd.
Dłużej niż zwykle przeglądała się w lustrze, ale w jej mniemaniu nadal była tylko cieniem człowieka, którego marne ciało nigdy nie było odpowiednie. Wydawało jej się, że widzi przed sobą marną imitację Pinokio, tylko, że nawet on miał już grubsze te drewniane nóżki, niż ona własne, człowiecze. A za niedługo w ogóle nie będzie jej widać. Skurczy się do rozmiarów zapałki albo rozpłynie w niebycie. W żartach nazywa siebie anorektyczką, tylko to „tyczki’ brakowało jej co najmniej 20 cm wzrostu, bo mierzyła skromne 168 cm.
Zajęta rozmyślaniem nawet nie tknęła ryby. Dłubała jedynie widelcem po talerzu. Ale nie w głowie jej było jedzenie. I tak na niewiele jej to pomaga, bo ciągle nie może przybrać na wadze. A poza tym miała teraz ważniejsze rzeczy. Zastanawiała się. Myślała o Marku. Także duchem była całkowicie gdzie indziej.
Małgosia spojrzała na koleżankę z niezrozumieniem.
– Nie smakuje ci? – spytała z troską w głosie.
Dopiero teraz, słysząc zatroskany głos dziewczyny, zaczynały do niej docierać czynniki zewnętrzne i ocknęła się z letargu.
– Nie, nie. Bardzo dobre.
– Twoja mama mówiła, że powinnaś jeść dużo ryb. – przypomniała.
– Usmażyłam ją ze specjalnego przepisu. – uśmiechnęła się matka Małgosi przyjaźnie.
Zdążyła już polubić tą dziewczynę. A i dla Basi rodzina Małgosi była taka przyjazna i opiekuńcza, że nie można było tego nie odwzajemniać. Zwłaszcza, że zaoferowali, że może u nich zostać przez całe wakacje, by nabrała sił i odpoczęła na łonie natury. W mieście trudno o świeże powietrze, zatem Basia nie mogła nie skorzystać z propozycji. Małgosia też bardzo się cieszyła, zwłaszcza, że nie miała rodzeństwa, a Basię traktowała niemal jak siostrę.
– Dziękuję, ale nie musiała pani. – odpowiedzialna skromnie.
Nie chciała sprawiać kłopotu.
– Dla mojej zony to żaden kłopot, a wszyscy chcemy, żebyś czuła się u nas bardzo dobrze. – odezwał się tym razem ojciec, łapiąc za rękę swoją żonę.
Państwo Kamińscy to przykład idealnego małżeństwa.
– Dziękuję i doceniam. – spojrzała na obojga z lichym uśmiechem.
– Nic nie zjadłaś. A może źle się czujesz? – dopytała dla pewności Małgosia.
Była taka kochana. Basia zaczynała mieć wyrzuty sumienia, że ostatnio ją zaniedbała przez te spotkania z Markiem. Małgosia nie należała do osób naprzykrzających się. Nigdy nie narzucała się swoja obecnością, rozumiała, że Basia czasami woli pobyć sama. Nie była tez gadułą, jak Basia. Może dlatego tak dobrze się ze sobą dogadywały. Czasami i bez słów.
– Tak. Wszystko w porządku. – skłamała, ale nie chciała jej na razie mówić o swoich obawach, których dalej nie dawały jej spokoju.
W ogóle nie wiedziała, jak ma jej powiedzieć o Marku. Nigdy nie rozmawiały o facetach, bo nie było o czym. Były same. Nie miały chłopków, by dzielić się wzajemnie doświadczeniami. I właściwie miałaby jej powiedzieć? Nie wiedziała co ją łączy z Markiem. Koleżeństwo? Przyjaźń? A może cos więcej?
I znów gdy pomyślała o Marku i ich spotkaniu poczuła się gorzej. Zaczynała mieć złe przeczucia. Wzrastał w niej niczym nieuzasadniony niepokój.
„Panikuję” – pomyślała.
Przecież nic się takiego nie dzieje. Marek ją zaprosił na spotkanie. Umówili się, to chyba normalne. Może nie do końca w ich przypadku, ale jednak normalne.
Czego miałaby się bać? Nie wyczuła nic niepokojącego wcześniej, kiedy jej to mówił, więc czym miałaby się przejmować teraz? Prychnęła w duchu.
„Idiotko, zamiast się bać niewiadomo czego, powinnaś się cieszyć, że jesteś z nim umówiona”. – dodawała sobie otuchy i pewnie to by poskutkowało, gdyby nagle nie przypomniała sobie wyrazu twarzy, kiedy jej mówił o spotkaniu.
Jego oczy. Były jakieś inne. Poważne. Smutne.
A może jej się tylko wydawało, bo było ciemno, a ona nie była w stanie odróżnić jego oczu od innych ciemnych plam? W ciemności miała trudności z widzeniem. W ogóle ostatnio miała nieostry obraz. Może to ze zdenerwowania. Ostatnio coraz mocniej się denerwowała, gdy spotykała się z Markiem. Tachykardia. Starała się ja ukrywać przed Markiem. I musiała przyznać, że nawet nieźle jej to wychodziło. Pocieszała się, że być może Marek jeszcze nie zdążył zauważyć, że by się uspokoić wcinała batonika?
Wróciła na ziemię, znów wciągnięta w rozmowę, ale dalej niepokoiły ją te oczy.
– Basiu? Mówię do ciebie. – odezwała się Małgosia, ale nie wyczuła w jej głosie złości, że jej nie słucha, a desperację.
– Przepraszam, zamyśliłam się. – wytłumaczyła się, chociaż i tak było jej wstyd i głupio, że tak ją zaniedbuje.
– Pytałam czy może jednak nie chciałabyś się położyć. Nie wyglądasz za dobrze.
Gdy to mówiła, Basia po raz wtóry spojrzała na zegarek.
Pół godziny. Zostało pół godziny.
Zaczęła panikować w duchu, ze nie zdąży.
– Może faktycznie nie najlepiej się czuję. Przepraszam. – skłamała.
I już miała z tego powodu straszne wyrzuty sumienia.
– Nic się nie stało. Odpocznij. Później zajrzy do ciebie Małgosia. – pani Kamińska posłała Basi jeden ze swoich ciepłych uśmiechów.
Basia wstała od stołu i gdy tylko zniknęła z pola widzenia, pobiegła na górę.
– Żal mi tej dziewczyny… – rzuciła smutno pani Kamińska i głęboko westchnęła.
Tymczasem Basia wyciągnęła z szafy najlepsze ciuchy, nie przesadnie eleganckie, by nie wyjść na idiotkę, ale też nie przesadnie codzienne. Przecież Marek mieszka w namiocie, jest spłukany, oni się tylko przyjaźnią, a to wcale nie jest randka.
Wcale nie jest randka.
Wymknęła się niezauważona tylnymi drzwiami. Jak dobrze, że zostawiła rower właśnie tutaj. Szybko na niego wsiadła i pojechała pod ukochany sklep.
Już na nią czekał, oparty o maskę samochodu. Zeszła z roweru i uśmiechnęła się do niego na odległość. Odwzajemnił uśmiech, ale ten jego był jakiś przygaszony.
Udała, że tego nie widzi.
– Cześć – rzuciła wesoło, oszukując samą siebie.
– Hej. – odpowiedział.
– To gdzie idziemy? – odezwała się pierwsza, widząc, że on jakoś nie ma ochoty rozpoczynać rozmowę.
Jej co prawda szło to ciężej, niż jemu, ale to ona przeważnie musiała ciągnąc go za język, by jeszcze kiedykolwiek się odezwał, a ona mogła usłyszeć jego głos.
– Nigdzie nie idziemy. – odparł srogo.
Aż dreszcz przerażenia przeszedł jej po plecach. Nigdy nie mówił w taki sposób.
– Dlaczego? – wtedy się zorientowała. – Aaaa! Jedziemy! – puknęła się w głowę za swoja głupotę.
Przecież nie opierałby się o maskę swojego jeepa, gdyby nie mieli nigdzie jechać.
Uspokoiła się nieco.
– Nie. Jechać, też nie jedziemy. – oparł podobnym tonem.
Zaczynała być przerażona. By nie dostać ataku duszności, zaczęła mocniej oddychać.
Próbowała coś wyczytać z jego twarzy.
Nic.
Nie ujawniał żadnych emocji. Stał jak lodowy posąg. Przypomniał jej się taki film, gdzie ludzie byli kompletnie bez twarzy. Teraz miała przed sobą namacalny przykład.
– Jak to? – spytała, czując, jak do oczu podchodzą jej łzy.
Panikowała i miała to gdzieś.
– Ja jadę. – odpowiedział po dłuższej chwili ciszy.
– Tak szybko? – podziwiała samą siebie, że mimo rosnącej guli w gardle jej głos brzmiał bardzo naturalnie.
Ani razu się nie załamał.
– I tak się tu zasiedziałem. – wyjaśnił, wreszcie spoglądając jej w oczy.
– Gdzie? – dopytała, chcąc wiedzieć, gdzie ewentualnie ma go szukać.
Co prawda opcja, że za jakiś czas ma go tu nie być kompletnie jeszcze do niej nie docierała, ale próbowała się o wszystko wypytać zanim język utknie jej za zębami, a wtedy to już niczego się nie dowie, dobrze znając jego skłonność do gadulstwa.
– Daleko. Do granicy, a wtedy to już autostradą będzie z górki.
„Spokojnie, tylko spokojnie” – mówiła do siebie, choć i tak czuła, że przydałby się jakiś batonik, bo poziom cukrów we krwi spada.
– Nie możesz jeszcze zostać? – nie udało się.
Tym razem jej głos niebezpiecznie zadrżał.
– Po co? I tak niepotrzebnie to przedłużam. Nawet nie wiem dlaczego. Przecież takim samochodem już dawno mógłbym być w Paryżu.
– Zabraknie ci benzyny. – zauważyła, mówiąc głosem zezłoszczonej jedynaczki.
I bardzo cieszyłaby się, gdyby tak się stało. Z całym szacunkiem.
Pomimo, że ich rozmowa nie należała do przyjemnych, nie potrafił się powstrzymać.
Roześmiał się.
Nie poszła w jego śladu. Jeszcze bardziej się zezłościła. Mogła mu wybaczyć, że się z niej nabija. Do tego była już przyzwyczajona. Ale nie wybaczy mu, że się śmieje, kiedy ona ma ochotę się rozpłakać.
– I pieniędzy. – dodała, jakby to cos zmieniało.
Pieniądze zarobi, benzynę kupi.
– Fakt. Coś wymyślę. Znasz mnie.
„Nie, nie znam”. – pomyślała. – „Gdybym znała, wiedziałabym, co powiedzieć, żebyś zmienił zdanie”. Wołała jednak to zachować dla siebie.
– Ale ty nawet nie wiesz, czy ja ciotka cię przyjmie!!! – ona krzyknęła?
Nie wiedziała jakim cudem. Spodziewała się innej reakcji, całkowicie odwrotnej, ale ta o wiele bardziej jej się podobała niż poprzednia.
– Wiem. Najwyżej wrócę. – ten kompletny brak zatroskania o swój los zaczynał jej działać na nerwy.
On się niczym nie przejmował! Olewa wszystko. Wszystko mu zwisa, wszystko ma gdzieś. Wszystko. Luzak jakich mało. Cholera jasna!
Nawet jakby miał mieszkać pod mostem, cieszyłby się, że deszcz mu nie pada.
Co za nieodpowiedzialny, bezmyślny…
– Jakoś to będzie. – dodał, by ją pocieszyć, widząc jej zatroskaną minę.
Z ich dwóch to ona zaczynała się o niego martwić, bo sam tego nie zrobi.
– Jasne. Jakoś to będzie. – powtórzyła za nim. – Cholera jasna. – dodała, czym znów wzbudziła w nim cichy śmiech.
Nie wytrzymała.
– I co się śmiejesz?! Pomyślałeś za co będziesz żył, gdzie spał, jak wrócisz! Jesteś bezdomny, bez grosza przy duszy, a co gorsza masz to w dupie!!! – skrzywił się.
Miała racje. Jednak potrafiła bardzo głośno krzyczeć.
– Martwisz się o mnie? – spytał z uśmiechem.
Otworzyła usta szeroko i czuła, że zacznie się zaraz jąkać.
– O… oczywiście, że się martwię, bo bo…jesteś idiotą!
Nie taki argument właśnie wymyśliła, żeby go tylko zatrzymać.
– Yyyy… dzięki. – rzucił niby dla żartu, ale to, co powiedziała, wcale mu się nie spodobało.
Myślał, że ich pożegnanie będzie inaczej wyglądało.
Przez dłuższą chwile stali w milczeniu.
– Na mnie już pora. – odezwał się pierwszy, ze spuszczoną głową.
Dłubał coś butem w ziemi.
– Już jedziesz? – spytała spanikowana.
Czuła, że zaraz zacznie się dusić.
– Nie jedź. – szepnęła z trudem.
Już nie umiała powstrzymywać łez. Jedna spłynęła po jej policzku, ale szybko jej przetarła, ale i tak zauważył.
– Dlaczego płaczesz? – spytał zdziwiony.
– Bo jedziesz. – mruknęła, spuszczając głowę.
Sama nie wiedziała, dlaczego płacze. Ale nie mogła się powstrzymać. Czuła ból w okolicach serca, który pulsował na całe jej ciało, paraliżując.
– Ej, ej. Jesteśmy przyjaciółmi, tak? – chwycił ją za ramiona.
– Tak. – mruknęła niewyraźnie.
– A o przyjaciołach się nie zapomina. Więc ja nie zapomnę. – pocieszył ją.
– Sraty taty, dupa w kwiaty. – rzuciła, przecierając oczy.
– Co? – wybuchł śmiechem.
– Pstro. – ponownie się odgryzła.
„Raz kozie śmierć” – pomyślała.
I tak już wystarczająco się skompromitowała, zatem nie ma nic do stracenia. Miała gdzieś jakie niebezpieczeństwo może na siebie zesłać. W tym momencie był tylko Marek.
Nic innego się nie liczyło tylko to, że nie chce go stracić. Nie przeżyje, jeśli wyjedzie.
– Zabierz mnie ze sobą. – rzuciła odważnie.
Zauważyła jak marszczy z niezrozumieniem oczy.
– Chcę jechać z Tobą. Też chce przeżyć przygodę życia.
– Nie mówisz poważnie. – wmówił jej.
– Dobrze wiem, co mówię! – postawiła się. – Chcę podróżować, na co nigdy nie będę miała okazji. A dzięki Tobie mogę to spełnić. – wysłuchał ze spokojem jej słów, ale cały czas kręcił głową z dezaprobatą.
– Baśka… To nie jest normalna wycieczka. To szkoła przetrwania! – wyjaśnił jej dobitnie, bo żadne argumenty do niej nie docierały.
– Byłam raz na obozie surwiwalowym i uwierz, że tam było o wiele gorzej! – zbuntowała się, że bierze ją za małą dziewczynkę, a wcale nią nie jest.
Zamilkli.
– Marek, proszę cię. – poprosiła błagalnym tonem.
– Nie. Czułbym się za ciebie zbyt mocno odpowiedzialny. Sam dam sobie jakoś radę, ale z Tobą, musiałbym…
– Nic byś nie musiał. Zachowuj się tak, jakby mnie w ogóle nie było. Nie będę ci sprawiać kłopotu. Najwyżej trochę się za ciebie pomartwię. – zażartowała, ale tego nie kupił.
– Nie! – odparł stanowczo.
Czuła jak znowu do oczu cisną się łzy.
– Proszę cię. – szepnęła ostatni raz.
Czuł się, jakby był między młotem, a kowadłem.
Z jednej strony chciał ją zabrać, bo nie czułby się jak samotny tułacz.
Z drugiej nie mógł tego zrobić, wiedząc, że jakie konsekwencje ma życie tułacza.
Chwilę się zastanowił i coraz bardziej zaczynała mu się podobać ta pierwsza opcja.
Mimo wszelkich swoich obaw, wybrał tą pierwszą.
– Dobrze. – odpowiedział wreszcie.
Słysząc to miała ochotę rzucić mu się na szyję! Zgodził się. Jedzie z nim, choćby i na sam koniec świata, jedzie z nim!
Była taka szczęśliwa! O mało co nie rozpłakałaby się, tym razem ze szczęścia, dopóki nie postawił jej jednego warunku.
– Ale pod jednym warunkiem. – ostrzegł, kiedy za wcześnie się ucieszyła.
– Jakim? – niech ją prosi o wszystko.
Na wszystko się zgodzi!
– Jedziesz ze mną tylko do granicy.
Nie tego się spodziewała. Natychmiast posmutniała, patrząc na niego z niedowierzaniem.

Sfora - 2010-06-01, 18:08

Twins ja pamiętam to opko!!!
I z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy!

isis - 2010-06-01, 18:12

Po dzisiejszym dniu to opowiadanie rzeczywiście jest lekiem na całe zło;)
Dawajcie dalszy ciąg!;)

Twins - 2010-06-02, 20:15

IV

"Do granicy? Co to znaczy do granicy?"
Zastanawiała się ciągle przypominając sobie jego słowa.
Zostawi ją, kiedy dojadą do granicy?
Nie. Tego na pewno nie zrobi. Nie on. Nie Marek. Nie mógłby jej zostawić samej skoro dobrze wie, że kiedy dałby jej w ręce mapę i okręcił w kółko, nie wiedziałaby w którą stronę ma iść. Mimo deklaracji, że odróżnia kierunki świata intuicyjnie. Chyba w to nie uwierzył, ale przynajmniej nie dał tego po sobie poznać. Dziękowała mu w duchu, że nie skomentował jej kiepskiej orientacji przestrzennej na głos. Chyba spaliłaby się ze wstydu.
Nie zostawi jej. Na pewno.
„Do granicy” to nic nie znaczy. Zupełnie nic.
Pewnie powiedział tak tylko po to, by zachować choć odrobinę męskiej stanowczości. By zachować twarz. Nie chciał się przed nią przyznać, jak to facet, że uległ. Uległ babie. To się nazywa mieć dar przekonywania. A może po prostu zrobiło mu się jej żal, że się rozpłakała? Mężczyźni z trudem znoszą, gdy kobieta płacze. Jak dobrze, że nie wiedzą, że to nasza tajna broń. Gdy nie wiesz jak przekonać faceta do swojego zdania – płacz. Wtedy na 99,9 procenta możesz być przekonana, że masz go w garści.
A co jeśli ją jednak zostawi? I płacz nie pomoże? Co wtedy? Co jeśli on to te 0,1 setnych procenta? Dobrze. Marek od początku wydał jej się niezwykły, ale żeby aż tak?
„Do granicy". – powtórzyła w myślach.
Kiedy będzie chciał ją zostawić, ponownie się rozpłacze. Ale wtedy jeszcze bardziej. Na maxa! I wcale nie będzie musiała mieć wyrzutów sumienia, że udaje. Naprawdę się rozpłacze na maxa. Tak, jak jeszcze nigdy w życiu. A wtedy to już na stówkę zmięknie. Musi.
Do granicy.
Do granicy jeszcze daleko. Bardzo daleko. Sam tak powiedział. Na tyle daleko, że po drodze może się jeszcze wiele wydarzyć. Jest zatem wiele czasu do namysłu. Może zmienić zdanie. Nawet jeśli dalej miał ten idiotyczny pomysł, by ją zostawić, ona zrobi wszystko, by mu go wybić z głowy. W ostateczności powie mu tak do słuchu przed granicą, że odechce mu się zostawiać bezbronnych, nieporadnych dziewcząt na najbliższe kilkadziesiąt lat! Naje się wstydu przy celnikach, a wtedy to już na pewno nie będzie miał innego wyboru, jak ją zabrać ze sobą, nawet jeśliby tego nie chciał.
Nawet jeśliby jej nie chciał.
„…A jeśli mnie jednak zechce?”
Pokręciła głową gwałtownie. Czy w tym momencie myślała tylko o ich wspólnej podróży czy o…Nie, nie. Stop. Chyba z tego wszystkiego za bardzo się rozpędziła.
To pewnie z podekscytowania. Szybko odsunęła tą przykrą myśl na bok i doszła do wniosku, że powinna się cieszyć, że w ogóle jedzie. Przecież mógł się nie zgodzić.
„Głupia”. – pomyślała.
Na jej ustach zagościł szeroki uśmiech.
Weszła po kryjomu po schodach na górę, mając nadzieję, że nikt nie odkrył jej nieobecności. Dom był duży, a ona miała odpoczywać i nikt nie miał jej przeszkadzać.
Niestety, gdy znalazła się tuż przy drzwiach i miała pociągać za klamkę, z pokoju naprzeciwko wyszła Małgosia.
– Basia? – spytała, a dziewczyna poczuła przypływ paniki.
Nigdy nie umiała kłamać, tym bardziej byłoby jej trudniej oszukać Małgosię. Bez trudu wyczuwała kłamstwo na kilometr.
Basia już szykowała jakaś wymówkę, kiedy Kamińska odezwała się pierwsza.
– Już się dobrze czujesz? Lepiej wyglądasz. – uśmiechnęła się przyjaźnie.
Chciała powiedzieć, że promieniała szczęściem, ale to zostawiła dla siebie.
– Tak, o wiele.
– Bardzo się cieszę… – dodała, ale wyczuła po jej minie, że nie to ma na myśli.
Chciała ją o cos zapytać, ale zastanawiała się, czy wypada.
Basia poczekała, czy sama zacznie, czy ma jej ułatwić, by mogła się wysłowić. Jednak ona zaczęła.
– Tak się zastanawiałam, czy poszłabyś ze mną teraz na spacer? Ostatnio gdzieś znikasz i prawie cię nie widuję… – szybko pożałowała, że pozwoliła sobie powiedzieć o swoich odczuciach wprost, bo przecież nigdy nie chciała, by Basia czuła się zobowiązana, by dotrzymywać jej towarzystwa tylko dlatego, że jest u nich na wakacjach.
Poprawiła się.
– Znaczy…Nie pytałam oczywiście gdzie chodzisz, ale trochę się nudzę sama. – rzuciła smutnym tonem, aż Basia poczuła okropne wyrzuty sumienia.
Gosia była młodsza o rok i bardziej dziewczęca, i potulna niż ona. Była dla Basi jak młodsza siostra, której nigdy nie miała. Ale zwykle to Gosia bardziej się o nią troszczyła.
Nie mogła jej tym razem odmówić, tym bardziej, że za kilka godzin jest umówiona z Markiem na potajemne spotkanie i niewiadomo kiedy następnym razem się zobaczą.
Swoją drogą słowo „potajemne” bardzo jej się podobało, jednakże….
Zniknie bez pożegnania.
Było jej przykro z tego powodu, ale nawet jej nie mogła powiedzieć. Od razu w trosce o nią powiadomiłaby jej albo swoich rodziców, a wtedy nici z wyjazdu.
– Jasne, że z Tobą pójdę. – odpowiedziała, zanim zdążyła skończyć.
– Naprawdę? …Ale jak nie chcesz, to nie musisz.
– Chcę. Bardzo chcę. – uśmiechnęła się. – Chodźmy.
Połączy przyjemne z pożytecznym, przeszło jej przez głowę.
Przyjemne, bo lubiła spędzać z nią czas.
Pożyteczne, bo wtedy jeszcze bardziej nikt nie zabierze podejrzeń, że szykuje się do ucieczki.
Tak ucieczki. Teraz to do niej dotarło. Ucieka z chłopakiem.
Po wspólnym spacerze, została jej tylko godzinka, by się wyszykować. Wbiegła po schodach na górę i wyciągnęła z szafy torbę podróżną. Wpakowała tam wszystkie pary spodni, jakieś bluzki, buty, swetry i kurtkę. Wcisnęła kosmetyczkę i kilka najpotrzebniejszych kosmetyków. Wzięła też na wszelki wypadek komórkę i ładowarkę, by wreszcie podejść do szuflady, gdzie miała schowany portfel. Zabrała ze sobą kartę kredytową i wszystkie oszczędności, jakie tylko tutaj przywiozła. Gdy wydawało jej się, że ma wszystko, co potrzeba, przypomniała sobie, że zapomniałabym o najważniejszym. Wyciągnęła z szuflady teczkę, z której pobrała plik malutkich karteczek, przypominających wyglądem receptę i przykucając, zajrzała do plecaka. Widocznie nie była usatysfakcjonowana zawartością, bo znów podeszła do szafy i wyciągnęła z niej małą lodówkę turystyczną.
– Nie. – szepnęła.
Tego obawiała się najbardziej. No nic, będzie musiała ją zabrać ze sobą.
Gdy była już pewna, że zabrała wszystko, spojrzała w lustro. Nie podobał jej się ten strój. W tych spodenkach wyglądała jak patyczak. Obejrzała się dokładnie z przodu i z tyłu, po czym znów nieznacznie skrzywiła. Kompletnie nie miała kobiecych kształtów.
Nagle wpadł jej pewien pomysł. Ściągnęła z wieszaka dawno nie noszoną sukienkę. Założyła ją tylko raz na wesele kuzyna, w zeszłym roku.
Co jej przyszło do głowy by założyć ją właśnie dzisiaj?
Była to sukienka do kolan zakończona falbanką, w stylu lat 50. Poszerzana od pasa, w formie dzwonu. Biała, w czarne groszki i czarną wstążką na środku, w pasie. Z przodu miała charakterystyczny kołnierzyk, zgodnie z duchem tamtych czasów, który zaokrąglał się na całej szyi, przez co plecy były odkryte tylko do linii łopatek.
Do tej „kreacji” dodała czarnobiałe trampki, które tworzyły zgraną całość.
Wyglądała prześlicznie. Młodzieńczo, dziewczęco, świeżo. Musiała przyznać, że w tym stroju czuła się już bardziej kobieco, niż w poprzednim. Ten przynajmniej formował jej sylwetkę w odpowiednio, choć w nieco oszukańczy sposób.
Uśmiechnęła się do siebie, na szybko poprawiła luźno puszczone blond włosy. Zakręciła trochę końcówki, ale jej włosy jak zwykle nie chciały się układać.
Dla własnego zdrowia psychicznego tłumaczyła sobie, że po prostu jej włosy nie lubią sztucznych eksperymentów i wolą, jak za bardzo się przy nich nie kombinuje.
To ją uspokajało, by nie wyrwać sobie ze złości całego pukla.
Obejrzała ostatni raz pokój, w którym mieszkała przez ten czas i miała już wychodzić, po kryjomu, by nikt jej nie zauważył, kiedy zrozumiała, że nie może tak zniknąć, bez jakiejkolwiek wiadomości. Nie chciała, by się martwili. Choć pewnie i tak będą.
Nie chciała tak wyjeżdżać bez pożegnania z Małgosią.
Wyzwała z notesika samoprzylepną karteczkę i usiadłszy przy biurku, nakreśliła parę
słów do dziewczyny, mając nadzieje, że zrozumie jej sytuację.

Droga Małgosiu,
Nie chciałam tak znikać bez pożegnania. Nie umiałabym, dobrze wiedząc, jak bardzo byś się o mnie martwiła. Nie po tym co zrobiłaś dla mnie Ty i Twoi rodzice.
Nie mogłam Ci tego wcześnie powiedzieć, bo wtedy byś mnie powstrzymała a on by wyjechał i już nigdy więcej bym go nie zobaczyła.
Poznałam Marka kilka dni temu. To bardzo fajny przyjaciel. Jedzie do Paryża, do ciotki. Wybieram się razem z nim, by przeżyć przygodę życia.
Zrozum, to dla mnie bardzo ważne. Znasz moich rodziców. Gdyby nie Marek nigdy nie miałabym okazji poznać, jak to jest czuć się całkowicie wolnym, beztroskim.
A przy nim czuje się, jakbym dostawała zastrzyk energii. Znów wracają mi chęci do życia, nadzieja, że będzie lepiej.
Jest dla mnie lekiem na całe zło.
Nie szukajcie nas. I nie mów o tym liściku nikomu, proszę. Zwłaszcza mojej matce.
Nic mi nie będzie. Jestem bezpieczna.
Wrócę. Mam nadzieje, że z Markiem. A jak nie, to wiesz gdzie mnie szukać.

Całuje i bardzo cię kocham,

Basia.


Nie wiedziała, dlaczego zachciało jej się płakać.
Przykleiła karteczkę do korkowej tablicy. Z trudem zabrała lodówkę, plecak i torbę podróżną i nie wydając przy schodzeniu większych odgłosów, ponownie wyszła tylnymi drzwiami. Przewiesiła przez kierownicę lodówkę i plecak i tak, niezauważona, wymknęła się, powoli krocząc w kierunku miejsca ich zbiórki.

*****

Udawała, że nic się nie dzieje. Wszystko jest tak jak zawsze. Zero podejrzeń. Zero nienaturalnych zachowań. Zupełnie nic nie kombinuje, z u p e ł n i e niczego nie knuje. Jest jak zawsze grzeczna i ułożona. Gdzieżby miała uciekać z chłopakiem, którego poznała zaledwie parę dni temu!
Szła uliczką prowadzącą w stronę Kościoła. Było to drugie, zaraz po sklepie, miejsce spotkań okolicznych mieszkańców. Takie centrum wioski.
Ubrała się bardziej odświętnie w zwiewną sukienkę do kolan przez to miejsce wydawało się być idealne na spotkanie się z Brodeckim.
„Ale tylko dlatego, by nikt nie zabrał podejrzeń” – tłumaczyła sobie, próbując oszukać samą siebie.
Tak naprawdę chciała zrobić małe wrażenie na Marku. Ciągle widział ją w mało kobiecych bojówkach, czasem tylko w dżinsowych rybaczkach. No chyba, że pogoda naprawdę dopisała i założyła szerokie w nogawkach szorty.
Czuła jakąś dziwną dla niej fale ekscytacji, podniecenia. Nie mogła się doczekać, kiedy wsiądzie do jego samochodu i wyjadą nie wiadomo gdzie.
Po drodze nie zwracała już takiej uwagi. Wszyscy przechodnie zdążyli się już przyzwyczaić do jej obecności i nawet polubić. Zsiadła z roweru, który przypięła w odpowiednim miejscu przy sklepie. Wskoczyła jeszcze po batonika, za którego zapłaciła złoty pięćdziesiąt i wreszcie mogła skręcić na chodnik prowadzący do Kościoła. Obejrzała się jeszcze tylko, czy nikt nie patrzy i weszła. Na szczęście dla niej nie było Mszy.
Przyklęknęła i przeżegnała się. Wstając, rozglądała się dookoła.
Kościół był prawie pusty. Na pierwszy rzut widziała jedynie modlącą się starszą kobietę. Dopiero później dostrzegła siedzącego Marka przy jednej z ławek.
Idąc główną nawą zachowywała się tak, jakby w ogóle go nie znała. Przysiadła się obok niego, ciągle ze wzrokiem wbitym w ołtarz.
– Cześć. – odparł jako pierwszy.
Uśmiechnęła się delikatnie słysząc jego aksamitny głos, ale Marek nie mógł tego zobaczyć także patrząc wprost przed siebie.
– Cześć. Jestem gotowa! – zapewniła zbyt głośno, znowu czując te dziwne mrówki w żołądku na myśl, że już zaraz ruszą razem w drogę.
– Ciszej… – upomniał dziewczynę.
Mieli w końcu nie zwracać na siebie uwagi.
– Przepraszam… – wyszeptała, a z jej ust nie schodził uśmiech. – Idziemy?
– Nie wiem, czy dobrze robie zabierając cię z sobą. – również mówił cicho, by tylko ona usłyszała.
On nie musiał. Ważne, że Basia wiedziała, że tak. O niczym innym nie marzyła.
– Możesz się jeszcze rozmyślić. – ciągnął. – Byłbym ci nawet wdzięczny, gdybyś to zrobiła.
Nie zauważyła jednak, ze Marek ciągle bił się z myślami.
–Ale za to ja wiem, co robię. – zapewniła, by nie miał wątpliwości. – Chyba…Chyba się nie rozmy-śliłeś? – dodała z nutka przerażenia, że mógł zmienić zdanie.
Nie zniosłaby tego. Nie teraz, kiedy już się nastawiła na wspólną przygodę.
– Nie. – poczuła wielką ulgę.
Znów na jej twarzy pojawił się uśmiech. Z dołeczkami na policzkach wyglądała niezwykle dziewczęco i niewinnie.
– Samochód zaparkowałem z tyłu. Wyjdę pierwszy, a ty chwile po mnie, zgoda?
– Ok. – przytaknęła.
Chciało mu się śmiać. Jeszcze nigdy nie spotkał tak potulnej dziewczyny. Bał się, że to tylko pozory, by postawić na swoim i jeszcze pokaże mu swoje pazury.
Wydała się Markowi naprawdę zdeterminowana na ten wyjazd.
– A nie chcesz najpierw się z nim spotkać? – skinął głową z szelmowskim uśmiechem na księdza siedzące w konfesjonale.
Zmrużyła oczy z niezrozumienia. Robiła to zawsze zabawnie.
– Musisz opowiedzieć wielebnemu do czego ty mnie dziewczyno zmuszasz! – poskarżył się na żarty, jakby to ona była winna tej całej sytuacji.
– Gdybym jeszcze robiła coś złego, ale nie! Idź już lepiej i nie marudź. – czyżby to teraz ona go strofowała?
Zaśmiał się na tą odpowiedź. Wiedział jednak, że każda dziewczyna lubi sobie porządzić facetem. A przeważnie to on lubił się z niej nabijać.
Wstał wreszcie i wyszedł z Kościoła. Ona zrobiła to chwile po nim, jak to uzgodnili. Kiedy do niego doszła siedział już w samochodzie. Otworzyła przednie drzwiczki i usiadła na miejscu dla pasażera.
– Zapnij pasy. – przypomniał, a Basia tylko przewróciła oczami.
Doskonale wiedziała, co ma robić. Nie musiał jej pouczać.
Nie cierpiała tego.
Przypomnieli się jej rodzice. Od razu dostawała szewskiej pasji, kiedy ktoś mówił jej co ma robić jakby dorastała jedynie do kantu stołu i miała skończone dopiero pięć latek.
– Wiem. Tylko poczekaj! – rozpięła plecak, który wcześniej położyła sobie przed nogami, wsiadając (większy od tego z którym stale chodziła).
Wyjęła z niego niewielką lodówkę turystyczną.
– Masz miejsce w bagażniku? – zapytała, zdając sobie sprawę, że Marek patrzy na nią teraz jak na wariatkę.
– Ale po co ci to? Mam lodówkę i to jeszcze większą od tej twojej. Będzie tylko niepotrzebnie zajmować miejsce w samochodzie. – wyjaśnił, choć i tak wiedział, że to przegrana sprawa.
I tak ją już tu zdążyła przytaszczyć.
– Dobra, daj, zaniosę ją. – chciał już po nią sięgać, kiedy dala mu po rękach.
Zaniemówił wyraźnie zaskoczony, spoglądając na Basię nieco ku niej pochylony,. Jego mina wyrażała wszystko – niezrozumienie dlaczego to zrobiła.
Musiała jednak tak postąpić, nie miała innego wyjścia. Nie lubiła jak ktoś szperał w jej rzeczach. A Marek z pewnością należał do takich osób. Z pewnością zajrzałby co trzyma w środku, a nie było to chłodzone piwo.
– Klucze? Sama ją zaniosę. – oznajmiła.
W duchu jednak chciało jej się śmiać, widząc jaki od razu stał się grzeczny. Podał jej klucze bez słowa, a dopiero gdy uchyliła drzwi, dodał:
– Tylko niczego tam nie przestawiaj. – ostrzegł dziewczynę.
Wyszła, otworzyła bagażnik i położyła lodówkę obok tej Marka. Zatrzasnęła klapę i wróciła powrotem do środka.
– Co ty tam trzymasz, co? Skarby jakieś? – dziwnie spodziewała się tego pytania z jego strony.
Zamachała mu przed nosem butelka schłodzonej wody mineralnej.
Zaśmiał się, a Basia zaraz za nim.
„Ma tam cały zapas” – pomyślał i znowu miał ochotę wybuchnąć śmiechem.
Jeszcze nigdy nie spotkał takiego „pijaka”. Piła za ich dwóch, on natomiast jak wielbłąd – raz na miesiąc. No chyba, że lał się żar z nieba lub uprawiał sport.
– No to ruszamy. – oznajmił.
Nie miał najmniejszego pojęcia jak czekała na te słowa!
Nawet nie słyszała kiedy zapalił silnik. Chodził tak cicho. Nie to co samochód jej ojca, który wydawał z siebie przeciwny charkot. Pierwszy raz jechała takim autem i to było dla niej pierwszą atrakcją.
– Tylko uważaj, szybko jeżdżę. – wolał ja uprzedzić.
– Masz takie auto, to się nie dziwie, ale mi to nie przeszkadza.
Ba, nawet by sobie tego życzyła. Jeszcze nigdy nie jechała niezgodnie z przepisami.
Przy Marku jednak nie miała takiej możliwości. Jeździł szybko, ale bezpiecznie, a gdy już nagiął prawo, robił to tak, by nikt nie zauważył.
¬– Właśnie…jest twoje? – zapytała, spoglądając w jego stronę.
Wreszcie miała okazje o to zapytać. Marek natomiast zerkał to na drogę, to na Basię, zdziwiony tym zapytaniem.
– Moje, a czyje? Kupiłem je niedawno. Właśnie na takie wyjazdy jak teraz. – wyjaśnił.
– Jest cudny! – pochwaliła. – A teraz, dokąd jedziemy? – była tego strasznie ciekawa.
– Nie wiem, jak daleko się da, dopóki nie skończy się benzyna. To twoje cudo cholernie dużo pali.

V

„Mogłam się tego spodziewać.” - pomyślała bezradnie.
Mogła się spodziewać, że po drodze złapią gumę.
Albo tego, że Marek będzie chciał się popisać przed nią swoją super szybką bryką, z której się nabijała i rozpędzi tą wycieczkowa krowę, mimo jej olbrzymich rozmiarów, przytrzymując coraz odważniej padał gazu. Przekroczą dozwoloną prędkość powyżej tej, która jest na znaku, trochę naginając w ten sposób przepisy. Ale na szczęście zostaną złapani na gorącym uczynku przez radiowóz policji drogowej, który patrolował ulice akurat w tym miejscu i dostaną olbrzymi mandat za to bezmyślne wykroczenie.
To by było raczej do przewidzenia.
Prędzej mogłaby się spodziewać, że rodzice rozpoczną poszukiwania ich nierozsądnej córeczki, co nawet jej się podobało. Czułaby się wtedy jak w tym filmie: „Ścigany” z Harrisonem Fordem. Znając rodziców postawiliby na nogi całą policję w Wielkopolsce i okolicach, by ją odnaleźć, a Marka wsadziliby do więzienia za porwanie. Pomijając fakt, że ona jest już dawno pełnoletnia, wcale nie została porwana, a uciekła z domu swojej koleżanki z własnej, nieprzymuszonej woli, z chłopakiem, którego zna zaledwie kilka dni, a Marek nie jest byle jakim kidnaperem. A nawet jeśli byłaby to prawda to ona nie stawiałaby najmniejszego oporu porywaczowi i z chęcią dałaby się wywieść tam, gdzie by chciał.
Właściwie to ona, dwudziestotrzyletnia Basia S. ma więcej na sumieniu. Przymusiła biednego chłopaka, by ją zabrał ze sobą w siną dal, stosując ewidentny szantaż emocjonalny, co grozi uszczerbkiem na jej zdrowiu fizycznym, jak i psychicznym poszkodowanego. Bo tego, że podczas podróży będzie czasami irytująca, drażniąca dla Marka była pewna. Przecież nikt by z nią nie wytrzymał więcej niż pięć dni, a wokół nikogo innego. Tylko ona. No, może z wyjątkiem Małgosi. Jeszcze nie do końca wiedziała czym go zdenerwuje i jak bardzo jest uodporniony na wszelkiego rodzaju męczące potoki słów i uciążliwe towarzystwo rozentuzjazmowanej tym wyjazdem dziewczyny, czego Marek kompletnie nie rozumiał, ale była pewna, że nie raz będzie miał jej dosyć. Zwłaszcza, że on jak dotąd prowadził życie samotnika, niczym Robinson na bezludnej wyspie, a teraz będzie musiał ją znosić przez 24/h. Nie była przekonana, czy do końca odpowiadał mu ten układ, a rola upierdliwego Piętaszka wcale jej się nie podobała.
Tak, to też byłoby do przewidzenia.
W zasadzie mogła się spodziewać wszystkiego… tylko nie tego, że po raptem 30 km od miejsca, z którego wyruszyli zabraknie im benzyny.
– Co się stało? Dlaczego nie jedziemy? – zapytała, kiedy samochód nagle stanął, a z miny Marka nie mogła nic wyczytać.
Siedział z rękoma na kierownicy i spoglądał martwym wzrokiem przed siebie.
Miała wrażenie, jakby próbował znaleźć w sobie opanowanie i z miną zimnego kamerdynera wreszcie oświadczył.
– Zabrakło benzyny. – nie spojrzał na Basię, tylko kilka razy uderzył obiema rękoma w kierownicę, aż samochodem nieźle zatrzęsło.
„Zabrakło benzyny” – doszło do niej z opóźnieniem.
By nie wpaść w panikę uznała to za normalna postać rzeczy. Kiedyś wszystko się kończy, nawet benzyna. Zwłaszcza benzyna w tak wielkim silniku. Wolała nie interpretować tego jako znak od niebios, dający jej do zrozumienia, że daleko nie zajedzie.
– Uważaj, bo zrobisz mu krzywdę! – odezwała się wreszcie, spanikowana.
Dla niej ten samochód to jedyna nadzieja, by mogli jechać dalej. Nie, żeby wątpiła w zdolności Marka, ale wolała jednak podróżować w wygodnym fotelu, niż pieszo.
Poza tym już lubiła ten samochód.
Marek za to spojrzał na dziewczynę z niezrozumieniem. Martwiła się bardziej o samochód, niż o niego?
– Nie martw się, nie uszkodzę już bardziej tego grata! – mruknął niezadowolony i odpiął pasy.
Wysiadł z samochodu, zatrzaskując drzwi i otworzył przednią maskę, pod którą zajrzał.
Nie wiedziała po co to robi, bo samochód wcale nie jest zepsuty, tylko spragniony, ale nie skomentowała tego, znając skłonności niektórych mężczyzn do zaglądania pod maskę. Dobrze, że marek nie wykazywał tej do rozbierania na części.
Nie spodobało jej się też to, jak o nim powiedział. Dla niej jest cudny!
– Myślałam, że lubisz ten samochód… – rzuciła z przekąsem, zostając w środku.
– Bo lubię. – odpowiedział szczerze. – Ale nie lubię, jak mi się wykręca taki numer! – odparł, unosząc palec w górę i zatrzasnął klapę.
– Jak mogłeś mi to zrobić? – rzucił szeptem do auta, opierając o nią dłonie. – A ja ci niedawno wymieniłem olej, a ty mi się tak odwdzięczasz? Niewdzięcznik!
Zamilkł nagle. Czyżby właśnie rozmawiał z nieżywym przedmiotem? Pokręcił głową. To pewnie przez tą temperaturę. Zrobiło się cieplej.
– Nic się nie da zrobić? – zapytała, kiedy i ona wysiadła z samochodu.
Pokręcił głową.
– Nie. Zdechlak stanął na amen. – kopnął butem w masywną oponę, czego szybko pożałował, bo syknął z bólu.
Należało mu się, przeszło jej przez głowę.
– Jak możesz tak mówiąc! – oburzyła się ostatnim określeniem. – Jemu po prostu chce się pić! – spojrzała na nim z tańczącymi ognikami w oczach, jakby powiedział coś obraźliwego, a on tylko wyzwał samochód od „zdechlaka”.
Marek przez chwilę spoglądał jej w oczy z głupim uśmiechem, aż wreszcie wybuchł.
– Pić? – zapytał, dalej się nabijając. – Szkoda, że mu się zachciało na tym pustkowiu! – zakpił.
Jeszcze chwila a się na niego obrazi. Być może wybrał sobie nieodpowiednie miejsce, ale ona potrafiła go zrozumieć.
Za to dla Marka zachowanie Basi było dziwne. Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji. Utknęli na środku pustej ulicy, przez którą od 5 minut nie przejechał ani jeden samochód i na nic takiego się na razie nie zanosiło.
– A ty sprawdziłeś ile masz benzyny, zanim wyjechaliśmy? – zapytała podchwytliwie, na co marek wymienił z nią tylko szybkie spojrzenie i szybko odwrócił wzrok, by się nie domyśliła, jaka jest odpowiedz.
– No właśnie! – nie udało się.
I tak się domyśliła.
– Chodź! Musimy znaleźć stację benzynową. – zawołała ochoczo.
Nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się w kącikach ust.
– Chcesz go tu tak zostawić? – zapytał ze śmiechem.
– Nie, nie zostawić… – zaprzeczyła kręcąc głową z uśmiechem, ale kiedy nagle uświadomiła sobie, jakie to niebezpieczne zostawiać go bezbronnego na pastwę złodziei, szybko zmieniła zdanie. – Albo nie! – zrobiła gest dłonią, jakby chciała go zatrzymać. – Ty tu zostań, a ja pójdę! Takich stacji jest tu na pewno co kawałek… – pocieszała się, że wcale nie będzie musiała daleko iść.
Nie wytrzymał. Gdy się odwróciła, zawołał donośnie.
– Baśka! Najbliższa stacja benzynowa jest za 10 km! – odwróciła się z miną pełną przerażenia, a Marek roześmiał się, ukazując szereg białych ząbków.
Lubiła najbardziej ten rodzaj jego uśmiechu, ale w tym momencie odstawiła na bok swoje fascynacje.
– Skąd wiesz? – spytała, chcąc nabrać pewności, że znów się z niej nie nabija.
– Mam w samochodzie nawigację GPS. Namierza nawet niektóre radary. – rozszerzyła szeroko usta, nagle przypominając sobie o tym małym urządzeniu na szybie, ale wcześniej nie przyszło jej to do głowy.
– Ale nie można do końca ufać urządzeniom. Ktoś się już na tym przejechał. – przypomniała sobie śmieszny filmik, jaki oglądała w sieci.
– Tej można. Jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. – zapewnił, a Basia tylko westchnęła i wróciła do Marka.
– To co robimy?
– Nie wiem. Daj mi się zastanowić. – no tak.
Marek z pewnością nie raz wychodził z takich opresji. Na pewno zaraz coś wymyśli.

*****

– I co? Wymyśliłeś już? – spytała po 15 minutach, kiedy oboje siedzieli na masce samochodu w kompletnej ciszy.
Nie chciała przeszkadzać Markowi w procesie tworzenia genialnego pomysłu. Chłopaka oczywiście to nie drażniło, ale nic nie powiedział, tylko skrycie się śmiał.
– Jeszcze nie. – spojrzała na niego agresywnie. – Myślę. – odparł, z pięściami przystawionymi do ust
Nie wytrzymała.
– Tak siedząc to na pewno nic nie wymyślimy! – zaczęła narzekać, wsuwając się z maski, co zamiast denerwować Marka jeszcze bardziej śmieszyło.
– A masz jakiś lepszy pomysł? – zapytał, ledwo powstrzymując śmiech.
Widząc jego lekceważący wzrok, uniosła bojowo głowę.
– A właśnie, że mam! – rzuciła z błyskiem w oku i stanęła na poboczu, z wyciągniętym kciukiem.
Marek parsknął śmiechem.
Ruch co prawda trochę się ożywił, ale i tak złapanie stopa graniczyło z cudem.
– Myślisz, że to się uda? – krzyknął, gdy się oddaliła.
– Jedzie! – krzyknęła, ignorując jego ostatnie słowa.
Pomachała jak rasowy autostopowicz, ale się nie udało. Samochód się nie zatrzymał.
– Mówiłem, że to się nie uda! – krzyknął, ale ponownie nie odpowiedziała.
Przy piątym samochodzie miała dosyć. Wróciła do Marka z miną: „Co robie nie tak?”.
Wzruszył tylko ramionami ze śmieszną miną.
– Może jestem za mało widoczna?
– To może przyczep sobie odblask? Będziesz świecić z 50 m. – zaproponował na żarty, ale wcale się jej nie spodobał.
– Bardzo śmieszne. – skarciła go. – A może bym się tak położyła na jezdni?
Widziałam kiedyś taki film i… – przerwał jej gwałtownie.
– Baasiu, nawet jakbyś stanęła nago na środku jezdni nikt by się nie zatrzymał! – wyjaśnił śmiejąc się z jej naiwności.
– A wiesz? Nawet to nie głupi pomysł! – uśmiechnęła się przebiegle.
– Co? Chcesz się rozebrać? – zapytał, śmiejąc się.
Nie wierzył, że byłaby do tego zdolna. Ba, był pewien.
– Mam lepszy pomysł. – odeszła od Marka, biorąc do ręki karnister.
W Marku zaczęły już narastać wątpliwości. Czuł się za nią w pewnym sensie odpowiedzialny i nie pozwoli, by paradowała nago po ulicy. Nie może jej zobaczyć nago. Po prostu nie może!
– Baśka, wracaj tu! – zawołał.
– Cicho! – odkrzyknęła i pochyliła się, by położyć karnister na ziemi, po czym, zaczęła oglądać swoją sukienkę.
Było jej strasznie szkoda. Naprawdę jej się podobała. I była chyba jedyną, w której nie wyglądała jak szkielet. Tym bardziej było jej żal.
Ale nie miała wyjścia. Musiała ją poświecić.
– Przepraszam, ale muszę. – powiedziała cicho.
Chwyciła rąbek w szewku i pociągnęła, rozrywając ją do linii przed kolana.
Z drugiej strony zrobiła to samo. Spróbowała jeszcze naokoło skrócić ją tak, by była równo, tak samo z przodu, jak i z tyłu według zagięcia.
Sukienka Basi mierzyła teraz do ¾ jej ud.

Chcę oglądać twoje nogi
Nogi, nogi, nogi…

Natomiast Marek gdy tylko zobaczył co zrobiła, wybuchł śmiechem, prawie zwijając się w kłębek. Nie mógł przestać się śmiać. Ta dziewczyna coraz bardziej go zaskakiwała.
Basia była nawet zadowolona ze swoich zdolności krawieckich. Efekt przeszedł jej najśmielsze oczekiwania i mogła pokusić się o stwierdzenie, że sukienka wygląda teraz o wiele lepiej niż przez skróceniem.
Uśmiechnęła się z zadowoleniem i odwróciła na chwilę głowę w kierunku Marka.
Pokiwał głową i wystawił kciuk w górę.

Chcę oglądać twoje nogi
Nogi, nogi, nogi…
Chcę byś założyła mini
Mini, mini, mini


Ponownie się roześmiała, zakrywając usta.

Ślimak dziś wystawił rogi
Rogi
A ty pokaż swoje nogi


Dziewczyna miała nadzieję, że jej poświęcenie nie pójdzie na marne. Odetchnęła aż jej niesforna grzywka uniosła się w górę i zaczęła się powoli przechadzać wzdłuż pobocza z karnistrem w dłoni.
Po chwili dostrzegła nadjeżdżający…czerwony kabriolet, z czteroma przystojniakami.
Marek zmarszczył brwi ze zdziwienia.
Dziewczyna uniosła kciuk w górę. Chłopaki spojrzeli szybko najpierw na jeepa i jego właściciela, potem przyjrzeli się dziewczynie przelotnie z uśmiechami na twarzach, ale podobnie, jak każdy inny samochód, przejechali dalej.
Dziewczyna skrzywiła się smutno i miała już rezygnować, kiedy zauważyła, jak samochód zatrzymuje się kawałek dalej. Chłopaki zawołali zdezorientowaną Basię gestem dłoni. Natychmiast na jej ustach zagościł szeroki uśmiech. Pobiegła w ich stronę.
– Cześć chłopaki! Podwieziecie mnie na stację? – zapytała bez jakiekolwiek strachu czy zawstydzenia i zatrzepotała rzęsami.
Ta czwórka wydała jej się całkiem w porządku.
Uśmiechnęli się i odpowiedzieli chórkiem.
– Jasne, wskakuj!
Marek natomiast z wrażenia aż wstał, robiąc kilka kroków do przodu. Zauważył jak dwóch z chłopaków wysiadło i uniosło dziewczynę za ręce, by pomóc jej wsiąść na tylnie siedzenie. Ruszyli po chwili, zostawiając za sobą tylko kłęby spalin.
Marek ze złości, ze jednak jej się udało, kopnął w przypadkowy kamień.

*****

Minęła godzina, a ona wciąż nie wracała. Jak długo może trwać podwiezienie na stację oddaloną tylko o 10 kilometrów, nalanie benzyny, zapłacenie i wrócenie z powrotem?
Z pewnością nie zajęłoby to tyle czasu!
Zaczynał mieć wyrzuty sumienia, że pozwolił jej jechać z tymi typami. Przecież ich nie znała, a teraz mogli z nią zrobić wszystko: wywieść, zgwałcić, okraść, zostawić na jakimś zadupiu bez niczego lub zabić i zakopać, że nigdy by jej nie znaleźli.
„Co za idiota!” – pomyślał przerażony. – „Co ja zrobiłem!”
Zaczynał się coraz bardziej o nią bać. Denerwował się, a nie wybaczy sobie, jeśli coś się jej stanie. To by była wyłącznie jego wina!
Chodził z miejsca na miejsce. To kucał na poboczu, to znów opierał się o maskę, to siedział za kierownicą samochodu lub przechadzał się poboczem.
Nie mógł sobie znaleźć miejsca. Martwił się. Coraz bardziej.
Na domiar złego nie miał z Basią żadnego kontaktu. Jeśli zaraz nie wrócą, pojedzie jej szukać. Nawet jeśli musiałby kogoś okraść z samochodu!
Musi coś zrobić, bo zaraz zwariuje.
Kiedy miał się już uciekać do brutalności, zauważył jak „coś” czerwonego zbliża się w ich kierunku. To „coś” przypominało z daleka kabriolet. Tak, to był znajomy kabriolet.
Odetchnął z ulgą.
Samochód zatrzymał się w tym samym miejscu, a dwójka tych samych chłopaków pomogło dziewczynie tym razem wysiąść z auta.
– Dzięki chłopaki! – powiedziała Basia, posyłając im uroczy uśmiech.
– Spoko. – odpowiedzieli znowu chórkiem.
Podali jej jeszcze karnister napełniony benzyną, który Basia schowała za plecy i ponownie ruszyli, po chwili znikając za drzewami.
Dziewczyna z szerokim uśmiechem na twarzy powoli podchodziła do Marka, kryjąc przed nim, co trzyma za plecami.
Mina Marka nie zdradzała żadnych emocji, gdy do niego podeszła. Stał ze spuszczonym wzrokiem, jakby był obrażony.
Dziewczyna zmrużyła oczy i jej uśmiech lekko zbladł.
Młody Brodecki wreszcie zapytał władczym tonem:
– Masz? – nie odpowiedziała od razu tylko pokazała na pełen pojemnik na benzynę.
– Mam. – odparła pewna siebie, równo z gestem głowy i postawiła go obok na ziemi.
Kiedy dalej nic nie mówił, utraciła pewność siebie i spoglądała mu w oczy przez dłuższą chwilę z niezrozumieniem.
Nie wytrzymał.
Uśmiechnął się delikatnie i pełen euforii, uniósł dziewczynę w górę, zaczynając okręcać wokół własnej osi.
– Jesteś genialna! Łuuhuuu!!! – krzyknął, kiedy ją okręcał, aż zaczynało jej się robić niedobrze. – Jean!!
Z szoku nawet nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Dotarło do niej dopiero, gdy poczuła grunt pod nogami. Mimo, że postawił ją na ziemi, dalej czuła, jakby wirowała w chmurach. Trochę kręciło jej się w głowie i to nie dlatego, że ją okręcał.
– Przepraszam. – powiedział, gdy zauważył, że dziewczyna próbuje utrzymać równowagę.
– Nie szkodzi. – odpowiedziała, łapiąc się za głowę, kiedy Marek podnosił karnister i po omacku, chwytając się czego bądź, weszła do samochodu.
– Tylko szkoda twojej sukienki. Była naprawdę ładna – rzucił, gdy nalewał benzynę.
Chyba dopiero teraz zauważył jak ładnie na niej leżała, gdy już nadaje się do śmieci.
– No co ty! Teraz wygląda o wiele lepiej! – rzuciła, by nie miał o to wyrzutów sumienia, a Marek tylko posłał jej przesłodki uśmiech.
Widocznie nie zdawała sobie sprawy jaka gafę popełniła, ale nie roześmiał się na głos.
Po chwili Marek wrócił na miejsce pasażera. Siedzieli tak w milczeniu przez kilka sekund, kiedy Marek kontem oka spojrzał na jej odkryte nogi i kolana, których już nie zakrywała sukienka.
Były naprawdę zgrabne.
– Rzeczywiście o wiele lepiej. – mruknął, Ne odrywając wzroku od jej nóg.
Spojrzała na niego z przerażeniem w oczach, czując, jak się czerwieni ze wstydu.
– Marek! – skarciła go, odwracając głowę do szyby, by nie zauważył jej rumieńca i bezskutecznie próbowała naciągnąć przykrótki materiał na kolana.
Chłopak tylko spojrzał na nią ze śmiechem.

isis - 2010-06-05, 11:55

Twiny dalej,dalej!;D Bardzo lubię to opowiadanie-idealne na wakacje;D

Będę Was jeszcze męczyć o jedną sprawę-kiedy Droga do miłości??!!

Kasieńka - 2010-06-05, 11:57

isis napisał/a:
Twiny dalej,dalej!;D Bardzo lubię to opowiadanie-idealne na wakacje;D

Będę Was jeszcze męczyć o jedną sprawę-kiedy Droga do miłości??!!

Przyłączam się do owego męczenia :lol:

Ninuś - 2010-06-06, 20:14

Kasia a co dzieje się z Tobą???
Gdzie 'Prokurator z piekła rodem", gdzie "Cień motyla"?

Twins, super, daaaleeeej! :)

Kasieńka - 2010-06-07, 18:52

Ja już jestem na emeryturze :lol:
Ninuś - 2010-06-07, 18:53

Kasia weź mnie nie załamuj!
Czekamy! ;*

Daisy - 2010-06-07, 19:02

Kasieńka napisał/a:
Ja już jestem na emeryturze :lol:


Nie, to ja jestem na emeryturze :576:

A ty co najmniej na przedemerytalnej - więc jeszcze możesz zadziałać :576:


Tak, tak, tak.... DROGA DO MIŁOŚCI MUSI POJAWIĆ SIĘ KONIECZNIE !! BEZ DWÓCH ZDAŃ !!

Twins - 2010-06-07, 19:31

Po naszych egzaminach. W tym tygodniu i w następnym mamy urwanie głowy a jak chciałyśmy się zebrać nie było weny :lol:
Chyba wyszłyśmy z wprawy :576:

isis - 2010-06-07, 19:49

Kasieńka napisał/a:
Ja już jestem na emeryturze :lol:


Kaśka nie wygłupiaj się,dobrze?! :lol:
Ja tu liczę na panią prokurator!!! :lol:

olka - 2010-06-08, 20:21

Kasieńka napisał/a:
Ja już jestem na emeryturze :lol:


Daisy napisał/a:
Nie, to ja jestem na emeryturze :576:


To żadna emerytura, zwykły leń :P

Ninuś - 2010-06-08, 21:14

Olka a co z Tobą? ;*

bo widzę, że Kasi i Daisy już do niczego chyba nie namówimy... a szkoda... wielka szkoda...

olka - 2010-06-09, 14:27

Ninuś napisał/a:
Olka a co z Tobą? ;*


Ja czekam na Twinsy :lol:

Aagnieszkaaaa - 2010-06-10, 00:17

Minęły już cztery lata odkąd doszłam do ekipy Adama. Najwspanialsze lata mojego życia. Niestety, dziś dobiegły one końca, bo jak mogą być dalej szczęśliwe skoro jednego z nas zabrakło. No jak?! Marek odszedł. Poddał się, nie walczył!
Ciągle zastanawiam się dlaczego to zrobił? Dlaczego nas opuścił- tak po prostu, zostawił?
Wstawałam rano, bo widziałam sens życia. Iść do pracy i popatrzeć na niego. Nacieszyć się jego obecnością. Zatopić się w jego oczach, pięknych jak ocean. Szłam tam co dzień, z nadzieję, że coś się zmieni. Zauważy mnie i powie, to na co tak długo czekałam, że kocha, że pragnie, że będzie kochał, aż do śmierci. Nigdy się nie doczekałam.
Po co teraz rano wstawać… to nie ma już sensu. Monotonność mnie wykańcza, samotność dołuje, a przyszłość przeraża. Czy tak powinno wyglądać życie młodej kobiety. Nie, ono powinno być wesołe, radosne, szczęśliwe przy boku mężczyzny.
Płaczę, znowu płaczę, przez niego. Dlaczego odszedł? Dlaczego nas zostawił? Męczą mnie te pytania, nie potrafię sobie na nie odpowiedzieć. Nie potrafię sobie z tym poradzić. Co nim tego dnia kierowało, co się stało, że tak postąpił. Wciągu sekundy całe dotychczasowe życie przestało mieć sens. Teraz nie będzie już tak samo! Zabrakło jednego z nas. Zabrakło jednego z trzech muszkieterów. Tego najważniejszego, dzięki któremu byłam szczęśliwa!
Czy opuszczając nas wiedział co robi. Zdawał sobie sprawę jak będziemy cierpieć. Nasze życie się zmieniło. Żyjemy rutynowo. Już nie ma przyjemności z pracy. Nie ma jednego z nas! Cierpimy. Cierpię ja, zakochana kobieta, pragnąca jego szczęścia. I Adam jego przyjaciel, który stracił swojego „syna”.
Wszyscy mówią- żyj dalej. To była jego decyzja. Pogódź się z tym. Postąpił tak, bo kierowało nim serce. Serce?! Nie, nim kierował rozum, gdyby on kierował się sercem nie zrobił by tego. Nigdy! Znałam go, nie zrobił by tego… nie, nie nam! Płaczę, znowu płaczę!!! Odszedł Marek, odeszłam i ja!!!!

Jest późna noc, butelka wina i ja. Sama bez niego! Poszedł swoją drogą, być może piękniejszą. Mam w sercu lęk, bo je się miłości, która we mnie siedzi, boje się jej. Chcę krzyczeć, a mogę tylko płakać.

„Wracam do was, kocham Cię i nie opuszczę ,aż do śmierci! Kocham Cię, posłuchałem się rozumu- nie serca. Zawiodłem, zraniłem, ale kocham! „

Zrozumiał, wrócił, znowu jesteśmy razem! Niezniszczalna trójka muszkieterów! I dwójka najlepszych kochanków z mała kruszyną pod sercem!

Sfora - 2010-06-10, 11:54

Aga jest dobrze, ale dlaczego takie KRÓTKIE!!!!!
A reszta?? Gdzie Twins, Olka??

Twins - 2010-06-10, 17:17

Aagnieszkaaaa, masz bardzo fajny styl! :D Dlaczego nie piszesz dłuższych opowiadań? Mogłabyś śmiało pisać pamiętnik Basi i wpleść w to swoja fabułę. :)
isis - 2010-06-10, 17:28

Agnieszka bardzo sympatyczne opowiadanie!;)
Podpisuję się pod poprzedniczkami-pomysł na dłuższe opowiadania uważam za świetny!;)
Czekam na kolejną część;)

Ninuś - 2010-06-17, 13:35

Agnieszka bardzo ładnie wszytko ujęłaś, wgl masz ładny styl pisania i tez się dziwię, dlaczego nie piszesz dłuższych opowiadań, bo na pewno byłyby super! ;)
Twins - 2010-06-18, 18:26

Chyba Was to ucieszy, DDM jest w trakcie tworzenia :lol:
isis - 2010-06-18, 19:06

Twins napisał/a:
Chyba Was to ucieszy, DDM jest w trakcie tworzenia :lol:


Nareszcie!!!!Już nie mogę się doczekać!!!:)

Ninuś - 2010-06-18, 20:16

Twins napisał/a:
Chyba Was to ucieszy, DDM jest w trakcie tworzenia

iijjeeeeee!!!!!!!!!!


:happy:

Twins - 2010-06-20, 12:00

Dzięki za takie entuzjastyczne reakcje :lol: ;-*
Mamy już 2/3, wiec jest bliżej niż dalej :D

Sfora - 2010-06-20, 13:06

No to z niecierpliwością czekamy na wasze opko!!
Daisy - 2010-06-20, 21:08

Łaaaaaaaaaaaaaaa! :lol: To kiedy możemy się spodziewać na forum?
Actress - 2010-06-22, 11:55

Pijaństwo jednorazowe


Słyszałam, że dopiero, kiedy człowiek jest pijany, mówi prawdę. I faktycznie tak jest. Skąd to wiem? Z doświadczenia. Prywatnego. Chodziaż zawodowego po części też. Jestem w końcu poważną panią komisarz. I wiem, że więcej można dowiedzieć się od osoby, która jest pod większym wpływem procentów niż od tej pod mniejszym. W ogóle to picie alkoholu niesie ze sobą różne skutki. Raz lepsze, raz gorsze... Ja miałam o tyle dobrze, że tych drugich nie doświadczyłam. Jakim cudem? Miałam kogoś, kto mnie pilnował i kiedy... A z resztą, co się będę rozdrabniać - przeczytajcie sami.

Po alkoholu ludziom najczęściej zwalniają hamulce. Język staje się bardziej giętki, ciało frywolne, myśli przybierają konkretną barwę... I po pijaku robi się rzeczy, o których na trzeźwo nikt nie jest w stanie nawet pomyśleć. Tak było i tym razem, w przypadku policjantek komendy stołecznej. Basia Storosz siedziała ze swoją przyjaciółką w jednej z warszawskich knajp. Obie zawzięcie dyskutowały, co jakiś czas popijając przy tym drinka.
- Następnego, proszę! - rzuciła blondynka do mężczyzny stojącego za barem. Szeroko się do niego uśmiechnęła. Ten bez słowa podał jej niebieski napój o dużo mówiącej nazwie "Szalona dziewica".
- Baśka, tobie już wystarczy, co? - zagadnęła brunetka. - Nie zapominaj, że jesteśmy tutaj twoim samochodem. Ty jesteś pijana, ja też, to jak my wrócimy do domu?
- Nie wrócimy! - odpowiedziała i głośno się zaśmiała. - Panie barmanie, mam do pana pytanie! - zwracając się do niego, próbowała przekrzyczeć muzykę. Kiedy mężczyzna pochylił się nad barem, żeby ją lepiej usłyszeć, wsunęła mu w kieszeń służbowego uniformu serwetkę, na której wcześniej napisała swój numer telefonu. - Czy jest pan wolny? - zapytała. W odpowiedzi zobaczyła jego serdeczny palec, na którym widniała złota obrączka. - Szkoda - skwitowała krótko. - A numer niech pan koledze da. Zawsze tak jest - to oznajmiła przyjaciółce - jak fajny to zajęty, a jak wolny to dupa.
- Przesadzasz. I nie zauważasz wokół siebie naprawdę fajnych mężczyzn.
- Ja nie chcę fajnych. Ja chcę normalnych. A wokół mnie są same skrajności - pożaliła się, mając na myśli starego Zawadę, ciapowatego Szczepana, przyjacielskiego Brodeckiego, sztywnego Jacka i zajętego Króla.
- Dramatyzujesz - Zuzia chciała jeszcze coś powiedzieć, ale przerwał jej dźwięk telefonu. - Szczepan dzwoni - zakomunikowała z błyskiem w oku. - Zaraz wracam - to powiedziawszy, oddaliła się w stronę wyjścia. (...) Kiedy wróciła, zastała niecodzienny widok. Jej przyjaciółka wykonywała taniec na barze. Gdyby tego było mało, wokół zgromadzili się ludzie, którzy z chęcią przyglądali się poczynaniom Storosz. Ta, zachęcona gwizdami i oklaskami, zdejmowała z siebie kolejne wierzchnie ubrania. Ostrowska od razu wykręciła numer osoby, która mogłaby wyciągnąć jej przyjaciółkę z lokalu, zanim ta zrobi coś jeszcze bardziej głupiego.

Nie zastanawiał się nad tym, jak postąpić. Od razu po telefonie odprawił dziewczynę, którą podesłał mu właściciel lokalu i szybko się ubrał. Jeszcze szybciej znalazł pub, w którym miał do wykonania misję. "Bardzo zajęty jesteś teraz? Jeśli nie, wpadnij do Insomnii. Bo widzisz, Baśka trochę rozrabia. Znowu!" - brzmiało mu cały czas w uszach. Znał swoją przyjaciółkę i wiedział, że jeśli Ostrowska zwraca się do niego z takimi słowami, to Baśka może robić praktycznie wszystko. Pod klub zajechał z piskiem opon. Wysiadł z auta, nie wyjmując nawet kluczyków ze stacyjki. Szybkim krokiem wszedł od środka. To, co zastał, przeszło jego najśmielsze wyobrażenia. Na barze tańczyły trzy dziewczyny. Storosz rozpoznał od razu. Podszedł bliżej i stanął pomiędzy widzami. Kątem oka zauważył niewiele młodszego od niego chłopaka, który bezskutecznie próbował przekonać jedną z tańczących dziewczyn, aby ta przestała.
- Patrz, jak to się robi - rzucił hardo i podszedł do Storosz. - Baśka, mógłbym cię o coś zapytać? - krzyknął do dziewczyny.
- Mógłbyś - odpowiedziała, nie przestając tańczyć.
- Mogłabyś już zakończyć swój występ? - zapytał cicho. Zmarszczyła czoło, dając mu do zrozumienia, że nie usłyszała. - Pytam, czy mogłabyś wziąć za mnie nockę - powiedział, mówiąc jeszcze ciszej. Kiedy trochę się schyliła, by go lepiej usłyszeć, pociągnął ją tak, że wylądowała na jego ramieniu. Nawet się nie spoglądając za siebie, wyszedł z klubu, cały czas trzymając na ramieniu koleżankę. Postawił ją dopiero przy samochodzie. Otworzył drzwi i gestem ręki zaprosił do środka. Szybko weszła. Zamknął za nią drzwi i wsiadł od strony kierowcy. Kiedy dojechali pod jej blok, nawet na nią nie czekając, od razu podążył w stronę klatki schodowej. Wszedł na jej piętro i spod wycieraczki wyjął klucz. Otworzył mieszkanie i wszedł, kierując się w stronę sypialni. Szybko do niego dołączyła. Stanęła naprzeciwko niego, czekając na reprymendę.
- Omówimy to, czy od razu przechodzimy do konkretów? - zapytał, uważnie ją obserwując. Zastanowiła się chwilę, po czym powiedziała.
- Omówimy... Po konkretach - dodała i wpiła się w jego usta. Zadowolony oplótł ją rękami w pasie, by po chwili razem wylądować na łóżku.

Było tak, odkąd pamiętam. Każdy wolny wieczór rozpoczynał się z Zuzią, a kończył z Markiem. Nie powiem, bo z początku nawet mi się to podobało. Było to duże urozmaicenie w moim dotychczas monotonnym życiu. Ciekawa rozrywka po samotnie spędzonych wieczorach, pustym mieszkaniu i rozmowach z kotem i rybkami. Ale od niedawna zaczęło mi to przeszkadzać. Bo Marka miałam tylko wtedy, gdy byłam pijana. A kiedy następnego dnia spotykaliśmy się w pracy, było tak, jakby nic się nie wydarzyło... Tej nocy było jednak inaczej. Właściwie to ranka. O 4 skończyliśmy. Alkohol wraz z potem wywietrzał i odsłonił mój umysł. Złapała mnie melancholia. Marek musiał chyba coś zauważyć, bo kazał mi się ubrać i pójść do kuchni. Usiedliśmy przy stole. Ja po jednej, on po drugiej stronie, trzymając duży dystans - jednym słowem wszystko powoli wracało do normy. Tak myślałam. Ale nie, było inaczej. Najpierw powiedział mi, co pamięta z naszego pierwszego spotkania na komendzie, potem opowiedział o wszystkich swoich poprzednich związkach, a kiedy ja czekałam, aż powie, byśmy nadal byli przyjaciółmi, on wyskoczył z czymś niespodziewanym. Wyznał mi miłość. Tak po prostu. Spodziewałam się wszystkiego, nawet zerwania tego niepisanego układu, ale nie czegoś takiego. Zaskoczył mnie, więc się zdziwiłam - to prawda. Ale nie na tyle, żeby go pogonić. Skromnie powiedziałam, ze ja też... Potem to tak szybko się potoczyło, że żyliśmy długo i szczęśliwie... Ale zanim to się stało, w następny weekend sobotnie pijaństwo się powtórzyło. Siedzieliśmy już w samochodzie, pod pubem. Oboje milczeliśmy. Ja czekałam, aż Marek ruszy, ale nie zrobił tego. Zamiast tego rzucił:

- Chyba będziemy musieli się przeprowadzić! Niedługo klubów w mieście braknie.

olka - 2010-06-22, 13:15

Actress świetny debiut! :D A opowiadanie bardzo fajne! Mam nadzieje, że niedługo znów coś wrzucić, bo piszesz naprawde całkiem nieźle. Super! ;*
Twins - 2010-06-22, 16:49

Masz bardzo ładny styl pisania :D
Popracujesz nad fabułą (głownie by była bardziej zawiła i dłuższa) i będzie dobrze :)

isis - 2010-06-22, 18:07

Actress jak na pierwsze opowiadanie to trzeba Cię pochwalić bo bardzo ładnie sobie poradziłaś:)Fajnie się czytało,styl przystępny,a fabuła zabawna:)Super!Czekam na kolejne!:)

Twins ,kiedy będzie DDM???????!!!! :lol:

olka - 2010-06-22, 20:30

Isis napisał/a:
Twins ,kiedy będzie DDM???????!!!!


Jak ja napisze swoją część, bo tylko tyle zostało.

isis - 2010-06-22, 21:06

olka napisał/a:
Isis napisał/a:
Twins ,kiedy będzie DDM???????!!!!


Jak ja napisze swoją część, bo tylko tyle zostało.


W takim razie pisz szybciutko bo już skręca z ciekawości!! :lol:

Actress - 2010-06-24, 00:46

dziękuję ślicznie. :* jak tylko swoich zawyżonych wymagań motywacyjnych sie pozbędę, od razu Was swoją twórczością zanudzę. :)

olka napisał/a:
świetny debiut

isis napisał/a:
jak na pierwsze opowiadanie to trzeba Cię pochwalić

ten debiut to tak nie do końca, bo byłam tutaj pod trochę innym pseudonimem kiedyś. ;)

Twins napisał/a:
Chyba Was to ucieszy, DDM jest w trakcie tworzenia

bardzo cieszy! :D uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! :lol:
a co z tym opowiadaniem, w którym Marek był w więzieniu i jego stosunki z teściową regularnie ulegały ochłodzeniu? bo chyba też do końca jeszcze nie publikowałyście, co nie? :)

olka napisał/a:
Jak ja napisze swoją część, bo tylko tyle zostało
.
a dużo Ci jeszcze zostało? :) czekam tu i ja. (:


ekhem, tak offem, moim myśleniem chciałam się podzielić. bo jeśli i Daisy i Kasieńka mają emeryturę już, to mają też czas. a jak mają czas, to może mogłyby trochę weny poszukać. a jakby się ta wena znalazła to wystarczy ochota na sam-na-sam z Wordem i cuda od razu powinny wyjść. :D można na Was liczyć? Daisy, albo ewentualnie jakieś niedokończone skończyć... dałabyś radę? :)

Ninuś - 2010-06-24, 10:40

Cytat:
a co z tym opowiadaniem, w którym Marek był w więzieniu i jego stosunki z teściową regularnie ulegały ochłodzeniu? bo chyba też do końca jeszcze nie publikowałyście, co nie?

ja tam najbardziej czekam na Całkiem sam i Lek na całe zło, ale widzę, że się raczej nie doczekam...
Ale oczywiście na Drogę do miłości tez niecierpliwie czekam! Olka do dzieła!!!!


A co do Pijaństwo jednorazowe to bardzo mi się podobało :lol: Actress fajnie piszesz, może niedługo przeczytamy coś dłuższego pod Twoim autorstwem? Naprawdę fajnie i cieszę się że odważyłaś się tu coś swojego opublikować :*

Twins - 2010-06-24, 15:12

Nad Lekiem się zastanawiamy czy nie skończyć. Całe 2 miechy wakacji to się pomyśli. :D
Ninuś - 2010-06-26, 21:34

Twins napisał/a:
Nad Lekiem się zastanawiamy czy nie skończyć. Całe 2 miechy wakacji to się pomyśli. :D

wypadało by skończyć :D

a będzie coś, czy nie.... ???

isis - 2010-06-28, 08:49

Bliźniaczki i Ola-kiedy będzie opowiadanie?:)
Kasieńka - 2010-06-28, 08:57

Właśnie, właśnie :D Nie mogę się już doczekać :P
Aagnieszkaaaa - 2010-06-30, 19:59

• Posłuchaj opowiem Ci o tym. Dziś poczułam, że już mogę...
Rano wstałam jak gdyby nigdy nic. Zapowiadał się normalny dzień- jeden z wielu. Praca, dom, książka... no wiesz rutyna. Ale coś mnie tchnęło i spojrzałam w kalendarz. 16 kwietnia... Co to za data? Coś mi świtało w głowie, idąc do pracy nie dawało mi to spokoju. Ludzie mijali mnie uśmiechnięci, no tak- pierwsze promyki tegorocznej wiosny! Wtedy myślałam, że ta data, to czyjeś imieniny, urodziny, rocznica ślubu.
Wchodząc na komendę oświeciło mnie, przecież, co roku morderca psychopata porywał i zabijał młode dziewczyny. Tak było przez trzy lata... czwartego roku, ni z tego ni z owego przestał. Nigdy nie został złapany. Pomagałam przy tej sprawie dawno temu, jeszcze jak byłam w szkole oficerskiej.
• Pewnie pamiętam to, morderstwo było za każdym razem w innym mieście, tylko wiek dziewczyn się zgadzał, dzień 16 kwietnia i godzina 22.07. Każda została porwana o tej samej godzinie. Szaleniec!
• Dokładnie tak. Wszystkich policjantów dziwiła i przerażała ta sprawa. Nikt nie potrafił stworzyć jego portretu psychologicznego, a co dopiero powiedzieć jak on mniej więcej wygląda. Nigdy się nie dowiedzieliśmy niczego o tym człowieku, nawet nie wiemy czy była to kobieta czy mężczyzna. I dlaczego to robił. I dlaczego go nie złapaliśmy!?
• Był sprytny.
• Oj bardzo, ale słuchaj dalej...
Weszłam na komendę, a tam pustka- normalka. Nie zdążyłam nawet usiąść, gdy zadzwonił telefon na moim biurku. Dziwny telefon... ktoś sapał. Kazałam technikom go namierzyć, może ktoś potrzebował pomocy? Tylko dlaczego nie zadzwonił pod 997? Warto było to sprawdzić, no cóż ktoś dzwonił z butki telefonicznej- dzieci pewnie robią sobie psikusy. Nie lubię tego.
Wiesz, tak upłynął prawie cały dzień, na siedzeniu nam przy biurkach i uzupełnianiu akt. Potem piwo u Lucynki i Marek odwiózł mnie do domu.
Kiedy weszłam na klatkę schodową poczułam dziwny dreszcz na ciele, jakbym czegoś się spodziewała. Światło nie działało. Dałam krok do przodu i już wiedziałam dlaczego- ktoś rozbił żarówkę. Było ciemno, duszno i pachniało... potem, podnieceniem i adrenaliną. Rozejrzałam się wkoło, ale niczego nie zauważyłam podejrzanego, więc pomaszerowałam pod drzwi od mieszkania. Kiedy oświetlałam sobie torebkę telefonem, aby znaleźć kluczę, zapach się nasilił. Zaczęłam coraz szybciej szukać tych cholernych kluczy. Spojrzałam na wyświetlacz komórki... 16 kwietnia... godzina 22.07. Tylko to pamiętam, reszta to luka w mojej pamięci, czarna plama.
• Matko boska...
• Słuchaj dalej...
Obudziłam się w jakimś pomieszczeniu, betonowym, z malutkim oknem i drzwiami bez klamki. Na dworze było już widno, musiałam być nieprzytomna przez jakieś 10 godzin. Miałam nadzieję, że ktoś mnie już szuka. Przeszukałam pośpiesznie spodnie i bluzę w poszukiwaniu telefonu, broni czegokolwiek, łudziłam się, że coś znajdę. Niestety ten psychopata dobrze się zabezpieczył. W pomieszczeniu nie było nic, nie licząc łóżka metalowego- do którego sznurem za rękę zostałam przywiązana. Nie chciałam krzyczeć, aby go nie zdenerwować, wiedziałam z kim mam do czynienia. Najgorsze było to, że niczego o nim nie zdołaliśmy się dowiedzieć, bo przepadł dwa lata temu jak kamfora i sprawa została wyciszona.
• Policja była pewna, że nie żyję.
• Właśnie, a tu taka niespodzianka. Przyszło mi do głowy, że to może być jakiś naśladowca, ale zbyt wiele rzeczy się zgadzało.
• Ty, wiesz jak Marek wyrzucał sobie, że tego dnia nie odprowadził Cię pod drzwi, jak to miał w zwyczaju.
• To przecież nie jego wina. Nikt tego nie mógł się spodziewać. Mam mówić dalej czy na razie kończymy...
• Mów, jestem bardzo ciekawa.

Nic nie mogłam zrobić. Sznur był tak mocno zawiązany, że po 2 godzinach miałam ranę na ręce. Kiedy robiło się już szaro na dworze i byłam już pewna, że zaczęliście mnie szukać, wszedł on. Zupełnie inaczej go sobie wyobrażałam- pewnie jak większość z nas. Był niski i nie pozorny ,oko 170 centymetrów i 60 kilogramów. Rudy z brązowymi oczami w których widać było szaleństwo.
Podszedł do mnie z miską wody. Zaczął mi obmywać twarz, kiedy się odsunęłam i chciałam nawiązać jakąś rozmowę, żeby wiedzieć z kim mogę mieć do czynienia- uderzył mnie po raz pierwszy, i nakazał milczeć, gdyż nie znosi kiedy kobiety się odzywają. Wtedy już wiedziałam, że musi mieć jakąś traumę, którą spowodowała kobieta. Może matka, siostra, dziewczyna- kto wie. Zauważyłam jeszcze coś. On wcale nie był taki doskonały! To znaczy doskonale zacierał za sobą ślady, ale swojej ofierze dawał możliwości ucieczek. Podobnie było ze mną, ale za nim udało mi się uciec, spędziłam z nim trochę czasu.
• Nie źle Cię załatwił.
• Wiesz rany fizyczne, nie są tak głębokie jak te psychiczne...
• Domyślam się, dobrze że masz tak wspaniałego specjalistę...
• Zastanawiam się dlaczego ludzie uświadamiają sobie pewne sprawy, dopiero w momencie jakiegoś zagrożenia.
• Dobrze, że w ogóle sobie uświadamiają...
• Masz rację... ale kontynuując...
Wyciągnął mnie za włosy do drugiego pokoju... ból był straszny. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że dopiero się przekonam co znaczy ból. Przywiązał mnie do krzesła na środku dużego pokoju. Ściany były z betonu jak i sufit. Przeraziłam się dopiero jak spojrzałam na podłogę. Były w niej małe kanaliki, które odprowadzały krew. Jak na stole do autopsji. Wtedy poczułam panikę i chęć, aby ktoś mnie przytulił i powiedział, że to tylko zły sen.
Niestety musiałam w tym momencie liczyć tylko na siebie. Na stole koło mnie leżały dziwne narzędzia. Wiedziałam, że to nimi okaleczał te biedne kobiety i teraz to miało spotkać mnie...
• Przepraszam, że płaczę, ale to wraca, to jeszcze są świeże rany...
• Skończmy Basiu, skończysz jak będziesz gotowa...
• Nie, Zuziu chcę teraz...
Pierw pociął mi nadgarstki. Nie zrobił tego bym się wykrwawiła, rany były płytkie, ale bolące. Wiedział jak to robić by bolało. W jego oczach widziałam, że zadawanie mi bólu go bawi i cieszy. Jakby był dzieckiem w wesołym miasteczku. Trzęsłam się z strachu. Plącząc- momentami się dusiłam. Byłam bezradna, przerażona i sama. Tak się wtedy bałam, że nie szukacie mnie, że nigdy mnie nie znajdziecie!!! Byłam coraz bardziej pewna, że skończę tak jak tamte dziewczyny. Podrzucona na najbliższy śmietnik przy komendzie policji. Byłam pewna.
Znęcał się nade mną, chyba z dwie godziny. Kilka razy z bólu traciłam przytomność. Robił wszystko aby bolało i żebym żyła jak najdłużej. Wtedy chciałam by mnie zabił. Bałam się reszty tych dziwnych urządzeń, które leżały na stoliku.
Po tych dwóch godzinach powiedział, że zabawę skończymy jutro. I, że jutro czeka nas prawdziwy ubaw. Byłam przerażona, tak bardzo chciałam, aby jutro nie nadeszło. Znowu straciłam przytomność.
Kiedy ją odzyskałam, nabrałam trochę więcej sił, rozejrzałam się po pokoju. I to co zobaczyłam, pozwoliło, aby uśmiech zagościł na mojej twarzy. Nożyczki, zostawił nożyczki!!! Przewróciłam się z krzesłem i doczołgałam się. Powoli próbowałam przeciąć liny. Opadałam już z sił i traciłam nadzieję, że mi się to uda za nim tu wejdzie.
Kiedy drzwi zaskrzypiały... wstrzymałam oddech, zamknęłam oczy... i czekałam, czekałam. Miałam wrażenie, że mijają minuty, tak naprawdę były to setne sekund.
Kiedy poczułam czyjąś dłoń, która uwalnia moje ręce... otworzyłam oczy. I jak już wiesz, zobaczyłam Marka.
Jaka ja w tamtej chwili byłam szczęśliwa. Zaczęłam płakać- przytulił mnie i wyniósł na rękach, na świeże powietrze. Pamiętam tylko, że jak mantrę powtarzałam by mnie nie wypuszczał, by mnie tulił i nie puszczał. I tak też robił. Nie pozwolił się nikomu do mnie zbliżyć, do momentu przyjazdu lekarzy... którzy zabrali mnie do karetki- ale nawet tam nie zostałam sama. Widziałam Adama, który ma w oczach łzy szczęścia, Ciebie płaczącą na ramieniu Szczepana, Jacka rozmawiającego z Grodzkim przez telefon i czułam Marka, który nie puszczał mojej ręki. Jestem mu za to wdzięczna do tej pory. Pozwolił mi poczuć się znów bezpieczną.
Dziś wiem, że szczęście to nie tylko... miłość. Szczęściem jest mieć przy sobie takich ludzi jak wy. Takich, którzy kochają.
• Tak, to jest szczęście... a miłość jest wspaniałym dodatkiem, uzupełnieniem.
• Właśnie, Zuzia o to mi chodzi...
• Lekarze powiedzieli, że nie zostaną żadne blizny, jedynie na nadgarstku...
• Wiem, bardzo się cieszę...
• O... chyba masz gościa. Zostawię Was samych.
• Dzięki Zuziu, Basiu jak się czujesz?
• Dobrze Marku, pytasz się mnie o to już czwarty raz w ciągu jednego dnia.
• I będę pytał jeszcze z dziesięć razy, chcę być pewny.
• Ok., przeżyję...
• Martwiłem się, bałem się...
• Wiem ja też, już nie chcę o tym myśleć.
• Wiesz, że tego dnia, kiedy Cię odwiozłem, przyjechałem po kilku minutach z powrotem. Chciałem Ci coś powiedzieć... coś bardzo dla mnie ważnego. Przeraziłem się kiedy zobaczyłem klucze w drzwiach, krew i porozrzucane rzeczy z Twojej torebki.
• To dlatego tak szybko mnie znaleźliście...
• Tak, na dodatek, zrobił ogromny błąd, nie wyłączył Twojego telefonu. I dzięki temu Cię namierzyliśmy.
• To już wiem, czemu ratunek przyszedł tak szybko...
• Wcale nie tak szybko, Twoją komórkę zostawił w samochodzie, który porzucił kilka kilometrów od tego domku. Musieliśmy przeszukać okolicę.
• I tak, bardzo szybko wam poszło... ale po co wtedy wróciłeś, coś się stało? Coś z Krzysiem?! Twoimi rodzicami?!
• Nie Basiu, spokojnie... wróciłem bo chciałem Ci powiedzieć, że chcę Cię częściej widywać, rozmawiać z Tobą, wstawać razem z Tobą... po prostu doszło do mnie, ze Cię kocham... wtedy nie byłem pewny, ale teraz po tym porwaniu- jestem pewny tego jak niczego innego na świecie.
• Ja też Cie kocham Marek... ja też.


Coś dłuższego... mam nadzieję, że się spodoba :)

Twins - 2010-07-01, 13:43

Chym...wiecie co... coraz częściej się zastanawiamy, czy nie wrócić do regularnego pisania <myśli>
Actress - 2010-07-01, 14:16

Twins, i Wy się jeszcze zastanawiacie? tu się nie ma nad czym zastanawiać, tu trzeba pisać! ^^ :D DDM i CN poproszę. :)

Aagnieszkaaaa, podoba się. ;)

olka - 2010-07-01, 14:17

To bardzo dobry pomysł i w pierwszej kolejności napiszcie CN :lol:
isis - 2010-07-01, 15:20

Twins napisał/a:
Chym...wiecie co... coraz częściej się zastanawiamy, czy nie wrócić do regularnego pisania <myśli>


To mi się podoba;D
Lubię takie podejście do sprawy!! :lol:
Piszcie ile się da!!

Olka,Ciebie też się to dotyczy;)


Agnieszka ciekawe to opowiadanie,tak inaczej skonstruowane:)
Ale podobało mi się:)Fajnie to napisałaś!:)
Czekam na kolejne;)

Twins - 2010-07-01, 15:27

Tylko najpierw napiszemy kolejny rozdział czegoś zupełnie innego i pomyślimy za co się zabrać... kurcze, tak dawno nie pisałyśmy nic swojego....
isis - 2010-07-01, 15:43

Twins napisał/a:
Tylko najpierw napiszemy kolejny rozdział czegoś zupełnie innego i pomyślimy za co się zabrać... kurcze, tak dawno nie pisałyśmy nic swojego....


Na pewno nie wyszłyście z wprawy!:)
To jest jak z jazdą na rowerze..jak raz sie nauczysz to już zawsze będziesz pamiętał jak się jeździ także na 100% napiszecie coś wspaniałego:)

Ninuś - 2010-07-01, 18:29

Twins napisał/a:
Chym...wiecie co... coraz częściej się zastanawiamy, czy nie wrócić do regularnego pisania <myśli>

my tu na was wyczekujemy całe noce i dnie, a Wy się ZASTANAWIACIE czy nie wrócić???? no wieeeecieee cooo???!!!
WRACAJCIE!!!!!
:lol:

Twins - 2010-07-02, 10:03

hehehe Ninuś, jaki entuzjazm :lol: Postaramy się zabrać w ten weekend za coś, tylko co :lol:
Kasieńka - 2010-07-02, 10:31

ja jestem za CN :D :D :D
Super że wracacie!

Twins - 2010-07-02, 10:47

Tak, będzie nam teraz głupio, jak nic z tego nie wyjdzie. Bliźniaczki naobiecują, a tu wyjdzie jakiś shit :lol:

PS. A ty nam lepiej wróć na gadu i się odezwij czasem :lol:

Ninuś - 2010-07-08, 19:26

a tutaj jak nic nie było, tak nic nie ma....




:-/

karolinam - 2010-07-08, 20:18

Właśnie, zgadzam się z przedmówczynią :-) Zawsze jak wchodzę na forum, liczę, że będę mogła przeczytać DDM, ale jak na razie spotykają mnie rozczarowania :-| Jednak ja jestem cierpliwa i liczę, że Dziewczyny w końcu umieszczą kolejną część :-)
Twins - 2010-07-08, 20:37

Część stopniowo się tworzy. Cierpliwości. :)
Actress - 2010-07-08, 21:27

Ninuś napisał/a:
a tutaj jak nic nie było, tak nic nie ma....

też się zastanawiam dlaczego... ;) Ninuś, może wrzuć coś od siebie? ja chętnie przeczytam. :D
a i powinnyśmy głośniej marudzić, to może się reszta zmobilizuje i coś stworzy. :]

Twins napisał/a:
Cierpliwości.

chciałybyście! ;p nie ma tak dobrze. :D a stopniowo co się tworzy? DDM?

Twins - 2010-07-08, 21:32

Droga do miłości

Olka&Twins

But na wysokim obcasie upadł z hukiem na ziemię. Skrzywiła się, ledwo widoczna w ciemności. Nachyliła się zbyt gwałtownie omal nie tracąc równowagi i wtedy szpilka wyślizgnęła jej się z dłoni. Niepotrzebnie wypiła drinka. Od zawsze jej tolerancja na alkohol była niska. Zwykle już po 2 kieliszkach jej koordynacja ruchowa słabła.
Ostrożnie położyła drugi but na podłodze, tym razem robiąc to bezszelestnie. Miała nadzieję, że nikogo nie obudziła tym łomotem. Wyprostowała się i na paluszkach ominęła buty Marka, bezładnie ułożone w samym przejściu. Nie mogła go oduczyć, by odkładał je na miejscu w szafce bok lustrem w przedpokoju, ale przynajmniej miała pewność, że jest w domu i nie wymknął się gdzieś po kryjomu, korzystając z okazji.
Miała zamiar od razu ruszyć do sypialni, by jej późny powrót do domu nie wyszedł na jaw i uniknąć męczących pytań. Ale żeby to zrobić musiała minąć długi korytarz, przejść przez duży salon i skręcić w prawo. Potem ruszyć schodami na górę, minąć łazienkę…
Udało jej się osiągnąć pierwszy odcinek bez najmniejszych problemów. Szła właśnie w kierunku schodów, zadowolona, że Marek najwyraźniej śpi, kiedy nagle poraziło ją mocne światło. Zamrugała kilka razy, chcąc przyzwyczaić oczy do światła i wtedy zobaczyła Marka opartego o framugę drzwi kuchennych. Trzymał w dłoni szklankę z mlekiem.
Było około 2, kiedy usłyszał hałas dochodzący z dołu. Domyślił się, że to Baśka wróciła. Nawet się z tym nie kryła. Był wtedy w kuchni i pił mleko ze szklanki, myśląc, że to pomoże mu zasnąć, a przy tym miał doskonały widok na wejście frontowe. Przez cała noc nie zmrużył oka, chodząc od okna do okna i zastanawiając się gdzie u licha podziewa się jego lekkomyślna żona. Nie zadzwoniła, że wróci późno, a on nie miał zwyczaju do niej wydzwaniać. Z resztą dotychczas nie było takiej potrzeby.
Oczywiście nie da jej satysfakcji, że na nią czekał.
Basia nie dała po sobie poznać zaskoczenia. Westchnęła i uniosła dumnie głowę. Miała już coś powiedzieć, kiedy zaczął pierwszy:
- Gdzie byłaś tak długo? – szorstkość w jego głowie była wręcz normą, ale czyżby wyczuła wściekłość? Był zły. Mrużył oczy a usta zacisnął w wąską linijkę.
- Czemu jeszcze nie śpisz? Czekałeś na mnie? – spytała obojętnie.
- Ależ skąd! – zaprzeczył kategorycznie, a Basia na chwilę spuściła wzrok - Przyszedłem napić się mleka. – wyjaśnił rzeczowo, a przy tym ironicznie dodał: - Jasiu dwa razy obudził się w nocy, pytając gdzie jest mama, a ja nie wiedziałem co mam mu odpowiedzieć, bo nie uprzedziłaś mnie, że wrócisz późno. Z trudem udało mi się go uspokoić. – chciał w niej wzbudzić poczucie winy? Świetnie wiedział w co uderzyć. Prawie mu się to udało. Teraz miała największą ochotę zajrzeć do syna i sprawdzić, czy wszystko dobrze.
Widząc jej zmieniony wyraz twarzy i to, jak robi krok do przodu, najwyraźniej chcąc iść na górę, westchnął i powstrzymał ją zanim zdążyła cokolwiek zrobić.
- Już w porządku. Śpi. – na twarzy Basi zauważył ulgę, ale mimo wszystko musiała się upewnić.
- Zajrzę do niego. – powiedziała nie tylko dlatego, że naprawdę tego chciała. Jej ukrytym motywem była ucieczka przed pytaniami, na które Marek niewątpliwie się zbierał. Zauważyła jak stoi zamyślony i lada moment zacznie ją wypytywać, a ona nie miała siły na nie dzisiaj odpowiadać.
W gruncie rzeczy czuła się zmęczona. Tylko z pozoru świetnie „bawiła się” na przyjęciu charytatywnym, a tak naprawdę nieźle musiała się nasilić, by nakłonić grube ryby do odrobiny współczucia i litości, żeby mogli sypnąć marnym groszem. Wiele ją kosztowało, by chociażby zwrócili uwagę na cel tej i nie traktowali jej jak kolejnego bankietu, gdzie mogą się legalnie nawalić za darmo.
Nigdy nie umiała dobrze kłamać – pomyślał. Wyczuł jej prawdziwe intencje i nie pozwolił jej odejść, póki nie zamienia paru słów.
- Nie trzeba. – uciął szybko. Zrobił kilka kroków do przodu zagradzając jej drogę ucieczki. Wywróciła niepostrzeżenie oczami. Znała te jego sztuczki.
Brodecki zaczął ją obchodzić jak kot, trzymając w ręku szklankę. Przyglądał jej się wzrokiem rasowego detektywa.
„Byłby kiepskim gliną” – pomyślała, tylko czekając, kiedy zacznie przesłuchanie. Każdy od razu wyczułby podstęp. Nie jest zbyt dyskretny, a to podstawowy błąd. Gdyby była seryjna morderczynią i zachowywałby się w ten sposób, nic by od niej nie wyciągnął. A przy odrobinie szczęścia, wróciłby z podbitym okiem, a nie „kosą” w brzuchu.
- Jak było na przyjęciu? – spytał wreszcie, udając mało przejętego.
Ostatnio nałogowo czytał kryminały przed snem i nauczył się paru rzeczy.
- Normalnie. – odpowiedziała, chcąc go wyminąć, ale znów stanął w przejściu. Nie cierpiał, kiedy ktoś go ignorował, a tym bardziej odchodził, kiedy nie skończyli rozmawiać.
- Tyko tyle masz mi do powiedzenia?
- Mam się przed tobą tłumaczyć? – zapytała, ledwo dławiąc napad śmiechu - Nie jesteś moim ojcem.
Przełknął ślinę i odwrócił od niej wzrok, odchodząc parę kroków.
- Chciałem być miły. – wzruszył ramionami. – Nie musisz się przede mną tłumaczyć, bo nie obchodzi mnie dokąd chodzisz. – znów stanął naprzeciwko niej.
- Tak więc… jak już skończyliśmy to przesłuchanie, to mógłbyś się łaskawie przesunąć? Chciałabym przejść. – spojrzała mu w oczy z ironicznym uśmieszkiem.
Zmrużył oczy i dopiero po chwili dotarło do niego, że zagradza jej drogę.
- Aaa... proszę. – odsunął się.
- Dziękuję. - posłała mu jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów i ominęła Marka szerokim łukiem. Uwielbiała go drażnić.
Odpowiedział jej równie pięknym uśmiechem, chcąc zrobi jej na złość, a gdy zniknęła na schodach, dopił resztę mleka z kwaśna miną.
„Nareszcie w domu.” – pomyślał Brodecki z ulgą wypisana na twarzy. Jeszcze kilka lat temu nie przyszłoby mu do głowy, że zamieszkiwanie w jednym miejscu z kobietą, której nie kocha nazwie d o m e m. Tyle ostatnio działo się w jego życiu, że przegapił moment w którym przypisał taką rangę tej przestrzeni, jaką zbudował z Baśką i ich synem. Teraz jednak nie marzył o niczym innym jak tylko o tym, by przestąpić próg ich domu.
Był fizycznie i psychicznie wykończony tym dniem. Pół dnia użerał się z jedną klientką, starając się jej wyperswadować, że w projekcie domu wolnostojącego nie ma miejsca na innowacyjne rozwiązania konstrukcyjne niczym ze Złotych Tarasów. Po raz kolejny mógł się przekonać, że zbyt duża ilość pieniędzy potrafi poprzestawiać ludziom klepki. To tego jeszcze jogging z ojcem zamiast lunchu nie wyszedł mu na dobre. Będzie musiał w najbliższym czasie odwiedzić siłownie, by wrócić do poprzedniej kondycji. Tylko kiedy? Ostatnio na nic nie ma czasu.
Parkując samochód w garażu miał nadzieję, że syn nie rzuci mu się od razu na szyje i nie zaciągnie do zabawy. Szczerze nie miał na to ochoty, ale tez nie chciałby zrobić Jasiowi przykrości odmawiając mu poświęcenia chwili uwagi. Równocześnie z westchnięciem zgasił silnik i wyłożył kluczyk ze stacyjki. Odpiął pasy i wyszedł z samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi. Ruszając w stronę wejścia do domu od strony garażu, wcisnął jeszcze przycisk alarmu. Pojazd wydał denerwujący dźwięk. Wrzucił kluczyki do kieszeni i ruszył schodami. Nie wszedł frontowymi drzwiami tylko dlatego, by nie odnosić się ostentacyjnie z tym, że już wrócił. Wzbudzanie zainteresowania domowników nie było mu na rękę.
Zamknął za sobą drzwi, kiedy już wspiął się na gorę. Wyszedł na krótki korytarz prowadzący do kuchni. Kuchnia była pusta. Mógł się tego spodziewać. Baśka nie jest kurą domową. Dlaczego pomyślał, ze zastanie ją tu? A chociażby dlatego, że marzył o ciepłym obiedzie podanym do stołu z uśmiechem na ustach, takim jak robiła jego matka, kiedy jeszcze z nimi mieszkał. Po „żonie” nie mógł tego oczekiwać takiej wylewności i wcale nie chciał.
Poszedł więc zatem do salonu. Pusto. Brak porozrzucanych zabawek, brak laptopa na stoliku do kawy. Brak kupka po kawie. Brak jakichkolwiek oznak, że ktoś tu mieszka. Nad głową Marka zapaliła się żółta lampa. Sypialnia. Basia czasem wczesnym popołudniem zabierała syna do sypialni i a potem nieraz zastał ich razem śpiących i obejmujących się. Zajrzy na chwile tak jak zwykł to robić. Jeszcze ani razu ich nie obudził.
Wszedł schodami, a potem jak najciszej się da korytarzem na górze. Prawie bezgłośnie nacisnął na klamkę i otworzył drzwi. Pusto. Łóżko idealnie zaścielone, rolety odsłonięte. Nie ma ich. Światło w obu łazienkach też się nie paliło, a przecież usłyszałby szum wody. Zawsze chociażby, gdy Basia pomagała Jasiowi się wykąpać było przy tym dużo rozmów, śmiechu, czy zabawy. Pozostał jedynie pokój Jasia, ale on też był pusty.
Basia nie mówiła, że gdzieś zabierze Jasia po przedszkolu. Gdyby byli u jego rodziców już by o tym wiedział. Matka zadzwoniłaby po niego, by do nich dołączył. A jeśli nie na spotkanie z teściami też nie miał ochoty. „Wezmę prysznic, a jak do tego czasu nie wrócą, wyśle do niej esemesa” – pomyślał.
Zszedł na górę, by napić się wody. Wyjął z lodówki wodę mineralna i pociągnął z butelki. Robił tak, kiedy był sam, nigdy przy Baśce, by ta nie spoglądała na niego jak na prostaka. Owszem, miał kasę, ale tez był zwykłym gościem. Wolał jednak nie uczyć złych nawyków syna.
Wszedł do łazienki. Zimny prysznic zajął mu piętnaście minut. Ubrał się w domowe dżinsy i bluzę na krótki rękaw. Bosymi stopami zaznaczał ślady na panelach.
Gdzie do diabła podziewa się Baska?! Był prawie pewien, że słyszał dźwięk otwieranych drzwi, zagłuszony przez szum wody.
- Cholera jasna! – zaklął, zły na „żonę”, że ta zmusza go do takiej troskliwości. Na dotykowej klawiaturze wystukał palcami wiadomość. Niezbyt długą, konkretną, która nie przejawia zbytniego przejęcia. Miał już kliknąć „wyślij”, kiedy wreszcie usłyszał zgrzyt zamka. Wróciła. Postanowił da się zastać w kuchni. Będzie wyglądało jakby przed chwilą wrócił, pomijając fakt, że zdążył się przebrać. Nie minęła chwila, a wbiegła, dosłownie, do kuchni. O mały włos, by go nie zauważyła.
„Czyżby robiła zamach, by wyjść bez słowa, udając, że mnie tu nie ma?
„Czyżby Marek czekał na mnie w kuchni?”
Wymienili między sobą krótkie spojrzenie.
- Hej – Basia odezwała się jako pierwsza, przystając.
- Cześć – dodał Marek jak zawsze. Codzienna wymiana uprzejmości.
Praktycznie w ogóle by się do siebie nie odzywali, gdyby nie to: „Hej, część, dzień dobry” – były takie uniwersalne i nadawały się do wszystkiego na dobry początek. Przy Jasiu Marek czasem po tym jak pocałował syna w czubek głowy, cmoknął Basię szybko w policzek. I tylko dlatego, żeby chłopczyk nie widział, że coś jest nie tak z jego rodzicami.
- Co na obiad? – przez to wszystko zapomniał jak bardzo jest głodny. Widok lodówki mu o tym przypomniał. Nie widział jednak nic na piecu. Żadnego garnka, patelni, nic z tych rzeczy, ale pewnie lodówka jest pełna. Basia odpowiedziała szybko i beznamiętnie.
- Na obiad? A nie wiem, zrób sobie coś – Marek zmrużył oczy jakby się przesłyszał.
- Jak to? Zostawiłaś naszego syna bez obiadu? – Basia wywróciła oczami, kiedy nie widział. – …A właśnie, gdzie Jaś? – teraz przyglądał się bacznie Brodeckiej. Basia nie wiedziała, czy spodziewał się odpowiedzi, że go zgubiła na spacerze. „Swoją drogą byłoby ciekawie móc zobaczyć jego minę” – zakpiła w myślach. Z taką miną aż sam się prosił.
- U moich rodziców – oznajmiła takim samem tonem.
„Zawsze to robi.” – pomyślał Marek – „Naciska na słowo ’moich’ jakby to było jakieś ostrzeżenie”. – szczerze tego nienawidził, a Basia sama już nie wiedziała, czy robi to świadomie, czy nie.
- Ojciec przywiezie go wieczorem – dodała, rozglądając się po kuchni. Kontakt wzrokowy z Markiem przestał ja interesować.
Miała nadzieje, że na tym rozmowa się skończy.
- A co ze mną? – zapytał z miną obrażonego chłopca, który zaraz zacznie tupać nogami.
- Znajdź sobie coś w lodówce. Ja zaraz wychodzę.
Brodecki otworzył lodówkę. Dobra, ok, nie raz zostawał bez obiadu. Umie sobie poradzić. Nie jest dzieckiem. Może wybaczyć jej, że nic dla niego nie przygotowała, choć nigdy wcześniej się to nie zdarzało. Zwykle chociażby wkładał jakąś mrożonkę do mikrofalówki i coś przegryzł. Teraz też by sobie poradził, gdyby nie fakt, że lodówka była pusta. Dwa listka sałaty, pół pomidora, jedno jajko i keczup. „Zajebiście, zrobię sobie jajecznicę z pomidorem”. Miał ochotę powiedzieć to na głos, bo Basia musiała orientować się jaki jest stan lodówki. Przyglądała się reakcji Marka.
- No to w takim razie zrobisz zakupy i zamówisz sobie coś. – Basia spojrzała na zegarek. – Teraz przepraszam, śpieszę się – miał ochotę zagrodzić jej drogę, ale sytuacja stałaby się nieprzyjemna. Pozwolił jej przejść, rzucając ostatnie spojrzenie bazyliszka. Wchodząc do tego pomieszczenia podenerwowany, teraz jest zdrowo wściekły. Z hukiem zatrzasnął lodówkę.
Chwilę po Basi, ubrał skórzana kurtkę i wyszedł. Miał nadzieję, że matka nie będzie zaskoczona jego wizytą i zaproponuje mu normalny, ciepły obiad, jakiego nie otrzymał od żony.

Ninuś - 2010-07-09, 13:55

Nooooooooooooooooooooooo wreszcieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!
Część niezła :D A co Marek myślał, że co? Że za swoje zachowanie, za swoją obojętność i za to, że mieszka z nią, a nie chce, to dostanie cieplutki, pyszny obiadek? Ha, ja bym takiemu też nie zrobiła ;) Ciekawe jak przywita go mamusia :D
Mogłybyście częściej pisać! :*

monia2405 - 2010-07-09, 15:00

Witam :) Jestem tu nowa, ale przeczytałam wszyściutkie opowiadania i mówię Wam, jesteście niesamowite! Może i ja coś kiedyś wkleję?
Jak na razie czekam na cedki :)

karolinam - 2010-07-09, 16:50

Dziękuję za kolejną część DDM :-) Bardzo fajną część, jak zwykle zresztą ;-)
Bardzo lubię te ich słowne przepychanki :-) Czyżby Marek zaczynał się martwić o żonę?
Z niecierpilwością czekam na ciąg dalszy

isis - 2010-07-10, 17:33

Aaaaa bliźniaczki&Olka nareszcie!!!!!!!:):)
Heheh Baśka widać już totalnie olała sobie Marka.....wreszcie doigrał się za swoje beznadziejne zachowanie..ciekawe czy nasz bohater zmieni swoją postawę :lol:
Dziewczyna piszcie szybciutko dalszą część i nie każcie nam tyle czekać!!!!Rewelacyjne jest to opowiadanie!!:):)

Kasieńka - 2010-07-18, 15:49

Bliźniaczki obiecałyście że wracacie do pisania, więc ja się pytam gdzie jest opo? :D
Ula131 - 2010-07-18, 17:41

Jeju, jak mnie dawno tu nie było. Cześć wszystkim!
stare dobre czasy mi się przypomniały...
generalnie mam pytanie, do starych bywalców forum :)
czy pamiętacie takie opowiadanie, w którym Basia i Marek są agentami do zabijania, Adam jest ich szefem i Brodecki przychodzi do Storosz w nocy itp itd :D i nikt nie może w agencji dowiedzieć się że ze sobą sypiają. w tytule było coś z cieniem.
interesuje mnie tytuł, autor albo gdzie je mogę znaleźć. mam nadzieję że pamiętacie i będziecie mogły mi pomóc, bo ostatnio naszło mnie na Krym znów i strasznie chciałam je przeczytać. będę wdzięczna.
buziaki i pozdrowienia ;*

Actress - 2010-07-18, 18:18

W cieniu miasta - Mija. co prawda starą bywalczynią nie jestem, ale czytałam i bardzo mi się opowiadanie podobało. jest w dziale nasza-twórczość. o tutaj: http://forumserialtv.nmj.pl/viewtopic.php?t=792
Twins - 2010-07-18, 20:46

Kasieńka napisał/a:
Bliźniaczki obiecałyście że wracacie do pisania, więc ja się pytam gdzie jest opo? :D


Miało być, ale za gorąco :-D

olka - 2010-07-19, 08:31

Twins napisał/a:
Miało być, ale za gorąco


Już się ochłodziło, więc siadajcie do worda :lol:

Daisy - 2010-07-19, 10:48

olka napisał/a:
Twins napisał/a:
Miało być, ale za gorąco


Już się ochłodziło, więc siadajcie do worda :lol:



Koniecznie :lol: I Ola, Ciebie też się to tyczy.

Ula131 - 2010-07-19, 10:55

TheActressOK napisał/a:
W cieniu miasta - Mija. co prawda starą bywalczynią nie jestem, ale czytałam i bardzo mi się opowiadanie podobało. jest w dziale nasza-twórczość. o tutaj: http://forumserialtv.nmj.pl/viewtopic.php?t=792


bardzo bardzo dziękuję ;*

Actress - 2010-07-19, 10:57

Daisy, a kiedy coś Twojego? :lol:

Ula131, nie ma za co. ;)

olka - 2010-07-19, 11:49

Daisy napisał/a:
Koniecznie I Ola, Ciebie też się to tyczy.


Ja nie mam nic do pisania :lol:

Twins - 2010-07-19, 13:14

Ha ha ha, bardzo śmieszne :lol: mam wymieniać tytuły? :lol:
olka - 2010-07-19, 17:20

Twins napisał/a:
Ha ha ha, bardzo śmieszne :lol: mam wymieniać tytuły? :lol:


Obejdzie się :576: To czego mozemy się najpierw spodziewac? :D Jakiego opa? Ja najbardziej czekam na CN 8-)

Twins - 2010-07-19, 17:54

Chyba leku, ale to jutro dopiero zaczniemy. ;-) CN... kurcze nie możemy się za to zabrać.
isis - 2010-07-19, 19:54

Dziewczyny liczę,że wkrótce pojawi się coś nowego!:)
Twins - 2010-07-19, 20:12

Bliźniaczki jak na razie myślą co tam miało być i sobie przypominają :lol:
Ninuś - 2010-07-21, 13:42

Dobra, ja już na pustki patrzeć nie mogę, dam coś swojego...
Tylko... to nie jest takie super, jak opowiadania Olki, Twins, czy Kasi.. Proszę o wyrozumiałość :)
Mogą się zdarzyć błędy, nieporozumienia i niedomówienia, więc od razu uprzedzam... !

Praktykantka

1.
Ludzie mówią, że od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok. I właściwie mają rację. To prawda. Czasem bywa tak, że pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy są ze sobą bardzo zżyci, dochodzi do wielkiej kłótni. Wtedy wszystko się wali. Przyjaźń, humory obojga, nastroje i atmosfera w pracy.
Od momentu pamiętnej kłótni na komendzie stołecznej w Warszawie, inni policjanci i pracownicy unikali Basi Storosz jak ognia. Bali się, że ta, znowu wpadnie w swoją furię złości, jak kilka tygodni temu. Komisarz Zawada był bezradny w tej sprawie. Jego podopieczni byli tacy od miesiąca, nic do nich nie docierało. Żadne prośby, rozmowy, ani tym bardziej groźby. Basia i Marek byli nie do zniesienia. Te docinki, kłótnie, wrzaski i wzajemne pretensje były numerem jeden plotek i tematem rozmów na całej komendzie. Tak naprawdę nikt nie wiedział o co poszło podkomisarzom. Co prawda niektórzy podejrzewali ich o romans, ale nikt głośno tego nie mówił. W sumie nawet mieliby rację.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby 4 miesiące temu na Komendzie nie pojawiła się Beata. Piękna, zgrabna brunetka z zielonymi oczami. Była praktykantką, która już niebawem miała stać się policjantką. Musiała jednak odbyć staż. Beata Domańska, bo tak się nazywała, grzeszyła samą urodą. Policjanci na całej komendzie gwizdali, kiedy przechodziła korytarzem. Oglądali się i uroczo uśmiechali. Niestety na nieszczęście Basi, przydzielono ją na wydział zabójstw, a dokładniej do ekipy Zawady. 24-letnia Beata była zachwycona pracą z najlepszym gliną w mieście. Jeszcze bardziej zadowalał ją fakt, iż ma koło siebie bardzo przystojnego kolegę Brodeckiego. Od początku służby uganiała się za nim. Uśmiechała się uwodzicielsko, a w ciepłe dni, ubierała krótkie spódniczki. Wszystko po to, by zawrócić w głowie podkomisarzowi.
Basia z zaciętą miną obserwowała jej poczynania. Od samego początku zakomunikowała Beacie wyraźnie, że nie jest królową. Domańska tylko prychnęła i wypuściła słowa Storosz drugim uchem.
W dzień kłótni, świat Basi Storosz wywrócił się do góry nogami. Nigdy nie spodziewałaby się, że Marek tak bardzo ją zrani. Owszem, czasem zachowywał się jak dziecko, czasem jak świnia, ale tego świństwa nie zapomni do końca życia.

Na zegarze wybiła 22.00 Basia opuściła komendę z dziwnym niepokojem. Przez cały dzień była świadkiem zaborczych spojrzeń pomiędzy Beatą, a Markiem. Dogadywali się doskonale, czego nie można było powiedzieć o nim i o Basi. To jej, Brodecki poświęcał teraz więcej czasu, to z nią flirtował i z nią żartował, nie z Basią. Wszystko się zmieniło, odkąd piękna praktykantka pojawiła się w jej życiu. Najgorsze było to, że pojawiła się też w życiu Marka, a on sobie z tego nic nie robił.
Zajechała do domu. Weszła do sypialni, aby zabrać swoją ulubioną piżamę. Kiedy spojrzała na łóżko, wspomnienia wróciły. Czuła ten zapach, który jeszcze kilka nocy temu intensywnie dawał o sobie znać. Uśmiechnęła się w myślach i zdała sobie sprawę, że dziś Brodecki ma nocny dyżur. Uznała, że to najlepszy moment na szczerą rozmowę, którą odkładają od kilku dni. Wybiegła z domu i podążyła na komendę. Z uśmiechem na ustach i pewna swoich uczuć do Marka, pojawiła się w kanciapie. Na jego biurku paliła się jedynie mała lampeczka. Po chwili spostrzegła na podłodze porozrzucane mazaki, które zawsze tak inteligentnie układał kolorami. Do tego porozwalane kartki i zbity kubek nad plamą rozlanej kawy. Kiedy zobaczyła ten cały bałagan na podłodze, przeraziła się. Przez jej głowę przedzierało się mnóstwo najgorszych myśli, że mogło mu się coś stać. I kiedy już miała uciekać, szukać go, zadzwonić do niego, do Adama… usłyszała coś z zamkniętego i szczelnie zasłoniętego żaluzjami, gabineciku Zawady. Podeszła bliżej i przystawiła ucho do szyby. Wtedy właśnie usłyszała głośny jęk. Jęk kobiety. Bez zastanowienia otworzyła drzwi. To co zobaczyła, rozwaliło ją, a później jej serce. Otóż na biurku Zawady siedzieli Marek i… Beata. Właściwie to nie oboje. Tylko ona, on stał. Nie byłoby pewnie w tym nic takiego tragicznego, gdyby nie to, że ciała Marka i Beaty były złączone, spodnie Brodeckiego spuszczone do kostek, a Domańska podpierała się rękoma o blat biurka w bardzo seksownym, czerwonym staniku. W pomieszczeniu było ciemno, jednak blask lampki na biurku Marka, oświetlał całą sytuację. Kochankowie spojrzeli na Basię zaskoczeni. Beata nie przestała lekko sapać. Jej oddech był nieco przyśpieszony. Storosz rozdziawiła twarz na wierzch i gdyby patrzyła na nich jeszcze chwilę, dostałaby zawału serca.
- Przepraszam! – tylko to słowo była w stanie z siebie wydusić. Poczuła falę łez napływających do jej oczu. Z hukiem zamknęła gabinet Adama i wybiegła z komendy zalana łzami.


Od tej nocy wszystko się zmieniło. Najbardziej stosunki Basi z Markiem. W ogóle ze sobą nie rozmawiali, a jeśli już, to tylko po to, by nawrzeszczeć na siebie. Na drugi dzień, po felernej nocy i wielkiego zawiedzenia, przez które serce Basi rozerwało się na miliony kawałków, Storosz urządziła Markowi ogromną awanturę. Nie kryła pretensji i rozgoryczenia tym, co zobaczyła w nocy. Dla niej Marek nie był już przyjacielem. Był idiotą i zwykłym palantem, który poleciał na praktykantkę.
Nie czuła by do niego tak wielkiego obrzydzenia, gdyby nie wyznał jej miłości kilka nocy przed tą najgorszą w jej życiu. Tak… Marek wyznał miłość Basi na trzy dni przed przespaniem się z Beatą. To wszystko przez te dwa cholerne słowa, które powiedział jej po ich wspólnej, pierwszej nocy. Wszystko byłoby dla niej łatwiejsze, gdyby nie to, że powiedział jej „Kocham Cię”.

To była trudna sprawa. Musieli ją jakoś odreagować. Po zaproponowaniu Adamowi piwa, którego on odmówił, postanowili uczcić razem zakończone śledztwo. Miejscem opijania było mieszkanie Basi. Siedzieli do późnego wieczora. Kiedy skoczyła wódka, wino, piwo i brandy, które Basia znalazła w barku, poddali się. Byli kompletnie zalani. Rozmawiali o wszystkim. Było śmiesznie i zabawnie. Takiego wieczoru dawno już żadne z nich nie miało. Tym bardziej, że byli sami. Noc, on, ona. To wszystko miało się dobrze skończyć. I skończyło się. Niby przez przypadek, pijany Brodecki wszedł do sypialni Basi. Znalazła go leżącego na łóżku. Uśmiechnął się i poprosił, by podeszła bliżej. Zaczęli się całować. Długo to nie trwało, zaczęli zdejmować z siebie ubrania. Tej nocy kochali się ze sobą po raz pierwszy. Nie obchodziło ją, że są kompletnie pijani i rankiem nie będą nic pamiętać, jednak liczyło się to, że był przy niej. Każdy jego pocałunek był na wagę złota. Odwzajemniła wszystkie.
Kiedy było po wszystkim, opadł ciężko na poduszkę, zaraz obok niej. Uśmiechnął się i przymknął powieki. Minęło kilka minut. Odwrócił się do niej i prosto w oczy szepnął:
- Kocham Cię! – po tych słowach uśmiechnęła się promiennie. Nie wiedziała, że to marzenie jest do spełnienia. Marzyła o tym, by Brodecki w końcu to powiedział.


Wspomnienie tej nocy siedziało w niej przez ponad miesiąc. Jednak kiedy na horyzoncie pojawiała się Beata, Basia nie umiała nad sobą panować. Często wybuchała, kiedy praktykantka się wymądrzała swoimi tezami na temat prowadzonego śledztwa. Marek nic nie mówił. Przewracał jedynie oczami, kiedy swoje zgryźliwe zdania kierowała na Beatę. Wiedział, że ma żal o to co zobaczyła, jednak czasu nie umiał cofnąć. Najbardziej bolało go to, że Storosz nie dała mu dojść do słowa. Chciał się jakoś wytłumaczyć, usprawiedliwić, jednak ona była twarda i zawzięta. Powiedziała mu prosto w oczy, że go nienawidzi i ich przyjaźń jest skończona.

Klaudia - 2010-07-21, 16:07

Fajne. Serio. Strasznie mi się podobają te 'retrospekcyjne'
Czekam, co będzie dalej...

Twins - 2010-07-21, 21:39

Jesteś względem siebie zbyt samokrytyczna! :)
Co prawda jest parę błędów stylistycznych, ale opowiadanie jest naprawdę świetne! :D

My się za coś zabierzemy, najpierw jednak musimy dojść do ładu z pomysłami, a właściwie z ich brakiem lub sklerozą :lol:

isis - 2010-07-21, 21:45

Ninuś dla mnie to opowiadanie jest świetne!:)Bardzo lubię Twoją twórczość i mam nadzieje,że szybciutko dasz kolejną część bo zapowiada się ciekawa historia!:)
Actress - 2010-07-21, 22:09

Ninuś :* opowiadanie na blogu czytam, i chodziaż tam nie komentuję, to tu powiem, że bardzo fajne jest! także dawaj tutaj dalsze części. :lol: tylko dłuższe trochę. ;)

Twins, Ceny niewinności mi bardzo brakuje. :)

olka - 2010-07-21, 22:27

Ninuś, też to z bloga znam :D I jest naprawdę fajne! Więcej wiary w swoje umiejętności ;) Czekam na cedek.
Ninuś - 2010-07-22, 12:59

No ja wiem, wiem... mam niską samoocenę, zawsze taką miałam...Nie lubię być krytykowana po prostu, co nie znaczy, że źle to traktuje :) Dzięki :*


2.
Tego dnia, Basia Storosz jako wzorowa pani podkomisarz pojawiła się w pracy pierwsza. Od jakiegoś czasu źle sypiała, jeśli w ogóle sypiała. Każdego niemal wieczoru, miała przed oczami Marka i Beatę w pokoju Adama. Nadal nie mogła przeboleć tego, co zrobił jej Brodecki.
Zaparzyła sobie kawy, jak zawsze, gdy przychodziła do pracy. Usiadła przy swoim biurku. Zdążyła jedynie dać 2 łyki kawy. Do kanciapy weszła Beata.
-Cześć. – pierwsza odezwała się Domańska. Basia nie miała zamiaru nawet na nią patrzeć. Wystarczyło jej to, co widziała ponad miesiąc temu. – Jak zawsze miła. – zamruczała pod nosem.
- Słyszałam! – wtrąciła nieprzyjemnie.
- O! To jakieś postępy! Wreszcie! -skomentowała Beata, łapiąc za jeden z trzech kubków, leżących na parapecie.
- Możesz skończyć? – nie patrząc na praktykantkę.
- Basia, to Ty skończ! Nadal jesteś zła, że Marek i ja… - nie dokończyła. – Zrozum… Jestem zwyczajnie lepsza!
- Zwyczajnie lepsza… - warknęła ciszej. – Daj sobie spokój…
- Marek jest ze mną szczęśliwy! – powiedziała z gromkim uśmiechem na twarzy, przegryzając delikatnie wargę.
- Marek nie jest z Tobą! – przypomniała jej. Tak, przecież oni nie byli razem. Ten wyskok, tamtej nocy, to była tylko jednorazowa przygoda.
- Błąd, pani podkomisarz…. – zaśmiała się kpiąco i odeszła kilka kroków tak, że teraz mogła śmiało nachylić się nad Storosz. – A myślisz, że co? Że on kolacje i śniadania je w swoim mieszkaniu? Sam? - dokończyła z cwaniackim uśmieszkiem i wyszła z kanciapy.
To wszystko było ponad siły Basi. Beata ją upokarzała i to na każdym kroku… Basia miała tego serdecznie dość, lecz niestety musiała znosić obecność Beaty jeszcze przez kilka miesięcy. Nie raz prosiła Adama, czy Grodzkiego o przeniesienie praktykantki do innego wydziału, ale na marne. Nic się nie dało zrobić. Storosz musiała się jakoś oswoić z obecnością swojej „rywalki”.

***

Nieogolony, niewyspany szedł do kanciapy. Marzył jedynie o tym, żeby była jakaś sprawa. Nie miał zamiaru zasypiać przy wypełnianiu akt. Kiedy doszedł na miejsce zobaczył swoją partnerkę wyglądającą przez okno. Niezauważony usiadł na swoim miejscu. Jego fotel nieco zaskrzypiał i to wytrąciło Basię z myślenia. Odwróciła się do niego.
- Cześć! – przywitał się jak należy.
- Cześć. – zironizowała. – A gdzie Twoja… ekhm… koleżanka? – usiadła na swój fotel i podparła się łokciami.
- Baśka nie zaczynaj! Proszę Cię… mam ciężki dzień.
- Nooo… widać, widać. Nieźle Cię w nocy wymęczyła co? – uśmiechnęła się ironicznie. Nie umiała oszczędzić sobie żadnego komentarza. Musiała mu dogryzać, inaczej nie nazywałaby się Basia Storosz. Marka denerwowało to najbardziej. Dużo razy chciał z nią porozmawiać, ale zawsze kończyło się tak samo, kłótnią.
- O co Ci chodzi? – warknął w jej stronę.
- Mi? Ależ o nic, tylko… jakbyś nie wiedział, to Cię informuję, że komenda to nie miejsce na okazywanie sobie uczuć. Tu się pracuje…
- Nadal chodzi Ci o tamto? Słuchaj… Mnie z Beatą nic nie… - urwał, bo Basia nie pozwoliła mu dokończyć.
- Ale nie musisz się tłumaczyć. Ja rozumiem… masz potrzeby, ale zaspokajaj je w domu, a nie na biurku przyjaciela! – dwa ostatnie słowa wyraźnie podkreśliła i wykrzyknęła. Po chwili w progu kanciapy pojawił się Adam.
- Co na biurku przyjaciela? Na moim biurku? – dopytywał się Zawada, słysząc końcówkę wypowiedzi swojej podopiecznej.
- Na Twoim biurku, Marek…
- Przestań! – krzyknął Marek. Wstał z fotela i ruszył do wyjścia, zabijając Storosz wzrokiem.
- Na Twoim biurku… - kontynuowała dalej Basia. – Marek chciał położyć niedokończone akta, których jeszcze nie wypełnił. – skończyła, nie spuszczając wzroku z Brodeckiego. Ten zerknął ukradkiem na Zawadę, po czym wyszedł bez słowa z kanciapy.
- Boże dzieciaki! – skomentował Adam. – Długo będę to musiał znosić.
- Tak!
- Basia, a możesz mi wyjaśnić o co wam chodzi? Ja wiem, że to wasze sprawy, ale… to jest nie do zniesienia! Tak się nie da pracować!
- Powiedz co swojemu najdroższemu przyjacielowi. – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Chciała jeszcze dodać coś o Beacie, ale powstrzymała się w porę.
- On nie chce o tym ze mną gadać. – przyznał się.
- Ja tym bardziej.
- Oj Baśka, Baśka… - mruknął pod nosem i wyminął ją, idąc do swojego gabinetu.

***

Marek był zły jak osa. Szedł szybkim krokiem. Chciał się jak najszybciej wydostać z komendy, na świeże powietrze. Baśka owszem, miała trudny charakter. Była uparta, bezkompromisowa, ale to, że nie dała sobie nic wytłumaczyć, denerwowało Marka najbardziej. Ta kobieta wykańczała go. Chciał jej wszystko wytłumaczyć, wyjaśnić i przeprosić, ale Storosz była straszliwie uparta. Nie wiedział jak do niej trafić. Tak bardzo chciał, żeby miedzy nimi wreszcie się ułożyło, żeby było tak jak dawniej.
Dochodząc do automatu z kawą, przystanął. Oparł się ręką o maszynę i wziął głęboki oddech. Po chwili podeszła do niego Beata.
- Hej! – powitała się z nim radośnie.
- Cześć. – spojrzał na nią, ale tylko na chwileczkę. Odkąd kłócił się z Basią, dogadywali się dość dobrze, jednak Brodecki trochę się krępował. Jej towarzystwo niekiedy przyprawiało go o wstyd. Ten wybryk miesiąc temu był jednorazowy, ale Baśce oczywiście nie można było tego wytłumaczyć. Od momentu tego zdarzenia, Marek starał się nie natykać się na Domańską, a przynajmniej bardzo się starał. Ich rozmowy ograniczały się niemal do spraw zawodowych, a wzrok Marka nie uwieszał się tak często na pięknej praktykantce. Zauważył nawet, że coraz częściej myśli o Basi. Nie tylko jak o partnerce na komendzie, ale także jak o kobiecie.
- Co tam słychać? – chciała go zagadać. – Pogodziłeś się z Basią?
- Ona nie chce mnie słuchać. – spuścił głowę.
- Wiesz… Przecież nas widziała. Ja też nie wiem, czy umiałabym z Tobą normalnie rozmawiać, gdybym przyłapała Cię z Basią w takiej sytuacji.
- Z Basią? - szepnął.
- No tak… no albo z jakaś inną panną! – zaśmiała się głośno.
- Wiesz co… - zmieszał się. – Muszę lecieć. Pogadamy kiedy indziej. – i wyleciał gdzieś z komendy. Beata tylko tupnęła nogą, robiąc groźną minę i wróciła do pracy. Chciała mieć Marka dla siebie. Był w jej typie, był miły, przystojny i niezły w… te klocki. To podobało się jej w nim najbardziej. Przysięgła sobie w duchu, że Marek będzie jej, bez względu na wszystko!

***

- Marek pozwól. – zawołał Adam, zaraz po jego powrocie do kanciapy. Podkomisarz posłusznie wszedł do gabinetu i zamknął za sobą drzwi.
- Co jest? – nie spodziewał się tego po co wezwał go Zawada.
- Wyjaśnisz mi to w końcu? – zapytał srogo Adam. Miał minę jakby co najmniej Marek zabił mu psa.
- Ale co? – ten nadal nie wiedział o co chodzi. Był wystraszony jak kurczak.
- Co?! – zakpił komisarz. – Ty się jeszcze pytasz co? Chodzi mi o Twoje relacje z Baśką! Nie wyjdziesz stąd dopóki mi tego nie wyjaśnisz! – ostrzegł go od razu, pokazując palec wskazujący.
- Adam… - zaczął niepewnie. Chciał jakoś pozbierać myśli. Nie miał pojęcia jak wytłumaczyć mu, co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Bał się, że albo on, albo Beata poniosą jakąś karę chociaż nie wiedział za co.
- Ależ mów, ja Cię cały czas słucham.
- Trochę się… pokłóciliśmy, a Basia nie chce mnie słuchać. Chciałem jej już dużo razy wyjaśnić, ale ona to taka… uparta koza! – wypowiedział się wreszcie Marek. Niepewnie spoglądał na przyjaciela, który na odległość widział, że Brodecki coś kręci. Za bardzo go znał, żeby myśleć inaczej. Teraz i tu musiał się dowiedzieć o co chodzi.
- No tak… To zauważyłem. Ale Marek, o co poszło? Chcę wam pomóc!
- To powiedz to Basi!
- Mówię to Tobie! Jesteśmy przyjaciółmi, tak?
-Tak… - powiedział cicho.
- Co jest między wami? – zapytał prosto z mostu.
- Po prostu Basia… - urwał. – A właściwie czemu jej tu nie ma? Ona też powinna Ci się wytłumaczyć! Czemu tylko ja? – oburzył się jak małe dziecko.
- Wyszła gdzieś. – odpowiedział krótko.
- No właśnie, no właśnie! Basia sobie łazi gdzie chce, a ja zasuwam z tymi papierkami sam! Ty tak pozwalasz jej wychodzić kiedy chce i gdzie chce?
- Eee… Marek….
- Nie Marek! Ona jest tu traktowana ulgowo! Wszystko jej wolno, a na końcu zawsze obrywam ja!
- Basia to kobieta, która… - zaczął Adam, ale Brodecki zareagował dość ostro.
- Tak, wiem! Basia to kobieta! I właśnie dlatego jest tu księżniczką, a takich brudasów jak na przykład ja ma się totalnie w dupie! – krzyczał. Po tych słowach nie wytrzymał i wyszedł z gabinetu Adama. Na jego nieszczęście po drodze szturchnął nadchodzącą do kanciapy Beatę.
- Marek? Co jest? – krzyknęła za nim, ale on już nie zareagował. Weszła do pokoju Adama. Zastała go pochłoniętego myślami. Siedział na swoim fotelu i wpatrywał się w okno. Z zamyśleń wybudziło go dopiero stukanie w szybę.
- Ooo Beata… - mruknął.
- Panie komisarzu… bo… Ja wiem, że nie powinnam pytać, ale… - zaczęła niepewnie. – Czy z Markiem wszystko okej? Nie wygląda najlepiej… - skrzywiła się.
- Słuchaj… Ja też nie wiem o co chodzi. Chciałem się dowiedzieć, ale oboje z Baśką są uparci. Podobno się pokłócili…
- I nie wie komisarz o co? – zapytała słodkim głosem. Po chwili uśmiechnęła się do niego, kiedy się na nią spojrzał.
- Nie… A może Ty coś wiesz?
- Ja? Ja się jedynie mogę domyślać. – zaśmiała się.
- Tak? A co myślisz?
- Moim zdaniem Marek się zakochał, a Baśka nie może tego przeboleć, bo sama go kocha.

***

Ocierając ostatnią łzę, Basia postanowiła w końcu poważanie porozmawiać z Markiem. Ta sytuacja stawała się coraz gorsza. Nie rozumiała już, dlaczego z najlepszego przyjaciela, jakim był Marek zrobiła się taka podła świnia. Widziała po nim, że on też ma dosyć tego wszystkiego. Oboje muszą wreszcie coś z tym zrobić, bo jeśli dalej tak pójdzie, któreś z nich albo nawet oboje, trafią do zakładu psychiatrycznego.
Wyszła z łazienki i z zaciętą miną pokonała odległość do ich kanciapy. Tam zastała jedynie zamyślonego Zawadę.
- O Basia! – ucieszył się na jej widok. – Co się stało? Płakałaś? – zauważył od razu.
- Nie, nie… wszystko jest w porządku. Gdzie Marek? – zapytała, odwracając się plecami do komisarza, by ten nie zauważył jej zamieszania.
- Chyba go wkurzyłem. Krzyknął coś i wyszedł. – powiedział na spokojnie.
- A… Beata? – zapytała, przewracając oczami.
- Nie wiem, też gdzieś poleciała…
- To ja chyba wiem, gdzie są? – dodała kąśliwie z nutką ironii w głosie.
- Naprawdę? Gdzie?
- Może najpierw przeszukaj kantorki i toalety. Gdzieś ich znajdziesz…
- A co to za ironia? – zaciekawił się jej tonem głosu.
- Też byś taką miał, gdybyś wiedział, że… - urwała się w porę. Nie chciała przecież, by Adam dowiedział się o incydencie na jego biurku.
- O czym bym wiedział? – podszedł do niej wreszcie i spojrzał na twarz. – Dowiem się w końcu o co w tym wszystkim chodzi? – podniósł głos. Mimo wszystko martwił się o swoich podopiecznych, a zwłaszcza o Basię i Marka.
- Po prostu… Brodecki jest idiotą, to wszystko co mam do powiedzenia. – sprytnie wywinęła się i zamilkła. Zawada jeszcze przez chwilę na nią patrzył. Kiedy stwierdził, że nic z niej nie wyciśnie, poddał się. Nie pytał już o nic. Doszedł do wniosku, że jak będą chcieli, to sami powiedzą. Nie ukrywał tez faktu, że był nieco poirytowany zachowaniem podkomisarzy. Oni nie chcieli mu nic powiedzieć, a przecież byli przyjaciółmi. Co prawda nie chciał mieszać się do ich prywatnych spraw, jednak myśl, że nie może im pomóc, coraz bardziej go denerwowała.
- Oj Baśka, Baśka… - westchnął głośno.
- No co? No co, Adam? Gdybyś otworzył oczy, to byś widział. – mruknęła.
- A gdyby babcia miała wąsy? Baśka, ja chcę wam po prostu pomóc. Wam obu! Nie rozumiecie tego? – Zawada ciągnął dalej.
- Ale mi nie jest potrzebna pomoc! – oburzyła się. – To temu kretynowi i jego kochance potrzebna jest pomoc!
- Kochance? – zapytał Adam.
- No przecież nie żonie! – krzyknęła Basia.
- Powiesz mi, czy nie?
- NIE!

Daisy - 2010-07-22, 17:30

Kłopoty, cz. 1


Wczesny czerwcowy świt pokrył szarością zakurzoną szybę pociągu. Za oknami przesuwały się pola wypełnione dojrzewającym zbożem. Potem zieleń łąk, jakaś rzeka, domy wtopione w krajobraz, ludzie witający kolejny dzień, i znowu zboża. Przechyliła w tył głowę i przymknęła oczy, żeby choć na chwilę zapomnieć o tym, co kilka godzin temu przekazał jej Zawada. Nie mogąc zasnąć, siedziała wtedy na werandzie domu rodziców, w Przemyślu. Nie myślała o pracy, cieszyła się urlopem, i nawet nie przypuszczała, że jeden telefon przyjaciela wywróci jej plany do góry nogami…
Na Dworcu Centralnym w Warszawie wysiadło sporo osób. Podróżni, pośpiesznie opuszczający wagony, zmieszali się z tłumem oczekujących na peronie. Powitalne okrzyki, nawoływania, ogólne zamieszanie. Zdjęła z półki torbę, włożył wiszącą na wieszaku bluzę i wysiadła. Adam i Zuzia już na nią czekali.
- Nareszcie jesteś! – zagadnął komisarz, delikatnie obejmując Basię i odbierając od niej bagaż. – Odwieziemy Cię do domu, odpoczniesz i dopiero wtedy…
- Nie, nie… - przerwała natychmiast. – Nic mi nie jest, zdrzemnęłam się w drodze. Teraz gdzieś usiądziemy i opowiecie mi, co dokładnie znaczyło to „Marek jest zatrzymany za współudział w handlu narkotykami”.
- Dosłownie znaczy to, co powiedział Adam. A w skrócie, Brodecki znowu wpakował się w kłopoty. – dodała Zuzia, kierując się w stronę wyjścia z dworca. – Chociaż to nie jego wina.
- Oczywiście, że nie jego. Na jakiej podstawie w ogóle mieliby zamykać oficera policji? – Storosz nie kryła oburzenia. – Marek jest czasami narwany, ale przecież nie jest przestępcą. I co mają do tego narkotyki? Zaczęliście jakąś nową sprawę? Już wam morderstwa i porwania nie wystarczają?
- Wsiadaj… - Cała trójka zajęła miejsca w samochodzie. Zawada jednak nie odjechał, zbierając myśli i próbując w jakiś prosty sposób wytłumaczyć Basi sytuację ich przyjaciela. – Nie chodzi o sprawę. A przynajmniej nie naszą.
- Marek był po prostu w złym miejscu o złym czasie.
- To też mnie nie dziwi… - prychnęła podkomisarz, znając możliwości swojego partnera.
- Wydział do spraw narkotyków z Komendy Głównej od pewnego czasu prowadził dużą sprawę, handel narkotykami na terenie całej Polski. – Ciągnął komisarz. - Od miesiąca mieli na oku… głównego koordynatora.
- Tulipana… - sprostowała Ostrowska. – Od wczoraj siedziałam nad jego aktami. Jest z pochodzenia Bułgarem. Spędził 4 lata w więzieniu w Sofii za handel bronią, 2 lata w Łęczycy za usiłowanie morderstwa. Aż zainteresował się narkotykami. Jego żona jest Polką, ale nie widziała go od trzech miesięcy. Nic na niego nie mieli, tylko jakieś poszlaki. Dopiero wczoraj zdobyli dostatecznie dobry dowód na to, żeby go zgarnąć. Ogon ciągnął się za nim już od południa. Wieczorem zaskoczyli Go w Łomiankach.
- Okej… - Baśka pokiwała głową. Rozumiała wszystko, oprócz jednego… - Ale co z tym wszystkim ma wspólnego Brodecki? Przecież nie współpracowaliście z nimi. Nawet nie zajmowała się tym Stołeczna, więc nie rozumiem… - Zuzia spojrzała porozumiewawczo na Zawadę. – O co tu chodzi do jasnej cholery?
- Dom w którym zatrzymali Tulipana należał do Natalii. – Wytłumaczył komisarz. – Nie pozwolili nam ich przesłuchać, ani spotkać się z Markiem. Dlatego nic więcej nie wiemy. Grodzki próbował coś zdziałać, ale powiedzieli mu tylko, że Marek zostanie zwolniony dzisiaj w południe. I przymusowo, odgórnie zostaje zawieszony do czasu rozwikłania jego udziału w… tym wszystkim.
- Nie wiemy też czy Natalia miała coś z tym wspólnego. Czy spotykała się z Markiem dla interesu, i kim był dla niej Tulipan. Czy może on wykorzystał znajomość z nią, i też nic nie wiedziała. Jesteśmy w czarnej dupie…
- Zuzia stanowczo za często przebywa w towarzystwie Szczepana… - Adam mrugnął do Storosz, która od momentu informacji dotyczącej Orłowskiej, milczała zaciskając mocno pięści. – Baśka, co nic nie mówisz?
- Co za… Suka! – warknęła w końcu nieprzyjemnie, nie szczędząc słów pod adresem pani scenarzystki. – Na pewno ma coś z tym wspólnego. Dam sobie rękę uciąć.
- Nie osądzajmy jej pochopnie… Z nią też porozmawiamy, ale niestety dopiero jutro. Ją zatrzymali na dwa cztery, a Marka na czas przesłuchania. Za godzinę będzie wolny.
- Nie osądzajmy jej pochopnie? – prychnęła. – Adam, czy ty nie widzisz, że odkąd Marek związał się z tą wywłoką, wszystko się psuje? Nigdy się nie kłóciliśmy… a przynajmniej nie w takiej częstotliwości, jak to robimy teraz. Nigdy nie lekceważył przyjaciół, ani pracy. Mam wymieniać dalej?
- Zakochał się…
- A mnie to gówno obchodzi. Jeśli się zakochał, to teraz się odkocha, bo ja nie będę znosić więcej jego wybryków. Poza tym, jeśli okaże się, że jest współwinna, to będzie mógł co najwyżej jej paczki do więzienia wysyłać. I mam nadzieję, że tak też się stanie. Nienawidzę jej!
- Nie da się nie zauważyć… - Zuzia głośno się roześmiała. – Nigdy nie pałałaś do niej sympatią.
- Naprawdę się starałam, uwierzcie mi. – teraz i ona się uśmiechnęła. – Jedziemy po niego? Skopię mu tyłek za popsucie mojego idealnego urlopu.

Dwanaście godzin później, zmęczony, niewyspany i głodny, przekroczył próg drzwi prowadzących na dołek, gdzie w jednej z kilkunastu cel spędził ostatnią noc. Wyglądał jak siedem nieszczęść – potargane włosy, krew w kąciku ust, rozdarta koszulka. Podpisał jakiś papierek i odbierając swoje rzeczy, opuścił gmach Komendy Głównej Policji, przed którym jak myślał zastanie wyłącznie Zawadę.
- Czy Ty zdajesz sobie sprawę, że Ona… - zwrócił się do przyjaciela, wskazując na podpierającą się o maskę samochodu koleżankę Storosz. - … nie daruje mi tego, że popsułem jej jakże wymarzony odpoczynek na łonie rodziny?
- Zamknij się! – odpowiedziała podkomisarz.
- Widzisz, jak ja Cię dobrze znam. – mrugnął. – Kiedy Cię zawiadomili, że zdążyłaś pojawić się tutaj z drugiego końca Polski? Przecież nie umieram. Poznaję pracę w policji od tej drugiej, mroczniejszej strony. Wiedzieliście, że na siusiu wypuszczają co cztery godziny? Bo ja nie miałem o tym bladego pojęcia. Zielonego zresztą też nie.
- A mi się zdaje, że wyraźnie zaakcentowałam: Zamknij się! – mruknęła, wściekła, że w takiej chwili żarty się go świetnie trzymają. – Możesz przejść do sedna i powiedzieć nam na czym stoisz?
- Na betonowej płycie…
- Wiesz co? To rzeczywiście był błąd, mogłam cieszyć się kolejnym dniem urlopu, zamiast martwić o przyjaciela, który prawdopodobnie potrzebuje mojej pomocy. Wracam do Przemyśla!
- Dzieciaki, dzieciaki… - Adam delikatnie się uśmiechnął, obejmując oboje jednocześnie za ramiona. – Co ja bym bez was miał? … Ale Baśka ma rację. Koniec żartów. Marek, musisz nam wszystko po kolei opowiedzieć, co się stało w Łomiankach. Jeśli chcesz, żebyśmy Ci pomogli.
- Sytuacja nie jest tak zła, jak sądziłem… Ale… Możemy jechać do mnie? Muszę wziąć prysznic. Porozmawiamy w drodze.
- Do wozu załoga… - zasalutował komisarz, doprowadzając tym do śmiechu swoich podopiecznych. Odjechali w kierunku mieszkania Brodeckiego.

Ninuś - 2010-07-22, 18:42

Fajnie Daisy, że wróciłaś. Zapowiada się niezła historia, tylko ciekawe ile będziemy czekać na chociażby drugą część :)
olka - 2010-07-22, 18:43

Prosze, kto nas zaszczycił swoją twórczością :lol:
Daisy bardzo się ciesze, że napisałaś coś nowego. Opko jak zwykle pierwsza klasa, dialogi, opisy, świetne! I pomysł świetny!
Żarty się Brodeckiego faktycznie trzymają :576: Mam nadzieje, że nie będzie miał zbyt poważnych problemów przez tą wpadkę. I popieram Baśke, niech Orłowska wyląduje w pierdlu! :lol:
Powrót w GENIALNYM stylu ;*

PeeS: Prosze, nie daj nam zbyt długo czekać na cedek :lol:

Daisy - 2010-07-23, 00:03

Cz. 2

Zmęczenie – ciężkie, odurzające jak działanie narkotyku. Bezwład całego ciała, szum w głowie, nieznośnie piekące powieki. Tak właśnie czuł się podkomisarz Brodecki po nocy spędzonej w areszcie. I mimo, że zgrywał twardego przed swoimi współpracownikami, żartował, to w gruncie rzeczy bał się tej drugiej, gorszej i ciemnej strony swojego zawodu. Przecież to on zawsze łapał przestępców i wymierzał sprawiedliwość, nigdy na odwrót. A tymczasem został potraktowany jak równy handlarzowi narkotyków – schwytany, skuty i zamknięty w więzieniu, a następnie dokładnie przesłuchany. Dlatego bał się, że sprawa w którą został wplątany, pozostawi po sobie ślad. Ślad w postaci akt osobowych, z których jasno będzie można odczytać, że jest zwykłym psem niegodnym zaufania.
- Marek, jesteś tam? Nie śpij… Nie mamy całego popołudnia!
Z zamyślenia wybudziło go głośne pukanie do drzwi i znajomy, jak zwykle poirytowany głos Baśki. Pokręcił z uśmiechem głową, zakręcił wodę i wyszedł spod prysznica. Owinięty w pasie ręcznikiem, dołączył do przyjaciół.
- Powiedziałem, że potrzebuję dłuższej chwili…
- Masz jakąś awersję do ubrań? – podkomisarz nie mogła nie zareagować, tym bardziej widząc go w negliżu, mokrego, przepasanego skrawkiem materiału. Dlatego, aby ukryć swoje zmieszanie opuściła pokój wspominając coś o świeżym powietrzu. Wyszła na balkon, zasłaniając przy tym drzwi zasłonką.
- Wcześniej Ci to nie przeszkadzało… - odkrzyknął, wprawiając tym w zdumienie roześmianego jak dotąd Zawadę. – Żartowałem. Chyba nie pomyślałeś, że…
- … że z nią spałeś? Nawet mi to do głowy nie przyszło. – odfuknął – Baśka jest dla Ciebie stanowczo za dobra, za inteligentna i za ładna. Poza tym kiedyś miałem tą przyjemność rozmawiać z jej ojcem i nigdy nie zgodziłby się na związek córki z dzieciatym facetem.
- Seks to jeszcze nie związek… - zakpił.
- Czy wy nie zdajecie sobie sprawy, że ja wszystko słyszę? – Baśka z impetem odsunęła zasłonkę. – Dla Twojej wiadomości nie spałam z Brodeckim i nawet nie zamierzam. – w pierwszej kolejności zwróciła się do Zawady, a dopiero potem do kolegi Brodeckiego, wbijając mu wskazujący palec w ramię. – A ty idź się wreszcie ubrać, bo zaraz Ci coś spadnie.
- Chciałabyś… - zadowolony zniknął w drugim pokoju. A Basia kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, opadła na kanapę obok komisarza.
- Adam będziesz moim świadkiem. Kiedy go zabiję, powiesz, że to nie ja. A zrobię to na pewno. I to jeszcze dzisiaj, jeśli nie przestanie mnie denerwować.
- Tak mi się właśnie zdawało, że kiedyś targniesz się na moje życie… – Marek wrócił już w pełni ubrany i usiadł na fotelu obok przyjaciół. – Teraz będę przygotowany.
- Głupek! – wytknęła mu język i lekko popukała się w czoło.
- No dobrze, ale za nim Baśka zrobi ze mnie siekane kotlety, to powiem wam, co wiem. Tylko nie wiem od czego zacząć.
- Najlepiej od początku – zasugerował Adam. – I najlepiej niczego nie pomijaj.
- Postaram się… - nabrał powietrza w usta, i zaczął opowiadać. – Umówiłem się z Natalią na wieczór…
- Byłabym wdzięczna, gdybyś opuścił rewelacje związane z nią w roli głównej… Wasze zażyłości nie specjalnie mnie interesują. Adama na pewno też nie. – wtrąciła podkomisarz, przewracając oczami. Bowiem damskie imię „Natalia” nigdy nie działało na nią kojąco.
- Czy mogłabyś choć na pięć minut zamknąć swój głupi dziób, i mi nie przerywać?
- Może w ogóle wyjdę?
- Nie miałbym nic przeciwko temu.
Basia wstała, ale Adam zatrzymał ją silnym uściskiem i z powrotem posadził na kanapę.
- Nigdzie nie idziesz i nie przerywasz mu… Rozumiesz? – kiedy pokiwała głową, skinął do Marka, żeby ciągnął dalej.
- Umówiłem się z Natalią na wieczór. Uzgodniliśmy, że nie będziemy nigdzie wychodzić i zjemy kolację u niej… Dlatego po pracy od razu pojechałem do niej. Zamówiliśmy Sushi.
- Przecież ty masz uczulenie na Sushi… - wtrąciła znowu podkomisarz.
- Natalia lubi…
- No tak, czego się nie robi z miłości. – Burknęła cicho. – Nie przeszkadzaj sobie, kontynuuj, kontynuuj.
- Zamówiliśmy Sushi, otworzyliśmy wino… i ogólnie spędziliśmy miło czas. Około dwudziestej pierwszej przyszedł Tulipan… I to nie był pierwszy raz, kiedy przyjechał. Z tego, co mi mówiła Natalia, są starymi przyjaciółmi. A on pomaga jej w realizacji nowego scenariusza. Do filmu.
- Kryminalnego?
- Powiedziała, że zajmie im to góra pół godziny. Zostawili mnie samego i poszli do gabinetu. Prosiła, żebym im nie przeszkadzał, więc włączyłem jakiś film na dvd… No i po jakimś czasie usłyszałem coś dziwnego. Nawet nie doszedłem do okna, bo do środka wpadli czarni. Powalili mnie na ziemię, Tulipana i Natalię właściwie też, gdy tylko wywlekli ich do salonu. Próbowałem się bronić, stąd krew na twarzy i podarte ubranie. Starałem się też wytłumaczyć im kim jestem, ale nie dali mi dojść do słowa. Wsadzili w radiowóz i odwieźli na komendę. Tam dopiero dowiedziałem się, co się dzieje. Że Tulipan jest handlarzem narkotyków poszukiwanym w Polsce i Bułgarii, a ja i Natalia … jego ludźmi.
- Ale wytłumaczyłeś im jak jest? – zapytał Adam, kiedy Marek nagle zamilkł.
- Zabrali mi odznakę i znaleźli w kartotece policyjnej, więc wiedzieli kim jestem. Dopytywali się jedynie kim oni są dla mnie. Tulipana właściwie nie znałem, więc wspomniałem, że widziałem go przelotnie w domu Natalii. No a ona, że jest moją…
- Kochanką?
- Przyjaciółką… - wycedził nie kryjąc zdenerwowania. – Nie chcieli mi nic powiedzieć, a tym bardziej pozwolić na rozmowę z Natalią. Dopiero jutro ją wypuszczą.
- Wiemy… Marek, myślisz, że ona ma coś z tym wspólnego? Wiedziała o wszystkim?
- Chciałabyś? – uśmiechnął się. – Nie mam pojęcia. Teraz to mi już wszystko jedno… Chciałbym tylko, żeby mnie oczyścili i przywrócili. Przecież ja zwariuję zanim oni to wszystko rozwikłają.
- Nie martw się stary, jakoś Cię z Tego bagna wyciągniemy. – Zawada poklepał przyjaciela po ramieniu. – A następnym razem zacznij się może umawiać z jakąś kelnerką.
- I widzisz do czego doprowadza znajomość z nieodpowiednią kobietą?

olka - 2010-07-23, 08:55

Dejz wpadła w ciąg :lol: Ajjć, uwielbiam takie opka :D Lekkie, z humorem i akcją jednoczeście.
Docinki podkomisarzy są powalające. :lol: Chyba nikt nie potrafi ich kłocić tak świetnie, jak Ty!
Czekam na kolejną część!
MISTRZ ;*

Actress - 2010-07-23, 09:17

Ninuś, uwielbiam Cię za to opowiadanie. :) Dobrze, nie tylko za nie, ale za nie też. :*


Daisy, uśmiech na ustach się pojawia, kiedy czytam Twoje opowiadania! I to taki bardzo szeroki. :D Mają w sobie TO coś. :*

mandzia - 2010-07-23, 13:18

DAISY jesteś BOSKA.
Geniusz.
Opowiadanie genialne, a te ich wzajemne docinki... :-D
:509: :509: :509:

isis - 2010-07-23, 21:35

Oooo jak tu miło się zrobiło!:)

Ninuś to opowiadanie jest na prawdę świetne!:)Nie czytałam go wcześniej ,dlatego czekam z niecierpliwością na kolejną część!!Robi się coraz ciekawiej;)

Daisy miło Cię znów widzieć:!!:)Twoje opowiadania mają taki charakterystyczny i niepowtarzalny styl:)Hehe dialogi podkomisarzy jak zwykle powalają na kolana! :lol:
A wplątanie Marka w aferę narkotykową-już mi się podoba!:)
Czekam na ciąg dalszy!;)

sylka95 - 2010-07-23, 21:49

Czytam Wasze opowiadania już od jakiegoś czasu, jednak nie miałam okazji żadnego skomentować. Dziewczyny macie po prostu talent!
Na forum jestem dopiero od dzisiaj, nie mam pojęcia czy już takie coś się pojawiło, ale mam mała propozycje. Fajnie by było, gdyby którąś z Was opisała zakończenie kryminalnych, taki niezbyt długi epilog. Bo jak wiadomo zakończenie było beznadziejne.:)

Ninuś - 2010-07-23, 23:09

sylka95 napisał/a:
Fajnie by było, gdyby którąś z Was opisała zakończenie kryminalnych

dużo jest takich zakończeń, może nawet któreś jest tutaj, tylko trzeba poszukać w Fan Fiction, nasza twórczość :)

sylka95 - 2010-07-23, 23:32

Ninuś, dzięki. Tak jak już wspomniałam jestem tu nowa i zbytnio się nie orientuję :)
Aagnieszkaaaa - 2010-07-24, 03:18

hej, pomyślałam, że może spróbuję napisać zakończenie... :) mam wrażenie, że jest nie dopracowane, ale może następne będzie lepsze... miłego ;) Fajnie gdybyście, napisały mi jakieś wskazówki... bo również tu debiutuje... ;) (to chyba moje trzecie lub czwarte opowiadanie na tym forum)



Leżała wciąż przy nim. Mówiła, czasem modliła, kiedy już nie miała siły po prostu głaskała i trzymała za rękę. Miała nadzieję, że jakimś cudem czuje jej obecność. Wie, że ona jest wciąż przy nim. Że pragnie być zawsze przy nim. Nie ważne co się stanie dalej, jak się już obudzi. Co będzie? Jaka będzie diagnoza? Chciała być przy nim, tak po prostu... z miłości do niego.
Kiedy zasnęła wtulona w niego, na małym szpitalnym łóżku miała wspaniały sen. Ona i on przed komendą... wysiadają z małego fiata. Czeka na nich Adam, z uśmiechem. Marek otwiera jej drzwi i pomaga wysiąść... jest kochany. Czuły, opiekuńczy... jak nie on. Jak nie ten Marek, którego znała jeszcze pół roku temu. Może zawsze taki był, ale tego nie zauważyła. A może był taki dla wszystkich swoich kobiet. Może on taki był... nie ważne... czuła, że teraz liczy się tylko ona... i ta piłka, którą miała przed sobą... Marek twierdził, że ta piłeczka coraz większa- to jego córka. A Basia... czuła, że to chłopak. Ale to nie było ważne. Najcudowniejsze było to, że jest ich. I nikogo więcej. Nikt im tego szczęścia nie zabierze.
Marek wrócił po kilku miesiącach do pełni zdrowa i to właśnie dziś miał zacząć pierwszy dzień służby. Wróciło... jak za starych dobrych czasów ich trio. Nadal razem, a właściwie teraz to już nie trio... teraz są we czwórkę! Było wspaniale, co prawda to dopiero początek trzeciego miesiąca, ale czuła, że kwitnie.
Chłopaki po długich namowach pozwolili jej pracować do siódmego miesiąca, ale tylko za biurkiem lub w sali przesłuchań. I tak było, nie kłóciła się- wiedziała, że to z troski. Wyolbrzymionej troski i miłości. Cieszyła się, chociaż z początku ją to strasznie denerwowało, a potem zaczęła z tego korzystać... nie miała większego wyboru. Kiedy minął siódmy miesiąc, a do porodu zostało już tylko osiem tygodni ... wszyscy byli podenerwowani. Marek nawet kupił telefon, specjalnie dla Basi żeby zawsze mogła do niego zadzwonić. Zwariował na punkcie Baśki i tego malucha. Płeć dziecka nie miała dla nich znaczenia, do końca miała być niespodzianką... nie chcieli wiedzieć. Chcieli się cieszyć z tego co przyniesie im los... tak jak do tej pory. Myśleli, że będą cieszyć się tak do długich lat starości, ale niestety nie dane im to było.
Na początku dziewiątego miesiąca, na obiad zamiast Marka przyjechał Adam, podobno ze straszną minął, smutną i łzami w oczach. Ona już wiedziała, że jest źle... kilka słów zawaliło jej świat. Marek, akcja, karetka, operacja... znowu będzie przy nim, będzie siedzieć, prosić, głaskać, modlić... ale on musi wrócić do zdrowia. Już nie dla niej! A dla nich!!! Niestety, tym razem już nie pojechała do szpitala... nie było już po co tam jechać...nie udało się... pocisk trafił prosto w serce, które je kochało. Nie było sensu.
W kółko zadawała sobie pytanie dlaczego? Dlaczego to spotyka ją? Ich... dlaczego?! Ale czy na takie pytania są odpowiedzi...? Z pewnością nie. Jedyne co pamięta... to cmentarz, a potem silny ból... zaczęła rodzić. Rodzić ich dziecko, poczęte z miłości... Mała Agnieszka i Krzyś będę wychowywać się bez ojca. Dlaczego oni, dlaczego? Nigdy nie znajdzie na to odpowiedzi. Wciąż siedzi na łóżku i płacze. Chociaż minął już rok, myślała, że już się z tym pogodziła. Ale czy ze straconą miłością można się pogodzić. Bardzo tęskni. Nie wiedziała jak sobie poradzić. Miała przyjaciół, rodzinę... najwspanialszych. Ale zabrakło jego, najukochańszego człowieka. Człowieka, który ją rozumiał, przytulał, czuła przy nim bezpieczeństwo, czasem rozpieszczał, ale i do porządku potrafił ją doprowadzić kiedy przesadnie histeryzowała. Akceptował ją całą... kochał. Dlaczego jej go odebrano... dlaczego znowu los wystawia ją na taką ciężką próbę. Już nigdy nie będzie szczęśliwa... będzie żyć tylko dla Agusi, czuła, że dla niej warto.... Czuła, że w tym nie może zawieść Marka. Nie może... kolejna łza toczy się po policzku, dzielnej policjantki...
• Nie płacz...
• Co?
• Basiu, nie płacz
• Marek, Marek... Ty żyjesz. Obudziłeś się... Marek... tak bardzo, tak bardzo... Marek
• Ciiii... już dobrze, jestem i zawsze będę... i wiesz co początek bajki jest wspaniały, ale obiecuję Ci, przysięgam, że zakończenie będzie zupełnie inne... w końcu Aga musi mieć rodzeństwo... chciałbym mieć dużą rodzinę. I nigdy Cię nie opuszczę... kocham Cię!
• Marek... tak bardzo tęskniłam... i tak bardzo kocham, kocham, kocham...
• Mmm... pocałuj mnie, a może szybciej stąd wyjdę...
• Haha...
• W końcu się uśmiechasz...
• Bo jesteś
• I zawsze będę. A może przed narodzinami Agi, weźmiemy ślub?
• Ej, a Tobie podają tu na pewno tylko leki przeciw bólowe... może przedawkowałeś?
• Mówię, całkowicie poważnie
• Kocham Cie Wariacie
• To ustalone, wychodzę stąd i szukamy sali na huczną imprezę weselną...
• Tak, a potem...
• A potem to my będziemy żyć długo i szczęśliwie z Agnieszką, Krzysiem, Kubą, Jasiem, Asią, Michaliną...
• Nie rozpędziłeś się trochę...
• No może ociupinkę...

Twins - 2010-07-24, 10:37

Aaaaaaaaaa!! DEJZ!! :mrgreen:
Nawet nie wiesz, jak się cieszymy, że wróciłaś !! Twoje opowiadania mają w sobie coś takiego, co chyba żadne na forum. Są przyjemne, pisane "lekkim piórem" :mrgreen: I chyba nikt nie rozumie tak relacji podkomisarzy, jak Ty! :D
MISTRZYNI dialogów i docinek między B&M!! :-D
Kochamy Twoje opowiadania !!
GENIALNIE!! :** :**

Mija - 2010-07-24, 10:45

Tak, tak, tak! W 100% zgadzam się z Twins:)
Daisy Twoje opisy, dialogi mają w sobie taką lekkość i finezję, że czytanie ich sprawia ogromną przyjemność :)

sylka95 - 2010-07-24, 11:38

Oj, tak. Opowiadania Dejz są magiczne :D Te ich docinki.. uwielbiam je czytać.. :D

Agnieszko, ślicznie to opisałaś. przez chwilę przestraszyłam się, że Marek rzeczywiście umarł, ale na szczęście nie. Czy on się troszkę nie zagalopował z tą ilością małych Brodeciątek ? :lol: Ale tak czy owak najważniejsze, że się kochają. ;)

Yuvati - 2010-07-25, 16:34

Cześć:) Jestem tutaj nowa... Wasze opowiadanka czytam już od dawna i jestem nimi zachwycona, bo są świetne. Ja napewno nie mogę się z Wami równać, ale postanowiłam wrzucić tutaj pierszą część mojego opowiadanka. Mam nadzieje, że przypadnie Wam do gustu. Zapraszam do czytania i ocenienia....


TANIEC ZMYSŁÓW 1

Zbliżał się wrzesień czas, kiedy w jedynej Akademii Artystycznej rozpoczynały się przesłuchania. To właśnie podczas tych przesłuchań grono pedagogiczne, składające się z najlepszych w branży specjalistów od tańca, teatru wyłaniało 40-stu utalentowanych młodych ludzi, którzy przez najbliższe 3 lata mieli spędzić w murach Akademii.
Basia Storosz była młodą, 21-letnią dziewczyną, której pasją był taniec. Wiele godzin spędzonych na salach treningowych, pot i czasem wylane na treningach łzy sprawiły, że Basia była bardzo dobrą tancerką towarzyską. Uwielbiała tańce standardowe, chociaż równie dobrze radziła sobie w tańcach latynoamerykańskich. Najlepszą przyjaciółką Basi była Zuzia Ostrowska, wesoła, pełna życia i trochę zwariowana dziewczyna, która także podobnie jak Storosz uwielbiała taniec. Jej mocną stroną był taniec współczesny.
Wakacje dziewczyny spędziły bardzo pracowicie, na sali treningowej przygotowując się do zbliżających się w Akademii, przesłuchań.
Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień. Przyjaciółki całą noc nie mogły zmrużyć oka, były bardzo zdenerwowane tym co czekało ich rano w Akademii. Punktualnie o 11 stawiły się pod gmachem uczelni, gdzie ustawiła się już dość duża grupka młodzieży, która podobnie jak one czekały na swoje 5 minut.
-Basiek ja tu chyba normalnie zwariuję…..
-Zuzia daj spokój jesteś cudowną tancerką, więc nie masz się co martwić że Cię nie przyjmą…. proszę Cię nie dramatyzuj..- powiedziała zdenerwowana Basia
-Ta jasne… A Ty to niby taka spokojna jesteś … Mi tu normalnie kaktus na dłoni wyrośnie jak Ty nie jesteś zdenerwowana- powiedziała Zuzia poklepując przyjaciółkę po ramieniu. I po chwili dodała- Baśka zobacz tam po twojej prawej z tyłu, tylko błagam Cię dyskretnie…
Storosz niewiele myśląc z impetem odwróciła się do tyłu. Nie zobaczyła nic szczególnego, prócz dwóch przystojniaków, którzy przyglądali się jej i Ostrowskiej bardzo uważnie i coś do siebie mówili..
-No czyś Ty oszalała!!!! Baśka mówiłam DYSKRETNIE….- prawie krzyknęła Zuzia- Widziałaś jakie przystojniaki…. Ja nie mogę, z takimi ciachami to aż miło będzie współpracować!!!! A jak oni się na nas gapią…. Basiek chyba wpadłyśmy im w oko- mówiła jak nakręcona Zuzia
-Ta…. Jasne… Zuzia proszę Cię zejdź na ziemie…. Przecież oni pewnie nie patrzą na nas tylko na te dwie lafiryndy za nami… oooo tam..- wskazała ręką Basia.
I właśnie w tym momencie drzwi do Akademii otworzyły się a w nich ukazała się postać profesora tańca, a zarazem dyrektora Akademii Artystycznej- Adama Zawady oraz Doroty Wiśniewskiej- magistra teatrologii. Przed budynkiem zaległa cisza, wszyscy w jednej chwili umilkli i czekali ze zdenerwowaniem na to co teraz nastąpi.
-Witam wszystkich bardzo serdecznie w naszej Akademii. Za chwilę rozpoczniemy przesłuchania, w których weźmiecie udział. Najbardziej utalentowani i pracowici z Was zostaną przyjęci do naszej Akademii i rozpoczną nowy etap w swoim życiu. Mam nadzieje, że jesteście przygotowani do tego aby dać dzisiaj z siebie wszystko. Pamiętajcie że od tego co nam za chwilę pokażecie zależeć może wasza przyszłość i wasza kariera- powiedziała pełna spokoju a zarazem uśmiechnięta mgr Wiśniewska. Po tych słowach rozległy się brawa, które uciszył Zawada:
-Żeby nie było tak kolorowo powiem, że tylko 40 osób z pośród was dołączą do nas, więc przyłóżcie się do swoich występów. A teraz żeby już nie przedłużać zapraszam do środka. Po prawej stronie korytarza znajdziecie pana Zdzisia, który rozda wam wasze numery i dokładnie powie gdzie macie się skierować. To chyba tyle… więc życzę wszystkim powodzenia i do zobaczenia za kilka chwil…
Po tych słowach Zawada z Wiśniewską zniknęli w drzwiach, a tłum młodzieży rzucił się do środka… Po kilku chwilach większość przybyłych otrzymało już swoje numery i z niecierpliwością czekało na rozpoczęcie przesłuchań..
- Ten cały Zawada to jakiś taki bardzo sztywny jest… co nie Baśka??- zagadnęła Zuzia przyjaciółkę kiedy stały w korytarzu pomiędzy innymi i oczekiwały na rozwój wydarzeń
-Mnie się po prostu wydaje, że jest zasadniczy i tyle-odpowiedziała Basia
-Co Ty tam wiesz, po nim po prostu widać że facet jest sztywny i tyle. Ale bądź co bądź niezłe z niego ciacho jak na swój wiek- rozmarzyła się Ostrowska
-Zuzka błagam Cię, daj już spokój. Dla Ciebie prawie każdy napotkany facet jest ciachem… Co rusz się zakochujesz po uszy a za chwilę znajdujesz kolejny obiekt swoich westchnień…
-Aj tam- oburzyła się Zuzia- Mnie po prostu podoba się uniwersalny typ faceta :-D Ja nie czekam na księcia z bajki na białym rumaku… Szkoda czasu…. Jak tu takie przystojniaki….
W międzyczasie po drugiej stronie korytarza stali właśnie Ci przystojniacy, którzy jeszcze przed wejściem zwrócili uwagę Ostrowskiej. Był to Marek Brodecki- ewidentnie przystojny ale także bardzo utalentowany tancerz towarzyski, którego mocną stroną były tańce latynoamerykańskie, oraz jego najlepszy kumpel Szczepan Żołoda, którego pasją był teatr.
-Ty Marek, widziałeś tam te dwie dziewczyny…- zagadnął Szczepan
-Która masz na myśli?? Bo tu jest tyle dziewczyn, że nie wiem o które Ci chodzi….- odpowiedział Marek
-No te…. Tam… Ta niska blondynka i jej wyższa koleżanka, bardzo ładna brunetka… :-)
-Eeeee w sumie spoko laski. Ale looknij tam po lewej…. Widzisz tą wysoką, długonogą blondynkę???- zachwycał się Brodecki
-No….
-Szczepan … i to jest ideał kobiety….- powiedział wpatrzony w Natalię Orłowską, Marek Brodecki
Natalia była córką jednego z najbogatszych i najbardziej wpływowych biznesmenów w Warszawie. Była bardzo pewna siebie, uważała że żadna dziewczyna nie ma z nią szans. Była tancerką towarzyską. Oczywiście zauważyła z jakim zainteresowaniem wpatruje się w nią Brodecki, i widząc jego urodę postanowiła go zdobyć..

olka - 2010-07-27, 09:14

Yuvati bardzo fajne opowiadanie ;) Oby tylko Brodecki nie uległ Ostrowskiej hehe

Dejz, kiedy cedek "Kłopotów"? :->

Daisy - 2010-07-27, 12:48

Będzie, będzie.... nie miałam ostatnio okazji do pisania.
Mam pomysł na 3 część, więc niebawem powinna się pojawić.
I dziękuję wszystkim :* Cieszę się, że jeszcze to, co bazgrzę się podoba.

Ninuś - 2010-08-01, 15:16

Będzie coś tutaj jeszcze kiedyś?????
olka - 2010-08-01, 15:34

Ninuś, a może Ty coś wkleisz? Co z "Praktykantką"? :)
isis - 2010-08-01, 15:40

Ooo właśnie Ninuś!:)
Czemu nie dajesz kolejnej części "Praktykantki"?:)

A kiedy można liczyć na Daisy,Olę&Twinsy?;D

Daisy - 2010-08-01, 16:12

Mam już 1,5 strony w wordzie.... i stoję :576:

Czekam na was, może mnie natchniecie :lol:

Ninuś - 2010-08-02, 17:36

eee tam, ja jestem zero, co do tutejszych mistrzów :-P


Bliźniaczki, jak tam wasz powrót do pisania? AKTUALNY, czy już nie?????

Olexzy - 2010-08-02, 18:06

Wszystkie Mistrzynie ... :-) tak ładnie proszę.. skrobniecie może dziś coś jeszcze

Czekam z niecierpliwością ;-)

Actress - 2010-08-02, 22:47

Daisy napisał/a:
Mam już 1,5 strony w wordzie.... i stoję

Daisy! Usiądź, może to pomoże. :p A tak na serio, to jak tam teraz Ci idzie? Jest więcej niż ta jedna i pól strony? Jak tak, to dawaj. Jak nie, to też. :)
Wiem, że tutaj nie powinnam tego mówić, ale powiem... Offem - za co z góry przepraszam. Dzisiaj forum ifilm przeglądałam i jak zdjęcia oglądałam, to doszłam do wniosku, że na jednym jesteś do Zakościelnego bardzo podobna. :lol:

Ninuś napisał/a:
ja jestem zero, co do tutejszych mistrzów

Ninuś, weź mnie nie denerwuj takimi tekstami, dobra? Jakbyś pisać nie umiała, uwierz, dowiedziałabyś się o tym. A, że każdy czyta i nie narzeka, że źle coś robisz, to wydaje mi się, że pisać jednak umiesz. :) Także nie marudź i wklejaj, co tam masz! :*


Ja poradzić się chciałam. Bo ostatnio trochę wypaczoną wyobraźnię mam i jednorazówka za bardzo finezyjna mi wyszła. Taka bardziej +21 i nie wiem, czy dać, czy jednak najpierw ocenzurować.

Krymcia - 2010-08-03, 01:36

TheActressOK napisał/a:
Ja poradzić się chciałam. Bo ostatnio trochę wypaczoną wyobraźnię mam i jednorazówka za bardzo finezyjna mi wyszła. Taka bardziej +21 i nie wiem, czy dać, czy jednak najpierw ocenzurować.


Dawaj! Uwielbiam takie, a jak reszcie się nie spodoba to ocenzurujesz ; D
Umowa stoi?

Twins - 2010-08-03, 10:40

Ninuś napisał/a:
bBliźniaczki, jak tam wasz powrót do pisania? AKTUALNY, czy już nie?????


Bliźniaczki ostatnio są po weselu całe obolałe :lol: Ale zastanawiają się :D Oby tylko wena napłynęła i chęć długofalowa :D

Sylwia - 2010-08-03, 12:33

wieki mnie tu nie było ale nadrobiłam i powiem jedno wszystko po prostu genialnie i aż miło się czyta :)
Ninuś - 2010-08-04, 20:34

TheActressOK napisał/a:
Ninuś, weź mnie nie denerwuj takimi tekstami, dobra? Jakbyś pisać nie umiała, uwierz, dowie
działabyś się o tym. A, że każdy czyta i nie narzeka, że źle coś robisz, to wydaje mi się, że pisać jednak umiesz. :) Także nie marudź i wklejaj, co tam masz! :*

dzięki za wiarę, naprawdę :) ale postanowiłam nie wklejać tutaj moich tych... yyy... no opowiadań nooo!
Jeśli ktoś sobie chce poczytać moje opowiadania, to w podpisie mam linki do obu blogów, na których piszę... Na jednym ostatnio dodałam ostatnią część Praktykantki - więc jak ktoś chętny to zapraszam :) Tyle ode mnie. Amen.


Czekam na Wasze nowe opowiadania!
Actress dawaj tu too cuuudo, bo ja jak Krymcia uwielbiam takie dla dorosłych widzów! :lol:

Daisy - 2010-08-07, 15:20

Daję na razie to, co mam ;-)


* * *

Cz. 3


- Ale to nie wszystko…
Tego właśnie się obawiała. Tego „ale”. Bo w przypadku Marka Brodeckiego zawsze, prędzej czy później musi nastąpić. I nie ważne, czy żartowali, czy się kłócili - „ale” zawsze zostawiał na koniec, żeby ją czymś poruszyć. I może nie chciał jej tym zdenerwować, złość aż w niej zadrżała. Złość na niego, że nie rozpoczął tej rozmowy od najgorszego, złość na Natalię, że Go w to wciągnęła, i przede wszystkim złość na samą siebie, że nie będzie potrafiła mu pomóc.
- Tulipan dowiedział się, że jestem policjantem. – ciągnął podkomisarz, widząc, że przyjaciele skończyli żartować i czekają na rewelację, którą ma im do przekazania. - Możliwe też, że nie tylko on. I uparcie twierdzi, że jestem jego wspólnikiem. Obawiam się, że jego ludzie zaczną działać i…
- … i zaczną Cię szantażować? – dokończył Adam.
- Tak. Dlatego pozwoliłem, żeby na wszelki wypadek podłożyli podsłuch w moim telefonie. Muszę z nimi współpracować, jeśli chcę, żeby mnie oczyścili.
- Co za durnie… - wtrąciła jak dotąd milcząca podkomisarz, wywołując tym uśmiechy u panów oficerów. – Po pierwsze nie mają Cię z czego oczyszczać, bo nic nie zrobiłeś. A po drugie, to pewnie Orłowska mu wygadała. Dobrze, że ją jutro wypuszczają. Już ja sobie z nią porozmawiam. Odszczeka wszystko.
- Basiu, Basiu… - Adam objął przyjaciółkę ramieniem. – Tego nie możesz wiedzieć.
- Nie broń jej… - warknęła. – I Ty też nie. – dodała, widząc, jak Marek otwiera usta. – Zawsze mówiłam, że Ona mi się nie podoba. Zawsze… I oczywiście miałam rację, tylko pan Brodecki i pan Zawada nigdy mnie nie słuchają. Bo po co? A ja znam się na takich kobietach, jak ona.
- To dziwne, bo nigdy mi o tym nie mówiłaś… - zasugerował podkomisarz. – Dlaczego?
- Ad… Adamowi mówiłam, to wystarczy. – speszona natychmiast odwróciła wzrok z zasięgu czujnego spojrzenia przyjaciela. Zresztą zawsze to robiła, nie chcąc się z niczego tłumaczyć. Zwłaszcza z tematów tabu, jak je nazywała. W tym momencie rozdzwonił się telefon komisarza, na nieszczęście Storosz, bo Adam natychmiast wyszedł na balkon, zostawiając przyjaciół samych. Marek zajął jego miejsce, na sofie, jak najbliżej niej.
- Dlaczego go okłamałaś? – Brodecki przerwał panującą ciszę, cicho szepcząc jej do ucha.
- Kogo znowu?! – zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, co ma na myśli.
- Adama – odpowiedział tym samym, ściszonym głosem. – Przecież spaliśmy ze sobą. Na Malcie.
- Tak? – udała zdziwioną. – Nie pamiętam. Musiałeś pomylić pokoje.
- Baśka… - fuknął, kątem oka zerkając na balkon i rozmawiającego wciąż przez telefon Adama.
- Poprosiłeś, żebym zapomniała. Więc zapomniałam… Poza tym dopiero wyszedłeś z wiezienia. Nie chciałabym, żebyś jeszcze oberwał po mordzie od najlepszego przyjaciela. Adam traktuje mnie poważnie i zaleca się do wszystkich poleceń mojego ojca. Słyszałeś, że się poznali?
- Tak, tak… - poirytowany przewrócił oczami. – A co z tą Natalią? – po chwili powrócił, jak już myślała do zapomnianego tematu.
- Co, co z Natalią? Nie wiem? – wzruszyła ramionami. – Pewnie siedzi na dołku i kombinuje… jak zdobyć pilniczek do paznokci. – zachichotała, zadowolona ciętą ripostą.
- A mi się wydaje, że jesteś zazdrosna… - Baśka natychmiast pokręciła przecząco głową. – Masz rację, przecież ja nawet nie jestem w twoim typie.
- Oczywiście… - z uśmiechem na ustach potwierdziła. – Ani ja w Twoim.
- Zgadza się.

Olexzy - 2010-08-07, 16:05

TAK!! TAK!! jezu dzięki Ci Daisy za opko :-D one zawsze są takie leciutkie i przyjemnie się czytające ;-)

Ale Baśka z Markiem bardziej nie spali ze sobą niż spali na Malcie?

"A Natalia siedzi i kombinuje jak zdobyć pilniczek do paznokci.." :-D Lubię ten cytat

olka - 2010-08-08, 10:04

Daisy :D
Jak oni się lubią ze sobą droczyć :lol:
No genialne opowiadanie, zresztą jak każde Twoje. :D
Starsznie jestem ciekawa, jak to dalej pociągniesz i co się jeszcze wydarzy.
Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy ;)
MISTRZU ;**

isis - 2010-08-11, 11:45

Buahahaha uwielbiam dialogi B&M w Twoim wykonaniu Daisy;D
Boki można zrywać :lol: Opowiadanie coraz bardziej się rozkręca!Ciekawe jak ta sprawa się potoczy;)
Wrzucaj szybko kolejną część bo już nie mogę się doczekać dalszego ciągu!!:)

Kto jeszcze pisze?:)
Ola&Bliźniaczki?;D

olka - 2010-08-11, 13:34

isis napisał/a:
Kto jeszcze pisze?:)
Ola&Bliźniaczki?;D


Twinsów narazie nie ma, więc może jak wrócą ;)

Kasieńka - 2010-08-12, 20:38

Czytam wszystko na bieżąco i wy dobrze wiecie że jesteście cudowne :* W ogóle jestem pełna podziwu, że NT jeszcze żyje :D Oby jak najdłużej!

Dejz, Twoje opowiadanie sprawiło że o mało co nie wylądowałam ze śmiechu na podłodze, odzywki B&M rządzą :576: Kiedy cedek?:D

Twins - 2010-08-16, 17:31

No nareszcie Dejz!! Jak to miło wrócić z wakacji i mieć co czytać!! :D
Dejz, rządzisz!! :lol: Twoi B&M są nie do podrobienia!! :lol:
Uśmiałyśmy się :lol:
Pisz szybko dalej!! Już jestesmy ciekawe co się dalej stanie!
Mistrz :** :**

isis - 2010-08-22, 16:02

Czemu tu tak pusto?;(

Co to wszystkie pisarki poszły na urlop?;P

Twins - 2010-08-22, 16:16

My sie zabieramy i nie możemy sie zebrac z weną :lol:
Postaramy się jak najszybciej uleczyc lenia. :D

isis - 2010-08-23, 17:00

Twinsy trzymam Was za słowo!!:)
Już się nie mogę doczekać Waszych kolejnych opowiadań;P

Ninuś - 2010-08-23, 19:14

Gdyby ktoś chciał sobie poczytać coś mojego, to zapraszam na mój blog. Dziś dodałam pierwszą część nowego opowiadania pt. 'Nie odchodź' wejście na blog
Agusiowata - 2010-08-31, 19:24

To opowiadanie jest z mojego bloga . Wiem , że to "coś" nie dorównuje Waszym opowiadaniom , ale ... możecie po mnie pojechać , walnąć najgorsza prawdę :-) .


________________________________________________________________________________________________

Walentynki

Komenda Stołeczna Policji ,Warszawa , 14.02.2010

-Baśka ! Co robisz w Walentynki ?
-Zuźka , mówiłam Ci przecież !
-No , ale Basiuu , dlaczego znów samotnie ?!
-Hmm… Bo na mojej drodze nie ma żadnego mężczyzny , który zaakceptowałby moją pracę i to , że dla przyjaciół jestem gotowa skoczyć w ogień ?
-Ale … Wybierz się ze mną i Szczepanem dziś wieczorem. Po pracy skoczymy do mnie po sukienkę i lądujemy u Ciebie poszukać czegoś ładnego. Proszę Cię , no !
-Nie ! – Baśka już powoli miała dosyć – Zuzia , widocznie mnie jest pisane być do końca życia singlem . Ba ! Ostatnio nawet słyszałam , że to dość modne i popularne . Dlaczego by tak nie być cały czas na topie ?!
-No dobra , okey . Ale nie siedź chociaż w domu , hm ? Nie wiem zrób coś , idź na jakąś imprezę walentynkową czy coś . Poznaj kogoś , może ta osoba okaże się TYM najważniejszym ? Spróbuj , proszę ! – Zuzia nie dawała za wygraną.Starała dać Basi jak najmocniej do zrozumienia , że nie może być sama . – Zauważ , że zasługujesz na kogoś , kto pokocha Cię taką jaką jesteś! – Do kanciapy wchodzi Marek Brodecki – O ! Proszę bardzo ! – Zaczęła szeptać – Może to jest ten jedyny . Dobra Marek ma dziecko ,ale przecież masz świetny kontakt z Krzysiem , nie ? Nawet ja tak nie potrafię się z małym obchodzić jak Ty ! – Ostrowska trajkotała jak najęta opowiadając przyjaciołom o dzisiejszej walentynkowej randce ze Szczepanem.
-Dobra Zuza ! Skończ już , ja chciałabym popracować ! Sprawdź czy nie ma Cię przy Szczepanie w pokoju przesłuchań !
-Nie to nie ! Nie chcecie mnie słuchać , proszę bardzo ! Wychodzę – i udając wielce obrażoną wyszła.

Marek zwraca się do Basi
-Nareszcie ! Jak dajesz z nią radę ?
-Tak jak ty ze Szczepanem ! –Oboje wybuchnęli głośnym, niepohamowanym śmiechem

***
-Dzieciaki ! – odezwał się Adam –Fajrant na dziś . Zbierajcie się do domu już 16.00 , a ja mam pewne plany na dzisiejszy wieczór
-Chyba noc Adamie – palnął głupkowato Marek i uśmiechnął się
-To jak , gdzie zabierasz swoją księżniczkę Martę ? – do rozmowy włączyła się Baśka
-Nie wasza sprawa ! Nie jestem tak nudny jak wy ! Nie dość , że sami to jeszcze śmieją się ze mnie . Idę , bo jesteście irytujący ! Z kim ja pracuję ? Boże , widzisz i nie grzmisz !! – cała trójka zaśmiała się na głos – To ja spadam . Do jutra !
-Pa Adam , miłej zabawy !
-Narazie !

***
-Baśka , co robisz dziś wieczorem? – Storosz spojrzała na Marka jej odpowiedź była prosta i on o tym doskonale wiedział
-Co to za pytanie ? Toż dzisiaj Walentynki , jak myślisz co mogę robić sama ?
-Hmm…- udał , że się zastanawia –Siedzisz w domu przed telewizorem , oglądasz jakiś nudny film i pijesz winko ?
-Widzisz jakiś Ty mądry ,podkomisarzu ? – blado się uśmiechnęła
- A co powiesz na wspólny wypad z niezastąpionymi panami Brodeckimi do kina i na kolację ?
-Wow ! Kurcze , zaskoczyłeś mnie!
-To źle ? – zapytał , szelmowsko się uśmiechnął , spojrzał w te duże , orzechowe oczy , z których biło ciepło i taka … magia i miłość ?
-Bardzo mile mnie zaskoczyłeś !Bardzo chętnie wybiorę się z Wami do kina i na kolację ! – uśmiechnęła się szeroko do Marka – To co zbieramy się ?
-Tak , jasne ! Przyjdziemy po Ciebie o 19.30 , dobrze ?
-Pewnie . To będę czekać o 19.30 J- spojrzał na nią , ona podniosła wzrok i zatopili się w swoich spojrzeniach .

Wyszli przed Komendę

- Choć podrzucę Cię . –zaproponował Brodecki
- Nie Marek , dzięki , przejdę się ! – Baśka niespodziewanie odmówiła
- Basiu , jest siarczysty mróz ,trzęsiesz się z zimna , a do domu pieszo nie pójdziesz ! Do wozu , natychmiast! – był tak poważny , że nie potrafiła nie parsknąć śmiechem
- Z czego się kobieto śmiejesz ?!– udał oburzenie
- Dlaczego tak stoisz ? Podobno jest siarczysty mróz , do wozu ! ! – nadal się śmiała , a on tylko do niej dołączył i pojechali …

***
Baśka wpadła do domu , biegała pomieszkaniu , nie wiedziała w co się ubrać , tegoroczna zima naprawdę dała w kość mieszkańcom Polski .Sukienka ?Spodnie? Buty na obcasie ?

-Cholera jasna ! Została mi godzina ! Co ja mam zrobić ?
Minęła godzina i nastała 19.30 , do drzwi zapukali Brodeccy . Basia ubrana w szara sukienkę przed kolano , która idealnie podkreśliła jej zgrabną figurę , czarne , grube rajstopy , bo w końcu jest –19 stopni na wodzu i czarne botki na dość wysokiej szpilce . makijaż , który podkreślił jej piękne oczy . Poprawiła włosy i otworzyła im drzwi . Spojrzała najpierw na Krzysia – wyglądał niby normalnie, Marek …

- O cholera jasna ! – pomyślała
Marek wyglądał inaczej – czarne spodnie , biała kozula , której guziki dwa przy szyi były rozpięte , zapach perfum … Jednym słowem - bosko !
- Czeeeść – pierwsza się odezwała, wpuściła ich do środka – Za moment będę gotowa , wchodźcie ! Marek pomógł założyć jej czarny płaszczyk . Niespodziewanie lekko objął w talii Baśkę i wyszeptał tuz przy jej uchu :
-Pięknie wyglądasz Basiu !
Speszona nie wiedziała co zrobić– Dziękuję - lekko się zarumieniła i uśmiechnęła ukazując urocze dołeczki
– Możemy iść ? Nie mozemy się spóźnić , bo obiecałem babci , ze zadzwonie gdy wlócimy do domu i opowiem jak było w kinie i w ogóle !
- No to chodźmy ! – stwierdziła Basia – Na co idziemy ?
-Nie wiem jakaś bajka … Nie mogłem odmówić małemu , przepraszam …
-Oj ! Za co przepraszasz ? Bardzo lubię bajki ! – uśmiechnęła się do Marka
-Ślicnie wyglądas Ciociu! Ale chodźmy jus !- zniecierpliwiony Krzyś nie mógł się doczekać

Po filmie we troje wybrali się na kolację do „ Coala cafe ” . Lucyna z Tereską miały dziś dużo zamówień , ale widząc podkomisarzy i Krzysia razem znalazły ciche miejsce w lokalu .
Zamówili posiłek i jedli głośno się śmiejąc lub karmiąc swoim jedzeniem!
Krzyś był bardzo zmęczony i Marek musiał odprowadzić go do mieszkania rodziców , gdzie szybko zasnął .

***
Szli już jakiś czas razem , we dwójkę , dobrze czuli się w swoim towarzystwie , więc dlaczego teraz milczeli ?

- Basiu ? Będziesz na mnie zła ,jeśli nie odprowadzę Cię teraz do domu ? Chciałbym Ci coś jeszcze pokazać . –Brodecki odezwał się pierwszy . Od czasu , gdy Krzyś zasnął byli dziwnie spięci, a przecież tak świetnie się bawili …
- Nie będę zła , ale moglibyśmy jeszcze wpaść gdzieś po coś ciepłego dopicia ? Trochę mi zimno - zapytała zawstydzona
- To chodź , idziemy do McDonald`sa po herbatkę na wynos – kupili herbatę i szli , ona już wiedziała gdzie ,na jeden z warszawskich mostów .
-Nigdy tu nie przychodziliśmy ,zawsze jechaliśmy do naszego miejsca. Dlaczego akurat tutaj?
- Zawsze przychodziłem na ten opuszczony most , gdy byłem w klasie maturalnej liceum , bo wtedy poznałem Adama i moje życie przewróciło się o 360 stopni . Z resztą sama wiesz ,opowiadałem Tobie kiedyś o moim dzieciństwie…
-Pamiętam . Ale dlaczego tutaj ?
-Chodź , tędy można iść na Starówkę , bez samochodów i tego zgiełku , nawet wieczorem. – złapał ją za rękę i szli .

***
- Jak tu pięknie ! Marek , co się dzieje ? Dlaczego to wszystko mi pokazujesz ?
-Bo jesteś dla mnie bardzo ważna i chcę coś ważnego Tobie powiedzieć , ale nie wiem jak ! – powoli zakręcał się w tym , co mówił – Widzę od pewnego czasu jak troskliwie opiekujesz się Krzysiem , a gdy dwa tygodnie temu leżał chory w łóżku przyjechałaś mnie odciążyć od opieki nad nim . Bardzo mi wtedy pomogłaś . Z resztą ciągle mi pomagasz . Masz świetny kontakt z moim synkiem , on potrafiłby mówić moim rodzicom i mnie o Tobie godzinami – tu się uśmiechnął – zawsze był małomówny i wstydził się nowopoznanych osób , wobec Ciebie jest inny , jest sobą , a tak zachowuje się tylko przy Adamie , Zuzi , mnie i innych osobach . A ostatnim i czasy i mnie stałaś się bliska , bliższa niż kiedykolwiek . Kilka dni temu stwierdziłem , że nie jesteś mi obojętna , jesteś kimś więcej niż moją przyjaciółką . Nadałaś naszemu męskiemu życiu nowego sensu , kolorowych ,ciepłych barw ! Zakochałem się w Tobie i wiem , że zasługujesz na kogoś , kto nie skrzywdził się tyle razy co ja , ale … nie mogę już tego dłużej ukrywać !Baśka , nie płacz , proszę Cię ! – przytulił ją z całych sił i wyszeptał –Kocham Cię ! Kocham … !
-Marek , jak możesz mówić , że nie jesteś mnie warty ?! Ja… nigdy nie pomyślałabym , że możesz mnie pokochać …Uważałam , że taki ktoś , jak ty powinien mieć kobietę ładną , śliczną , a nie taką jak ja , a teraz słyszę od Ciebie słowa , na które czekałam tyle czasu ! Jak mogłabym nie kochać Ciebie i Krzysia ?! Kocham Cię ,słyszysz ?! Kocham !! – wykrzyczała Baśka i tym razem to ona się w niego wtuliła , a Marek ? Hym ... Marek był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie .Uniósł Basię do góry , okręcili się zapominając o tym gdzie są i jak ślisko jest na chodniku , Marek poślizgnął się i … oboje runęli na ziemię , śmiejąc się do rozpuku . Brodecki wstał . pomógł wstać ukochanej i pocałował . Ten pocałunek był inny … subtelny , czuły , delikatny , oboje włożyli w niego dużo miłości . Oderwali się od siebie i powolnym rokiem , mocno objęci wracali domieszkania Marka. Oboje byli mokrzy , śnieg który się do nich przykleił , gdy upadli – stopniał .
-Kocham Cię Marek ! – zaśmiała się głośno
-Jestem bardzo szczęśliwy ,dobrze że mam Ciebie i Krzysia – znów ją pocałował
Na drugi dzień nie pojawili się w pracy , poprosili Grodzkiego o wolne. Wyłączyli swoje telefony , pojechali do Basi zabrać suche , świeże ubrania i wybrali się do rodziców Marka po Krzysia , oświadczając im , że są razem . Państwo Brodeccy widząc szczęście syna i wnuka nie mieli wątpliwości , że ten związek przetrwa wszystko . Gratulując im, mama Marka wzruszyła się , a Krzyś wieczorem , gdy podkomisarz układała go do snu , zapytał czy będzie już tak zawsze . Basia solennie obiecała , że tak , a on zanim pogrążył się we śnie powiedział „ Kocham Cię mamo ! „

KONIEC

mandzia - 2010-09-14, 18:20

Co tu takie pustki???
Ja wiem, że szkoła się zaczęła :-( i nauka się powoli zaczyna, :-? ale nie macie chwilki aby coś skrobnąć i wrzucić?? :?:

Czekam


Ps. Opko powyżej SIUUUPER!!!

isis - 2010-09-18, 18:50

Czy doczekamy się jakiegoś opowiadania?;(
Agusiowata - 2010-09-18, 20:19

Niedługo coś powinno się pojawić , bynajmniej z mojej strony . Oczywiście , jeśli chcecie coś mojego czytać :)
mandzia - 2010-09-19, 10:22

Chcemy i to bardzo.... bynajmniej ja chce. Dawaj coś szybciutko.:)
Agusiowata - 2010-09-19, 18:19

Miłość na rozstaju dróg

-Basia i spóźnienie ? Wow , muszę to zapisać w kalendarzu ! – rzekł Zawada z uśmiechem na twarzy , spojrzał na Marka , który patrzył na Baśkę dziwnie przenikliwym wzrokiem . Adam zauważył jej lekko podpuchnięte oczy , powiedział że koczy do Grodzkiego pogadać a młodzi zostali sami .
-Basiu , wszystko okey ? –zapytał podkomisarz
-Tak – odpowiedziała lekko zachrypniętym głosem Storosz – A u Ciebie jak sytuacja z Patrycją ? Mogę jakoś Tobie pomóc ?
-Wiesz , co … mogłabyś dzisiaj wpaść do mnie i do Krzysia , ostatnio mówił , że stęsknił się za ciocią Basią
-Ciocią ? Toż prosiłam go , aby mówił mi po imieniu !
-No dobra Basią , ale to nie zmienia faktu , że jest za mały na mówienie Ci na „ty” ! – Marek na tym punkcie miał niezłego świra , Basia prosiła żeby przyzwyczaił się do myśli , że Krzyś będzie mówił do niej po imieniu , bo Ciocia ją postarza .
-To co tam u młodego ? – zmieniła temat
-Wszystko okey , na razie. Nie wiem co znów wymyśli Patrycja. Od czasu , gdy sąd nie przyznał jej praw rodzicielskich jest nie do zniesienia ! Mam powoli dosyć , wypalam się ! Tracę siły w walce o moje jedyne dziecko ! Co ze mnie za ojciec ?! – Basia podeszła do niego , uklęknęła przed nim i powiedziała :
-Marek ! Jesteś wspaniałym ojcem, Krzyś nie mógł mieć lepszego ! Zrozum , ona chce Cię wykończyć psychicznie ,jest cholernie zazdrosna , że psycholog sądowy zauważył mocniejsze więzi Krzysia z Tobą niż z nią . Z resztą Adam na kolejnej rozprawie będzie składał zeznania , bo go o to poprosiłeś . Wszystko będzie dobrze , ja Ci to mówię ! –mocno ścisnęła jego rękę na znak , że jest w pobliżu i zawsze pomoże – A po za tym jeśli będzie trzeba to Mały sam zadecyduje z kim wolałby zostać i jestem w stu procentach pewna , że wybierze Ciebie ! Nie martw się już tak !
-Dzięki . Dobrze , że Ciebie mam– w końcu się uśmiechnął , a Basia zagadnęła
-To kiedy mogę wpaść na kawę ? –oboje wybuchnęli śmiechem
Basia zapomniała chwilowo o swoich problemach i skupiła się na Marku i Krzysiu . Jednak w nocy , gdy usiłowała zasnąć koszmar wciąż wracał , a Baśka była bezradna .

***
Dwa tygodnie później

Nadszedł ostateczny dzień rozprawy walki o Krzysia Brodeckiego . po raz kolejny zostali przesłuchiwani mało wiarygodni świadkowie Patrycji , którzy co chwilę zmieniali wersję jej opieki nad małym . Rodzice Marka , Marek , Adam , Grodzki , Wiśniewska tez byli przesłuchiwani . Zawadę i resztę dziwiło to , iż Marek nie poprosił o zeznawanie w sądzie Basi . Przecież ona tez mogła pomóc … A tymczasem siedziała na ławce oddzielonej z ławką przeznaczoną dla świadków . Gdy wszyscy zostali przesłuchani Sędzia chciał zamknąć przewód sądowy , ale Basia wstała i zapytała:
-Wysoki Sądzie , czy ja mogłabym zeznawać ?
-Kim Pani jest ? – zapytał Sędzia, Patrycja zrobiła się nagle nerwowa i protestowała , krzyczała aż Sąd wyprosił ją z Sali rozpraw.
-Nazywam się Barbara Storosz . Jestem przyjaciółką Marka , pracujemy razem . Mogłabym ?
-Oczywiście – Pani Sędzia uśmiechnęła się pokrzepiająco do poddenerwowanej Basi – Poproszę o okazanie dowodu osobistego i proszę wrócić za barierkę . Więc słuchamy co chciała nam Pani powiedzieć ?
-Wysoki Sądzie , mam bardzo znaczący dowód na to , że Patrycja – matka Krzysia nie jest godna tego , aby się nim opiekować . Wczoraj zobaczyłam ją w parku razem z Krzysiem , bo Marek pozwolił jej zabrać go na trochę , niby się bawili , ale gdy Patrycja prosiła Krzysia żeby już poszli , bo jest zmęczona , Mały prosił ją żeby jeszcze zostali , ponieważ świetnie się bawi , ale ona podeszła do niego , krzyczała ,ze ona jest jego matka i ma robić to co jej karze , Krzysio rozpłakał się , toją jeszcze bardziej rozwścieczyło i uderzyła do w twarz . Po chwili zaczęła go przepraszać i patrzeć czy aby na pewno nie ma na buzi śladu . Pewnie , gdy wróci zacznie zaprzeczać i mówić , że kłamię , ale ja to nagrałam na telefonie i zgrałam na płytę DVD . mam ją teraz przy sobie . Sędzia dopuściła dowód w rozpatrywanej sprawie , na ekranie telewizora widoczna bardzo wyraźnie była Patrycja bijąca i krzycząca na Krzysia . Marek i reszta patrzyli na to jak zahipnotyzowani , po zakończonym filmiku Basia znów się odezwała .
-Proszę sądu ! Marek jest kochającym ojcem . Zawsze stawia na pierwszym miejscu synka , rodzinę , ostatnia jest praca . Znamy się już trzy lata i …widzę , gdy jest mu źle , czy coś jest nie tak . Kocha synka najbardziej na świecie , jeśli teraz Sąd pozbawi go praw rodzicielskich Marek się załamie , ponieważ zostanie zabrany mu największy skarb na świecie - syn , Krzysio jest wszystkim co ma ! Wiele razy widziałam ,jak chodził w pracy półprzytomny , bo Młodemu śniły się koszmary i siedział przy nim , czuwał całą noc . Marek świetnie łączy prace z wychowaniem syna .Proszę nie zabierajcie mu go ! ! – po tym , co powiedziała i pokazała Basia , podkomisarz wiedział , że musi z nią poważnie porozmawiać …

Kilka minut później
-Sąd przyznaje pełne prawo rodzicielskie do opieki na małoletnim Krzysztofem Adamem Brodeckim , ojcu Markowi Mateuszowi Brodeckiemu i zabrania zbliżania się matce – Patrycji Zielnej do powoda Marka Mateusza Brodeckiego i jego syna Krzysztofa Adama .Zamykam rozprawę . Dziękuję .
Wszyscy wyszli z sali rozpraw Sądu Rodzinnego w Warszawie . Brodecki był tak zszokowany zachowaniem Patrycji, ze szczerze jej nienawidził , nie spostrzegł nawet jak Basia oddala się od nich i idzie w swoją stronę . Posypały się gratulacje , Pani Maria , wzruszona nie była w stanie nic powiedzieć . Od teraz Brodeccy rozpoczną nowe życie , bez problemów Patrycją i nią samą . Wrócił do domu , w którym czekali Zuzka ze Szczepanem . Powiedział synkowi , że zostają razem , Krzyś oszalał ze szczęścia tak jak jego tatuś . Gdy Krzysio spokojnie spał w swoim łóżku , podkomisarzowi przypomniało się , że gdy świętowali nie było przy nim Basi – kobiety , dzięki której synek jest tylko z nim , która pokazała ciemną stronę mocy Patrycji . Z samego rana , jako że dziadkowie zaoferowali się , iż zabiorą wnuka do kina , Marek wstał i pojechał do Storosz . Jakież było jego zdziwienie , gdy drzwi od jej mieszkania otworzyła zapłakana Basia . Spojrzała na niego i …zamknęła mu drzwi przed nosem . Zdezorientowany mężczyzna pukał do Baśki , ale usłyszał tylko jest spazmatyczny płacz . Nie czekał ani chwili dłużej , kopnął drzwi , które o dziwo szybko się otworzyły . Wbiegł do domu i szukał … Znalazł Basię łkającą na łóżku w sypialni , podbiegł do niej i mocno do siebie przytulił mówiąc :
-Cii… już wszystko dobrze !Jestem tu , uspokój się … - przytulił ją mocniej gdy pociągnęła nosem , a Basia wtuliła się w jego ramiona . Powoli uspokajała się w jego ramionach , gdy głośna , głęboko odetchnęła oderwali się od siebie i spojrzał na nią , bo spuściła nieoczekiwanie wzrok .
-Basiu , co się dzieje ? Powiedz mi proszę Cię , bardzo się o Ciebie martwię !
-Nie mogę , Marek przepraszam ,ale nie , bo on mnie zabije !
-Kto Cię zabije ?! o Czym Ty mówisz ?! – Brodecki przestraszył się nie na żarty
-Obiecaj , iż nikomu nie powiesz, błagam ! – tak , błagała , a oficer obiecał , że nikomu nic nie powie
-Powiedz mi teraz prawdę … Od kilku dni masz podpuchnięte oczy , martwimy się z Adamem .
-Marek ? Bo on , on mi grozi .Mówi , że jeśli wykonam jakiś dziwny ruch to mnie zabije ! Ja nie mogę tak dłużej z tym żyć . On mnie wykańcza . Nie dam rady mu się sprzeciwić .
-Komu , Basiu komu ?!
-Marcin , kuzyn Leszka Orlicza .Leszek siedzi w więzieniu , a Marcin od paru dni wydzwania do mnie , sapie do słuchawki , mruczy , przysyła kwiaty , bieliznę , czekoladki z groźbami w prezencie . Chodzi za mną jak cień . Boję się , nawet gdy nie idzie za mną, że wyskoczy z jakiś krzaków i zabije !jest wściekły i odgrywa się za wsadzenie do paki Leszka . – nie dała rady dalej opowiadać co ten facet wyrabia z jej życiem . Marek spojrzał na nią i mocno przytulił , znów poczuł , że ktoś może odebrać mu kogoś ważnego , może nawet bardzo ważnego ?

***
Ranek na Komendzie

Marek z Adamem spotykają się na parkingu przed Komendą , ale przed budynkiem soja prawie wszyscy pracownicy Stołecznej . Adam zauważa grodzkiego i pyta :
-Ryszard , co się tu do cholery dzieje ?
-Ktoś podłożył bombę na Komendzie, w budynku jest ok. 10 zakładników . Nie wiemy jeszcze kto .
-Gdzie jest Baśka ?! – do rozmowy wtrącił się tez Marek
-Nie wiem , dzwoniłem , ale nie odbiera , wysłałem do jej mieszkania patrol , dadzą znać , gdy już będzie coś wiadomo . – dzwoni telefon Ryszarda , gdy rozmawia jego twarz wyraża skruchę –Basi w domu nie ma , sąsiadka powiedziała , że rano przed ósmą wychodziła do pracy .
Rozdzwonił się telefon Marka , na wyświetlaczu widnieje „Baśka dzwoni” , Teb szybko odbiera i mówi :
-No Basiu , gdzie się podziewasz?
-Basia siedzi na krzesełku przywiązana , a ja trzymam w ręku pilocik od bomby ! – w słuchawce odezwał się Marcin
-Tu skurwielu , spróbuj jej chociaż coś zrobić to Cię zajebie , rozumiesz ? – krzyczał , ale odpowiedział mu dźwięk przerywanego połączenia .
-ku**a ! ! ! ! ! ! ! ku**a ! ! !! ! ! ! On ją przetrzymuje ! Skurwiel jebany !
-Marek uspokój się , kto kogo przetrzymuje , gdzie to jest ?
-Marcin , kuzyn Orlicza ma Baśkę w środku w Komendzie , to jest zemsta .
-Jaka zemsta , o czym Ty do mnie rozmawiasz ?! – oficer opowiedział Zawadzie i Grodzkiemu wszystko co powiedziała mu Basia .
-Trzeba coś robić , zabrać ją stamtąd !
-Technicy połączyli się z kamerami w Komendzie , może znajdą pomieszczenie , w którym jest monitoring i Basia z Marcinem .
-Panie Inspektorze ! Mamy pomieszczenie , gdzie są tylko Basia i Marcin ! Reszty zakładników nie ma !
Komisarz z Rysiem i Markiem patrzyli na ekran , na którym widoczna była Basia i Marcin . Storosz siedziała przywiązana do krzesła , cała się trzęsła , on chodzić wokół niej i coś mówił .Po chwili uderzył ją w twarz i kopnął w brzuch . Oni nie mogli na to patrzeć ,zwłaszcza Marek , który wpadł w histerię i wbiegł do budynku Stołecznej z odbezpieczoną bronią w ręku . Wiedział , w jakiej części Komendy jest ten pokój i bez trudu się tam dostał .Bomba była tylko atrapą , nawet nie była podłączona– widział to doskonale lecz zauważył jeszcze coś , co bez wątpienia było bronią. Cholera , nie mógł przecież strzelić , bo Marcin mógłby zabić Basię , a tego do końca życia by sobie nie wybaczył .Schował się w pokoju obok , minęło kilka godzin , wstał i zaryzykował … Szedł do pokoju powoli acz zdecydowanie , zauważył oddział AT , mrugnęli sobie i poszli razem … Ustawili się , posługiwali się językiem migowym , każdy na swojej pozycji miał na oku Baśkę i Marcina . Owy pokój okazał pokojem przesłuchań … Marcin odwrócił się placami do Basi i jeden z AT strzelił celnie . Marcin upadł na podłogę Marek zdążył odwiązać Basię ze sznurów , mocno ją do siebie przytulił . AT zdążyli podpiec do leżącego na ziemi Marcina ,sprawdzili puls – nie żył.
Basia łkała w ramionach Marka nie mogąc się uspokoić . Łkanie przerodziło się w głośny płacz . Oddychała bardzo ciężko za sprawą połamanych żeber . Brodecki wstał , podniósł Storosz i powoli kierował się do wyjścia . Jej posiniaczona buzia , potargane włosy ,rozmazany makijaż od płaczu , była bezsilna , zraniona . Basia uspokajała się w jego ramionach , ciągle szeptał do niej , iż jest bezpieczna , czuł jej przyspieszone bicie serca , to nie wróżyło nic dobrego … Wyszli z Komendy ,zaprowadził ją do karetki i został trzymając dłoń Basi .
-Już wszystko dobrze , jesteś przy mnie bezpieczna . – mówił głośno , Basia spojrzała na Marka . blado się uśmiechnęła , widział , że każdy ruch nawet ustami sprawia jej ogromny ból .Basia popatrzyła na Marka i zamknęła oczy , których już nie otworzyła . Marek zaczął klepać ją po policzku , mówić :
-Basia ? Basia , otwórz oczy !Zróbcie coś , no ! –szeptał-Nie możesz mi tego zrobić , słyszysz ?! Baska ,otwórz oczy do cholery ! Nie rób mi tego , błagam ! Nie teraz , nie odchodź ,potrzebuję Cię ! – rozpłakał się , lekarze w karetce reanimowali Baśkę ,jechali na sygnale do szpitala bardzo szybko by nie pozwolić odejść jej z tego świata , adrenalina , dopomina aż … Puls! Znów wyczuli puls ! ! Żyła , wróciła dla Marka i Krzysia .

***
Siedział na metalowym krzesełku przy łóżku podkomisarz . Tak się o nią martwił , Krzysiowi powiedział , iż Basia jest chora i teraz śpi lecz , gdy chłopiec zapytał :
-Cy Basia będzie zyla ?
-Na pewno , będzie żyła choćby dla nas , synku . – po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechnął się , ten maluch dawał mu siłę . Rodzice Marka zabrali małego do siebie na noc . Dopiero nad ranem Basia poruszyła ręką , zaczęła coś mruczeć aż wyszeptała zachrypniętym głosem :
-Marek … Śpisz ? –szeptała –Marek ! – powiedziała dość głośno ,ocknął się nie wiedząc za bardzo co się wokół dzieje , spojrzał na Baśkę ,która uśmiechnęła się do niego . Wzruszył się . Ujął jej delikatną dłoń w swoje ręce .
-Basiu … ! Obudziłaś się , jak dobrze , że żyjesz ! Nie wiem , co bym bez Ciebie zrobił ! Obiecaj , że będziesz od dziś mówić mi wszystko , co się dzieje złego i dobrego w Twoim życiu .
-Obiecuję , jeśli Ty obiecasz ,że gdy wyjdę ze szpitala , pójdziemy z Krzysiem na spacer do tego parku przy bloku Twoich rodziców .
-Pójdziemy na pewno ! Zaśnij teraz , musisz nabrać sił , bo znając mojego synka nie da zwłaszcza Tobie spokoju z zabawą ! – oboje zaśmiali się

***

Podkomisarz wyszła ze szpitala pięć dni potem . Przyjechał po nią Marek , który zabrał ją na obiad roboty jego mamy . W drzwiach przywitał ich Krzyś rzucając się ukochanej Basi na szyję ,mówiąc jak dużo ma jej do opowiedzenia i jak bardzo się stęsknił oraz martwił .Po zjedzonym obiadku , nasza trójka poszła na obiecany spacer do parku .Krzysiek tak zmęczony zabawą z Basią i tata zasnął zaraz po bajce , którą czytała Basia . Natomiast kobieta nie mogła oderwać wzroku od synka obiektu swoich westchnień , pokochała ich obu ,szkoda , że ta miłość była odwzajemniona tylko od tego młodszego .

Zaszedł ją od tyłu , przytulając się do jej pleców , oparł się brodą i jej ramię i zaplótł ręce wokół talii Basi. Ta zaskoczona tym gestem , nie wiedziała co zrobić . Odruch wygrał z sumieniem . Wygięła swoje ręce tak , że dotykała twarzy Marka . Pomyślała :
- „ Raz kozie śmierć”
- Kocham Cię Marek , kocham Ciebie i Krzysia ! – powiedziała jak pomyślała
Brodecki zaśmiał się cicho i wyszeptał :
-Kocham Was najmocniej na świecie! – wyznał , odwrócił Baśkę w swoją stronę nie wypuszczając jej ze swoich ramion , zatopili się w swoich spojrzeniach , które wyrażały chyba wszystko .Zetknęli się czołami , uśmiech nie schodził z ich twarzy aż do momentu , gdy oboje nagle spoważnieli . Stało się ! ! Pocałowała pierwsza z czułością ,zapamiętaniem , mocą ciepła i miłości . Ta noc należała tylko do nich . Aż dziwne , że Krzysio się nie zbudził .

***
Mały urwis zwanym na co dzień Krzysztofem Brodeckim wpadł jak strzała do sypialni ojca . Zauważył jedną bardzo ważną zmianę , otóż tego tatuś nie leżał w łóżku sam , obok niego wtulona leżała Basia , pisk lub okrzyk radości Krzysia był nie do podrobienia.Storosz i jej partner patrzyli na swojego ukochanego urwisa jak na ducha ,przerażeni i niewyspani .

-Cemu lezycie lazem w lozku ?
-A coś Ty taki ciekawski z rana się robił ?!
-Marek ! Przestań , on po prostu pyta , więc grzecznie odpowiedz !
-Krzysiu , kocham Basię tak jak Ciebie . Zależy mi na tym , abyście mieli ze sobą taki dobry kontakt jak zawsze.
-To znacy , ze będziemy tak we tlojke lazem mieskac ?
-A chciałbyś , bo ja bardzo chciałabym z Wami zamieszkać , bardzo Was kocham , wiesz ?
-Wiem , ja Ciebie tes , tate tak samo kocham jak Ciebie . Ale to znacy ze będę musiał mówić do Ciebie Ciociu ,cy jak ?
-Możesz mówić do mnie tak jak będziesz uważał i chciał , do niczego nie będę Cię zmuszała !
- Tato ! – szepnął ojcu na ucho –A cy mama będzie tes doble ?!
Marek uśmiechnął się szeroko ,objął Krzyśka i Basię .
-Jeśli Ty i Basia nie macie nic przeciwko to jasne , że tak !
-A co mam mieć przeciwko ?
-Wiem , jak będę do Ciebie mówił! Cy mama Ci pasuje ?
-Mama ?!
-No ?
-Jeśli tylko chcesz , skarbie Ty nasz !
-Kocham Was , tato i mamo ! ! –ucałował oboje w policzek i zwiał do salonu obejrzeć
„ Reksia ”

Półtora roku później :
-Mamo ! Zobacz Madzia się obudziła ! Cześć mała ! Mamo , kiedy wróci tata ? – pytał Krzyś patrząc nas swoją trzymiesięczną siostrzyczkę – Ale mała się ładnie uśmiecha !
-Ty też tak pięknie się uśmiechasz synku . Cześć Młoda Damo ! Czas na obiadek … - wzięła mała na ręce usiadła na kanapie w salonie przy Krzysiu i z butelką w ręce rozmawiała z synkiem – Tatuś niedługo powinien wrócić . Gdy przyjdzie zjemy obiad , dobra ?
-Jasne ! Wiesz jaki dziś jest dzień ?
-Wiem ! Pamiętam , że dziś masz piąte urodzinki !
-Pamiętaliście ?!
-Pewnie ! – do domu wchodzi Marek– O ! Zobacz , kto przyszedł !
-Taaataaaaaaaaa !
-Cześć smyku ! Jak tam ?Dziewczyny były grzeczne ?
-Tak ja też !
Do Basi podchodzi Marek dają sobie buziaka , Brodecki siada obok żony .
-Wszystkiego najlepszego kochanie! Aby Twoje marzenia się spełniły i żebyś się dużo uśmiechał , tak jak dziś !
-O ja nie mogę !!!! Naprawdę kupiliście mi to auto na akumulator?! No nie ! Nie mogę w to uwierzyć !Dziękuję , dziękuję , dziękuję ! ! ! ! !!
-Ale jest niestety jeden warunek, po ogrodzie możesz jeździć sam , ale po chodniku po za domem tylko pod naszą opieką , ok. ?
-Dobra ! Ale się cieszę ! Super niespodzianka ! Kocham Was !

KONIEC

Daisy - 2010-09-19, 19:18

Agusiowata - ja zacznę czytać, jeśli tekst będzie jednolity ;) Odrzucają mnie niepotrzebne entery, zwłaszcza w dialogach.
Przepraszam, ale jestem pedantką jeśli chodzi o opowiadania :lol:

Actress - 2010-09-20, 17:25

Daisy, a ja jestem "natrętką", jeśli chodzi o czytania i pytam, kiedy coś Twojego? :p Piszesz jeszcze? ;)

Twins&Ola. Droga do miłości... Albo Cena niewinności... Boziu, jak mi się za tymi tęskni.


W ogóle, przy okazji, pytanie takie mam. Gdzie ja bym mogła przeczytać całe opowiadanie Tajni agenci? Albo od początku, do momentu, do którego opowiadanie na forum opublikowane jest?

sysia16223 - 2010-09-20, 21:57

o jej jak ja tu dawno nie pisałam żadnych wiadomości :-)
wchodzę i zaglądam, czy może nowa część DDM lub Daisy ostatniego opowiadania, ale straszne pustki :-(

TheActressOK, pytałaś o TA. Szczerze mówiąc to nie pamiętam kiedy zaczęłam to publikować, ale chyba bardzo dawno :-) I jest ono nie skończone :-P miło, że pytasz :-)

sylka95 - 2010-09-21, 15:58

Oj, same pustki, z tego co widzę..

Agata - fajne opowiadanko, chyba kiedyś czytałam je na Twoim blogu, aczkolwiek tak samo jak Daisy jedynie mogłabym się przyczepić do tych wiecznych przerw. Ale ogólnie bardzo fajnie się czyta :)

isis - 2010-09-21, 18:01

Agata fajne to opowiadanie!:)Przyjemnie się je czyta,ale tak jak dziewczyny wolę bardziej spójny tekst;)
Actress - 2010-09-21, 18:17

sysia16223 napisał/a:
o jej jak ja tu dawno nie pisałam żadnych wiadomości

Więc może warto by to zmienić? :) To gdzie ja bym mogła przeczytać TA tyle ile go jest? Bo na blogu masz mniej niż na forum opublikowane. ;) Za off przepraszam.

sysia16223 - 2010-09-22, 02:01

TheActressOK, znalazłam, później musisz kolejne strony przeszukiwać :-) Rozsypane jest delikatnie to opowiadanie :-)

http://forumserialtv.nmj....r=asc&start=105

Agusiowata - 2010-09-23, 15:07

Nie jestem żadną Agatą :-/

[ Dodano: 2010-09-23, 16:12 ]
Potraficie zniechęcić człowieka do pisania . Czepiacie się o przejrzystość ... Każdy ma inny sposób pisania . Nie to nie , nie wkleję już opowiadań mojego autorstwa ... Nie będę tam , gdzie mnie nie chcą .

Daisy - 2010-09-23, 15:25

Decydując się na pisanie opowiadań, powinnaś być przygotowana na krytykę.
A tzw. przejrzystość, spójność jest dosyć ważnym elementem. W żadnej książce nie ma tak rozdzielonych wersów i dialogów, jak u Ciebie. Podejrzewam, że Twoje szkolne wypracowania również nie mają takiego wyglądu. Więc zamiast się obrażać, postaraj się coś zmienić, jeśli wszyscy Ci mówią to samo. Bo pomysł jest na pewno fajny.
Poza tym komentarze są również po to, aby pomóc w późniejszej twórczości. Nie od razu Kraków zbudowano.
PS. Spacja między wyrazem a znakiem interpunkcyjnym (przecinkiem, kropką) nie jest potrzebna.

Sysia to kończ agentów :D

A mnie tu nie ma!

Actress - 2010-09-23, 15:38

sysia16223 napisał/a:
Rozsypane jest delikatnie to opowiadanie

Zauważyłam. :p Ale dzięki. W weekend będę miała trochę czasu to poszperam. :)

Agusiowata napisał/a:
Nie będę tam , gdzie mnie nie chcą .

Więcej samokrytycyzmu. Nikt nie pisze, że Cię tu nie chce, tylko, że gdy tekst jest bardziej przejrzysty, lepiej się go czyta. Przynajmniej ja tak to odbieram.

Daisy napisał/a:
A mnie tu nie ma!

Gdzie jest Daisy? Nie widzę Daisy. Ja chcę opowiadanie Daisy!

Agusiowata - 2010-09-23, 16:27

Daisy napisał/a:
PS. Spacja między wyrazem a znakiem interpunkcyjnym (przecinkiem, kropką) nie jest potrzebna.


Jeśli będę chciała , to oddzielę to spacją :-)
Tekst jest przejrzysty ... Każdy patrzy na to inaczej .
Czytając Wasze posty myślałam , że jesteście milsze ... Cóż pozory mylą , nawet przez internet .

Proszę bardzo ! Na Życzenie szanownych Pisarek - poprawka opowiadań ! !

Daisy - 2010-09-23, 17:03

Być miłym a oceniać opowiadania to dwie różne rzeczy. Wolałabyś usłyszeć kłamstwa? Powodzenia w takim razie!

* * *

A ja proponuję Olkę i Twins :-D Gdzie jesteście?

sylka95 - 2010-09-23, 17:11

Agusiowata - mnie się wydaje, że to ma pomóc w ulepszaniu Twoich opowiadan( które naprawdę są fajne!), a nie ma na celu Cie dobić. Troszkę samokrytyki.

Daisy - Jak to Cie nie ma ? Ja wciaż czekam na jakiś Twoj kolejny hicior! :D

Actress - 2010-09-23, 17:20

Agusiowata napisał/a:
Na Życzenie szanownych Pisarek - poprawka opowiadań !

Toś pojechała. Ale skoro już korektę robisz, to hurtowo i spacje możesz popoprawiać i będzie super. Bo sama treść opowiadań ciekawa jest. Pomysły też ok. Oprawa wizualna trochę gorzej. ... Takie pytanie jeszcze. Bo wcześniej napisałaś, że można Ci "walnąć najgorszą prawdę", to dlaczego teraz piszesz, że dziewczyny Cię do pisania zniechęcają, skoro dały Ci tylko drobne rady?


Daisy napisał/a:
A ja proponuję Olkę i Twins

O tak! Gdzie moja Cena niewinności? A Droga do miłości? Pytam, pytam i odpowiedzi doczekać nie mogę.


A ja to bym chciała jeszcze kiedyś coś Kasieńki przeczytać...

olka - 2010-09-23, 17:48

Daisy napisał/a:
A ja proponuję Olkę i Twins :-D Gdzie jesteście?


Mnie się nie chce pisać :lol:

Agusiowata - 2010-09-23, 19:13

Jeśli to była rada , to niech mnie ... Nie mam czasu na pierdoły , poprawianie błędów ... A Wy to takie idealne jesteście ? W Waszych opowiadaniach również można dostrzec wielu błędów, których nikt Wam nie wytyka , nie takich jak mój według Was , tylko błąd ortograficzny , stylistyczny ... Jakoś innym osobom( nie z forum ! ) nie przeszkadza mój styl pisania . Najpierw popracujcie nad sobą , żeby mieć później prawo do krytyki nad innymi . Koniec tematu . Nie będę więcej się odzywać , czegokolwiek wklejać tutaj , bo jak widać - obca , nowa osoba nie ma prawa do niczego . Świetnie , ale skoro chcecie - jestem beznadziejna i nie potrafię przyjąć krytyki . Pasuje ?
Krymcia - 2010-09-23, 19:41

Agusiowata,
Dobra jak już nie będziesz się odzywać to i ja coś na piszę- teraz morze ochrzanu nie dostane.

Czytałam to opowiadanie na Twoim blogu, oraz inne co tam masz. Nie powiem, bardzo mi się spodobały i jestem zawiedzona ze ost. notka jest 31. sierpnia.

Jak nie masz czasu na poprawianie błędów to może ich po prostu nie rób? (nie mówię tu o jakiś literówkach bo każdemu może się zdarzyć)
Pewnie zanim zalogowałaś się na forum to odwiedzałaś też je jako osoba nie zalogowana ( jak nie to przepraszam za złą ocenę) i pewnie zauważyłaś jak inne dziewczyny piszą inaczej niż ty nie robią tych chole..... enterów- przez które zaczęła się ta kłótnia.
Na Twoim blogu ten tekst jakoś lepiej wygląda, może dlatego że jest inna czcionka- nie wiem.

Ale naprawdę dziewczyny robią to wszystko, żeby Ci pomóc, krąg pisarek opowiadań z Kryminalnych jest coraz mniejszy. Czy to źle, że jak pojawi się ktoś nowy to mówią co im przeszkadza, co jest dobrze, a co źle?

Powiem jedno "Praca czyni mistrza, a moja Pani od j. polskiego zawsze dodaje " ale pozwólcie sobie pomóc, będziecie lepsi" myślę, że za jakieś pół roku może więcej jak więcej opowiadań napiszesz to zrozumiesz że dziewczyny, które już w tej "branży" trochę siedzą chciały Ci tylko pomóc i może podziękujesz im kiedyś za to.

To tyle ode mnie.
I nie gniewaj się na mnie jak Cię coś zabolało (jak tak to przepraszam)- każdy tu wyraża swoją opinię nawet i krytyczną. I to trzeba zrozumieć.

Dziękuję

Agusiowata - 2010-09-23, 20:08

Krymcia . Jesteś jedną z niewielu osób w tym gronie , którym jednak coś się spodobało . Blog , który prowadzę ostatnio świruje i ja pp skopiowałam to co tym było . Zrobiłam pp kopiuj - wklej . Każdemu może się to zdarzyć . Nie mam za co im dziękować i dziękować nie mam zamiaru . Nie jestem typem dziewczyny , która słucha , czyta i robi to co jej ktoś radzi lub każe . Jednak boli mnie to , że nikt nie da mi szansy ... Na blogu jest NN i też nie jest tak jak było w Wordzie , nie są oddzielone słowa , bo nie wiem w jaki sposób się połączyły i trudno jest je oddzielić , nawet nie zauważyłam tych nieoznaczonych słów . Mam w du.. czy ktoś to czyta lub nie , jest mi zawsze miło gdy na blogu ktoś to doceni i pozytywnie skomentuje . Kocham to , co robię i nie przestanę . Nie wkleję na forum już nic mojego , bo uważam iż nie warto lecz na blogu zawsze coś będzie . Uwielbiam pisać , uwielbiać będę . To wszystko . Jakoś przy innych opowiadaniach nie widziałam krytyki ...
Daisy - 2010-09-23, 20:30

Bardzo chętnie zajrzę na Twój blog:)
Wyślij mi adres na PW.

Krymcia - 2010-09-23, 20:33

Ale dziewczyny powiedziały to co ja. Może nie chcesz tego zauważyć?

Też napisały, że opowiadanie b. fajne tylko te przerwy.
; )

Sory za off.

isis - 2010-09-23, 21:22

Agusiowata napisał/a:
Jeśli to była rada , to niech mnie ... Nie mam czasu na pierdoły , poprawianie błędów ... A Wy to takie idealne jesteście ? W Waszych opowiadaniach również można dostrzec wielu błędów, których nikt Wam nie wytyka , nie takich jak mój według Was , tylko błąd ortograficzny , stylistyczny ... Jakoś innym osobom( nie z forum ! ) nie przeszkadza mój styl pisania . Najpierw popracujcie nad sobą , żeby mieć później prawo do krytyki nad innymi . Koniec tematu . Nie będę więcej się odzywać , czegokolwiek wklejać tutaj , bo jak widać - obca , nowa osoba nie ma prawa do niczego . Świetnie , ale skoro chcecie - jestem beznadziejna i nie potrafię przyjąć krytyki . Pasuje ?


Zupełnie nie rozumiem Twojego oburzenia.Każda z nas powiedziała,że treść opowiadania jest bardzo dobra i fajnie się ją czyta...chodzi tylko i wyłącznie o efekt wizualny..tą kropkę nad i.
Nikt nie jest idealny i każdy robi błędy,ale jak któraś z nas daje swoją pracę to oceniamy ją nie tylko za treść,ale także za przejrzystość.Tutaj jest wiele osób,które robią ,np.teledyski albo avatary i wszystkie takie prace są poddawane ocenie-każdy ma prawo powiedzieć co jest dobre,a nad czym należy jeszcze popracować.Chyba lepiej jest wiedzieć co można jeszcze zmienić by być jeszcze lepszym,prawda?:)

Ola&Bliźniaczki-daaajcie swoje opowiadanie!! :lol:

sysia16223 - 2010-09-23, 22:31

Ojej, tyle nowych postów a nowego opowiadania nie ma :-(

Daisy kochana co to znaczy, że Cie nie ma? :-P Ja wciąż czekam na dokończenie twojej historii! Zlituj się i naskrob coś :-P
Bliźniaczki i Ola- Ja wciąż wyczekuje Drogi do Miłości :-) wiecie? Sprawcie mi przyjemność :-)
Agusiowata- Nie trzeba się złościć :-) Ja również bym chętnie poczytała nowe opowiadanie :-) dodaj coś :-P

Agusiowata - 2010-09-24, 18:22

Morze.My.Plaża.

15 lipca 2010
-Basia , Marek pamiętajcie żeby do mnie zadzwonić , gdy dojedziecie na miejsce , dobrze ? - poprosił podkomisarzy Adaś
-Dobrze ! - obiecała Basia
-Marek , jedź ostrożnie . Teraz niewiele potrzeba do wypadku . - te słowa skierował komisarz do opartego o maską samochodu Brodeckiego
-Nic się nie martw . Jesteśmy już duże dzieci . Damy radę , a jeśli Basia będzie grzeczna , nawet może poprowadzić auto :) - uśmiechnął się w Stronę radosnej Storosz - Baśka , zbieramy się . Chcę uniknąć jeszcze korków w Warszawie . - ta posłusznie zasiadła na miejscu pasażera uprzednio żegnając się z Zawadą - To Adam do zobaczenia za dwa tygodnie - uścisnęli sobie dłonie
-Uważaj na nią . - szepnął Markowi do ucha komisarz
-Będę . Spokojna Twoja rozczochrana !
***
Jechali już jakieś trzy godziny . W tym czasie zdążyli już dwa razy zatrzymać się przy przydrożnej restauracji na kawę i zjeść kanapki , które przygotowała Basia . Marek musiał jej przyznać , że były bardzo pyszne .
Na miejsce dojechali około 17.30 . Odebrali klucz do ich wspólnego pokoju . Gdy weszli ... zaparło im dech w piersiach . Ten widok był przepiękny ! !
Sporych rozmiarów apartament mieścił się na dwudziestym drugim piętrze . Okna tegoż apartamentu władały całym Sopotem .
-Uszczypnij mnie ! - poprosił Marek , spełniła jego prośbę - Ałl !!
-No co ? Chciałeś - masz !
-Dobra . Ładnie tu , prawda ? Osobne łóżka , łazienka noska i wanna z hydromasażem … mmm  Możesz którejś nocy umyć mi plecki :-D
-Spadaj ! Umyjesz sobie sam ! Mogę Ci jedynie wyrzucić gacie przez okno !
-Oj Ty niedobra !
-Marek ? Zostawmy nasze walizki i chodźmy coś zjeść , zobaczyć okolicę , co ? Proszę , proszę , proszę ! – spojrzała na niego błagalnym wzrokiem , że nie mógł się oprzeć temu spojrzeniu i uległ . Po chwili szli razem szukając jakiejś miłej , przytulnej knajpki żeby coś wrzucić na ruszt . Znaleźli małą restaurację z dwoma piętrami , wybrali środkowe i usiedli przy oknie .
-Ładnie tu . Taka rodzinna atmosfera  - skomentowała policjantka
-Nooo , przytulnie . To co ?